Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 167 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 03/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 03/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 03/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

biblijny opis grzechu z Księgi Rodzaju będzie zawsze aktualny i prawdziwy. Nie podważą go żadne nowe hipotezy i teorie mówiące o rozwoju gatunku ludzkiego. Symboliczna opowieść wyjaśniająca złożoność ludzkiej natury pokazuje, że z jednej strony jest ona dobra (jak pisze jeden z naszych autorów – tęskni za światłem), ale z drugiej strony jest też zraniona i gotowa wybrać zło. Niby nic nowego. W Wielkim Poście obok umartwień i wyrzeczeń to jeden z kościelnych tematów przewodnich. Prowokuje on jednak oponentów, którzy twierdzą, że mówienie o grzechu jest wbijaniem w poczucie winy, hodowaniem upokorzeń, pomniejszaniem własnej wartości i nieustannym pokazywaniem chrześcijańskiego orędzia od strony negatywnej. Pewnie czasami potrzebny jest wysiłek z naszej strony, by uwolnić się od lękowego podejścia do Boga i pomóc swojej udręczonej psychice. A trwanie w przekonaniu, że sam sobie poradzę, umacnia tylko smutek i frustrację.

Święty Augustyn mówił: „Ponieważ codziennie jestem chory – codziennie potrzebuję lekarza”. W tych słowach kryje się prosta prawda o tym, że kiedy godzimy się na jakiś koniec, to wtedy możemy zacząć od nowa. I mamy szansę doświadczyć prawdziwej bliskości Boga, której tak szukamy.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Grzech, który mnie boli

DZIEJE GRZECHU

W SZCZELINACH SKAŁY

ZAPOMNIAŁEM KSIĘDZU POWIEDZIEĆ

ŚWIATŁOCZULI

Posty i kalorie

COŚ WIĘCEJ NIŻ KUCHNIA

JEŚĆ CZY NIE JEŚĆ

SŁODYCZ WIARY

SZEŚĆ STĄGWI KEFIRU

Kto chce zostać milionerem?

RAZ JESZCZE TELEFON DO PRZYJACIELA

Początki chrześcijaństwa

ANTYCHRYŚCI, BOBRY I KASTRACI

Orientacje

OBOJĘTNOŚĆ

GDZIE JEST RAJ?

Felietony

DLACZEGO NIE TĘSKNIĘ ZA WASZBRETEM

SPOTKANIE

NA KOŃCU JĘZYKA

DZIECKO SPECJALNEJ TROSKI

TRZY JASNE HISTORIE NA CIEMNYM TLE

Pytania w drodze

CZY CHRZEŚCIJANIE POWINNI ZACHOWYWAĆ DEKALOG

Dominikanie na niedziele

TRZY POKUSY - JEDEN CEL

BIG MAMA

PRZY STUDNI

PRZEJRZENIE

Grzech, który mnie boli

DZIEJE GRZECHU

•••

Człowiek nigdy nie jest zmuszony do grzechu, ale staje przed wyborem. Niezależnie od okoliczności zawsze może pozostać wierny Stwórcy. Cena tej wierności bywa jednak czasami bardzo wysoka.

Józef Augustyn SJ

FOT. GHOSTPRESENTER.IT

Czym jest grzech? Søren Kierkegaard na to pytanie odpowiada: „Paktem złego sumienia z diabłem”1. Złe sumienie – według duńskiego filozofa – to sprzeciw człowieka wobec głosu Bożego. Grzechu nie mierzy się więc jedynie zewnętrzną materią, ale niewiernością ludzkiego serca, sprzeciwem wobec głosu Bożego, sumienia.

Dobrowolność i świadomość grzechu to dwa istotne warunki, by ludzki czyn mógł być uznany za grzeszny. O ile tak zwaną materię grzechu można wymierzyć zewnętrznym złem czynu, o tyle ocena samej istoty grzechu (świadomości i dobrowolności czynu) należy przede wszystkim do samego grzesznika. I nikt nie może go w tym zastąpić. Odnosi się to także do kilkuletnich dzieci przystępujących do pierwszej spowiedzi; nie podpowiadamy im, z czego mają się spowiadać, ale uczymy ich przykazań Bożych i kościelnych i proponujemy rachunek sumienia.

Do sanktuarium sumienia ma dostęp jedynie sam człowiek i jego Stwórca – Bóg. Nikt inny. Ale nawet Stwórca nie ma władzy nad ludzkimi wyborami moralnymi. Szatan natomiast jest na łańcuchu. Nie może wpływać bezpośrednio na człowieka. Może jedynie kusić za pomocą „jakiejś przyczyny”2. Zła myśl to zasadnicze narzędzie, którym posługuje się Szatan. Stąd też Ewagriusz z Pontu doradza: „Bądź »odźwiernym« swego serca i nie wpuszczaj żadnej myśli bez pytania. Pytaj każdą jedną myśl i mów do niej: »Jesteś jedną z naszych czy od naszego wroga?«”3. Gdy wierni zadają pytania: „Proszę księdza, czy to… jest grzech”, chcą się dowiedzieć, czy określona materia powinna być uznana jako materia grzechu.

„Grzech nie może powstać poza człowiekiem”4, poza jego sumieniem – stwierdza Kierkegaard. Pokusa, inspiracja diabła, która przychodzi z zewnątrz, napotyka w człowieku na sprzymierzeńca, na jego słabość moralną oraz lęk. To ostatecznie z powodu słabości i lęku, przechodzącego nieraz w rozpacz, człowiek grzeszy5.

Słabość moralna wyraża się tym, że grzeszne pożądanie okazuje się silniejsze od miłości Boga. Lęk zaś sprawia, że człowiek chętniej słucha podszeptów szatana niż Boga. Zły duch obiecuje człowiekowi bezpieczeństwo i szczęście. Diabelska rada: „Będziecie jako bogowie” (por. Rdz 3,5), jest istotnym elementem każdej pokusy. Grzech – jak przekonuje nas odwieczny nieprzyjaciel Boga – to jedyne wyjście z pułapki słabości i rozpaczy.

Grzech nie jest przypadkiem

Każdy grzech jest najpierw buntem przeciwko Bogu. Grzech ciężki jest zerwaniem więzi z Nim, lekki zaś osłabieniem jej. Człowiek swoim grzechem odrzuca i lekceważy stwórczą i zbawczą miłość Boga. Grzech nigdy nie jest przypadkowym błędem, nieświadomą pomyłką, niefortunnym zbiegiem okoliczności, na które nie mieliśmy wpływu. Okoliczności grzechu, choć ważne w moralnej ocenie sumienia, nie wpływają jednak na samą istotę grzechu. Człowiek nigdy nie jest zmuszony do grzechu, ale staje przed wyborem; niezależnie od okoliczności, zawsze może pozostać wierny Stwórcy. Cena tej wierności bywa jednak w trudnych okolicznościach, na przykład w czasie prześladowań, bardzo wysoka – jest nią nawet życie.

Za każdym grzechem kryje się grzeszna postawa serca, grzeszne myślenie, grzeszny wybór. Ich istotą jest układanie sobie życia tak, jakby Boga nie było. Człowiek jako wolny ma prawo sam decydować o własnym losie, ale zawsze jednak pod okiem Boga6. Okoliczności sprzyjające grzechowi stają się jedynie okazją do wprowadzenia w czyn grzesznego zamiaru, na który człowiek już wcześniej wyraził przyzwolenie w swoim sercu.

Święty Ignacy Loyola mówi, że „popełniony grzeszny czyn”, „skonsumowana materia”, jest jednak większym grzechem niż samo wewnętrzne przyzwolenie na niego: „Po pierwsze z powodu dłuższego czasu trwania złej woli. Po drugie z powodu większego natężenia woli w złem. Po trzecie z powodu większej szkody dla duszy”7.

W określaniu „większej ciężkości grzechu” ojciec Ignacy nie koncentruje się najpierw na grzesznej materii, ale na trwaniu w złej woli. Istotą złej woli, o której pisze Loyola, jest sprzeciw człowieka wobec woli Boga. Lekceważenie Stwórcy, a niekiedy wręcz pogarda dla Niego – oto istota każdego ciężkiego grzechu. Sednem grzechu nie jest więc materialny czyn, ale odrzucenie Boga i zawłaszczanie tego, co należy wyłącznie do Niego. Gdy człowiek odrzuci Stwórcę, sam wówczas – stając na Jego miejscu – uważa siebie za pana stworzenia.

Najstraszniejszą karą za grzech jest nowy grzech

Grzesznik sam o własnych siłach nie może się uwolnić od swojego grzechu. „Któż On jest, że nawet grzechy odpuszcza?” (Łk 7,49) – dziwią się współbiesiadnicy na uczcie u Szymona Faryzeusza, gdy usłyszeli Jezusowe przebaczenie skierowane do jawnogrzesznicy. Doświadczenie bezradności i niemocy wobec własnego grzechu jest początkiem prawdziwej skruchy. Grzech możemy porównać do bomby nuklearnej: człowiek może ją skonstruować, spowodować eksplozję, ale nie jest w stanie opanować jej niszczycielskich skutków.

Gdy człowiek nie walczy ze swymi grzechami, one się pogłębiają i rozrastają w nim. „Najstraszniejszą karą za grzech jest nowy grzech”8 – zauważa Kierkegaard. Grzesznik uparcie trwający w grzechu wchodzi na szeroką drogę nieprawości i destrukcji. Pije grzechy jak wodę.

Ukazują to historie wielu postaci biblijnych: Kaina, Saula, Dawida, bałwochwalczych izraelskich królów, Judasza. Dawid nie wyznał przed Bogiem cudzołóstwa z Batszebą, ale usiłował za wszelką cenę to ukryć; tak wszedł na drogę kłamstwa, pychy i zbrodni. Dopiero interwencja Jahwe budzi go z otępienia moralnego. Wielka klasyczna literatura obfituje w opisy podobnych historii.

Balladyna z opery Władysława Żeleńskiego Goplana, dręczona wyrzutami sumienia po zabiciu siostry, mówi: „Może syk węża ucichnie w mej duszy. (…) Co raz umarło, nigdy nie ożyje. (…) A gdyby wyznać! Gdyby z serca wyrzucić ten ciężar srogi?”. Przeraża ją myśl, że mogłaby wyznać swój grzech. „Miałażbym znowu do chaty wrócić i jak gad podły pełzać u nogi? Nigdy! Przenigdy! Nie ma już powrotu. Trzeba iść drogą przeznaczenia…!”9, drogą zbrodni, drogą grzechu.

Człowiek żyjący w grzechu jest niebezpieczny zarówno dla samego siebie, jak i dla bliźnich. Święta Teresa od Jezusa w Twierdzy wewnętrznej pisała: „Słyszałam kiedyś od pewnego człowieka duchowego, że nie tyle budzą w nim trwogę te rzeczy, które czyni ktoś, kto pozostaje w grzechu śmiertelnym, ile to, co taka osoba mogłaby uczynić. Niech Bóg w swoim miłosierdziu uchroni nas od tak wielkiego zła”10.

Tragiczne dzieje grzechu dotykają często i nas oraz naszych bliskich. W naszym zaślepieniu jednak nie dostrzegamy nieraz zależności pomiędzy tragicznymi konsekwencjami grzechu a naszą własną odpowiedzialnością za niego.

Dlaczego tak trudno przyznać się do grzechu?

By powstrzymać skutki grzechu w nas, powinniśmy z zaufaniem i skruchą stanąć przed Bogiem z modlitwą: „Uznaję moją nieprawość, a grzech mój jest zawsze przede mną. Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem i uczyniłem, co złe jest przed Tobą” (Ps 51,5–6). Wyznajemy grzech przed Panem nie dlatego, że On go nie zna. Chcemy natomiast prosić Jezusa, by On wziął na siebie nasz grzech i w ten sposób zatrzymał jego destrukcyjne skutki. Powierzenie grzechu Bogu wymaga jednak tej samej dobrowolności i świadomości, z jaką go popełnialiśmy.

Powierzchowność w żalu za grzechy przejawia się w tym, że grzechy popełniamy dobrowolnie i świadomie, a Bogu powierzamy je kierowani lękiem lub też przymuszeni zewnętrznymi okolicznościami. Istotą zaś skruchy i żalu nie jest samo wyznanie grzechu, ale wewnętrzne wyrzeczenie się „miłości do niego”, zdemaskowanie fałszywej obietnicy, którą daje grzech.

Dlaczego tak trudno nam przyznać się do grzechu? Dlatego, że – wyznając formalnie nasz grzech – zachowujemy jednocześnie gdzieś na dnie duszy przywiązanie i miłość do niego. Gdy nie wyrzekamy się przywiązania i „korzyści” płynących z grzechu, stajemy się niezdolni do nawrócenia. To łaska, na którą grzesznik się otwiera, daje mu odwagę odsłonięcia swojego grzechu przed Bogiem i zerwania grzesznych łańcuchów11.

Skruszony grzesznik wierzy, że Jezus wziął na siebie wszystkie jego grzechy i poniósł je na krzyż i dlatego przestaje się ich bać. Odpuszczony grzech, który już raz ugodził w Syna Bożego, nie może więcej ranić grzesznika. Kierkegaard w swoim radykalizmie chrześcijańskim pisze, że dobry chrześcijanin ma tylko jeden żal, „żal z powodu swoich grzechów”12.

To Bóg daje nam poznać, że ranimy Jego miłość każdym naszym buntem przeciw Niemu. Doświadczenie „odpuszczenia grzechów jest znakiem rozpoznawczym tego, że Bóg nas kocha”13 – stwierdza Kierkegaard. „Nikt z siebie w zupełności nie może pojąć, jak wielkim jest grzesznikiem”14, może mu to objawić tylko sam Bóg. „Grzesznik wzdryga się na myśl o zbliżeniu się do Świętego, by stanąć przed Nim w każdym momencie. Egoizm tkwi jeszcze w grzeszniku i na tym polega istotne zgorszenie. Gdy tylko cały się odda, oddanie staje się jego najbardziej błogosławionym pocieszeniem – że w każdym momencie ma z sobą Chrystusa, swojego Zbawiciela i Odkupiciela”15.

Czego wymaga dobra spowiedź?

Szczerości, prostoty, dziecięcej otwartości i skruchy. W spowiedzi stajemy przed Bogiem bezbronni jak niemowlę przed swą matką. Szczerość przed spowiednikiem jest znakiem zaufania i otwartości wobec Miłosiernego Ojca.

Przygotowując się do spowiedzi, powinniśmy dotknąć nieprawości naszego serca. Ma nas ona zawstydzić, zaboleć, upokorzyć. Każdy grzech rani nie tylko Boga, ale dotyka i rani także całe mistyczne Ciało Chrystusa, całą ludzkość. W powieści Fiodora Dostojewskiego Biesy starzec Tichon w rozmowie ze Stawroginem, zepsutym człowiekiem, mówi: „Każdy człowiek, grzesząc, grzeszy przeciwko wszystkim ludziom i każdy człowiek w jakimś stopniu winny jest cudzego grzechu. Grzech jednostkowy nie istnieje. Wielki ze mnie grzesznik, być może większy od pana”16.

Święty Ignacy w Ćwiczeniach duchownych zachęca, by „ważyć ciężkość grzechów, patrząc na ich szpetność i na złość, jaką ma w sobie każdy popełniony grzech śmiertelny”, a następnie prosić o łzy i boleść duszy z powodu mych grzechów17.

Autentyczna spowiedź jest bolesnym doświadczeniem. Dobieranie sobie spowiedników, którzy nie zwrócą nam uwagi na zło grzechu, jest nieuczciwe. Gdy boimy się spojrzeć na własne zło, powinniśmy prosić Jezusa, aby On sam odsłonił przed nami nieprawość naszego grzechu. Gdy nie doświadczymy głębi zła grzechu, spowiedź pozostaje praktyką zewnętrzną i powierzchowną, która niewiele wnosi w życie duchowe. Bóg może odpuścić nam tylko te grzechy, które powierzymy mu z całą pokorą i zaufaniem.

Pięć dobrych rad „starca” spowiednika

W książce Opowieści pielgrzyma18 doświadczony „starzec” spowiednik daje cenne rady odnoszące się do spowiedzi pielgrzymowi, który przemierza Rosję w poszukiwaniu nieustannej modlitwy.

„Po pierwsze na spowiedzi nie należy wymieniać tych grzechów, które już wcześniej wyznałeś, byłeś za nie rozgrzeszony i nie powtarzałeś ich, inaczej będzie to świadczyć o nieufności w siłę tajemnicy spowiedzi”19. Lękowe powtarzanie na spowiedzi wyznanych uprzednio grzechów bywa bardziej wyrazem niepokoju i niedowierzania Bogu niż aktem skruchy i pokory.

„Po drugie nie należy wspominać innych osób, uczestniczących w twoich grzechach, a osądzać tylko siebie”20. To niezwykle cenna rada dla osób, które ulegają pokusie traktowania sakramentu pojednania jako okazji do analizy uczuciowej czy też konsultingu psychologicznego, podczas którego omawia się problemy emocjonalne, rodzinne, zawodowe itp. Spowiedź jest sakramentem i nie należy jej przemieniać w terapię psychologiczną. Żona, która się spowiada, nie ma potrzeby omawiać wad męża, z którym jej pożycie małżeńskie jest trudne. I odwrotnie. Gdy chcemy skorzystać z rady spowiednika, najlepiej oddzielić czas spowiedzi od szerszej rozmowy duchowej czy też psychologicznej.

„Po trzecie Święci ojcowie zakazują wyznawać grzechy z najdrobniejszymi szczegółami, a przyznawać się do nich ogólnie, aby poprzez dokładną ich analizę nie wzbudzać pokusy w sobie i w spowiedniku”21. Spowiedź ma być szczera, ale dyskretna. Ekshibicjonistyczne tendencje współczesnej kultury mogą niesłusznie suge- rować, że istotą szczerości w czasie spowiedzi jest przytaczanie zawstydzających szczegółów. Dotyczy to szczególnie grzechów szóstego przykazania Dekalogu. Swoista moda na ekshibicjonistyczne wyznania sprawia, że pewnym penitentom, a niekiedy i samym spowiednikom, brakuje wyczucia i taktu w tym zakresie. Dokumenty Stolicy Apostolskiej odnoszące się do spowiadania przestrzegają kapłanów przed zadawaniem szczegółowych pytań odnoszących się do grzechów przeciwko szóstemu przykazaniu22.

„Po czwarte przyszedłeś uczynić skruchę, a nie czynisz jej w tym, że nie umiesz uczynić skruchy, to znaczy obojętnie i niedbale podchodzisz do ukorzenia się”23 – mówi starzec pielgrzymowi.

Oto precyzyjna diagnoza małej skuteczności naszych spowiedzi, nad którą nieraz ubolewamy. Błędnie bowiem sądzimy, że samo wyznanie grzechów uleczy nasze serce i uwolni je od grzesznego brzemienia. Bez rzeczywistej skruchy wszystko, co robimy w sakramencie pojednania, to bezowocne magiczne zabiegi. Brak skruchy sprawia, że tuż po spowiedzi wracamy do naszych starych grzechów, ponieważ więź z nimi jest silniejsza od więzi z Bogiem.

„Po piąte – kontynuuje starzec – wyliczyłeś wszystkie drobnostki, ale najgłówniejsze straciłeś z oczu – nie wyjawiłeś najcięższych grzechów, nie wyznałeś i nie spisałeś tego, że nie kochasz Boga, nienawidzisz bliźniego, nie wierzysz w słowa Boże i jesteś przepełniony pychą i żądzą zaszczytów. W tych czterech grzechach zawiera się cała głębia zła i wszelkie nasze zepsucie ducha”24.

Pouczenie mnicha wzbudziło jednak pewne zdziwienie spowiadającego się pielgrzyma. Stąd też tłumaczy się: „Wybacz, czcigodny bracie, ale jakżeż można nie kochać Boga, naszego Stwórcy i Obrońcy! W co zaś wierzyć, jeżeli nie w słowo Boże. (...) A każdemu bliźniemu życzę powodzenia i za co mam go nienawidzić?”25. To bardzo typowe tłumaczenie, któremu nieraz ulegamy i my podczas spowiedzi. Bierze się ono z tego, że bardziej się koncentrujemy na materii grzechu niż na miłosnej więzi z Bogiem. Tylko pokorna i skruszona miłość daje grzesznikowi wgląd w istotę grzechu i otwiera mu drogę do radości nawrócenia, przebaczenia i pojednania.

***

W sakramencie pokuty objawia się tajemnicza przepaść pomiędzy śmiercią a życiem. Grzechem uśmiercamy nasze życie z Bogiem. Dzięki sakramentowi pojednania zmartwychwstajemy do nowego życia. Tylko Bóg może nam odpuścić nasze grzechy, ponieważ tylko On jest Panem życia i śmierci.

W Modlitwie Grzegorza z Nareku, chrześcijańskiego poety z VIII wieku, dobrze uchwycona jest myśl, że to nie my, grzesznicy, szukamy najpierw Jezusa, ale On sam jako pierwszy wszelkimi sposobami usiłuje nas odnaleźć.

Kiedy zdarzy się, że od Ciebie uciekamy, Ty sam bieżysz za nami.

Kiedy słabniemy, Ty nas wzmacniasz.

Kiedy gubimy się, Ty sprowadzasz nas na prawą ścieżkę.

Kiedy tracimy ducha, Ty dodajesz nam męstwa.

Kiedy chorujemy na duszy lub na ciele, Ty nas leczysz.

Kiedy stajemy się obrzydli w naszych grzechach, Ty nas oczyszczasz.

Kiedy kłamiemy, Ty w swojej prawdzie nas prostujesz.

Kiedy pochłonięci namiętnością staczamy się w otchłań, Ty nam niebiosa ukazujesz.

Kiedy z naszej samowoli nie wracamy, Ty nas zawracasz.

Kiedy zgrzeszymy, Ty się smutnie odwracasz.

Kiedy się naprawiamy, Ty się cieszysz.

Kiedy się oddalamy, Ty nas żałujesz.

Kiedy się przybliżamy, Ty się uśmiechasz.

Kiedy dajemy, Ty przyjmujesz.

Kiedy zwlekamy, Ty cierpliwie czekasz.

Kiedy my Tobie odmawiamy, Ty sam przyzwalasz, Ty wspomagasz wielkodusznie.

Gdy nas zdejmuje trwoga, Ty się frasujesz.

1  Søren Kierkegaard, Dzienniki. Wybór, Towarzystwo Naukowe Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Lublin 2000, s. 247.

2  Por. św. Ignacy Loyola, Ćwiczenia duchowne, Wydawnictwo WAM, Kraków 2000, 330, 331.

3  Ewagriusz z Pontu, Pisma ascetyczne, t. 1, Kraków 2007, s. 127.

4  Søren Kierkegaard, dz. cyt., s. 246.

5  Por. tamże, s. 249.

6  Por. Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym, 14.

7  Św. Ignacy Loyola, dz. cyt., s. 33.

8  Søren Kierkegaard, dz. cyt., s. 252.

9    Władysław Żeleński, Goplana, Teatr Wielki, Warszawa 2016, s. 56.

10   Św. Teresa od Jezusa, Zamek wewnętrzny, Flos Carmeli, Poznań 2010, s. 62.

11   Św. Ignacy Loyola, dz. cyt., s. 142.

12   Søren Kierkegaard, dz. cyt., s. 248.

13   Tamże, s. 249.

14   Tamże, s. 249.

15   Tamże, s. 252.

16   Fiodor Dostojewski, Biesy, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1984, s. 698.

17   Św. Ignacy Loyola, dz. cyt., s. 55–57.

18   Opowieści pielgrzyma. Szczere opowieści pielgrzyma poświęcone duchownemu ojcu, Wydawnictwo Benedyktynów, Tyniec 2011, s. 135.

19   Tamże, s. 133.

20   Tamże.

21   Tamże.

22   Por. Papieska Rada ds. Rodziny, Vademecum dla spowiedników, Watykan 1997.

23Opowieści pielgrzyma, dz. cyt., s. 133.

24   Tamże.

25   Tamże, s. 133–134.

Józef Augustyn SJ – ur. 1950, jezuita, wykładowca, profesor nadzwyczajny Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum" w Krakowie, ceniony rekolekcjonista i kierownik duchowy, redaktor naczelny "Życia Duchowego" (2001-2014), autor kilkudziesięciu książek i kilkuset publikacji z zakresu duchowości, pracuje w Domu Rekolekcyjnym w Czechowicach Dziedzicach.

W SZCZELINACH SKAŁY

•••

Pokora jest bardzo wąską szczeliną między dwoma światami: z jednej strony jest to świat mojego grzechu, z drugiej zaś nowego życia, które zstępuje od Boga. Pokora pozwala je zobaczyć.

Wojciech Jędrzejewski OP

FOT. GKYSON DANA / UNSPLASH.COM

Wiele osób rezygnuje z sakramentu spowiedzi, twierdząc, że w żaden sposób nie przekłada się on na zmianę w ich życiu – stare grzechy powracają szybciej, niż można by się tego spodziewać. Co zrobić, by powracające grzechy nie przesłoniły nam pełnego Bożej mocy sakramentu i ukrytej w nim nadziei? Skupiając się wyłącznie na naszych upadkach, tracimy z oczu inne, niesłychanie ważne rzeczy, które dzieją się w nas przy tej okazji. To, czego potrzebujemy, by wytrwać przy miłosierdziu, wciąż podobnie grzesząc – zajmuje niewielką przestrzeń. Jest jak wąska szczelina w skale. Ta przestrzeń to pokora – to właśnie tu przychodzi do nas Pan, zapraszając do głębszego nawrócenia. Będzie ono Jego dziełem, ale zaproszeni jesteśmy, by wciąż stawać w tym miejscu przed Nim.

Szczelina przepaści

Ten obraz pojawia się w Biblii w wielu miejscach. Na przykład wtedy, gdy Mojżesz zwraca się do Boga z gorącym wołaniem: „Spraw, bym ujrzał Twoją chwałę!” (Wj 33,18). Jest to zaskakująca prośba. Pada w trakcie rozmowy Mojżesza z Panem, kiedy ten prosi Boga, by mógł poznać Jego zamiary. Nie otrzymuje odpowiedzi. Zamiast tego Bóg składa obietnicę. „Jeśli Ja osobiście pójdę, czy to cię zadowoli?” (Wj 33,14). Okazuje się, że Mojżesz potrzebuje nie tyle wiedzy, ile bliskości Pana. W tym właśnie momencie – jakby zachęcony obietnicą – Mojżesz pragnie jeszcze więcej: oglądania chwały Bożej. „Gdy przechodzić będzie moja chwała, postawię cię w rozpadlinie skały i położę rękę moją na tobie, aż przejdę” (Wj 33,22). Szczelina przepaści staje się miejscem spotkania grzesznego stworzenia z pełnym blasku i wiecznego piękna Stwórcą i Wyzwolicielem.

Drugie miejsce wprowadza w metaforykę miłosną. W Pieśni nad Pieśniami oblubieniec woła do swojej ukochanej: „Gołąbko ma, ukryta w zagłębieniach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! Bo słodki jest głos twój i twarz pełna wdzięku” (Pnp 2,14).

Pęknięcie w skale, szczelina, to miejsce, w którym rodzi się bliskość i więź. To pęknięcie znamionuje niepowstrzymany cud rodzącej się jedności. Tak jak roślina potrafi rozsadzić mocny mur, tak zasiana w skale osamotnienia miłość – rozsadza ją, by powstało nowe – wspólnie przeżywane życie.

Szczelina to zatem miejsce mistycznego poznania Boga i początek przełamanej samotności.

Szczelina pokory

Upokorzenie związane z grzesznością może nas zabijać, zamykać na drugiego człowieka, odsuwać od komunii z Bogiem i z własnym sercem. Ale to samo upokorzenie może nas postawić w całkiem nowym i bardzo obiecującym miejscu, jakim jest szczelina pokory.

Co prawda spowiadamy się często z tych samych grzechów, ale w sakramencie pokuty dzieje się w nas o wiele więcej, niż nam się wydaje. Te same powtarzające się upadki powierzone Panu w sakramencie pojednania rodzą w nas coraz głębszą pokorę. Wiemy, że mimo podejmowanych wysiłków nie radzimy sobie z pewnymi wadami. Czujemy dyskomfort z tego powodu, ale czyż w drodze duchowej chodzi o komfort? Być może niewygoda psychiczna, a nawet moralna, związane z powtarzaniem tych samych grzechów są więcej warte – bardziej otwierają na Boga – niż zadowolenie, przed którym Pan przestrzega w przypowieści:

Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam.

Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony (Łk 18,9–14).

Pokora jest bardzo wąską szczeliną między dwoma światami: z jednej strony jest to świat mojego grzechu, z drugiej zaś nowego życia, które zstępuje od Boga. Pokora pozwala je zobaczyć. Wszystko po to, byśmy z głębi siebie, uznając swą grzeszność, stali się otwarci na Królestwo obiecane ubogim w duchu.

Przepaść śmierci

Ze ścieżki pokory oglądam dolinę wyschniętych kości (Ez 37,2). Mogę zobaczyć cały dramat oddzielenia, któremu na imię grzeszność. Oznacza ono coś więcej niż to, że mi nie wychodzi, że za mało się staram, że mam zbyt letnie serce itp. Wyschłe kości to niezdolność uwolnienia serca od tego, co je niszczy. To wielkie jałowe przestrzenie owej doliny, w których królują rozpacz, obojętność, ignorancja i zamęt – „przepaści złości i niewdzięczności” (Dzienniczek św. Faustyny, 72).

„Wyschnięte kości” to niezdolność kochania Boga całym umysłem, sercem i ze wszystkich sił. Dlatego warto przejść przez tę dolinę. Daje to szansę na pokorne wyznanie swojej grzeszności. Dobrze jest zobaczyć tragiczną panoramę największej w historii świata katastrofy: oddzielenia człowieka od Boga. Jego skutki sięgają w głębię mojej tożsamości – istoty, która traci orientację, sens, wewnętrzną spójność i radość. Owe skutki naznaczają nasze wzajemne relacje, pozbawiając je wolności, smaku, uszczęśliwiającej swobody i żywiołowości.

Na początku każdej Eucharystii podczas aktu skruchy słyszymy słowa: Rozpoznajmy nasze grzechy (Agnoscamus peccata nostra). W tym wezwaniu nie chodzi o to, by zrobić szczegółowy rachunek sumienia, ale żeby stanąć przed Panem ze świadomością tego, jak bardzo jestem zraniony oddaleniem od Niego. Niestety, formuła, którą najczęściej słyszymy w akcie pokuty (Przeprośmy Boga za nasze grzechy), słabo oddaje sens wezwania do ascetycznej i prostej pokory grzesznika, świadomego powagi sytuacji.

Na dnie tej doliny widzę kości tych, których zranił lub uśmiercił mój egoizm. Tajemnica nieprawości ma to do siebie, że sieje śmierć dookoła. Że zawsze coś w drugim pomniejsza, wysusza lub zabija.

Wiem, że nie mogę cofnąć czasu. Coś jednak jestem w stanie zrobić. Mogę poprosić o wybaczenie, przeprosić za wyrządzoną krzywdę. Bez zasłaniania się okolicznościami. Bez tłumaczenia. Uznając prawdę bez znieczulenia. Zachowałem się wobec ciebie egoistycznie i bez wyczucia. Byłem agresywny i zamknięty na twoje racje. Poddałem się niechęci i podejrzliwości, pysze i nieczułości…

Pokora każe w tym miejscu zapytać skrzywdzoną osobę o możliwość naprawienia wyrządzonego zła. Prawda, szczerość i gotowość zadośćuczynienia są delikatnym i mocnym zarazem głosem pokory wobec skrzywdzonego. Nie wolno mi niczego żądać: zrozumienia, wybaczenia, pojednania, otwartości. Ale mogę jasno nazwać swą winę wobec człowieka i wyrazić gotowość naprawienia zła w takiej mierze, w jakiej jest to możliwe.

Przepaść łaski

Nasza grzeszność nie pozbawia Boga radości dawania. Na krzyżu, na którym mogło Mu się wszystkiego odechcieć – wołał: Pragnę! Każdy z nas może ze zdumieniem odkryć, że jako człowiek o bardzo nieczystym sercu jest gwałtownie przynaglony do wspólnej uczty z Panem. „Dziś muszę się zatrzymać w twoim domu!” (Łk 19,5). W szczelinie tego zaskoczenia z pokorą patrzymy, jak Bezmiar przelewa się strumieniami poprzez spustoszoną ziemię. „Strumień Boży wezbrał wodami…” (Ps 65,10).

Pokora to także miejsce, w którym dar nowego życia jawi się oczom mojego serca jako całkowicie darmowy. „Nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni” (Ef 2,5). Ta łaska może zstąpić wyłącznie w ubogie serce. Pokornie zachwycone niezasłużonym darem. Gdybym myślał, że jestem silny – lecz niewystarczająco – zmarnuję Boży dar łaski.

„To prawda, człowiek doświadcza śmiertelnego dreszczu, kiedy pozbawiasz go siły naturalnej, by stać się jego siłą duchową. Ale wyświadczasz nam dobrodziejstwo, gdy odbierasz siłę, by dać życie” (Søren Kierkegaard, Do Ducha Świętego).

Poczucie siły względem Boga i Jego łaski jest zgubne. Zakłada ono następującą wizję: „Niewiele brakuje, a uniosę wymagania, które przede mną stawiasz. Wiem, że dajesz wiele i oczekujesz niemało. Poradzę sobie z tym, ale udziel mi niezbędnej siły”. Duchowe ubóstwo – słabość – zostają potraktowane jako chwilowa niedyspozycja (tak jak osłabienie w wyniku przeziębienia czy migreny).

Ten rodzaj myślenia nieuchronnie prowadzi do utraty łaski. Głównie dlatego, że redukuje Bożą wolę do obowiązków czekających na wypełnienie. Relacja z Nim staje się zadaniem polegającym na wykonaniu pracy. To postawa, którą św. Paweł określa mianem wypełniania Prawa za pomocą uczynków (Ga 3,2). Adresaci Listu św. Pawła sądzili, że otrzymują Ducha Świętego jako wynik swego trudu. „O, nierozumni Galaci! Któż was urzekł, was, przed których oczami nakreślono obraz Jezusa Chrystusa ukrzyżowanego? Tego jednego chciałbym się od was dowiedzieć, czy Ducha otrzymaliście na skutek wypełnienia Prawa za pomocą uczynków, czy też stąd, że daliście posłuch wierze?” (Ga 3,1–2).

„Pracę” – miłosny trud – wykonał na krzyżu nasz Zbawca. Wiara więc to aktywność przyjmowania łaski i jej przekazywania dalej, nie zaś zapracowywanie na nią. To zaiste przewrotna idea chcieć zadośćuczynić Bogu, zamiast podjąć drogę radykalnego zadośćuczynienia tam, gdzie to realnie możliwe – wobec człowieka!

Na ścieżce pokory odkrywam, że miłosierdzie, dobroć, czułość, uzdrowienie – nie są w żaden sposób uwarunkowane moją nieskazitelnością czy zasługami. Są dawane całkowicie za darmo – z Jego bezbrzeżnej, „przepastnej” miłości, która nazywa się łaską. Paradoksalnie doświadczenie własnej niedoskonałości, słabości i niewierności może mnie bardziej otworzyć na łaskę niż poczucie rzetelności i konsekwencji. „Nadzieja zawieść nie może, ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany. Chrystus bowiem umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdyśmy jeszcze byli bezsilni” (Rz 5,4n).

Jedno z najbardziej tradycyjnych nabożeństw – które wielu osobom wydaje się przebrzmiałe i zbytnio akcentujące pobożność obolałą – używa cudownego obrazu: „Upał swego serca chłodzę, gdy w przepaść Twej męki wchodzę”. Doprawdy: przepaść męki Pana to kraina, w której mamy szansę odzyskać równowagę ducha naszej wiary. Chłodzi ona wszelkie wybujałe potrzeby perfekcjonizmu, zasługiwania, liczenia na nagrodę itd.

Przepaści demoniczne

Mój przyjaciel ks. Leszek Starczewski mawiał do uczniów na katechezie: „Zanim zgrzeszysz, diabeł jest twoim najlepszym kumplem, który mówi: Stary, spokojnie, nie przesadzaj z tymi przykazaniami. Przecież nic złego się nie stanie, gdy to zrobisz. W chwili, gdy grzech zostaje popełniony, diabeł z kumpla zamienia się w rygorystycznego moralistę: Coś ty zrobił, aleś schrzanił wszystko. Masz przerąbane. Nie ma dla ciebie ratunku. Jesteś przegrany. Nawet nie próbuj pokazywać się Bogu na oczy”.

Nieprzyjaciel ze wszystkich sił próbuje zepchnąć nas w dwie przygotowane przez siebie przepaści. Pierwsza z nich to rozpacz, druga zaś – pycha.