Wydawca: W drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 163

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W drodze 03/2016 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

 

https://www.youtube.com/watch?v=3Rq-IjnP6Xw

Opinie o ebooku W drodze 03/2016 - Wydanie zbiorowe

Cytaty z ebooka W drodze 03/2016 - Wydanie zbiorowe

Niestety ojcowie soborowi nie zdecydowali się na żadne istotne reformy. Dlaczego? Chyba zbyt silne było wtedy zaślepienie pieniądzem. Na przedsięwzięcia papieskie – krucjatę przeciw Turkom czy budowę nowej bazyliki Świętego Piotra – potrzebne były olbrzymie środki. Pieniądz zawładnął umysłami i nawet ludzie Kościoła zaczęli go pozyskiwać w sposób niemoralny. W rezultacie w przestrzeni pieniądza znalazła się nawet sfera pobożności. Juliusz II przy okazji roku jubileuszowego
Nawrócenie to nie przymus i kolejne zadanie do wykonania, ale uświadomienie sobie własnej niewystarczalności, którą warto ubrać w płynącą z serca modlitwę bezradności: „Panie, Ty wszystko wiesz i znasz moje serce, chciałem Ci tyle dać, ale teraz wiem, że to było puste, a ja zwyczajnie potrzebuję Twojego miłosierdzia”.
Wszystko zaczyna się jednak od wejścia w ciszę. W doświadczeniu konfliktu uczucia gotują się w nas jak we wrzącym kotle. I miotają we wszystkich kierunkach. Celem nie jest jednak osiągnięcie psychologicznego komfortu i pospieszne wygaszenie uczuć. Musimy zajrzeć niejako pod ich podszewkę. Święty

Fragment ebooka W drodze 03/2016 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

co roku Wielki Post wywołuje w nas mnóstwo duchowych pragnień kierowanych do Pana Boga. Większość z nich jest bardzo prawdziwa i szczera, motywowana tym, by po czterdziestu dniach zobaczyć swoje nowe, lepsze „ja”. Zmianę, która pozwoli inaczej spojrzeć na naszą codzienność, która kontaktom z bliźnimi nada kształt przynajmniej poprawny, a nas samych uwolni od buntu i rozpaczy.

Jednak w kolejnych dniach zaczynamy się zachowywać jak uczeń, który twierdzi, że wszystko zrozumiał, a zaraz potem popełnia podstawowe błędy, lub – podejrzewając, co się święci – bierze lewe zwolnienie od zaprzyjaźnionego lekarza. Tak w skrócie wygląda nasza duchowa przemiana. Obawiamy się kompromitacji w środowisku i łatki „świętego”, a także mozolnego sklejania naszej domowej codzienności, zgody na wybór ponawiany każdego dnia i zajęć, które już po tygodniu stają są nudne, a które trzeba cierpliwie wypełnić.

W tym numerze „W drodze” przeczytają Państwo o odwadze nawrócenia. Decyzji, która nie ma w sobie niczego z szybkiego sukcesu. To raczej wytrwałość w podjętych zobowiązaniach, zamknięta przez św. Pawła w zdaniu: „Miłość cierpliwa jest”. Choć brzmi ono prawie jak slogan, to przecież kryje się w tych słowach nadzieja na konkretną i przynoszącą owoce zmianę. Także zmianę myślenia, bo tak należy właśnie tłumaczyć greckie słowo metanoia. Nawrócenie to nie przymus i kolejne zadanie do wykonania, ale uświadomienie sobie własnej niewystarczalności, którą warto ubrać w płynącą z serca modlitwę bezradności: „Panie, Ty wszystko wiesz i znasz moje serce, chciałem Ci tyle dać, ale teraz wiem, że to było puste, a ja zwyczajnie potrzebuję Twojego miłosierdzia”.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

O UCZYNKACH MIŁOSIERDZIA WZGLĘDEM DUSZY

•••

Płyta na Wielki Post

W papieskiej bulli z okazji otwarcia tegorocznego roku jubileuszowego znajdujemy m.in. takie słowa: „Miłosierdzie to droga, która łączy Boga z człowiekiem, ponieważ otwiera serce na nadzieję, że będziemy kochani na zawsze, pomimo ograniczenia, jakim jest nasz grzech” (Misericordiae vultus 2).

Oczywiście to, o czym pisze papież, intuicyjnie wiemy. Miłosierdzie jest niezbędne, bo nieustannie padamy ofiarą naszych namiętności, zachowując się okrutnie i mściwie wobec siebie i naszych bliźnich. Problem w tym, że choć sami oczekujemy miłosierdzia, to innym często odmawiamy do niego prawa. W jednej chwili chcemy wsparcia i pocieszenia, a w następnej jesteśmy bezduszni, małostkowi, bezwzględni.

Jak co roku do wielkopostnego numeru miesięcznika „W drodze” dołączamy rozważania rekolekcyjne dla zabieganych, zmęczonych i tych wszystkich, którzy być może nie mają czasu, by wybrać się na tradycyjne rekolekcje. Tym razem przypominamy starą i nieco zapomnianą praktykę uczynków miłosierdzia względem duszy. Autorem rozważań jest dominikanin, ceniony duszpasterz akademicki ojciec Norbert Kuczko, który rozwija papieską intuicję. Pokazuje, że miłosierdzie to sposób, w jaki Bóg przebacza nam grzechy. Nie traktuje nas nigdy z poczuciem boskiej doskonałości, sprawiedliwości czy władzy, lecz wchodzi w sytuację poranienia, braku nadziei i jest solidarny z nami w naszym cierpieniu. Okazuje nam swoją miłość nawet wtedy, kiedy zupełnie nie jesteśmy gotowi na jej przyjęcie i kiedy bezmyślnie ją trwonimy. Co ważne, w swoich rozważaniach ojciec Norbert wskazuje, że wezwanie do pocieszania strapionych, upominania grzesznych, radzenia dobrze wątpiącym czy pouczania nieumiejętnych ma sens tylko wtedy, kiedy sami przeżyjemy i doświadczymy miłosiernego podejścia ze strony Boga. W przeciwnym razie otrzemy się o zwykłe moralizowanie. Parafrazując św. Pawła, mamy pokrzepiać innych tym pokrzepieniem, którego sami doznajemy od Boga. Szczęśliwi, którzy to odkryją i pozwolą odkryć innym.

Płyta dosępna pod linkiem: http://miesiecznik.wdrodze.pl/rekolekcje.php

Hasło: MisericordiaeVultus2016

redakcja –

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

O UCZYNKACH MIŁOSIERDZIA WZGLĘDEM DUSZY

Rozmowa w drodze

NIE CHCĘ IŚĆ NA SKRÓTY

Nawrócenie bez fajerwerków

SERCE LEZIE DO TEGO, CO LUBI

PRZEPRASZAM

NIC Z NIEGO NIE BĘDZIE

MOJA BARDZO WIELKA WINA

Uwierz w ducha

OJCZE, TEN BOROK ZNOWU PRZYCHODZI

POWITANIE Z KOŚCIOŁEM

PAKIET VIP

Trzy lata pontyfikatu

TRĄBA POWIETRZNA

Dominikanie znani i nieznani

NIEBO ZA 9,99

Pytania w drodze

SPRAWIEDLIWY CZY MIŁOSIERNY?

Orientacje

PRZEŻYWAM, ZAPAMIĘTUJĘ, ROZMYŚLAM

PO KROPCE

Felietony

UPADŁY I ŚWIĘTY

ŁONO

ASCEZA

DOM Z WIDOKIEM

RAJSKI OGRÓD I ZŁY ŚWIAT

Dominikanie na niedziele

RĘCE BOGA

PRZEPAŚĆ MIŁOSIERDZIA

PRECZ Z NIM!

UWIERZ SERCEM

DLACZEGO GRÓB JEST PUSTY?

Rozmowa w drodze

NIE CHCĘ IŚĆ NA SKRÓTY

•••

Dokonuję nadludzkiego wysiłku, żeby zapomnieć o wszystkich łatkach i przymiotnikach, które towarzyszą opisowi mojego rozmówcy - niezależnie od tego, czy jest to terrorysta, prostytutka, prezydent czy ksiądz.

Z dokumentalistką i dziennikarką EWĄ EWART rozmawia Anna Sosnowska

FOT. KRZYSZTOF DUBIEL/TVN

Anna Sosnowska: Wierzy pani w obiektywne dziennikarstwo?

Ewa Ewart: Nie wierzę, bo nie ma czegoś takiego. Trzeba to pojęcie włożyć między bajki. Załóżmy, że zabieram się za realizację filmu dokumentalnego, który opiera się na udziale pięciu bohaterów. Przecież to ja ich wybieram spośród, dajmy na to, kilkunastu osób. I w tym momencie kończy się obiektywne dziennikarstwo, bo chociaż przy moich wyborach staram się trzymać obiektywnych kryteriów, to na poziomie podświadomości zawsze zadziała jakiś subiektywny czynnik.

Na przykład ktoś wyda się pani bardziej sympatyczny.

I żebyśmy się nie wiem jak starali, nie mamy nad tym kontroli, bo jesteśmy tylko ludźmi. Co oczywiście nie znaczy, że materiał od razu jest skazany na przekłamanie. Ale właśnie z powodu naszych ludzkich ograniczeń tak istotne wydaje mi się to, żeby mieć swój prywatny kodeks etyczny. Po pierwsze jako człowiek, a po drugie jako dziennikarz, ponieważ uważam, że to, jakim jesteś człowiekiem i jakimi zasadami kierujesz się w życiu, automatycznie przekłada się również na to, jakim jesteś profesjonalistą. Wbrew pozorom nie jest to wcale takie popularne podejście.

Jakiego w takim razie dziennikarstwa uczyła się pani przez dwadzieścia lat w BBC?

To była znakomita i twarda szkoła jak najbardziej niezaangażowanego podejścia do tematu.

Czyli uczciwego?

Tak, i przeważnie miarą tej uczciwości jesteśmy my sami. Kiedy realizuję dokument w jakimś dalekim zakątku świata i jadę w teren, na wstępnym etapie produkcji często pracuję bez świadków, więc mogę pójść na skróty i nigdy to nie wyjdzie na światło dzienne. To oznaczałoby jednak nie tylko złamanie własnych zasad, ale też oszukiwanie widza.

Kiedy kręciła pani dokument o Czeczenii, na przedmieściach Groznego trafiliście z ekipą na zbiorowy grób.

Odkryliśmy go dzięki czaszce, która nagle znalazła się pod naszymi nogami. Może sobie pani wyobrazić, jak straszny to był widok.

Jeden z pani towarzyszy nalegał, żeby tę czaszkę inaczej ułożyć, bo psuje kadr.

Rzeczywiście, gdybyśmy ją przesunęli trochę bliżej albo nieco podnieśli, ujęcie byłoby idealne.

Jednak nie zgodziła się pani na to.

Wywiązała się gorąca dyskusja. Byliśmy tam w piątkę, ale to ja pełniłam funkcję kierownika, czyli kogoś, komu na planie wszyscy muszą się podporządkować, więc powiedziałam: Nie, my tu nie robimy docudrama [dokumentu fabularyzowanego – przyp. red.], tylko robimy dokument, i my tej czaszki nie przesuniemy.

Chodziło tak naprawdę o drobiazg, a pani powiedziała: Nie.

Gdybym tę czaszkę przesunęła, to po powrocie do domu musiałabym odwrócić lustro, bo nie mogłabym na siebie spojrzeć. To jednak wcale nie znaczy, że jestem święta, bo czasami zachowanie właściwego dystansu i oparcie się takiej pokusie wymaga ogromnej pracy. Ale naprawdę nie warto się sprzedać dla kawałka telewizji.

Co jeszcze wpisuje się w uczciwe dziennikarstwo?

Przede wszystkim wiarygodność. Dokument jest dobry, kiedy jest prawdziwy. To zasadnicze kryterium. Tylko wtedy widz może dogłębnie zrozumieć temat i utożsamić się z bohaterami. Dlatego trzymam się zasady, żeby w narracji, która stanowi uzupełnienie wypowiedzi bohaterów, ograniczać się wyłącznie do sprawdzonych faktów, i na ile to możliwe, nie używam przymiotników, które z reguły nadają takiej narracji ton emocjonalny, a na tym od razu traci niezaangażowane podejście do tematu.

Pani traktuje swój zawód misyjnie?

Na pewno podchodzę do niego z ogromną pokorą i rzeczywiście wyznaczyłam sobie rolę po części służebną. Dlatego nie występuję w moich dokumentach. Jestem niewidzialnym łącznikiem między widzem a filmem. Kiedy rozpoczynałam pracę, miałam poczucie, że podejmuję się pewnej misji. Chciałam poprzez realizowane projekty pomagać i sprawiać, że ludzie zrozumieją zawiłości współczesnego świata. Dziś widzę, jak niesłychanie naiwne były te ambicje.

Donkiszoteria?

Tak, ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Dlatego potem dla własnego zdrowia psychicznego umówiłam się ze sobą, że jestem szczęściarą, ponieważ w ogóle mogę takie filmy robić. I jeśli one pomogą dwóm czy trzem osobom, to wystarczy. Przestałam liczyć na więcej, kiedy moje doświadczenia pokazały mi, jak mało skuteczna jest moja walka z establishmentem, z zasady odpornym na krytykę i niezdolnym do podjęcia działań – nawet w obliczu najbardziej rażących dowodów na niegodziwość, niesprawiedliwość, a często zwykłe zbrodnie.

Ale i tak oddaje pani w swoich dokumentach głos politykom.

Bo uważam, że rozmawiać trzeba z każdym.

Ta zasada obejmuje również oprawców?

Jak najbardziej. I nigdy od niej nie odstąpię. Traktuję ją jako mój święty obowiązek wobec widza oraz dowód na uczciwe wywiązywanie się ze swojej pracy.

Ustawiając kamerę choćby przed przywódcami ETA, nie legitymizuje pani w jakiś sposób ich działań?

 W redakcji BBC mieliśmy taki zwyczaj, że raz w tygodniu, już po wyemitowaniu dokumentu, dyskutowaliśmy o nim całym zespołem, dokonując pewnego post mortem. To były świetne, profesjonalne spotkania. Po emisji filmu ETA – wyjście z cienia dyskusja przebiegała w niesłychanie ożywiony sposób, a redakcja podzieliła się po połowie – część stanęła za mną murem, bo moje podejście do tematu było dla niej zrozumiałe i słuszne, a część użyła dokładnie tego argumentu, który pani wytoczyła.

Udało się pani rozwiać wątpliwości kolegów?

Zwróciłam im uwagę na to, że po raz pierwszy został zrealizowany materiał, w którym głos zabrali przedstawiciele ETA, dzięki czemu można było postawić pytanie o to, co było pierwsze – jajko czy kura? Dokument przedstawiał historię tej organizacji od jej narodzin, które były reakcją na dyktatorskie rządy Franco. Jednocześnie nie zabrakło w nim głosów słusznie potępiających wszystkie barbarzyńskie akty ETA. W filmie pokazałam również coś, co bardzo rzadko pojawiało w debacie publicznej – że istniały rządowe oddziały GAL, działające dokładnie takimi samymi metodami jak ETA, jeśli nie gorszymi. Więc równie dobrze można by mi zarzucić to, że rozmawiałam z hiszpańskim ministrem spraw wewnętrznych. Nie zamierzałam w żaden sposób rozgrzeszać baskijskich wojowników, którzy w czasie, kiedy realizowałam film, wykonali przecież ponad osiemset wyroków śmierci, ale chciałam pokazać, że taką samą krew na rękach mają oddziały GAL, które prawie nigdy nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności, bo działały w imię prawa. Miałam na to dowody z pierwszej ręki i pokazałam je w filmie.

Po dyskusji w redakcji nadal była pani przekonana, że zrobiła dobrze?

Cieszyłam się z tej wymiany zdań, wysłuchałam opinii kolegów z ogromną uwagą, ale gdybym miała ten dokument zrealizować jeszcze raz, postąpiłabym dokładnie tak samo i nie czułabym z tego powodu żadnego dyskomfortu. Zresztą pytania do przywódców ETA, które padły z ust korespondentki, co pokazaliśmy w filmie bez żadnych przebitek, były bardzo niewygodne dla tej organizacji. Dlatego nikt nam nie może zarzucić złagodzenia przekazu czy działania w zastraszeniu. Najlepszym dowodem na naszą uczciwość były naciski rządu Hiszpanii na 10 Downing Street [siedziba brytyjskiego premiera i rządu – przyp. red.], żeby wstrzymać emisję, którą zaplanowaliśmy w okolicach wyborów parlamentarnych w Kraju Basków.

Z podobnymi zarzutami, jak przy dokumencie o ETA, spotkałam się przy realizacji Wojny kokainowej, kiedy poleciałam na rozmowę z kolumbijskim „rzeźnikiem” nr 1.

Carlosem Castaño Gilem, przywódcą szwadronów śmierci AUC (Zjednoczone Siły Samoobrony Kolumbii).

Siedzi przede mną czterdziestoparoletni facet, który nie urodził się rzeźnikiem i ja się chcę dowiedzieć, co się takiego w jego życiu stało, że teraz ucina ludziom głowy piłą elektryczną. Okazało się, że Castaño w wieku siedmiu lat stracił ojca – zamordowali go lewicowi partyzanci z FARC (Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii). Czy pokazując to, usprawiedliwiam drogę zemsty, którą poszedł Castaño? Nie. Ale uważam, że dopiero na podstawie tego materiału widz będzie miał pełny obraz tego człowieka. I jeden mimo wszystko potępi go w czambuł i powie: Jego przeszłość mnie guzik obchodzi, a drugi pomyśli: Może coś jest na rzeczy?

Jak się pani udaje udźwignąć takie spotkania?

To strasznie trudne.

Ma pani przed sobą człowieka, który robi rzeczy rodem z najgorszych horrorów…

I siadam przed nim, i rozmawiam z nim dwie godziny. Dokonuję naprawdę nadludzkiego wysiłku, żeby zapomnieć o wszystkich łatkach i przymiotnikach, które towarzyszą opisowi tej osoby – niezależnie od tego, czy jest to terrorysta, prostytutka, prezydent czy ksiądz. Chcę wyrobić sobie własną opinię na temat tego człowieka, nie sugerując się tym, co ktoś już o nim napisał, powiedział czy pokazał. To kwestia treningu i doświadczenia.

Tak się da?

Da się, ale to nie jest łatwe, i mnie też się zdarzały błędy. Nigdy nie zapomnę, jak robiłam na Jamajce film o czystkach społecznych, odbywających się zresztą z pełnym błogosławieństwem ówczesnego ministra spraw wewnętrznych. Bardzo ciężki temat. To była selekcja poprzez odstrzał osób, które pochodziły z totalnych nizin społecznych, ale które niekoniecznie musiały stanowić jakieś zagrożenie. Oparliśmy ten film na słynnym Brighton Seven Case. To był wyjątkowo drastyczny przypadek. W domu na przedmieściach Kingston siedziało siedmiu nastolatków, którzy w coś grali. Nagle wpadły siły specjalne i zaczęły strzelać do nich jak do kaczek. Rozmawiałam potem z rodzinami tych nastolatków, świadkami zajścia. Za to minister bardzo się wymigiwał przed wywiadem, więc zasadziliśmy się z operatorem na niego przy okazji jakiegoś publicznego wydarzenia. I kiedy udało nam się wreszcie doskoczyć z kamerą do ministra… nie wytrzymałam. Po prostu pękłam. Wciąż miałam w uszach dramatyczne zeznania rodzin ofiar. I zamiast profesjonalnie zadać parę pytań, prawie go zwymyślałam, do tego głosem i słowami pozostawiającymi wiele do życzenia. Pogwałciłam wszystkie zasady, które solennie wygłaszam.

A propos profesjonalizmu. Realizację każdego dokumentu, każde spotkanie z rozmówcą poprzedza proces dokumentacji, czyli zbierania informacji.

Bardzo lubię ten etap.

Można go nazwać dokopywaniem się do prawdy?

Absolutnie tak, ale prawdy, która na koniec dokumentacji jest tylko częściowa, chociaż mam taką zasadę, że informacje zbieram ze wszystkich możliwych, często kompletnie przeciwstawnych źródeł. Udaje mi się dzięki temu dotrzeć niejednokrotnie do faktów, do których inni nie dotarli, bo nie chciało im się kopać tak głęboko. Ale te informacje są dla mnie w pewnym sensie punktem wyjścia – traktuję je jako solidną podstawę do własnej konfrontacji z bohaterem czy tematem.

Korzysta pani również z pomocy informatorów.

Oczywiście.

Jak pani weryfikuje ich wiarygodność?

Dotknęła pani bardzo ważnego punktu. Trzeba się tu wykazać ogromną ostrożnością. W BBC mieliśmy wspólny bank danych. Jeśli ktoś znalazł osobę, która się sprawdziła w danym temacie, to wpisywał ją do tej bazy. Korzystając z niej, miałam pewność, że informator został już przepuszczony przez „filtr” moich kolegów, co było dla mnie jakąś rękojmią.

Intuicja też pomaga?

Jak najbardziej! Mam nosa i natychmiast jestem w stanie ocenić, czy jakaś osoba reprezentuje stronnicze stanowisko albo próbuje coś forsować. Nieraz sami bohaterowie podejmowali wobec mnie próbę manipulacji – mówili na przykład: Nie udzielimy ci wywiadu, jeżeli będziesz rozmawiać także z tym i tym. W taki zawoalowany sposób szantażowali mnie partyzanci z FARC.

Zgodziła się pani na ich warunki?

Nie. Rozegrałam to dokładnie tak, jak robię zawsze. Od początku wiedziałam, że muszę dotrzeć do trzech głównych aktorów kolumbijskiego konfliktu, czyli partyzantów prawicowych, lewicowych i prezydenta. Przed nikim nie ukrywałam, że staram się o głos każdej ze stron. Powiedziałam przedstawicielom FARC, że decyzja, czy chcą skorzystać z szansy przedstawienia bezpośrednio i osobiście swojego stanowiska, czy będę musiała to zrobić w sposób pośredni, należy do nich. Oczywiście zadziałało. FARC szybko się zgodził na udział w filmie i wycofał swoje warunki.

Przeciętny człowiek czerpie dziś swoją wiedzę o świecie z mediów.

Błogosławieństwem jest to, że mamy tak wiele źródeł informacji, ale to też stanowi nie lada wyzwanie dla odbiorcy.

Nie wiadomo, komu wierzyć.

No tak, bo nie wiemy, czyje interesy reprezentuje Iksiński albo na ile została sprawdzona wiarygodność danej informacji. Bardzo często jest ona poddawana recyklingowi – ludzie powielają, z różnym skutkiem, historie i fakty zebrane przez kogoś innego. Dziennikarstwo każdej maści cierpi dziś na ogromny problem związany właśnie z weryfikacją i wiarygodnością materiałów.

Z czego to wynika?

Z braku czasu. Żyjemy w terrorze natychmiastowości. Ma być na już albo na wczoraj. To jak pani sprawdzi wiarygodność informacji? Myślę, że jest to jedno z największych wyzwań, przed którymi staje młode pokolenie dziennikarzy. Dlatego powinni się uczyć od najlepszych i na najlepszych materiałach.W kontekście tych refleksji mam świadomość, jak dużo szczęścia towarzyszyło mi na różnych etapach zawodowej ścieżki. Od samego początku pracowałam i szlifowałam swój warsztat zawsze z najlepszymi. Sztuki dokumentu nauczyłam się w najlepszej pod tym względem szkole, jaką było BBC TV. Ale to nie znaczy, że dziś już takich szans i możliwości nie ma. Są. Tylko trzeba chcieć je znaleźć i umieć z nich skorzystać.

Jak pani, jako specjalistka od trudnych tematów i skomplikowanych konfliktów, ocenia to, co się teraz dzieje na Bliskim Wschodzie?

To jest bardzo złożony temat, któremu mogłybyśmy poświęcić osobną rozmowę. Myślę, że początku obecnej fazy konfliktu można szukać w 2003 roku, czyli w inwazji zachodniej koalicji pod egidą Stanów Zjednoczonych na Irak. Całkowicie podpisuję się pod głosami tych, którzy są zdania, że ta decyzja amerykańskiej administracji, na czele której stał wówczas prezydent George Bush, powinna zaprowadzić kilka osób przed trybunał w Norymberdze. Nastała Arabska Wiosna, której potencjał całkowicie zaprzepaszczono. Rozwalono cały Bliski Wschód, bo zabrakło planu, jak zagospodarować tę przestrzeń, żeby zbudować coś pozytywnego. To są m.in. źródła fali uchodźczej, która teraz zalewa Europę.

Nie ma pani najlepszego zdania o politykach?

O wielu nie mam. Wydaje mi się, że dziś na świecie panuje kryzys klasy politycznej. Występuje deficyt autentycznych wizjonerów. Brakuje odważnych przywódców, którzy w obliczu tylu palących problemów nie ograniczą się wyłącznie do wyrażania „głębokiego zaniepokojenia” – to jedno z ulubionych stwierdzeń, jakie pojawiają się w oficjalnych reakcjach na wydarzenia, często tragiczne i powtarzające się z upiorną regularnością.

Przyzwoity garnitur polityków – przy wszystkich ich niedociągnięciach i błędach, które popełnili – mieliśmy ostatnio w dekadzie lat 80. Gorbaczow, Thatcher, Reagan – to byli ludzie z wizją, którą konsekwentnie realizowali.

Wiele podejmowanych przez panią tematów jest właściwie mierzeniem się z Conradowskim jądrem ciemności. To musi jakoś na panią wpływać.

Pierwszy sygnał ostrzegawczy pojawił się po serii tzw. trudnych tematów, realizowanych dla BBC. Te dokumenty bardzo mnie przeorały emocjonalnie. Zauważyłam wtedy niepokojące zjawisko – że zaczęłam zarastać grubą skórą, straciłam naturalną wrażliwość, a do pewnego stopnia i empatię, wszystko spływało po mnie jak po kaczce.

Instynkt samozachowawczy?

Zaczęłam obrastać pancerzem, żeby po prostu przetrwać. Było mi z tym bardzo źle, bo to nie leży w mojej naturze. Ale sam fakt, że jednak zauważyłam ten proces w sobie, przyjęłam z ulgą – to oznaczało, że coś z tego mojego człowieczeństwa jeszcze pozostało. Myśląc o tym, uświadomiłam sobie, jak bardzo rodzaj tematów, za które się brałam, zdeterminował moje postrzeganie świata i w pewnym sensie też ludzi. Napełniło mnie to jakąś goryczą z domieszką cynizmu i pesymizmu, bo widziałam i skupiałam się na tej ciemnej stronie świata przesączonego złem i staczającego się powoli po równi pochyłej. W głowie zaczęły mi się roić wręcz apokaliptyczne wizje.

Trudno w takim stanie żyć i pracować.

Dlatego zaczęłam szukać odskoczni od ciężkich tematów, która stałaby się dla mnie zdrową przeciwwagą. Przecież na świecie dzieje się także dużo dobra i bardzo wielu ludzi robi świetne rzeczy. Więc powodów do optymizmu nie brakuje. W tej chwili staram się umiejętnie krążyć między tymi dwiema przestrzeniami. Jedna z nich została mi zawodowo przypisana, jest i będzie moja, dopóki nie zmienię branży i nie zacznę sprzedawać marchewki, ale obok mam inny świat, który jest pełen kolorów i dobra. I w taki świat także wierzę.

Ewa Ewart – absolwentka iberystyki na UW, dziennikarka, dokumentalistka; przez dwadzieścia lat związana z redakcją dokumentu społeczno-politycznego telewizji BBC, współpracuje z TVN 24 i TVN 24 Bis; laureatka wielu prestiżowych nagród, m.in. trzykrotnie brytyjskiej Royal Television Society. W zeszłym roku ukazała się jej książka biograficzna "Widziałam". Mieszka w Warszawie.

Anna Sosnowska – ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, redaktor miesięcznika "W drodze", współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą".

Nawrócenie bez fajerwerków

SERCE LEZIE DO TEGO, CO LUBI

•••