Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 259

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka W drodze 02/2016 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 02/2016 - Wydanie zbiorowe

Cytaty z ebooka W drodze 02/2016 - Wydanie zbiorowe

Paradoksalnie, im bardziej walczymy ze swoim przeciwnikiem, tym bardziej stajemy się do niego podobni; zaprzyjaźniamy się z nim. Natomiast w chwili, gdy stan idealnego skupienia przestanie być dla nas sprawą życia i śmierci oraz gdy zaakceptujemy aktualną formę duchową, wówczas rozproszenia
ale od pająka wiele możemy się nauczyć. Za każdym razem, gdy widzi zerwaną pajęczynę, zaczyna tkać ją od początku, czasem wiele razy. I nie skarży się na okrutny los. O chrześcijańskiej pajęczej cierpliwości
Cierpliwość pająka łączy w sobie wierność z pokorą. Ta druga cecha polega na umiejętności określenia zarówno własnych możliwości, jak i ograniczeń, wraz z prostym powierzaniem swoich wysiłków Bogu, który dokonuje całej reszty.
Kiedy mówimy o relacji człowieka z tym, co nazywamy sacrum , najczęściej sprowadzamy ją do kategorii duchowych. Mówimy o tym, że dusza spotyka się z Bogiem, że dusza idzie do nieba, że dusza jest zbawiona. Nie sposób w tym artykule rozwinąć szerzej tego problemu i pokazać, skąd się wzięło takie myślenie. Trzeba jednak powiedzieć, że takie rozumienie jest niepoprawne i niebiblijne. Biblia ukazuje człowieka jako integralną jedność ciała i ducha. Człowiek nie tyle ma ciało, co jest ciałem. Zostaliśmy stworzeni jako istoty cielesno-duchowe i o takim człowieku Bóg powiedział, że jest nadzwyczaj dobry. Naszym ostatecznym przeznaczeniem jest jedność z Bogiem w niebie, która się realizuje na sposób duchowo-cielesny.
Widać to wyraźnie podczas udzielania komunii świętej, kiedy szafarz wypowiada słowa: „Ciało (Krew) Chrystusa” i pokazuje nam konsekrowany chleb (albo kielich), a my odpowiadamy: „Amen”. Słowo to możemy tłumaczyć na kilka sposobów, ale wśród nich dwa są najważniejsze. Z jednej strony tłumaczymy je jako „wierzę”. W tym sensie wypowiadam je właśnie przed komunią świętą, mówiąc, że wierzę, iż w tym kawałku chleba i w tym kielichu z winem jest realnie obecny Chrystus, że to jest Jego ciało i Jego krew. Ale słowo „amen” można także tłumaczyć jako „niech się tak stanie”. W tym sensie kapłan ukazuje mi ciało Chrystusa, a ja mówię: „Niech się Nim stanę! Niech ten chleb przemieni mnie w ciało Chrystusa, upodobni mnie do Niego”. W tym duchu św. Augustyn pisał: „Słyszysz bowiem: Ciało Chrystusa, i odpowiadasz: Amen. [...] Bądźcie tym, co widzicie, i przyjmujcie to, czym jesteście” 6 . Pokazuje to również
Nauczanie Eckharta było tak wstrząsające, bo proponował życie w ciemności zamiast w świetle dnia. - Przeżyjcie noc, żebyście mogli potem doznać, czym naprawdę jest dzień - wzywał. Z historykiem Kościoła TOMASZEM GAŁUSZKĄ OP
Myślę, że dla wielu z nich to był kubeł zimnej wody wylany na głowę. Bo dotychczas słyszeli, że należy być takim a takim, robić to a to – a na końcu osiągnie się zbawienie. Eckhart odpowiadał na to: Bóg nie jest krową, która ma ci dać mleko i ser! Nie jesteś w stanie niczego sobie wypracować. Ludzie byli w szoku. A Eckhart szedł dalej: Nie módlcie się w taki sposób, jak to dotychczas robiliście. Nie wolno wam o nic prosić. Bo to kupczenie i stawianie Boga w pozycji kogoś, kto nie wie, czego potrzebujecie. Bóg nie jest ani sklerotykiem, ani kupcem, z którym można się targować. Sens ma jedynie modlitwa pełna uwielbienia i dziękczynienia.

Fragment ebooka W drodze 02/2016 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

ktoś kiedyś powiedział, że Bóg to nie perfumeria, żeby Go czuć, a wiara to sprawa woli i decyzji, a nie czucia. To prawda. A jednak, jak mówi znany fragment Pisma – wiara rodzi się ze słuchania, a więc z doświadczenia zmysłowego, a nie tylko intelektualnego. Co więcej, Biblia pełna jest zmysłów i namiętności, dynamicznych opisów relacji Boga i człowieka. A my sami często powtarzamy, że chcemy, by Bóg dotknął naszego serca.

Kiedy pytamy o to, czy Boga można poczuć, nie chodzi nam o zachwalanie taniego sentymentalizmu i ulotne zachwyty. Obecność Boga w naszym życiu wyłącznie w sensie zmysłowego doświadczenia może nam narobić wiele szkody. Ojcowie Kościoła mówili nawet, że lepiej, żeby się w życiu duchowym nic nie działo, niż żeby się działo za dużo. A to dlatego, że do zmysłowego doświadczenia łatwo się przywiązać i można odczuwać frustrację, kiedy go nie ma. Stąd już bardzo blisko do myślenia, że wiara jest sucha i nijaka, a Pan Bóg się mną nie interesuje.

W tym numerze miesięcznika, kiedy pytamy o to, czy Boga można poczuć, w gruncie rzeczy próbujemy pokazać, że choć w wierze ważne jest zrozumienie, to jednak i Pana Boga chcielibyśmy poczuć tak, jak czuje się ukochaną osobę. A to się często wyraża przez konkretne gesty, które pomagają nam zbliżyć się do siebie.

 Z tym wydaniem „W drodze” otrzymują Państwo bezpłatny dodatek specjalny poświęcony zmarłemu przed miesiącem ojcu Janowi Górze. Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do powstania tego numeru: autorom tekstów i przyjaciołom miesięcznika, którzy zaufali nam i wsparli ten pomysł finansowo.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Czy Boga można poczuć?

JAK ZASWĘDZI, TO DUCH ŚWIĘTY

STAŃ SIĘ TYM, KOGO PRZYJMUJESZ

MAM TO W NOSIE

CO ZAPEWNIA INTYMNOŚĆ JAPOŃCZYKOWI

Chrześcijanie prześladowani

UCHODŹCY I EUROPA: TRZY TEZY, W KTÓRE LUBIMY WIERZYĆ

MILCZĄCA OBECNOŚĆ

IMIONA ICH SĄ ZAPISANE

Dominikanie znani i nieznani

BÓG NIE JEST KROWĄ

Kiedy się modlisz

KULEJĄCY BIEDAK

Pytania w drodze

DLACZEGO ŚWIĘTUJEMY NIEDZIELĘ?

Orientacje

MIŁOŚĆ WSZYSTKO PRZETRZYMA

ŚWIATY NIEZNANE

Felietony

IMIĘ BOGA

JEGO WYSOKOŚĆ WIEŻOWIEC

MIŁOSIERDZIE DLA NIEMORALNYCH

ZAMYKANIE TATR

NOSTALGIA

Dominikanie na niedziele

ZARZUĆ SIEĆ

CHRISTUS VICTOR!

CHWAŁA NA WYSOKOŚCI

CIERPLIWOŚĆ BOGA

Jan Góra 1948 - 2015

ZAMIAST WSTĘPU

FURTA

TAK PUSTO SIĘ ZROBIŁO

BARCZYŚCI ZESŁAŃCY

BYĆ JAK GÓRA

OD RORAT DO RORAT

HISTORIA JEDNEGO PRZEBOJU

PO PROSTU DOM

NIE LĘKAJCIE SIĘ IŚĆ W PRZYSZŁOŚĆ

PROMIENIOWANIE WOJTYŁY

POJEDNANIE

W CIENIU WIELKIEJ GÓRY

ODPOCZYNEK TO SŁOWO ZE SŁOWNIKA ZBOCZEŃCÓW

KASZTAN

DZIĘKUJĘ

Czy Boga można poczuć?

JAK ZASWĘDZI, TO DUCH ŚWIĘTY

•••

Wydaje się nam, że doświadczenie Boga musi być jakieś absolutnie nieziemskie. Tymczasem On najczęściej przychodzi w bardzo zwykły sposób - w radości, w pokoju serca, w zrozumieniu czegoś.

Z dyrektorem Instytutu Tomistycznego PAWŁEM KRUPĄ OP rozmawia Anna Sosnowska

FOT. PEXELS PHOTO

Anna Sosnowska: Zacznijmy od scenki rodzajowej: Do duszpasterza przychodzi rozżalony człowiek i mówi, że nie czuje Boga, a bardzo by chciał. Ksiądz mu odpowiada: Pan Bóg to nie dezodorant!

Paweł Krupa OP: Taka odpowiedź może być reakcją na pewne pomieszanie, które nam się wkradło. Bo co to właściwie znaczy czuć Boga? Kiedy w potocznym języku stwierdzamy: „Nie czuję tego”, to mamy na myśli, że…

Czegoś nie rozumiemy.

Albo że coś nas nie interesuje. Powiedzenie „Nie czuję Boga” ma więc bardzo szerokie spektrum – może oznaczać nie tylko to, że nie odczuwam w jakiś doświadczalny sposób Jego obecności, ale także to, że nie widzę w moim życiu Jego działań, że nie rozumiem tego, czym jest moja wiara, kim jest Pan Bóg i jak On mi się objawia. Proszę zauważyć – wyraźnie widać tu intelektualny charakter tego czucia czy nieczucia Boga, bo my, niestety, traktujemy odczucie jako zamiennik zrozumienia.

Czyli, jak pisał wieszcz Mickiewicz, „Czucie i wiara silniej mówi do mnie/ Niż mędrca szkiełko i oko”?

No właśnie. Nasze polskie, niezwykle uczuciowe podejście do wszystkiego, a więc także do Pana Boga, jest pokłosiem romantyzmu, którym zostaliśmy mocno naznaczeni. Kiedy Mickiewicz napisał te słowa, dokonał przeciwstawienia uczuć rozumowi, co – jeśli się nad tym lekko zastanowić – jest absurdalne.

A nas skazuje na życie w nieustannym rozdarciu.

Dlatego w klasycznej wizji człowieka odczuwanie, odczucia zmysłowe czy psychologiczne nie zastępują rozumu, ale pomagają rozumnie poznawać świat. Warto przypomnieć zasadę, którą scholastyka powtarzała za starożytnymi: Nic nie ma w umyśle, czego by przedtem nie było w zmyśle. Moje odczuwanie staje się materiałem, który ja obrabiam intelektualnie. W związku z tym odczucia i intelekt są czymś komplementarnym, a nie konkurencyjnym. Romantyzm postawił je w opozycji. I to jest niedobre, bo czasem czuciem chcielibyśmy zastąpić to, co tak naprawdę powinno być zrozumieniem.

Jakiś przykład, ojcze?

Doskonale to widać podczas rachunku sumienia, o czym już rozmawialiśmy na łamach „W drodze”. Człowiek myśli sobie tak: Zgrzeszyłem, ale nie czuję żalu za grzechy, bo ani nie płaczę, ani się okropnie nie wstydzę. Co gorsza, wspominam to zjedzenie zbyt dużej ilości ciastek czy noc spędzoną z dziewczyną bardzo przyjemnie.

I teraz mam się z tego wyspowiadać.

Czyli uznać za złe to, co było tak przyjemne, a przecież przyjemne kojarzy nam się z czymś dobrym.

Jak to sensownie poukładać?

Ja to tłumaczę w ten sposób: – Słuchaj, ale ty wiesz, co na ten temat mówi przykazanie? – Wiem. – I wiesz, że złamałeś to przykazanie? – Tak. – Czy jesteś dumny z tego powodu, że złamałeś Boże przykazanie? – Nie, jest mi głupio. Kiedy to usłyszę, mówię: – Dziękuję, to mi wystarczy – i udzielam rozgrzeszenia. Niektórzy są zaskoczeni. Ale do żalu za grzechy wystarczy to, co zrozumiałem, a nie to, co czuję.

A do miłości? Przecież wzrok, słuch, dotyk odgrywają w niej ogromną rolę.

Ta zmysłowość sprawia, że ja drugiego człowieka mogę w ogóle poznać, przyjąć i pokochać. Więc chociaż uznaję, że w wierze ważne jest zrozumienie, tojednak i Pana Boga chciałbym poczuć tak, jak czuję ukochaną osobę.

To możliwe?

Tutaj rodzi się kilka pytań. Czy wobec Boga musimy zrezygnować ze zmysłów, ponieważ poznajemy Go tylko intelektualnie? Czy jednak da się Go w jakiś sposób doświadczyć zmysłami?

Tylko że zmysły są materialne, a Bóg, jak mówi Pismo, jest duchem.

Więc może nasza dusza także ma narzędzia do odbierania Pana Boga, jakieś duchowe zmysły? Dotarłem do książki pod takim właśnie tytułem. Autorzy Paul L. Gavrilyuk i Sarah Coakley już we wstępie przyznają, że właściwie nie ma doktryny Kościoła na ten temat, a o pewnej formie systematycznej nauki w tej dziedzinie można mówić tylko wtedy – to myśl zaczerpnięta z Karla Rahnera SJ – kiedy dany autor włącza w opis doświadczenia duchowego wszystkie pięć zmysłów. Czyli, jeśli ktoś pisze, że np. skosztował Boga, to jeszcze za mało, by traktować to jako ślad doktryny o zmysłach duchowych. Pozytywnym przykładem mógłby być za to choćby przepiękny cytat z Wyznań św. Augustyna, który zwraca się do Prawdy Bożej, nazwanej „Pięknością”, tymi słowami: „Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią – i oto dyszę pragnieniem Ciebie. Skosztowałem – i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim”.

To bardzo zmysłowy opis.

Tak, i wydawałoby się, że w Augustynie wszystkich pięć zmysłów zostało dotkniętych przez spotkanie z Panem Bogiem. Także w Piśmie Świętym pojawia się wiele podobnych określeń: „skosztujcie i zobaczcie, jak Pan jest dobry”, „słuchajcie słowa Pańskiego” lub mówi się o słodyczy bądź goryczy, jakie niosą spotkania z Bogiem.

Mamy również piękny fragment z Ozeasza, opowiadający o stosunku Boga do Izraela: „Byłem dla nich jak ten, co podnosi do swego policzka niemowlę – schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go”.

Czyli mówi o dotyku. A w wielu miejscach jest też mowa o oczach duszy czy uszach serca.

Czyli duchowe zmysły istnieją?

Nie wiem. Jestem w tej dziedzinie agnostykiem ze skłonnością do sceptycyzmu. Nie mam narzędzi, żeby sprawdzić, czy dusza rzeczywiście ma jakiś swój słuch, dotyk, smak, węch i wzrok. Mnie się raczej wydaje, że za każdym razem, kiedy mówimy o zmysłowym doświadczeniu Boga, używamy pewnej analogii. Człowiek jest jednością duchowo-cielesną, wobec czego odczucia czysto duchowe w jakiś sposób muszą tłumaczyć się na język duchowo-cielesny, jedyny, jaki znamy.

I muszą oddziaływać na ciało?

Tak. Albo przez ciało się z nami komunikować. Wyobraźmy sobie, że dusza bezpośrednio, pozazmysłowo doświadcza Boga. Nasz intelekt, chcąc to jakoś obrobić i zrozumieć, posługuje się dostępnymi sobie narzędziami, wśród których znajdują się zmysły. Chociaż doświadczenie jest duchowe, to intelekt odruchowo sięga po to, co zna ze świata materialnego. Dlatego, kiedy ktoś poczuje miłość Bożą, powie po prostu: Przygarnąłeś mnie. Kiedy czyta słowo Boże i coś do niego dotrze, powie: Przemówiłeś do mnie, a ja Cię usłyszałem, jak mi słodko, kiedy Twój głos brzmi w moich uszach! Bo jak mamy powiedzieć? Idea wniknęła do mojego intelektu? Owszem, byli i tacy, którzy, doświadczając Boga, mówili: To i to jawi mi się bezpośrednio w umyśle. Jednak już do opisu tego, co widzieli, musieli użyć kategorii zmysłowych.

W przypadku niektórych te opisy były niezwykle czułe...

A stały za nimi nie tylko kobiety, ale i mężczyźni – Teresa Wielka, Jan od Krzyża, Katarzyna ze Sieny. Kiedyś we Francji, podczas rekolekcji, zrobiłem pewien eksperyment, którego nigdy więcej nie odważyłem się powtórzyć. Wziąłem Księgę Mądrości Przedwiecznej bł. Henryka Suzo i przeczytałem jej końcowy fragment – medytację nad Chrystusem Ukrzyżowanym: „Umiłowane zwierciadło wszelkich łask, radości oglądających je duchów niebieskich, dlaczegóż nie mam przed sobą Twojego umiłowanego oblicza, gdy ono tkwi w szponach śmierci. Pragnąłbym obmyć je łzami mego serca. Pragnąłbym wpatrywać się w te piękne oczy, te jasne policzki, te delikatne usta zsiniałe w agonii, pragnąłbym się gorąco wzruszyć nad nim, i w ten sposób ulżyć memu sercu”.

Jak ludzie na to zareagowali?

Najpierw się uśmiechali, bo myśleli, że napisała to jakaś mistyczka. Kiedy powiedziałem, że autorem jest mężczyzna, zobaczyłem na ich twarzach lekkie zmieszanie.

Katarzyna ze Sieny wylewała na siebie i na innych hektolitry krwi Pana Jezusa, zanurzała się w niej i kąpała. A nawet sobie serce z Panem Jezusem wymieniła. Kiedy oglądamy Ekstazę św. Teresy Berniniego, to widzimy kobietę w takiej rozkoszy, że mamy tylko jedno skojarzenie. Więc ta zmysłowość mistyków bywa dla nas szokująca, choć odnoszę wrażenie, że oni jednak cały czas stosują tę analogię, o której już mówiliśmy, czyli językiem zmysłów opisują doświadczenia głęboko duchowe.

Właściwie trudno się dziwić mistykom – oni po prostu o doświadczeniu miłości Boga mówią tak, jakby opowiadali o miłości ludzkiej.

A o widzeniu Go tak, jakby mówili o widzeniu człowieka itd. Ale są też inne próby – myślę tu o Dantem. Koniec ostatniej księgi Raju to opis wizji Trójcy Świętej. Dante przedstawia Ją jako trzy obręcze i tyleż kręgów: „Widziałem w kształcie troistych obręczy/ W głębi najwyższej światłości trzy kręgi/ Troistej barwy, jednego rozmiaru,/ Odblask dwóch pierwszych był równej potęgi,/ Jak gdy się tęcza odbija od tęczy,/ Trzeci wiał z obu jakby ogniem żaru/ Myśl chcąc wyrazić, czuję chrypkę w głosie,/ Od moich widzeń skrzydło myśli śmiałe/ Odległe więcej jak o niebo całe,/ A słowa moje tak karle i małe!” (tłum. J. Korsak).

Dużo tu geometrii i fizyki.

I wiedzy teologicznej. Z jednej strony Dante stara się być bardzo obrazowy, a jednocześnie bardzo ucieka od zmysłów. W końcu wyznaje wprost, że tego, czego doświadcza, językiem zmysłowym opisać się nie da. I to wspaniałe zakończenie: „Tu mdleje siła mojej wyobraźni;/ Lecz chęć i wola jako potoczone/ Koła zarazem w kolej swojej jazdy,/ Przez miłość w inną zwróciły się stronę,/ Miłość, co wprawia w ruch słońce i gwiazdy”. Ach, czytajmy klasyków! Oni potrafią zapalić, a jednocześnie uchronić przed płytką czułostkowością.

Choć i w prostej czułości zdarza się znaleźć ślady wielkiego mistycznego doświadczenia. Na przykład św. Katarzyna ze Sieny. Okropnie denerwowała swoje współsiostry z trzeciego zakonu, kiedy radziły jej: Okryj się, przecież jest zimno, a ona odpowiadała, że jej jest ciepło, bo Pan Jezus podarował jej swój płaszcz.

Brzmi to podejrzanie…

No tak! Wariatka i sensatka! Ale jest coś, co w moich oczach zdejmuje z Katarzyny podejrzenia o szukanie sensacji. Otóż Katarzyna miała długie epizody anorektyczne, nie mogła nic jeść, bo natychmiast wymiotowała. Piła tylko wodę i spożywała Eucharystię, co wielu mogło uznać za cudowne. Jednak ona nie uważała tych stanów za objaw mistycznych doświadczeń Boga. Czuła, że za nimi kryje się coś niedobrego, chorobowego, i wielokrotnie prosiła Go, żeby jej to zabrał. Pan Bóg odpowiedział tak jak św. Pawłowi: „Wystarczy ci mojej łaski”.

Czyli Katarzyna rozeznawała, co pochodzi od Boga, a co nie.

I to ją stawia w bardzo dobrym świetle.

My też powinniśmy weryfikować nasze doświadczenie Boga?

Oczywiście! Powinniśmy je przyjmować dość krytycznie i sprawdzić jego prawdziwość. To nie jest tak, że cokolwiek mnie zaswędzi, to na pewno stoi za tym Duch Święty. Musimy rozeznawać duchy, ponieważ w tej dziedzinie bardzo często można ulec jakiejś pomyłce albo wręcz diabelskim pokusom, i skończyć jak nieszczęsny abba Jan.

Co mu się przydarzyło?

Abba Jan był wielkim ascetą i szczycił się tym, że nigdy nie dotknęła go ręka żadnej kobiety – poza ręką jego matki w dzieciństwie. Pewnego razu postanowił, że nie będzie jadł i pił przez cały Wielki Post. A ponieważ szło mu świetnie, to chciał postem uczcić także Paschę, chociaż zakazuje się takiej praktyki w okresie wielkanocnym. Wtedy pojawił się anioł i powiedział mu: Janie, Pan Bóg jest tobą zachwycony! Skocz do tej pustej studni, a ja natychmiast zawołam moich kolegów, złapiemy cię i będziemy cię nosić, żeby nic ci się nie stało. Jan, niewiele myśląc, skoczył do studni i oczywiście połamał sobie nogi, bo pod postacią anioła krył się diabeł. Kiedy go wreszcie znaleziono, urazy były już tak poważne, że abba Jan do końca życia był kompletnie niedołężny. A jedynym miejscem, w którym mógł zamieszkać, okazał się klasztor mniszek.

Biedny…

Wcale nie taki biedny. Pan Bóg potraktował go miłosiernie, bo pozwolił mu się przed śmiercią nawrócić.

My sami jesteśmy najwyższą instancją, żeby stwierdzić, czy jakieś doświadczenie Boga jest prawdziwe, ale też, powtórzę to jeszcze raz, musimy się temu krytycznie przyglądać.

Ojciec ma na swoim koncie tego typu doznania?

Oczywiście, i myślę, że ma je większość z nas. Bóg mnie wprawdzie nigdy nie łaskotał ani nie śpiewał mi kołysanki do ucha, chociaż parę razy miałem wrażenie, że Bóg mnie obejmuje. Ale uwaga: nie czułem się ściskany i nie zagniotła mi się w tych miejscach koszula. To było bardzo wewnętrzne uczucie. Pan Bóg mnie dobrze zna, więc wie, że kiedy się wzruszam, to łatwiej się do mnie dobić, dlatego rozczula mnie – znowu – bardzo wewnętrznym, niezwiązanym ze zmysłami doświadczeniem Jego miłości i obecności. Co ciekawe, nigdy Go nie słyszałem, ale to może wynikać z mojej wewnętrznej gadatliwości, przez którą pewnie ciężko się przebić. Mam za to takie doświadczenie, że nagle coś zrozumiałem, jakby otworzyła mi się w głowie jakaś klapka.

Co powiedziałby ojciec komuś, kto nigdy czegoś podobnego nie przeżył?

A są tacy, którzy tego nigdy, w najmniejszym nawet stopniu, nie przeżyli? Wydaje mi się to prawie niemożliwe. Powody mogą być różne, np. to, że ktoś wypiera taką ewentualność albo że się boi namacalnego spotkania z Bogiem. A może taki ktoś ma negatywne podejście do zmysłów w ogóle, ponieważ został w tej dziedzinie w jakiś sposób zraniony i dotyk kojarzy mu się z bólem, słuch z krzykiem, a wzrok z czymś strasznym czy obrzydliwym. Przecież ten sam zmysł odpowiada za odczuwanie przyjemności i bólu – albo mnie ktoś po ręce głaszcze, albo bije linijką. A może po prostu ta osoba należy do tego rodzaju chrześcijan, którzy z Bogiem spotykają się bardziej poprzez intelektualną pracę niż przez zmysły. Nie musimy być wszyscy tacy sami.

I to nie oznacza, że taka osoba jest gorsza albo duchowo upośledzona?

Absolutnie nie! Przecież bardzo wielu ludzi ma kłopot w drugą stronę, czyli ze zrozumieniem Pana Boga. Myślę, że takich osób jest mnóstwo. Gdyby im wytłumaczyć, co wyznają, np. wypowiadając słowa Credo, pewnie by się zdziwili, a może nawet zgorszyli. Ale oni kochają Pana Boga, słuchają Jego słów, cieszą się Nim, ufają Mu i są Mu posłuszni, bo czują – właśnie: czują – że tak będzie dobrze. Ale Go nie rozumieją. Najważniejsza jest wola pójścia za Panem Bogiem – i u tych, którzy Go czują, i u tych, którzy Go rozumieją. Myślę, że szatan doskonale rozumiał Pana Boga, a jednak Mu powiedział „nie”.

Część z nas pewnie trochę czuje, a trochę rozumie.

Tak, idziemy za Bogiem dwoma torami – czasem bardziej dlatego, że coś zrozumieliśmy, a czasami, bo coś poczuliśmy. Ale żadna z tych dróg nie jest lepsza od drugiej.

A jednak, szczególnie we wspólnotach charyzmatycznych, przywiązuje się dużą wagę do takiego intensywnego doświadczania Bożej obecności.

Faktycznie można się z tym spotkać w pewnych duchowościach czy w pewnym rodzaju pobożności – skoro nie odczuwasz Boga namacalnie, nieomal zmysłowo, to znaczy, że jest z tobą coś nie tak. Ale to nie musi być prawda.

Z drugiej strony nie chciałbym potępiać w czambuł tego biegu za uczuciem, bo ludzie po prostu potrzebują miłości i czułości. Więc kiedy nie doświadczają jej od innych ludzi i od Pana Boga, to cierpią z tego powodu i trudno im wtedy powiedzieć: To nie jest wcale takie istotne.

Sam ojciec przytoczył te słowa: „Nic nie ma w umyśle, czego by przedtem nie było w zmyśle”.

To prawda, ale na szczęście Pan Bóg może też działać bezpośredni o na nasz umysł, omijając zmysły. I działa. Dlatego aż dziw bierze, kiedy ktoś mówi, że nigdy Go nie doświadczył.

A może doświadczył, tylko się nie zorientował?

Albo nie połączył tego z Bogiem, bo nam się wydaje, że doświadczenie Boga musi być jakieś absolutnie nieziemskie. Tymczasem On najczęściej przychodzi w bardzo zwykły sposób – w radości, w pokoju serca, w zrozumieniu czegoś.

Kiedy byłem duszpasterzem w Rzeszowie, zbieraliśmy przed świętami rzeczy przeznaczone na prezenty dla ubogich. Po każdej mszy kosz zapełniał się z górą. Któregoś dnia przyszła do mnie jedna z dziewcząt z duszpasterstwa i powiedziała: „Wie brat, jak widzę ten kosz taki pełen, to wierzę w Boga”. Bardzo ciekawe, bo z jednej strony dla tej dziewczyny było to doznanie zmysłowe – realnie widziała, na czym polega solidarność, i to natychmiast się w niej przekładało na doświadczenie Boga. Za ludzką solidarnością zobaczyła Jego dobroć.

Paweł Krupa OP – ur. 1965, dominikanin, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, w latach 1997-2010 członek Commissio Leonina przygotowującej krytyczne wydanie dzieł św. Tomasza z Akwinu; dyrektor Instytutu Tomistycznego, niedawno ukazała się jego książka o modlitwie "Jutro ma na imię Bóg". Mieszka w Warszawie.

Anna Sosnowska – ur. 1979, absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, redaktor miesięcznika "W drodze", współautorka książki "Zioło-lecznictwo, czyli wywary na przywary", wcześniej związana z kanałem religia.tv, gdzie prowadziła programy "Kulturoskop" oraz "Motywacja jest kobietą".

STAŃ SIĘ TYM, KOGO PRZYJMUJESZ

•••

Żebym mógł ofiarować Bogu siebie, to akcja liturgiczna musi przekroczyć akt kultu i sięgnąć do naszej codzienności.

ks. Krzysztof Porosło

Kiedy mówimy o liturgii, nasze skojarzenia krążą najczęściej wokół słów „duch” i „dusza”, co znajduje wyraz również w potocznym języku, którego używamy. Mówimy, że liturgię celebrują duchowni, że jest to podstawowa forma duszpasterstwa i że służy ona zbawieniu duszy. Czyżby miało to oznaczać, że ciało i zmysły nie mają żadnego znaczenia, a uczestnictwo w liturgii jest tylko sprawą duchową? Nic bardziej mylnego. Żeby to zobaczyć, wpierw musimy uświadomić sobie, czym liturgia w ogóle jest.

Widzialny znak, niewidzialna łaska

Liturgia – mówiąc najprościej – to celebracja sakramentów, liturgii godzin i Triduum Paschalnego. Jest ona działaniem Chrystusa, który przyłączając do siebie swoje Ciało, czyli Kościół, posługuje się nim i w ten sposób dokonuje się uwielbienie Ojca i uświęcenie człowieka. Zgromadzenie liturgiczne, pod przewodnictwem wyświęconego celebransa, użycza Chrystusowi-Głowie tego, co zmysłowe i materialne: słów, gestów i przede wszystkim znaków sakramentalnych, przez które uobecniane są tajemnice zbawienia i Boże działanie1. Wiem, że brzmi to trochę technicznie i nieprzystępnie, dlatego zatrzymajmy się nad kwestią sakramentów, bo to właśnie ich celebracja stanowi serce liturgii.

Sakramenty w klasycznym ujęciu definiujemy jako „widzialne, skuteczne znaki niewidzialnej łaski”. Oznacza to po pierwsze, że sakramenty zawsze sprawujemy przy użyciu czegoś materialnego, a mówiąc precyzyjniej: przy połączeniu materialnego znaku i słowa. Te znaki – takie jak polanie wodą, namaszczenie olejem, chleb czy wino – są rzeczywistością materialną i zmysłową: widzimy je, dotykamy ich, mają zapach czy smak. Po drugie, definicja ta mówi nam, że Bóg z tymi znakami nierozerwalnie sprzęgnął swoje działanie i łaskę, która jest owocem tego działania. Kiedy ów sakramentalny znak jest celebrowany w Kościele, wtedy na pewno dokona się również Boże działanie, które ten znak wyraża.

Ciało i duch

Punktem wyjścia dla rozważań o sakramentach Kościoła zawsze powinna być osoba naszego Pana. Bo to On jest pierwszym sakramentem – Prasakramentem. To oznacza, że Jego ciało, które przyjął we wcieleniu („Słowo ciałem się stało” – mówi Prolog Janowy), jest równocześnie znakiem Bożej obecności i Bożego działania. Możemy powiedzieć, że Boże działanie było dostępne przez ciało Jezusa. Dla wyjaśnienia tego Katechizm Kościoła katolickiego, mówiąc o sakramentach, przywołuje biblijną scenę uzdrowienia kobiety chorej na krwotok (por. Mk 5,21–34). Nie wchodząc w szczegóły interpretacji tego fragmentu, zwróćmy uwagę na trzy rzeczy2:

a) Kobieta chciała być zdrowa, a ukryte w tym tekście obrazy wskazują, że poszukiwała życia, ponieważ była martwa społecznie, religijnie i w jakiś sposób fizycznie, co symbolizuje utrata krwi – symbolu życia.

b) Uzdrowienie dokonało się w chwili, gdy kobieta dotknęła płaszcza Jezusa – widzialnego znaku związanego z Jego cielesnością. Fragment nie mówi o jakimś szczególnym zaangażowaniu Jezusa w to uzdrowienie. Dokonało się ono przez kontakt chorej kobiety z Jego ciałem, z którego wyszła uzdrawiająca i zbawcza moc.

c) Katechizm Kościoła katolickiego definiuje sakramenty w sposób bardzo obrazowy: Są one „mocami, które wychodzą” z zawsze żywego i ożywiającego Ciała Chrystusa (por. KKK 1116).

Chrystus uzdrawiał, wyrzucał złe duchy, okazywał miłość ludziom, których spotykał w Palestynie, a ostatecznie dokonał zbawienia przez swoją śmierć i zmartwychwstanie – wszystkie te tajemnice są żywe, aktualne i zbawczo obecne w sakramentach. Już papież Leon Wielki pisał, że „wszystko, co było widzialne w naszym Zbawicielu, przeszło do Jego misteriów/sakramentów”3. Sakramenty są zwyczajnym sposobem działania Pana Boga w świecie w naszych czasach, czyli w czasie Kościoła. To wszystko, co Chrystus uczynił dla nas przez swoją śmierć i zmartwychwstanie, jest dla nas dostępne. Bóg więc i dziś chce zbawiać, uzdrawiać, zawierać przymierze, karmić nas. Chce, i czyni to w liturgii, przez sakramenty. A wszystko dokonuje się przez pośrednictwo rzeczywistości materialnej, przez znaki, które Chrystus powierzył swojemu Kościołowi, mówiąc, że kiedy Kościół będzie je celebrował na Jego pamiątkę, wtedy będą one skuteczne, będą nośnikami boskości i boskiego działania.

Tutaj musimy na chwilę zostawić kwestię sakramentów i spojrzeć na człowieka, który uczestniczy w liturgii. Kiedy mówimy o relacji człowieka z tym, co nazywamy sacrum, najczęściej sprowadzamy ją do kategorii duchowych. Mówimy o tym, że dusza spotyka się z Bogiem, że dusza idzie do nieba, że dusza jest zbawiona. Nie sposób w tym artykule rozwinąć szerzej tego problemu i pokazać, skąd się wzięło takie myślenie. Trzeba jednak powiedzieć, że takie rozumienie jest niepoprawne i niebiblijne. Biblia ukazuje człowieka jako integralną jedność ciała i ducha. Człowiek nie tyle ma ciało, co jest ciałem. Zostaliśmy stworzeni jako istoty cielesno-duchowe i o takim człowieku Bóg powiedział, że jest nadzwyczaj dobry. Naszym ostatecznym przeznaczeniem jest jedność z Bogiem w niebie, która się realizuje na sposób duchowo-cielesny. Dlatego w Credo nie znajdziemy słowa o zbawieniu duszy, ale zawsze wyznajemy, że wierzymy w „zmartwychwstanie ciała i życie wieczne”. Romano Guardini pisał, że nasz duch jest ucieleśniony, a nasze ciało uduchowione4. Oznacza to, mówił dalej, że całe nasze ciało służy także do komunikowania tego, co duchowe, co wewnętrzne. Nasze gesty, słowa, mimika, zmysły służą objawianiu, wyrażeniu na zewnątrz naszych uczuć, myśli, przeżyć, ducha, tego wszystkiego, co stanowi o naszym wnętrzu.

To równocześnie oznacza, że nasze oko nie jest tylko narządem optycznym do postrzegania rzeczywistości, ale równocześnie ma w sobie funkcję duchową, służy do kontemplacji i dostrzegania znaków Bożej obecności oraz Jego działania. Uszy nie służą tylko do słyszenia dźwięków, ale do przyjmowania słów, czyli figur, symboli sensu, który przenika nasze wnętrze, dotyka naszego ducha, potrafi nas przekształcić i zmienić ukierunkowanie całego naszego życia. Dlatego też Pismo Święte powie, że życiem wiecznym jest kontemplowanie Boga, który jest Światłem (1 J 1,5) i słuchanie Boga, który jest Słowem (J 1,1). Równocześnie cała tradycja duchowa będzie mówiła o zmysłach duchowych analogicznych do zmysłów cielesnych, dzięki którym św. Jan mógł doświadczyć tego, o czym pisze w swoim Pierwszym Liście: „To wam oznajmiamy, […] cośmy usłyszeli o Słowie życia, co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce – bo życie objawiło się” (1 J 1,1–2).

Zarażeni nieśmiertelnością

Żeby jeszcze lepiej uświadomić sobie tę nierozerwalność wymiaru materialnego i duchowego, spójrzmy na dwa najistotniejsze akty celebracji Eucharystii. Kardynał Joseph Ratzinger, późniejszy papież Benedykt XVI, w książce Teologia liturgii wskazywał, że istotną actio mszy św. jest modlitwa eucharystyczna5, która stanowi nowość chrześcijańskiego kultu, gdyż teraz ofiara nie jest składana ze zwierząt, ale jest to ofiara duchowa, ofiara słowa, stanowiąca wyraz naszej egzystencji (za św. Pawłem nazywa ją rozumną służbą Bożą, ofiarą zgodną z Logosem – logike latreia (thysia) – Rz 12,1). Mówiąc znacznie prościej: sercem Eucharystii jest modlitwa eucharystyczna, w której przez wypowiadane słowa Chrystus ofiaruje się Ojcu, a my wraz z Nim ofiarujemy Bogu swoją wolność, tzn. samych siebie, całe nasze życie. Dlatego nasze działanie w akcji liturgicznej powinno zmierzać do zjednoczenia naszej ofiary z ofiarą Jezusa, abyśmy się do Niego upodobnili, abyśmy się stali na Jego kształt, na Jego podobieństwo, tak, by była tylko jedna actio i jedna modlitwa: Jego i nasza jednocześnie – nasza, dlatego że staliśmy się z Nim »jednym ciałem i jednym duchem« – napisał kard. Ratzinger.

Widzimy tutaj, że istotny akt uczestnictwa i przeżywania liturgii jest na wskroś duchowy. Nie chodzi w nim o aktywne, zewnętrzne działanie, o robienie czegoś, ale o całkowite ukierunkowanie swojego życia i swojej woli na działającego Chrystusa, przy jednoczesnej prośbie o to, aby Jego ofiara stała się także moją ofiarą. A ofiara ta dokonuje się przez słowa modlitwy eucharystycznej. Już nie zabija się kozłów, baranów czy bydła, ale w liturgii chrześcijańskiej ofiara dokonuje się przez słowo. Oczywiście w tym momencie musi paść pytanie, gdzie tu miejsce na moją cielesność? Słowa w czasie modlitwy eucharystycznej wypowiada bowiem kapłan, a wierni trwają w modlitewnym milczeniu.

Otóż, żebym mógł złożyć Bogu ofiarę słowa, żebym mógł ofiarować Mu siebie, to akcja liturgiczna musi przekroczyć akt kultu i sięgnąć do naszej codzienności. Jak mówi kard. Ratzinger w Teologiiliturgii, „od ciała żąda się o wiele więcej niż tylko przenoszenia instrumentów liturgicznych [...]. Konieczne jest pełne używanie go w codzienności życia”. Uczestnictwa w liturgii nie można oderwać od codziennego życia. Celebracja liturgii jest szczególnym momentem, który ma być przeżywany jako ofiara dla Pana. A doskonale wiemy, że ta ofiara jest składana w bardzo realny i duchowo-materialny sposób: tą ofiarą będzie profesjonalne i rzetelne wykonywanie swoich obowiązków zawodowych, będzie nią dokładne odkurzanie mieszkania, obiad ugotowany z miłości do męża i dzieci, rezygnacja z oglądania telewizji na rzecz czasu poświęconego dzieciom i pomaganie im w nauce, wakacje z całą rodziną spędzone w miłości i radości, życzliwość okazana potrzebującemu człowiekowi przez jałmużnę, rozmowę, pocieszenie.

Drugim istotnym aktem Eucharystii jest możliwie najpełniejsze zjednoczenie z Bogiem na ziemi, które dokonuje się w komunii świętej. Jest to akt na wskroś cielesny, materialny, bo polega na jedzeniu. Oczywiście równocześnie dokonuje się tutaj duchowy akt zjednoczenia z Chrystusem i upodobnienia się do Niego. Ale nie chodzi tylko o to, aby przyjąć Chrystusa do naszego serca, jak zwykliśmy mówić. On chce dzielić naszą codzienność, chce nam towarzyszyć za dnia i w nocy. Dlatego też w komunii świętej zostajemy do Niego upodobnieni albo – mówiąc z jeszcze większą otwartością – stajemy się Nim.

Widać to wyraźnie podczas udzielania komunii świętej, kiedy szafarz wypowiada słowa: „Ciało (Krew) Chrystusa” i pokazuje nam konsekrowany chleb (albo kielich), a my odpowiadamy: „Amen”. Słowo to możemy tłumaczyć na kilka sposobów, ale wśród nich dwa są najważniejsze. Z jednej strony tłumaczymy je jako „wierzę”. W tym sensie wypowiadam je właśnie przed komunią świętą, mówiąc, że wierzę, iż w tym kawałku chleba i w tym kielichu z winem jest realnie obecny Chrystus, że to jest Jego ciało i Jego krew. Ale słowo „amen” można także tłumaczyć jako „niech się tak stanie”. W tym sensie kapłan ukazuje mi ciało Chrystusa, a ja mówię: „Niech się Nim stanę! Niech ten chleb przemieni mnie w ciało Chrystusa, upodobni mnie do Niego”. W tym duchu św. Augustyn pisał: „Słyszysz bowiem: Ciało Chrystusa, i odpowiadasz: Amen. [...] Bądźcie tym, co widzicie, i przyjmujcie to, czym jesteście”6.

Pokazuje to również Mistrz Eckhart, który stwierdza, że w tym zjednoczeniu z Panem nie dochodzi do zatracenia naszej tożsamości, ale do niezwykłej wymiany: to, co nasze, stanie się Boże, a to, co Boże, stanie się nasze: „W sakramencie tym bowiem łatwiej niż gdzie indziej znajdziesz łaskę, dzięki której twoje władze zmysłowe, pod działaniem wzniosłej mocy płynącej z cielesnej obecności Ciała Pańskiego, tak się zespolą i zjednoczą, że wszystkie rozproszone myśli człowieka i jego serce odnajdą się na powrót w jedności; a jeśli w stanie podziału zbytnio ciążyły ku ziemi, teraz się podźwigną i w należytym ładzie zwrócą ku Bogu [...] w twoim zaś ciele, wzmocnionym Jego Ciałem, dokona się odnowa. W Niego bowiem mamy się przemienić i z Nim zjednoczyć [...], tak by to, co Jego, stało stało się naszym, nasze zaś – Jego; by nasze serce i Jego stały się jednym sercem, nasze ciało i Jego - jednym ciałem. Nasze zmysły, wola, dążenie, władze i członki w Nim mają się znaleźć, tak żebyśmy wszystkimi władzami ciała i duszy odczuwali Go i doświadczali”7.

Zobaczmy, z jak wielkim realizmem Mistrz Eckhart mówi o zjednoczeniu z Bogiem, które się dokonuje w komunii. Nie koncentruje się tylko na zjednoczeniu ducha, ale cały czas mówi o zjednoczeniu ciała, o uzdrowieniu zmysłów, o zjednoczeniu umysłu, abyśmy rozpoznawali działanie Boże we wszystkich naszych władzach duchowych i zarazem cielesnych. Równocześnie w myśl słów Jezusa z szóstego rozdziału Ewangelii Jana – spożywając Jego ciało, spożywamy życie wieczne, spożywamy nieśmiertelność, która – zapożyczając wyrażenie ks. Grzegorza Strzelczyka – niejako „zaraża” nasze śmiertelne ciała nieśmiertelnością, przygotowuje nas do zmartwychwstania i wiecznego życia w uwielbionym ciele w jedności z Bogiem.

Siano zamiast kadzidła

Wszystko, o czym tutaj powiedzieliśmy, pokazuje, że w żaden sposób nie możemy oddzielić w liturgii wymiaru duchowego od wymiaru materialnego, cielesnego. One są nierozerwalne. Przeakcentowanie jednego elementu i odrzucenie drugiego zawsze będzie redukcją, zubożeniem liturgii i naszego uczestnictwa w niej. Oznacza to również, że nie bez znaczenia jest dbanie o celebrację liturgiczną, o jej piękno, autentyczność, o jej wymiar symboliczny: sakramenty są tym skuteczniejsze w naszym życiu, im bardziej współpracujemy z łaską, która do nas przez nie przychodzi. Skoro w liturgii Bóg się z nami komunikuje na ludzki sposób, czyli przez zmysłowe znaki, to im piękniejsza, bardziej autentyczna celebracja tych znaków, tym większe szanse, że będzie w nas dyspozycja do przyjęcia Bożego działania. Dlatego na koniec zwrócę uwagę na kilka najpoważniejszych problemów, jakie – niestety – są normą naszych celebracji, w których dochodzi do zagubienia wymiaru cielesnego.

Jednym z najtrudniejszych momentów dla kapłana jest sprawowanie liturgii ze zgromadzeniem, które jest całkowicie bierne: nie śpiewa, nie odpowiada na aklamacje wypowiadane przez księdza, nie angażuje swojego ciała i ostatecznie nie przystępuje do komunii. Niestety nie są to rzadkie doświadczenia. Jeśli klęczenie jest kucaniem, postawa stojąca podpieraniem ściany, śpiew zgromadzenia śpiewem organisty, to niestety dokładnie takie same będą owoce uczestnictwa w liturgii. Jak to kiedyś pisał na łamach „W drodze” Tomasz Grabowski OP: „Jeśli wierni podczas mszy przyjmują rolę niewiele różniącą się od mebli znajdujących się w świątyni, to taki właśnie jest Kościół, który tworzą – drewniany”8. Nic dodać, nic ująć.

Drugi problem wiąże się z przeintelektualizowaniem liturgii. Oczywiście nie chodzi mi tu o krytykę świadomego i rozumnego uczestniczenia w niej, ale o sprowadzanie owocnego udziału do słuchania i zapamiętywania usłyszanych tekstów. Kiedy kogoś pytamy o jego doświadczenie, przeżycie liturgii, prawie zawsze przybiera to taką formę: „Co zapamiętałeś z liturgii słowa, z homilii”? Chyba najbardziej tę redukcję widać w wypadku sakramentu bierzmowania, który z sakramentu inicjacji chrześcijańskiej stał się w powszechnym przekonaniu sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej, a świadectwem gotowości do jego przyjęcia jest egzamin z podstawowej wiedzy religijnej. Tymczasem działanie liturgiczne nie dotyka tylko naszego intelektu, ale nas całych, we wszystkim, kim jesteśmy i co o nas stanowi. To oznacza, że liturgia działa przez zmysły, przez nasze zaangażowanie, przez nasze słowa i słuch, działa przez wejście w świętą przestrzeń i w święty czas. Gdyby tak nie było, nie miałoby sensu przyprowadzanie małych dzieci do kościoła i udzielanie im sakramentów.