Wydawca: Wydawnictwo W Drodze Kategoria: Religia i duchowość Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 172 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W drodze 01/2017 - Wydanie zbiorowe

Miesięcznik dominikański z 40-letnią tradycją. Pomaga w poszukiwaniu wiary i pogłębianiu życia duchowego. Porusza na łamach problemy współczesności, perspektywę religijną poszerza o tematykę psychologiczną, społeczną i kulturalną.

Opinie o ebooku W drodze 01/2017 - Wydanie zbiorowe

Fragment ebooka W drodze 01/2017 - Wydanie zbiorowe

Wstępniak

Drodzy Czytelnicy,

•••

Roman Bielecki OP

niewiele biblijnych obrazów rozpala naszą wyobraźnię tak bardzo, jak wizja sądu ostatecznego. Kultura masowa garściami eksploatuje ten temat, zalewając ziemię topniejącymi lodowcami, niszcząc ją uderzeniem komety, wojną atomową lub buntem maszyn. A przecież apokalipsa może wyglądać inaczej. Ci, którzy czekali błyskawic i gromów, mogą poczuć się zawiedzeni, nie wierząc, że „staje się już”, jak pisał Czesław Miłosz w swojej Piosence o końcu świata.

W Ewangelii czytamy, że koniec jest pewny, ale nie pada tam żadna konkretna data. Sam Chrystus, mówiąc o sądzie ostatecznym, używa przypowieści, w której ważniejsze od pytania o znaki zewnętrzne jest to, czy kochaliśmy nagich, spragnionych, więźniów i przybyszów.

O tym wszystkim piszemy w tym numerze miesięcznika. Próbujemy pokazać, że ponowne przyjście Chrystusa nie będzie dziełem zniszczenia czy wylaniem na ludzi nagromadzonej przez wieki złości, lecz raczej lekiem na ranę grzechu, którą każdy nosi w sobie. Będzie to zmiana niedoskonałego świata w rzeczywistość doskonałą, ostateczne zamknięcie historii i wskrzeszenie naszych ciał po to, byśmy doświadczyli spotkania z Pełnią Życia. Wszak dla nas, chrześcijan, koniec będzie tak naprawdę początkiem.

Życzę Państwu owocnej lektury i liczę na to, że nieznacznie zmieniony w formacie miesięcznik będzie dla Państwa także w tym roku inspiracją w wierze.

Dziękujemy Muzeum Narodowemu w Gdańsku za pomoc w wydaniu reprodukcji obrazu Sąd Ostateczny Hansa Memlinga, którą dołączamy do papierowej wersji miesięcznika.

Roman Bielecki OP – ur. 1977, dominikanin, absolwent prawa KUL oraz teologii PAT, redaktor naczelny miesięcznika "W drodze", mieszka w Poznaniu.

W numerze:

Drodzy Czytelnicy,

Rozmowa w drodze

DONALD NIESTRASZNY

Jak skończy się świat

WIELKI DZIEŃ POWSZECHNEGO WSTYDU

PIEKŁO - NIEBO

NASZE JUTRO DZIŚ

SĄD OSTATECZNY

Chrystus Królem

NIE Z TEGO ŚWIATA

INTRONIZACJA DLA OPORNYCH

Dlaczego na siebie krzyczymy?

MOJA TEORIA HEJTU

POLSKA JEST NASZA

GŁOS Z KRYJÓWKI

Początki chrześcijaństwa

CODZIENNOŚĆ PIERWSZYCH WSPÓLNOT

Orientacje

CZARNO-BIAŁE

TO, CO NIE MA JESZCZE NAZWY

Felietony

WSZYSTKO, CZEGO SOBIE ŻYCZYSZ

ZMĘCZENIE MATERIAŁU

PRZEMIJANIE GÓRNICZEGO ŚLĄSKA

MINIMALIZM

REFERENDUM

Pytania w drodze

WYTRWAŁOŚĆ

Dominikanie na niedziele

IMIĘ JEZUSA

LOGIKA ODWROTNOŚCI

CYWILIZACJA NAJ

PIĘKNI LUDZIE

ADRES ZAMELDOWANIA

UBÓSTWO, KTÓRE MOŻE UBOGACIĆ

Rozmowa w drodze

DONALD NIESTRASZNY

•••

Świat Trumpa jest kiczowaty - jego włosy, sztuczna opalenizna, ubiór, apartament w Trump Tower, słynne zdjęcie, na którym jego syn siedzi na pluszowym lwie na tle marmurowych kolumn o złoconych głowicach. Amerykanom najwyraźniej to nie przeszkadza.

Z MARKIEM WAŁKUSKIM, korespondentem Polskiego Radia w Stanach Zjednoczonych, rozmawia Marcin Gutowski

Marcin Gutowski: Halo, Ameryka?

Marek Wałkuski: Witaj. O co będziesz pytać?

A na jakie pytanie jesteś najmniej przygotowany?

O to, jakim prezydentem będzie Donald Trump.

Zatem jakim?

To jedna z większych zagadek, przed którymi stoję, odkąd jestem w Stanach Zjednoczonych. Tak jak ostatnia kampania była nieprzewidywalna, jak nieprzewidywalny był podczas niej Donald Trump – co zresztą moim zdaniem pomogło mu wygrać te wybory – tak bardzo nieprzewidywalna jest jego prezydentura. Nie jestem pewien, czy on sam wie, jakim chce być prezydentem. Myślę, że większość Amerykanów zadaje sobie pytanie, co czeka ich kraj pod nowymi rządami.

Patrząc na liczne reakcje po wyborach, nie tyle należy pytać, co się wydarzy, ile raczej – kiedy. No to kiedy będzie ten koniec świata?

Rzeczywiście tak się mówiło w czasie kampanii. Obserwowałem już kilka wyścigów prezydenckich w Ameryce i nigdy dotąd się nie zdarzyło, by zwycięstwo któregoś z kandydatów przedstawiano jako zapowiedź końca świata. Ta kampania była bardzo negatywna. Demokraci demonizowali Trumpa, przekonując, że jest niezrównoważony i z powodu kłótni z byłą miss gotów jest nacisnąć guzik atomowy. Z drugiej strony republikanie forsowali narrację, według której zwycięstwo Hillary Clinton miało zepchnąć Amerykę w sidła korporacji i skorumpowanych mediów. Negatywne emocje były ogromne. Osobiście mam trochę obaw związanych z prezydenturą Donalda Trumpa, ale nie jestem aż tak wielkim pesymistą. Mam nadzieję, że jak każdy prezydent będzie chciał odnieść sukces i zapisać się dobrze w historii. Po drugie, w Stanach Zjednoczonych władza jest bardzo rozproszona i trzeba iść na kompromisy. Poza tym wiele wskazuje na to, że Trump nie będzie tak radykalny, jak się niektórzy obawiali. Przecież już się wycofuje z wielu głośnych obietnic. Mur, który w czasie kampanii miał być rzeczywistym murem na granicy z Meksykiem, jest już zabezpieczeniem południowej granicy przed nielegalną imigracją. Nie mówi już o wsadzeniu Hillary Clinton do więzienia i obiecuje zachowanie kluczowych elementów krytykowanej w czasie kampanii reformy ubezpieczeń zdrowotnych. Wystarczyła też jedna rozmowa z przyszłym szefem Pentagonu generałem Jamesem Mattisem, by prezydent elekt wycofał się z poparcia dla stosowania tortur w wojnie z terroryzmem. Dlatego jestem spokojniejszy o Amerykę niż wielu komentatorów.

Dlaczego Trump wygrał?

Miał lepsze przesłanie niż Clinton.

„Przywrócić wielkość Ameryce”? Coś równie banalnego trudno wymyślić.

Za hasłem wyborczym zawsze się kryje jakieś przesłanie. Mówiąc o przywróceniu wielkości Ameryce, Donald Trump odwoływał się do wyborców mających poczucie, że ich kraj nie jest tak silny gospodarczo i militarnie jak w przeszłości, że przywódcy nie potrafią dbać o interesy Ameryki, a wrogowie przestali się jej bać. Na swoich wiecach Trump wyjaśniał, że przywrócenie Ameryce wielkości to przywrócenie jej bezpieczeństwa, pozycji na arenie międzynarodowej, szybszego wzrostu gospodarczego, miejsc pracy dla obywateli. Kluczowe jednak było przesłanie do klasy robotniczej ze stanów takich jak Michigan, Pensylwania czy Wisconsin. W wyniku zmian, które się dokonują w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie, ci ludzie czują się wyrzuceni poza nawias społeczeństwa. Ich miejsca pracy uciekły do Indii, Chin czy Meksyku. Bez zwycięstwa w tych tradycyjnie demokratycznych stanach Donald Trump nie byłby prezydentem.

„Wykluczeni” – to modne ostatnio słowo bardzo często się pojawiało w komentarzach dotyczących amerykańskich wyborów. Z kolei przyszłego prezydenta nazywano kandydatem „antyestablishmentowym”. Coś tu nie gra. Dlaczego ludzie, którzy mają kłopoty materialne i socjalne, wybierają na swojego reprezentanta pyszałkowatego miliardera?

Bo uwierzyli, że jest outsiderem, nie traktowali go jako członka establishmentu. Trump nie krył, że przez lata miał bliskie kontakty z politykami, także towarzyskie. Tłumaczył jednak, że musiał się z nimi zadawać, bo działał w korupcyjnym otoczeniu, a jego nadrzędnym interesem był interes firmy oraz jej pracowników. Trump odniósł ogromny sukces finansowy, ale nie był postrzegany przez wyborców jako przedstawiciel elit. Nie wstydził się tego, że nie czyta książek, robił błędy we wpisach na Twitterze, mówił językiem zwykłych ludzi.

A może Amerykanie po prostu nie mieli lepszej alternatywy? Może to był wybór między złym a gorszym?

Rzeczywiście, gdyby demokraci wystawili lepszego kandydata niż Hillary Clinton, Trumpowi trudniej byłoby wygrać te wybory. Tymczasem Clinton utożsamiała wszystko to, czemu chciały się przeciwstawić miliony wyborców. Dziesięciolecia spędzone w strukturach władzy, powiązania z wielkim biznesem, udział w aferach. To wszystko sprawiało, że ludzie jej nie ufali.

A Trumpowi zaufali, bo mówił to, co chcieli usłyszeć?

Moim zdaniem wyborcy wcale nie głosowali na Trumpa z przekonaniem, że zrealizuje wszystkie swoje obietnice. Bardzo celnie podsumowała te wybory jedna z amerykańskich dziennikarek, która powiedziała, że media i elity potraktowały Trumpa dosłownie, ale nie poważnie. Za to zwykli obywatele potraktowali go poważnie, ale nie dosłownie. Mur na granicy niekoniecznie był dla nich fizyczną budowlą, zakaz wjazdu muzułmanów nie był dosłownym zakazem wjazdu do kraju dla wszystkich wyznawców Allaha. Te obietnice sygnalizowały jedynie problemy, które należy rozwiązać. Oczywiście odbywało się to w sposób teatralny, bo taki jest Trump.

Może nawet kiczowaty.

Zdecydowanie tak. Świat Trumpa jest kiczowaty – jego włosy, sztuczna opalenizna, ubiór, apartament w Trump Tower, słynne zdjęcie, na którym jego syn siedzi na pluszowym lwie na tle marmurowych kolumn o złoconych głowicach. Amerykanom najwyraźniej to nie przeszkadza, podobnie jak to, że człowiek sukcesu może zachowywać się jak prostak. Europejczyków bardziej to razi.

Ostatnie wybory przypominały bardziej marne reality show niż walkę o jedno z najważniejszych stanowisk świata. W siedzibie „Washington Post” odbył się wieczór wyborczy przywołujący na myśl raczej imprezy w Las Vegas z głośną muzyką taneczną, drinkami i hostessami. Niejako przy okazji były też debaty ekspertów.

Przed Bożym Narodzeniem Amerykanie chodzą w kiczowatych sweterkach z choinkami czy reniferami. Niektórym te sweterki migają, a innym grają muzyczkę. To nie dlatego, że mają taki gust. Oni się tym bawią. W Dzień Niepodległości, 4 lipca, dziewczyny przychodzą na basen w strojach kąpielowych w barwach narodowych. Amerykanie do wielu rzeczy podchodzą na większym luzie. Tak tu po prostu jest.

Duże znaczenie w tych wyborach miały memy polityczne i fora internetowe. Ponoć to dopiero początek przenoszenia się polityki do sieci.

Uważam, że internet dodał kolorytu kampaniom politycznym i zdemokratyzował informację. Profesjonalni dziennikarze nie są już monopolistami na rynku informacji. Zjawisko to ma jednak również negatywne skutki, a mianowicie możliwość rozpowszechniania fałszywych wiadomości za pośrednictwem mediów społecznościowych. Podczas tej kampanii wyborczej częściowo lub całkowicie zmyślone artykuły docierały do dziesiątków milionów ludzi. Z jednej z powyborczych analiz wynika, że „fake news”, czyli właśnie fałszywe wiadomości, były częściej udostępniane przez użytkowników portali społecznościowych niż prawdziwe wiadomości z tradycyjnych mediów. Stworzono alternatywną rzeczywistość. Ustępujący prezydent Barack Obama zarządził niedawno przygotowanie raportu na temat ingerencji Rosji w amerykańską kampanię wyborczą. Służby wywiadowcze Stanów Zjednoczonych mają się zająć nie tylko atakami hakerów na sieci komputerowe partii demokratycznej, ale również tym, jaki był mechanizm tworzenia i rozpowszechniania fałszywych wiadomości.

A co z nami? Donald Trump sugerował, że skoro Europa zaniedbała swoją obronność, to niech teraz sama sobie radzi. Brzmi to złowrogo.

Aż tak ostro się nie wypowiedział, choć wyraźnie mówił, że sojusznicy wykorzystują Amerykę do zapewnienia sobie bezpieczeństwa, nie ponosząc wystarczających kosztów. W drugiej części kampanii podkreślał, że jest za silnym Sojuszem, ale kraje członkowskie NATO powinny płacić Stanom Zjednoczonym za ochronę. Trudno powiedzieć, czy rozumie przez to tylko zobowiązanie do przeznaczania przez kraje Paktu dwóch procent PKB na obronność (kryterium, które Polska spełnia), czy coś więcej. Jestem jednak pewien, że ewentualne działania mogące prowadzić do osłabienia NATO spotkałyby się ze zdecydowanym sprzeciwem Kongresu.

Skoro nie taki Trump straszny, jak go malują, to czy jego wizerunek jest kreacją nieprzychylnych liberalnych mediów?

Na pewno przekaz, który dociera do Europy, jest nieco zniekształcony. Częściowo wynika to z tego, że lwia część korespondentów reprezentuje bardziej liberalną czy lewicową wrażliwość, ale także z tego, że do końca nie wiadomo, co czeka nas za prezydentury Trumpa. Niektóre jego zachowania i wypowiedzi mogą sugerować, że mamy do czynienia z groźnym politykiem, którego łatwo sprowokować i wyprowadzić z równowagi. Osobiście trochę mnie to niepokoi.

Czym żyją przeciętni Amerykanie – najbliższym meczem bejsbolowym w sąsiedztwie czy tym, jakie będą priorytety nowego sekretarza stanu?

Posunięcia sekretarza stanu niekoniecznie zaprzątają głowy Amerykanów. Polityka zagraniczna – poza wojnami, w których biorą udział – też nieszczególnie. Natomiast spadek bezrobocia i wzrost płac interesuje ich bardziej niż bejsbol.

A futbol amerykański?

To, że debaty prezydenckie oglądało 80 milionów, a mecz Super Bowl ogląda 150 milionów ludzi, wcale nie oznacza, że dla Amerykanów ważniejszy jest futbol.

Politycznie są mocno podzieleni?

Tak. Podziały są bardzo głębokie, nawet wśród przyjaciół czy rodzin. Przed Świętem Dziękczynienia prasa drukowała poradniki, co zrobić, by nie pokłócić się przy świątecznym stole, a po wyborach dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice amerykańskich miast, by protestować przeciwko prezydenturze Donalda Trumpa, co nie zdarzyło się w Stanach Zjednoczonych od połowy XIX wieku. Miliony Amerykanów z przerażeniem myślą o tym, co czeka ich kraj w najbliższych latach. Wielu uważa, że Trump ma bardzo słaby mandat do rządzenia, ponieważ w skali kraju Hillary Clinton uzyskała prawie 3 miliony głosów więcej, choć nie przełożyło się to na głosy elektorskie. Z drugiej strony mamy konserwatystów, którzy z nadzieją patrzą w przyszłość, licząc na odejście od liberalnego kierunku, w którym, ich zdaniem, Ameryka zmierzała pod rządami Baracka Obamy. Ostatnio widziałem wyniki badania konsumenckiego, które bardzo wyraźnie pokazuje, jak zmieniły się nastroje wśród Amerykanów i jak bardzo różnią się oni od siebie w postrzeganiu tego, co się dzieje. Liczba tych, którzy uważają, że sytuacja gospodarcza kraju w ciągu najbliższego roku się poprawi, wzrosła wśród republikanów z 15 do 74 procent. Niemal pięciokrotnie! Z kolei wśród demokratów spadła z niespełna 60 do 14 procent. Aż czterokrotnie! Zatem obie grupy widzą świat w zupełnie przeciwstawny sposób. Dla jednych to, co się dzieje, jest wielką szansą i nadzieją na przyszłość, a dla drugich powodem do obaw.

A co Donald Trump wie i myśli o Polsce?

Nie wiem, co wie. Pewnie jak większość Amerykanów niezbyt wiele. Warto jednak odnotować to, że podczas kampanii spotkał się z Polonią, co należy do rzadkości.

Przytrafiła mu się zresztą krótka wypowiedź, w której bardzo dobrze wyraził się o Polakach, a nawet obiecał, że przyjrzy się kwestii wiz dla nich.

To miłe, ale nie wyciągałbym z tego zbyt daleko idących wniosków. Kiedy polityk spotyka się tu z jakąś grupą ludzi, na pewno ją pochwali, zazwyczaj coś jej obieca albo przypomni swoje związki z nią. Natomiast co do wiz, to na zbyt wiele bym nie liczył, bo ta sprawa nie leży w kompetencjach prezydenta, tylko Kongresu. Nie widzę powodu, dla którego Trump miałby nagle coś wskórać w tej kwestii.

Tak czy inaczej, to może być bardzo ciekawy czas dla korespondenta. Nudno chyba nie będzie.

Na pewno nie. Wiele się będzie działo. Choćby to, że przez pół roku pierwsza dama nie będzie mieszkała w Białym Domu, tylko w Nowym Jorku, gdzie syn prezydenta chodzi do szkoły. Tego typu nietypowych sytuacji będzie sporo. Tak jak dużo zmian będzie w amerykańskiej polityce.

Nie obawiasz się, że będzie mniej spektakularnych napadów na banki? W końcu Trump zapowiedział, że zwiększy bezpieczeństwo. O czym teraz będziesz opowiadał w radiu?

Liczba napadów na banki już od dłuższego czasu spada. Smutna prawda dla amatorów napadów jest taka, że ten proceder coraz mniej się opłaca, bo w kasach jest po prostu coraz mniej gotówki. Klienci stawiają na karty kredytowe. A mimo to i tak co roku dochodzi do czterech, pięciu tysięcy napadów na amerykańskie banki.

Uważaj na siebie w tej nowej Ameryce.

Dziękuję. Będę.

Marek Wałkuski – ur. 1967, dziennikarz Polskiego Radia, od 2002 roku korespondent w Waszyngtonie, autor książek "Wałkowanie Ameryki" (2012) i "Ameryka po KaWałku" (2014).

Marcin Gutowski – ur. 1983, absolwent Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Od 2006 roku reporter związany z Programem III Polskiego Radia. Prowadzi autorski program "Przyciasny beret". W 2015 roku wydał zbiór kilkuset rozmów i reportaży "Święta ziemia. Opowieści z Izraela i Palestyny". Jest żonaty, ma dwie córki. Mieszka pod Warszawą.

Jak skończy się świat

WIELKI DZIEŃ POWSZECHNEGO WSTYDU

•••

Każda moja decyzja w ciągu życia wpływa na to, jakie będzie rozstrzygnięcie. Każdy mój wybór kształtuje moją zdolność rozpoznania Chrystusa w chwili ostatecznego spotkania.

Z ks. GRZEGORZEM STRZELCZYKIEM rozmawia Roman Bielecki OP

Roman Bielecki OP: Kiedy się skończy świat?

ks. Grzegorz Strzelczyk: Nie wiadomo. Jezus jako człowiek też tego nie wiedział.

To my tak sobie mówimy jako księża.

Nie, to mówi Jezus w Ewangelii: „O dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec” (Mk 13,32). To jedyny moment, kiedy Jezus wprost twierdzi, że czegoś nie wie. Ojcowie Kościoła nie wypracowali jasnego rozróżnienia pomiędzy boską i ludzką wiedzą Chrystusa, próbowali to jakoś obejść, bo bali się przypisać Mu ignorancję. Pisali na przykład, że On tak naprawdę wie, ale ukrywa to przed nami.

Może świat będzie istniał bez ludzi?

Raczej nie. Skoro początek był ze względu na człowieka, to koniec też będzie dotyczył ludzi. Do nich Chrystus ma powrócić.

Przypuśćmy jednak, że wzrośnie temperatura na Słońcu i Ziemia zostanie spalona.

Jest to możliwe. Pytanie, czy to będzie moment ponownego przyjścia Chrystusa.

Może będzie?

Opisy tego wydarzenia są symboliczne i na podstawie tekstów biblijnych nie jesteśmy w stanie jednoznacznie stwierdzić, czy będzie to wydarzenie duchowe, które wpłynie na materię, czy od razu duchowo-materialne.

To jakie mamy dane na temat końca świata?

Tylko i wyłącznie to, co jest napisane w Nowym Testamencie.

A co z nauczaniem proroków i zapowiedziami dnia sądu Bożego?

Eschatologia żydowska mówiąca o rzeczach ostatecznych zakładała, że moment przyjścia Mesjasza będzie momentem sądu, chwilą zakończenia jednego etapu historii i przejściem do nowego. To miał być Dzień Jahwe – moment triumfu Izraela. Wiemy, jak się to skończyło. Mesjasz przyszedł, ale nie został rozpoznany. W związku z tym wszystko, o czym czytamy na ten temat w Starym Testamencie, należało odczytać na nowo.

Lepiej by było, gdybyśmy znali datę końca. Wszyscy byśmy się nawrócili.

Myślę, że chodzi o wolność. Gdybyśmy znali datę swojej śmierci, to w istotny sposób wpłynęłoby to na nasze życie.

To chyba dobrze?

Nie wiem, czy Panu Bogu chodzi o tak silny bodziec motywujący. Raczej zależy Mu na tym, żeby człowiek kochał, nie będąc przymuszony perspektywą zbliżającego się sądu.

W takim razie po co to nerwowe powtarzanie: „Czuwajcie!”? Z jednej strony wolność, z drugiej jednak straszak, że jeśli nie czuwamy, to źle.

W liturgii wszystkie teksty dotyczące końca czytamy prawie w jednym momencie – w czasie kilku tygodni listopada i grudnia – i wtedy nieustannie oczekujemy. Potem nam jakoś przechodzi i przestajemy. Oczywiście znajdziemy w Ewangelii wezwania do oczekiwania połączone z zapowiedzią sądu. Tak jest u św. Mateusza. Ale już w redakcjach św. Jana, Łukasza czy Marka nie jest to tak uwypuklone.

Gdyby to nie było ważne, nie zwracalibyśmy na to uwagi.

Zgoda, tylko kto pisze Ewangelię? Ludzie, którym zabrano Pana Młodego, a którzy pamiętają, jak z Nim było dobrze. Pragnienie, żeby On powrócił, jest wśród nich bardzo żywe. W porównaniu do pierwszych wspólnot chrześcijańskich nasze wyobrażenie końca i jego skutków bywa zupełnie inne. Przez całe wieki straszyło się w Kościele sądem i potępieniem. To był sposób na wychowanie moralne, bo niewiele więcej działało. Trudno się dziwić, że dziś na hasło „sąd” nikt nie reaguje radością.

A mógłby inaczej?

Jeżeli miałby silniejsze doświadczenie miłosierdzia, czyli tego, że Bóg przebaczył mu grzechy, to śpiewałby z nadzieją „Maranatha – Przyjdź, Panie Jezu”, bo wiedziałby, na Kogo czeka. No ale jeśli ktoś otrzymał wychowanie oparte na przekonaniu, że ciągle musi się starać, bo ktoś notuje jego upadki po to, żeby mu je za chwilę wypomnieć, to w zrozumiały sposób nie będzie oczekiwał dnia sądu jako czegoś pozytywnego.

Takie wychowanie otrzymała większość z nas.

Pedagogia strachu to pozostałość po czasach, w których ludzie byli o wiele mniej wykształceni i uformowani w wierze. Z tego powodu duszpasterze sięgali do jasnych i wymownych obrazów tego, co czeka nienawracających się grzeszników.

Jak widać, w tym podejściu były błędy.

Ale może nie było innego narzędzia. Łatwo się osądza historię z perspektywy czasu. Mając dziś za sobą wieki dojrzewania, możemy tłumaczyć Ewangelię od strony pozytywnej, wskazując na zjednoczenie z Bogiem jako cel. I ludzie to rozumieją, i co więcej: próbują żyć według jej zaleceń.

Mentalnie to były zupełnie inne czasy i trudno nam się do nich przenieść. Dość dobrze jednak wiemy, jak wówczas grzeszono, bo zachowały się średniowieczne księgi pokutne, w których są spisane grzechy i pokuty wymierzane za ich popełnienie.

To w czym problem?

Problem w tym, że skutkiem pedagogii strachu jest zniekształcenie obrazu Boga. Dziś mamy inną wrażliwość, a Bóg dalej się nam jawi jako policjant czyhający z radarem w krzakach. Moim zdaniem to jest jedna z podstaw kryzysu chrześcijaństwa, który przeżywamy obecnie.

Opis sądu u św. Mateusza jest podszyty takim właśnie strachem, a co więcej - rozliczeniem i wypominaniem: Byłem głodny, nie daliście mi jeść, byłem spragniony, nie daliście mi pić (por. Mt 25,42).

To teraz ja zadam pytanie: Po co ten tekst jest pisany?

Strach przed sądem jest odwróceniem uwagi od tego, co istotne. Słowa Jezusa są wezwaniem do tego, żeby się rozejrzeć za potrzebującymi. To jest przypomnienie: Człowieku, może Chrystus, którego oczekujesz, już przychodzi w osobie ubogiego, głodnego, spragnionego? Nie wpatruj się w siebie albo w niebo, tylko zajmij się bliźnim, bo cokolwiek uczyniliście jednemu z braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili. Mnie, czyli Chrystusowi…

…a jeśli nie zajmiemy się głodnymi i spragnionymi, to Pan Bóg w swoim miłosierdziu i tak nam to wybaczy, prawda?

Raczej już wybaczył – to pokazuje w zmartwychwstaniu. Inaczej koniec z nami. Choć przecież przebaczenie mogę odrzucić, a od przebaczającego się odwrócić.

Co w takim razie z fragmentem Listu do Hebrajczyków, w którym św. Paweł pisze, że straszną rzeczą jest wpaść w ręce Boga Żywego (Hbr 10,31), a to przecież ma się z nami stać?

Przejście przez przebaczenie nie jest rzeczą łatwą i przyjemną. Nie potrafimy przyjmować przebaczenia dawanego darmo. Przeszkadza nam pycha. Oczyszczenie oznacza odłożenie ego, przyznanie się do tego, że potrzebuję miłosierdzia, i uznanie, że ktoś musi mnie obdarować, bo jestem biedny i potrzebujący.

Sądzić, to po grecku krinein, czyli odróżniać i oddzielać jedno od drugiego. We współczesnym sądzie mamy prawo i paragrafy, które sędzia stosuje niemal automatycznie, nakładając karę. A dla starożytnych sąd to był spór, w którym trzeba było oddzielić prawdę od fałszu. Tak jak w przypowieści o pszenicy i kąkolu (por. Mt 13,24–30). Jedno i drugie rośnie w nas jednocześnie. Sąd będzie ostatecznym oddzieleniem i wyrwaniem przez Boga tego, co jest we mnie chwastem. To może być bolesne. Wiemy przecież, jak trudne potrafi być przezwyciężanie zła w nas już tu na ziemi.

Mało atrakcyjna perspektywa…

Przeciwnie. Bardzo atrakcyjna. Czym innym jest cierpienie z powodu wiecznego odrzucenia, a czym innym z powodu dojrzewania. Patrzę w przyszłość i zakładam, że sąd będzie bolesny, ale jeśli będzie to ten rodzaj boleści, który doprowadzi mnie do pełnego zjednoczenia z Bogiem, to jestem w stanie to ryzyko podjąć. Jakoś nie zamierzam się szczególnie przejmować tym, że mnie to będzie kosztowało.

W zapowiedzi sądu u Mateusza pojawia się także wątek wykluczenia – pójdą niesprawiedliwi na wieczną mękę, a sprawiedliwi do życia wiecznego (por. Mt 25,46).

Nie wiem jak inni, ale wiem, że ja jestem realnie zagrożony piekłem. Wiem, że to ostrzeżenie jest do mnie. Jestem zdolny do grzechu, czyli wyboru przeciwko Bogu.

Nawet na łożu śmierci?

Tego nie wiem, nie miałem okazji sprawdzić. Zakładam jednak, że jest to możliwe.

Nasza bieda polega na tym, że my te teksty czytamy często w odniesieniu do innych – ich wykluczamy ze zbawienia albo potępiamy za brak wiary. Jesteśmy nawet w stanie zrobić sobie taką antylistę Schindlera – kto będzie w piekle. To jest największa krzywda, jaką sobie robimy. Bo te napomnienia są do mnie i o mnie. To ja jestem zdolny do wyboru przeciwnego miłości.

Koniec nastąpi głośno czy po cichu?

Teksty biblijne mówią, że z przytupem.

A co z zapowiedziami, że Chrystus przyjdzie jak złodziej?

Nie ma w tym sprzeczności. Chodzi o zaskoczenie i nagłość tego wydarzenia. Złodzieja się nie spodziewamy. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy się pojawi. Żyjemy spokojnie, z dnia na dzień, w poczuciu bezpieczeństwa, aż tu nagle wpadają złodzieje. I tu będzie tak samo. Mogą temu towarzyszyć spektakularne znaki zewnętrzne. Ale stanie się to nieoczekiwanie i bez uprzedzenia.

Jest o nich mowa w Piśmie – słońce się zaćmi, gwiazdy spadną.

Mnie zawsze uderzało dopowiedzenie: „ale nie zaraz nastąpi koniec” (Łk 21,9). Czyli to, co często uznajemy za znaki zapowiadające sąd ostateczny, w Ewangelii Łukasza jest opisem sytuacji, po której koniec właśnie nie następuje.

Następny fragment w Ewangelii św. Łukasza (Łk 21,12–19) mówi o tym, że uczniów Jezusa będą stawiać pod sąd i będą przychodzili tacy, którzy powiedzą: „nadszedł czas” i „ja jestem”. A Jezus mówi: Tak będzie, ale bądźcie spokojni, nie przejmujcie się trzęsieniem ziemi, nie przejmujcie się wojną.

Łatwo mówić.

A co innego możemy zrobić? To nasze przejmowanie się jest funta kłaków niewarte. Dobrze, żeby przynajmniej prowadziło do nawrócenia.

Nie daje mi jednak spokoju to, że przechodzimy do porządku dziennego nad nauczaniem proroków. Ich zapowiedzi są bardzo wymowne. Malachiasz mówi o dniu palącym jak piec (Ml 3,19), Sofoniasz o zgładzeniu wszystkiego z powierzchni ziemi (So 1,2).

Skłonność do przesady jest cechą języka prorockiego.

To nie przesada, to opis dnia Bożego gniewu.

Musimy wziąć pod uwagę ewolucję obrazu Boga, począwszy od najstarszych warstw Starego Testamentu do momentu napisania Ewangelii. To jest okres około 1200 lat, na przestrzeni których dokonuje się istotna ewolucja w myśleniu.

Najpierw mamy przekonanie, że Bóg mści się na synach za grzechy ojców do dwunastego pokolenia i tępi przeciwników narodu wybranego. Takie było przekonanie Izraela – Bóg w którymś momencie nie wytrzyma i ze względu na to, że narody ościenne dręczą Izrael, zrobi z nimi porządek.

Nam też zdarza się tak myśleć: Teraz to nie ma sprawiedliwości na świecie, ale kiedyś wszystkie rachunki zostaną wyrównane.

I Pan Bóg wyniszczy tamtych innych, złych i bezbożnych. Ciągle innych wysyłamy do piekła.

Ale na świecie jest naprawdę dużo niesprawiedliwości.

Zgadza się. I my mamy ludzką potrzebę jej usunięcia. A Boga ustanawiamy gwarantem tej naszej sprawiedliwości.

A tak nie jest?

Nie. Przecież w przypowieści o robotnikach pracujących w winnicy każdy dostaje po denarze, bez względu na to, o której przyszedł do pracy.

W takim razie nieprawdą jest to, czego uczyliśmy się na katechezie, że Pan Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za złe karze?

Tylko dzieci w Polsce się tego uczyły. To weszło do naszej katechezy zdaje się na podstawie pewnego wileńskiego katechizmu z pierwszej połowy XIX wieku i z czasem zaczęło być przepisywane w polskich tekstach.

Ale to przecież jest jedna z sześciu prawd wiary.

Nieznana poza Polską.

A to ciekawe.

Zerknijmy do Kompendium Katechizmu Kościoła katolickiego, w którym jest tak zwany Mały Katechizm. Zawarte są w nim modlitwy wspólne, akt wiary, nadziei, miłości i tak dalej. Proszę w nim znaleźć sześć prawd wiary.

No dobrze, rozumiem, że nie ma.

I nigdy nie było.

To skąd się u nas znalazło?

Przypadkiem.

Ładny mi przypadek, który wpłynął na całe pokolenia.

Nieznany bliżej autor stworzył kompendium, taki katechizm na prywatny użytek, żeby w szybki i skuteczny sposób radzić sobie z błędami oświecenia. No a potem za nim wszyscy to kopiowali.

Chce ksiądz powiedzieć, że sześć prawd wiary jest nieprawdziwe?

Gdzie się znajdują prawdy wiary? W jakim tekście?

W Credo.

Koniec, kropka. Czy tam jest mowa o sprawiedliwej karze Bożej? Nie. Jest mowa o odpuszczeniu grzechów i o tym, że Bóg przyjdzie sądzić żywych i umarłych. Nie ma mowy o tym, że przyjdzie karać sprawiedliwie za zło i wynagradzać za dobro.

Pozostańmy w takim razie przy nauczaniu Katechizmu. Czytamy (art. 1020 i nn), że będą dwa sądy. Skąd to wiemy, że dwa, i dlaczego nie trzy?

Doszliśmy do takiego przekonania na skutek wiary w obcowanie świętych. Dogmat o pełnej szczęśliwości zbawionych po śmierci zakłada, że część ludzi osiągnęła już definitywny stan pełnego zjednoczenia z Bogiem, mimo że jeszcze nie dokonał się sąd ostateczny.

To znaczy?

Są tacy, co do których dokonało się już rozstrzygnięcie odnośnie do tego, czy są z Bogiem, czy nie.

Mówiąc wprost: czy trafili do nieba, czy do piekła.

Tak. I to rozstrzygnięcie nazywamy sądem szczegółowym. Ono dokonuje się w momencie naszej śmierci, jest definitywne i dotyczy tego, co człowiek przeżył do tego momentu.

Na jakiej podstawie?

Myślę, że sam fakt spotkania z Chrystusem będzie sądem. To w tym momencie człowiek zadecyduje, czy chce z Nim być, czy nie.

Nie wyobrażam sobie takich, którzy nie będą chcieli być z Chrystusem, to znaczy nie będą chcieli być z miłością, miłosierdziem, delikatnością, czułością…

Nawet wtedy, gdy On będzie miał oblicze śmierdzącego żebraka?

Nie jest to jedyny obraz, który przychodzi nam do głowy.

Nie jest, ale kiedy czytamy opis sądu (por. Mt 25,31 i nn), to tam jest podane właśnie takie kryterium: byłem głodny, byłem przybyszem, byłem w więzieniu. Wcale nie zadbany, piękny i błyszczący. Pewnie, że gdybyśmy zobaczyli Go w splendorze i chwale, to każdy zwietrzyłby korzyść i powiedział bez wahania, że chciałby z Nim być.

Czy mamy jakieś szanse, żeby wpłynąć na rozstrzygnięcie tego sądu dokonującego się po śmierci?

Każda moja decyzja w ciągu życia wpływa na to, jakie będzie rozstrzygnięcie. Każdy mój wybór kształtuje moją zdolność rozpoznania Chrystusa w chwili ostatecznego spotkania.

W takim razie co myśleć o postawie łotra na krzyżu? Całe życie krzywdził ludzi, ale jedną decyzją wszystko zmienił?