W domu Dave’a - Katarzyna Jakubowska - ebook
Opis

Tracy Johnson, młoda podróżniczka i miłośniczka tej formy podróżowania, pewnego dnia trafia na psychopatę, który ma tylko jeden cel - dać upust swoim dewiacjom. W starych piwnicach prowadzi prywatne więzienie, w którym głodzi, okalecza i znęca się nad swoimi ofiarami na tysiące okrutnych sposobów. Ceną za przetrwanie w tych lochach jest bezwzględne posłuszeństwo. Tracy szybko zaczyna rozumieć, że musi poświęcić honor i moralność, bo wyrzuty sumienia nie mają racji bytu w odczłowieczonym świecie, do którego przypadkiem trafiła...

W domu Dave’a” to mroczna, przerażająca opowieść o strachu i cierpieniu, ale też o ogromnej woli przetrwania za cenę… życia w czterech różnych postaciach naraz.

Katarzyna Jakubowska – urodzona w 1981 roku. Jej małą ojczyzną jest Podbeskidzie, gdzie mieszka wraz z mężem i synem. Z zawodu pracownik firmy zajmującej się produkcją opakowań tekstylnych. W życiu prywatnym spełnia się jako żona i mama. Swoje pasje hierarchizuje na pierwszym miejscu stawiając pisanie, na drugim koty, a na trzecim czytanie.
W domu Dave’a” jest jej debiutem literackim.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 128

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1.

Bolały ją stopy, ale biegła dalej, nie oglądając się za siebie. Byle najdalej od tego strasznego miejsca. Zimne, wiosenne powietrze miało niesamowicie rześki zapach, rozpierało płuca do bólu.

Kłucie w boku, tak mocne, że nie mogła złapać tchu, sprawiło, że musiała się zatrzymać. Zgięta w pół oddychała płytko. Obejrzała się przez ramię.

W oddali stał duży dom. Na parterze zamontowano kraty antywłamaniowe, ale płot był w tak opłakanym stanie, że każdy mógł dostać się na posesję. Na drugim piętrze wybito kilka szyb. W pojedynczych oknach wisiały strzępy firanek. Znajdował się w niezbyt odludnej okolicy, w pobliżu było widać przystanek autobusowy. Po drugiej stronie, za pasmem zielonej łąki, biegła dość ruchliwa szosa, ale tam nigdy by nie uciekała. Istniało zbyt duże ryzyko, że zostanie zauważona, a wtedy jej los byłby przesądzony.

Kłucie ustało. Była w kiepskiej kondycji fizycznej. Wychudzona. Niedożywiona. Nawet nie starała się myśleć, jak może teraz wyglądać. Nie pamiętała, ile czasu spędziła w tej śmierdzącej norze. Na pewno jesień tamtego roku, zimę i część wiosny. Stanowczo za długo…

Wioska budziła się do życia. Słońce wschodziło coraz wyżej. Czuła ogromne zmęczenie. Szła już dobre dwie godziny. Stopy, brudne i bose, bolały niemiłosiernie. Z głodu ssało ją w żołądku i miała mroczki przed oczami.

Musi odpocząć.

Musi coś zjeść.

Inaczej całe ryzyko podjętej ucieczki pójdzie na marne.

Umrze gdzieś na poboczu. Obca i bezimienna.

2.

– Halo! Halo! Wszystko w porządku?!

Czyjś natrętny głos przebijał się do jej świadomości. Otworzyła oczy z pewnym trudem. Chłód poranka całkowicie ją sparaliżował. Z auta wychylała się kobieta. Siedziała, trzymając kierownicę, jakby obawiała się, że to może być jakiś podstęp.

– Tak. To znaczy… Nie…

– Co mówisz? Poczekaj. Zjadę na pobocze.

Kobieta zatrzasnęła drzwi i auto ruszyło. Po chwili zatrzymała się i znów trzasnęły drzwi.

Ręce, które ją teraz dotykały, były delikatne, pachniały lekko migdałami.

Mój Boże, sama skóra i kości. Skąd ty się tu wzięłaś, dziewczyno? I to w takim stanie? – pytała kobieta. Bombardowała ją pytaniami: Ile masz lat? Jak się nazywasz? Mieszkasz tutaj? Skąd jesteś?

Dopiero gdy dziewczyna wybuchnęła histerycznym płaczem, nie odpowiadając na żadne z zadanych pytań, i tylko błagając tę obcą, elegancką kobietę, by ją stąd zabrała, kobieta umilkła i jakby się opamiętała.

Kobieta pomyślała, że najpierw wypadałoby ją nakarmić, a następnie zawieźć do szpitala. Tam się nią odpowiednio zajmą. W najbliższym sklepie spożywczym kupiła butelkę wody mineralnej i kilka bułek.

– Jedz i pij powoli, dobrze? – powiedziała do dziewczyny. – Jeśli chcesz, możesz się okryć. – sięgnęła do tyłu po złożony w kostkę koc. – Ta sukienka wygląda na cienką i pewnie ci w niej zimno.

Sukienka, kiedyś niebieska, teraz wyblakła, sięgała dziewczynie do połowy łydek. Dół miała poszarpany i czarny z brudu, a gdzieniegdzie materiał był poplamiony czymś niezidentyfikowanym, co tworzyło zaschnięte, ciemne skorupy. Jeden rękaw był oberwany, w drugim, na wysokości łokcia, widniała wielka dziura.

Krótko mówiąc, bezimienna dziewczyna, znaleziona na poboczu, przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy.

3.

Szpital nie był przyjemnym miejscem, jednak suchym i ciepłym. Światło jarzeniówek raziło oczy, odzwyczajone od tego rodzaju oświetlenia.

Zamknęła się w sobie, pozwalając, by obce, zimne ręce pielęgniarek zdejmowały z niej ubrania. Zaciskała powieki, gdy jakiś lekarz, na polecenie policji, robił jej zdjęcia. Nie wstydziła się tych nieznanych sobie ludzi. Już dawno wyzbyła się poczucia wstydu. To było konieczne, by się przystosować. By przeżyć.

Pacjentkę umieszczono w izolatce zamykanej na klucz, na oddziale psychiatrycznym. Od momentu przywiezienia jej do szpitala nie odezwała się ani słowem. Wkrótce przybyli dwaj funkcjonariusze. Należało ustalić, jak się dziewczyna nazywa, skąd pochodzi, dlaczego błąkała się po okolicy w tak nędznym stanie. Niestety, pobrano jej tylko odciski palców, wykonano aktualne zdjęcie i to było wszystko, co mogli zrobić. Dziewczyna milczała jak zaklęta. W jej oczach stale czaił się strach. Gdy słyszała kroki obcych ludzi, kuliła się pod łóżkiem. Z czasem nauczyła się rozpoznawać po krokach znajome pielęgniarki, salowe i lekarzy, którzy się nią opiekowali.

Któregoś poranka pani doktor, która przychodziła do niej najczęściej, bez słowa położyła na jej łóżku blok rysunkowy i pudełko kredek dla dzieci. Dziewczyna, nazywana na oddziale Jane, zaczęła rysować.

4.

Wyrzuty sumienia bolały jak połamane palce lub igły wbijane w ciało. Strach był jednak silniejszy. Strach przed zimnem, wilgocią, smrodem ludzkich wydzielin. Strach przed śmiercią w męczarniach. Powinna być lojalna. Uczciwa wobec tamtych. Powinna otworzyć usta i wykrzyczeć wszystko. Ale krzyczała tylko w swojej głowie.

Bała się.

Tak bardzo się bała.

Bała się tego, że jej głos usłyszy nieodpowiednia osoba.

Chciała to zmienić, chciała zacząć mówić, ale nie bardzo wiedziała, jak wyjść ze swego zamknięcia. Nazywali ją tu Jane i to imię postanowiła przyjąć jako swoje. Jako dobry omen, na początek nowego życia. A potem dostała kartki i kredki. To nie wymagało mówienia.

Wszystko wylewało się z niej szerokim strumieniem. Nad niektórymi rysunkami szlochała jak dziecko, a łzy mieszały się z kolorami na kartce. Inne zaraz po narysowaniu mięła i rzucała w kąt. Czasami wymiotowała, cudem omijąjac rysunek. Donoszono jej tylko nowe bloki i kredki. A gdy zabrakło kartek, malowała po ścianach. W pewnym momencie przestała. Siedziała pośród paru świeżo ukończonych rysunków. Kołysała się w przód i w tył, obejmując rękami kolana. Wszystko, co miała do powiedzenia, przelała na papier.

A potem zaczęła krzyczeć.

5.

– Jak się nazywasz? – zapytała pani doktor.

Dla Elizabeth Perkins, Jane Doe z oddziału psychiatrycznego szpitala miejskiego przedstawiała jak dotąd najciekawszy przypadek w jej zawodowej karierze. To była ich druga profesjonalna sesja. Pierwsza odbyła się zaraz po przybyciu dziewczyny do szpitala. Od tamtej pory minął miesiąc. Pewne było, że dziewczyna nie figuruje w bazie danych policji, nie była notowana ani nie jest przez nikogo poszukiwana.

– Jane.

– Nie. To tutaj nazwano cię Jane. Jak nazywałaś się wcześniej, nim tutaj trafiłaś?

Milczy. Ucieka wzrokiem.

Wiem, ale nie powiem. Nie chcę wracać do tego, co było.

– Dobrze. Wrócimy do tego później. Porozmawiajmy o twoich rysunkach. Narysowałaś ich naprawdę dużo. – Doktor Perkins wzięła do ręki grubą, tekturową teczkę. – Masz prawdziwy talent. Dziś pozwolę ci wybrać rysunek, o którym chcesz porozmawiać, dobrze? Zgadzasz się?

Kiwa głową.

– Musisz odpowiedzieć. Sesja jest nagrywana, wiesz o tym.

– Tak, zgadzam się. – głos cichy, lekko zachrypnięty. Ta chrypka to efekt przeraźliwego krzyku, który postawił na nogi cały oddział.

– Dobrze. Wybierz swój ulubiony. Taki, który podoba ci się najbardziej.

Podała Jane teczkę. Dziewczyna sprawnie przerzucała obrazki, choć na niektóre nawet nie patrzyła. Nie umknęło to wprawnemu oku psychiatry. Prawdę mówiąc, obrazki w większości były ponure, wręcz obrzydliwe w treści, czasem po prostu smutne. Trudno było je oglądać komuś nawet tak doświadczonemu jak doktor Perkins.

Jane wybrała jedyny „normalny” obrazek. Podała go Elizabeth.

– Opowiedz mi o nim – poprosiła lekarka.

Na każdym obrazku widniała data, kiedy Jane go narysowała. Zadziwiajace było to, że ten, który teraz wybrała, był jednym z ostatnich. Jakby rysując, cofała się w swych przeżyciach do samego początku.

– Co przedstawia?

Jane zamyśliła się. To, co przedstawiał, było oczywiste. Zachód słońca nad autostradą.

– Początek – odparła.

– Początek czego?

Milczy. Wzrok Jane ucieka za okno zasłonięte pionową roletą. W pokoju jest jasno, ale nie jaskrawo. Pojedyncze promienie wpadają przez szczeliny w roletach i układają się paskami na miękkiej wykładzinie koloru wiśni.

– Jane?

Drży. Wzrok wraca na twarz Elizabeth.

– Początek czego? – lekarka ponowiła pytanie cierpliwym tonem.

– Wszystkiego.

– Wszystkiego, co cię przykrego spotkało? Zanim ktoś cię skrzywdził?

Znowu milczy. Wzdycha.

– Nic pani nie rozumie.

– Więc mi wytłumacz, Jane. Pozwól mi zrozumieć i pomóc sobie. Zaufaj mi…

– My mu na to pozwoliliśmy. W jakiś sposób sami byliśmy sobie winni, przynajmniej ja tak uważam. Przecież nikt nas nie zmuszał, by wsiąść do samochodu Dave’a. A potem było już za późno. – Jane ukryła twarz w dłoniach.

– Za późno na co? – spytała zaintrygowana Elizabeth. Sprawa robiła się coraz bardziej mroczna.

Jane spojrzała na lekarkę. Oczy miała suche.

– Na wszystko. Po prostu na wszystko.

* * *

Patiens było kolejnym do odhaczenia miastem na mapie. Według przewodnika internetowego miał się tam odbyć Festiwal Końca Lata. Umieszczone pod informacją zdjęcia zachęcały do odwiedzenia tego miasteczka. Prócz kościoła, szkoły podstawowej, kilku sklepów i budynków publicznych, ulokowanych wokół rynku, nie było tam kompletnie nic godnego uwagi. Google Earth pokazywał gospodarstwa i budynki rozrzucone na dużej przestrzeni oraz zielone pola, poprzecinane szarymi wstęgami dróg. Uznałam, że warto mieć w albumie z podróży kilka fotek z tego festiwalu. Jeśli było tak, jak zachwalano w przewodniku, zapowiadało się całkiem ciekawie. Jedyny problem, jaki się pojawił, to jak mam dotrzeć do miasteczka na czas. Znajdowałam się jakieś trzydzieści kilometrów od Patiens. Dojście na piechotę zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Festiwal zaczynał się już jutro. Jedynym rozwiązaniem było złapanie stopa. Akurat zachodziło słońce.

Ruchliwa dotąd szosa jakby na złość opustoszała. W tym samym czasie zaczął padać deszcz. W ogromnym, czarnym płaszczu przeciwdeszczowym raczej nie sprawiałam sympatycznego wrażenia. Dopiero piąty czy szósty samochód zareagował na moje energiczne machanie wyciągniętą ręką. Była to mała ciężarówka z zabudowanym tyłem. W szoferce zapaliła się lampka. Za kierownicą siedział starszy pan. Z wyglądu przypominał trochę świętego Mikołaja – szopa białych włosów i gęsta, siwa broda.

– Wskakuj – zawołał. Bez zastanowienia wrzuciłam ogromny plecak do środka i wgramoliłam się do kabiny.

– Dziękuję.

– Dokąd cię podwieźć? – zapytał, obrzucając mnie uważnym spojrzeniem. Przebiegły mnie ciarki. Poczułam się w tamtym momencie jak bydło oceniane przed sprzedażą. Zrzuciłam to na karb swojego przewrażliwienia i zmęczenia.

– A dokąd pan jedzie?

– Do Patiens. Tam mieszkam.

– Świetnie. Bo ja również w tę stronę – ucieszyłam się. – Chciałabym zobaczyć festiwal.

– Doskonały pomysł. Festiwal jest bardzo kolorowy i z pewnością godny uwiecznienia. – dodał, dostrzegając dyndający na mojej szyi aparat fotograficzny.

Droga do miasteczka minęła bardzo szybko. Deszcz ustał. Ostatnie promienie słońca czerwieniły gęsto rosnące drzewa. Mężczyzna, który przedstawił się jako Dave, wysadził mnie w centrum, przy samym rynku.

– Udanego festiwalu, Kelly. – rzucił przy pożegnaniu. – W tym żółtym budynku można wynająć pokój, gdybyś nie miała ochoty biwakować w parku, a mówiąc szczerze – odradzam.

– Dziękuję. Miłego wieczoru.

Dave odjechał.

Kelly. No przecież nie podam mu prawdziwego imienia. Podejrzewałam, że z niego taki sam Dave, jak ze mnie Kelly. Najważniejsze jednak, że dotarłam do Patiens.

Następnego dnia świeciło słońce. Było ciepło i przyjemnie. Festiwal błyszczał kolorami i pachniał płodami rolnymi. Na małej scenie, zbitej z palet, grał jakiś miejscowy zespół. Było sporo ludzi: rodziny z dziećmi, nastolatkowie, zakochane pary. Nie zabrakło budek ze słodyczami, piwem lanym z beczki, stoisk z hot dogami i hamburgerami. Były karuzele dla dzieci i małe strzelnice z tandetnymi nagrodami. Przygotowano też wiele konkursów: na największą cukinię, na ciasto z owocami, na przetwory domowej roboty. Wszystko to było godne uwiecznienia.

Siedziałam w cieniu na ławce i przeglądałam dopiero co zrobione zdjęcia, kasując te nieudane, żeby nie zaśmiecać sobie karty pamięci.

– Witaj, Kelly. – Drgnęłam. Uniosłam głowę. Ujrzałam uśmiechniętą twarz Dave’a.

– Dzień dobry. Miał pan rację. Festiwal jest boski. Zrobiłam mnóstwo zdjęć.

Właściwie przyjemnie było zobaczyć znajomą twarz. Na tym, między innymi, polegała moja przygoda. Na poznawaniu miejsc i ludzi. W podręcznym notesie miałam mnóstwo numerów nowych znajomych.

– Chce pan zobaczyć?

– Jasne.

W rezultacie pokazałam Dave’owi wszystkie zrobione do tej pory zdjęcia.

– Uff, ale gorąco. Nie miałabyś nic przeciwko, gdybym przyniósł nam coś do picia?

– Nie. Oczywiście, że nie. Dziękuję.

6.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, pani doktor.

Jane/Kelly wyglądała coraz lepiej. Odzyskała zdrową, rumianą cerę, stopniowo przybierała na wadze, ku zadowoleniu lekarzy. Nie wykazywała też oznak depresji.

– Jak mam się do ciebie zwracać? Jane czy Kelly? Czy może podasz mi swoje prawdziwe imię?

– Proszę mi mówić Jane – odparła dziewczyna.

– A Kelly?

– Kelly nie była prawdziwa. Wymyśliłam ją – powiedziała Jane.

– Tak jak wymyśliłaś Dave’a?

Nastąpiła chwila ciszy.

– Nie wymyśliłam go.

– Zdajesz sobie sprawę, że nikt taki, kogo opisałaś na ostatniej sesji, nie istnieje? Policja to sprawdziła. Nie ma w Patiens starszego pana o wyglądzie świętego Mikołaja.

Jane uśmiechnęła się pod nosem.

Oczywiście, że nie ma tam nikogo takiego.

Dave miał wiele twarzy. I wiele tajemnic.

– Wiesz, że podstawą naszej współpracy jest szczerość – przypomniała doktor Perkins. Czuła się rozczarowana. Z drugiej strony praca z Jane dopiero się rozpoczęła. Dziewczyna powoli zaczynała się otwierać.

– Czy okłamałaś mnie, opowiadając o Davie?

– Nie. Mówiłam prawdę. Kiedy poznałam Dave’a, wyglądał na dobrodusznego staruszka z białymi włosami.

– Czy widziałaś Dave’a jeszcze w innym… przebraniu?

– Widziałam, ale to nie było przebranie.

– To znaczy?

– Widziałam go takim, jakim był naprawdę.

– Opowiesz mi o tym?

Milczy.

Flash.

Zgrzyt piły. Głuchy odgłos upadku jakiegoś przedmiotu.

– Jane? Opowiesz mi, jaki był prawdziwy Dave?

– Nie.

– Dobrze. W takim razie porozmawiajmy o tym – powiedziała spokojnie Elizabeth.

Wyjęła z teczki wybrany przez siebie obrazek. Przedstawiał dziwaczne, ogromne stworzenie ze sterczącym, szczeciniastym futrem na grzbiecie. Zwierzę miało wielkie zębiska i pazury.

– Co przedstawia ten rysunek, Jane?

Dziewczyna wzięła do ręki obrazek. Zapatrzyła się na niego. Może i miała talent, ale i tak nie była w stanie oddać całej brzydoty tej istoty, tego czegoś. Nie umiała namalować przerażenia, jakie w niej wzbudzało.

– Jane?

– Nazywali je dzikopsami…

* * *

Dzikopsy cuchnęły padliną. Można było poznać po zapachu, kiedy je wypuszczano, i wtedy w porę się przed nimi schronić. Nie szczekały. Węszyły i pochrumkiwały jak świnie. Pierwszego wieczoru jeden z nich rozszarpał mi nogę.

 

Ocknęłam się w cuchnącym, ciemnym pomieszczeniu. Śmierdziało starymi ubraniami, niepranymi od miesięcy. Śmierdziało moczem i kałem. Odór był okropny. Chciało mi się wymiotować. Bolała mnie głowa, przed oczami miałam mroczki. Dave musiał dosypać mi coś do napoju, który mi przyniósł na festiwalu.

– Hej! Zostaw mnie! – krzyknęłam, gdy poczułam, że ktoś usiłuje zdjąć mi tenisówki.

Wierzgnęłam nogami, ale ten ktoś zdążył odskoczyć. Z kąta rozległ się chrapliwy śmiech, a potem napad kaszlu. Usiadłam, opierając się plecami o ścianę, wilgotną i zimną. Obraz powoli wracał do równowagi. Wysoko pod sufitem znajdowały się dwa prostokątne okienka, osłonięte kratami z zewnątrz i wewnątrz. Wpadało przez nie słabe światło. Najwyraźniej kończył się dzień.

Ile czasu tu leżałam? Chyba niezbyt długo, bo inaczej osoba, która chciała zabrać mi buty, zdążyłaby je zdjąć. Chyba, że wyjątkowo długo się nad tym zastanawiała. Gdzie byłam? Co to za miejsce? Dlaczego Dave mnie tutaj zamknął? Miałam tyle pytań… Póki co wolałam nie otwierać ust, bo wymioty podchodziły mi do gardła. Nie chciałam do ogólnego smrodu tego miejsca dokładać jeszcze mało przyjemnego zapachu rzygowin.

Mój wzrok powoli przyzwyczajał się do panującego półmroku. Ujrzałam skuloną w kącie postać z długimi włosami uczesanymi w warkocz, przewiązany szmatą. W drugim kącie siedział jakiś brodacz. W zarośniętej twarzy dziwnie płonęły mu oczy. Oboje siedzieli w milczeniu, ciekawi mojego zachowania.

– Co tu się dzieje? – zapytałam. – To jakaś zabawa?

Dziewczyna czy kobieta (trudno było ocenić po wyglądzie jej wiek) roześmiała się nieprzyjemnie.

– Słyszysz, C? – zwróciła się do Brodacza. – Ona myśli, że to zabawa? Dobre sobie!

– Weź na wstrzymanie. – uspokoił ją Brodacz, nazywany C. – Dopiero tu trafiła. Jest w szoku.

– Nie jestem w żadnym szoku! Jestem wściekła i chcę wiedzieć, o co tu, do cholery, chodzi.

– Spokojna głowa. Dowiesz sie wszystkiego. Szybciej, niż myślisz. – odparła dziewczyna.

Więcej się do mnie tego dnia nie odezwała. Obserwowała mnie jednak bacznie, wodząc za mną wzrokiem, gdziekolwiek się nie poruszyłam.

Udało mi się wspiąć i złapać za jedno z okienek, ale szarpanie za kraty nic nie dało. Zobaczyłam trawę i słyszałam szum samochodów. Budynek, w którym się znajdowaliśmy, musiał stać niedaleko uczęszczanej drogi, skoro o tej porze nadal panował na niej ruch.

Ciemny, podłużny prostokąt znaczył drzwi.

– Dlaczego stąd nie wyjdziecie? – zapytałam dostrzegając, że to