Wydawca: Marginesy Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 450 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W dół - Tim Johnston

Błyskotliwy thriller o więzach krwi i walce o przetrwanie.

Koniec wakacji, Courtlandowie przyjeżdżają w Góry Skaliste. Dla ich córki, osiemnastoletniej Caitlin, góry mają być ostatecznym sprawdzianem biegowym. Jej rodzice liczą na to, że wspólny urlop pomoże im posklejać związek.

Pierwszego ranka Caitlin i jej młodszy brat Sean idą pobiegać. Kilka godzin później z telefonu Seana dzwoni szeryf. Chłopak leży w szpitalu, ma pogruchotaną nogę, ale już odzyskał przytomność, jego życiu nic nie grozi. A Caitlin?

Caitlin zniknęła.

Zaczyna się koszmar w rodzaju tych, o których słyszy się w telewizji, ale które zwykle przydarzają się innym. Poszukiwania, wzajemne oskarżenia, pytania bez odpowiedzi. Co się stało? Czy mogli temu zapobiec? Czy Caitlin żyje? Czy kiedykolwiek się tego dowiedzą?

Tajemnicze zniknięcie dziewczyny stanie się początkiem strasznej podróży po coraz bardziej splątanych ścieżkach. Wkrótce Courtlandów będzie łączyło już tylko pytanie, którego nigdy nie zdołają zadać na głos: Kiedy przestać szukać?

Perfekcyjnie skrojony thriller, napisany z precyzją, która pozwala uchwycić każdą emocję, każdą chwilę strachu i każdą potworną myśl, pędzący jak lawina ku przerażającemu rozwiązaniu.

Poetycki i hipnotyczny thriller pierwszej jakości. Wspaniale napisana, prowokująca do myślenia i niepokojąca powieść o rodzinie, przetrwaniu i sile woli. Trzyma w napięciu i nie daje się zapomnieć.

Lisa Unger

 

Tim Johnston – amerykański pisarz i nauczyciel kreatywnego pisania. Oprócz W dół ma na koncie powieść dla młodzieży Never So Green (2002) i zbiór opowiadań Irish Girl (2009). Tytułowe opowiadanie z Irish Girl zostało wyróżnione O. Henry Prize, New Letters Award for Writers i Gival Press Short Story Award, a cały zbiór nagrodzono Katherine Anne Porter Prize in Short Fiction. Opowiadania Johnstona ukazywały się także w „New England Review”, „New Letters”, „The Iowa Review”, „The Missouri Review”, „Double Take”, „Best Life Magazine” i „Narrative Magazine”.

Opinie o ebooku W dół - Tim Johnston

Fragment ebooka W dół - Tim Johnston

Tytuł oryginału: DESCENT
Przekład: KAROLINA IWASZKIEWICZ
Redaktor prowadzący, redakcja: ADAM PLUSZKA
Korekta: JAN JAROSZUK
Projekt okładki: ANNE WINSLOW
Adaptacja projektu okładki, opracowanie graficzne i typograficzne: PIOTR ZDANOWICZ
Łamanie: | manufaktu-ar.com
Zdjęcie na okładce: © Peter Zelei / Thinkstock by Getty Images
Descent Copyright © 2015 by Tim Johnston All rights reserved.
Copyright © for the translation by Karolina Iwaszkiewicz Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2016
Warszawa 2016 Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-65282-47-7
Wydawnictwo Marginesy ul. Forteczna 1a 01-540 Warszawa tel. (+48) 22 839 91 27 e-mail:redakcja@marginesy.com.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Waszym córkom – i mojej

Niewinność

Gadała z niewinnością. Że gdzieś krąży

Zło, czy źli ludzie, ani nam się śniło.

William Shakespeare

Oby zyskała piękność, ale nigdy taką,

Która dla oczu innych stanie się zatratą.

W.B. Yeats

Przedtem

.

Nazywała się Caitlin, miała osiemnaście lat i budziło ją czasem jej własne serce – odfruwało we śnie w wyścigu, w którym linia mety oddalała się zamiast przybliżać, kolana miękły jak ciągutka, stopy zmieniały się w kamienie. Wybudzała się szarpnięciem, leżała w pościeli i z klatką piersiową ściśniętą niewidzialnym ciężarem łapała oddech wpatrzona w ciemność. Podnosiła ręce i włączała pulsometr, w niebieskim oku wyświetlacza mrugały wszystkie dane dotyczące jej ciała, niezależnie od tego, czy spała czy nie. TĘTNO: 86 BPM, TEMPERATURA CIAŁA: 37,8°C, TEMPO: (0), WYSOKOŚĆ: 2747 M N.P.M.

WYSOKOŚĆ: 2747 M N.P.M.?

Rozejrzała się; słabe światło wpadające przez szczelinę między zasłonami obrysowywało kontury kilku ciemnych mebli. W łóżku po lewej leżała matka, skrzydło blond włosów szarzało na białej poduszce. Obok, za ścianą, spali ojciec i brat. Dwa pokoje, cztery łóżka, zero dyskusji: nie będzie spała ze swoim piętnastoletnim bratem ani on nie będzie spał z nią.

Pulsometr zalśnił chłodnym blaskiem i zapikał; uciszyła go. Sprawdziła tętno: wciąż było szybkie, ale już nie z powodu tego, co jej się śniło, tylko przez rozrzedzone powietrze.

Góry Skaliste!

Kiedy je po raz pierwszy zobaczyła, z samochodu, jej serce zaczęło dudnić, a mięśnie nóg napięły się i zadrżały. Za kilka tygodni miała zacząć naukę w college’u, gdzie dostała stypendium sportowe, i chociaż nie przegrała w tym semestrze ani jednego wyścigu (COURTLAND NIEPOKONANA! krzyczał nagłówek), wiedziała, że dziewczyny w nowej szkole będą szybsze i silniejsze, bardziej doświadczone i bardziej zdeterminowane niż te, z którymi się dotychczas ścigała – właśnie dlatego wybrała góry.

Poszła do łazienki, umyła twarz i zęby, mocno spięła włosy i spojrzała w lustro. Nie z próżności. Chciała zajrzeć sobie w oczy, tak jak zaglądała wszystkim, żeby wiedzieć, jak je pokonać.

Wróciła do pokoju; przez chwilę wydawało jej się, że matka nie śpi i obserwuje ją z łóżka, ale to były tylko powieki, okrągłe, jaśniejące w półmroku – straszne, niewidzące oczy, jak u posągu. Otworzyła drugie drzwi, weszła do pokoju obok, dokładnie takiego samego, i szarpnęła chłopaka, żeby go obudzić.

Słońce wspinało się jeszcze po dalekich zboczach, miasteczko leżało w chłodnym jeziorze cienia. Niedźwiedzie, które w nocy złaziły na dół, żeby grzebać w śmietnikach i spacerować między domami, wróciły już na górę. Ulice były puste. Nikt nie widział, jak Caitlin i jej brat przechodzą pod sygnalizatorem, nikt oprócz nich nie słyszał leniwego stukania jego środkowego oka.

Caitlin jeszcze nie biegła, wygłupiała się, maszerowała niczym rześka mażoretka z werblem na czele parady złożonej z jednego chłopaka telepiącego się na wynajętym rowerze. Chciał wrócić po bluzy, ale to lipiec, przypomniała mu, ociepli się.

Miał na imię Sean, ale mówiła na niego Dudley; dawno wymyślone obraźliwe przezwisko, nikt już nie pamiętał, co miało znaczyć. Przyjechali tutaj poprzedniego dnia autostradą międzystanową, z równin do Denver i w góry, krętą drogą, która ze skraju urwiska wyrzuciła ich prosto na otwarte niebo, oszałamiająco głęboką zieleń i odległe zbocza gęsto porośnięte niskimi sosnami. Wspinali się i wspinali, aż do wododziału, a potem zjechali w dół – w dół, na wysokość 2743 metrów – gdzie z górskiego krajobrazu jak miraż wyłaniał się nagle mały kurort z zimowymi sklepami dla narciarzy i kawiarniami, z pustymi wyciągami krzesełkowymi nad stokami porośniętymi trawą, z nieprawdopodobnymi kolorami i powietrzem, jakim nigdy nie oddychali.

Teraz wdychali to powietrze i wykasływali białe chmury. Poranek był błękitny, sosny pachniały Bożym Narodzeniem.

– Tutaj – powiedziała Caitlin, skręciła w drogę Ermine i zaczęła biec na poważnie.

Chłopak jechał za nią. Nieźle, pomyślał z początku – szeroki, gładki asfalt, w górze mnóstwo nieba. Ale potem zrobiło się stromo, a drzewa podeszły bliżej i liczniej. Rower podskakiwał w mechanicznych drgawkach, Sean zmieniał przerzutki, stawał na pedałach, łapał powietrze otwartymi ustami i klął. Jego wylewający się ze spodenek brzuch pokrył się gorącym, śliskim potem. Jasna sylwetka siostry na czarnej drodze wydawała się coraz mniejsza i bledsza, uciekała jak złośliwy długonogi krasnoludek.

– Wolniej! – zawołał, aż zabrakło mu tchu, a później spuścił głowę i spojrzał na swoje drżące uda.

Jak wtedy na jeziorze: ona szła przodem, on brnął za nią, stare drewniane rakiety śnieżne zahaczyły jedna o drugą, potknął się – a potem leżał na śniegu (na śniegu, na cienkiej lodowej posadzce na jeziorze pełnym czarnej wody) jak pozbawiona życia kupka szmat i nagle pojawiła się nad nim Caitlin z zaróżowionymi policzkami. Dudley, weź, przestań się zgrywać...

Podniósł wzrok, już nie biegła. Podjechał, zatrzymał się, postawił stopy na ziemi.

– Jezu Chryste, Caitlin...

Starał się nie brzmieć jak żałosny zdyszany tłuścioch. Jego serce łomotało.

– Ćśś – syknęła.

Też była zdyszana, ale się uśmiechała. Pękające płuca, dudnienie serca – uwielbiała to. W domu na ścianie jej pokoju wstęgi z wyścigów układały się w skrzydło wspaniałego ptaka.

– Widzisz? – zapytała.

– Co?

– Tam wyżej.

– Gdzie?

– Tuż przy drodze. Tutaj.

I wtedy go zobaczył – niedużego rudego psa z puszystym ogonem. Nie, nie psa. Coś dzikiego, z małymi czarnymi oczkami i wielkimi czujnymi uszami.

– Co to? – zapytał.

– Chyba lis.

– Co ma w pysku?

– Nie wiem.

– To dziecko – powiedział. – To na pewno jej dziecko.

– Nie, widzę krew.

– Może je zabiła. Czasem tak robią.

Patrzyli na lisa, lis patrzył na nich, a potem, nie wypuszczając z zębów małego ciałka, odwrócił się, potruchtał drogą i zniknął.

Sean zsunął plecak na ramię i zaczął szukać butelek. Caitlin zatrzymała się nie ze względu na lisa, ale dlatego, że dotarła do skrzyżowania i nie wiedziała, którędy biec. Przypomniała sobie tego chłopaka z wypożyczalni, miał palce całe w smarze (i tatuaż z pająkiem wspinającym się do gardła, i bardzo zielone oczy) – mówił, że będą drogowskazy, ale tutaj żadnych nie było.

Napili się zimnej wody. Sean zdjął kask, rozłożyli mapę.

– Tędy – pokazała.

Podniósł wzrok na wąską żwirową ścieżkę i pokręcił głową.

– To nie w porządku.

Obiecali, że będą się trzymać utwardzonych dróg, przypomniał. Spojrzała na niego: czerwona poważna twarz, wysokie gniazdo ugniecionych przez kask przetłuszczających się włosów. Czasami trudno było pamiętać, że ma piętnaście lat – nie dwanaście, nie dziesięć, nie siedem.

Sprawdziła pulsometr – jej serce biło szybko, nawet kiedy stała. 2882 metry nad poziomem morza.

– Dudley – powiedziała, wpychając swoją butelkę z powrotem do plecaka – wypożyczyłeś rower górski, żeby jeździć po asfalcie?

Słońce rozlało się po dolinie, wbiło się żółtym ostrzem przez szczelinę między zasłonami i opadło na łóżko i powieki śpiącego mężczyzny, który po chwili odwrócił się, zamrugał i złapał ostrość na budzik. 7.15.

Pokój motelowy. Kolorado. Po prawej drugie łóżko, puste i rozgrzebane.

Na blacie w łazience w małej kałuży leżała szczoteczka chłopaka. Grant Courtland opłukał twarz, wytarł się, wrócił do pokoju i odsłonił okno. Jasnobłękitne poranne niebo, kilka niedużych chmur nad szczytami. Piękno, w które trudno uwierzyć. Pocztówka. W oddali szybował jakiś ptak; długo unosił się w powietrzu, potem zanurkował między drzewa jak pocisk. Grant patrzył dalej, ciekaw, czy ptak pojawi się znowu, ale się nie pojawił.

Nie miał pewności, gdzie dokładnie są dzieciaki. Może na tamtej górze, wśród tych drzew, pozornie tak bliskich. Poprzedniego wieczora razem pochylali się nad mapami, ale Grant nie przyglądał się zbyt uważnie; to ich przygoda, chcieli sami ją zaplanować i sami przeżyć. Za kilka tygodni Caitlin zacznie naukę w college’u w Wisconsin, dostała tam stypendium, góry to był jej pomysł, jej wybór, prezent z okazji ukończenia szkoły.

College. Już.

Wpatrywał się w dal, w końcu zamigotało mu coś metalowego, błysnęły białe buty do biegania. Ale oczywiście nic tam nie było, tylko sosny, zieleń i jeszcze więcej zieleni.

Wziął komórkę, wcisnął kilka klawiszy, później się zawahał, jego kciuk zawisł nad przyciskiem WYŚLIJ. Przypomniał mu się tamten sen – część snu: pewna siebie, badawcza kobieca dłoń, nic więcej, ale... Boże.

Odłożył telefon, przez chwilę się w niego wpatrywał. Potem wciągnął dżinsy i tiszert i na bosaka poszedł do drugiego pokoju.

Droga zaczęła się zwężać, żwirowa ścieżka przeszła w coś w rodzaju wijącego się po zboczu rowu, w końcu całkiem zniknęła i zmieniła się w nagą szczękę pełną obłych kamieni, wyschnięte koryto sezonowego strumienia, ukształtowane przez lata zgodnie z wolą wody, która parła w dół, zawsze w dół.

– To nie w porządku! – wrzasnął.

Caitlin biegła przodem, skacząc z kamienia na kamień jak koza.

Sean walczył, dyszał, trząsł się i szczękał zębami. Wreszcie powiedział: Pieprzyć to, i gwałtownie się zatrzymał. Zatoczył się, rower upadł na kamienie.

– Caitlin!

Czuł się jednocześnie ogromny i niezwykle lekki. Jego nogi zrobiły niespodziewany krok. Coś uderzyło go w kask, zabrzęczało w otworze wentylacyjnym i odleciało.

– Kurwa – mruknął.

Podniósł rower i zaczął pchać go po kamieniach, ale po chwili znów coś go zaatakowało – tym razem wleciało pod plecak. Puścił kierownicę i zaczął wyplątywać się z szelek. Po chwili zrozumiał, że to komórka, ale zanim zdjął plecak i ją wyjął, bzyczenie ustało. Zerknął na ekran, ale nie zobaczył ikonki wiadomości. Sprawdził swój telefon i wrzucił oba do plecaka.

Potem znów wyjął komórkę siostry. Przez chwilę stał, ważąc w dłoni jej rubinowy ciężar, później spojrzał w górę, usiadł na kamieniu i zaczął czytać esemesy. Najciekawsze były imiona. COLBY. ALLISON. NATALIE. AMBER. Szczupłe, wysportowane dziewczyny, które przychodziły w workowatych szortach i obcisłych wydekoltowanych podkoszulkach, piły dietetyczną colę i wte i wewte biegały na bosaka po schodach. Zostawiały ślady na meblach, zapach na tapicerce i na poduszkach. Ciągle esemesowały, śmiały się i gadały – nieustannie gadały. Raz podkradł się pod okno piwnicy i usłyszał Allison Chow opowiadającą pozostałym, jak prawie się udławiła fiutem swojego chłopaka. A raz wszedł do łazienki, kiedy siedziała tam Colby Wilson, z nagimi udami, w opuszczonych do kolan spodenkach.

Fajnie, że zapukałeś, grubasie.

Ścieżka skończyła się szybciej, niż się spodziewał; wkrótce wyszedł na asfaltową drogę, tak samo gładką jak tamta, może nawet tę samą. Znak CO RD. 153, słońce na rozgrzanym karku, ciche sosny, tyle. Z jednej strony droga prowadziła pod górę, skręcała w prawo i znikała za zakrętem, z drugiej opadała stromo w dół. Całe ciało Seana ciągnęło właśnie tam – w dół; każdą komórką pragnęło prędkości, wiatru i długiej swobodnej jazdy na grzbiecie grawitacji. Ale Caitlin by tego nie zrobiła, nie pobiegłaby na dół, niech ją jasna cholera, więc stanął na pedałach i ruszył pod górę.

Nie zajechał daleko, kiedy coś wystrzeliło spomiędzy drzew, tak blisko i tak niespodziewanie, że wrzasnął i zeskoczył z siodełka. Chwilę później usłyszał jej ośli śmiech i krew zaszumiała mu w uszach.

– Niech cię szlag.

– Boże, Dudley, szkoda, że się nie widzisz!

Podniósł rower z asfaltu.

– Nie sądziłam, że potrafisz być taki szybki!

– Nie sądziłem, że potrafisz być taką pizdą!

Przestała się śmiać. W tę nagłą ciszę wpadł męski głos. Znikąd. Zewsząd. Potem zza wzniesienia na dole. Po chwili na drodze pojawiło się dwoje pochylonych rowerzystów w kaskach. Mężczyzna zamilkł, kiedy ich zobaczył. Minęli ich zasapani, z podniesionymi jasnymi twarzami. Kobieta była młodsza, może w wieku Caitlin, uśmiechnęła się do Seana. Jedna z nóg mężczyzny kończyła się na wysokości kolana, niżej znajdował się czarny pręt przypięty do specjalnego pedału, tak że nie dało się powiedzieć, gdzie kończy się rower, a zaczyna człowiek. Mężczyzna powiedział: Cześć, chłopak powiedział: Cześć, rowerzyści zniknęli za zakrętem.

– Jak mnie nazwałeś? – zapytała Caitlin.

Jej twarz płonęła. Jego też.

– Chryste, Caitlin. Szukałem cię. Mieliśmy mieć na siebie oko.

Spojrzała na niego złowrogo, odwróciła wzrok i pokręciła głową. Poprawiła opaskę i podeszła, Sean się cofnął, a ona powiedziała, że miała na niego oko i przez cały czas dokładnie wiedziała, gdzie jest. Co on sobie myśli, za kogo ją ma?

Łóżka w drugim pokoju stały puste i niepościelone, rozbebeszone jakby ktoś się nad nimi pastwił. Gdy dziewczyny kładły się spać, pomieszczenie było chłodne; teraz w ciepłym powietrzu unosił się delikatny zapach perfum i potu. Grant sprawdził grzejnik, był wyłączony. Podszedł do wnęki przy łazience. Na półkach leżały dwie otwarte walizki; ich zawartość – ubrania, staniki i majtki – już na pierwszy rzut oka różniła się kolorem i krojem.

W szparze między framugą a uchylonymi drzwiami tańczyły kłęby pary. Usłyszał szmer szczoteczki, popchnął drzwi. Stała owinięta białym ręcznikiem i cierpliwie myła zęby. Wyglądała, jakby znów miała dwadzieścia lat. Przypomniał sobie czasy college’u, małe mieszkanie nad piekarnią przy Fairchild, zimowe poranki w jej łóżku, jej zapach mieszający się z zapachem świeżego chleba. Jej siostra bliźniaczka, Faith, utonęła, kiedy miały szesnaście lat, w dziwny sposób go to fascynowało. Dużo wtedy czytał, prozę, wiersze. Potem ciąża, rachunki, dziecko. On poszedł do pracy na budowie, ona została w szkole; czasami zabierała małą na zajęcia, kiedy pani Turgeon zachorowała. Mała ma teraz osiemnaście lat, sama zaraz idzie do college’u. Jest młodą kobietą, szybką jak wiatr i jego własne serce, które waliło niespokojnie za każdym razem, gdy biegła, Boże, patrz na nią, Boże, nie pozwól jej przegrać.

– Weetyatoy je ała – powiedziała Angela, nie wyjmując szczoteczki z ust.

Podszedł do niej i stanął za jej plecami, jego twarz pojawiła się nad jej twarzą w okienku wytartym przez Angelę w zaparowanym lustrze. Jej włosy, rozczesane grzebieniem na setki schludnych pachnących rządków, były mokre i ciężkie.

– Nie dzwonili jeszcze? – zapytał.

Pochyliła się, żeby splunąć, i uderzyła go pupą. Płukała, szorowała, pochylała się.

– Jeszcze nie. Ale jest wcześnie. – Podniosła się i zerknęła na jego odbicie. – Myślę, że zajmie im to jeszcze z godzinę. Spokojnie.

– Coś przegapiłaś. – Dotknął kącika swoich ust, powtórzyła jego ruch. – Musisz wypłukać dokładniej.

Uśmiechnęła się, znów się nachyliła, znów uderzyła go pupą. Zebrał wilgotne kosmyki i trzymał, dopóki nie skończyła. Zakręciła wodę i oparła dłonie na umywalce. Podniósł ręcznik i spojrzał w dół, na jej pośladki. Były takie białe i gładkie.

– Grant?

Jego dłonie na jej ciele wyglądały jakby wypalono je w piecu i położono na tej jasnej powierzchni, wielkie i ciemne, żeby się ochłodziły i doszły do siebie.

– Tak?

– Chodźmy do łóżka. Chcę widzieć twoją twarz.

Caitlin odkryła to, kiedy na niego czekała. Poprowadziła go teraz między sosny i po chwili znaleźli się wśród białych topolowych pni. Las w lesie. Ścieżka wiła się wśród drzew, a potem nagle wyrzuciła ich na małą polanę z kapliczką, w której stała Matka Boska, jakby się ich spodziewała. Naturalnej wielkości, gładka jak kość i całkiem biała, obudowana skorupą ze sklejonych zaprawą obłych kamieni, takich jak te, na które Sean klął w parowie. Dwa palce wzniesionej w dobrotliwym błogosławieństwie prawej dłoni były utrącone na wysokości drugiego stawu, co nadawało figurze wyraz zwątpienia, jakby wyrzeźbiono ją chwilę przed wybuchem straszliwej paniki.

– Widziałaś? – zapytał, wskazując na dłoń Maryi.

– Widziałam, widziałam. Jak u taty.

– Co ona tu robi?

– Pewnie ma coś wspólnego z tym. – Caitlin machnęła ręką w stronę grupki kamiennych bloków wyrastających z ziemi jak zęby, wąskie, kredowobiałe i powykrzywiane każdy w inną stronę.

W cieniu obok kapliczki stała kamienna ławka. Usiedli na niej, żeby napić się wody i zjeść roztapiające się batony energetyczne.

– Kim byli, jak myślisz? – zapytał.

Caitlin wzruszyła ramionami.

– Osadnicy.

– Donner Party – powiedział.

– To nie te góry. Spójrz, jest tabliczka.

Rozchyliła krzaki u stóp Matki Boskiej i odsłoniła brązową tabliczkę z zaśniedziałą inskrypcją.

WIELEBNY TOBIAS J. FIFE,

BISKUP DENVER, W IMIĘ BOŻE

UDZIELA CZTERDZIESTU DNI ODPUSTU

ZA WIZYTĘ W TEJ LEŚNEJ KAPLICZCE

I MODLITWĘ PRZED NIĄ.

1938

– Wielebny – powiedziała Caitlin. – Podoba mi się.

– Jak to czterdzieści dni łaski?

– Chyba chodzi o to, że przez następnych czterdzieści dni nie musisz się modlić. Coś w rodzaju wakacji.

– A może to znaczy, że przez czterdzieści dni jesteś bezpieczna? W sensie, że nie przytrafi ci się żadne gówno?

– Może. Daj telefon.

Sięgnął do plecaka i podał Caitlin jej czerwoną komórkę. Sprawdziła, czy nie ma nowych wiadomości, i sfotografowała kapliczkę.

Wiatr zaszeleścił w liściach topól. Sean ugryzł baton i teatralnie się zakrztusił. Caitlin powiedziała, żeby się nie zmuszał, a potem spojrzała na niego i podniosła brew.

– Dawaj. Nie robi mi to.

Zawahał się, ale po chwili wrzucił baton do plecaka, z bocznej kieszeni spodni wyłowił dużego snickersa i zaczął obierać go z folii.

– Chcesz trochę?

Caitlin wzięła snickersa i otworzyła usta, jakby miała zjeść całego, ale odgryzła tylko kawałeczek. Sean zjadł resztę na trzy duże gryzy, żując z otwartymi ustami i posapując, napił się wody i złapał oddech. Zabębnił palcami po plecaku, zerknął na dłoń Maryi. Ich matka wierzyła w Boga. Ojciec mówił, że muszą zdecydować sami.

– Caitlin?

– Co?

– Nie wydaje ci się, że tata świruje?

Odchyliła się do tyłu, skręciła w talii i spojrzała na niego.

– Co? – powtórzyła.

– Nie sądzisz, że jest ostatnio trochę dziwny?

– Dudley, on zawsze jest dziwny. Co to ma wspólnego ze świrowaniem?

Podniósł wzrok na drzewa.

– Widziałem coś. Jakiś czas temu.

To było w biurze za domem, w tym metalowym baraku, gdzie ojciec prowadził swoje budowlane interesy. Sean sprzątał tam, zamiatał i porządkował narzędzia, żeby zarobić na kieszonkowe. Ale jedna ze skrzyń była zamknięta, więc wrócił po klucz i biuro było otwarte, i...

– I co?

– I on tam siedział. Z dziewczyną.

– Z dziewczyną?

– Z kobietą. Siedziała na jego biurku. W spódnicy.

Caitlin czekała.

– I co?

– I tyle.

– Była tylko w spódnicy?

– Nie. Tylko tyle widziałem.

– Jezu Chryste, Sean.

Oparła stopę na kolanie, rozwiązała sznurówki, zsunęła but i potrząsnęła nim, jakby coś tam wlazło. Wsunęła dłoń do środka, pogmerała w wilgotnym wnętrzu, włożyła but z powrotem i zawiązała.

– I co?

– Nic. Ta dziewczyna, to znaczy kobieta, zeszła z biurka, podała mi rękę i poszła. Powiedziała mi, że jest jego klientką.

– Więc skąd ci się wzięło to świrowanie?

– Nie wiem. Jeny. – Zapiął plecak brutalnym szarpnięciem i siedział, gapiąc się na niego. – Zapomnij o tym, dobra? Chodźmy już.

Caitlin wstała i spojrzała na niego z góry.

– Nie obgryzaj paznokci. To obrzydliwe.

Podrapała się po tyłku i ruszyła w stronę grobów.

Sean zerknął na Maryję, podniósł się i poszedł za siostrą.

Caitlin stała na skraju małego cmentarza z założonymi na piersi rękoma, trzymając się za łokcie. Zmarzła. Musiała biec dalej. Podszedł do niej.

– To nic takiego – powiedział. – Zapomnij o tym.

Potarła ramiona dłońmi. Przypomniała sobie fragment wiersza, który czytała w nocy. Poddaję się, blednę.

Potem opowiedziała mu, jak ojciec ich zostawił – na trzy, cztery miesiące, chociaż wydawało jej się wtedy, że trwało to znacznie dłużej. Sean był bardzo mały, nie może tego pamiętać. Matka mówiła, że nie ma się czym przejmować, ale Caitlin słyszała, w jaki sposób rozmawiała z ojcem przez telefon, i pamiętała jej twarz – nową, obcą. Pamiętała też, co matka powiedziała wtedy do telefonu, ale nie powtórzyła tego bratu.

Milczała, Sean wpatrywał się w nagrobki. Pod jednym z nich czerniał w trawie mały talerzyk albo spodek. Po chwili stał się tym, czym był – plastikową pokrywką na kubek z kawą, z dziurką do picia. Śmieć, jedyny, jaki się tu dostał, z samego dołu, żeby wylądować właśnie przy tym kamieniu.

– Kiedy w końcu wrócił – ciągnęła – nie miał palców. Zawsze myślałam, że dlatego wrócił: dlatego że gdziekolwiek wtedy przebywał, było to miejsce, gdzie traci się palce.

Wzdrygnęła się. Nie obchodziły jej palce, potrzebowała tylko jego ramion, jego szorstkich jak papier ścierny policzków, dreszczu, który przebiegał ją za każdym razem, gdy mówił: Pasikonik, mój Pasikonik.

– Zawsze mi powtarzał – Sean parsknął dziwnym śmiechem – zawsze mi powtarzał, że odpadły od palenia.

– Wierzyłeś w to?

Milczał. W jednej chwili wszystko się zmieniło, wszyscy się zmienili.

– Jak myślisz, co się stanie tym razem? – zapytał; Caitlin głęboko westchnęła, migoczące liście topól poruszyły się i zaszumiały jak deszcz.

– Nic – powiedziała. – Chodźmy.

Zasłony były zaciągnięte, światło sączyło się bokiem po ścianie i strzelało do góry, wieńcząc okno jasną koroną. Grant patrzył na nią. Leżał nagi pod prześcieradłem. Zasnął na kilka minut, a potem obudził się nagle z łomoczącym sercem. Co to za łóżko? Czyja ręka obejmuje go w pasie?

Westchnienie, skurcz.

– Nie – jęknęła Angela.

– Wszystko w porządku – szepnął i dotknął jej ramienia.

Dawno temu opowiedziała mu sen, który kiedyś ciągle jej się śnił. W tym śnie jakiś głos mówił jej, że musi być z siostrą. Z którą, pytała, z którą siostrą? ale głos nie odpowiadał.

– Co?

Podniosła głowę. Miała takie brązowe oczy.

– Powiedziałaś nie.

Odgarnęła włosy z twarzy, odklejając je od ust.

– Tak?

– Tak.

Przesunęła się, z powrotem położyła głowę na jego piersi. Odetchnęła. Gdzieś trzasnęły drzwi, korytarz wypełnił się radosnym tupotem gromadki małych bosych stóp pędzących do basenu. Wysokie głosy, lato.

– Będzie dziwnie, co?

Patrzyła na drugie łóżko. Spiętrzona pościel wyglądała, jakby ktoś w niej leżał. Angela rozczapierzyła dłoń na żebrach męża.

– Jak to?

– Przecież wiesz.

Grant spojrzał na puste łóżko.

– Szybko zleciało – powiedział.

– Wszyscy tak mówili: nie uwierzysz, jak to szybko leci. A za kilka lat Seanie – westchnęła.

Stuknęła palcem w jego pierś, jakby delikatnie pukała do drzwi. Dwa razy. I jeszcze raz.

– Nawet o tym nie myśl, Angela.

– Nie jesteśmy za starzy. Ja nie.

– Ja jestem.

– Nie, to człowieka odmładza.

W pokoju obok jakaś kobieta strasznie się rozkaszlała. Ktoś włączył telewizor, rozległ się głos spikera relacjonującego jakieś ważne wydarzenie.

– Trochę zaoszczędzili na tych ścianach – stwierdził Grant.

– Czy byłam głośno?

– Pieprzyć to.

Zwiesił nogi z łóżka, usiadł; prześcieradło zasłaniało jego uda. Bujał nogą.

– Nie ma nic do roboty, Grant – mruknęła do jego pleców. – Jesteś daleko, daleko w magicznym świecie, gdzie nikt nie pracuje.

Milczał.

– Co? – zapytał po chwili.

Sięgnęła w stronę stojącej na stoliku nocnym butelki z wodą, podał jej ją.

– Ale dzieciaki niedługo wrócą – powiedziała. – I lepiej, żeby nie przyłapały nas w łóżku – dodała, oddając mu butelkę. – Prawda?

Napił się. Jego serce podskakiwało. Na stoliku leżała książka, mała, w twardej oprawie, do góry grzbietem. Podniósł ją, założył kciukiem, zamknął i spojrzał na okładkę.

– Ty to czytasz?

– Nie, Caitlin.

– Skąd to wzięła?

– Ktoś jej dał.

– Kto?

– Nie wiem.

– D.H. Lawrence. Wiedziałaś?

– Tak. Czemu?

– Nie wiedziałem, że czyta takie rzeczy.

Otworzył książkę i przeczytał linijki na lewo od swojego kciuka.

Kiedy wiatr odsłania zasłonę

I odkrywa jej śmiech

Poddaję się, blednę.

Ścisnęło go w piersi. Przypomniał sobie, jak była mała. Jak trzymał ją, taką małą i ciepłą, w ramionach, a jej czysty dziecięcy zapach wypełniał jego serce. Jak czytał: Tak, tak, szukam tego, czego mi brak, szukam tego, czego mi brak. Trala la, oto ja, szukam tego, czego mi brak. Była taka skupiona, nieważne, który raz czytali. Kładła małą dłoń na jego przedramieniu, potem zakładała włosy za ucho, drapała się w nos – a porzucone miejsce na jego ręce czekało, aż ta dłoń wróci.

Ostrożnie odłożył książkę na stolik, grzbietem do góry.

– Jakie rzeczy? – spytała Angela.

– Poezję.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na żonę.

– Czy jest w tym coś dziwnego?

Angela wzruszyła ramionami. Pokręciła głową. Leżały przy lampce nocnej, Caitlin czytała jeden z wierszy, prawie szeptem; był pełen pocałunków i dotyków. Angela chciała pogładzić ją po włosach, wśliznąć się do jej łóżka jak siostra. Mogłaby. Ominęło je to, co często dzieje się między matkami a córkami – krzyki, młodzieńcze trzaskanie drzwiami, straszliwe wojny domowe. Caitlin potrafiła to wszystko wybiegać. Zdawały sobie sprawę, że mają szczęście.

– Zadzwonimy do nich? – spytała Angela.

– Za sekundę.

– Lepiej zadzwońmy.

– Odsłonię okno.

– Dobrze – powiedziała. – Jestem gotowa.

Leżała jeszcze przez chwilę, przyzwyczajała się do światła, obserwowała go. Na tle jasnego świata wyglądał jak naga ciemna rzeźba. Kiedy przebywa się w obcych miejscach, wszystko, nawet to, co znajome, wydaje się obce. W końcu podeszła, objęła go w biodrach i przytuliła się do niego. Jego skóra nie pachniała już dymem ani alkoholem, pachniała tylko nim.

– Ktoś nas zobaczy – powiedziała, ale za oknem nie było nikogo, kto mógłby ich zobaczyć, tylko niebo i góry spiętrzone wśród coraz mniejszych rozbłysków zieleni; wielkie dalekie szczyty sięgające wyżej, niż powinno sięgać to, co stoi na ziemi.

– Niesamowite, prawda? – dodała. – Można sobie wyobrazić, jak tu było dwieście lat temu. Żadnych dróg, żadnych parkingów. Tylko to wielkie, dzikie... nieznane. Obca planeta. Nic dziwnego, że mężczyźni tak bardzo tego pragnęli.

– Mężczyźni? – zapytał z roztargnieniem. – A kobiety?

Trzymał jej telefon, przewijał menu.

– Jasne, twoja dziewiętnastowieczna kobieta marzyłaby o tym, żeby zapakować swoich dziewięcioro bachorów do drewnianego powozu i pojechać z nimi w Góry Skaliste. – Puściła go, dała mu klapsa i ruszyła do łazienki. – Wybierz piętnaście. Albo osiemnaście.

Odwrócił się.

– Ciągle to robisz?

– Przestanę, kiedy Caitlin skończy dwadzieścia. Czułabym się staro.

Już miał wpisać kod, ale się zawahał. Rozejrzał się po podłodze. Cholera, załóż przynajmniej majtki, zanim do niej zadzwonisz, pomyślał. W głowie rozbłysnął mu obraz córki, jasnej, długonogiej na czarnym żużlu – biegła tak lekko, jakby nic nie ważyła, jakby w ogóle nie dotykała ziemi, choć kiedy doganiała inną dziewczynę, było w tym też coś przerażającego. W następnej sekundzie gdzieś na twardej powierzchni zabrzęczał drugi telefon. Angela krzyknęła z łazienki: To oni! i pobiegła do sąsiedniego pokoju. Grant poszedł za nią, ale już znalazła. Stanął na progu, w jego obciętych palcach pulsowała krew.

Jego żona patrzyła na numer ze zmarszczonymi brwiami. Komórka bzyczała w jej dłoni.

– Angela.

Odebrała.

– Halo? – powiedziała, spoglądając na męża pustym wzrokiem. – Halo?... Tak, to jego telefon. Przepraszam, kto mówi?

Powoli opuściła komórkę, nie odrywając od niej oczu. Grant widział, jak następuje ta zmiana. Widział każdą niewiarygodną, nieodwracalną sekundę.

– Rozłączyła się.

Wpatrywała się w niego. Jej oczy już były inne.

Wyciągnął do niej rękę.

– Pokaż...

Ale ona się odsunęła, odwróciła i zaczęła uderzać w klawisze. Podszedł do niej bardzo powoli. Odzyskiwał ją przez lata, krok po kroku. Jakby wskrzeszał zmarłą. Lata zaufania, lata miłości, wszystko zniweczone przez głupią zamianę telefonów. Mógł nawet nie wiedzieć, jak wygląda twarz tamtej kobiety, jak wygląda jej ciało. Była czymś, co we dwoje poskładali z niczego, ze starych części, tutaj, w tym motelu.

Spojrzał na nią, stała do niego plecami. Będą musieli jakoś przejść przez tę godzinę, ten dzień, te wakacje. Przez długą podróż z powrotem do domu.

– Angela...

– Przestań. Po prostu... – Trzęsła się. – Odbierz. Odbierzesz?

Telefon w jego dłoni dzwonił. Jak długo? Patrzył na niego z irracjonalnym lękiem.

– To Sean – powiedział.

Jego żona milczała.

Wyszli spomiędzy topól na ostre światło, ich cienie padły na asfalt. Słońce stało wysoko, poranek już się wypalił. Powietrze było suche, pachniało żywicą i wyschniętymi rudymi igłami. Rozłożyli mapę, żeby sprawdzić, gdzie są. Po chwili usłyszeli silnik, po raz pierwszy tego dnia, i narastający łomot muzyki, a zza zakrętu na górze wyskoczył samochód – półciężarówka albo jeep, albo coś pomiędzy, jakiś terenowy model, którego nie znali. Jechał w ich stronę. Caitlin powiedziała: Chodź tu, Sean cofnął się z rowerem między krzaki i dzikie kwiaty. Dziwny pojazd minął ich szerokim łukiem, cały w basach i słońcu. W oknie mignęła twarz, męska szczęka i żółte szkła, które skupiły się na nich na długą chwilę. Potem niby-jeep dotarł na szczyt i wszystko zniknęło, człowiek, silnik, muzyka i reszta.

Ruszyli dalej. Za wzniesieniem asfalt przecinała droga gruntowa, pod ostrym kątem, jak w literze X, i Caitlin po prostu w nią skręciła, bez wahania, bez pytania. Droga była nieoznakowana i prowadziła raczej w górę, ale chłopak nic nie powiedział. Przypomni to sobie później. Przypomni sobie leśną kapliczkę, groby, twarz Matki Boskiej i jej okaleczoną dłoń. Przypomni sobie, że pomyślał, że tak czy siak powinni się byli pomodlić, jak zalecał wielebny, na wszelki wypadek. Czterdzieści dni to czterdzieści dni. Ale ona już szła w stronę tamtej drogi. W białym podkoszulku na ramiączkach, białych szortach z wiśniowym napisem BADGERS na tyłku, w różowo-białych adidasach przez chwilę nie wyglądała jak Caitlin, tylko jak jakiś duch, który zaraz rozwieje się i zniknie. Jak wędrowna zjawa, wokół której powietrze robi się zimne, ptaki drżą, a liście drzew żółkną i opadają.

Odebrał.

– Cześć, Sean.

– Pan Courtland? – zapytał męski głos, a Grant odrzucił głowę do tyłu, jakby ktoś go uderzył.

– Tak. Kto mówi?

Angela odwróciła się, żeby spojrzeć mu w twarz. Popatrzył w jej oczy, potem w okno. Mężczyzna się przedstawił, ale Grant zrozumiał tylko słowo „szeryf”.

– Co się stało? – zapytał. – Gdzie jest Sean?

Poczuł ból w przedramieniu, zerknął na nie i zobaczył białe palce zaciskające się na nim jak szpony. Dotknął ich delikatnie.

– W szpitalu w Granby, panie Courtland – powiedział szeryf. – Jest trochę poturbowany, ale lekarze mówią, że nic mu nie będzie. Znalazłem jego portfel i ten telefon w jego...

– Jak to trochę... – Spojrzał na Angelę i ugryzł się w język. – Co to znaczy?

– Wygląda na to, że miał wypadek w górach. Nie rozmawiałem z nim jeszcze, dali mu sporo leków, zanim... Hm, zaraz dam panu lekarza. Ale najpierw...

– Nic mu nie jest?

– Cóż, ma dość mocno poobijaną nogę. Ale był w kasku. Nic mu nie będzie. Miał szczęście.

– Co chce pan przez to powiedzieć?

– Mógł tam leżeć dużo dłużej, ale akurat przejeżdżali rowerzyści.

Grant czuł, jak krew huczy mu w głowie. Nie mógł się skupić. Jego syn, gdzieś na górze, w górach, ranny...

– Panie Courtland – odezwał się znowu szeryf. – Gdzie państwo są?

Jego głos brzmiał jakoś dziwnie. Grant pokręcił głową.

– Co pan ma na myśli?

– No, znaleźliśmy państwa syna w górach, na wynajętym rowerze. Więc po prostu zastanawiam się, gdzie państwo są.

– Caitlin – powiedziała nagle Angela.

Serce Granta podskoczyło.

– Tak. Chciałbym porozmawiać z córką. Proszę mi dać Caitlin.

– Z córką...? – powtórzył szeryf i zamilkł.

Grant słyszał jego oddech. Słyszał, jak poprawia pas. Słyszał kobiecy głos wołający coś niezrozumiałego w pustym szpitalnym korytarzu.

Kiedy szeryf znów się odezwał, brzmiał zupełnie inaczej.

– Panie Courtland.

Grant podszedł do okna, jakby chciał przez nie wyjść. Przedtem patrzył na góry jak na mapę z szlakami, ścieżkami i wyciągami, jak na plac zabaw, ukształtowany przez ludzi i pieniądze. Teraz zobaczył je takimi, jakie były, zielone, potężne, spiętrzone jedna nad drugą niczym morskie fale. Angela zatrzymała go, zaciskając dłoń na jego ramieniu, i stanęła na palcach, żeby nie uronić ani słowa.

– Panie Courtland – powtórzył szeryf. – Pański syn był sam.

Angela pokręciła głową.

– Nie – powiedziała, odwróciła się, podeszła do walizki i zaczęła się ubierać.

Kiedy byli młodzi, kiedy leżeli nadzy i młodzi w tym wypełnionym cudownym zapachem jej ciała i chleba mieszkaniu nad piekarnią, Grant spojrzał na mały krzyżyk ledwie zauważalnie podskakujący w delikatnym dołku między obojczykami Angeli w rytm bicia jej serca. Dotknął go palcem i niewiele myśląc, zapytał: Czy to jednak nie ironiczne?

Co?

Że Bóg zabrał twoją siostrę, która miała na imię Faith?

Nie odpowiedziała. Odwróciła się. Zesztywniała. Przepraszam, powiedział. Proszę, Angela... Proszę. Nie wiedział jeszcze o drugim sercu, maleńkim sercu pod jej sercem.

A teraz, w tym motelu, w tym pokoju, z telefonem żony przy uchu, błagał: Boże, proszę, Boże, proszę. Szeryf znów zapytał, gdzie są, i powiedział, żeby się stamtąd nie ruszali. Chłopak jest bezpieczny, śpi. Szeryf przyjedzie po nich, będzie za piętnaście minut, nie więcej. Sam ich tam zawiezie, w te góry. Zawiezie ich wszędzie, gdzie będzie trzeba. Ale Grant wiedział, że kiedy szeryf przyjedzie, ich już tam nie będzie. Będą w górach, w drodze. Chłopak jest bezpieczny. Chłopak śpi. Grant siądzie za kierownicą, Angela zajmie się mapą. jak przedtem, jak potem.

Potem

I

1

Obudził się rano, bardzo wcześnie, ledwie świtało. Siedział na brzegu łóżka, z rękami na kolanach, i w posępnym milczeniu wpatrywał się w okno. Kawałek po kawałku wracało do niego jego życie. Na końcu, jak zawsze, był brak. To, czego mu brak. Jego mała dziewczynka.

Przeszedł przez wąski korytarz i zajrzał do drugiej sypialni, żeby sprawdzić, czy syn wrócił, ale łóżko było pościelone i puste jak przedtem, drewniana podłoga naga jak przedtem. W łazience w emaliowanym blaszanym kubku włosiem do góry stała szczoteczka. Włożył ją pod kran, żeby spłukać kurz. Nabrał w dłonie lodowatej wody i zanurzył w niej twarz.

Wyszedł na ganek, zapalił papierosa. Stał i palił. Był dopiero wrzesień, ale zanim słońce wspięło się ponad sosny, szare poranki przenikał już jesienny chłód. Stara czarna labradorka dźwignęła się z legowiska pod gankiem, przeciągnęła się i usiadła przy schodach; czekała. Kiedyś na farmie był tylko ten dom, potem, a może wtedy, kiedy Grant się do niego wprowadził, stał się czymś w rodzaju domu gościnnego. Musisz odpocząć od tych gór, powiedział szeryf, a mojemu staremu przyda się pomoc. Stary, Emmet, wyszedł im na spotkanie na trzech nogach: noga w kowbojce, laska, noga w gipsie. Z bandaży wystawała rodzinka żółtych palców. Jego pierwsze słowa brzmiały: Zszedłem z dachu stodoły na skróty, ale nie potrzebuję, kurwa, babysittera.

Od tego spotkania minął już rok.

Grant wjechał tyłem do stodoły i przygotował piłę łańcuchową. Spędził tam więcej czasu, niż musiał, nie spieszył się. Oddychał powietrzem pachnącym tłustymi od smaru częściami, narzędziami i maszynami. Później władował na pakę piłę i zwój drutu kolczastego. Kiedy otworzył drzwi szoferki, przyszła labradorka. Spojrzała na niego, ale powiedział jej: Nie, zostań.

Dotelepał się trzeszczącym samochodem na koniec pastwiska, do wielkiego dębu przy drodze. Przed kilkoma dniami burza zwaliła konar na ogrodzenie; wciąż tam wisiał, zwiędłe liście szeleściły jak zimą. Reszta drzewa była zielona. Poranne powietrze pachniało lucerną i trawą. Mgła wyparowała. Niebo było intensywnie błękitne i puste. Żadnych chmur, żadnych jastrzębi, żadnych helikopterów. Stał i rozglądał się. Podeszły dwie klacze, powąchały jego dłonie i zwilżyły je aksamitnymi chrapami. Założył rękawice, pociągnął za sznur i odpalił piłę. Wielkookie konie pokłusowały przez pastwisko, strzygąc uszami.

Obciął mniejsze gałęzie zaraz za ogrodzeniem, a potem zwalił na ziemię to, co zostało, i pociął na kawałki. Ułożył drewno na pace i zabrał się do wymiany drutów. Drogą od czasu do czasu przejeżdżał jakiś samochód osobowy albo półciężarówka. Machał tym, których znał. Na tych, których nie znał, tylko patrzył, a oni odwracali się i patrzyli na niego – samotny mężczyzna na pastwisku, człowiek na tle drzew, traw, gór i nieba. Na świecie jest tyle przypadków, mówiły mu ich twarze. Tyle dziwnych, bezsensownych zbiegów okoliczności. To mógł być ten mężczyzna, tamten. Wypatrywał zwykłego faceta w określonym rodzaju samochodu, w samochodzie osobowym albo półciężarówce, które mówiłyby „góry”, „nieoznakowane drogi, błoto, głębokie koleiny”. Ruszyłby za nim. To było szalone, ale to wszystko było szalone. Jeśli jakiś człowiek mógł przypadkowo zabrać jego córkę, to dlaczego ten sam człowiek nie miałby przypadkowo wpaść na niego? Czy nie tak działa świat? Czy nie tak działa rządzący nim bóg? Raz pojechał za facetem za miasto, w góry, jego serce biło szybko, płonęło, a potem ten samochód, jeep, skręcił na podjazd do zwykłego górskiego domu... z komina unosił się dym, pod sosnami leżał porzucony dziecięcy rowerek, duży pies podskoczył do mężczyzny, który wysiadł z auta, obejrzał się, zauważył Granta, skinął mu głową, pomachał i poszedł do drzwi, a drzwi się otworzyły, stanęła w nich kobieta w dżinsach i luźnym białym swetrze i wspięła się na palce, by go pocałować.

Raz jechał za jakimś samochodem do końca górskiej drogi, by wylądować na prywatnym podjeździe, gdzie nie dało się wygodnie zawrócić, a kierowca okazał się znajomym leśniczym. Angela i Sean byli już wtedy z powrotem w Wisconsin, Grant mieszkał sam w motelu w tym kurorcie na wysokości 2743 metrów. Od kiedy zniknęła, według kalendarza minął rok. Według jego serca – godzina. Musisz odpocząć od tych gór, powiedział szeryf.

Grant potrząsnął głową jak ktoś, kto się obudził, i wrócił do swoich rąk, do obejmy na stalowym słupku, do obracających się kombinerek.

Kiedyś zatrzymałby się całkiem i zapatrzył na wznoszące się za farmą wzgórza i góry porośnięte sosnami, na oświetlone słońcem przesieki, którymi może iść coś żywego, niedźwiedź albo łoś, albo turysta, albo córka. Jeśli w tej dalekiej jednorodnej zieleni pojawiłaby się choć najmniejsza plamka, zacząłby się w nią wpatrywać z takim napięciem, że obraz by się rozmył, a serce wezbrało, i musiałby odwrócić wzrok – Tato, powiedziałaby – i złapałby się za głowę, i zaciskałby zęby, aż poczułby, że ich korzenie się poddają, i świat by się rozpadł, a on ryknąłby jak zranione zwierzę i, tak, wyrzygałby jelita i wszystkie wnętrzności, i serce, i to wszystko, wszystko parowałoby u jego stóp, szare i mokre, i naprzód, krzyknąłby w ciemność, naprzód, niech cię jasna cholera.

Chwilę później włożył do ust papierosa i przypalił, wciągnął dym i trzymał, trzymał, aż w końcu wypuścił go w niebo, uspokoił się i wrócił do pracy.

2

Mieli krótkofalówki, mieli telefony. Pamiętali tamten reportaż o zamkniętej w podziemnym bunkrze dziewczynie, która pisała esemesy do matki (i pamiętali własną córkę, siedziała wtedy między nimi, szczupła kwitnąca dwunastolatka w letniej piżamie, z podciągniętymi pod brodę nagimi kolanami, pachnąca kąpielą, skupiona). Odtwarzali w kółko tę jedną wiadomość od Caitlin, ostatnią. Głos załamujący się na pojedynczym słowie. Dźwięk silnika w tle, szum wiatru i trzask, jakby ktoś upuścił telefon, i cisza.

Tato, powiedziała – ale jej nie usłyszeli. Nie usłyszeli dzwonka. Byli w łóżku. Pieprzyli się.

W tych pierwszych, pełnych niedowierzania dniach nie dotykali się nawzajem i nie płakali po nocy w poduszkę. Rozmawiali o tym, co danego dnia zrobili, co muszą zrobić następnego i jak się tym podzielą – kto będzie siedział z Seanem w szpitalu, kto zaniesie kanapki ochotnikom, kto pojedzie dodrukować plakatów, kto zadzwoni do szkoły, kto spotka się z szeryfem, z ludźmi z FBI albo znowu z dziennikarzami, kto pójdzie do pralni samoobsługowej, groteskowej namiastki normalności – a kiedy wyczerpani gadaniem zaczynali zasypiać, Angela ściągała ich z łóżek i kazała mu się modlić. Modliła się na głos i chciała, żeby Grant też modlił się na głos, i robił to, wtedy, na początku, choć prawie go mdliło od brzmienia własnego głosu, od brzmienia tych słów w tanim motelowym pokoiku.

Mijały dni, potem tygodnie. Seana wypisano ze szpitala, Grant wywiózł go na wózku. Zostali w motelu, wynajęli dwa pokoje na parterze i te dwa pokoje, zawalone dokumentami, zapasami, listami i mapami, stały się ich domem i sztabem. Jeśli spadł któryś z plakatów na mieście, Angela w jakiś sposób to wyczuwała i plakat przyklejali z powrotem. Mijały tygodnie, potem miesiące. Na początku listopada Sean skończył szesnaście lat; przypomnieli sobie o tym po dwóch dniach i poszli na pizzę. Na telefony Angeli odpowiadano coraz później, czasami wcale. Kiedy dzwoniła do szeryfa, nie łączono jej już od razu, musiała najpierw rozmawiać z zastępcą, a szeryfa często nie było ani na posterunku, ani w górach, gdzie przeszukiwałby jeszcze niesprawdzony kawałek lasu. Helikoptery, które słyszeli nad głowami – naglący łomot śmigieł, dźwięk powszechnej mobilizacji, doświadczenia i siły – przebijały się przez niebo ku jakiemuś innemu celowi.

Szukamy igły w stogu siana, powiedział Grantowi szeryf. I to może nie być właściwy stóg.

Co chce pan przez to powiedzieć?

Chcę powiedzieć, że mądry złodziej nie kradnie konia sąsiadowi. Proszę wybaczyć porównanie.

Chce pan powiedzieć, że on może nie być stąd. Ten facet.

Chcę powiedzieć, że człowiek potrafi zrobić parę kilometrów w poszukiwaniu właściwego konia.

Przyjechali w Góry Skaliste z myślą, że to miejsce jak każde inne: opisane, opracowane kartograficznie, skończone. Doskonale znane amerykańskie gdzieś. Ale teraz Grant rozumiał, że góry, tak jak pustynia czy ocean, są rozległym bezlitosnym nigdzie. Kto zabierałby swoją rodzinę – swoje dzieci – w takie miejsce?

Wrócił do motelu, zagadał do Seana przed telewizorem i poszedł do drugiego pokoju, gdzie Angela siedziała przy biurku wpatrzona w laptopa.

Angie, on musi wrócić do domu.

Jak to?

Jego noga wymaga lepszej opieki. Musi wrócić do szkoły. Do przyjaciół.

Odwróciła się, żeby na niego spojrzeć. Co?

To nie jest dla niego dobre, siedzieć tutaj.

Na pewno mówisz o nim?

Milczał.

Nie możemy teraz wrócić, Grant. Widzisz, co się dzieje. Widzisz, co jest grane.

Jedno z nas może z nim pojechać. Na trochę.

Chcesz powiedzieć, że ja mogę. Masz na myśli mnie.

Dam radę. Ogarnę szeryfa.

A kto ogarnie ciebie?

Wpatrywał się w nią. Odwróciła się i zaczęła się trząść.

Angie. Położył dłonie na jej ramionach. Podniósł ją z krzesła, przycisnął do piersi i trzymał, dopóki jej nogi się nie poddały, a potem zaniósł ją na łóżko, położył i objął. Już się nie trzęsła. Odgarnął włosy z jej oczu i scałował łzy z policzków. Pocałował jej usta, odpowiedziała pocałunkiem, a później pocałowała go naprawdę i wtedy w jego piersi coś pękło. Pocałował ją i wsunął rękę między jej nogi. Pozwoliła na to, ale po chwili nagle napięła uda i – Nie, przestań! – odepchnęła go i uciekła do łazienki. Zatrzasnęła drzwi, usłyszał, jak szlocha w ręcznik.

Tato...?

Wstał i otworzył, drzwi stuknęły o podnóżek wózka. Przepraszam, uderzyłem cię?

Czy mama dobrze się czuje?

Tak.

Co się stało?

Nic, Sean. Pokłóciliśmy się.

O co?

Grant zamknął drzwi, obszedł wózek i usiadł na łóżku. O nic. Po prostu się pokłóciliśmy.

Obudziła się w nocy, trzymając go kurczowo. Wszystko w porządku, szepnął, w porządku.

Nie, powiedziała. Jej oczy błyszczały w mroku. Jechałam ciemną ulicą. Sama. A ona wyszła spomiędzy drzew, prosto w światła. Była goła i brudna. Jakby pochowano ją żywcem. Ale wyszła. Boże. Wyszła i próbowała wrócić do domu.

Obejmował ją, dopóki znowu nie zasnęła, a potem leżał, gapiąc się w sufit, i myślał o tej dziewczynie, która esemesowała do matki z bunkra. Porywacz był przekonany, że po prostu gra w gry. Miał tam wcześniej inne, wszystkie pochował w pobliżu. Jedną z nich, mówił, trzymał przez dwa lata; żyli jak mąż i żona. Ludzie chcieli wiedzieć dlaczego. Zdruzgotane matki błagały go, żeby powiedział. Kręcił głową. Patrzył w sufit sali rozpraw, jakby widział tam Boga. To wam nie pomoże, oznajmił. Przykro mi, ale nie.

Wyglądał zupełnie zwyczajnie, ten facet: okulary, niebieskie oczy, łysiejący. Zamknięto go w więzieniu, gdzie nie dosięgnie go żaden ojciec.

3

Jest parę godzin przed świtem, nadchodzi burza. Cienkie zasłony wydymają się i unoszą, łapią zimny wiatr, wybrzuszają się nad łóżkiem i falują, a później gwałtownie opadają i wszystko na chwilę nieruchomieje. Błyska przerażające światło, pokój na ułamek sekundy wypełnia się bielą i prawie od razu rozlega się straszliwy grzmot. Zanim wybrzmi, otworzą się drzwi i stanie w nich mała postać oświetlona od tyłu nocnymi lampami w korytarzu. Gęsta szopa ciemnych włosów, piżama w różowe serduszka. Angela podnosi kołdrę, mała wpełza pod nią i wtula się w matkę plecami, na łyżeczkę.

Boję się.

Wszystko w porządku. To tylko burza.

Małe drżące ramiona. Szybko stukające serce.

Gdzie jest tatuś?

Nie wiem, ale wszystko jest w porządku. Jesteśmy bezpieczne. Okej?

Okej.