Wydawca: Insignis Media Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 429 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W czym problem? Świat według Clarksona 4 - Jeremy Clarkson

Dawno, dawno temu, Jeremy Clarkson miał marzenie. Marzył mu się świat, w którym wszystko, co bezsensowne, idiotyczne i absurdalne jest surowo wzbronione... Świat, w którym zwycięża zdrowy rozsądek i niczym nieskrępowana pomysłowość.

Trzy książki i trzy miliony sprzedanych egzemplarzy później jego marzenie o Świecie według Clarksona wciąż żyje...

Pytając W czym problem?, Jeremy wyrusza w kolejną misję. Przeludnione więzienia, wycinka lasów deszczowych, podłej jakości służba zdrowia, coraz gorsza muzyka, tradycja dławiąca nowoczesność - to tylko nieliczne z problemów, którym chce zaradzić w zupełnie niestandardowy sposób.

Śledząc wywody niekwestionowanego wirtuoza ostrego pióra, dowiecie się:

  • dlaczego kryzys finansowy to konsekwencja picia herbaty
  • co łączy Jamesa Bonda i Batmana z Kubusiem Puchatkiem
  • kiedy możemy osiągnąć stan zwany "szczęściem doskonałym"
  • w jaki sposób gry planszowe zagrażają pokojowi na świecie
  • jak można stać się pewną częścią ciała Angeliny Jolie.

Zaskakująca, bezkompromisowa, a przede wszystkim zabawna - taka jest nowa książka niepoprawnego miłośnika drzewek bonsai i rugby, niestrudzonego hodowcy owiec i osłów, poszkodowanego niedawno przez japońską toaletę... Jeremy'ego Clarskona!

Opinie o ebooku W czym problem? Świat według Clarksona 4 - Jeremy Clarkson

Fragment ebooka W czym problem? Świat według Clarksona 4 - Jeremy Clarkson

Jeremy Clarkson

Świat według Clarksona, część 4

W czym problem?

przekład

Tomasz Brzozowski

Michał Strąkow

Tytuł oryginału

How Hard Can It Be? The World According to Clarkson, Volume 4

Michael Joseph

First published 2010

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand, London wc2r orl, England

www.penguin.com

Copyright © Jeremy Clarkson, 2010

All rights reserved

The moral law of the author has been asserted

Przekład

Tomasz Brzozowski

Michał Strąkow

Redaktor prowadzący

Tomasz Brzozowski

Redakcja i korekta

Maria Brzozowska

Lidia Kowalczyk

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2011. Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN-13: 978-83-61428-66-4

Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10, 31-143 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Moim dzieciom

Spadaj, frajerze – ja odbuduję ten szpital!

Witajcie i wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, szczególnie jeśli czytacie moje słowa na dworcu kolejowym w Rugby, zastanawiając się, dlaczego szyny wciąż leżą w ziemi i czekają, by z rudy żelaza stać się w końcu czymś, po czym pewnego dnia będzie mógł pojechać pociąg. A może znajdujecie się na stacji Birmingham International i usilnie poszukujecie odpowiedzi na dręczące was pytanie: dlaczego cały obiekt został zamknięty na całe dwie godziny z powodu – jak to określiły służby ratunkowe – „niewielkiego pożaru” w pobliskiej kafejce?

Cóż, obawiam się, że odpowiedź jest prosta. Dawno temu jedyną rzeczą, która stała między szefostwem a wykonaną przez robotników pracą, były związki zawodowe. A związkom przez większość czasu udawało się zamknąć usta obietnicami bez pokrycia i kanapką z peklowaną wołowiną.

Dziś już tak nie jest. Obecnie, kiedy chcecie cokolwiek zdziałać, chłopcy ze związków to najmniejsze ze zmartwień. Musicie bowiem zadbać o to, by wasze plany w najmniejszym stopniu nie uraziły żadnego muzułmanina czy rudzielca; by żadne żywe stworzenia, nawet te najgłupsze, takie jak ślimaki i lisy, nie zostały pozbawione swoich siedlisk; by nie wyemitować niepotrzebnych dwutlenków węgla i by wszyscy pracujący przy projekcie nosili pomarańczowe kamizelki, kaski oraz buty z żelbetowych dźwigarów skrzynkowych; by wszyscy byli trzeźwi jak Szwed przy niedzieli i by na wypadek małego pożaru w promieniu trzystu kilometrów dysponować możliwością odesłania wszystkich do domu co najmniej na rok.

A to i tak zanim zwrócicie się do rządu, który za wymianę każdej linii kolejowej w kraju zapłaci wam dwa i pół funta, bo reszta pieniędzy, jakie dostaje, wydawana jest na aresztowania Pete’a Doherty’ego* i publiczne dochodzenia w sprawie zagubienia danych pacjentów służby zdrowia, danych klientów banków, danych z kartotek wykroczeń drogowych i danych wszystkich skazanych na świecie. Owe dochodzenia mogą być prowadzone wyłącznie wtedy, gdy związane z nimi osoby są w pełni świadome, iż nie mogą zabić lisa i urazić osoby o rudych włosach, a gdyby w pobliżu wybuchł jakiś pożar, są zobowiązane do dopłynięcia do miejsca na samym środku Atlantyku, gdzie mają czekać na ugaszenie tego i wszystkich innych pożarów na świecie. Następnie należy przeprowadzić w tej sprawie osobne dochodzenie, mające wskazać przyczyny zaistniałej sytuacji i winowajców, a także określić wymiar stosownej kary. Chyba że winnymi są rudzielcy, w którym to przypadku dostaną darmowe staniolowe okrycie, porcję zupy i pomoc psychologa.

To wszystko musi się skończyć. Musimy cofnąć się do schyłku dziewiętnastego wieku, kiedy dwieście osiemdziesiąt pięć kilometrów szerokotorowej linii kolejowej z Londynu do Bristolu i dalej – bez ciężkiego sprzętu do podnoszenia oraz automatyki – przekształcono w linię wąskotorową w jeden zaledwie weekend. Tak naprawdę wcale nie musimy cofać się aż tak daleko. Autostrada M1 pojawiła się dosłownie z dnia na dzień.

A nasze Spaghetti Junction – wielopoziomowe skrzyżowanie w Birmingham? Dwunastohektarowy obszar przecinały dwie linie kolejowe, trzy kanały i dwie rzeki, a mimo to trzeba było zbudować tam jeszcze sieć rozgałęzień łączących osiemnaście różnych dróg. Całość była gotowa już po trzydziestu miesiącach. A dziś tyle zajmuje budowa szopy ogrodowej, jeśli chcecie to robić, trzymając się przepisów.

Uważam więc, że najwyższy czas położyć kres wszystkim tym nonsensom, szczególnie że w zeszłym tygodniu nadarzyła się wspaniała ku temu okazja. Na pewno słyszeliście o poważnych zniszczeniach, jakim w wyniku pożaru uległ szpital Royal Marsden w Chelsea, w zachodniej części Londynu. W tym przypadku nawet częściowa utrata infrastruktury oznacza coś więcej niż tylko niedogodności. Uszkodzona linia kolejowa sprawia, że ludzie spóźniają się do pracy. Zniszczony szpital, przez który rocznie przewija się 40 000 pacjentów, znajdujący się w samym sercu i tak mocno już przeciążonej publicznej służby zdrowia, może nawet oznaczać śmierć chorych.

Gordon Brown, który pojawił się na miejscu, powiedział, że ewakuacja budynku podczas pożaru ukazała Wielką Brytanię z jak najlepszej strony. I że zrobi wszystko, co w jego mocy, by przywrócić szpital do działania.

Porywające słowa, a teraz czas na równie porywające działania. Już teraz mówi się, że usunięcie dachu szpitala i budowa nowego to „miesiące”, co w ustach rządu oznacza „lata”. Dlaczego nie postawić sobie za cel załatwienia tego w ciągu „tygodni”?

Cofnijmy się do czasów, kiedy rządy – i linie kolejowe, skoro już o tym mowa – miały świadomość, że istnieją po to, by nam służyć, a my nie byliśmy postrzegani wyłącznie jako ich utrapienie; motłoch, któremu nakazuje się pozostanie w domach, kiedy sprawa go nie dotyczy, lub opatula się go we fluorescencyjne ciuchy, kiedy jest inaczej.

Cofnijmy się do czasów, kiedy słowo „szybkość” nie miało wulgarnego wydźwięku. W 1994 roku autostradę Santa Monica zniszczyło trzęsienie ziemi. Może jeszcze pamiętacie obrazy tego wielkiego spustoszenia: zburzone mosty, olbrzymie bryły betonu, skręcone stalowe konstrukcje i wszechobecny gruz. To był istny koszmar, ale ruch przywrócono tam już po zaledwie osiemdziesięciu czterech dniach.

Postawmy przed sobą podobny cel przy odbudowie szpitala Marsden. Zerwijmy z obowiązującymi normami emisji dwutlenku węgla, noszeniem kasków i zakazem cofania bez sygnalisty dźwigowego. Poślijmy tam budowlańców, jutro, albo nawet już dziś, i zezwólmy im na kurzenie fajek, żeby nie musieli co piętnaście minut wychodzić z budynku.

Aby to osiągnąć, musimy powstrzymać liczną armię intrygantów i głupków, którzy w takich sytuacjach przechadzają się ze swoimi podkładkami do pisania i obawami, że w zgliszczach mogą gnieździć się myszy, a w takim razie przed rozpoczęciem jakichkolwiek prac należy je wywieźć – helikopterem – za miasto i tam humanitarnie wypuścić na wolność.

Można tych ludzi trzymać w ryzach, ale do tego potrzebny jest człowiek z przedziałkiem, wąsikiem i skłonnością do mówienia każdemu, kto staje mu na drodze, by spieprzał. To robota, której chętnie się podejmę.

Niedziela, 6 stycznia 2008 r.

* Notki o osobach, które polskiemu czytelnikowi mogą być mniej znane, zamieszczono na s. 415–428 (przyp. red.).

Dla mnie to był doskonały tydzień

Kilka tygodni temu zielone światło otrzymały plany budowy wspaniałej, nowoczesnej elektrowni węglowej w Kent, z czego byłem bardzo zadowolony. Taka elektrownia zmniejszy naszą zależność od gazu Władimira i ropy Osamy, w dodatku opracowana na jej potrzeby nowa technologia wydajniejszego spalania węgla zostanie wyeksportowana do Chin w zamian za ich plastikowe błyskotki, które czynią nasze życie odrobinę weselszym.

To wszystko brzmi tak cudownie, że aż trudno wyrazić to słowami, ale oczywiście, zwietrzywszy światło jupiterów, przygalopował w jego zasięg malutki zastęp komunistów i hippisów, którzy stwierdzili, że węgiel to paliwo szatana i że natychmiast po otwarciu nowej elektrowni mniejsze osoby, takie jak Richard Hammond, zatoną pod niszczycielską falą pływową. Z wielkim zapałem argumentowali, że jeśli Wielka Brytania ma mieć w ogóle jakieś szanse na zrealizowanie przyjętych przez pana Prescotta założeń protokołu z Kioto, musimy budować elektrownie, które w ogóle nie emitują dwutlenku węgla.

Moglibyście więc sobie wyobrażać, że ekolodzy byli zachwyceni, kiedy w zeszłym tygodniu Gordon Brown ogłosił plany budowy nowego zespołu elektrowni jądrowych, w których energia wytwarzana jest w zupełnej ciszy w jakiś magiczny sposób, w dodatku przy absolutnie zerowej emisji. To chyba wystarczy – moglibyście pomyśleć – by Jonathon Porritt zaczął szczytować z radości.

Skądże. Okazuje się, że energia jądrowa również nie podoba się ekoczubkom – z mnóstwa różnych powodów, jednakowo głupich. Martwią się, co będzie, gdy reaktor wyleci w powietrze. To trochę tak, jakby martwić się mieszkaniem w domu, bo przecież w każdej chwili może weń uderzyć wielki meteoryt. Twierdzą, że ludzie, którzy znajdą się w odległości ośmiu kilometrów od reaktora, natychmiast umrą na białaczkę (wcale nie). Zastanawiają się, gdzie powstaną te elektrownie (może w Walii?). I pytają: co zrobić z odpadami? To proste. Niech je zabiorą na swój statek Rainbow Warrior.

Fakty są takie, że decyzja o przejściu na energię jądrową obnażyła prawdziwy charakter ruchów ekologicznych: one wcale nie są pełną dobrych chęci inicjatywą, dążącą do propagowania czystych źródeł energii, lecz mściwym i podłym działaniem na rzecz zmniejszenia produkcji energii w ogóle. Bo deficyt energii najbardziej uderza w bogate państwa i bogate jednostki.

Ciągle powtarzam, że lesbijki z ruchów antynuklearnych i dawni związkowcy wcale nie zniknęli ze sceny. Po prostu przeobrazili się w ekoświrów. Czerwoni stali się zielonymi, ale ich cele się nie zmieniły. A nie ma lepszego sposobu ich realizacji niż zgasić wszystkie światła i cofnąć się do epoki kamienia. Ci ludzie będą szczęśliwi tylko wtedy, kiedy wszyscy na całym świecie będą wcinać liście pod symbolem sierpa i młota.

Poważnie. Wszystkie te idiotyczne idee odnawialnych źródeł energii cieszą się popularnością wśród brytyjskich brodaczy tylko dlatego, że nie działają. W zeszłym tygodniu słyszałem w radiu, jak jeden z nich wyjaśniał, że gdyby pozwolono mu na wybudowanie 58 000 wysp na Karaibach, mógłby wykorzystać parę wydostającą się z morza do wyprodukowania energii elektrycznej w ilości wystarczającej dla całej Ziemi. Jasne. Ci ludzie upierają się również, że do produkcji elektryczności można zaprząc pływy morskie. Doprawdy? To w takim razie dlaczego nie piszę tego tekstu na komputerze zasilanym gigantycznymi falami oceanicznymi, występującymi w ujściu rzeki Severn? Owszem, tego lata rozpocznie się budowa elektrowni pływowej na wybrzeżu Walii. Osiem turbin, każda długa na dwadzieścia cztery metry i wysoka na piętnaście, zaprzęgnie do pracy grawitację Księżyca i, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wygeneruje energię, której nie wystarczy nawet, by zasilić Chipping Norton. Już bardziej opłacałoby się spalać dziesięciofuntowe banknoty.

A co z turbinami wiatrowymi? Nic z tego. One też nie działają. Nawet pomijając ich niezrównaną skuteczność w mieleniu młodziutkich rybołowów i przygnębiające buczenie, które nie pozwala zmrużyć oka w promieniu dwudziestu pięciu kilometrów, nie są w stanie zasilić choćby wibratora. Dania postawiła aż sześć tysięcy turbin i twierdzi, że pokrywają one dziewiętnaście procent zapotrzebowania na energię elektryczną tego (malutkiego, szczerze powiedziawszy) kraju. Tyle że od chwili włączenia ich do sieci energetycznej nie zlikwidowano w Danii żadnej „zwykłej” elektrowni. Wszystkie pracują na pełnych obrotach, bo mimo iż turbiny wiatrowe teoretycznie mogą zaspokoić jedną piątą potrzeb energetycznych kraju, nie generują zupełnie nic, gdy ustaje wiatr. I ponieważ nikt nie potrafi przewidzieć, kiedy przestanie wiać, „zwykłe” elektrownie muszą przez cały czas pracować w sieci. To prawdziwa klęska, która znów zwraca nasze myśli ku energii jądrowej: jedynemu możliwemu rozwiązaniu, jeśli chcemy utrzymać nasz dotychczasowy standard życia i zredukować emisję dwutlenku węgla.

Energia jądrowa nie tylko jest czysta, ale ma też inne zalety. Nowe elektrownie jądrowe będą prywatne, co oznacza, że będziecie mogli kupić w nich udziały i nie stracić na tym ani pensa. Bo jeśli wszystko pójdzie dobrze, wypłacą wam dywidendę, a jeśli coś pójdzie źle, nie będzie to miało dla was znaczenia, bo pokryją was ziejące siarką rany, a z miejsc, gdzie przedtem mieliście oczy, będzie tryskała krew. Co więcej, by nie dopuścić do złego obrotu spraw, przy elektrowniach zostaną zatrudnione liczne zastępy inspektorów zdrowia i bezpieczeństwa pracy, dbających o to, by betonowe mury były wystarczająco grube, a dzieci ze szkolnych wycieczek nie naciskały żadnych przycisków. To zaś oznacza, że przystrojeni we fluorescencyjne kamizelki naziści nie będą mieli już czasu, by powstrzymywać policjantów przed wchodzeniem na drabiny.

To jeszcze nie wszystko. Ponieważ tak wiele krajów przechodzi na atom, na przykład Iran, z pewnością wystąpi deficyt wykwalifikowanych inżynierów energetyki jądrowej. To zaś oznacza wzrost zarobków w tym sektorze, co w konsekwencji spowoduje, że dzieciaki przestaną za swój życiowy cel stawiać sobie zdobycie sławy na łamach magazynu „Heat” i uzyskanie licencjatu z dziennikarstwa z wynikiem bardzo dobrym, a zaczną poświęcać nieco większą uwagę fizyce i matematyce.

Ale najlepsze ze wszystkiego jest to, że kiedy cała nasza energia elektryczna będzie generowana przez zderzające się w ciszy neutrony, Greenpeace będzie musiał zostawić nas w spokoju i powrócić do uwalniania delfinów z sieci chińskich rybaków.

Niedziela, 13 stycznia 2008 r.

Sztuka – owszem, ale wyłącznie etniczna

Tu, w chipping norton, mamy prześliczny mały teatr. Jest praktycznie taki sam jak teatry w Londynie, z balkonem i bufetem, tylko o wiele, wiele mniejszy. Kiedy zajmujecie miejsce na krzesełku jak z podstawówki i patrzycie na kukiełkowych rozmiarów scenę, czujecie się zupełnie jak w kamiennym domku dla lalek. To naprawdę magiczne miejsce i duma okolicznych mieszkańców. Nic więc dziwnego, że wszystkich rozzłościła wieść o tym, iż Arts Council – rada promująca sztukę – zapowiedziała zlikwidowanie rocznej dotacji w wysokości 40 000 funtów, wspomagającej utrzymanie teatru.

Chipping Norton to nie jedyny taki przypadek. Mimo że Arts Council otrzymała niedawno od rządu zastrzyk finansowy w postaci pięćdziesięciu milionów funtów, wysłała pisma do stu dziewięćdziesięciu czterech teatrów, galerii i innych ośrodków kulturalnych, w przeważającej liczbie na prowincji, z informacją, że „nie wpisują się w jej agendę”.

„Hm… – zamyśliłem się. – Cóż może zatem zawierać owa agenda?”. Sprawdziłem i wygląda na to, że aby otrzymać dofinansowanie na działalność kulturalną, musicie być czarnoskórzy lub obłąkani, a najlepiej jedno i drugie. Arts Council zdała sobie sprawę, że wśród uznanych nazwisk ludzi sztuki występuje niewielu przedstawicieli mniejszości etnicznych. Nie pomyśleli jednak: „No tak. To oznacza, że stosunkowo mało czarnoskórych i Azjatów interesuje się kulturą. Skoncentrujmy się zatem na białej klasie średniej”. Zaangażowali się natomiast w kilka projektów, które mają sprawić, że dzieciaki z podupadłych dzielnic zrzucą swoje wielkie adidasy i przywdzieją kostium Otella.

To jeszcze nie wszystko. Arts Council nigdy nie wyszła z propozycją przekładu na język urdu moich książek. Ani książek Jilly Cooper. A mimo to „zobowiązuje się” przeznaczać fortunę na wspieranie pisarzy wywodzących się z mniejszości etnicznych. W rzeczy samej, rada utrzymuje, że obecnie przyświeca jej sześć priorytetów. I oczywiście jednym z nich jest „celebrowanie różnorodności”. Zupełnie mnie nie dziwi, że „celebrowanie pani Thatcher” nie znalazło się pośród pozostałych pięciu.

Arts Council rocznie wydaje prawie pół miliarda funtów i z tego co wiem, w roku 2007 większa część tej kwoty powędrowała do Benjamina Zephaniaha i innych jemu podobnych, którzy w zamian napisali kilka rymowanek o tym, jak okropny był handel niewolnikami i że każdy w Wielkiej Brytanii powinien popełnić samobójstwo.

Chwila, moment. A to co? Wygląda na to, że mimo wszystko zostało trochę pieniędzy, by wysłać grupkę dzieci z Calderdale do Parku Rzeźby w Yorkshire, gdzie na rozległym terenie znajduje się mnóstwo rzeczy wyglądających jak wielkie owcze bobki z brązu. To nie moja bajka, ale nieważne – owe bobki zostały wyrzeźbione przez Henry’ego Moore’a, co w kontekście edukacji młodego pokolenia brzmi zachęcająco. Otóż niestety nie. Po zwiedzeniu wystawy dzieciaki miały pogadankę o muzyce rap i uczyły się, jak malować graffiti. Przecież nie ma to absolutnie nic wspólnego ze sztuką. To tak, jakby na zajęciach z kompozycji kwiatowej uczyć kung-fu.

Tu, w Chipping Norton, scena kulturalna prezentuje się zupełnie inaczej. Plany na rok 2008 obejmują wystawienie sztuki o podróżach kosmicznych autorstwa Niki McCretton, która – obawiam się – jest biała. W dalszej kolejności obejrzymy przedstawienie o Abbie – bardzo popularnym szwedzkim zespole popowym, w którym nie występował ani jeden niepełnosprawny Banglijczyk, oraz występ Arabelli Weir, córki szanowanego brytyjskiego dyplomaty. Będą też pokazy filmów. Ale pośród nich, z tego co widzę, nie ma ani Brick Lane, ani bzdur Ala Gore’a. A potem, oczywiście, zostanie wystawiona bożonarodzeniowa pantomima. To widowisko, ulubione przez Douglasa Hurda (nigdy nie opuszcza corocznego spektaklu) i przez siedem tysięcy dzieci, z których wszystkie noszą imiona Henry bądź Araminta, jest w pełni profesjonalnym przedstawieniem, opartym na tradycyjnych motywach literackich i wystawianym w tym wyjątkowo chrześcijańskim okresie roku.

Od razu widać, że żadna pozycja z powyższej listy „nie wpisuje się w agendę” Arts Council. I obawiam się, że podobnie jest z zaplanowanym na przyszłą sobotę koncertem. Owszem, pianistka – Helene Tysman – pochodzi z zagranicy (to dobrze!), ale jest zaledwie Francuzką. A to źle, bo oni też mieli imperium… Łajdaki!

Żeby wciąż otrzymywać dofinansowanie od Arts Council, dyrekcja teatru powinna zorganizować uroczysty wieczór nierecytowanej poezji haiku w wykonaniu kolektywu popleczników Ala Gore’a, działających na rzecz ochrony niedźwiedzi polarnych. Oczywiście nikt by się nie pojawił, ale… Wychodzenie naprzeciw potrzebom lokalnej społeczności? Czy to kiedykolwiek miało jakieś znaczenie?

A właśnie że ma, i dlatego chciałbym zakończyć optymistycznym wnioskiem, pokrzepiającym szczególnie dla dyrekcji teatru w Chipping Norton i podobnych instytucji w całym kraju, których działalność nie jest w guście Arts Council.

Jest wysoce prawdopodobne, że lepiej wyjdziecie bez tych czterdziestu tysięcy funtów rocznej dotacji. Dlatego że za tą raczej niewielką kwotą kryje się mnóstwo uprzykrzającej życie biurokracji, wyznaczającej granice tego, co możecie robić, co wolno wam mówić i ile podjazdów dla wózków inwalidzkich trzeba zamontować przy każdym pisuarze. Jeśli znajdziecie jakichś innych dobroczyńców, którzy zastąpią obłąkańców z Arts Council, będziecie mogli zapomnieć o całym tym etnicznym nonsensie, który obecnie trzeba przymusowo odfajkowywać w każdych wiadomościach regionalnych BBC.

Wiem, co mówię, bo nie dalej jak w zeszłym tygodniu spędziłem kilka chwil z pewnym facetem ze znanej organizacji charytatywnej. Żeby utrzymać płynność finansową, potrzebuje czterech milionów funtów rocznie, przy czym żadna część tej kwoty nie pochodzi od rządu.

„Uwierz mi – powiedział – nie chcemy od nich nawet czterech pensów. To sprawiłoby nam więcej kłopotu, niż faktycznie jest warte”.

Albo spójrzcie na Millenium Dome. Kiedy nasza „Kopuła Tysiąclecia” znajdowała się pod auspicjami rządu, pełno w niej było „stref wiary” i Cherie Blair – tak właśnie wyglądało „celebrowanie różnorodności”. Teraz zaś, gdy znajduje się w rękach prywatnych, pełno w niej Led Zeppelinów, a niedawno uznano ją za najpopularniejszą halę koncertową na świecie.

Niedziela, 20 stycznia 2008 r.

Dzieci, najpierw ciasteczka, i potem spawanie

Od chwili dojścia do władzy, rząd laburzystów rokrocznie wprowadza w życie 2685 ustaw. Każda z nich jest albo nieprzemyślana, albo drakońska, kopnięta, zawzięta, niebezpieczna, przynosząca efekt przeciwny do zamierzonego, infantylna, zła, bezmyślna, egoistyczna lub pomyślna tak, by życie każdego z nas, oprócz sześciu ludzi z BBC, czternastu z „Guardiana” i Ala Gore’a, uczynić jeszcze bardziej przygnębiającym.

Przy takim rwącym potoku nowych przepisów i regulacji prawnych, wchodzących w życie każdego dnia, statystyka jest nieubłagalna: musi w końcu nadejść ten moment, kiedy rząd wymyśli coś rozsądnego. I taki oto moment nadszedł w zeszłym tygodniu. Rząd wykoncypował, że każdy, komu uda się dotrzeć do restauracji z jedzeniem na wynos i nie zostać przy tym postrzelonym w twarz, spożywa za dużo tłuszczu. I jedynym sposobem, by takie osoby nakłonić do jedzenia sałaty i tofu z certyfikatem Sprawiedliwego Handlu jest wprowadzenie do szkolnego programu nauczania zajęć z gotowania dla dzieci w wieku od jedenastu do czternastu lat.

Od razu zareagowali na to nauczyciele, występując z rozmaitymi obiekcjami. Nie mają wystarczającej przestrzeni do prowadzenia zwykłych lekcji, więc gdzie znajdą miejsce dla zajęć z gotowania? A nie pomyśleli przypadkiem o szkolnej kuchni?

Potem obudzili się pomyleńcy z inspektoratu zdrowia i bezpieczeństwa pracy.

„Aha! – powiedzieli. – Ponieważ lekcje wuefu mogą prowadzić wyłącznie osoby z tytułem magistra paramedycyny sportowej, więc do zajęć z gotowania będą potrzebni nauczyciele o analogicznych kwalifikacjach. W przeciwnym razie dzieci będą wracały do domów z nożami sterczącymi z oczodołów i z garnkami gotującej się wody na głowach”.

Przestańcie, proszę… Spędziłem pięć lat w szkolnym laboratorium chemicznym, gdzie bawiłem się kwasem siarkowym, i jakoś nic mi się nie stało. No dobra, Jenkins Junior pewnego dnia opuścił pracownię nieco oszpecony, ale jego odrażająca twarz to jeszcze nie powód, by zakazywać komukolwiek zgłębiania przedmiotów ścisłych.

Tak. Zajęcia z gotowania to wspaniały pomysł. To wszystko tak bardzo kojarzy mi się z rokiem 1956. Klasa pełna dzieci w fartuszkach, piekących chleb, rozmawiających ze sobą językiem królowej, a potem zatrzymujących się w drodze do domu, by podwędzić kilka jabłek na jutrzejszą szarlotkę… Mniam, mniam! Miejsce cracku zająłby rabarbar, a jedynymi rzeczami wykrywanymi przez niedawno wprowadzone do szkół detektory metali byłyby tarki do sera.

A skoro wdrażanie zajęć z gotowania jest już w toku, wydaje mi się, że nie od rzeczy byłoby przebudowanie całego programu nauczania. Już jako mały chłopiec dowodziłem, że szkoła – w swojej obecnej formie – zupełnie się nie sprawdza. Ci słabsi pracują bez wytchnienia, aż smażą się im hormony, a potem, po pięciu latach, opuszczają mury szkoły średniej wściekli, z samobójczymi myślami i maturą z medioznawstwa. Tymczasem ci bystrzejsi, wiedząc, że ich CV tak naprawdę nigdy nie będzie weryfikowane, leniuchują całymi dniami, a zapytani, ile przedmiotów zdawali na maturze, bez zahamowań kłamią, twierdząc, że dwieście sześćdziesiąt cztery.

Szkoła potrafi tylko zrazić do rzeczy, które w późniejszym życiu mogą okazać się całkiem interesujące.

Ponieważ w każdą niedzielę przez bite pięć lat byłem zmuszany do uczęszczania do kaplicy, poprzysiągłem sobie, że nigdy, póki żyję, nie wejdę do kościoła. Nawet po śmierci. W testamencie zapisałem, że moje nabożeństwo żałobne ma odbyć się w furgonetce z hamburgerami. Więcej – będąc w wieku czternastu lat przymuszanym do czytania Williama Szekspira, nabawiłem się dozgonnej awersji do barda ze Stratford i jego głupiego ględzenia. No i do dziś nie potrafię zjeść placka z mięsem. Spoglądam wstecz na wszystkie te zmarnowane na matematyce godziny, kiedy uczyliśmy się algebry, rachunku macierzowego i sinusów, i myślę sobie: po co mi to było? To samo tyczy się szyn powietrznych, starorzeczy i bitew stoczonych podczas wojen domowych. Przecież nauka tego wszystkiego koniec końców okazała się zupełnie bezcelowa.

Dlatego jestem głęboko przekonany, że szkoła powinna być czymś więcej niż tylko przemysłowym systemem metkowania, masowo wypuszczającym dzieciaki z maturą zdaną na C, D lub A*. Powinna być miejscem, gdzie uczą je, jak być dorosłym. A zajęcia z gotowania to dobry początek.

Równie dobrym pomysłem jest nauka języka polskiego. Po co uczyć się francuskiego, skoro dobrze wiemy, że Francuzi, jeśli tylko wystarczająco intensywnie będziemy szturchać ich w pierś, od razu zrozumieją, o co nam chodzi? O wiele bardziej przydatna okaże się umiejętność powiedzenia z warszawskim akcentem: „Zepsuł mi się piecyk… Czy mógłby pan przyjść i go naprawić?”.

A może od razu wszystkich nauczyć, jak zreperować piecyk we własnym zakresie? Mówię serio! Dlaczego nie wprowadzić do szkół zajęć z instalatorstwa wodno-kanalizacyjnego? Podstawowe umiejętności spawalnicze – daję słowo – przydadzą się wam o wiele bardziej niż znajomość łacińskiej koniugacji.

Wiecie co? Pamiętam to jak dziś… Wsadzono mnie – czternastoletniego wówczas chłopca – do szkolnego autobusu i wywieziono, po przyprawiających o wymioty drogach, do parku narodowego Peak District, bym mógł się tam przyjrzeć wielkiej wychodni piaskowca. Po co? Komu przyszło do głowy, że będzie to miało jakiekolwiek znaczenie dla mojej przyszłej pracy? Czy nie można było tego czasu przeznaczyć na nauczenie mnie, jak wymienić świece w samochodzie albo jak wyjąć z oprawki niskonapięciową żarówkę, nie parząc sobie przy tym palców, albo jak grać w pokera czy strzyc włosy?

Albo – i tu dochodzę do najważniejszego punktu – nauczyciele mogli otworzyć mi oczy na czystą przyjemność i zarazem wielką doniosłość czytania gazet. Tak, dokładnie o to mi chodzi. Moje dzieci mogą powiedzieć wam wszystko o „deszczu ożywczym” Porcyi i kiedy należy użyć trybu rozkazującego, ale nie mają bladego pojęcia o tym, co dzieje się w Kenii i dlaczego Hilary Clinton jest wariatką. Żaden z nauczycieli nie sadza ich w ławkach i nie dyskutuje z nimi o tym, co zwykliśmy nazywać „aktualnościami”. To czysty obłęd. Jeśli potrafimy w rozkładzie zajęć wykroić czterdzieści pięć minut na uczenie dzieci, jak przyrządzać dania z tofu i soczewicy, z pewnością będziemy mogli poświęcić tyle samo czasu na przedyskutowanie z nimi wydarzeń dnia. W ten sposób z jednej strony stałyby się mniej zaokrąglone, a z drugiej – pełniejsze. Jeśli wiecie, co mam na myśli.

Niedziela, 27 stycznia 2008 r.

Oj, rządowe ptasie móżdżki… Zostawcie naszą ziemię w spokoju!

Dwa lata temu potentat branży pubów i restauracji, Michael Cannon, kupił od rodziny królowej matki rozległe wrzosowisko o powierzchni ponad tysiąca dwustu hektarów, leżące w hrabstwie Durham. No i w zeszłym tygodniu firma Cannona zarządzająca jego włościami pojawiła się w sądzie w charakterze oskarżonego o dewastację tego obszaru. Przedstawiciele rządu stwierdzili, że wrzosowisko – miejsce chronione ze względu na szczególne znaczenie naukowe – przecięły wzdłuż i wszerz nowe drogi oraz pokryły parkingi, sieć rowów melioracyjnych i ronda do nawracania. Sumarycznie 4433 metry kwadratowe ważnego wyżynnego siedliska drzemlików, pardw szkockich, uszatek błotnych, bekasów, kulików i brodźców krwawodziobych pogrzebano pod jedenastoma tysiącami i trzystoma tonami prawie na pewno nieodnawialnego i nieorganicznego kruszywa.

Firma Cannona dopuściła się zaledwie trzech naruszeń zapisów ustawy o ochronie fauny i flory. Mimo to za błędną interpretację przepisów i „dewastację” krajobrazu sędzia nałożył na nią pięćdziesiąt tysięcy funtów kary i nakazał uiścić dwieście trzydzieści siedem tysięcy kosztów sądowych. No i proszę. Jeden zero. Jeden dla pardw, zero dla nadętego parweniusza – sukinsyna-wandala mordującego ptaki.

Niestety, cała ta sprawa wcale nie jest taka jednoznaczna, jak mogłoby się wam wydawać. Bo widzicie, Cannona przedstawia się jako przerażającego inwestora, zatrzymanego w ostatniej chwili przed tym, jak całą swoją posiadłość miał pokryć grubym na cal, miękkim dywanem i wyposażyć w regulowane wyłączniki światła. Tymczasem zapłaciwszy za ziemię cztery miliony funtów, zainwestował kolejne trzy w poprawę jakości wrzosowisk, które – jak twierdzi – są ważniejsze od lasów deszczowych. Zwiększył zatrudnienie dozorców, nawiązał współpracę z Królewskim Towarzystwem Ochrony Ptaków i wybudował niewielką liczbę żwirowych dróżek, by można było dostać się samochodem w co bardziej torfiaste obszary terenu bez ryzyka zatonięcia.

Przedstawiciele rządu mówią o 4433 metrach kwadratowych pokrytych kruszywem. Ta liczba robi wrażenie, ale w rzeczywistości to tylko niecałe pół hektara. To naprawdę niewielka cena jak za poprawę jakości tysiąca stu pięćdziesięciu pozostałych hektarów powierzchni. Fakty są takie, że od chwili przejęcia wrzosowiska przez Cannona, liczba rzadkich cietrzewi skoczyła na jego włościach z czterech to stu pięćdziesięciu. W zeszłym roku doliczono się tam 16 054 ptaków, co stanowi największą ich liczbę od roku 1872.

W czym zatem problem? Ano w tym, że przedstawiciele rządu nie mają bladego pojęcia, o czym mówią. Przyjęli do wiadomości, że to miejsce chronione jest ze względu na szczególne znaczenie naukowe, zauważyli, że powstały tam dróżki i sieć melioracyjna i, korzystając ze swoich nylonowych móżdżków oraz nieprzebranych zasobów rządowych pieniędzy, doszli do wniosku, że ktoś popełnił zbrodnię przeciwko pardwom.

Ci sami ludzie zaczęli biegać w kółko i krzyczeć, kiedy zobaczyli mnie ostatnio w telewizji, jak wyjeżdżam samochodem pod pewną górę w Szkocji. „Zniszczyłeś ją!” – zawodzili, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że trzytonowa terenówka nie może zrobić krzywdy ważącej dwadzieścia bilionów ton masie litego granitu. „Ale przecież rozjeżdżałeś wrzosy!” – skamleli. Owszem, ale gdybyście wiedzieli cokolwiek o życiu na wsi, wiedzielibyście, że co jakiś czas wrzos trzeba wypalać, by stymulować wzrost nowego, dającego ptakom pożywienie. Stary, zdrewniały wrzos pełni wtedy rolę osłony.

Podobnym problemom muszę stawiać czoła na Wyspie Man, gdzie mam niewielki skrawek ziemi. Też jest wpisany do rejestru jako miejsce chronione, co oznacza, że zboże muszę zbierać od środka pola ku miedzy, a by utrzymywać trawę w ryzach, muszę korzystać z owiec. I bardzo chcę to robić. Podobnie chcę unikać sztucznych nawozów, choć bez nich moja rzepa przypomina kasztany, a jęczmień przybiera kolor U-boota.

Ale muszę też wpuszczać na swój teren ludzi z ich psami. Psy gonią potem za moimi owcami, zapędzając je do morza. Poza tym zostawiają po sobie gówno w ilości skutecznie odpędzającej ptaki, które usiłuję tu przyciągnąć, nie stosując do upraw środków owadobójczych i wykorzystując techniki zbierania plonów umożliwiające zwierzętom ucieczkę. Na tym właśnie polega kłopot z ekologami. Nienawiść, jaką żywią do bogatych, zawsze przeważa nad ich miłością do natury. Uważają, że każdy z Range Roverem i kilkoma odłożonymi w banku funtami zarobił pieniądze, pompując do atmosfery polon, a dla urozmaicenia swojego życia seksualnego od czasu do czasu zatłucze sobie na śmierć jakiegoś włóczęgę (młodymi rybołowami). Ekolodzy zakładają, że taki mężczyzna bądź kobieta postrzega krajobraz wyłącznie jako miejsce do ulokowania swojej fabryki, która podejmie pałeczkę porzuconą przez ludzi w Bhopalu.

Pomijając olbrzymią grzywnę i koszty procesu, najsmutniejsze w sprawie Cannona jest to, że żyjemy w państwie, które pozwala intrygantom z klapkami na oczach myszkować w czyimś ogródku. Korzystają z przepisów przeciwdziałających wyrzucaniu śmieci w niedozwolonych miejscach, osaczaniu borsuków psami i kradzieży jaj rzadkich gatunków ptaków – przepisów skądinąd chwalebnych – by ścigać ludzi za to, że niszczą swoją własność. Z praktycznego punktu widzenia oznacza to, że mogą zjawić się w moim domu i oskarżyć moje dzieci o zniszczenie wpisanych do rejestru zabytków naszych drzwi kuchennych. I wiecie co? Teraz już wiem, że to najzupełniej możliwe.

A czy wsadzą do więzienia tych, którzy wybrukowali sobie trawnik przed domem lub zastąpili żywopłot ohydnym murkiem z kamieni o nieregularnych kształtach? Nie? A dlaczego nie? Przecież to, co deweloperzy wyrabiają na przedmieściach, staje się przyczyną powodzi i w znacznej mierze odpowiada za wymieranie śpiewającego ptactwa. To i hodowla głupich kotów.

Natural England, rządowa agencja, która wniosła oskarżenie przeciw Cannonowi, dobrze się postara, by kojarzono, że jedynym przyświecającym jej celem jest ochrona piękna naszego krajobrazu. Tymczasem jest tak piękny wyłącznie dlatego, że przez tysiące lat doglądali go bogaci obszarnicy. Jeśli ludzie z Natural England chcą, by nasz kraj pozostał zielonym i przyjemnym miejscem na Ziemi, lepiej żeby zrezygnowali ze swojej misji, opartej na ideach Sprawiedliwego Handlu, polityce włączenia społecznego i szkodliwym zastraszaniu mas. Niech lepiej zajmą się tymi, którzy zaśmiecają każdą zatokę przy wiejskiej drodze tysiącami starych materacy.

Niedziela, 3 lutego 2008 r.

Odpuść, Hamza – jesteś zbyt brzydki

Soweto było bagdadem mojego pokolenia. Co noc oglądaliśmy w wiadomościach obrazy z tego miasta, sceny pokazujące krzepkich policjantów patrolujących ulice w Chevroletach i strzelających dla zabawy do dzieci. Sceny wzburzonego tłumu, podkładającego ogień w autobusach i barykadującego ulice płonącymi oponami.

Dziś jednak, zaledwie dwadzieścia lat później, Soweto przypomina trochę Surrey.

Mają tam dobrze utrzymane trawniki i mnóstwo samochodów terenowych. Jest centrum handlowe i las dźwigów wznoszących stadion na nadchodzące mistrzostwa świata w piłce nożnej. Owszem, znajduje się tu również willa Winnie Mandeli, wyglądająca w środku tego wszystkiego jak opancerzony pęcherz, a grafitti „nauka dobrze ci zrobi” wcale nie brzmi przekonująco. Niemniej jednak w zeszłym tygodniu spędziłem w Soweto jeden dzień i ani razu nie zdarzyło mi się, by ktoś zarzucił mi na szyję oponę i ją podpalił. Zjadłem nawet całkiem sympatyczny obiad pod całkiem sympatycznym krzewem bugenwilli.

Cóż więc wywołało tam taką transformację? Czy może był to legion gwiazd muzyki pop, które zaśpiewały o nieprawości apartheidu? A może to kwestia wprowadzenia sankcji? Albo efekt starań grup nacisku, które zamiast na środowisku naturalnym skoncentrowały się na rozwiązywaniu rzeczywistych problemów?

Ciekawi jesteście, co?

Zastanawiacie się, czy gdyby podżegacze i brodacze przestali wreszcie zamartwiać się losem niedźwiedzi polarnych, to czy podobna transformacja mogłaby zajść w Darfurze, Zimbabwe i na urzędzie burmistrzowskim Londynu?

Obawiam się, że nie. Główną przyczyną zwycięstwa w wojnie przeciwko apartheidowi jest to, że Nelson Mandela dobrze prezentuje się na T-shirtach.

Właśnie to.

Przypomnijcie sobie tylko zwycięskich bojowników o wolność, a zauważycie, że wszystkich łączyła jedna cecha: wyraziste, romantyczne rysy twarzy. Che Guevara, dajmy na to, bardzo dobrze wychodził w sitodruku, i w rezultacie władza na Kubie wciąż pozostaje w rękach rebeliantów. A ponieważ Jaser Arafat wyglądał tak, jakby przed chwilą opuścił tę słynną knajpę z Gwiezdnych Wojen, Palestyna wciąż bardziej przypomina więzienie niż zwykły kraj. A dlaczego – jak myślicie – Północna Irlandia wciąż stanowi część Wielkiej Brytanii? To proste. IRA nigdy nie mogła odnieść zwycięstwa, bo z Martinem McGuinnessem i Gerrym Adamsem u steru, na międzynarodowej scenie kojarzono ją z rudymi i niezbyt urodziwymi osobami. Z podobnym problemem zmagają się Baskowie. Kilka lat temu miałem spotkanie z politycznym przywódcą ETA; był tak charyzmatyczny jak warzywo korzeniowe. Potty Pol miał świetne nazwisko, ale z powodu twarzy, która nie sprawdzała się jako symbol, jego wysiłki w Kambodży nieodmiennie spełzały na niczym. To samo dotyczy Świetlistego Szlaku, Tamilskich Tygrysów i nazistowskich Niemiec, skoro już o tym mowa. Gdyby Hitler wyglądał jak Jim Morrison, to kto wie, jaki porządek panowałby dziś na świecie.

Te rozważania wiodą mnie, rzecz jasna, do kwestii muzułmańskich ekstremistów. Prowadzą groteskową kampanię, usiłując zmusić kobiety na całym świecie do noszenia chustek tyłem do przodu, ale jeśli ich międzynarodowym liderem będzie Abu Hamza, niczego nie zdołają osiągnąć.

Jedno oko – to jest niezły pomysł. Znakomicie wykorzystali go admirał Nelson i Gordon Brown. Jedno sprawne oko nadaje wam złowieszczego, ale zarazem interesującego charakteru. Dalej: hak zamiast ręki. To inspirujące. Symbol czarnego charakteru z filmów o Bondzie. Tyle że cała reszta u Hamzy – przykro mi to mówić – jest beznadziejna; w szczególności ten nieregularny i spartański zarost, poprzecierany jak dywan zubożałego arystokraty.

Hamza nie jest jednak przywódcą globalnym. To rola Osamy bin Ladena, więc może skoncentrujmy się na nim. Przystojniak z niego. Połączenie tych delikatnych i dobrotliwych oczu z nieodłącznym AK-47 cały czas trzyma mnie w niepewności. Osama prezentuje się dobrze nawet w sukience i z brodą.

Ta broda… Wow. Z taką brodą mógłby bardzo łatwo przekroczyć granice śmieszności, tymczasem nie… Aż chce się zanurzyć w niej dłonie… Wydaje się, że jest miękka jak jedwab. Krótko: facet po prostu jest cool. W przenośni i dosłownie, bo prawie na pewno jest już martwy, pogrzebany pod odłamkami afgańskich skał w miejscu, gdzie amerykańscy żołnierze kosili stokrotki*. To jednak małe pocieszenie – nawet jeśli Osama nie żyje, Amerykanie nigdy nie odniosą nad nim zwycięstwa, dopóki pewnego dnia nie pójdą po rozum do głowy i nie wybiorą na prezydenta Johnny’ego Deppa.

Pani Clinton to nie to. Pomijając już nawet jej charakter – osobliwą mieszankę nieskrywanych ambicji i obłędu – nie może łudzić się, że wygra z bezwzględnymi siłami zła, nosząc imię „Hillary”. Przypomnijcie sobie wszystkie piosenki, które mówią o dziewczynach. Gloria, Emily, Clair, Peggy Sue, Laura, Mary, Nikita. Trudno wymyślić jakieś kobiece imię, które nie pojawiło się w żadnej piosence. Oprócz jednego. Nie uważacie, że to coś znaczy? Że w całej historii rasy ludzkiej żadna Hillary nie poruszyła nikogo na tyle, by napisał o niej piosenkę?

Imiona mają takie samo znaczenie jak aparycja. Boudika nie nazywała się Joanna, dlatego była w stanie wzniecić wśród swoich zwolenników ogień powstania, pokonać rzymską armię i spustoszyć Colchester. Tymczasem Joanna d’Arc miała na imię Joanna, no i została spalona na stosie. Nie bez powodu Bóg swojego jedynego syna nazwał Jezusem, a nie Royem czy Nigelem.

Mówię najzupełniej poważnie. Che Guevara zdał sobie sprawę, że aby odnieść sukces, potrzebuje kompletu atrybutów. Że nie wystarczy mu beret i tęskne spojrzenie. Opuścił więc imię Ernesto, nadane mu przez rodziców. A w przypadku Temudżyna sprawy ruszyły z miejsca dopiero wtedy, gdy zmienił markę i nazwał się Czyngis-chanem.

Wnioski z tego płynące mogą być jednak dość optymistyczne. Roberta Mugabe zgubi kiedyś jego głupkowaty wąsik, Kim Dzong Ila pokona jego własna garderoba, a Jonathon Porritt odniesie porażkę, bo nawet gdyby nazywał się Clint Thrust, paraduje z czymś, co przekreśla każdego dążącego do globalnej dominacji despotę. Ma zaczeskę.

Niedziela, 10 lutego 2008 r.

* „Kosiarka stokrotek” – potoczna nazwa amerykańskiej konwencjonalnej burzącej bomby lotniczej BLU-82, używanej przez USAF m.in. podczas operacji wojskowych w Afganistanie.

Szusując przez próg bólu

Gdy nadejdą ferie zimowe, może zgromadźcie wszystkie swoje pieniądze i spalcie je w piecu… A potem stójcie przez tydzień w lodówce, okładając swoje dzieci kijem bejsbolowym, aż połamiecie im nogi i ręce. Potem, po zjedzeniu stopionego sera, zwichnijcie sobie ramię. Jeśli to wszystko wciąż jawi wam się jako atrakcja, to prawdopodobnie należycie do miliona trzystu tysięcy Brytyjczyków, którzy wybierają się o tej porze roku na narty.

Jazda na nartach dla tych, którzy nie próbowali tego wcześniej, jest wyjątkowo drogim sposobem łączenia dotkliwego dyskomfortu z wywołującym skurcz pośladków zażenowaniem i otępiającym strachem, przyprószonym lekkimi objawami hipotermii. Całkiem prawdopodobne jest również i to, że co najmniej jeden członek waszej rodziny wróci do domu na wózku inwalidzkim.

Pierwszą rzeczą, której filozofię musicie przyswoić, są buty narciarskie. Zaprojektowano je ze szczególnym naciskiem na to, by były tak ciężkie, jak to tylko możliwe, oraz żeby, gdy się wywrócicie – a będziecie się wywracać, i to przez cały czas – noga złamała się wam w najboleśniejszym miejscu: tuż nad kostką. Jedynym sposobem, by tego uniknąć, jest zamortyzowanie upadku twarzą.

Ferie zimowe nie bez powodu zwane są zimową „przerwą”. Bo „przerwa” w waszej kości sprawi, że na pewnym etapie wylądujecie w gabinecie lekarskim przypominającym targowisko w Bagdadzie po zrzuceniu nań bomb wypełnionych gwoździami. Kiedyś, gdy złamałem sobie kciuk, drugi raz w ciągu dwóch lat z rzędu, siedziałem w poczekalni razem z facetem, któremu z oka sterczał kijek narciarski; naprzeciw mnie czekała śliczna dziewczyna ze stopą obróconą tyłem do przodu.

Oczywiście, pewnie myślicie, że można uniknąć takich obrażeń, zjeżdżając bardzo wolno. Niestety, to niemożliwe. Żeby przeciwdziałać zaskakująco silnym skutkom oddziaływania grawitacyjnego, trzeba wrzynać się krawędziami nart w stok z takim naciskiem, że już po bardzo krótkim czasie wasze mięśnie stają od wysiłku w ogniu. Kiedy smród przypalanego mięsa zaczyna stawać się nie do zniesienia, odpuszczasz i nagle zaczynasz zjeżdżać z prędkością tysiąca stu kilometrów na godzinę. Potem, praktycznie w tej samej chwili, oddychasz już mieszanką jakiegoś gazu i powietrza, a lekarz na boku ostrzy swoją piłkę do metalu.

W tym roku podczas moich narciarskich wakacji, śmigłowiec sanitarny co dnia zabierał ze stoku pięciu świeżo upieczonych paraplegików.

Upadek wcale nie jest największym niebezpieczeństwem, jakie może się wam przydarzyć. O wiele gorsze jest zderzenie z nastolatkiem w workowatych spodniach, który może w was wjechać na swoim snowboardzie. Snowboarding jest jak zjeżdżanie na nartach, z tą tylko różnicą, że nie pozwala kontrolować kierunku ruchu, głównie z powodu spożycia sporej ilości marihuany przy obiedzie.

Co jest na pewno lepsze od jedzenia zwykłych posiłków. Te w ośrodkach narciarskich przyrządzane są przez osoby, których kwalifikacje sprowadzają się do imienia Arabella. Kiedyś podano mi zupę solną, będącą w przeważającej mierze chlebem, który należało zanurzać w stopionym serze. A ponieważ ser stopić musicie we własnym zakresie, Arabella ma więcej czasu na seks ze swoim chłopakiem – aroganckim francuskim instruktorem narciarskim.

Osobiście bardzo dobrze jeżdżę na nartach… Tak mi się przynajmniej wydaje. Materiały wideo wskazują jednak na to, że jestem do niczego. Prezentuję się na nich jak kierowca autobusu w anoraku w kolorystyce barw podstawowych, siedzący na niewidzialnym sedesie. W dodatku potrafię skręcać wyłącznie w prawo. Żeby ukryć swoje zakłopotanie i złagodzić ból w udach, szusuję tylko wtedy, gdy jestem ostro wstawiony. Polecam to gorąco każdemu.

Jednak pod żadnym pozorem nie możecie jeździć na nartach, znajdując się pod wpływem Billy’ego Idola. Serio. Ręczę, że po pięciu sekundach od umieszczenia słuchawek iPoda w uszach przez skórę wystrzeli wam któraś z kości.

Oczywiście, myślicie pewnie, że zimą podczas urlopu oprócz szusowania na nartach można robić jeszcze inne rzeczy. Obawiam się, że nie.

Latem – owszem – można się opalać, pływać, nurkować, pływać na skuterze wodnym, a jeśli lubicie „Guardiana” – wybrać się do muzeum. Ale gdy jedziecie na narty, wszystko, co możecie zrobić, to wstać o świcie, zjeść trochę solnej zupy i stać godzinami w kolejce, by zająć miejsce w pojeździe, przy którym wnętrze wagonu londyńskiego metra przypomina pustynię. A potem stać w kolejce jeszcze kilka godzin dłużej, bo co chwilę wpycha się przed was jakiś krzepki Rosjanin z wytatuowanym na czole sztyletem. Następnie szusujecie, aż się ściemni.

Pewnie słyszeliście o rozrywkach après-ski*. Oczyma wyobraźni widzicie już pewnie kluby nocne, piękne dziewczyny i picie mocnych koktajli aż do świtu. No cóż, przykro mi to mówić, ale w rzeczywistości jest tak, że po nartach wracacie do hotelu lub domku, włazicie do wanny, by wziąć relaksującą kąpiel i uruchomić wypalone mięśnie, po czym zapadacie w głęboki sen.

To dobrze, bo pomijając już nawet koszty urlopu, przelotu, wypożyczenia nart, zajęć z instruktorem i karnetu, który pozwala na korzystanie z jakiejś ośnieżonej góry, totalnie zbankrutować można już od samych zakupów narciarskiej garderoby. Tego roku najtańsze spodnie narciarskie dla mojej trzynastoletniej córki kosztowały dwieście pięćdziesiąt funtów. A nie jest przecież tak, że może nosić je gdziekolwiek indziej.

No i wreszcie – pogoda. Kiedy nie dopisuje, przemarzacie i rozbijacie się na rozmaitych przeszkodach, bo nie widzicie, gdzie jedziecie. A kiedy dopisuje – a podczas tegorocznych ferii była naprawdę dobra – musicie założyć okulary przeciwsłoneczne. To zaś oznacza, że po tygodniu wrócicie do domu z twarzą jak u płomykówki zwyczajnej.

Sęk w tym, że kiedy świeci słońce, a wy śmigacie na nartach, naprawdę porządnie wstawieni, pod idealnie błękitnym niebem, z dziećmi chichoczącymi na pustym, świeżo zratrakowanym stoku, mając w perspektywie obiad w restauracji z jedynym takim widokiem na świecie, żadne z powyższych utrapień nie ma najmniejszego znaczenia. Bo w innej sytuacji trudno o stan taki jak ten. Zwie się on „szczęściem doskonałym”.

Niedziela, 24 lutego 2008 r.

*après-ski (fr.) – dosł. „po nartach”

Odpiknijcie się ode mnie! Doprowadzacie mnie do szału!

Dopiero co kupiłem zmywarkę do naczyń, a już myślę o porąbaniu jej na kawałki; gdy skończy mycie garnków i patelni, wydaje z siebie pikanie. I jeśli jej natychmiast nie opróżnię, pika znowu. A potem jeszcze raz.

Czy to nie głupie? Siedzicie sobie przy kominku, przysypiając przed telewizorem, kiedy nagle do waszych uszu zaczynają dobiegać elektroniczne nawoływania. Ponieważ wiecie, że będą trwały w nieskończoność, zwlekacie się z fotela, powłócząc nogami wchodzicie do kuchni, otwieracie drzwi zmywarki i w strumieniach przegrzanej pary wodnej smagających was po twarzy uświadamiacie sobie, że pikanie w rzeczywistości wcale nie pochodziło z tego urządzenia.

Stoicie więc w kuchni, wyglądając jak Niki Lauda i zastanawiając się, co u licha wydaje z siebie ten piekielny dźwięk. Komórki pikają, gdy bliskie są całkowitego rozładowania. Mikrofalówki – kiedy skończą podgrzewać jedzenie. Zamrażarki – jeśli robi się w nich zbyt ciepło. Samochody – gdy nie zapniecie pasów. Piloci – przed ogłoszeniem komunikatu podczas lotu. Lotniskowe meleksy – kiedy się poruszają. Zabawki dla dzieci – po tym jak już skończą piszczeć dzieci. Ciężarówki – podczas cofania. Parkometry – po wrzuceniu monet. Telefony z automatyczną sekretarką – gdy ktoś zostawi na niej wiadomość. Drzwi sklepowe – kiedy je otwieracie. Aktorzy – gdy zdarzy się im zakląć przed dwudziestą pierwszą. Piknięcie słychać nawet w dżinglu informacji dla kierowców stacji BBC Radio 2.

Skradacie się więc po domu, z częściowo stopioną twarzą, i łudzicie się, że gdy znów usłyszycie piknięcie, znajdziecie się blisko jego źródła. Nagle przychodzi wam do głowy myśl: „Jezu! To alarm przeciwpożarowy! Sygnalizuje, że rozładowała się bateria i że jeśli natychmiast czegoś z tym nie zrobię, spalimy się wszyscy na wiór!”.

Od razu przynosicie drabinę, wymieniacie baterię i w chwili, gdy zatrzaskuje się klapka, znów słyszycie piknięcie. Teraz jednak już wiecie, że tym razem to już na pewno zmywarka. Otwieracie więc drzwi, a strumień rozgrzanej pary zdziera z waszej twarzy skórę w tych miejscach, które jakimś cudem poprzednio ocalały. Okazuje się bowiem, że pikanie pochodziło z zamrażarki, w której zrobiło się odrobinę za ciepło.

Muszę was jednak uprzedzić, że nie mam wcale zamiaru wygłaszać zajadłej tyrady o tym, jak głupia jest nowoczesna technika. Będzie to raczej żarliwy apel ze strony cierpiącego na bezsenność mężczyzny w kwiecie średniego wieku. Apel o to, by zaprzestać robienia niepotrzebnego hałasu. Ciągle słyszymy, że zanieczyszczenie świetlne rujnuje życie astronomom, że ogrzewacze ogrodowe zabijają niedźwiedzie polarne i że wasze plastikowe reklamówki pewnego dnia uduszą jakiegoś żółwia. Ale ja mam gdzieś żółwie morskie i astronomię. Wszystko, czego pragnę, to odrobina ciszy i spokoju.

Są rzeczy, które wydają z siebie miłe dla ucha dźwięki. Na przykład wesoło bawiące się dzieci, opony samochodu na żwirze, owce i Doobie Brothers. Moim ulubionym odgłosem jest zawodzący warkot dalekiej awionetki. Albo stuk kostek lodu wrzucanych do zmieszanego przed chwilą ginu z tonikiem. Niestety, przez większość życia bombardują mnie dźwięki, które w mojej głowie brzmią jak pisk styropianowych paznokci o dwuipółhektarową tablicę. Motocykle, krowy, kosy spalinowe innych osób, „śmieszne” dzwonki komórek, akcent z Birmingham, BBC Radio 1, psy, silniki Diesla, Ken Livingstone, „mind the gap”, tyłek Jamesa Maya, niepotrzebne komunikaty w centrach handlowych… Jest jednak dźwięk gorszy od wszystkich; gorszy od muzyki do angielskiej moreski, gorszy nawet od tego, co wydaje z siebie zabawka Bop It.

Mówię oczywiście o radiowej operze mydlanej The Archers.

Zawsze powtarzałem, że jeśli rozwiodę się z moją żoną, to dlatego, że różnimy się podejściem do lotnisk. Ona chce przesiadywać na nich już dwa tygodnie przed odlotem samolotu, ja zaś uważam, że dwie minuty to aż nadto. Ale różnimy się jeszcze bardziej o siódmej wieczorem każdego dnia, kiedy żona włącza radio, wypełniając dom jałowymi dźwiękami słuchowiska rozgrywającego się w fikcyjnym miasteczku Ambridge. Czy Mike powinien wydzielić część domu dla Roya i Hayley? Mam to gdzieś. Po prostu to wyłącz!

Nawet w pracy nie mogę zaznać wytchnienia. Moje biuro w BBC sąsiaduje z windami, które przez cały dzień obwieszczają każdemu w promieniu pięciu mil, na którym są piętrze. Wiem, że to wielka pomoc dla niewidomych, ale dlaczego te komunikaty odczytuje Brian Blessed i to z tą swoją przesadną intonacją charakterystyczną dla czarnych charakterów? Dlaczego nie wykorzystać do tego celu szeptu Boba Harrisa? Albo nie odtwarzać ich w paśmie częstotliwości słyszalnym wyłącznie przez psy przewodniki?

Zdaję sobie sprawę, że niektóre rzeczy muszą generować hałas. Lotnisko Heathrow, dajmy na to. Albo pistolet maszynowy Heckler & Koch. Ale większość z nich nie powinna i nalegam, by myśleć o tym przy projektowaniu towarów i wprowadzaniu usług. Wiedzieliście na przykład, że napisanie czteronutowej muzyczki powitalnej po uruchomieniu Windows 95 Microsoft zlecił Brianowi Eno? Po co? Wiem przecież, kiedy to pieprzone ustrojstwo w końcu zaczyna działać: wtedy, kiedy po naciskaniu klawiszy na ekranie zaczynają pojawiać się słowa. Nie potrzebuję do tego żadnego sygnału dźwiękowego. I wcale nie muszę też słyszeć świergotu samochodu, gdy go zamykam. A, są jeszcze właściciele pubów. Jeśli macie w swoich lokalach szafy grające, mam dla was pewien pomysł. Może wprowadzilibyście możliwość zakupu trzech minut ciszy?

Pomysł mam również dla kierowników supermarketów. Jakoś radziliśmy sobie, zanim zaczęliście powtarzać w kółko „zapraszamy do kasy numer cztery”. I jestem święcie przekonany, że gdy przestaniecie to robić, też sobie poradzimy.

Normalnie po pomoc w tych trudnych i hałaśliwych czasach zwróciłbym się do Kościoła, ale obawiam się, że dziś nie zyskałbym z jego strony żadnego wsparcia. Po części dlatego, że arcybiskup Canterbury zajmuje się obecnie obcinaniem rąk sklepowym złodziejom, ale głównie z tego powodu, że Kościół, ze swoim bezsensownym dzwonieniem z piekła rodem, jest w tym przypadku największym winowajcą.

Niedziela, 2 marca 2008 r.

Przecież to moja benzyna!

Gdybym zobaczył kogoś, kto pozwalałby sobie na aspołeczne zachowanie, takie jak jeżdżenie na rowerze po chodniku czy oddawanie moczu w miejscu publicznym, przewróciłbym oczami i cmoknął cicho z niezadowoleniem. Gdyby było to jednak coś poważniejszego, na przykład jazda konno po supermarkecie albo zrzucanie małego pieska z urwiska, być może nawet bym się odezwał.

Tym dziwniejszy jest fakt, że gdy widzę kogoś, kto śmieci, przepełnia mnie nieodparta potrzeba przeprowadzenia na jego głowie eksperymentów medycznych z wykorzystaniem benzyny i skorpionów. Może po prostu trzeba go zamknąć? Nie ma mowy. Więzienie jest dobre dla gwałcicieli i rabusiów. A takiego śmiecącego prymitywa powinno się rozebrać do naga i przetoczyć w beczce wypełnionej solą i wężami.

Dlatego byłem zachwycony, gdy w zeszłym tygodniu dowiedziałem się, że gazeta „Daily Mail” rozpoczęła kampanię na rzecz wyeliminowania z życia Wielkiej Brytanii reklamówek. Zachwycony był również Gordon Brown, bo kończą mu się już pomysły na to, czego jeszcze mógłby zakazać.

„O, wybornie! – tego nie powiedział, ale widać było, że tak pomyślał. – Na to jeszcze nie wpadłem. Tak. Reklamówki. Każę zainstalować sieć kamer obejmującą cały kraj i na każdego przyłapanego z reklamówką nałożę karę w wysokości miliona funtów”.

Problem w tym, że mimo iż popieram każdy ruch zmierzający do pozbycia się reklamówek – i szczerze mówiąc wszystkich innych toreb na zakupy – nie przychodzi mi do głowy nic, co mogłoby je zastąpić. Jeśli wybraliście się do supermarketu na cotygodniowe zakupy spożywcze, jak inaczej macie je zabrać ze sobą do domu? W szczególności jeśli do sklepu przyjechaliście ekologicznym autobusem.

Jedną z propozycji jest szary papier, ale on sprawdza się wyłącznie w miejscach takich jak Arizona. Tu, gdzie ciągle pada, papier szybko namaka, a jego odporność na rozciąganie po chwili osiąga poziom mgły. Instytut Kobiet sugeruje, by wytwarzać torby z konopi lub pszenicy, bo w ten sposób ulegałyby biodegradacji. Tylko że nawet jeśli jakaś staruszka byłaby w stanie zrobić na drutach taką torbę z naturalnych włókien, słuchając The Archers, wydaje mi się, że ciężko by jej było wytwarzać sześćdziesiąt milionów takich toreb dziennie.