Opis

Thomas Andreasson jest policjantem od prawie dwudziestu lat. Od pewnego czasu targają nim coraz większe wątpliwości. Nie jest pewien, czy będzie w stanie podołać dalszej pracy w policji. Jego najlepsza przyjaciółka, Nora Linde, która pracuje w Urzędzie Ochrony Środowiska, spędza urlop ze swoim partnerem Jonasem i ich czteroletnią córką Julią na wyspie Sandhamn. Niestety letnią idyllę zakłóca pojawienie się Carstena Jonssona, nowego mieszkańca wyspy. Jonsson jest inwestorem kapitału wysokiego ryzyka i prowadzi rozliczne interesy w Rosji. We wschodniej części wyspy, tuż przy plaży, zakupił piękną działkę i zbudował na niej luksusowy dom, który innych mieszkańców doprowadza do białej gorączki.

W trakcie budowy doszło do serii dziwnych zdarzeń. Przypadek czy celowe działania? Jonsson zaprasza grono mieszkańców na powitalną imprezę, która kończy się tragiczne. Czy ma to coś wspólnego z budową domu? A może powody są zupełnie inne? Komu można zaufać, jeśli ma się przeciwko sobie tylu wrogów?

Akcja siódmej powieści z serii poświęconej zbrodniom na wyspie Sandhamn toczy się cztery lata od naszego ostatniego spotkania z policjantem Thomasem Andreassonem i prawniczką Norą Linde. Thomas prowadzi śledztwo w letnim raju, w sprawie, w której działają ukryte moce. Musi rozwiązać najtrudniejszą zagadkę w swojej dotychczasowej karierze, a jednocześnie zmaga się z własnymi uczuciami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Poniedziałek 29 kwietnia 2013 r.

Rozdział 1

MARIA SVEDIN czekała w dużym przedpokoju, podczas gdy Celia Jonsson pomagała Oliverowi włożyć granatowy mundurek szkolny. Maria przestępowała niespokojnie z nogi na nogę i zastanawiała się, czy nie powinna pójść do pokoju Olivera, żeby przynieść stamtąd jego tornister. Nie bardzo wiedziała, czego Celia od niej chce.

Celia zapięła górny, lśniący guzik przy mundurku Olivera, odsunęła mu z czoła kosmyk ciemnych włosów i wyprostowała się.

– Mario – powiedziała łamanym szwedzkim. – Czy mogłabyś dziś odwieźć Olivera do szkoły? Mam coś do załatwienia. Możesz wziąć samochód pana Carstena, bo dzisiaj poszedł do pracy piechotą.

Jej polecenie zaskoczyło Marię, bo Celia zazwyczaj sama odwoziła syna do szkoły. Robiła to każdego ranka, ale dzisiaj była czymś podminowana. Pod oczami porobiły jej się cienie, usta miała mocno zaciśnięte.

Poprzedniego dnia wieczorem słyszała ich podniesione głosy. Chociaż mieszkanie było duże, a jej pokój znajdował się w pewnym oddaleniu od ich sypialni, hałas i tak docierał do niej przez ściany. Wywnioskowała, że powodem kłótni są wakacyjne plany. Carsten chciał spędzić urlop w domku letniskowym w Szwecji.

– Mario? – powiedziała znowu Celia.

Maria skinęła głową, wyszła na korytarz i podeszła do windy. Kilka razy nacisnęła guzik, żeby Celia widziała, że zamierza zjechać na dół.

Wolałaby nie odwozić Olivera, bo nadal miała problemy z przystosowaniem się do ruchu lewostronnego, a przejazd przez rodno wywoływał w niej wzmożoną nerwowość. Ale Celia nie zauważyła jej niepewnej miny. A może się nią po prostu nie przejmowała?

– Wyprowadź samochód z garażu, ja zjadę z Oliverem za kilka minut. Chcę tylko przynieść jego nowe rękawiczki.

Poprawnie po szwedzku mówi się „przyniosę rękawiczki”, a nie „chcę przynieść rękawiczki”, poprawiła ją w myślach Maria, ale nie powiedziała tego głośno. Włożyła kurtkę i odwróciła się do wyjścia.

– Hurry up, Oliver – zawołała Celia. – You mustn’t be late for school. You know what daddy will say.

Za drzwiami rozległ się lekki trzask. Przyjechała winda.

– No to my już jedziemy – powiedziała Maria.

Górne oświetlenie w garażu włączało się w chwili, gdy ktoś do niego wchodził. Kiedy jednak Maria wyszła z windy, nie zadziałało. Drzwi zatrzasnęły się automatycznie za jej plecami i wszędzie zrobiło się ciemno. Maria odwróciła się, żeby nacisnąć guzik i otworzyć drzwi, ale winda zdążyła już ruszyć.

Zrobiła krok do przodu i postawiła stopę na betonowej podłodze, aby w ten sposób uruchomić mechanizm sterujący oświetleniem, ale nic to nie dało. Czyżby wysiadł prąd? Jeśli tak, to winda też nie powinna działać. Coś się musiało popsuć w instalacji, ale nie miała pojęcia, gdzie znajduje się kontakt albo w którą stronę powinna pójść, żeby go znaleźć, bo w garażu panowały prawdziwie egipskie ciemności.

Samochód Carstena Jonssona stał za rogiem, w ostatnim rzędzie, pięćdziesiąt kilka metrów od niej. Sięgnęła do kieszeni po telefon, aby poświecić sobie latarką, ale znalazła jedynie paczkę gum do żucia i kilka pensów. Pewnie zostawiła komórkę w mieszkaniu.

Cofnęła się, aż poczuła plecami drzwi windy. Znowu znalazła się na niewielkim podwyższeniu.

Na szczęście światło prześwitujące przez jakąś szczelinę oświetlało miejsce, w którym znajdował się przycisk przywołujący windę. Maria nacisnęła go mocno i przez chwilę trzymała palec w tej pozycji, jak gdyby mogło to przyspieszyć powrót windy i jej jazdę na górę.

Kiedy ona przyjedzie, zastanawiała się.

Nagle usłyszała przytłumiony dźwięk. Trwało to tak krótko, że nie do końca była pewna, czy faktycznie coś słyszała. Mimo to metaliczny odgłos nadal dźwięczał w jej głowie, jak gdyby na ziemię spadło przed chwilą jakieś narzędzie – na przykład klucz francuski albo młotek.

Odwróciła się, próbując dojrzeć coś w ciemności, przywołać w myślach dźwięk, który przed chwilą usłyszała. Dobiegał z drugiej strony ściany, z miejsca, gdzie stał wóz Carstena.

Czyżby nie była w garażu sama?

– Jest tu kto?

Wstrzymała oddech. Stała nieruchomo, ale mimo to czuła, jak serce bije jej przyspieszonym rytmem.

– Jest tu kto? – zawołała ponownie, tym razem słabiej.

Nagle poczuła zapach benzyny. Wrażenie było takie, jakby się koło niej przesuwał. Doznanie trwało tak krótko, że nie zdążyła zareagować.

Jej oczy zaczęły się stopniowo przyzwyczajać do ciemności, teraz mogła już rozróżniać kształty i formy. Na kopertach stały samochody, same drogie marki. Mogłaby się bez problemu ukryć za jednym z nich.

Próbowała zapanować nad nerwami, ale serce biło jej tak mocno, że zaczęła gwałtownie oddychać. Pani Celia już pewnie na nią czeka. Powinna jak najszybciej wyjechać samochodem z garażu, bo inaczej Oliver spóźni się do szkoły.

Wzięła głęboki oddech i zacisnęła w dłoni kluczyki od samochodu.

Samochód Carstena stoi niedaleko, powinna go jakoś znaleźć w tych ciemnościach. Poczuła, że bluzka pod kurtką lepi jej się do ciała.

Zacisnęła zęby, zrobiła niepewny krok do przodu, a potem drugi.

Land rover stał na samym końcu, już prawie przy nim była. Mocno ściskała w dłoni kluczyki, stopniowo ogarniało ją uczucie ulgi.

Nagle znowu poczuła zapach benzyny. A może jej się zdawało?

Przekręciła głowę, żeby się upewnić, czy na pewno jest w garażu sama.

– Jest tam kto? – zawołała, chociaż instynkt jej podpowiadał, żeby siedziała cicho i nie ujawniała, gdzie się znajduje. W tym samym momencie usłyszała tamten dźwięk. Jakby coś powoli kapało na ziemię.

Wtedy ujrzała płomień. Chwilę później cały świat eksplodował, a na nią spadła chmura ognia i dymu.

Wtorek 30 kwietnia

Rozdział 2

MIEJSCE ZBIÓRKI wyznaczono przy Zajeździe w Sandhamn. Kiedy Julia przyszła tam z Norą, od razu puściła jej rękę. Ponad sto osób czekało, aż zacznie się przemarsz z pochodniami. Nora większość z nich znała, pozdrowiła kilku sąsiadów zajętych rozmową.

Wieczór był przyjemny, ale niezbyt ciepły. Po niezwykle mroźnej i długiej zimie nadal utrzymywał się chłód. Śnieg spadł już w listopadzie i leżał do kwietnia. Była to najdłuższa zima w Sztokholmie w ciągu ostatnich stu lat. Mróz skuł wodę lodem przy pomostach aż po samo dno, przejmujący chłód dokuczał mieszkańcom przez długie miesiące.

Nora zauważyła kątem oka, jak Adam i Simon biorą do ręki pochodnie i unoszą je w górę.

– Mamo, ja też chcę taką mieć – zawołała Julia, ciągnąc ją za rękę. Jasne włosy miała zaplecione w dwa cienkie warkoczyki, które wystawały jej zza uszu. Spoglądała na Norę z nadzieją w niebieskich oczach.

– Jesteś jeszcze za mała, żeby trzymać w ręce zapaloną pochodnię, córeczko – odparła Nora. – Musisz poczekać, aż będziesz taka duża jak twoi bracia.

Rozczarowana Julia zacisnęła usta, a Nora o mało nie wybuchnęła na ten widok śmiechem. Julia i Jonas mają wąskie górne wargi, które prawie natychmiast znikają, gdy któreś z nich wpada w złość. Twarz Julii odzwierciedlała różne stany – od złości po płacz. Górna warga wróciła na swoje miejsce i wyraźnie zaczęła drgać.

– Ja chcę pochodnię! – krzyknęła Julia, bijąc Norę po ręce.

– Ależ Julio! – zawołała Nora. – Tak nie wolno robić.

W tym momencie Adam podał Norze swoją pochodnię.

– Jeśli chcesz, mogę cię wziąć na barana – powiedział, po czym jednym ruchem poderwał Julię z ziemi i posadził ją sobie na barkach. Julia uśmiechnęła się z zadowoleniem i tym sposobem widmo katastrofy zostało zażegnane. Adam podszedł do kilku kolegów i wdał się z nimi w rozmowę, podczas gdy Julia zwisała mu na ramionach jak worek ziemniaków.

Nora obserwowała dwójkę swoich dzieci – najstarsze i najmłodsze – i czuła, jak przepełnia ją fala miłości. Wzruszyła się tak bardzo, że chociaż stała w tłumie ludzi, oczy zaszły jej łzami.

Kochane dzieciaki. Kochana Julia. Urodziłam córkę, jestem matką trojga dzieci.

Podszedł do niej Jonas i przerwał jej rozważania.

– Są tacy kochani – powiedział, po czym skinął głową Adamowi i Julii.

Nora pochyliła się ku niemu.

– On się czuje czasem taki dorosły – powiedziała.

Adam skończy niedługo drugą klasę liceum. Jest zwykłym hałaśliwym nastolatkiem, ale czasem potrafi się zamienić w troskliwego młodego mężczyznę.

– To dowodzi, że dla Simona też jest nadzieja – dodała.

– Nie byłoby to wcale takie złe.

Czy Jonas jest aż tak zmęczony Simonem? To do niego niepodobne, chociaż Simon nieustannie nadużywa ich cierpliwości. Promienny drobny chłopiec zamienił się z czasem w mrukliwego trzynastolatka, który większość czasu spędza przed telewizorem.

Ostatniej zimy Nora próbowała jakoś zgrać przekorę trzyletniej Julii z marudzeniem Simona. Nie było to takie proste i czasem się zastanawiała, czy nie jest już za stara, żeby się użerać z dziećmi.

– Chyba niedługo ruszymy? – zauważył Jonas, patrząc w kierunku kobiety ze Stowarzyszenia Przyjaciół Sandhamn, które zorganizowało pochód. Kobieta pełniła funkcję mistrza ceremonii. Przed chwilą wzięła do ręki megafon, żeby ogłosić początek uroczystości.

Jonas odwrócił głowę. Jego włosy nadal były brązowe, bez cienia siwizny. Tylko ja muszę stosować toning, pomyślała Nora, co znowu przypomniało jej o różnicy wieku. W tym roku Jonas skończy trzydzieści dziewięć lat, ona czterdzieści sześć.

Kobieta pełniąca funkcję mistrza ceremonii zaintonowała jakąś pieśń i pochód w końcu ruszył. Minął kawiarnię w Strindbergsgården i wszedł na teren starówki. Celem marszu była Fläskberget – plaża w północnej części wyspy, gdzie już niedługo zapłoną ogniska, aby w święto Walpurgii powitać nadejście wiosny.

Nora nadal trzymała w ręce pochodnię Adama. Uniosła ją wysoko nad głowę, żeby nikogo nie poparzyć. Uważała, że marsz przez ciasne uliczki ze stuletnią drewnianą zabudową był prawdziwym szaleństwem. Niewiele potrzeba, żeby wybuchł pożar. Jedyny wóz strażacki, jaki jest na wyspie, nie na wiele by się przydał. Ale cóż, tradycja to tradycja.

Kiedy dotarli do plaży, ognisko już płonęło. Ogień sycił się pochodniami, które uczestnicy marszu rzucili na stos. W błękitne niebo biły pomarańczowo-żółte płomienie. Daleko od brzegu po lśniącej jak lustro wodzie płynął biały statek obsługujący linię do Vaxholmu. Powietrze było czyste i rześkie.

– A teraz zaśpiewajmy razem z chórem piosenkę o nadejściu wiosny – zawołał starszy mężczyzna, który przejął mikrofon.

Nora zaczęła szukać wzrokiem Simona i po chwili dostrzegła go po drugiej stronie ogniska. Stał tam razem z kolegami. Pomachała mu, ale jej nie zauważył. W tym momencie do Nory i Jonasa podszedł Adam. Julia nadal siedziała mu na ramionach.

Nagle przy ognisku rozległ się trzask i do wody wpadł snop iskier. W granatowym mroku przypominały chmurę robaczków świętojańskich.

Julia wyciągnęła do Nory ręce, jakby chciała jej dać znak, że chce już zejść na ziemię. Nora wzięła ją na ręce i mocno objęła. Czuła ciepło bijące od małego ciałka, zapach jasnych, pięknych włosów.

Kochana Julia, pomyślała.

Jonas wziął Julię na ręce. Miała zmęczone oczy, do ust włożyła kciuk.

– Powinniśmy już chyba wracać – powiedział niezbyt głośno Jonas, spoglądając na ich willę stojącą kilkaset metrów od miejsca, w którym się znajdowali. Wyglądała jak latarnia morska na wzgórzu Kvarnberget.

Robiło się coraz ciemniej. W oknach na dolnej kondygnacji jaśniało ciepłe światło. Wychodząc z domu, zostawili kilka zapalonych lampek.

– Idź i nie czekaj na mnie – zaproponowała Nora. – Zobaczę, co z Simonem, i spytam, jak zamierza spędzić resztę wieczoru.

Od momentu, w którym widziała go ostatni raz, upłynęło trochę czasu. Przed południem Simon oznajmił jej ze stanowczą miną, że nadeszły nowe czasy i zamierza żyć z nimi w zgodzie. W zwykłe dni będzie wracał do domu o północy, w weekendy o pierwszej w nocy.

Nora nie chciała się na to zgodzić. Północ to zbyt późna pora jak na trzynastolatka. O wracaniu o pierwszej w nocy nie było w ogóle mowy. Na widok jej reakcji Simon od razu spochmurniał. Jeśli wszyscy jego koledzy mogą wracać do domu tak późno, to dlaczego on ma być wyjątkiem?

Nora próbowała go odnaleźć w blasku ogniska rozpalonego na skraju plaży. Zamieniło się w stos żaru, z którego wystawały pojedyncze, zwęglone gałęzie.

Simona nigdzie nie zauważyła, ale trochę dalej stała Eva Lenander, mama Fabiana, który był najlepszym kolegą Simona na wyspie. Eva czekała cierpliwie, aż jej czarny pudel Marco załatwi na skraju lasu swoją potrzebę. W ręce trzymała reklamówkę.

– Widziałaś chłopców? – spytała Nora.

Eva pokręciła głową.

– Chyba już poszli. Fabian wspomniał, że wybierają się do Richardsonów.

Nora dobrze ich znała, bo Richardsonowie też mieli syna w wieku Simona. Mieszkali koło kaplicy, kilka minut piechotą od ich willi.

– No cóż, w takim razie przynajmniej będę wiedziała, gdzie jest – powiedziała Nora.

Westchnęła i odgarnęła z czoła kosmyk włosów.

– Simon też mógł do mnie przyjść. Nic by mu się nie stało, gdyby mi wcześniej powiedział, dokąd się wybiera.

Eva się roześmiała. Dołek na jej lewym policzku zamienił się w głęboką zmarszczkę.

– A czy ty myślisz, że Fabian zachowałby się inaczej, gdybym go nie dorwała, zanim zniknął? Ostatnio niczego się nie mogę od niego dowiedzieć. Ciągle słyszę tylko niezadowolone burczenie i widzę skwaszoną minę.

Eva wypowiedziała te słowa z uśmiechem. Nora pocieszała się, że nie jest jedyną matką, która uważa, że jej nastoletni syn ma muchy w nosie.

– Słyszałaś ostatnie plotki? – spytała z nadzieją w głosie Eva.

Zimą obcięła włosy i trochę je rozjaśniła. Takie uczesanie bardzo pasowało do jej twarzy, bo podkreślało jej oczy, a nie zaokrąglone policzki.

Nora zastanawiała się gorączkowo, czy coś jej umknęło. Ostatniej wiosny rzadko bywała w Sandhamn, bo większość weekendów Simon spędzał na treningach z drużyną piłkarską.

– Ktoś zaczął się budować w Fyrudden – wyjaśniła Eva. – Nigdy byś nie zgadła, ile musiał zapłacić za działkę.

Nora nawet nie wiedziała, że duży fragment plaży w południowo-zachodniej części wyspy był wystawiony na sprzedaż.

– Domyślam się, że ty coś wiesz? – spytała. Z trudem powstrzymywała ciekawość, chociaż wolała tego po sobie nie pokazywać.

Eva uniosła ręce i rozstawiła szeroko palce.

– Tyle razy dwa – odparła i czekała na reakcję Nory.

– Dwadzieścia milionów? – zawołała Nora. – Nie żartujesz? Przecież to kupa forsy.

– Tak słyszałam. Wiem o tym z tak zwanego pewnego źródła.

– I kto tyle zapłacił?

– Nie znam ich nazwiska, ale to jacyś Szwedzi z zagranicy.

Jakżeby inaczej, pomyślała Nora.

– Z tego, co wiem, mieszkają w Londynie. Sprawa stała się głośna od ostatniej jesieni, chcą zbudować w Fyrudden ogromną chałupę. Koszty samej budowy też pewnie nie są takie małe. Podobno mają skończyć latem.

Nora skierowała wzrok w stronę starych rybackich szop stojących poniżej Kvarnberget. Przypomniały jej się czasy, gdy mieszkańcy wyspy musieli łowić ryby, żeby w ogóle mieć co włożyć do garnka. Szopy były przeznaczone do przechowywania sieci i sprzętu rybackiego. Większość z nich przerobiono z czasem na domki wypoczynkowe albo sauny. Zjawisko nie było nowe, ale ją nastrajało pesymistycznie.

– Czy to znaczy, że pani Sjöberg w końcu zmarła? – spytała Nora.

W Fyrudden nikt od dawna nie mieszkał. Wdowa, która była właścicielką działki, ostatnie dziesięć lat spędziła w szpitalu. W tym czasie jej stary dom podupadł. Ida Sjöberg musiała mieć w dniu śmierci ze sto lat.

– Tak – potwierdziła Eva. – To się stało zimą, rok temu. Do transakcji musiało dojść już wtedy, ale dopiero teraz sprawa wyszła na jaw. Ida zmarła bezpotomnie, więc największą korzyść odniosą dzieci jej rodzeństwa.

Rozmowę przerwał im Marco, który zdążył już obwąchać wszystko, co się dało, i teraz szarpał niecierpliwie za smycz. Nora zerknęła na zegarek.

– Muszę wracać – powiedziała, obejmując przyjaciółkę na pożegnanie. – Inaczej Jonas zacznie się o mnie niepokoić. Dobranoc. Jeśli przypadkiem zobaczysz mojego syna, przekaż mu, że ma wrócić do domu przed jedenastą.

Nad wyspą zaległy kompletne ciemności. Tylko na zachodzie, w miejscu, gdzie słońce skryło się za horyzontem, widać było lekką łunę. Niebo było całe rozgwieżdżone. Nora trzęsła się z zimna. Do domu wracała nadmorską alejką.

A więc Fyrudden zostało sprzedane… No cóż, kiedyś w końcu musiało do tego dojść. Działka była ogromna, jedna z największych na wyspie. No i to fantastyczne położenie – w południowej części. Dużą część nieruchomości stanowiła plaża. Cały teren miał oczywiście wielką wartość, chociaż cena wymieniona przez Evę wydawała się ogromna.

W dawnych czasach nie było mowy o grodzeniu działek. Dla wszystkich było oczywiste, że należy szanować stare obyczaje, co oznaczało, że każdy miał swobodny dostęp do wszystkich plaż.

Czy teraz też wolno będzie chodzić na spacery po plaży, sycąc oczy pięknym widokiem? Kto wie, na jaki pomysł wpadną nowi właściciele, gdy się tam urządzą.

Jedna rzecz wydaje się pewna: jeśli spróbują odgrodzić się od wszystkich płotem, aby chronić w ten sposób swoje życie prywatne, dojdzie do wojny.

Rozdział 3

THOMAS ANDREASSON dotknął ostrożnie ramienia Pernilli, która zasnęła na kanapie z głową na szerokim oparciu. Usta miała na wpół otwarte, ale nie chrapała, tylko co jakiś czas wydawała z siebie krótkie, chrapliwe westchnienia.

– Może lepiej połóż się do łóżka, zamiast spać przed telewizorem? – spytał Thomas, klepiąc ją po ramieniu. – Jest już prawie wpół do dwunastej. Dość długo spałaś.

– Jak się skończył film? – spytała Pernilla. Powoli otworzyła oczy, ziewnęła i przeciągnęła dłonią po swoich rudych, zmierzwionych włosach.

– Jak zwykle. Dobro zwyciężyło, a źli chłopcy dostali to, na co zasłużyli. Film nie miał żadnego umocowania w rzeczywistości.

Thomas wypowiedział to zdanie w formie żartu, ale czuł, że zabrzmiało dość ponuro. Pernilla usiadła na łóżku i pogłaskała go po policzku.

– Tak to odebrałeś? – spytała.

Thomas wiedział, że wiosną bardzo się o niego niepokoiła. Wzruszył ramionami. Po prostu tak mu się powiedziało, wcale się nad tym nie zastanawiał. Nie miał ochoty o tym rozmawiać, w każdym razie nie o tej porze.

– W takim razie chodźmy do łóżka – powiedziała Pernilla. Wstała z kanapy i znowu ziewnęła.

– Nie chce mi się spać. Idź sama, ja przyjdę później.

– Tylko nie siedź zbyt długo.

Pernilla otworzyła drzwi do pokoju Elin i zajrzała do środka. Thomas wiedział, że ich córka śpi spokojnie, bo kilka razy do niej zaglądał. Ten wieczny niepokój, że nocą może się zdarzyć coś złego… Że też ciągle o tym myśli.

Poszedł do kuchni i spojrzał przez okno. Niewielka latarnia rzucała cień na pomost i taflę wody, która wisiała nad morskim dnem jak lśniąca pokrywa.

To był spokojny wieczór, dzień Walpurgii. Zadzwoniła do nich Nora, żeby spytać, czy przypłyną do Sandhamn i też będą świętować, ale oboje z Pernillą postanowili zostać na wyspie Harö, a jeśli się da, przedłużyć pobyt o jakiś niewykorzystany urlop na dzieci, żeby Elin mogła się nacieszyć długim latem na szkierach. Jego rodzice wyjadą już w maju. Obiecali, że jeśli zajdzie taka potrzeba, zaopiekują się dzieckiem.

Właściwie powinien być w lepszym humorze. Długa, mroźna zima wreszcie się skończyła. Tymczasem wpadł w zły nastrój. Był zupełnie wypompowany z energii.

Podszedł do lodówki i wyjął chłodne piwo. Z butelką w ręce wrócił na kanapę, wziął pilota i zaczął skakać po kanałach. W końcu zatrzymał się na jakimś starym filmie akcji, który znał prawie na pamięć.

Właściwie nie ma powodów do narzekań. Jest szczęśliwy z Pernillą i wdzięczny losowi, że po rozwodzie przed ośmiu laty udało im się odbudować ich dawny związek. To, że potem urodziła im się Elin, było prawdziwym cudem, i to z wielu różnych względów.

Widzi ją każdego dnia i dziwi się jej obecnością w swoim życiu. Mimo to siedzi tu teraz i ma jakieś wątpliwości. No więc dobrze: dlaczego nie miałby być szczęśliwy?

W tym roku kończy czterdzieści sześć lat, wkrótce stuknie mu pięćdziesiątka, do emerytury zostanie mu jeszcze dużo czasu. Czy wytrwa tak długo w zawodzie inspektora policji kryminalnej?

Na samą myśl o tym, że ciągle ma do czynienia z ludzką głupotą i złem, odczuwał ból, który z czasem stał się prawie nie do zniesienia. Widział zrozpaczone rodziny i ofiary przestępstw, którymi trzeba się było zająć, a do tego musiał się użerać z cynicznymi adwokatami, którzy stawiali wygórowane żądania.

Piwo w ogóle mu nie smakowało. Wyłączył telewizor i wyjął z szafy kurtkę. Postanowił wyjść na świeże powietrze, żeby oczyścić umysł ze wszystkich myśli, które kłębiły mu się w głowie.

Na dworze od razu poczuł się trochę lepiej. Kilka razy głęboko odetchnął. Ruszył w stronę pomostu i zatrzymał się nad samą wodą.

Powleczone warstwą oleju deski pokrywała cienka warstwa rosy. Po przeciwnej stronie cieśniny widać było wyspę Storö i zarysy mola w Hagede, które o tej porze dnia tonęło w ciemnościach. Zimą można się tam dostać po lodzie.

Kilka tygodni temu pod dachami pojawiły się sople. W szczelinach nadal zalegały płaty śniegu. Jego aluminiowa łódź czeka na lepszą pogodę. Zwoduje ją dopiero za kilka tygodni. W tym roku wszystko odbywa się z opóźnieniem.

Przez cały czas powtarzał, że nie ma powodu się skarżyć.

Jego poprzednia partnerka w pracy, Margit Grankvist, dostała przed kilku laty awans na komisarza policji i objęła stanowisko naczelnika wydziału śledczego. Jego awansowała na szefa grupy śledczej, co oznaczało wyższą pensję i więcej papierkowej roboty. Szybko się okazało, że podwyżka nie zrekompensowała mu czasu, który musiał poświęcić na dodatkową pracę.

Współpraca z Margit układała się na gruncie wzajemnego zaufania. Margit dała mu wiele swobody i ufała jego opiniom. Mimo to ostatnie miesiące były ciężkie, bo przybyło im wiele trudnych spraw. Tymczasem z góry przez cały czas apelowano do nich o oszczędne gospodarowanie środkami.

Coś się w nim wypaliło. Rano, kiedy dzwonił budzik, z trudem wstawał z łóżka i z jeszcze większym trudem wychodził do pracy.

Czasem, gdy jechał na komendę, zastanawiał się, czy właśnie tak to będzie wyglądało do emerytury. Nie wiedział, skąd czerpać siły, żeby przetrwać kolejny dzień.

Odwrócił się, żeby spojrzeć na swój dom. Mieszkają w nim dwie najważniejsze osoby w jego życiu. Doszedł do wniosku, że szczęście mu jednak dopisało, ale nie odczuwał szczególnej radości.

Rozdział 4

CARSTEN SPOJRZAŁ na wyświetlacz telefonu i zobaczył, że ma nieodebrane połączenie z Rosji. Przed spotkaniem w banku wyciszył komórkę i później zapomniał ją włączyć. Teraz zrobiło się za późno, żeby oddzwonić. Jest po kilku kieliszkach alkoholu, które wypił w jednym z barów, a poza tym dochodzi północ, co oznacza, że w Moskwie jest środek nocy. Oddzwoni jutro.

Z telefonem w ręce wszedł do biblioteki i wypił małą szklaneczkę whisky. The Dalmore to jego ulubiony gatunek. Zasłużył na to. W banku wszystko poszło zgodnie z planem, jego prognozy prawdopodobnie się spełnią, a pożyczkę spłaci w październiku – tak jak ustalili.

Usiadł w miękkim skórzanym fotelu, który stał odwrócony w stronę szerokiego, panoramicznego okna. Kiedy wracał do domu, przestał padać deszcz. Teraz chmury się rozpierzchły, co stwarzało nadzieję na to, że ranek będzie słoneczny. Najwyższy czas, w kwietniu padało prawie każdego dnia.

W mieszkaniu panowała całkowita cisza. Celia, dzieci i ich opiekunka już spały. Jak ona ma na imię? Marianne? Nie, chyba jednak Maria. Nigdy nie był dobry w zapamiętywaniu ich imion. Takie dziewczyny rzadko zostają na dłużej.

Ale Maria była inna. Prawdziwie twarda sztuka. Nawet po wypadku w garażu szybko się pozbierała.

Wypadek…

Prawie smakował to słowo w ustach. Samochód uległ całkowitemu zniszczeniu, ale na szczęście nikomu nic złego się nie stało. Towarzystwo ubezpieczeniowe ustaliło, że powodem wybuchu była nietypowa usterka techniczna, która doprowadziła do samozapłonu zbiornika z paliwem. Nie stwierdzono udziału osób trzecich.

Przesunął czubkami palców po obitym skórą oparciu fotela.

Wiele osób interesowało się jego rosyjskim pakietem akcji. W innych interesach dochodziło do ostrych sporów… Co by zrobił, gdyby się okazało, że to nie wypadek?

Nie miał ochoty wracać do sprawy United Oil. Były takie noce, gdy nie wiedział, czy ruszy z miejsca. Zdarzały się ranki, gdy musiał coś wziąć, żeby w ogóle wstać z łóżka. Potem wydarzyło się tyle innych rzeczy.

Teraz jest już zupełnie innym człowiekiem. Od wielu lat nie musi nic brać, chociaż zawsze ma przy sobie działkę. Na wszelki wypadek.

Szklanka była pusta. Wstał z fotela i dolał sobie alkoholu.

Cała nadzieja w tym, że rzeczoznawcy z firmy ubezpieczeniowej mieli rację, bo to oznacza, że wybuch nie miał nic wspólnego z prowadzonymi przez niego interesami.

Maria pozbierała się po tym zdarzeniu i dalej opiekowała się Oliverem i Sarah. Co jakiś czas sprawdzał, czy rozmawia z nimi po szwedzku. Dzieci powinny znać jego ojczysty język i wiedzieć coś o swoim pochodzeniu, bo inaczej nie będą mogły rozmawiać z babcią.

To dlatego kupił tę działkę w Sandhamn. Tak sobie przynajmniej wmawiał, chociaż wiedział, że prawda jest inna. Oczami wyobraźni ujrzał twarz swojego ojca, ale od razu pozbył się tej myśli.

Po wielu staraniach udało mu się w końcu kupić duży teren. O tym, że do transakcji doszło, zadecydowały jak zwykle pieniądze.

Dyskusje właścicieli działki o tym, aby sprzedać ją komuś z miejscowych albo urządzić na tym terenie rezerwat przyrody, ustały w momencie, gdy sobie uświadomili, jak dużą kwotę im zaoferował. Kiedy w kancelarii prawniczej podpisywali akt notarialny, w oczach byłych właścicieli ujrzał chciwość. Już wiedzieli, że od tej pory będą mogli sobie pozwolić na wszystko.

Nocne niebo nad Londynem rozbłysło łuną świateł.

Przez pewien czas mieszkał w Nowym Jorku. Pracował w handlu i zajmował się operacjami walutowymi na rzecz jednego z amerykańskich banków inwestycyjnych. Było to na długo przedtem, zanim zaczął inwestować własne środki i zanim utworzył swój fundusz. Ale w Ameryce nigdy nie czuł się tak swojsko jak w Londynie.

Zaczął się zastanawiać, jaki kupi sobie samochód, gdy rosyjski element układanki znajdzie się na swoim miejscu. Pewnie jakiś sportowy wóz. Jeśli będzie chciał nim jeździć od wiosny, już teraz powinien się zapisać na listę oczekujących.

Nigdy wcześniej nie postawił tyle pieniędzy na jedną inwestycję. Plan był jednak genialny, a on od razu zrozumiał, że to jedyna szansa, aby zarobić naprawdę nieziemskie pieniądze.

Stało się tak dzięki jednemu z jego dawnych kolegów, z którym pracował w banku w Nowym Jorku. Anatolij Goldfarb spędził w Ameryce kilka lat, ale wrócił do Moskwy skuszony ofertą jednego z nowych rosyjskich banków inwestycyjnych, który zaoferował mu niezwykle atrakcyjne bonusy. Nie zerwali tej znajomości, co później bardzo mu się opłaciło.

Potrząsnął szklanką, aż kostki lodu zadźwięczały o ścianki.

Rosja to niestabilne państwo. W pełni zdawał sobie sprawę, co ryzykuje, robiąc interesy w dawnym Związku Radzieckim. Kluczowym osobom musiał solidnie „posmarować” i zapłacić ogromne pieniądze jako „procent”. Uznał jednak, że nic mu nie grozi, bo interesy robił ze specjalistą obeznanym z miejscową specyfiką. Wprawdzie nie do końca mu ufał, ale wierzył w jego chęć zarabiania pieniędzy.

Inwestycja związana z rosyjską firmą telekomunikacyjną rozpoczęła się od rozmowy telefonicznej, którą odbył z Anatolijem przed dwoma laty. Siedział wtedy tak jak teraz w bibliotece, ze szklaneczką whisky. Goldfarb spytał go, czy byłby zainteresowany zainwestowaniem w firmę, która wykazuje ogromny, a nawet niesamowity potencjał.

Jak to często bywa – bez względu na to, czy akcja dzieje się w Stanach, Szwecji czy Rosji – chodziło o kilku młodych, zdolnych inżynierów, którzy wpadli na genialny pomysł, jak zarobić pieniądze.

Dziesięć, piętnaście lat temu najważniejsze inwestycje na rosyjskim rynku dotyczyły jedynie ropy i gazu. To wtedy klejnoty z rosyjskiej korony zostały sprzedane za psie pieniądze. W pierwszym szeregu stali byli funkcjonariusze KGB, którzy z czasem stworzyli nową klasę złożoną z niewiarygodnie bogatych oligarchów.

Dzisiaj najważniejszy jest internet. W Rosji żyje sto czterdzieści milionów ludzi. Potencjał tego kraju wywołuje zawrót głowy. Globalne korporacje międzynarodowe – takie jak Google czy Facebook – nie zdołały sobie jeszcze wywalczyć w nim dominującej pozycji, tak jak to uczyniły w innych krajach.

Kilka dni po rozmowie z Anatolijem poleciał do Moskwy. Wiele dni spędzili na rozmowach z Siergiejem i Romanem, którzy na pomysł założenia firmy o takim profilu wpadli na uniwersytecie.

Biznesplan przestudiował na wszystkie możliwe sposoby. Spotkał się też z innymi członkami zarządu. Do kalkulacji podszedł krytycznie, ale w końcu dał się przekonać. Siergiej i Roman byli bez wątpienia mądrymi ludźmi, którzy za pomocą swoich komputerów potrafili wyczarować dosłownie wszystko.

Już wtedy wiedział, że rosyjscy programiści zaliczani są do najlepszych na świecie, a we wszystkich konkursach zajmują czołowe miejsca. Jednak tym razem chodziło o coś ważniejszego, a mianowicie o to, co napędza każdego człowieka: głód sukcesu, który on też odczuwał i który nim kierował. Siergiej i Roman chcieli dostać swój kawałek tortu, poczuć przesyt, który był zarezerwowany dla najbogatszych ludzi w Rosji. Zwłaszcza Siergiej, który wprost nie mógł się doczekać debiutu spółki na giełdzie. Ich pomysł wspierał GZ3 – rosyjski bank inwestycyjny cieszący się dobrą renomą. On posiadał w tym układzie dwadzieścia pięć procent akcji i był pewien, że debiut na giełdzie zakończy się sukcesem.

Już drugi raz wstał z fotela, żeby dolać sobie whisky.

Pomysł rosyjskich informatyków polegał na tym, aby stworzyć bezpieczną platformę płatniczą dla handlu w internecie, który w rosyjskim społeczeństwie dopiero kiełkował. Bezpieczne regulowanie płatności przez internet nadal stanowiło w Rosji poważny problem. W ostatnich latach powstało tam mnóstwo firm handlujących w internecie, ale klienci się wahali. Strach przed oszustwem był nadal dość powszechny.

Rozwiązanie zaproponowane przez KiberPay w pełni zapobiegało takim oszustwom. Kupujący mógł się czuć pewnie, ponieważ płatności dokonywano dopiero po dostarczeniu zamówionego towaru albo wykonaniu usługi.

Na dodatek wspomniane rozwiązanie techniczne oparte było na współpracy z telefonem komórkowym, co stanowiło klucz do sukcesu.

KiberPay stworzył system płatniczy dostępny dla tych wszystkich Rosjan, którzy nie posiadali kart kredytowych, ale mieli telefony komórkowe. Powstał w ten sposób bezpieczny kanał dostępny dla milionów klientów. Nowy system miał zrewolucjonizować cały rosyjski rynek, a być może także rynki innych krajów, na przykład afrykańskich.

Dodatkową zaletę stanowił fakt, że system umożliwiał dostęp do wielu danych osobistych, takich jak indywidualne numery telefonów czy customer preferences. Carsten od razu dostrzegł potencjał ukryty w bazie użytkowników. Po sprzedaniu lub udostępnieniu takich danych możliwości marketingowe stawały się wprost nieograniczone.

Wciągnął zapach unoszący się z wnętrza szklanki.

Po pierwszym spotkaniu nie potrzebował zbyt wiele czasu na podjęcie decyzji. Stanął przed niezwykłą szansą. Uznał, że taka inwestycja od ręki podwoi wartość funduszu.

Z pomocą Anatolija udało mu się załatwić wszystkie sprawy związane z inwestycją, w tym formalności prawne obowiązujące inwestorów zagranicznych. Jego adwokaci stworzyli w Guernsey docelową strukturę w postaci holdingu. Dzięki temu miał gwarancję, że zyski trafią do kraju stopniowo, przy minimalnych pomniejszeniach wynikających ze zobowiązań podatkowych.

W ciągu ostatnich dwóch lat prognozy związane z rosyjską spółką w pełni się potwierdziły, a nawet przekroczyły jego oczekiwania. Wszystko toczyło się zgodnie z planem. Za każdym razem, gdy liczył wzrost wartości, zaskakiwała go stała pozytywna tendencja. Przybywało im klientów, rosły przychody i zyski. Od września ich spółka będzie notowana na giełdzie, a wtedy to, co zainwestował, zwróci mu się z nawiązką.

To dlatego zwiększył swój risk exposure, gdy w styczniu zadzwonił Anatolij i zaoferował mu kolejny pakiet akcji. Okazało się, że jeden z pierwotnych inwestorów musi w krótkim terminie zmniejszyć swoje zadłużenie. Anatolij od razu do niego zadzwonił z pytaniem, czy byłby zainteresowany zwiększeniem swoich udziałów o kolejnych kilka punktów procentowych. Zbyt długo się nie zastanawiał, zwłaszcza że inni inwestorzy szybko zwęszyli, jak dobry interes można zrobić na KiberPay.

Kilka tygodni później nabył kolejne udziały w spółce. Tym razem jako prywatny inwestor. Co prawda stało to w sprzeczności z obowiązującymi zasadami, ale wcale go to nie zmartwiło. Zakupu dokonał za pożyczone pieniądze, oddając pod zastaw wszystko, co miał, ale wiedział, że to bezpieczna inwestycja. Pożyczkę musi zwrócić dopiero w październiku, więc od września, gdy spółka wejdzie na giełdę, będzie miał na to wystarczająco dużo czasu.

Zysk z prywatnej inwestycji trafi na jego konto za pośrednictwem jego własnej platformy. Potem już do końca życia nie będzie musiał pracować. Pożyczka w wysokości dwunastu milionów dolarów to zawrotna kwota, ale wiedział, że to życiowa szansa. Jesienią będzie niewyobrażalnie bogaty. Potem pieniądze Celii nie będą mu już potrzebne.

Czwartek 30 maja

Rozdział 5

NORA POZDROWIŁA strażnika siedzącego w dyżurce budynku przy ulicy Hantverkargatan, gdzie swoją siedzibę ma Biuro ds. Przestępstw Gospodarczych1. Przeciągnęła przez czytnik swoją kartę i otworzyła szklane drzwi. Przechodząc przez to miejsce, nie pierwszy raz poczuła się jak przestępca z więziennej fotografii.

Jej pokój na drugim piętrze tonął w promieniach słońca. Zapowiadał się spokojny dzień. Nie ma zaplanowanych spotkań, a do sądu wybiera się dopiero następnego dnia.

Ledwo odstawiła na biurko swoją czarną teczkę, rozległo się pukanie do drzwi. W progu stanął Åke Sandelin, prokurator rejonowy z I Izby Karnej Biura.

– Cześć – powiedział. – Masz kilka minut?

Kraciastą koszulę miał jak zwykle zapiętą pod samą brodę. Był bez krawata, co oznaczało, że on też nie wybiera się dziś do sądu. Jego czarne buty aż lśniły czystością. Nora ze wstydem popatrzyła na swoje mocno zużyte mokasyny.

Pokój, w którym urzędowała, nie był duży, mieściło się w nim biurko, dwa krzesła i dwa stoliki z jasnego drewna.

– Siadaj – odparła, wskazując mu jedno z krzeseł. Sandelin usiadł i założył nogę na nogę.

– Od jak dawna u nas pracujesz? – spytał swoim niezwykle głębokim głosem.

– Niech policzę… Przyszłam tutaj w sierpniu dwa tysiące dziesiątego, zaraz po urlopie wychowawczym.

Julia skończyła wtedy cztery lata, a jej trafiła się okazja podjęcia pracy na stanowisku prokuratora posiłkowego w Biurze ds. Przestępstw Gospodarczych. Wiosną, na rok przed narodzinami Julii, bank, w którym przepracowała dziesięć lat, rozwiązał z nią umowę o pracę za porozumieniem stron. Otrzymała sowitą odprawę, bardzo dobre świadectwo pracy i dyskretnie odeszła. Zgodziła się też nie zgłaszać na policji molestowania seksualnego przez poprzedniego szefa.

Czy postąpiła słusznie? Tego już nigdy się nie dowie. Postanowiła nie oddawać sprawy do sądu pracy i przyjęła propozycję ugody. Pieniądze, które otrzymała w ramach odprawy, pozwoliły jej przeczekać spokojnie aż do narodzin Julii.

– Czy praca w tym miejscu daje ci satysfakcję? – spytał Sandelin. Nora wzdrygnęła się na dźwięk jego głosu, bo myślami była przez chwilę gdzie indziej.

– Tak, i to o wiele większą, niż mogłabym się spodziewać. Ja naprawdę czuję, że robię coś, dzięki czemu ludziom żyje się lepiej – odparła z przekonaniem. Egzekwowała prawo i robiła to w najlepszym tego słowa znaczeniu, bez względu na fakt, jak banalnie by to zabrzmiało. – To dobrze, gdy człowiek zajmuje się czymś, co ma znaczenie, zamiast tracić energię i siły tylko po to, żeby pod koniec kwartału napisać nudne sprawozdanie. Podoba mi się, że nie mam tu do czynienia ze społeczeństwem konsumpcyjnym, że nie sprzedajemy szamponów albo pomadek do ust.

W oczach prokuratora pojawił się błysk zrozumienia. Nora domyśliła się, że Sandelin czuje to samo, co ona. Najważniejsze jest to, żeby każdy wierzył w to, co robi, pomyślała. Ciekawe, dlaczego zapomniała o tej prostej zasadzie, gdy pracowała w banku.

To był trudny okres w jej życiu. Zarząd banku próbował ją zmusić, żeby wyraziła zgodę na zawarcie wątpliwej umowy handlowej. Kiedy zaprotestowała, zaczęli ją lekceważyć, a potem poddali mobbingowi.

Krótko po jej odejściu wybuchł skandal, gdy jeden z prawników poznał prawdę o okolicznościach zdarzenia i o wszystkim powiadomił media. Do dzisiaj pamięta nagłówki gazet i zamieszanie, jakie ta sprawa wywołała. Jej dawny szef i jego zastępca musieli odejść z banku w poniżających okolicznościach. Na szczęście ona już tam wtedy nie pracowała.

– Chcę ci powiedzieć, że jesteśmy bardzo zadowoleni z twojej pracy – stwierdził Sandelin. – Twoje kwalifikacje i doświadczenie bardzo nam się przydały.

Prokurator zrobił przerwę i wyjął okulary w rogowych oprawkach. Źrenice nagle mu się powiększyły, stały się bardziej intensywne, czarne, wzrok miał przeszywający. W sądzie mu to pewnie w niczym nie przeszkadzało.

Nagle Sandelin szeroko się uśmiechnął i pochylił w jej stronę. Nora zrobiła instynktownie to samo.

– Rysuje się szansa na kolejny etat prokuratorski w I Wydziale. Byłabyś zainteresowana?

Ona? Samodzielnym prokuratorem? To ogromna szansa, dzięki której w jej życiu mogłaby się dokonać poważna zmiana. Oblała ją fala gorąca.

– Bardzo chętnie obejmę to stanowisko – odparła. – Naprawdę.

– No to załatwione – odparł z zadowoleniem Sandelin i oparł się wygodnie o krzesło. – Będziemy musieli wystąpić o zgodę do prokuratora generalnego i komisji do spraw zatrudnienia, ale myślę, że wszystko pójdzie gładko.

Powinnam zadzwonić do Jonasa, pomyślała Nora. Kupić butelkę wina i oblać z nim awans. Jonas ma jutro wolne, trochę bąbelków wieczorem na pewno mu nie zaszkodzi. Kolejny lot ma dopiero w sobotę.

– Obowiązują ogólne zasady – dodał Sandelin. – Przyjmiemy cię na kilkutygodniowy okres próbny, a formalnie zatrudnimy od pierwszego lipca.

Kiedy wstawał z krzesła, na jego twarzy nadal gościł ten sam uśmiech. Rozmowa dobiegła końca.

– Dziękuję za zaufanie – powiedziała Nora, wykonując w myślach dziki taniec radości.

Nora zamknęła teczkę z dokumentami sprawy, która miała się odbyć w sądzie następnego dnia. Jakiś drobny przedsiębiorca oszukiwał na podatkach i nie rozliczył się, jak należy, z podatku VAT. Znała tę sprawę bardzo dobrze i zamierzała wystąpić o wyrok skazujący.

Spojrzała na zegarek. Jonas przyjedzie po nią za pół godziny, tuż po szóstej.

– Dziś wieczorem idziemy świętować – powiedział, gdy pochwaliła się przed nim wspaniałą nowiną. – Chłopcy zaopiekują się Julią.

Nora spojrzała na komputer. Nie ma sensu brać się do czegoś nowego, bo zaraz i tak kończy pracę. Weszła na internetowe wydanie gazety „Dagens Nyheter” i zaczęła przewijać poszczególne działy. Jej uwagę przykuł artykuł o zamożnych Szwedach mieszkających za granicą. Od razu przypomniała sobie sprawę zakupu działki w Sandhamn i to, co Eva powiedziała jej o ludziach, którzy ją kupili.

Nie mogła się powstrzymać. Sięgnęła po myszkę i wpisała w Google hasło Fyrudden+Sandhamn.

Wyniki wyszukiwania pojawiły się na ekranie monitora w ułamku sekundy. Okazało się, że za kupnem działki stała formalnie spółka akcyjna. Nie było w tym nic dziwnego, bo Szwedzi, którzy przeprowadzili się do innych krajów, chętnie lokowali swoje majątki w takich spółkach, aby uniknąć obowiązku płacenia podatków w Szwecji.

Właściciel spółki za bardzo się nie wysilił i nazwał ją po prostu Fyrudden AB. W jednym z wyników wyszukiwania znajdowały się dane osoby, która tę działkę kupiła: Carsten Jonsson. Czyżby Duńczyk?

Odpowiedź na to pytanie Nora znalazła w bazie ewidencji ludności. Trochę się wstydziła, że grzebie w takim miejscu, ale ciekawość nie dawała jej spokoju.

Matka Carstena Jonssona miała na imię Kirsten i urodziła się w Kopenhadze, podczas gdy znacznie od niej starszy mąż był Szwedem i pochodził z miejscowości Rimbo położonej na północ od Sztokholmu. Ojciec Carstena był kapitanem statku, z czasem przeszedł do pracy w urzędzie celnym. Matka Carstena nadal żyła, jej mąż zmarł pod koniec lat dziewięćdziesiątych.

Lars Carsten Jonsson urodził się w tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym roku i miał trzydzieści osiem lat. Liceum kończył w Vallentunie, dyplom obronił w Wyższej Szkole Handlowej w Sztokholmie, po czym wyjechał do Stanów, żeby kontynuować naukę w Nowym Jorku.

Nora zaczęła szukać dalszych informacji na jego temat, ale wszystkie, które znalazła, dotyczyły transakcji w Sandhamn. Dopiero po dłuższym przeszukiwaniu internetu ustaliła, co robił przez pozostałe lata.

Po ukończeniu studiów pozostał w Nowym Jorku i podjął pracę w słynnym banku inwestycyjnym Morgan Stanley. Z czasem wrócił do Europy i osiadł w Londynie, gdzie pracował dla małego banku inwestycyjnego.

Ale i tam nie zagrzał zbyt długo miejsca.

Nora wywnioskowała, że założył fundusz i zajął się własnymi inwestycjami. To dość typowa ścieżka kariery wśród inwestorów kapitału wysokiego ryzyka. Ich Biuro przygląda się takim osobom prawie równie uważnie jak urzędy skarbowe.

Wzorcowy inwestor kapitału wysokiego ryzyka ma za sobą klasyczną ścieżkę kariery zawodowej: najpierw zdobywa gruntowne wykształcenie ekonomiczne, potem tyra za psie pieniądze w jakimś dużym banku inwestycyjnym w Nowym Jorku albo w Londynie, aż w końcu zaczyna inwestować własne pieniądze. Często dobiera sobie kilku wspólników, a wszystko to robi tylko w jednym celu: żeby się stać bardzo bogatym człowiekiem.

Najmłodsza córka króla Szwecji, Magdalena, wyjdzie wkrótce za mąż za inwestora, który ma podobną przeszłość.

Nora postanowiła też sprawdzić dane matki Jonssona, żeby ustalić, skąd wziął pieniądze.

Na podstawie jej oświadczeń podatkowych doszła do wniosku, że Carsten Jonsson nie wychowywał się w zbyt dostatnich warunkach. Vallentuna to nie miejsce, w którym mieszkają bogaci ludzie, a matka Jonssona żyła ze zwykłej, państwowej emerytury. Jego ojciec też im nic po sobie nie pozostawił. Może to oznaczać, że Jonssonowi wiodło się dobrze za granicą, bo inaczej nie byłoby go stać na zakup Fyrudden.

Kwota, którą wymieniła Eva, przyprawiła ją o zawrót głowy. Budowa ruszyła wiosną. Materiały budowlane dowożono na plac budowy bez przerwy. Za każdym razem, gdy przyjeżdżała na wyspę, słyszała skargi z tego powodu.

Po dalszych poszukiwaniach znalazła w internecie zdjęcie Jonssona. Prawdopodobnie zostało zrobione na angielskiej gali filmowej z okazji premiery kolejnego filmu o Jamesie Bondzie, bo w tle majaczyła tekturowa podobizna Daniela Craiga i tytuł filmu wypisany dużymi, czarnymi literami.

Jonsson miał na sobie dobrze skrojony smoking, był opalony i wyglądał na wysportowanego. Miał jasne włosy i zbyt długą grzywkę, która opadała mu na czoło. Biła od niego jakaś niecierpliwość, jak gdyby ciągle dokądś zmierzał i nie miał czasu, żeby ustawić się do zdjęcia. Patrząc na fotografię, Nora stwierdziła, że inaczej go sobie wyobrażała.

Jonssonowi towarzyszyła kobieta o ciemnych, falujących włosach ubrana w różową jedwabną sukienkę. Była szczupła, prawie chuda. Żona? Trudno to było stwierdzić, ale na jej lewym palcu lśnił pierścionek z diamentem. Poza tym w szczególny sposób trzymała Jonssona pod ramię.

Ładna para, pomyślała Nora. Jakoś nie potrafiła ich sobie wyobrazić w Sandhamn, gdzie typowym ubiorem są wyblakłe szorty albo dżinsy.

Przesunęła kursor na sam dół strony, ale więcej zdjęć nie znalazła. No cóż, inwestor, który obraca kapitałem wysokiego ryzyka i stroni od mediów, jest dzisiaj normą, zwłaszcza że gazety dość mocno atakują tę grupę zawodową.

Nora odwróciła głowę od ekranu. Sporo się dowiedziała o nowym mieszkańcu Sandhamn, więcej niż od Evy, która opowiedziała jej kilka plotek. Czy powinna się wstydzić, że tyle czasu poświęciła na grzebanie w sieci w poszukiwaniu informacji o nowym właścicielu działki? Być może, ale wiedza, którą zdobyła, też jest ważna, zwłaszcza w kontekście plotek krążących po wyspie.

Poza tym pominęła bazy, których przeglądanie jest nielegalne. Wszystko, czego się dowiedziała, znalazła w sieci albo w ogólnodostępnych zbiorach.

Mimo to kiedy wstała od biurka i wyłączyła komputer, zaczęły ją dręczyć wyrzuty sumienia. Czuła się tak, jak gdyby bez wiedzy sąsiada zaglądała przez okno do jego sypialni.

Biuro ds. Przestępstw Gospodarczych – (sv.Ekobrottsmyndigheten, EBM) – szwedzki urząd państwowy powołany 1 stycznia1998 do zwalczania przestępstw o charakterze gospodarczym. Biuro prowadzi badania w zakresie przestępczości gospodarczej, proponuje metody jej zwalczania, prowadzi działalność informacyjną oraz ściga przestępstwa gospodarcze. Działania Biura ukierunkowane są na prewencję. Biuro podlega Prokuratorowi Generalnemu, jednak pozostaje niezależne od prokuratur i innych organów ścigania. Posiada własny budżet i kieruje się tylko w części przepisami dotyczącymi szwedzkiej prokuratury. Szefa Biura powołuje rząd na wniosek Prokuratora Generalnego. Urząd zatrudnia około 400 osób: prokuratorów, policjantów, specjalistów z zakresu przestępczości gospodarczej oraz obsługę administracyjną (źródło: Wikipedia). [wróć]

Rozdział 6

THOMAS SZEROKO ZIEWNĄŁ. W tej samej chwili do jego pokoju zajrzała Margit.

– Jesteś zajęty? – spytała, machając plikiem papierów, które trzymała w ręce. – U nas na górze prawdziwe szaleństwo. Czasem jestem już taka zmęczona…

Odgarnęła z czoła niesforne kosmyki włosów i rzuciła na biurko plik wydruków. Thomas spojrzał na nie i na podstawie nagłówka na pierwszej stronie stwierdził, że pochodzą z Centralnego Urzędu Śledczego. Takie dokumenty rzadko zawierają dobre wiadomości. Twarz Margit tylko potwierdziła jego podejrzenia.

– Co się stało? – spytał, patrząc na stronę zatytułowaną „Metody efektywizacji pracy policji”.

– Przydzielono nam konsultanta do spraw efektywizacji pracy. Będzie nas obserwował, żeby… – zaczęła Margit, ale przerwała w pół zdania, żeby przewrócić kartkę na drugą stronę i odczytać na głos jej treść – …„zidentyfikować porównywalną liczbę, która może zostać użyta w rozwoju metodologii akcji policji państwowej w celu zabezpieczenia alokacji środków i zapewnienia kompetencji w sposób optymalny i skuteczny kosztowo”.

Margit odłożyła papiery i oparła się o krzesło.

– Czasem żałuję, że nie ma Starego. Nie musiałabym się męczyć z tym bajzlem.

– Z tego, co pamiętam, nikt cię nie zmuszał do zajęcia jego stanowiska, gdy przeszedł na emeryturę. – Thomas od razu pożałował, że to powiedział. Takie słowa nie poprawią Margit humoru. Poza tym nie do końca był pewien, czy poprzedni naczelnik wydziału śledczego, znany ze swego cholerycznego usposobienia, poradziłby sobie z tym wyzwaniem dużo lepiej. – Ile szkód może wyrządzić taki ekspert? – spytał, aby złagodzić wydźwięk wypowiedzianych przed chwilą słów.

– A jak myślisz, komu przypadnie w udziale zaszczyt zaopiekowania się tym palantem, gdy się u nas zjawi? – spytała Margit, jak gdyby nie usłyszała ostatniego pytania. Thomas od razu się domyślił, że to jego ma na myśli.

Dziękuję bardzo, pomyślał. Chętnie przydzieliłby do tego zadania Arama Gorgisa, który po awansie Margit został jego partnerem, ale wiedział, że Aram nie będzie zachwycony tą decyzją. Może Kalle Lidwall?

– Co sądzisz o Lidwallu? – spytał. – To urodzony dyplomata. Możemy śmiało oddać mu pod opiekę naszego gościa.

– To dobry pomysł – zgodziła się z pewnym wahaniem Margit.

Kalle Lidwall był młodszym inspektorem policji. Niedawno skończył trzydzieści sześć lat, ale z Thomasem współpracował od dawna. Być może dlatego, że Kalle był skromnym człowiekiem i nie robił wokół siebie zbyt wiele szumu. Nie był już jednak nowicjuszem, chociaż z wyglądu przypominał młodego komandosa piechoty morskiej. Głowę miał ostrzyżoną na jeża.

– Poza tym Kalle jest specjalistą od informatyki, więc bez problemu zdobędzie wszystkie niezbędne informacje – dodał Thomas, aby jeszcze bardziej podwyższyć Lidwallowi kwalifikacje.

Margit zdawała się zadowolona z tego wyboru.

– À propos… czy wiesz, o kim czytałam dzisiaj w gazecie? – spytała.

– O kim? – powiedział Thomas takim tonem, żeby nie zabrzmiało to zbyt ironicznie.

– O Eriku Blomie. To był długi artykuł o firmie ochroniarskiej, w której teraz pracuje. Nazywa się Eagle Security. Niedawno zawarli jakiś duży kontrakt z władzami Sztokholmu. Erik został dyrektorem wydziału, który zaopatruje sektor publiczny.

Thomas nie umiał określić, czy Margit jest pod wrażeniem tej informacji, czy raczej odnosi się do niej krytycznie.

– Wydaje mi się, że dopiero teraz jest zadowolony z życia – dodała Margit. – We włosach miał jeszcze więcej żelu niż zwykle, a jego zegarek musiał kosztować majątek.

Erik zawsze prowadził bardziej luźny tryb życia niż większość z nich. Nie dlatego, że był złym policjantem – po prostu lubił czerpać z życia pełnymi garściami.

Kiedy Erik odszedł, ich asystent, Karin Ek, oznajmił z troską w głosie, że wydział śledczy już nigdy nie będzie taki jak kiedyś. Ale Thomas bardzo dobrze wiedział, dlaczego ich szef postanowił odejść. Kilka lat wcześniej jego jedyna siostra zmarła na raka. Miesiąc po pogrzebie Erik przyszedł do jego pokoju. Był późny wieczór, wszyscy poszli już do domu.

„Życie jest zbyt krótkie” – wyjaśnił Thomasowi swoją decyzję o odejściu. – „Mam już dosyć narażania życia za śmieszne pieniądze albo wykłócania się o premie po kilkaset koron. Chcę mieć godne dochody, chcę podróżować i żeby mnie było stać na porządne mieszkanie”.

Thomas usłyszał wtedy w jego głosie lekkie drżenie. Zrozumiał, że przez Erika przemawia żałość.

„Zobacz tylko, jak skończyła Mimi” – powiedział Erik cichym głosem. – „Nigdy nie wiadomo, co czeka za rogiem”.

Margit wzięła z biurka plik papierów i wstała.

– W takim razie postanowione. Naszym ekspertem zaopiekuje się Kalle.

Margit wyszła z pokoju, a Thomas został przy komputerze. W uszach miał słowa Erika. Może to on podjął właściwą decyzję? Życie jest naprawdę krótkie i nieprzewidywalne.

Na ekranie monitora ujrzał swoje odbicie.

Włosy nadal są w większości jasne, co więcej, nie wypadają mu tak jak innym policjantom. Utrzymuje się w formie, regularnie trenuje i jest w dobrej kondycji. Za to skronie ma przyprószone siwizną, podobnie jak zarost na brodzie. Zmarszczki na czole też są coraz głębsze.

Mam dopiero czterdzieści sześć lat, pomyślał i od razu zadał sobie pytanie, dlaczego tak to sformułował. Niedługo stuknie ci pięćdziesiątka, podpowiadał mu szeptem inny głos.

„Chcę zacząć nowe życie” – powiedział Erik.

Ja też, dodał w myślach Thomas.

Rozdział 7

CELIA POPROSIŁA Marię, żeby wzięła Sarah i pojechała z nią odebrać Olivera ze szkoły. Tłumaczyła się bólem głowy, chociaż wcale nie musiała tego robić.

Maria bardzo dobrze radzi sobie z dziećmi. Nawet za dobrze.

Za kilka lat Oliver pójdzie do szkoły z internatem, więc ktoś powinien go do tego przygotować, póki jeszcze jest czas. Niestety, Oliver ją męczy, nie radzi sobie z jego paplaniem i niezliczonymi pytaniami, bo wszystkie jej myśli krążą wokół Carstena i sposobu, w jaki ją traktuje.

Widok błagalnej miny Olivera, gdy prosi ją, aby poświęciła mu trochę uwagi, po prostu ją przerasta. Lepiej więc, żeby zajmowała się nim Maria. Dzięki temu Oliver nie będzie rozczarowany własną matką.

Weszła do sypialni i zaciągnęła ciężkie aksamitne zasłony, przez co pokój zamienił się w ciemną jaskinię. Potem przyniosła z łazienki opakowanie Sobrilu. Wiedziała, że nie wolno go jej zażywać, ale nie mogła się powstrzymać. Wcale nie traktowała tego w kategorii nadużywania leków. Zależało jej tylko na tym, aby choć na chwilę uśmierzyć ból.

Położyła się na łóżku i podciągnęła miękki koc pod brodę. Zdobyła go kiedyś w Harrodsie, to prawdziwy kaszmir. Świetnie pasuje do kolorystyki wyposażenia pokoju, do szampana i bordeaux.

Od pewnego czasu jej głowę zaprząta tylko jeden temat: letni dom Carstena w Sandhamn.

Sandhamn. Nazwa wyspy też nie kojarzy jej się najlepiej.

Mogli kupić willę w południowej Francji, tak jak zrobiło to wielu ich znajomych, ale Carsten nie dał się przekonać i zainwestował mnóstwo pieniędzy w małą wysepkę na Bałtyku. Kiedyś znalazła na biurku umowę kupna-sprzedaży, którą Carsten zapomniał schować. Kwotę transakcji przeliczyła na funty, a gdy zrozumiała, ile pieniędzy wydał, doznała szoku.

Carsten nie uznał nawet za stosowne, żeby wyjaśnić jej swoje motywy. Powiedział tylko, że dzieci powinny mieszkać w Szwecji i uczyć się języka. A przecież mogłyby to robić w inny sposób.

Oglądała zdjęcia z budowy. Ich nowy dom stanie przy piaszczystej plaży, w pewnym oddaleniu od innych zabudowań. Za nim rośnie gęsty las sosnowy. W pobliżu nie ma sąsiadów, a do centrum jest kilka kilometrów. Na wyspie nie ma nawet samochodów – są tylko rowery.

Od samego początku była przeciwna temu pomysłowi, ale jak zwykle stało się zgodnie z jego wolą.

Połknęła tabletkę i od razu pożałowała, że nie wzięła podwójnej dawki. Gdyby to zrobiła, złe myśli nie miałyby do niej dostępu.

Zawsze robi to, o co Carsten ją prosi. Dla niego nauczyła się nawet szwedzkiego, ale jemu to nie wystarczyło. Wie, że ma inne kobiety, przecież nie jest aż tak głupia. Domyśla się, jak wyglądają te jego biznesowe kolacje, na które tak chętnie chodzi. Do domu wraca późną nocą i pachnie perfumami.

Kiedyś poszła zrobić w tajemnicy testy, bo bardzo się bała, że mógł coś złapać od którejś z tych kobiet i zarazić ją jakąś chorobą. Na samą myśl o tym, jak bardzo było to dla niej poniżające, nadal robiło jej się niedobrze.

Skuliła się pod kocem.

Przez ostatnie pół roku Carsten bardzo często jeździł do Rosji, ale gdy wracał do domu, nie chciał z nią rozmawiać o żadnych szczegółach. Powiedział tylko, że chodzi o inwestycje. To musiało jej wystarczyć.

Bała się, że poznał tam jakąś kobietę. Krążą pogłoski o pięknych Rosjankach utrzymywanych przez bogatych zachodnich cudzoziemców. Im częściej Carsten rozmawiał wieczorami przez telefon, tym bardziej ją to niepokoiło.

Zastanawiała się nawet, czy nie powinna o tym porozmawiać z ojcem, spytać go, czy wie coś o rosyjskich inwestycjach, które są stałym usprawiedliwieniem dla jej męża. Wiedziała jednak, że gdyby Carsten się o tym dowiedział, wpadłby we wściekłość. A przecież stosunki między nim a jej ojcem i tak są już wyjątkowo napięte.

Kiedyś wierzyła, że kapitał, który ojciec za jej namową zainwestował w fundusz Carstena, stanie się fundamentem ich związku. Tymczasem doszło między nimi do głębokich pęknięć. Carsten uzależnił się finansowo od jej rodziny, a bardzo źle znosi takie uzależnienia.

Oczy zaszły jej łzami. Zanim spotkała Carstena, nigdy nie kochała innego mężczyzny. Poznała go na weselu u znajomych. Przetańczyli całą noc, a ona od razu wiedziała, że czekała właśnie na niego.

Potem starał się pokazać, że o nią walczy, chociaż jej rodzice nie mieli wątpliwości i próbowali ją nakłonić, żeby z nim zerwała.

– Nigdy nie pozwolę ci odejść – oznajmił poważnym tonem Carsten, gdy mu opowiedziała, jak sprawy się mają.

Oświadczył jej się z zaskoczenia, ale dzięki temu wydał jej się jeszcze bardziej atrakcyjny.

Kiedy w końcu stanęli przed ołtarzem i wzięli się za ręce, była przekonana, że jej rodzice byli w błędzie. To był najszczęśliwszy dzień w jej życiu. Teraz woli nie dopuszczać do siebie myśli, że to oni mieli przez cały czas rację.

Ostrzegali ją, żeby nie wychodziła za kogoś, kto wywodzi się z innej klasy. Bali się, że Carstena bardziej interesują ich pieniądze i znajomości niż ona.

Za nic by się im nie przyznała, jak źle się działo między nimi. Musi zacisnąć zęby i zrobić wszystko, żeby ich małżeństwo przetrwało.

Po policzku spłynęła jej łza. Może Sandhamn coś zmieni? Może latem znowu się odnajdą? Staną się na powrót jedną rodziną? Tak bardzo by chciała, żeby Carsten znowu patrzył na nią takim wzrokiem jak kiedyś.

I żeby dzieci rzucały się na szyję jej, a nie Marii.

Rozdział 8

– KOCHANIE, WRÓCIŁAM – zawołała Pernilla, zatrzaskując za sobą drzwi.

Co ona taka zadowolona, pomyślał Thomas z kuchni, gdzie zmywał naczynia po kolacji. On i Elin zjedli sami, bo Pernilla miała wieczorem jakieś spotkanie.

– Dzień dobry, kochanie – powiedział, całując ją w usta. – Zjesz coś? Zostało trochę zupy gulaszowej.

– Wolałabym się napić wina – odparła Pernilla, uśmiechając się do niego szeroko. – Nigdy nie uwierzysz, co mnie dzisiaj spotkało. Wyobraź sobie, że dostałam propozycję awansu. Fantastyczna praca. To dlatego się spóźniłam. Myślałam, że chodzi o zwykłe spotkanie z ważnym klientem, a tymczasem zaproponowali mi stanowisko brand managera na całą Skandynawię. Będzie mi podlegał czteroosobowy zespół, dostanę wysoką pensję i samochód służbowy do własnego użytku.

Thomas nadal stał w przedpokoju ze ściereczką w ręce. Kiedy Pernilla skończyła, przyciągnął ją do siebie i mocno objął.

– Gratuluję – powiedział. – Musimy to jakoś uczcić. Zaraz otworzę butelkę.

Do przedpokoju wbiegła Elin. Pernilla wzięła ją na ręce i uniosła w górę. Dziewczynka jak zwykle wbiła jej nosek w szyję. Włosy miała w lekkim nieładzie.

– Witaj, córeczko. Czy wiesz, że twoja mamusia jest dzisiaj bardzo szczęśliwa?

Thomas poszedł do kuchni.

– Białe czy czerwone? – zawołał przez ramię.

– Obojętnie. A jakie mamy?

Thomas znalazł na górnej półce spiżarni dwie butelki czerwonego wina. Jedno z nich – merlot – należało do ulubionych gatunków Pernilli.

Kiedy wyciągał korek z butelki, słyszał, jak Pernilla rozmawia w przedpokoju z Elin. Była wprost uszczęśliwiona, słowa płynęły jej z ust. On też się cieszył jej szczęściem. Była zdolna, ciężko pracowała i zasłużyła na taką szansę. Teraz, gdy Elin jest trochę starsza, Pernilla będzie mogła poświęcić na pracę więcej czasu.

– Coś się zacięło? – zażartowała Pernilla, wskazując na butelkę, którą Thomas nadal trzymał w ręce. Otworzyła szafkę i wyjęła z niej dwa kieliszki. – Zostaw to zmywanie, dokończymy później. Posiedzimy trochę na balkonie. Wieczór jest piękny, a na dworze nadal ciepło.

Przeszli przez salon, gdzie na podłodze przed telewizorem siedziała Elin. Dziewczynka oglądała ostatni tego wieczoru program dla dzieci.

Ich dom powstał na przełomie XIX i XX wieku i stał w samym sercu dzielnicy Södermalm. Zbudowano go z cegły, jak większość okolicznych budynków. Balkon był mały, ale udało się na nim zmieścić dwa ratanowe krzesełka i niewielki stolik. Na betonowej posadzce leżała ciemnobrązowa kratownica.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki