Wydawca: Pascal Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 310 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W cieniu tamtych dni - Magdalena Majcher

Mikołaj nigdy nie miał prawdziwej rodziny - matka wyjechała za granicę, kiedy miał kilka lat a ojca nigdy nie poznał. Wychowała go babcia, Emilia - jedyna osoba, która jest mu naprawdę bliska. Kiedy jednak chłopak odkrywa na strychu tajemniczą szkatułkę, okazuje się, że tak naprawdę nic o niej nie wie. Opaska z Powstania Warszawskiego i listy, które nigdy nie zostały wysłane stają się kluczem do poznania tajemnicy, kładącej się cieniem na losach całej jego rodziny

Co wydarzyło się w życiu Emilii w sierpniu 44?

Kim jest tajemniczy Krzysztof, do którego skierowane były listy?

Wielka miłość, tragiczna historia i tajemnica, której nie można dłużej ukrywać

 

Opinie o ebooku W cieniu tamtych dni - Magdalena Majcher

Fragment ebooka W cieniu tamtych dni - Magdalena Majcher

Au­tor: Mag­da­le­na Maj­cher

Re­dak­cja: Mag­da­le­na Bin­kow­ska

Ko­rek­ta: Zu­zan­na Wie­rus

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: Ka­ta­rzy­na Bor­kow­ska

Skład: IMK

Zdję­cia na okład­ce: Ri­chard Tu­sch­man/Tre­vil­lion Ima­ges, ma­re­kusz/Shut­ter­stock

Re­dak­tor pro­wa­dzą­ca: Agniesz­ka Gó­rec­ka

Re­dak­tor na­czel­na: Agniesz­ka Het­nał

© Co­py­ri­ght by Mag­da­le­na Maj­cher

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pas­cal

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Żad­na część tej książ­ki nie może być po­wie­la­na lub prze­ka­zy­wa­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy, za wy­jąt­kiem re­cen­zen­tów, któ­rzy mogą przy­to­czyć krót­kie frag­men­ty tek­stu.

Biel­sko-Bia­ła 2018

Wy­daw­nic­two Pas­cal sp. z o.o.

ul. Za­po­ra 25

43-382 Biel­sko-Bia­ła

tel. 338282828, fax 338282829

pas­cal@pas­cal.pl

www.pas­cal.pl

ISBN 978-83-8103-351-0

Przygotowanie eBooka: Jarosław Jabłoński

Pa­mię­ci po­wstań­ców i cy­wi­lów po­le­głych w War­sza­wie

W hi­sto­rii nie cho­dzi o daty, miej­sca i woj­ny. Cho­dzi o lu­dzi.

Jodi Pi­co­ult, To, co zo­sta­ło

Pro­log

ZOD­DA­LI DO­CIE­RA­ŁY DO NIEJ OD­GŁO­SY WAL­KI. Wie­dzia­ła, że to nie jest do­bry znak. Znaj­do­wa­ła się w sa­mym środ­ku tra­gicz­nych wy­da­rzeń, któ­re mia­ły się za­pi­sać w hi­sto­rii sto­li­cy jako je­den z naj­trud­niej­szych mo­men­tów w jej dzie­jach. Była tak bli­sko, a jak­by da­le­ko. Czy to już? Czy wła­śnie te­raz przyj­dzie jej do­łą­czyć do ty­się­cy mło­dych dziew­cząt i chłop­ców, któ­rzy od­da­li ży­cie za wol­ność War­sza­wy? Nie bała się śmier­ci. Oswo­iła ją. Pa­trzy­ła jej w oczy każ­de­go dnia.

Sta­re Mia­sto bro­ni­ło się reszt­ka­mi sił przed na­po­rem hi­tle­row­ców wście­kłych z po­wo­du – jak to na­zy­wa­li – wy­stęp­ku, ja­kie­go do­pu­ści­li się po­lni­sche Ban­di­ten, a Mila to­czy­ła we­wnętrz­ną wal­kę ze sła­boś­cia­mi wła­sne­go or­ga­ni­zmu. W tam­te sierp­nio­we dni prze­ko­na­ła się, że to samo cia­ło może w du­żym stop­niu ogra­ni­czać moż­li­wość prze­ży­cia, do­po­mi­na­jąc się o ta­kie luk­su­sy jak sen, czy­sta woda i zmia­na opa­trun­ku. Na prze­mian to tra­ci­ła, to od­zy­ski­wa­ła przy­tom­ność. Ni­g­dy na­wet nie my­śla­ła, że kie­dyś z upra­gnie­niem bę­dzie wy­cze­ki­wać po­twor­ne­go huku ko­lej­nych bomb spa­da­ją­cych na za­bu­do­wa­nia Sta­re­go Mia­sta, bo tyl­ko, gdy do­cie­ra­ły do niej ta­kie od­gło­sy, wie­dzia­ła, że jesz­cze żyje i nie zna­la­zła się ani w nie­bie, ani w pie­kle, bo na­wet tam nie mo­gło być go­rzej niż w ostat­nie dni sierp­nia czter­dzie­ste­go czwar­te­go roku w War­sza­wie.

Ból stał się czę­ścią jej co­dzien­no­ści. Dzię­ki nie­mu wie­dzia­ła, że żyje. Mu­sia­ła od­na­leźć Krzy­sia. Tyl­ko to się dla niej li­czy­ło. Myśl o nim po­zwa­la­ła jej prze­trwać naj­gor­sze chwi­le. Mimo że nikt nie miał o nim wia­do­mo­ści od kil­ku­na­stu dni, co mo­gło ozna­czać wła­ści­wie tyl­ko jed­no, wie­rzy­ła, że jest cały i zdro­wy i tyl­ko cze­ka na sy­gnał od niej. Mia­ła mu tyle do opo­wie­dze­nia…

Myśl o Krzysz­to­fie skie­ro­wa­ła jej wy­cień­czo­ny nie­usta­ją­cą wal­ką umysł na wła­ści­we tory. Dziec­ko. Mu­sia­ła prze­żyć, aby mo­gło się uro­dzić. Myśl o nim była jej ostat­nią de­ską ra­tun­ku.

Roz­dział 1

DŹWIĘK JEGO KRO­KÓW OD­BI­JAŁ SIĘ ECHEM OD ŚCIAN DŁU­GIE­GO KO­RY­TA­RZA. Cał­kiem moż­li­we, że gdy­by zna­lazł się w tym bu­dyn­ku w bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach, nie wy­dał­by mu się sie­cią po­łą­czo­nych la­bi­ryn­tów, lecz, nie­ste­ty, w stre­sie nie po­tra­fił od­na­leźć wła­ści­we­go blo­ku. Męż­czyź­ni z re­gu­ły nie lu­bią przy­zna­wać, że za­błą­dzi­li, a py­ta­nie o dro­gę przy­cho­dzi im trud­niej niż po­pro­sze­nie uko­cha­nej o rękę, nie­mniej jed­nak Mi­ko­łaj nie miał cza­su na błą­dze­nie bez celu, więc w koń­cu za­cze­pił ja­kąś blon­dyn­kę w ki­tlu i po­zwo­lił jej nie­co po­ha­ra­tać swo­je ego.

– Prze­pra­szam, któ­rę­dy na od­dział chi­rur­gii?

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na nie­go po­błaż­li­wie i dość nie­chęt­nie wy­tłu­ma­czy­ła mu, do­kąd ma się udać. Pięć mi­nut póź­niej stał już przed salą cho­rych, w któ­rej – jeś­li wie­rzyć le­ka­rzo­wi, któ­ry dzwo­nił do nie­go rano – ocze­ku­jąc na ope­ra­cję, le­ża­ła jego bab­cia. Wcią­gnął gło­śno po­wie­trze i de­li­kat­nie po­pchnął drzwi. Był pe­wien, że tra­fił we wła­ści­we miej­sce, gdy tyl­ko usły­szał pe­łen pre­ten­sji głos uko­cha­nej sta­rusz­ki. Bab­cia mo­gła być nie­usa­tys­fak­cjo­no­wa­na oczy­wi­ście tyl­ko z jed­ne­go po­wo­du. Na co dzień była ra­czej za­do­wo­lo­ną z ży­cia star­szą pa­nią, a zło­ści­ła się tyl­ko wów­czas, gdy skoń­czy­ły jej się pa­pie­ro­sy lub gdy ktoś ośmie­lił się zwró­cić jej uwa­gę, że gdzieś nie moż­na pa­lić. Bab­cia uwa­ża­ła, że to skan­dal. Lu­dzie je­dli, pili, a na­wet żuli gumę do­słow­nie wszę­dzie, a ko­muś mógł prze­szka­dzać dym?!

– Ależ dro­gie dziec­ko! – Ła­god­nie, choć nie bez iry­ta­cji, pró­bo­wa­ła przed­sta­wić swo­je sta­no­wi­sko mło­dej pie­lę­gniar­ce, któ­ra przy­glą­da­ła jej się z nie­kry­tym prze­ra­że­niem. – Two­ich ro­dzi­ców nie było jesz­cze na świe­cie, kie­dy ja za­pa­li­łam pierw­sze­go pa­pie­ro­sa. Mam do­brze po­nad dzie­więć­dzie­siąt lat, palę od sie­dem­dzie­się­ciu, czu­ję się wy­śmie­ni­cie, a ty śmiesz mó­wić mi, że nie mogę so­bie za­pa­lić. Je­stem ży­wym do­wo­dem na to, że pa­pie­ro­sy nie szko­dzą zdro­wiu.

Mi­ko­łaj chrzą­kał nie­śmia­ło, czym zwró­cił na sie­bie uwa­gę. Pie­lę­gniar­ka ode­tchnę­ła z ulgą, szu­ka­jąc w nowo przy­by­łym ra­tun­ku. Naj­wy­raź­niej nie po­zna­ła się jesz­cze na jego bab­ci, sko­ro li­czy­ła, że jest on w sta­nie co­kol­wiek wskó­rać.

– Dziec­ko ty moje – zwró­ci­ła się do nie­go Emi­lia. Mó­wi­ła tak do każ­de­go, nie­waż­ne, czy był z nią spo­krew­nio­ny, czy nie. – Ta mło­da dama nie ro­zu­mie, że ja po pro­stu mu­szę za­pa­lić.

– Bab­ciu, jak by to po­wie­dzieć… W szpi­ta­lu obo­wią­zu­je za­kaz pa­le­nia, oba­wiam się więc, że bę­dziesz mu­sia­ła chwi­lo­wo za­po­mnieć o dym­ku – bąk­nął, pró­bu­jąc wy­ba­wić z opre­sji zde­ner­wo­wa­ną pie­lę­gniar­kę. 

– Et tu, Bru­te, con­tra me? – Emi­lia zmru­ży­ła oczy, a Mi­ko­łaj po­czuł, że cała jego od­wa­ga od­pły­wa. – No do­brze, pa­nien­ce już po­dzię­ku­je­my. – Mach­nę­ła ręką, co pie­lę­gniar­ka przy­ję­ła z nie­ma­łym za­sko­cze­niem. – Mu­szę po­roz­ma­wiać z wnu­kiem.

Dziew­czy­na wy­szła ura­żo­na, a Mi­ko­łaj na chwi­lę prze­pro­sił bab­cię i wy­biegł za nią. Gdy ją do­go­nił, mam­ro­ta­ła coś pod no­sem i z nie­do­wie­rza­niem krę­ci­ła gło­wą.

– Prze­pra­szam… – wy­szep­tał nie­wy­raź­nie, a ona chy­ba bar­dziej wy­czu­ła jego obec­ność, niż go usły­sza­ła. Spoj­rza­ła na nie­go z za­in­te­re­so­wa­niem. – Pro­szę się nie gnie­wać na bab­cię. Ona jest tro­chę… spe­cy­ficz­na i pali jak smok, od­kąd tyl­ko pa­mię­tam. W gło­wie mam taki ob­ra­zek z dzie­ciń­stwa: bab­cia sie­dzi na we­ran­dzie swo­je­go domu i od­pa­la jed­ne­go pa­pie­ro­sa od dru­gie­go. – Na­gle zro­zu­miał, że odro­bi­nę się za­ga­lo­po­wał. Pie­lę­gniar­ki praw­do­po­dob­nie nie in­te­re­so­wa­ły jego wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa, a on od za­wsze sta­now­czo za dużo mó­wił, żeby ukryć swo­je za­kło­po­ta­nie. – W każ­dym ra­zie pro­szę nie brać jej uwag do sie­bie. To na­praw­dę bar­dzo kul­tu­ral­na star­sza pani, tyl­ko wście­ka się, kie­dy nie może za­pa­lić.

Czy one nie mają cza­sem obo­wiąz­ku no­sze­nia iden­ty­fi­ka­to­ra z imie­niem i na­zwi­skiem? Pró­bo­wał doj­rzeć pla­kiet­kę, jed­nak nie za­uwa­żył ni­cze­go, co mo­gło­by mu po­móc zi­den­ty­fi­ko­wać ko­bie­tę, któ­rą w my­ślach już na­zwał Bez­i­mien­ną. Dziew­czy­na wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, zdo­by­ła się na wy­mu­szo­ny uśmiech, któ­ry Mi­ko­łaj zin­ter­pre­to­wał jako ko­mu­ni­kat w sty­lu „spie­przaj stąd”, i bez sło­wa od­da­li­ła się w so­bie tyl­ko zna­nym kie­run­ku.

Wró­cił do sali, w któ­rej bab­cia, mimo zła­ma­nej szyj­ki ko­ści udo­wej pró­bo­wa­ła wstać z łóż­ka, i, jak przy­pusz­czał, zna­leźć ustron­ne miej­sce na dym­ka.

– Bab­ciu, co ty wy­ra­biasz?! – za­py­tał z prze­ra­że­niem, pod­cho­dząc do Emi­lii i pró­bu­jąc ją uło­żyć z po­wro­tem na łóż­ku. Na nic się jed­nak zda­ły jego sta­ra­nia – zro­bi­ła cał­kiem zgrab­ny unik i już po chwi­li zno­wu wsta­wa­ła.

– Aaaa! – krzyk­nę­ła na­praw­dę gło­śno, co zna­czy­ło, że pró­ba oka­za­ła się bo­le­sna. Bab­cia Emi­lia ni­g­dy nie wrzesz­cza­ła ot tak, bez po­wo­du. Jako dziec­ko Mi­ko­łaj przy­pusz­czał, że sta­rusz­ka ma coś wspól­ne­go z su­per­bo­ha­te­ra­mi, któ­rych oglą­dał na ekra­nie te­le­wi­zo­ra pa­mię­ta­ją­ce­go jesz­cze cza­sy Gier­ka.

– Co się sta­ło?

Mi­ko­łaj był bled­szy niż bia­łe szpi­tal­ne ścia­ny, bab­cia jed­nak nie za­mie­rza­ła tra­cić cza­su na udzie­la­nie mu od­po­wie­dzi. Na­łóg wzy­wał. Nie­zno­szą­cym sprze­ci­wu ge­stem wska­za­ła sto­ją­cy w rogu sali wó­zek.

– Bab­ciu, my­ślę, że to nie jest do­bry po­mysł… – Po­krę­cił gło­wą, zmie­rza­jąc w kie­run­ku wóz­ka. Z dwoj­ga złe­go wo­lał za­wieźć bab­cię do pa­lar­ni, o ile ta­ko­wa w ogó­le w szpi­ta­lu ist­nia­ła, niż po­zwo­lić, aby pod­ję­ła ko­lej­ną pró­bę sa­mo­dziel­ne­go wsta­nia z łóż­ka.

Wszyst­ko po­szło za­dzi­wia­ją­co spraw­nie i już kil­ka mi­nut póź­niej Mi­ko­łaj po­cił się ze zde­ner­wo­wa­nia przed dam­ską to­a­le­tą, w któ­rej bab­cia od­da­wa­ła się na­ło­go­wi. Po­sta­wi­ła wnu­ka na cza­tach, a jego nie­po­kój wy­ni­kał głów­nie z fak­tu, że nie za­pa­mię­tał, ja­kim taj­nym ge­stem ma ją po­wia­do­mić, gdy­by zbli­żał się ktoś z per­so­ne­lu.

Na szczę­ście nikt nie na­krył po­nad dzie­więć­dzie­się­cio­let­niej pa­cjent­ki pa­lą­cej pa­pie­ro­sy w szpi­tal­nej to­a­le­cie. Mi­ko­łaj miał wy­rzu­ty su­mie­nia, jed­nak jak nikt inny znał swo­ją bab­cię i wie­dział, że nie od­pu­ści. Miał przed sobą kil­ka go­dzin względ­ne­go spo­ko­ju.

– Dziec­ko ty moje – zwró­ci­ła się do nie­go, kie­dy już do­tar­li do sali. – Wie­dzia­łam, że mogę na cie­bie li­czyć. Two­ja obec­ność tu­taj to miód na moje ser­ce po tym wszyst­kim, co mnie spo­tka­ło! – Te­atral­nie wy­wró­ci­ła ocza­mi. – Żeby od­ma­wiać bied­nej sta­rusz­ce je­dy­nej przy­jem­no­ści!

Mi­ko­łaj miał po­waż­ne wąt­pli­wo­ści, czy moż­na na­zwać ją „bied­ną sta­rusz­ką”, ale po­sta­no­wił za­cho­wać tę uwa­gę dla sie­bie. Wo­lał nie dys­ku­to­wać. Wie­dział, że z na­ło­giem Emi­lii jesz­cze nikt nie wy­grał, cho­ciaż wie­lu już pró­bo­wa­ło.

– Oba­wiam się, że ten pa­pie­ros bę­dzie ci mu­siał wy­star­czyć na wie­le go­dzin, a może na­wet dni. – Z każ­dym ko­lej­nym sło­wem mó­wił ci­szej. Ula­ty­wa­ła z nie­go cała pew­ność sie­bie. – No do­brze, do­wiem się w koń­cu, co się sta­ło? Kie­dy za­dzwo­nił le­karz i po­wie­dział mi o wy­pad­ku…

Bab­cia Emi­lia na­tych­miast mu prze­rwa­ła.

– Le­ka­rze nie od dziś wy­ka­zu­ją skłon­no­ści do prze­sa­dy. To nie był ża­den wy­pa­dek, po pro­stu nie­for­tun­nie upa­dłam – wy­ja­śni­ła z miną nie­wi­niąt­ka.

Mi­ko­łaj pod­szedł po­wo­li do szpi­tal­ne­go łóż­ka i de­li­kat­nie, aby nie na­ra­zić bab­ci na ból, usiadł na jego brze­gu.

– Tak nie­for­tun­nie, że cze­ka cię skom­pli­ko­wa­na ope­ra­cja wsz­cze­pie­nia en­do­pro­te­zy bio­dra. – Spoj­rzał na nią za­tro­ska­ny. – Bab­ciu, mar­twię się o cie­bie. Może nie­po­trzeb­nie wy­je­cha­łem do Ka­to­wic… To prze­cież tyl­ko kil­ka­dzie­siąt ki­lo­me­trów, mógł­bym co­dzien­nie do­jeż­dżać. Nie po­win­naś być sama w domu. – Czu­le po­gła­dził jej po­marsz­czo­ną dłoń. – Zo­sta­wi­łem cię samą i te­raz mam kosz­mar­ne wy­rzu­ty su­mie­nia. Gdy­bym był na miej­scu, ni­g­dy by do tego nie do­szło!

– Ko­cha­ny je­steś, ale nie masz ra­cji – oświad­czy­ła Emi­lia. – Je­steś do­ro­sły i masz pra­wo żyć swo­im ży­ciem. Nie mo­żesz wiecz­nie oglą­dać się na bab­cię! Mnie na tam­tą stro­nę już bli­żej niż da­lej, a ty mu­sisz za­dbać o sie­bie. My­śla­łam, że cię na­uczy­łam zdro­we­go ego­izmu!

Za­sę­pił się. Nie lu­bił swo­bo­dy, z jaką bab­cia mó­wi­ła o śmier­ci, ona jed­nak uci­na­ła każ­dą dys­ku­sję tłu­ma­cze­niem, że prze­ży­ła ta­kie cza­sy, kie­dy umie­ra­li lu­dzie pięk­ni i mło­dzi, więc jej, sta­rej i po­marsz­czo­nej, śmierć w żad­nym stop­niu nie ru­sza. Niby wie­dział, że bab­cia jest w wie­ku, ja­kie­go nie do­ży­ło wie­lu jej ró­wie­śni­ków, i to nie tyl­ko z po­wo­du woj­ny, jed­nak nie po­tra­fił my­śleć o śmier­ci z taką lek­ko­ścią, z jaką przy­cho­dzi­ło to Emi­lii. Może to zmie­nia się z upły­wem lat?

Spro­wa­dził swo­je my­śli na wła­ści­we tory.

– Bab­ciu, ty chy­ba w ogó­le nie po­win­naś mó­wić o ego­izmie. W two­ich ustach brzmi to wręcz ko­micz­nie – za­uwa­żył.

– Nie za­wsze tak było – stwier­dzi­ła Emi­lia, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

Mi­ko­łaj nie za­mie­rzał dać się spła­wić. Po­sta­no­wił przy­przeć bab­cię do muru.

– Pro­szę cię, nie od­wra­caj mo­jej uwa­gi od tego, że zna­la­złaś się w szpi­ta­lu. – Spoj­rzał jej pro­sto w oczy. – Czy do­wiem się, co się sta­ło?

Emi­lia gło­śno wy­pu­ści­ła po­wie­trze. Była prze­ko­na­na, że nie ma o czym mó­wić, wnuk jed­nak zda­wał się nie po­dzie­lać jej po­glą­dów.

– Po­tknę­łam się o dy­wa­nik – po­wie­dzia­ła. – Ro­zu­miesz, dziec­ko? Przez głu­pi dy­wa­nik mu­szę tkwić w szpi­ta­lu, zda­na na ła­skę lub nie­ła­skę le­ka­rzy! Da­lej jed­nak uwa­żam, że nie sta­ło się nic ta­kie­go, żeby ro­bić wiel­kie za­mie­sza­nie.

Wnuk uniósł brwi.

– Bab­ciu, masz bio­dro do wy­mia­ny i uwa­żasz, że nic się nie sta­ło? – Po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– Bio­dro do wy­mia­ny mia­łam już ja­kiś czas temu, a dzię­ki temu ca­łe­mu zda­rze­niu – przez usta nie chcia­ło jej przejść sło­wo „wy­pa­dek” – nie będę mu­sia­ła cze­kać czte­ry lata na ope­ra­cję. Za­kwa­li­fi­ko­wa­li mnie do try­bu po­ura­zo­we­go pil­ne­go, więc sam wi­dzisz…

– Nor­mal­nie same za­le­ty! – mruk­nął z iro­nią.

– A że­byś wie­dział! Ży­cie mnie na­uczy­ło, że trze­ba na świat pa­trzeć przez ró­żo­we oku­la­ry i w każ­dej sy­tu­acji do­szu­ki­wać się po­zy­ty­wów.

Mi­ko­łaj nie miał naj­mniej­szej ocho­ty na pseu­do­fi­lo­zo­ficz­nie wy­wo­dy, któ­ry­mi za­mie­rza­ła ura­czyć go bab­cia. In­te­re­so­wał go tyl­ko po­wód, dla któ­re­go zna­la­zła się w szpi­ta­lu.

– Kie­dy bę­dziesz ope­ro­wa­na?

Emi­lia przez dłuż­szą chwi­lę nie od­po­wia­da­ła, pró­bu­jąc uło­żyć się w wy­god­niej­szej po­zy­cji. Na­wet naj­mniej­szy ruch spra­wiał jej ogrom­ny ból, sku­pi­ła się więc na tym, żeby zro­bić to w jak naj­de­li­kat­niej­szy spo­sób.

– Nie mam po­ję­cia – przy­zna­ła, kie­dy uda­ło jej się wy­god­nie umo­ścić. – Byli dzi­siaj u mnie tacy uro­czy chłop­cy, przy­pusz­czam, że nie­wie­le star­si od cie­bie, po­de­ba­to­wa­li, a po­tem naj­star­szy z nich, orzekł, że pierw­sze dni to okres sta­bi­li­za­cji pa­cjen­ta, co­kol­wiek to mia­ło zna­czyć, bo prze­cież czu­ję się świet­nie – prych­nę­ła. – Po­tem po­wie­dział, że będą ope­ro­wać na dniach i wszy­scy so­bie po­szli.

Mi­ko­łaj po­wo­li ski­nął gło­wą na znak, że przy­jął to do wia­do­mo­ści.

– W po­rząd­ku, zaj­rzę do le­ka­rza. Na pew­no bę­dziesz cze­goś po­trze­bo­wa­ła, praw­da? Co mam ci przy­wieźć z domu? W gło­wie mi się nie mie­ści, że le­żysz tu­taj już trze­ci dzień, a do­pie­ro dziś mnie o tym po­in­for­mo­wa­no! Czy oni – ge­stem wska­zał drzwi – nie po­win­ni za­wia­do­mić ro­dzi­ny pa­cjen­ta nie­zwłocz­nie po przy­ję­ciu cho­re­go do szpi­ta­la?! Na­wet nie chcę so­bie wy­obra­żać, jak mo­gło­by się to skoń­czyć, gdy­by pani Ma­ryl­ka nie po­sta­no­wi­ła do cie­bie zaj­rzeć…

Emi­lia za­czer­wie­ni­ła się lek­ko, czym tyl­ko utwier­dzi­ła Mi­ko­ła­ja w prze­ko­na­niu, że mu­sia­ła za­in­ter­we­nio­wać, aby ro­dzi­na nie zo­sta­ła na­tych­miast po­in­for­mo­wa­na o wy­pad­ku. Taka już była – naj­pierw my­śla­ła o in­nych, do­pie­ro póź­niej o so­bie. Wie­dzia­ła, że wnuk jest w trak­cie se­sji, po­sta­no­wi­ła więc, że nie bę­dzie za­przą­tać mu gło­wy bła­host­ka­mi.

– Och, no wiesz, le­ka­rze na pew­no mają mnó­stwo in­nych obo­wiąz­ków. A Ma­ryl­ka… – ucię­ła na­gle, za­sta­na­wia­jąc się, jak wy­brnąć z tej sy­tu­acji i nie zdra­dzić jej przed Mi­ko­ła­jem.

W koń­cu Ma­ry­la wy­świad­czy­ła jej przy­słu­gę, nie za­wia­da­mia­jąc go od razu. Emi­lia nie była głu­pia. Wie­dzia­ła, że wnuk rzu­ci wszyst­ko i przy­je­dzie, a prze­cież miał obo­wiąz­ki na uczel­ni.

– Z pew­no­ścią. – Uznał, że le­piej bę­dzie, je­śli nie da po so­bie po­znać, że ją przej­rzał. – No nic… W każ­dym ra­zie zo­sta­ły mi jesz­cze dwa eg­za­mi­ny, więk­szość se­sji mam za sobą, ja­koś to wszyst­ko ogar­nę… – Po­dra­pał się po bro­dzie. – I tak mia­łem przy­je­chać do cie­bie na wa­ka­cje, więc nie ma tego złe­go, co by na do­bre nie wy­szło! Spę­dzi­my ze sobą wię­cej cza­su, niż pla­no­wa­li­śmy.

Emi­lia za­mru­ga­ła ner­wo­wo.

– Jak to? O ile mnie pa­mięć nie myli, to mia­łeś z ko­le­ga­mi z gru­py je­chać na dwa ty­go­dnie na Ma­zu­ry!

– Chy­ba nie są­dzisz, że w tej sy­tu­acji mógł­bym nie zmie­nić pla­nów. – Dla wzmoc­nie­nia swo­ich słów pod­niósł się z krze­sła i sta­nął nad łóż­kiem, aby zy­skać prze­wa­gę. – Bab­ciu, na­wet nie pró­buj ze mną dys­ku­to­wać! Nie za­mie­rzam bez­tro­sko wy­le­gi­wać się nad je­zio­rem, pod­czas gdy ty bę­dziesz do­cho­dzić do sie­bie po cięż­kiej ope­ra­cji! Nie i ko­niec. – Dla pod­kre­śle­nia efek­tu, moc­no tup­nął nogą.

Cóż, w jego wie­ku moż­na so­bie jesz­cze po­zwo­lić na ta­kie dzie­cin­ne ge­sty.

Emi­lia chy­ba była słab­sza, niż utrzy­my­wa­ła, gdyż od­pu­ści­ła za­dzi­wia­ją­co szyb­ko. Kil­ka­na­ście mi­nut póź­niej stwier­dzi­ła, że jest zmę­czo­na i naj­chęt­niej ucię­ła­by so­bie drzem­kę.

Mi­ko­łaj po­cze­kał, aż bab­cia za­śnie, i bez­sze­lest­nie wy­jął z jej szaf­ki pa­pie­ro­sy. Nie miał po­ję­cia, jak się tam zna­la­zły, wo­lał jed­nak unik­nąć sy­tu­acji, w któ­rej sta­rusz­ka wpad­nie na po­mysł, aby spró­bo­wać sa­mo­dziel­nie wstać z łóż­ka. Wie­dział, że bę­dzie wście­kła, gdy nie znaj­dzie w szaf­ce ulu­bio­nych sli­mów, ale po­sta­no­wił za­ry­zy­ko­wać. Cel uświę­ca środ­ki.

Po dro­dze od­wie­dził jesz­cze po­kój le­ka­rzy, gdzie na­ra­ził się dy­żu­ru­ją­ce­mu dok­to­ro­wi py­ta­niem o moż­li­wość roz­mo­wy z kimś kom­pe­tent­nym („Tu­taj wszy­scy są kom­pe­tent­ni, pro­szę pana!”). W re­zul­ta­cie nie do­wie­dział się nic no­we­go.

– Ju­tro za­pad­nie de­cy­zja, kie­dy bę­dzie­my ope­ro­wać pana bab­cię – pod­su­mo­wał le­karz, co nie było dla Mi­ko­ła­ja wy­star­cza­ją­cym wy­ja­śnie­niem, ale nie drą­żył da­lej.

Do­sko­na­le zda­wał so­bie spra­wę z tego, jak funk­cjo­nu­je pol­ska służ­ba zdro­wia.

– A co z re­kon­wa­le­scen­cją? – Po­sta­no­wił zmie­nić kie­ru­nek roz­mo­wy. – Ro­zu­miem, że bab­cia bę­dzie mu­sia­ła mieć ca­ło­do­bo­wą opie­kę.

– Pro­szę pana, jesz­cze o tym nie my­śli­my. – Dok­tor po­pa­trzył na nie­go znad pro­sto­kąt­nych opra­wek. – Po­wrót do peł­nej spraw­no­ści trwa zwy­kle od trzech do sze­ściu mie­się­cy, ale nie po­tra­fię prze­wi­dzieć, jak to bę­dzie w przy­pad­ku pana bab­ci. Szcze­rze mó­wiąc, mie­wa­łem już pa­cjen­tów po osiem­dzie­siąt­ce, ale w tak słusz­nym wie­ku jak pani Kra­jew­ska… – Zmarsz­czył nos. – Bądź­my do­brej my­śli i miej­my na­dzie­ję, że ope­ra­cja i re­kon­wa­le­scen­cja prze­bie­gną po­myśl­nie.

Mi­ko­łaj przez po­nad dwa­dzie­ścia mi­nut cze­kał na au­to­bus, któ­ry sprzed ogrom­ne­go gma­chu chrza­now­skie­go szpi­ta­la za­wie­zie go na dwo­rzec. Po go­dzi­nie wsiadł w au­to­bus do Li­bią­ża. W ro­dzin­nym mia­stecz­ku szedł do­brze zna­ny­mi ścież­ka­mi, mi­ja­jąc domy są­sia­dów, a ci­szę prze­ry­wa­ło tyl­ko szcze­ka­nie psów. Mi­nął nie­wiel­ki frag­ment lasu, któ­ry jesz­cze się tu ucho­wał, i po kil­ku mi­nu­tach sta­nął przed pło­tem domu, w któ­rym miesz­kał od dziec­ka. Pod­niósł gło­wę i szyb­ko oce­nił stan bu­dyn­ku. Wes­tchnął gło­śno. Kie­dy ostat­nio opusz­czał to miej­sce, nie przy­pusz­czał, że wró­ci tu w ta­kich oko­licz­no­ściach.

Furt­ka za­skrzy­pia­ła zło­wiesz­czo, kie­dy de­li­kat­nie ją uchy­lił. Prze­śli­zgnął się przez nią i od­szu­kał w kie­sze­ni klucz.

Kie­dyś nie lu­bił tego domu. Ko­ja­rzył mu się z mat­ką, a wła­ści­wie z jej bra­kiem. Jako dziec­ko miesz­kał z nią na pię­trze, a bab­cia z dziad­kiem zaj­mo­wa­li par­ter. Póź­niej Jan zmarł, He­le­na wy­je­cha­ła, a gra­ni­ce mię­dzy dwo­ma miesz­ka­nia­mi się za­tar­ły.

Mi­ko­łaj zo­stał z bab­cią Emi­lią, któ­ra ro­bi­ła, co mo­gła, żeby za­stą­pić mu mat­kę, jed­nak na­wet naj­czul­sza i naj­uko­chań­sza bab­cia nie była w sta­nie zre­kom­pen­so­wać dziec­ku tego, że zo­sta­ło opusz­czo­ne przez mat­kę. Są rany, któ­rych nie jest w sta­nie za­bliź­nić czas.

Już jako kil­ku­la­tek Mi­ko­łaj za­sta­na­wiał się, dla­cze­go mama po­sta­no­wi­ła wy­je­chać i zo­sta­wić go pod opie­ką bab­ci. Wy­my­ślił w koń­cu, że wi­docz­nie nie jest wy­star­cza­ją­co do­bry i nie za­słu­gu­je na jej mi­łość. Do­ra­stał w prze­ko­na­niu, że coś jest z nim nie tak. Więk­szość jego ko­le­gów wy­cho­wy­wa­ła się w peł­nych ro­dzi­nach. Ow­szem, Kon­rad i Ma­rek do­ra­sta­li bez ojca, ale nikt, ab­so­lut­nie nikt, nie zo­stał po­rzu­co­ny przez mamę. Mat­ki były ze swo­imi dzieć­mi mimo wszyst­ko, ale jego He­le­na nie chcia­ła. Wo­la­ła za­cząć wszyst­ko od nowa i pod­rzu­cić syna mat­ce jak ku­kuł­ka.

Kie­dy za­czął do­ra­stać, skie­ro­wał całą swo­ją złość na mat­kę. Już nie czuł się win­ny, a za­czął roz­wa­żać, co za ko­bie­ta po­rzu­ca wła­sne dziec­ko. Od­da­lał się od He­le­ny. Osten­ta­cyj­nie wy­cho­dził z domu, kie­dy dzwo­ni­ła, a je­śli już z nią roz­ma­wiał, moc­no da­wał jej od­czuć swo­ją nie­chęć.

Te­raz z ulgą do­szedł do wnio­sku, że w ro­dzin­nym domu czu­je się swo­bod­nie. Z cza­sem zro­zu­miał, że bu­dy­nek nie jest ni­cze­mu wi­nien i nie po­wi­nien da­rzyć go nie­chę­cią. W koń­cu spę­dził tu też do­bre chwi­le.

Bab­cia Emi­lia oto­czy­ła go opie­ką i za­pew­ni­ła mu mnó­stwo cie­pła. Był jej oczkiem w gło­wie. Cza­sem mam­ro­ta­ła pod no­sem, że tyl­ko zaj­mu­jąc się wnu­kiem, jest w sta­nie od­ku­pić daw­ne winy. Pew­ne­go dnia usły­szał, jak mówi do są­siad­ki, że nie ma­rzy już o ni­czym in­nym, jak tyl­ko o tym, aby cór­ka jej wy­ba­czy­ła, ale uznał, że mu­siał się prze­sły­szeć.

Co mat­ka mia­ła­by wy­ba­czać bab­ci? Czym Emi­lia mo­gła­by za­wi­nić He­le­nie, któ­ra kie­ro­wa­ła się w ży­ciu wła­snym ego­izmem i wy­bra­ła ży­cie w luk­su­sie i ka­rie­rę za­miast opie­ki nad wła­snym dziec­kiem?

Nie­mal bez­sze­lest­nie prze­krę­cił klucz, a drzwi na­tych­miast ustą­pi­ły. Wsu­nął się do miesz­ka­nia, zdjął buty i rzu­cił je w kąt. Emi­lia z pew­no­ścią zru­ga­ła­by go i po­pro­si­ła, aby za­cho­wy­wał się jak czło­wiek, ale prze­cież jej tu nie było.

Wes­tchnął gło­śno. Wszyst­ko się zmie­ni­ło, a miał za­le­d­wie dwa­dzie­ścia lat. Czy był go­tów wziąć na sie­bie tak wiel­ką od­po­wie­dzial­ność?

Wie­dział, że bab­cia może ni­g­dy nie od­zy­skać daw­nej spraw­no­ści. Prze­cież była już po dzie­więć­dzie­siąt­ce! Cał­kiem moż­li­we, że bę­dzie po­trze­bo­wać ca­ło­do­bo­wej opie­ki nie tyl­ko przez kil­ka mie­się­cy po wy­pad­ku, ale już do koń­ca ży­cia. Czy po­tra­fił zdo­być się na ta­kie po­świę­ce­nie? Od­po­wiedź na to py­ta­nie nie przy­szła mu ła­two. Ko­chał bab­cię nad ży­cie, w koń­cu to ona go wy­cho­wa­ła i od­ma­wia­ła so­bie wie­le, aby jej uko­cha­ny wnu­czek nie szedł spać głod­ny. Ni­g­dy się u nich nie prze­le­wa­ło, a He­le­na ba­wi­ła się w ar­tyst­kę w Pa­ry­żu. Wie­dział, że nie bę­dzie jej w sta­nie tego wy­ba­czyć.

Mat­ka. Wy­pa­da­ło­by ją po­in­for­mo­wać o wy­pad­ku. W jego ser­cu za­kieł­ko­wa­ła na­dzie­ja, że może kie­dy He­le­na do­wie się o tym, co się sta­ło, w koń­cu prze­sta­nie żyć mrzon­ka­mi i wró­ci do domu. Co ona so­bie wy­obra­ża? Mia­ła dwu­dzie­sto­let­nie­go syna, któ­ry jej po­trze­bo­wał, i po­nad dzie­więć­dzie­się­cio­let­nią mat­kę, któ­rą naj­praw­do­po­dob­niej trze­ba się bę­dzie za­opie­ko­wać.

Drżą­cy­mi rę­ka­mi wy­brał fran­cu­ski nu­mer He­le­ny. Nie roz­ma­wia­li ze sobą zbyt czę­sto, bo pro­si­ła, by dzwo­nił tyl­ko w na­głych wy­pad­kach, a na co dzień kon­tak­to­wał się z nią ra­czej dro­gą ma­ilo­wą. „Tak jest ta­niej” – tłu­ma­czy­ła.

– Bon­jo­ur c’est Lena. Je ne peux pas répon­dre pour le mo­ment, la­is­sez-moi un mes­sa­ge après le bip. – To był ra­do­sny głos mat­ki. No tak, mógł się tego spo­dzie­wać: pocz­ta gło­so­wa. Z pew­no­ścią była bar­dzo za­ję­ta.

Nic nie iry­to­wa­ło go bar­dziej niż usil­nie sta­ra­nia ro­dzi­ciel­ki, aby ze­rwać ze swo­imi ko­rze­nia­mi. Na li­tość bo­ską, ro­dzi­ce na­zwa­li ją He­le­ną, nie żad­ną Leną!

Ze zło­ścią rzu­cił te­le­fo­nem o ścia­nę, lecz szyb­ko się zre­flek­to­wał, że prze­cież nie stać go na nowy apa­rat. Oce­nił wzro­kiem smart­fon, ale na szczę­ście był cały. To nie był do­bry po­mysł, aby na nim wy­ła­do­wy­wać złość. W koń­cu to nie wina apa­ra­tu, że mat­ka po­sta­no­wi­ła być nie­osią­gal­na i wy­łą­czy­ła te­le­fon.

Miał dość. Po­ło­żył się na łóż­ku w ubra­niu i nie­mal na­tych­miast za­snął.

Roz­dział 2

EMI­LIA UPI­ŁA ŁYK HER­BA­TY Z CY­TRY­NĄ I PO­GRĄ­ŻY­ŁA SIĘ W ROZ­MY­ŚLA­NIACH. Praw­dę mó­wiąc, ostat­nio mia­ła wie­le po­wo­dów do zmar­twień, i nie cho­dzi­ło tyl­ko o bio­dro. Zmia­ny zwy­rod­nie­nio­we za­czę­ły jej do­ku­czać już wie­le lat wcze­śniej, więc wie­dzia­ła, że prę­dzej czy póź­niej cze­ka ją ope­ra­cja, ale nie przej­mo­wa­ła się ta­ki­mi bła­host­ka­mi. Zresz­tą do­cho­dzi­ła do sie­bie w za­dzi­wia­ją­cym dla wszyst­kich, łącz­nie z le­ka­rza­mi, tem­pie i dwa ty­go­dnie po za­bie­gu cho­dzi­ła już dość sta­bil­nie o ku­lach. Cza­sem tyl­ko zbyt gwał­tow­nie wsta­wa­ła, co wy­wo­ły­wa­ło ból.

Nie, Emi­lia zde­cy­do­wa­nie bar­dziej przej­mo­wa­ła się Mi­ko­ła­jem, któ­ry był, de­li­kat­nie rzecz uj­mu­jąc, nie­dzi­siej­szy. Każ­da bab­cia pew­nie ma­rzy­ła o tak do­brze wy­cho­wa­nym wnu­ku, jed­nak ona wie­dzia­ła, że dla mło­de­go męż­czy­zny w jego wie­ku może to ozna­czać tyl­ko jed­no: kło­po­ty.

Dzie­ciak wy­cho­wy­wał się bez mat­ki i ojca, a jego brak pew­no­ści sie­bie i wy­co­fa­nie były naj­lep­szym do­wo­dem na to, że nie da się tak po pro­stu zo­sta­wić za sobą trud­ne­go dzie­ciń­stwa i pójść do przo­du. Była zła na cór­kę, na ojca Mi­ko­ła­ja, któ­re­go z bra­ku lep­sze­go okre­śle­nia czę­sto na­zy­wa­ła w my­ślach NN, a naj­bar­dziej na samą sie­bie. Cóż, gdy­by nie­mal pół wie­ku temu mia­ła tę wie­dzę co te­raz, spra­wy po­to­czy­ły­by się zu­peł­nie ina­czej. Te­raz już wie­dzia­ła, że po­czu­cie od­rzu­ce­nia i strach przed ży­ciem do­sta­je się w spad­ku po przod­kach.

Przy­jem­ny i orzeź­wia­ją­cy wie­trzyk chło­dził jej zmę­czo­ne upa­łem cia­ło. Nie­wiel­ka we­ran­da była miej­scem, w któ­rym Emi­lia spę­dza­ła zde­cy­do­wa­nie naj­wię­cej cza­su. Wpa­try­wa­ła się w ogród, nie­gdyś jej naj­więk­szą chlu­bę, te­raz bo­leś­nie przy­po­mi­na­ją­cy o upły­wie lat. Sta­rość za­bra­ła jej siły i cho­ciaż na­dal utrzy­my­wa­ła, że nie czu­je się sta­ro, nie mia­ła już ener­gii, aby za­dbać o ogró­dek. Ja­kiś czas temu po­sta­no­wi­ła, że do­pro­wa­dzi go do sta­nu uży­wal­no­ści, jed­nak wy­pa­dek zni­we­czył jej pla­ny.

W oknie bal­ko­no­wym po­ja­wi­ła się po­stać Mi­ko­ła­ja. Dziel­nie wal­czył z fi­ra­ną, cho­ciaż wie­szał to ustroj­stwo po raz pierw­szy w ży­ciu. Emi­lia gło­śno wes­tchnę­ła. Do cze­go to do­szło! Sta­rość zde­cy­do­wa­nie się Bogu nie uda­ła, na co naj­lep­szym do­wo­dem była wsz­cze­pio­na w jej bio­dro en­do­pro­te­za. Mi­ko­łaj jesz­cze przez kil­ka mi­nut wal­czył z opor­ną płach­tą ma­te­ria­łu, aż w koń­cu, zdy­sza­ny i czer­wo­ny na twa­rzy, otwo­rzył okno bal­ko­no­we i wy­szedł na ta­ras.

– Zwy­cię­stwo! – oznaj­mił, wy­raź­nie z sie­bie za­do­wo­lo­ny.

– Dziec­ko, ale po co ty to ro­bisz? Nic się nie sta­nie, je­śli okna będą brud­ne przez kil­ka ty­go­dni! – Roz­par­ła się wy­god­nie w fo­te­lu. – Za ja­kiś czas po­czu­ję się le­piej i będę mo­gła sama za­dbać o dom. Pro­szę cię, że­byś nie ro­bił nic po­nad to, co ko­niecz­ne. Zresz­tą na­dal uwa­żam, że po­wi­nie­neś je­chać z ko­le­ga­mi na te Ma­zu­ry. Zda­je się, że bę­dzie tam pew­na pa­nien­ka, któ­ra cię in­te­re­su­je…

Spoj­rzał na nią zszo­ko­wa­ny, ale po chwi­li jego twarz roz­ja­śni­ła się.

– Bab­ciu, pod­słu­chi­wa­łaś!

– Ależ skąd! – Uśmiech­nę­ła się do nie­go. – Po pro­stu tak gło­śno roz­ma­wia­łeś przez te­le­fon, że było cię sły­chać w ca­łym domu.

Mi­ko­łaj wy­raź­nie się za­sę­pił. Naj­wi­docz­niej roz­mo­wa o dziew­czy­nie nie spra­wia­ła mu przy­jem­noś­ci. Emi­lia na­tych­miast wy­czu­ła, że coś musi być na rze­czy. Nie za­mie­rza­ła drą­żyć, ale Mi­ko­łaj sam zde­cy­do­wał się na zwie­rze­nia.

– To i tak już nie­ak­tu­al­ne – przy­znał nie­chęt­nie.

– Dla­cze­go? – za­py­ta­ła ostroż­nie, aby nie spło­szyć wnu­ka, któ­ry dość nie­chęt­nie roz­ma­wiał o swo­ich uczu­ciach.

Cóż, po kimś to odzie­dzi­czył…

– Li­wia po­je­cha­ła na Ma­zu­ry z moim ko­le­gą z aka­de­mi­ka – rzu­cił lek­ko Mi­ko­łaj, ale po jego mi­nie było wi­dać, że cała spra­wa moc­no leży mu na ser­cu.

– A ten ko­le­ga, prze­pra­szam, nie wie­dział, że ta cała Li­wia jest… – za­wa­ha­ła się – że ta dziew­czy­na jest ci szcze­gól­nie bli­ska?

Emi­lia zmarsz­czy­ła brwi. Nie po­do­ba­ło jej się to, co usły­sza­ła od wnu­ka. Ode­zwa­ła się w niej daw­na na­tu­ra. Chcia­ła chro­nić Mi­ko­ła­ja przed ca­łym świa­tem, a prze­cież nie był już ma­łym chłop­cem. Wciąż mu­sia­ła to so­bie uświa­da­miać. Czas pły­nął tak nie­ubła­ga­nie!

– Wie­dział, wie­dział, ale to naj­wy­raź­niej nie prze­szko­dzi­ło mu w tym, żeby się wo­kół niej za­krę­cić – wy­znał ze smut­kiem Mi­ko­łaj.

– Czy to bli­ski ko­le­ga? – Emi­lia po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie.

Nie mie­ści­ło jej się to w gło­wie! Za jej cza­sów dziew­czy­na ko­le­gi była po pro­stu nie­ty­kal­na!

– Ra­czej tak.

Mi­ko­łaj był taki sam jak mat­ka. Mó­wił dużo, ale uni­kał roz­mów na ta­kie te­ma­ty. Emi­lia była jed­nak ostat­nią oso­bą, któ­ra mo­gła­by tę ce­chę kry­ty­ko­wać: sama ukry­wa­ła wie­le fak­tów ze swo­jej prze­szło­ści.

– W ta­kim ra­zie obo­je są sie­bie war­ci – pod­su­mo­wa­ła. – Znaj­dziesz so­bie lep­szą dziew­czy­nę i bar­dziej lo­jal­ne­go przy­ja­cie­la. Nie przej­muj się tym!

Mach­nę­ła ręką, lek­ce­wa­żąc całą spra­wę. Tego kwia­tu jest pół świa­tu!

– Tyl­ko że to nie jest pierw­szy taki przy­pa­dek. – Mi­ko­ła­jo­wi wy­rwa­ło się chy­ba wię­cej, niż za­mie­rzał po­wie­dzieć.

Emi­lia zmarsz­czy­ła brwi.

– Co masz na my­śli? Ten ko­le­ga nie po raz pierw­szy się tak wo­bec cie­bie za­cho­wał? W ta­kim ra­zie dla­cze­go na­dal jest two­im zna­jo­mym? Cze­goś tu nie ro­zu­miem…

– Nie, nie! – za­pro­te­sto­wał Mi­ko­łaj. – Tyl­ko… No cóż, bab­ciu, nie je­stem eks­per­tem w tych spra­wach.

Chło­pak za­chi­cho­tał ner­wo­wo, a Emi­lia nie ode­zwa­ła się ani sło­wem. Wie­dzia­ła, że nic nie za­chę­ca do zwie­rzeń bar­dziej niż ci­sza, któ­ra krę­po­wa­ła roz­mów­cę na tyle, że de­cy­do­wał się kon­ty­nu­ować. Nie po­my­li­ła się.

Utkwił wzrok gdzieś da­le­ko, poza ho­ry­zon­tem. Emi­lia wie­dzia­ła, że w Mi­ko­ła­ju od­zy­wa się ten mały chłop­czyk, któ­ry ni­g­dy nie do­stał od mat­ki mi­ło­ści i wspar­cia. Wła­śnie dla­te­go nie mógł w do­ro­słym ży­ciu roz­pro­sto­wać skrzy­deł i wzbić się w po­wie­trze. Cóż z tego, że nie miał już dzie­się­ciu lat? To nie­waż­ne, że za­miast ubru­dzo­ne­go cze­ko­la­dą chłop­ca sie­dział przed nią dwu­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna. Tę­sk­no­ty za mat­czy­nym uczu­ciem nie jest w sta­nie za­głu­szyć upływ cza­su.

– Dziew­czy­ny omi­ja­ją mnie sze­ro­kim łu­kiem – wy­znał nie­pew­nie. – Nie jeż­dżę wy­pa­sio­nym sa­mo­cho­dem i nie im­pre­zu­ję od po­nie­dział­ku do nie­dzie­li. Na do­da­tek w to­wa­rzy­stwie ko­le­ża­nek za­cho­wu­ję się jak idio­ta, bo chciał­bym im za­im­po­no­wać, a efekt jest za­wsze od­wrot­ny.

Emi­lia spoj­rza­ła na nie­go uważ­nie i w mil­cze­niu po­ki­wa­ła gło­wą, co za­chę­ci­ło go do dal­szych zwie­rzeń.

– Od­sta­ję od resz­ty – bąk­nął nie­wy­raź­nie. – Mat­ka mia­ła ra­cję! Któ­ry nor­mal­ny fa­cet wy­bie­ra po­lo­ni­sty­kę? Moi ko­le­dzy z li­ceum po­szli na Po­li­tech­ni­kę Ślą­ską albo Aka­de­mię Gór­ni­czo-Hut­ni­czą, a zna­jo­mi z aka­de­mi­ka stu­diu­ją in­for­ma­ty­kę i ma­te­ma­ty­kę. Tyl­ko ja, jak ten pa­lant, czy­tam książ­ki i roz­kła­dam zda­nia na czyn­ni­ki pierw­sze! – Ude­rzył dło­nią w stół, a fi­li­żan­ka, z któ­rej Emi­lia są­czy­ła her­ba­tę, lek­ko za­drża­ła. Nie uzna­wa­ła kub­ków i ta­niej por­ce­la­ny. To była je­dy­na eks­tra­wa­gan­cja, na jaką so­bie po­zwa­la­ła.

– Ro­bisz to, co lu­bisz – po­wie­dzia­ła uspo­ka­ja­ją­cym gło­sem. – My­ślę, że to jest w ży­ciu naj­waż­niej­sze: zna­leźć coś, co się ko­cha, i po­zo­stać temu wier­nym. Płeć nie ma tu­taj nic do rze­czy! – Wy­pi­ła resz­tę zim­nej już her­ba­ty. – Rze­czy­wi­ście, utar­ło się, że męż­czyź­ni wy­bie­ra­ją za­wo­dy gór­ni­ka, hut­ni­ka czy in­for­ma­ty­ka, a po­lo­ni­sty­ka jest bar­dziej ko­bie­cym kie­run­kiem, ale uwierz, że był­byś bar­dziej nie­szczę­śli­wy, stu­diu­jąc coś, co cię nie in­te­re­su­je. – Za­mil­kła na chwi­lę, aby do­brać od­po­wied­nie sło­wa. – Je­steś jesz­cze mło­dy. Mało kto w two­im wie­ku w ogó­le wie, cze­go chce. Wy­bra­łeś ta­kie stu­dia, ja­kie cię in­te­re­su­ją, i chwa­ła ci za to. Poza tym, jak sam słusz­nie za­uwa­ży­łeś, na po­lo­ni­sty­ce jest wię­cej ko­biet, a więc masz więk­szą szan­sę, aby po­znać ko­goś in­te­re­su­ją­ce­go. – Pu­ści­ła do nie­go oczko i za­chi­cho­ta­ła.

– Ale one wszyst­kie trak­tu­ją mnie jak do­bre­go ko­le­gę! – Mi­ko­łaj naj­wy­raź­niej nie po­dzie­lał en­tu­zja­zmu bab­ci. – Nic wię­cej.

Emi­lia wy­cią­gnę­ła rękę w uspo­ka­ja­ją­cym ge­ście.

– Ja wiem, że w two­im wie­ku chcia­ło­by się do­stać od losu wszyst­ko na­raz, ale cza­sem le­piej po­cze­kać na ko­goś wy­jąt­ko­we­go. Naj­pięk­niej­sze rze­czy przy­cho­dzą z cza­sem.

Od­pły­nę­ła my­śla­mi gdzieś da­le­ko, a Mi­ko­łaj nie chciał spro­wa­dzać jej z po­wro­tem na zie­mię, więc mil­czał. Nie wie­dział, czy to on stał się wraż­liw­szy i zwra­cał więk­szą uwa­gę na nie­co dzi­wacz­ne za­cho­wa­nie bab­ci, czy te jej chwi­le za­du­my rze­czy­wi­ście zda­rza­ły się co­raz czę­ściej. Nie miał po­ję­cia, gdzie sta­rusz­ka wów­czas była, ale miał wra­że­nie, że gdzieś da­le­ko, pew­nie w prze­szło­ści.

Tę ma­gicz­ną chwi­lę prze­rwał na­gle na­tar­czy­wy dzwo­nek do­bie­ga­ją­cy z tyl­nej kie­sze­ni dżin­sów Mi­ko­ła­ja. Bab­cia bły­ska­wicz­nie wró­ci­ła do rze­czy­wi­sto­ści i spoj­rza­ła na nie­go py­ta­ją­co. Wy­raź­nie się za­sę­pił, kie­dy spoj­rzał na ekran: to mat­ka pró­bo­wa­ła się z nim skon­tak­to­wać. Przez ostat­nie dwa ty­go­dnie wy­dzwa­niał do niej kil­ka razy dzien­nie i pi­sał kil­ka­na­ście wia­do­mo­ści. Wszyst­kie po­zo­sta­ły bez od­po­wie­dzi. Ode­zwa­ła się do­pie­ro te­raz.

– Te­raz to już na­praw­dę mo­żesz so­bie da­ro­wać! – Złość na­ra­sta­ła w nim od kil­ku­na­stu dni. Nie, za­raz, wróć. Na­le­ża­ło­by po­wie­dzieć: złość na­ra­sta­ła w nim od kil­ku­na­stu lat, a apo­geum osią­gnę­ła w cią­gu ostat­nich dwóch ty­go­dni. Nie mógł so­bie da­ro­wać tej uwa­gi. Zre­zy­gno­wał na­wet z przy­wi­ta­nia.

– Mi­ko­łaj? – W gło­sie mat­ki było sły­chać za­sko­cze­nie. – Ale o co cho­dzi? Wró­ci­łam z wa­ka­cji, włą­czy­łam te­le­fon i od razu do cie­bie za­dzwo­ni­łam.

– Kto w dzi­siej­szych cza­sach nie za­bie­ra ze sobą te­le­fo­nu na wa­ka­cje? – Po­krę­cił gło­wą z nie­do­wie­rza­niem.

He­le­na prych­nę­ła ze zło­ścią. Nie lu­bi­ła, gdy kto­kol­wiek ją po­uczał.

– Mu­sia­łam od­po­cząć. Zre­se­to­wać się. No wiesz, po­być przez chwi­lę sama ze swo­imi my­śla­mi. Nie chcia­łam, aby mi prze­szka­dza­no.

– Ro­zu­miem. Chcia­łaś od­po­cząć, mamo – rzu­cił Mi­ko­łaj, kła­dąc na­cisk na ostat­ni wy­raz. Niby jed­no krót­kie sło­wo, a jed­nak jemu spra­wia­ło mnó­stwo trud­no­ści. Kie­dy już je wy­ma­wiał, ro­bił to cy­nicz­nie i ze zło­ścią. – A nie wpa­dło ci do gło­wy, że pod­czas gdy ty od­po­czy­wa­łaś, mo­gło coś się stać i nikt nie miał szans, żeby się z tobą skon­tak­to­wać?

– Moja mat­ka umar­ła? – wy­pa­li­ła na­gle He­le­na. Mi­ko­łaj nie wie­dział, a może ra­czej nie chciał wie­dzieć, jak po­tęż­ny ła­du­nek emo­cjo­nal­ny krył się w tym jed­nym krót­kim py­ta­niu.

– Skąd w ogó­le taki po­mysł?! – Pod­niósł głos, na chwi­lę za­po­mi­na­jąc, z kim roz­ma­wia.

Może He­le­na nie była wzo­rem mat­ki, ale jed­nak Emi­lia na­uczy­ła go sza­cun­ku do niej. Mimo wszyst­ko.

– No wiesz, nie jest już pierw­szej mło­do­ści, a sko­ro wy­dzwa­niasz do mnie od dwóch ty­go­dni… Nie­waż­ne! Sta­ło się coś? Mógł­byś w koń­cu przejść do sed­na? – po­pro­si­ła znie­cier­pli­wio­nym to­nem.

Mi­ko­łaj wstał z fo­te­la i od­szedł na kil­ka me­trów. Miał dziw­ne wra­że­nie, że do sie­dzą­cej tuż obok Emi­lii do­cie­ra­ją wy­po­wia­da­ne przez He­le­nę sło­wa.

– Bab­cia mia­ła wy­pa­dek. Niby nic po­waż­ne­go, prze­wró­ci­ła się w domu, a jed­nak w jej wie­ku to groź­ne. – Spio­ru­no­wał wzro­kiem Emi­lię, któ­ra już mia­ła się ode­zwać, pew­nie po to, żeby za­prze­czyć sło­wom wnu­ka. – Le­ka­rze mu­sie­li ją ope­ro­wać. Bab­cia ma wsz­cze­pio­ną en­do­pro­te­zę i z uwa­gi na jej wiek okres re­ha­bi­li­ta­cji może się wy­dłu­żyć na­wet do sześ­ciu mie­się­cy.

Po dru­giej stro­nie za­pa­dła ci­sza. He­le­na po­trze­bo­wa­ła kil­ku­na­stu se­kund, żeby po­zbie­rać my­śli i coś od­po­wie­dzieć.

– Przy­kro mi, ale… Co ja mam z tym wszyst­kim wspól­ne­go?

Sło­wa mat­ki nie­mal na­tych­miast wy­wo­ła­ły w nim gniew. Co ona ma z tym wszyst­kim wspól­ne­go?! Jak to: co ona ma z tym wszyst­kim wspól­ne­go? Bab­cia jest jej mat­ką, do cho­le­ry!

Naj­pierw po­rzu­ci­ła kil­ku­let­nie­go syna i wy­je­cha­ła do Pa­ry­ża, bo prze­cież sto­li­ca Fran­cji była taka mod­na wśród ar­ty­stów i tyl­ko tam mo­gła zro­bić praw­dzi­wą ka­rie­rę. Spa­ko­wa­ła wa­liz­ki i za­czę­ła zu­peł­nie nowe ży­cie, w któ­rym nie było miej­sca dla dziec­ka, a te­raz za­bra­kło go rów­nież dla mat­ki? Ja­kim trze­ba być czło­wie­kiem, aby tak trak­to­wać bli­skich?

Zszedł z ta­ra­su i ru­szył w stro­nę ogro­du. Nie chciał, aby bab­cia była świad­kiem tej roz­mo­wy.

– Oba­wiam się, że masz z tym wspól­ne­go o wie­le wię­cej, niż ci się wy­da­je. – Nie chciał ude­rzać w bła­gal­ne tony, ale ja­koś samo wy­szło. – Mamo, prze­cież to two­ja mat­ka, za­sta­nów się… Bab­cia ma już dzie­więć­dzie­siąt czte­ry lata. Ona nas po­trze­bu­je! Ja cię po­trze­bu­ję, do cho­le­ry! Te­raz mam wa­ka­cje, więc mogę się nią zaj­mo­wać. Po­mi­nę już to, że mia­łem w pla­nach ja­kąś do­ryw­czą pra­cę, aby od­cią­żyć cie­bie i bab­cię, a po­tem wy­je­chać na dwa ty­go­dnie z ko­le­ga­mi na Ma­zu­ry. Zre­zy­gno­wa­łem z tego bez żalu, bo wiem, że ona nie ma ni­ko­go poza mną. – Spoj­rzał w kie­run­ku ta­ra­su. Emi­lia za­cią­ga­ła się pa­pie­ro­sem i dość nie­udol­nie uda­wa­ła, że wca­le nie przy­słu­chu­je się ich roz­mo­wie. – Ale prze­cież je­steś jesz­cze ty! Chy­ba mo­gła­byś przy­je­chać na kil­ka ty­go­dni, mak­sy­mal­nie kil­ka mie­się­cy, żeby po­móc bab­ci? Od paź­dzier­ni­ka chciał­bym wró­cić na stu­dia, a nie wiem, czy to bę­dzie moż­li­we, je­śli…

– Nie – prze­rwa­ła mu sta­now­czo mat­ka. – To nie wcho­dzi w grę.

Cze­kał, li­cząc, że po­wie coś wię­cej, jed­nak ci­sza po dru­giej stro­nie prze­dłu­ża­ła się.

– Ale dla­cze­go? Ni­g­dy cię o nic nie pro­si­łem. Ni­g­dy! Do cza­su… Te­raz cię bła­gam, przy­jedź do domu i za­opie­kuj się bab­cią!

– Na ile znam swo­ją mat­kę, ra­dzi so­bie cał­kiem nie­źle. – Na­wet z ta­kiej od­le­gło­ści Mi­ko­łaj na­tych­miast wy­czuł chłód w jej gło­sie. – Da­cie so­bie radę.

– Mamo, moż­li­we, że będę mu­siał prze­rwać stu­dia. – Spró­bo­wał po raz ostat­ni. – Czy ty to ro­zu­miesz?! Nie wie­rzę, po pro­stu nie wie­rzę… Nie masz ser­ca!

– Za­wsze mo­żesz wziąć dzie­kan­kę. – Oczy­ma wy­ob­raź­ni wi­dział, jak mat­ka wzru­sza ra­mio­na­mi. – Znasz mój sto­su­nek do two­ich stu­diów. Po­lo­ni­sty­ka nie jest przy­szło­ścio­wym kie­run­kiem, więc może do­brze by się sta­ło.

Złość du­si­ła go od środ­ka. Nie mógł uwie­rzyć w to, co usły­szał. Wie­dział, że mat­ka ma trud­ny cha­rak­ter, ale do­tych­czas wie­rzył, że nie jest cał­ko­wi­cie po­zba­wio­na uczuć. Tego dnia prze­ko­nał się, jak bar­dzo by się my­lił.

– Czy­li nie przy­je­dziesz?

– Mam w przy­szłym mie­sią­cu wy­sta­wę. – Jej głos od razu się zmie­nił. Naj­wy­raź­niej samo mó­wie­nie o tym spra­wia­ło jej przy­jem­ność. – Może w koń­cu uda mi się wy­bić.

Nie chciał być zło­śli­wy, ale na usta ci­snę­ła mu się uwa­ga na te­mat wie­lu in­nych im­prez, któ­re mia­ły jej po­móc się wy­bić.

– Czy­li nie? – wy­ce­dził przez za­ci­śnię­te war­gi.

– Przy­kro mi.

He­le­na coś jesz­cze mó­wi­ła, ale Mi­ko­łaj już jej nie słu­chał. Na­ci­snął czer­wo­ną słu­chaw­kę i ze zło­ścią wło­żył te­le­fon do kie­sze­ni. Spoj­rzał w stro­nę we­ran­dy. Bab­cia wła­śnie ga­si­ła pa­pie­ro­sa i dał­by so­bie rękę uciąć, że ukrad­kiem ocie­ra łzy.

Roz­dział 3

ZGŁĘ­BO­KIE­GO SNU WY­RWAŁ GO HUK TŁU­CZO­NE­GO SZKŁA. Pod­niósł się szyb­ko z łóż­ka, aż za­krę­ci­ło mu się w gło­wie. Od­ru­cho­wo spoj­rzał na ze­gar, któ­ry od za­wsze wi­siał na ścia­nie. Wska­zów­ki za­trzy­ma­ły się na trze­ciej. No tak, miał wy­mie­nić ba­te­rie, ale tego nie zro­bił.

Się­gnął po te­le­fon, aby spraw­dzić go­dzi­nę. Po le­wej stro­nie u góry mi­ga­ła ikon­ka nie­ode­bra­nej wia­do­moś­ci. Z nie­sma­kiem po­krę­cił gło­wą, kie­dy czy­tał SMS od mat­ki. Nie mógł uwie­rzyć, że z tą ko­bie­tą łą­czy go naj­bliż­szy sto­pień po­kre­wień­stwa.

Mam tu­taj swo­je ży­cie i nie rzu­cę wszyst­kie­go tyl­ko dla­te­go, że Emi­lia zła­ma­ła bio­dro. Je­śli po­trze­bu­jesz pie­nię­dzy, mogę zro­bić prze­lew. Ko­cham Cię, mama.

Prych­nął ze zło­ścią. Mo­gła­by so­bie da­ro­wać to czu­łe za­koń­cze­nie. Poza tym iry­to­wa­ło go, że He­le­na mówi o bab­ci „Emi­lia” lub „moja mat­ka”. Uwa­żał, że sta­rusz­ka za­słu­gu­je na wię­cej, tym­cza­sem cór­ka nie po­tra­fi­ła jej na­wet oka­zać sza­cun­ku.

Na­gle przy­po­mniał so­bie o dziw­nym od­gło­sie, któ­ry go obu­dził. Ze­rwał się jak opa­rzo­ny i po­pę­dził do kuch­ni, gdzie Emi­lia dość nie­udol­nie, pod­pie­ra­jąc się kulą, pró­bo­wa­ła po­sprzą­tać ba­ła­gan. Na­tych­miast wkro­czył do ak­cji.

– Bab­ciu, pro­szę cię, usiądź… Po­sprzą­tam. – Po­mógł jej usa­do­wić się na krze­śle. – Co się sta­ło?

– A cóż niby mia­ło się stać? – Mach­nę­ła ręką. – Po pro­stu roz­la­łam her­ba­tę.

Wy­star­czy­ło spoj­rzeć na Emi­lię, aby się do­my­ślić, że jest wście­kła. Z od­ra­zą pa­trzy­ła na kulę, te­raz rzu­co­ną w kąt. Mi­ko­łaj nic nie po­wie­dział, cho­ciaż na koń­cu ję­zy­ka miał uwa­gę, że zbi­ta fi­li­żan­ka, to nie tyl­ko „roz­la­na her­ba­ta”.

– Nie opa­rzy­łaś się?

Emi­lia w mil­cze­niu po­krę­ci­ła gło­wą, cho­ciaż ochla­pa­ła nogi wrząt­kiem. Nie chcia­ła, aby wnuk ska­kał wo­kół niej i, co gor­sza, pró­bo­wał ścią­gać z niej te prze­klę­te raj­tu­zy. To by­ło­by po­ni­ża­ją­ce.

W ta­kich chwi­lach po­win­na być z nią cór­ka. Po­win­na, ale He­le­na miesz­ka­ła po­nad ty­siąc pięć­set ki­lo­me­trów stąd i ani my­śla­ła po­ma­gać w opie­ce nad sta­rą znie­do­łęż­nia­łą mat­ką. Sta­rusz­ka była więc zda­na na dwu­dzie­sto­let­nie­go wnu­ka, któ­ry zde­cy­do­wa­nie nie po­wi­nien ścią­gać swo­jej sta­rej bab­ce raj­stop! Co do tego Emi­lia nie mia­ła żad­nych wąt­pli­wo­ści.

– I na co mi to było? – Sama się zdzi­wi­ła, że wy­po­wie­dzia­ła swo­je my­śli na głos.

Mi­ko­łaj spoj­rzał na nią py­ta­ją­cym wzro­kiem.

– Czy­li?

– Na co mi była ta cała ope­ra­cja? Funk­cjo­nu­ję jesz­cze go­rzej niż przed za­bie­giem. Wcze­śniej to cho­ciaż by­łam w sta­nie prze­nieść fi­li­żan­kę z her­ba­tą z kuch­ni do po­ko­ju.

– Przez chwi­lę musi być go­rzej, żeby mo­gło być le­piej – za­uwa­żył re­zo­lut­nie Mi­ko­łaj, a po­tem szyb­ko zmie­nił te­mat, aby od­cią­gnąć uwa­gę bab­ci od tych naj­bar­dziej bo­le­snych spraw. – Dzi­siaj przy­cho­dzi do cie­bie pani Ma­ry­la, praw­da?

Rze­czy­wi­ście, Emi­lia spo­dzie­wa­ła się wi­zy­ty są­siad­ki. Kie­dy Mi­ko­łaj wy­jeż­dżał na stu­dia do Ka­to­wic, cie­szył się, że bab­cia ma na miej­scu brat­nią du­szę – ko­goś, kto w ra­zie po­trze­by wes­prze ją do­brym sło­wem i do­trzy­ma jej to­wa­rzy­stwa. Wpraw­dzie część week­en­dów spę­dzał w ro­dzin­nym domu w Li­bią­żu, jed­nak w ty­go­dniu nie mógł skła­dać co­dzien­nych wi­zyt bab­ci, więc cie­szył się, że nie jest zda­na tyl­ko na sie­bie.

– Wła­śnie! Za­po­mnia­ła­bym! Ostat­nio Ma­ryl­ka przy­nio­sła mi czte­ry do­rod­ne cu­ki­nie ze swo­je­go ogród­ka – zre­flek­to­wa­ła się Emi­lia. – Może masz ocho­tę na plac­ki? Ze­trę cu­ki­nie na tar­ce, do­dam tro­chę ce­bu­li, jaj­ka, mąkę… Tak jak lu­bisz! Po­le­ję je jo­gur­tem na­tu­ral­nym zmie­sza­nym z czosn­kiem. Masz ocho­tę, dziec­ko?

Mi­ko­łaj uśmiech­nął się sze­ro­ko. Plac­ki z cu­ki­nii to jego przy­smak z dzie­ciń­stwa. Do­sko­na­le pa­mię­tał, jak la­tem ba­wił się w ogród­ku, a bab­cia prze­ry­wa­ła tę za­ba­wę i wo­ła­ła go na ta­ras, gdzie cze­ka­ło na nie­go ulu­bio­ne da­nie. Naj­pierw zli­zy­wał jo­gurt z czosn­kiem, a do­pie­ro póź­niej za­bie­rał się do plac­ków.

– Nie chciał­bym, że­byś się prze­mę­cza­ła – za­czął nie­śmia­ło.

Emi­lia ze znie­cier­pli­wie­niem po­krę­ci­ła gło­wą.

– Dziec­ko, ja cię bar­dzo pro­szę, ty nie rób ze mnie ka­le­ki! – Rzu­ci­ła mu po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nie. – Tyle jesz­cze mogę dla cie­bie zro­bić. Przy­go­tuj tyl­ko pa­tel­nię, a ja za­dbam o resz­tę. Wpraw­dzie nie ja­dłeś jesz­cze śnia­da­nia, ale jest już je­de­na­sta, więc my­ślę, że mo­że­my za­cząć od wcze­sne­go obia­du.

Uwa­ga bab­ci wpę­dzi­ła go w za­kło­po­ta­nie. W koń­cu przy­je­chał do domu, aby jej po­móc, a wy­le­gi­wał się w łóż­ku do po­łu­dnia.

Plac­ki Emi­lii były do­kład­nie ta­kie, jak za­pa­mię­tał z dzie­ciń­stwa. Zjadł je na ta­ra­sie, zu­peł­nie jak wów­czas, kie­dy był chłop­cem. Prze­żu­wa­jąc ko­lej­ne kęsy, co chwi­la uno­sił kciuk do góry, chwa­ląc bab­ci­ną kuch­nię.

– Prze­pysz­ne! – ko­men­to­wał, a Emi­lia uśmie­cha­ła się, za­cią­ga­jąc się cien­kim pa­pie­ro­sem.

Za­wsze ja­da­ła nie­wie­le, a praw­dzi­wą przy­jem­ność spra­wia­ło jej pa­le­nie. Mi­ko­łaj w tej kwe­stii był zu­peł­nym prze­ci­wień­stwem bab­ci – pa­pie­ro­sy wzbu­dza­ły w nim wstręt, za to jadł za dwóch, a na­wet za trzech, jak cza­sem żar­to­wa­ła Emi­lia.

Kie­dy przy­szła Ma­ry­la, uznał, że naj­le­piej bę­dzie, je­śli się ulot­ni i po­zwo­li im w spo­ko­ju po­roz­ma­wiać. Po dro­dze do skle­pu spo­tkał zna­jo­me­go z li­ceum i na kil­ka­na­ście mi­nut, kie­dy z nim roz­ma­wiał, za­po­mniał o bo­żym świe­cie i znów po­czuł się mło­dym, po­zba­wio­nym trosk chło­pa­kiem. Po­wy­mie­nia­li in­for­ma­cje na te­mat dal­szych lo­sów ko­le­gów i ko­le­ża­nek z kla­sy, po­wspo­mi­na­li stud­niów­kę i tych, któ­rym nie uda­ło się zdać ma­tu­ry. Po­dob­no z eg­za­mi­nem z ma­te­ma­ty­ki nie po­ra­dzi­ły so­bie trzy oso­by, a czwar­ta nie zda­ła z pol­skie­go. Mi­ko­łaj wstęp­nie umó­wił się z Se­ba­stia­nem na piwo, a po­tem się po­że­gna­li.

Kie­dy wró­cił do domu, bab­cia na­dal roz­ma­wia­ła z pa­nią Ma­ry­lą, uznał więc, że pój­dzie na górę, aby im nie prze­szka­dzać, jed­nak to, co usły­szał, za­cie­ka­wi­ło go na tyle, że za­trzy­mał się w ko­ry­ta­rzu i nie­pew­nie spoj­rzał w kie­run­ku drzwi.

– Szcze­rze mó­wiąc, nie dzi­wię się He­le­nie. – To był stłu­mio­ny głos Emi­lii. – Na jej miej­scu chy­ba też nie chcia­ła­bym mieć ze swo­ją mat­ką nic wspól­ne­go.

Wie­dział, że nie po­wi­nien pod­słu­chi­wać, ale to było sil­niej­sze od nie­go. Od naj­młod­szych lat miał wra­że­nie, że w tym domu nie mówi się gło­śno o wszyst­kim i być może wła­śnie otrzy­mał po­twier­dze­nie swo­ich przy­pusz­czeń.

– Nie masz ra­cji – po­wie­dzia­ła Ma­ry­la. – Po tym, co prze­ży­łaś…

O czym ona mó­wi­ła? Co ta­kie­go wy­da­rzy­ło się w tej ro­dzi­nie i dla­cze­go nikt nie chciał z nim o tym roz­ma­wiać?

– To nie ma nic do rze­czy – prze­rwa­ła jej sta­now­czym gło­sem bab­cia.

– Ależ oczy­wi­ście, że ma! – wtrą­ci­ła z prze­ko­na­niem w gło­sie są­siad­ka. – He­le­na wie o tym, co cię spo­tka­ło. Czło­wiek pod­nie­sie się, ale już ni­g­dy nie bę­dzie taki sam. Po tym, co wi­dzia­łaś, cze­go do­świad­czy­łaś i co stra­ci­łaś, nie moż­na prze­cież ot tak wy­rzu­cić złych wspo­mnień z pa­mię­ci i za­cząć od nowa.

– Tyl­ko dla­cze­go cier­pią ko­lej­ne po­ko­le­nia? – Emi­lia wes­tchnę­ła gło­śno.

Było ja­sne, że nie ocze­ku­je od­po­wie­dzi na to py­ta­nie.

Za­pa­dła ci­sza. Mi­ko­łaj bał się, że zo­sta­nie na­kry­ty, więc szyb­ko i nie­mal bez­sze­lest­nie wszedł na górę. Sło­wa bab­ci i są­siad­ki jesz­cze dłu­go roz­brzmie­wa­ły w jego gło­wie. Czy rze­czy­wi­ście jego mat­ka mia­ła po­wód, aby wy­je­chać z domu?

Za­wsze my­ślał, że He­le­na zo­sta­wi­ła swo­je po­przed­nie ży­cie z czy­ste­go ego­izmu. Była wy­god­nic­ka i ma­rzy­ła o wiel­kiej ka­rie­rze, a jej zda­niem tyl­ko w Pa­ry­żu mo­gła osią­gnąć to, na co było ją stać. Jesz­cze w PRL-u ukoń­czy­ła kra­kow­ską Aka­de­mię Sztuk Pięk­nych i uwie­rzy­ła swo­im wy­kła­dow­com, któ­rzy prze­ko­ny­wa­li ją, że ma rzad­ko spo­ty­ka­ny ta­lent. Była ulu­bie­ni­cą pro­fe­so­ra Jana Szan­cen­ba­cha, wy­bit­ne­go przed­sta­wi­cie­la ko­lo­ry­zmu, któ­ry wie­lo­krot­nie po­wta­rzał, że jest jego na­dzie­ją. Po ukoń­cze­niu stu­diów jesz­cze przez kil­ka lat pró­bo­wa­ła wy­bić się w kra­ju, w koń­cu jed­nak uzna­ła, że od­ra­dza­ją­ca się z po­pio­łów Pol­ski Lu­do­wej Rzecz­po­spo­li­ta nie za­pew­ni jej świe­tla­nej przy­szło­ści, i wy­je­cha­ła. Nic to, że mia­ła kil­ku­let­nie­go syna, dla któ­re­go była ca­łym świa­tem. „Bab­cia się tobą za­opie­ku­je”, po­wie­dzia­ła, i już jej nie było.

Nie obie­cy­wa­ła, że wró­ci, że po nie­go przy­je­dzie, bo i po co? Prze­cież wie­dzia­ła, że to nie­praw­da. Nie za­mie­rza­ła okła­my­wać syna.

Mi­ko­łaj po raz pierw­szy spoj­rzał na wy­jazd mat­ki ina­czej. Czyż­by przed czymś ucie­ka­ła?

Po­przed­nie­go wie­czo­ru wy­pił o jed­no piwo za dużo, więc te­raz cier­piał z po­wo­du pa­skud­ne­go bólu gło­wy. Spo­tkał się z Se­ba­stia­nem i wpa­dli na po­mysł, aby za­dzwo­nić do po­zo­sta­łych ko­le­gów z cza­sów li­ceum, więc nie­win­ny wy­pad do baru skoń­czył się o nie­przy­zwo­icie póź­nej, a ra­czej wcze­snej po­rze. Głu­pio mu było wra­cać, ale sta­rał się być ci­cho i miał na­dzie­ję, że Emi­lia rze­czy­wi­ście się nie obu­dzi­ła. Po­dej­rze­wał, że gdy­by miesz­kał z mat­ką, nie miał­by po­dob­nych opo­rów, jed­nak wo­bec sta­rusz­ki czuł re­spekt.

Na­sta­wił bu­dzik na dzie­wią­tą. Kie­dy alarm w te­le­fo­nie za­dźwię­czał, nie miał naj­mniej­szej ocho­ty, by unieść po­wie­ki choć na mi­li­metr, zmu­sił się jed­nak, żeby otwo­rzyć oczy i wstać z łóż­ka.

Emi­lia z dnia na dzień ra­dzi­ła so­bie co­raz le­piej, lecz na­dal po­trze­bo­wa­ła po­mo­cy, więc nie chciał, żeby była zda­na tyl­ko na sie­bie, pod­czas gdy on bę­dzie od­sy­piał nie­prze­spa­ną noc.

Trud­no. Nie od dziś wia­do­mo, że na kaca naj­lep­sza jest pra­ca.

– Dziec­ko ty moje, dla­cze­go nie śpisz? – za­py­ta­ła bab­cia, kie­dy zom­bie w po­sta­ci Mi­ko­ła­ja we­szło do kuch­ni.

– Wła­śnie dla­te­go! – Wska­zał pal­cem drew­nia­ną de­skę, na któ­rej bab­cia sie­ka­ła szczy­pio­rek. – Mu­szę cię pil­no­wać.

Zmarszcz­ki wo­kół oczu Emi­lii za­gę­ści­ły się, kie­dy uśmiech­nę­ła się do wnu­ka.

– Sły­sza­łam, że wró­ci­łeś nad ra­nem. – Czy­li jed­nak uda­wa­ła. – Nie chcia­łam cię bu­dzić, a przy­go­to­wa­nie ka­nap­ki z po­mi­do­rem i szczy­pior­kiem nie prze­ra­sta mo­ich ku­li­nar­nych moż­li­wo­ści.

Mi­ko­łaj ła­ko­mym wzro­kiem spoj­rzał na bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej. Po­sta­no­wił ją prze­my­cić po ci­chu do swo­je­go po­ko­ju. Miał wra­że­nie, że jego gru­czo­ły śli­no­we prze­sta­ły speł­niać swo­ją pod­sta­wo­wą funk­cję, bał się jed­nak, że bab­cia od­kry­je przy­czy­nę wzmo­żo­ne­go pra­gnie­nia. Wie­dział, że to idio­tycz­ne – Emi­lia z pew­no­ścią nie mia­ła nic prze­ciw­ko temu, że wy­szedł z ko­le­ga­mi i wy­pił kil­ka piw, w koń­cu był do­ro­sły. A jed­nak od­czu­wał za­że­no­wa­nie.

Jego we­wnętrz­ne dy­le­ma­ty roz­wią­za­ła bab­cia, pod­su­wa­jąc mu szklan­kę ape­tycz­nie pach­ną­ce­go na­po­ju.

– Zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że mo­żesz być dzi­siaj nie­dy­spo­no­wa­ny, więc ugo­to­wa­łam z sa­me­go rana kom­pot tru­skaw­ko­wy.

Nic nie po­wie­dział, ale wy­pił całą szklan­kę i po­pro­sił o wię­cej.

– Może po­sprzą­tał­bym na stry­chu? – za­su­ge­ro­wał.

– Dzi­siaj? – zdzi­wi­ła się Emi­lia.

Aku­rat tego dnia nie spo­dzie­wa­ła się po wnu­ku tak szum­nych de­kla­ra­cji. W koń­cu na stry­chu nikt nie sprzą­tał od… Wła­ści­wie nie wie­dzia­ła, czy ktoś kie­dy­kol­wiek ro­bił tam po­rząd­ki.

– A co to za róż­ni­ca? – Mi­ko­łaj wy­piął dum­nie pierś. – Pa­mię­tam, że jest tam mnó­stwo cięż­kich przed­mio­tów, a sama so­bie z tym na pew­no nie po­ra­dzisz. Aku­rat je­stem w domu, więc mogę się tym za­jąć.

– Jak tam so­bie chcesz – skwi­to­wa­ła bab­cia. – Co zjadł­byś na obiad, dziec­ko?

Wzru­szył ra­mio­na­mi. Chwi­lo­wo nie miał ape­ty­tu, więc Emi­lia po­sta­no­wi­ła, że ugo­tu­je zupę ogór­ko­wą z uki­szo­nych przez sie­bie ogór­ków, któ­rą wnuk bę­dzie mógł w każ­dej chwi­li so­bie od­grzać.

Kie­dy tyl­ko za Mi­ko­ła­jem za­mknę­ły się przy­ku­rzo­ne drzwi, od razu zro­zu­miał, że po­peł­nił błąd. Pię­trzą­ce­go się sto­su ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych przed­mio­tów nie był­by w sta­nie po­sprzą­tać w je­den dzień na­wet w peł­ni sił. Nie zwykł jed­nak się pod­da­wać, mimo że tym ra­zem z góry prze­wi­dy­wał swo­ją po­raż­kę. Po­sta­no­wił, że uprząt­nie cho­ciaż część ru­pie­ci.

A cze­go tam nie było! Sta­ra pral­ka fra­nia, drew­nia­ne szta­lu­gi pa­mię­ta­ją­ce jesz­cze pierw­sze pra­ce He­le­ny, nie­dzia­ła­ją­cy od kil­ku­na­stu lat sto­ją­cy ze­gar, skrzy­nia z za­baw­ka­mi. Z pew­ną no­stal­gią ob­ra­cał w dło­niach przed­mio­ty, któ­re umi­la­ły mu dzie­ciń­stwo. Uśmiech­nął się na wi­dok Ac­tion Mana, pre­zen­tu na któ­reś świę­ta. Przy­po­mniał so­bie, jak bab­cia za­baw­nie marsz­czy­ła nos, pró­bu­jąc po­wtó­rzyć po nim na­zwę za­baw­ki. „Ak­szon men” – tak mó­wi­ła.

– Rany! – wes­tchnął na wi­dok ogrom­ne­go pu­dła, w któ­rym mie­ści­ła się jego ko­lek­cja kloc­ków Lego.

Z tego męż­czyź­ni chy­ba nie wy­ra­sta­ją. Mimo iż nie był już chłop­cem, z chę­cią po­sta­wił­by ja­kąś bu­dow­lę. Kie­dyś mógł to ro­bić go­dzi­na­mi. Miał dużo cier­pli­wo­ści.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Z dołu do­bie­gło do nie­go wo­ła­nie bab­ci.

– Tak, tak!

Od­sta­wił na bok skrzy­nię, w któ­rej zna­lazł jesz­cze kil­ka­dzie­siąt nie­wiel­kich re­so­ra­ków, i po­sta­no­wił ni­cze­go nie ru­szać. Za­baw­ki mo­gły się jesz­cze kie­dyś przy­dać. Na ra­zie ta per­spek­ty­wa wy­da­wa­ła mu się bar­dzo od­le­gła, ale pan­ta rhei, jak ma­wiał He­ra­klit. Wszyst­ko pły­nie.

Bez żalu po­sta­no­wił wy­rzu­cić sta­re ob­ra­zy mat­ki, pa­mię­ta­ją­ce jej stu­denc­kie cza­sy. Gdy­by mia­ła ich jesz­cze w ogó­le po­trze­bo­wać, z pew­no­ścią daw­no by się po nie zgło­si­ła.

Po­że­gnał się rów­nież ze swo­imi ry­sun­ka­mi z dzie­ciń­stwa i szkol­ny­mi ze­szy­ta­mi. Nie ro­zu­miał, po co bab­cia to wszyst­ko trzy­ma. Nie by­ło­by ła­twiej po pro­stu wy­rzu­cić? Wie­dział, że Emi­lia za­wsze była sen­ty­men­tal­na, jed­nak nie wi­dział naj­mniej­sze­go sen­su w wy­no­sze­niu na strych ni­ko­mu nie­po­trzeb­nych ze­szy­tów ma­łe­go Mi­ko­ła­ja, nie­chlub­nych do­wo­dów na to, że od naj­młod­szych lat fa­tal­nie ra­dził so­bie z ma­te­ma­ty­ką. Szcze­rze mó­wiąc, wciąż nie mógł się na­dzi­wić, że jego na­zwi­sko nie zna­la­zło się w gro­nie tych trzech osób, któ­re nie zda­ły ma­tu­ry z tego przed­mio­tu. To po­krzy­żo­wa­ło­by mu pla­ny. Bez zda­ne­go eg­za­mi­nu z ma­te­ma­ty­ki, w ży­ciu nie do­stał­by się na­wet na po­lo­ni­sty­kę.

Na­gle jego uwa­gę przy­cią­gnę­ła nie­wiel­ka szka­tuł­ka, któ­ra jako je­dy­na była za­mknię­ta i schlud­nie odło­żo­na, a nie rzu­co­na gdzieś nie­dba­le. De­li­kat­nie na­ci­snął wie­ko, prze­ko­na­ny, że bę­dzie sta­wia­ło opór, jed­nak szyb­ko ustą­pi­ło, jak­by nie­wiel­ka skrzy­necz­ka sama chcia­ła się z nim po­dzie­lić swo­ją ta­jem­ni­cą.

Na pod­ło­gę upadł ka­wa­łek ma­te­ria­łu. De­li­kat­nie pod­niósł skra­wek, któ­ry sko­ja­rzył mu się dość jed­no­znacz­nie, jed­nak nie chciał przy­jąć tej in­for­ma­cji do wia­do­mo­ści. To by­ło­by ab­sur­dal­ne. Niby co po­wstań­cza opa­ska z cza­sów, kie­dy sto­li­ca sta­wia­ła opór hi­tle­row­skie­mu oku­pan­to­wi, mia­ła­by ro­bić na stry­chu ich domu w Li­bią­żu, po­nad trzy­sta ki­lo­me­trów od War­sza­wy? Nie mo­gła się tu prze­cież za­plą­tać przy­pad­kiem. Uznał, że skra­wek ma­te­ria­łu mu­siał mieć w prze­szło­ści inne za­sto­so­wa­nie i sta­ran­nie odło­żył go z po­wro­tem do szka­tuł­ki.

Jego uwa­gę przy­cią­gnę­ły po­żół­kłe ko­per­ty. Upływ cza­su nie za­ma­zał wy­ka­li­gra­fo­wa­nych sta­ran­nie ad­re­sów nadaw­cy i ad­re­sa­ta. W polu, w któ­rym zwy­cza­jo­wo umiesz­cza się dane au­to­ra li­stu, wid­niał ich li­bią­ski ad­res. Nadaw­cą była Emi­lia.

Dziw­ne. Bar­dzo dziw­ne. Wy­glą­da­ło na to, że ko­re­spon­den­cja nie tra­fi­ła do ad­re­sa­ta. Mi­ko­łaj ni­g­dy nie sły­szał o tym czło­wie­ku. Kim, do dia­bła, był Krzysz­tof An­drze­jew­ski i dla­cze­go bab­cia pi­sa­ła do nie­go li­sty, któ­rych nie wy­sła­ła? Może nie była pew­na miej­sca jego po­by­tu?

Wy­jął ze szka­tuł­ki plik za­adre­so­wa­nych ko­pert. Na­li­czył ich szes­na­ście. Wpa­try­wał się w war­szaw­ski ad­res, nic nie ro­zu­mie­jąc, czuł jed­nak, że wła­śnie tra­fił na ślad ro­dzin­nej ta­jem­ni­cy, o któ­rej bab­cia naj­wy­raź­niej nie mia­ła ocho­ty z nim roz­ma­wiać. Cie­ka­wi­ło go, kim był ten męż­czy­zna, a jesz­cze bar­dziej, dla­cze­go li­sty ni­g­dy do nie­go nie tra­fi­ły.

Wło­żył ko­per­ty do szka­tuł­ki, a na­stęp­nie za­mknął ją i odło­żył na miej­sce. Pró­bo­wał za­po­mnieć o ta­jem­ni­czych li­stach, ale jego my­śli cią­gle wra­ca­ły do za­war­to­ści nie­wiel­kie­go pu­deł­ka.

Nie czuł upły­wu cza­su. Kie­dy bab­cia za­wo­ła­ła go z dołu i za­py­ta­ła, czy aby na pew­no wszyst­ko jest w po­rząd­ku, bo wy­bi­ła sie­dem­na­sta, a on nic nie jadł przez cały dzień, zdzi­wił się, że spę­dził na stry­chu tyle go­dzin. Nie ro­zu­miał swo­ich nie­co­dzien­nych emo­cji. Jesz­cze ni­g­dy nie czuł ta­kie­go dziw­ne­go dresz­czy­ku pod­eks­cy­to­wa­nia zmie­sza­ne­go z nie­zdro­wą cie­ka­woś­cią.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Emi­lia spoj­rza­ła na nie­go za­tro­ska­na, kie­dy w koń­cu zszedł na dół.

Nie­mal me­cha­nicz­nie ski­nął gło­wą.

– Jest coś do je­dze­nia? Umie­ram z gło­du.

– Na­resz­cie! Już się ba­łam, że coś z tobą nie tak. Prze­cież ty ni­g­dy nie od­ma­wiasz je­dze­nia!

Za­chi­cho­tał, ale ja­koś tak sztucz­nie, co nie umknę­ło uwa­dze Emi­lii. Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, uzna­jąc, że al­ko­hol zde­cy­do­wa­nie nie słu­ży jej wnu­ko­wi, i pod­pie­ra­jąc się kulą, po­kuś­ty­ka­ła do kuch­ni, aby od­grzać mu zupę.

Roz­dział 4

NAWET JE­ŚLI EMI­LIA BYŁA ZDZI­WIO­NA, ŻE WNUK ZA­CZĄŁ SPĘ­DZAĆ NA STRY­CHU CO­RAZ WIĘ­CEJ CZA­SU, NIE DAŁA TEGO PO SO­BIE PO­ZNAĆ. Tym­cza­sem Mi­ko­łaj czuł, że ta­jem­ni­cza szka­tuł­ka przy­cią­ga go ni­czym ma­gnes. Im dłu­żej przy­glą­dał się bia­ło-czer­wo­nej opa­sce, tym więk­szej na­bie­rał pew­no­ści, że po­wi­nien po­znać jej po­wstań­czą hi­sto­rię.

Nie po­tra­fił jed­nak roz­gryźć, co ten sym­bol wal­czą­cej War­sza­wy robi na stry­chu jego ro­dzin­ne­go domu. W pew­nej chwi­li po­my­ślał na­wet, że coś so­bie ubz­du­rał, ale opa­ska w po­łą­cze­niu z war­szaw­skim ad­re­sem temu prze­czy­ła. Zbyt dłu­go zwle­kał z za­py­ta­niem bab­ci o za­war­tość za­gad­ko­we­go pu­deł­ka, a te­raz spra­wa przy­bra­ła w jego wy­ob­raź­ni mo­nu­men­tal­ne roz­mia­ry i trud­no mu było się prze­ła­mać. Uznał, że gdy­by Emi­lia chcia­ła po­dzie­lić się z nim swo­im se­kre­tem, już daw­no by to zro­bi­ła.

W jego gło­wie pię­trzy­ły się py­ta­nia. Za­sta­na­wiał się rów­nież nad ewen­tu­al­nym związ­kiem za­war­toś­ci szka­tuł­ki z roz­mo­wą, któ­rą pod­słu­chał kil­ka dni wcze­śniej, jed­nak w koń­cu mu­siał się pod­dać. Nic roz­sąd­ne­go nie przy­cho­dzi­ło mu do gło­wy.

Bar­dziej wy­czuł, niż za­uwa­żył czy­jąś obec­ność. Od­wró­cił się, kie­dy do­tarł do nie­go za­pach pa­pie­ro­so­we­go dymu. Emi­lia przy­pa­try­wa­ła mu się z nie­ukry­wa­nym za­cie­ka­wie­niem po­łą­czo­nym z roz­ba­wie­niem.

– Dro­gi Sher­loc­ku… – ode­zwa­ła się de­li­kat­nym to­nem.

Po­de­rwał się gwał­tow­nie z pod­ło­gi, ude­rza­jąc z ca­łej siły gło­wą w za­wie­szo­ną do­kład­nie nad nim wiel­ką de­skę. Gło­śno jęk­nął z bólu.

– Bab­ciu, co ty tu ro­bisz? – wy­mam­ro­tał, ma­su­jąc so­bie gło­wę. Jak nic, bę­dzie wiel­ki guz.

– Bar­dziej za­sta­na­wia­ją­ce jest to, co ty tu­taj ro­bisz. Po­sta­no­wi­łam w koń­cu spraw­dzić, dla­cze­go spę­dzasz całe dnie na stry­chu.

Mi­ko­łaj po­czuł się nie­pew­nie. Po­spiesz­nie odło­żo­na szka­tuł­ka była jak wy­rzut su­mie­nia. Pró­bo­wał lek­ko kop­nąć pu­deł­ko, aby scho­wać je głę­biej, ale Emi­lia przej­rza­ła jego za­mia­ry.

– Nie ła­twiej by­ło­by mnie po pro­stu o to za­py­tać? Dziec­ko, na­wet nie chcę so­bie wy­obra­żać, co też przy­cho­dzi­ło ci do gło­wy, pod­czas gdy tu­taj sie­dzia­łeś i du­ma­łeś nad za­war­to­ścią tej skrzy­necz­ki. – Ro­ze­śmia­ła się gło­śno.

– Ale… two­je bio­dro! – zre­flek­to­wał się. – Nie po­win­naś tu­taj wcho­dzić. Mo­głaś spaść ze scho­dów lub…

Emi­lia nie po­zwo­li­ła mu roz­wi­nąć my­śli.

– Prze­cież re­ha­bi­li­tant nie za­bro­nił mi wcho­dzić po scho­dach – za­uwa­ży­ła, cał­kiem zresz­tą słusz­nie. – Za­le­cił je­dy­nie za­cho­wać ostroż­ność i ro­bić to bez ob­cią­ża­nia ope­ro­wa­nej nogi. – Wbi­ła w nie­go spoj­rze­nie. – Po­każ mi, co od­kry­łeś.

Schy­lił się po pu­deł­ko i na drżą­cych no­gach pod­szedł do bab­ci. Emi­lia, jed­ną ręką wciąż opie­ra­jąc się na kuli, chwy­ci­ła ostroż­nie drew­nia­ną skrzy­necz­kę i za­wa­ha­ła się, jak­by się za­sta­na­wia­ła, czy jej otwar­cie nie obu­dzi wspo­mnień.

Mi­ko­łaj wi­dział wszyst­kie emo­cje ma­lu­ją­ce się na jej twa­rzy. Zda­wał so­bie spra­wę z tego, że my­śla­mi jest bar­dzo, bar­dzo da­le­ko, a kon­kret­nie, je­śli się nie my­lił, w bom­bar­do­wa­nej przez Niem­ców War­sza­wie. Zro­zu­miał już, że mu­sia­ła wów­czas być w sto­li­cy, in­ne­go wy­ja­śnie­nia nie wi­dział. Ale dla­cze­go ni­g­dy o tym nie mó­wi­ła? Wpraw­dzie cza­sem opo­wia­da­ła o sio­strze, któ­ra do koń­ca ży­cia miesz­ka­ła pod War­sza­wą, bo­daj­że w Ży­rar­do­wie, ale nie wspo­mi­na­ła, że sama kie­dy­kol­wiek prze­by­wa­ła w tej oko­li­cy. Wręcz prze­ciw­nie – bro­ni­ła się rę­ka­mi i no­ga­mi przed wy­jaz­dem na Ma­zow­sze. To ciot­ka Łu­cja, kie­dy jesz­cze żyła, od­wie­dza­ła ich w Li­bią­żu, ni­g­dy od­wrot­nie.

– A więc prze­szłość upo­mnia­ła się rów­nież o cie­bie – po­wie­dzia­ła Emi­lia za­chryp­nię­tym gło­sem, po czym od­da­ła mu szka­tuł­kę i za­chę­ci­ła ge­stem, by ją otwo­rzył. Po­dał jej wy­słu­żo­ny ka­wa­łek ma­te­ria­łu, a kie­dy spoj­rzał w jej oczy, od razu zro­zu­miał, jak wie­le zna­czy dla niej ten skra­wek. Po­gła­dzi­ła opa­skę i przy­ło­ży­ła ją do ust. Mi­ko­łaj od­wró­cił wzrok. To była bar­dzo in­tym­na chwi­la.

– Nie otwie­ra­łam tej szka­tuł­ki od trzy­dzie­stu lat, dasz wia­rę? – Po­krę­ci­ła z nie­do­wie­rza­niem gło­wą. – To już tyle cza­su… He­le­na była wów­czas młod­sza niż ty te­raz. Mia­ła z sie­dem­na­ście lat. Tyle cza­su, tyle cza­su…

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li do­tarł do nie­go sens wy­po­wie­dzia­nych przez bab­cię słów.

– Chcesz po­wie­dzieć, że mama… wie? – wy­szep­tał.

Miał wra­że­nie, że je­śli bę­dzie mó­wił zbyt gło­śno, od­bie­rze tej chwi­li całą ma­gię.

– Oczy­wi­ście. – Emi­lia uśmiech­nę­ła się smut­no. – A żeby było śmiesz­niej, rów­nież tra­fi­ła na to pu­deł­ko zu­peł­nie przy­pad­kiem, i tak jak ty nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać przed jego otwar­ciem. Naj­wy­raź­niej ro­dzin­na ta­jem­ni­ca ma moc przy­cią­ga­nia ko­lej­nych po­ko­leń. – Skrzy­wi­ła się z bólu. – Nie­wy­god­nie mi się stoi, a tu­taj na­wet nie ma gdzie usiąść. Może zej­dzie­my na dół?

– Oczy­wi­ście. – zgo­dził się ocho­czo, ale po chwi­li się za­wa­hał. – Ale co z tym? – Ge­stem wska­zał na skrzy­necz­kę, któ­ra wy­wo­ła­ła całe za­mie­sza­nie, ale bab­cia już się od­wró­ci­ła i ru­szy­ła w stro­nę scho­dów. Był prze­ko­na­ny, że się uśmie­cha.

– Sko­ro już ją otwo­rzy­łeś, to chy­ba mo­żesz ją za­brać ze sobą.

Kil­ka mi­nut póź­niej sie­dzie­li na ta­ra­sie, a szka­tuł­ka le­ża­ła mię­dzy nimi na szkla­nym sto­li­ku, bo­le­śnie przy­po­mi­na­jąc Emi­lii o jej naj­więk­szej stra­cie. Nie mo­gła opa­no­wać drże­nia rąk, gdy od­pa­la­ła pa­pie­ro­sa. Za­cią­gnę­ła się moc­no. Chcia­ła, aby dym do­tarł do każ­de­go pę­che­rzy­ka w płu­cach, żeby wy­peł­nił je bo­le­śnie. Mi­ko­łaj cze­kał cier­pli­wie. Wie­dział, że nie po­wi­nien jej po­ga­niać.

Mi­nę­ło dużo cza­su, od­kąd po raz ostat­ni opo­wia­da­ła o swo­ich wo­jen­nych prze­ży­ciach. Wła­ści­wie mó­wi­ła o tam­tych wy­da­rze­niach tyl­ko raz, trzy­dzie­ści lat temu, ale He­le­na nie zro­zu­mia­ła. Emi­lii wy­da­wa­ło się, że jej sło­wa zro­bi­ły wra­że­nie na sie­dem­na­sto­let­niej wów­czas cór­ce, ale praw­da ani nie po­gor­szy­ła, ani nie na­pra­wi­ła ich re­la­cji. He­le­na była dość obo­jęt­na na trau­mę, któ­ra na­zna­czy­ła ży­cie mat­ki, a więc tak­że ży­cie jej sa­mej.

Emi­lia po­wo­li wy­pu­ści­ła dym. Nie lu­bi­ła mó­wić i pa­lić. Roz­mo­wa psu­ła całą przy­jem­ność pa­le­nia. Nada­wa­ła tej czyn­no­ści nie­po­trzeb­ny po­śpiech, a ona była już w ta­kim wie­ku, że nie spie­szy­ła się ab­so­lut­nie ni­g­dzie.

– Od cze­go by tu za­cząć… – ode­zwa­ła się, kie­dy już zga­si­ła pa­pie­ro­sa.

– Może od po­cząt­ku? – za­su­ge­ro­wał Mi­ko­łaj.

– Jak się za­pew­ne do­my­ślasz, wszyst­ko za­czę­ło się w War­sza­wie. – Za­trzy­ma­ła się na chwi­lę. – Albo nie tak. Ina­czej. Może le­piej za­cząć od koń­ca? – Po­ru­szy­ła się nie­spo­koj­nie. – Nie po­tra­fi­łam ko­chać two­je­go dziad­ka i two­jej mamy w ta­kim stop­niu, w ja­kim na to za­słu­gi­wa­li. Je­steś in­te­li­gent­nym mło­dym czło­wie­kiem, a więc za­pew­ne się do­my­śli­łeś, że ad­re­sat tych li­stów był mi kie­dyś bli­ski. Bar­dzo.

Przy­tak­nął mil­czą­co. Rze­czy­wi­ście, do tego zdo­łał dojść sam.

Miał mnó­stwo py­tań. Nie wie­dział, od któ­re­go za­cząć, ale po­sta­wił w koń­cu na to naj­mniej in­tym­ne.

– Dla­cze­go ni­g­dy nie wy­sła­łaś tych li­stów?

– Do tego doj­dzie­my póź­niej. – Emi­lia wy­ko­na­ła dło­nią gest, jak­by chcia­ła go po­wstrzy­mać. – Dużo póź­niej… Chcę, że­byś wie­dział, że do­pie­ro two­je po­ja­wie­nie się na świe­cie wy­rwa­ło mnie z ma­ra­zmu, w ja­kim się zna­la­złam na prze­ło­mie czter­dzie­ste­go czwar­te­go i czter­dzie­ste­go pią­te­go roku. Ty uro­dzi­łeś się w dzie­więć­dzie­sią­tym szó­stym, a więc mamy pro­sty ra­chu­nek – przez pięć­dzie­siąt dwa lata by­łam zgorzk­nia­łą babą, wrzo­dem na du­pie dla swo­ich bli­skich – oznaj­mi­ła ta­kim to­nem, jak­by wła­śnie in­for­mo­wa­ła go, że w mar­ke­cie jest pro­mo­cja na pier­si z kur­cza­ka.

– Bab­ciu! – Zszo­ko­wa­ło go to wy­zna­nie. Nie wie­dział, czy był bar­dziej zdzi­wio­ny tre­ścią, czy for­mą.

– Ależ to praw­da! Mó­wię, jak było. – Roz­ło­ży­ła bez­rad­nie ręce, po­cią­ga­jąc łyk chłod­ne­go kom­po­tu tru­skaw­ko­we­go. – W każ­dym ra­zie prze­la­łam na cie­bie całą mi­łość, któ­rej ist­nie­nia nie by­łam świa­do­ma. Kie­dy He­le­na wy­je­cha­ła… – Od­chrząk­nę­ła ner­wo­wo. – Dziec­ko, mo­żesz mnie za to znie­na­wi­dzić, ale po­czu­łam ulgę. W koń­cu mia­łam wra­że­nie, że wszyst­ko jest na wła­ści­wym miej­scu. By­li­śmy tyl­ko my! Dzi­siaj wiem, że po­peł­ni­łam błąd, po­zwa­la­jąc jej na wy­jazd. Mo­głam się nie zgo­dzić, po­wie­dzieć, że się tobą nie za­opie­ku­ję. Mu­sia­ła­by zo­stać, bo nie była aż taką złą mat­ką, żeby zo­sta­wić cię na pa­stwę losu. Ale ja… – za­wa­ha­ła się. – Ja ży­czy­łam jej szczę­śli­wej po­dró­ży i przy­ję­łam cię z otwar­ty­mi ra­mio­na­mi.

Mi­ko­łaj nie wie­dział, jak za­re­ago­wać na wy­zna­nie bab­ci, więc upar­cie mil­czał. Gdzieś zza pło­tu do­cie­ra­ło gda­ka­nie kur, któ­re na­gle za­czę­ło go iry­to­wać, cho­ciaż wcze­śniej nie zwra­cał na nie uwa­gi.

– Chy­ba do­brze zro­bi­łaś – stwier­dził ostroż­nie. – W koń­cu ona i tak mia­ła w gło­wie tyl­ko ten swój sza­lo­ny plan…

– Dzi­siaj po­stą­pi­ła­bym ina­czej – po­wie­dzia­ła Emi­lia zde­cy­do­wa­nym to­nem. – Cza­su nie cof­nę, ale mam na­dzie­ję, że brak mat­czy­nej mi­ło­ści nie od­bi­je się na two­im ży­ciu. Cho­ciaż kie­dy pa­trzę na swo­ją cór­kę… – Prze­łknę­ła gło­śno śli­nę. – Oba­wiam się, że mo­żesz po­dzie­lić jej los.

– Ale ta szka­tuł­ka… – Przy­wró­cił jej my­śli na wła­ści­we tory.

.

.

.

...(fragment)...

Całość dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Pro­log

Roz­dział 1

Roz­dział 2

Roz­dział 3

Roz­dział 4

Roz­dział 5

Roz­dział 6

Roz­dział 7

Roz­dział 8

Roz­dział 9

Roz­dział 10

Roz­dział 11

Roz­dział 12

Roz­dział 13

Roz­dział 14

Roz­dział 15

Roz­dział 16

Roz­dział 17

Roz­dział 18

Roz­dział 19

Roz­dział 20

Roz­dział 21

Roz­dział 22

Roz­dział 23

Epi­log

Bi­blio­gra­fia

Po­dzię­ko­wa­nia