Wydawca: Czwarta Strona Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 468 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W cieniu prawa - Remigiusz Mróz

Galicja, 1909 rok. Mimo złej opinii i niejasnej przeszłości Erik Landecki zostaje przyjęty na czyścibuta w austriackim dworku. Jest przekonany, że los się do niego uśmiechnął. Pierwszej nocy ginie jednak dziedzic rodu, a cień podejrzeń pada na Polaka. Szybko pojawiają się spreparowane dowody, a Erik staje się głównym podejrzanym.

Musi walczyć nie tylko o swoją wolność, lecz także o życie – w zaborze austriackim karą za morderstwo jest bowiem śmierć przez powieszenie.

Opinie o ebooku W cieniu prawa - Remigiusz Mróz

Fragment ebooka W cieniu prawa - Remigiusz Mróz

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2016

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2016

 

 

Redaktor prowadząca: Monika Długa

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Katarzyna Pawłowska

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN – www.panczakiewicz.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografie na okładce: www.shutterstock.com/gkuna, www.shutterstock.com/ Bildagentur Zoonar GmbH

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

 

Wydanie elektroniczne 2016

 

eISBN 978-83-7976-452-5

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mojej Mamie,

która niegdyśwprowadziła mnie w świat książek,

czytając mi codziennie przed snem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Człowiek we własnym życiu gra zaledwie mały epizod.

– Stanisław Jerzy Lec

 

 

 

 

 

Ci ludzie nawet kochajątak, jakby nienawidzili.

– Fiodor Dostojewski, Zbrodnia i kara

 

 

 

 

 

 

Część pierwsza

Galicja, Austro-Węgry

1909 rok

Rozdział I

Guwernantka po raz trzeci zapukała do sypialni na piętrze. Nigdy nie pozwoliłaby sobie na taką zuchwałość, gdyby nie to, że z pokoju panicza wydobywał się smród urągający synowi świniopasa, a co dopiero dziedzicowi wielkiego majątku.

W środku nocy wyrwały ją ze snu głośne dźwięki i kobieta nie musiała długo się zastanawiać, skąd pochodzą. Znała całą rezydencję Raisental na wylot, ale nawet gdyby tak nie było, domyśliłaby się, że to panicz Julius hałasuje po nocach. Młody bon vivant nieustannie spraszał do dworku przedstawicielki płci nadobnej i guwernantka nie miała wątpliwości, że tym razem też tak się stało.

Niepokoił ją jedynie ten ohydny smród.

Zapukała jeszcze raz, spuszczając głowę. Znów odpowiedziała jej tylko cisza.

Zastanawiała się przez moment, po czym obróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku schodów. Wbiegła na poddasze, gdzie zakwaterowana była służba, a potem popędziła prosto do drzwi majordoma.

Tym razem załomotała bez ogródek. Wiedziała, że cierpiący na bezsenność, leciwy Gröger może potraktować to jak osobistą zniewagę i ją zrugać, lecz czas naglił. Usłyszała, że majordom powoli zbliża się do drzwi. Ponaglała go w duchu, ale dźwięk kroków był jednostajny, spokojny, jak uderzenia starego zegara.

W końcu siwy mężczyzna w grubym szlafroku uchylił drzwi. Łysiał już na zakolach, a jego czoło pokrywały głębokie zmarszczki. Mimo to stał wyprostowany jak struna, dystyngowany jak zawsze. Zmierzył ją wzrokiem.

– Doprawdy… – zaczął.

– Nie ma czasu – wpadła mu w słowo. – Musi pan otworzyć gniazdo niecnoty.

Joachim Gröger westchnął i ściągnął poły szlafroka.

– Niechże się pani opanuje – powiedział. – Jeszcze raz usłyszę to niestosowne określenie, a…

– Coś tam się stało! – znów mu przerwała. – Zza drzwi wydobywa się straszliwy fetor.

– Nie nam oceniać wonie dobywające się z sypialni panicza.

– Ale…

– Proszę wracać do łóżka – uciął majordom, powoli zamykając drzwi.

Kobieta jednak nie miała zamiaru dać za wygraną. Przełożyła nogę przez próg, a potem łypnęła na siwego mężczyznę spode łba. Przypuszczała, że takie zachowanie może słono ją kosztować, ale tej nocy nie miało to znaczenia.

– Chodź pan ze mną – rzuciła.

Gröger nie był przyzwyczajony do takiej bezpośredniości. Rządy nad służbą domową sprawował twardą ręką i każdy – od garderobianego do kamerdynera – wiedział, by odnosić się do niego z odpowiednim szacunkiem. Każdy znał też konsekwencje nieodpowiedniego zachowania. W okolicy nie było wielu dworów, a chętnych do pracy nie brakowało. Nietrudno było znaleźć zastępstwo, szczególnie jeśli chodziło o mniej wymagające stanowiska.

Zachowanie guwernantki kazało majordomowi sądzić, że coś rzeczywiście jest nie w porządku. Skinął kobiecie, a gdy ta cofnęła nogę, zamknął przed nią drzwi.

– Ależ…

– Spokojnie – mruknął zza drzwi. – Muszę się odziać.

– Byle szybko.

– Nie mogę zejść do holu w byle gałganach. Cierpliwości.

Chwilę później ubrany i z pękiem kluczy w ręku stanął przed pokojem dziedzica rodu. Najstarszy syn barona von Reignera nieustannie sprawiał kłopoty, ale teraz najwyraźniej przeszedł samego siebie.

– Rzeczywiście, nieprzyjemnie wonieje – ocenił Gröger.

Pociągnął za poły surduta, poprawił kołnierzyk i odchrząknął. Nawet jeśli po drugiej stronie drzwi miały miejsce jakieś bezeceństwa, on musiał prezentować się odpowiednio. Nie miał wiele czasu, by się oporządzić, ale musiało to wystarczyć.

– Dworuje sobie pan? – szepnęła guwernantka. – Cuchnie gorzej niż w oborze.

– Niech pani powściągnie język – odparł majordom, a potem wyprostował się, przyjął beznamiętny wyraz twarzy i zapukał do drzwi. Po kilku próbach nikt nie otwierał. Joachim zmarszczył czoło i poczuł, że robi mu się gorąco. Coś rzeczywiście było nie w porządku.

– Na co pan czeka?

– Słucham?

– Trzeba otwierać, ale już.

– Nie mogę ot tak…

– Ma pan klucz, proszę zrobić z niego użytek!

Gröger pomyślał, że z samego rana pozbędzie się tej kobiety. Porozmawia z baronem von Reignerem i sprawi, że impertynencka guwernantka zniknie.

Umieścił klucz w zamku, nabrał głęboko tchu, a potem otworzył drzwi. To, co zobaczył w pokoju, przeszło jego najgorsze obawy. Panicz leżał półnagi na łóżku, jego głowa i ręce zwisały bezwładnie, zaś klatka piersiowa ociekała krwią. Część spłynęła na podłogę, ale zdecydowana większość wsiąknęła w białe prześcieradło.

Odór rozkładu sprawił, że Grögerowi zrobiło się słabo. Cofnął się o krok, a stojąca obok kobieta zakryła usta. Przez moment trwała ciężka, obezwładniająca cisza. Potem guwernantka wydała z siebie przeciągły, głośny pisk.

Miał odbijać się echem w dworku przez długie lata.

 

 

 

 

Rozdział II

W czteroosobowej izbie na piętrze najpierw zbudził się Erik Landecki. Była to dla niego pierwsza noc spędzona w Raisentalu i po całym dniu pracy spodziewał się, że prześpi ją bez większych problemów. Kiedy jednak głośny krzyk wyrwał go ze snu, wiedział już, że nie zmruży oka.

Wcześniej tego dnia zatrudnił się u Reignerów w charakterze czyścibuta. Nie był to szczyt jego marzeń, ale każdy w obszarze dworskim doskonale zdawał sobie sprawę, że praca w rezydencji Raisental – nieważne jaka – niesie za sobą dobrobyt i bezpieczeństwo. Szczególnie dla kogoś takiego jak on. Mimo że wywodził się ze zgermanizowanej rodziny śląskiej, nosił polskie nazwisko – Landecki. Z takim pochodzeniem nie mógł liczyć na pracę w większości dworów. Nie chciano przyjmować go nawet na okres próby w charakterze koniuszego, a co dopiero czyścibuta, który rezydował w domu. W dodatku wszyscy wiedzieli, jaką Erik ma przeszłość.

Majordom Reignerów ostatecznie przymknął na to oko, ale Erik musiał solennie przysiąc, że sam odejdzie, jeśli tylko któraś para obuwia będzie niewłaściwie wyczyszczona. Zapewnił Grögera, że ma duże doświadczenie w tej materii i można na nim polegać.

Prawda była jednak taka, że nigdy w życiu nie wyszorował nawet własnych butów. Tym bardziej nie przypuszczał, że kiedyś będzie zarabiał w ten sposób na życie. I zapewne tak by się nie stało, gdyby los go do tego nie zmusił.

Ojciec opuścił rodzinę, kiedy Erik był jeszcze dzieckiem, a matka zmarła niedawno na suchoty. Dwudziestodwuletni Landecki został sam, bez fachu w rękach, za to z burzliwą przeszłością. Powoli kończyły mu się zaoszczędzone przez matkę korony i wiedział, że prędzej czy później będzie musiał znaleźć źródło utrzymania.

Pierwszy dzień jego nowego życia zaczął się nie najgorzej. Gröger pokazał mu niewielką kanciapę, jedną z garderób na parterze, a potem oznajmił, że właśnie tam będzie spędzał najwięcej czasu. Erik uznał, że lepsze to niż usługiwanie arystokratom w pełnych przepychu salach balowych i udawanie, że się nie istnieje.

Po godzinie lub dwóch zmienił zdanie.

Niełatwo było włożyć rękę do śmierdzącego buta, a jeszcze trudniej było jej stamtąd czym prędzej nie wyciągnąć. Obuwie musiało być szczotkowane i szorowane w odpowiedni sposób, o którym Erik właściwie nie miał pojęcia – wiedział tyle, że podczas gdy jedna dłoń znajduje się wewnątrz buta, druga wykonuje resztę roboty.

Nie była to jedyna sfera, w której brakowało mu rozeznania. Przez całe życie trzymał się z dala od miejsc takich jak Raisental i nie wiedział, jak wygląda hierarchia pośród służby. Uświadomiła mu to dopiero grupa lokajów, na którą napatoczył się około południa. W niewybrednych słowach kilku mężczyzn oznajmiło, że znajduje się na samym dole łańcucha pokarmowego, a pomiatanie czyścibutem jest traktowane jako zachowanie w dobrym guście.

Ukoronowaniem tego wszystkiego była nocna pobudka. Kiedy przeraźliwy kobiecy krzyk przeszył ściany, Erik zerwał się na równe nogi i potoczył wzrokiem po niewielkim pomieszczeniu, ściętym z dwóch stron przez stromiznę dachu. Prycze stały obok siebie, ledwo można było między nimi przejść, a gdyby Landecki był o kilka centymetrów wyższy, stopy wystawałyby mu zza łóżka i niemal sięgały kolejnego.

Trzech innych służących zbudziło się chwilę po nim.

– Co to za jazgot? – zapytał jeden z kucharzy.

– Może ktoś wreszcie zbałamucił starą guwernantkę – odparł szofer.

Pozostałych dwóch zaniosło się śmiechem, podczas gdy Landecki wbijał wzrok w drzwi. Zastanawiał się przez moment, po czym zeskoczył z łóżka.

– Co robisz, Polaku?

Nie dziwiło go, że mężczyzna wypowiedział ostatnie słowo tonem zarezerwowanym dla rzucania obelg. Czesi, Polacy, Rusini czy przedstawiciele innych słowiańskich nacji byli traktowani znacznie gorzej niż pozostali mieszkańcy monarchii – zarówno w Raisentalu, jak i w każdym innym miejscu w kraju.

Erik narzucił na siebie znoszoną koszulę i wyszedł na korytarz, przekonany, że odgłos dochodził z któregoś pokoju na poddaszu. Szybko jednak uświadomił sobie, że dobiegł z niższego piętra, gdzie mieściły się sypialnie von Reignerów. Kierował się już tam korowód służących. Część powoli schodziła po schodach, inni dopiero niepewnie wychylali się ze swoich pokojów.

Minęła go dziewczyna, która na moment obróciła głowę w jego kierunku. Zatrzymała na nim spojrzenie i zmrużyła oczy.

– Erik, prawda?

Skinął głową. Nie zapamiętał jeszcze wszystkich służących, ale ją z pewnością powinien. Mimo że miała na sobie pospolity strój, przywodziła na myśl arystokratkę. Miała delikatne rysy twarzy, ale mocne, zdecydowanie spojrzenie. Starała się gorączkowo ułożyć włosy choćby w namiastkę koka.

– Anika Eller – przedstawiła się. – Podkuchenna.

Zanim zdążył odpowiedzieć, skinęła w kierunku schodów.

– Idziesz? – zapytała.

– Tak.

Ruszył za nią, tocząc wzrokiem po pozostałych członkach służby. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby schodząc na dół w nocnym przyodziewku, popełniali nie tyle zwykłe wykroczenie, co śmiertelny grzech.

– Co tam się stało? – zapytał Erik.

– Nie słyszałeś?

– Słyszałem krzyk, a potem już tylko komentarze na temat bałamucenia jakiejś szantrapy.

– A więc przegapiłeś wieść, że chodzi o nieboszczyka.

– Nieboszczyka?

– Tak krzyknęła ta, jak mówisz, szantrapa. Guwernantka. W dodatku lubiana przez państwo von Reignerów.

Erik uświadomił sobie, że musi uważać na słowa. To miejsce rządziło się swoimi prawami, które były mu zupełnie obce. Niewiele było trzeba, by potknął się o jakiś konwenans i po głośnym upadku już się nie podniósł. Na dobrą sprawę guwernantka mogła znajdować się dość wysoko w hierarchii służby.

Spojrzał badawczo na rozmówczynię.

– Na dole mówimy na nią per Rozwora – dodała Anika. – Ale ty lepiej na razie trzymaj język za zębami.

Uznał, że tak właśnie zrobi, przynajmniej dopóki nie rozezna się w sytuacji. Z zewnątrz Raisental wyglądał całkiem zwyczajnie – ot, jeden z dworków bogatych familii, jakich wiele w całych Austro-Węgrach. Niegdyś był to pałacyk polskiej szlachty, ale dziś nikt już nawet nie pamiętał nazwiska rodowego tamtych ludzi. Od środka miejsce to sprawiało wrażenie złożonego, wielopłaszczyznowego świata, który wpuszcza w swoje progi jedynie tych, którzy są tego godni.

– To nie znaczy, że musisz w ogóle milczeć.

Landecki wzruszył ramionami.

– Zazwyczaj nie odzywam się, jeśli nie mam nic do powiedzenia.

– Dobra zasada.

– Dziś po południu w przestrzeganiu jej utwierdziło mnie kilku lokajów.

Anika uśmiechnęła się blado.

– Witają tak każdego, nie przejmuj się nimi.

– Nie mam zamiaru. To oni powinni przejmować się mną.

Spojrzała na niego niepewnie. Erik przypuszczał, że wieści ze wsi nie docierają do zamkniętej w rezydencji służby. Gröger znał jego przeszłość, prawdopodobnie wiedział o wszystkich jego ekscesach, ale jak na majordoma przystało, nie podzielił się tym z pozostałymi. Dziewczyna ewidentnie nie wiedziała, jaka opinia kroczy za nowym czyścibutem. Pomyślał, że to dobrze. Będzie miał okazję, by zacząć wszystko od nowa.

Zatrzymali się przed schodami. Klatka była wąska i kręta, więc szybko zrobił się zator. Jakiś mężczyzna z przodu zarządził, by zachować spokój i się nie pchać, a chwilę później pochód ruszył już sprawnie w dół.

– Widzę, że nieczęsto macie tu takie hece – odezwał się Erik.

– Starczy powiedzieć, że to pierwszy raz, kiedy idę na dół w podomce.

Landecki zlustrował ją wzrokiem. Przemknęło mu przez głowę, że powinna częściej tak występować, ale się nie odezwał. Wyraźnie się zmieszała, dostrzegając jego wzrok.

– Coś nie tak?

– Wręcz przeciwnie. Wszystko jest w jak…

– Więc patrz przed siebie.

Zrobił, jak mu poleciła. Niższe piętro sprawiało wrażenie, jakby znajdowało się w zupełnie innym świecie. Na poddaszu panował lekki zaduch, podłoga skrzypiała, a okiennice zdawały się zmurszałe. Jedno lokum od drugiego dzieliło jedynie liche przepierzenie, przez które słychać było szept, a może nawet oddech. Tutaj zaś już same drzwi do pokojów kazały sądzić, że po drugiej stronie znajdują się wytworne komnaty. W powietrzu unosił się przyjemny zapach, a pod stopami Landecki miał gruby, przykrywający deski dywan.

Przed wejściem do sypialni panicza ustawił się już wianuszek służących – było ich tylu, że Erik nie mógł liczyć na to, by samemu zajrzeć do środka. Wieści podróżowały jednak szybko, od jednego do drugiego, jak wiadro z wodą pospiesznie przekazywane w trakcie gaszenia pożaru.

Chwilę później jeden z mężczyzn stojących przed Aniką i Landeckim potwierdził, że w pokoju rzeczywiście znaleziono ciało panicza, a widok osłabił nawet tych, którzy widzieli już w życiu niejedno.

– I wygląda na to, że nie zszedł z tego świata w sposób naturalny – dodał.

Dziewczyna pobladła i potarła ramiona, jakby nagle poczuła powiew chłodu.

– To znaczy? – zapytał Erik.

– To znaczy, że ktoś zamordował dziedzica rodu.

Landecki potrzebował chwili, by uświadomić sobie, że jako nowo przybyły będzie głównym podejrzanym.

 

 

 

 

Rozdział III

Dopóki pan domu się nie pojawił, nikt nie ważył się przestąpić progu. Służba była na miejscu jako pierwsza, ale wyłącznie dlatego, że krzyk guwernantki był lepiej słyszalny na piętrze. Zaraz potem pod izbą Juliusa zaczęła gromadzić się rodzina.

Baron Hendrik von Reigner przyszedł po kilku minutach w wytwornej, bordowej bonżurce, która już na pierwszy rzut oka wyglądała, jakby za jej sprzedaż można było wyżywić kilkuosobową rodzinę. A była to tylko konfekcja domowa.

– Rozejść się – rzucił, nie patrząc na służących.

Wszyscy jak jeden mąż opuścili głowy, a potem gremialnie ruszyli ku klatce schodowej.

– Gröger, zostań.

– Natürlich, gnädiger Herr[1].

– Lokaj twierdzi, że… – Reigner urwał, gdy przestąpił próg. – Że to ty odkryłeś…

Słowa ugrzęzły mu gdzieś w gardle. Chwilę trwało, nim baron zdołał opanować emocje.

– Wespół z guwernantką – odezwał się po chwili majordom, patrząc z obawą na swojego chlebodawcę. Tylko tego brakowało, by pan domu rozkleił się na jego oczach. Gröger nie miałby pojęcia, jak się zachować w takiej sytuacji. Wycofać się na korytarz? Udawać, że nie widzi? Czy może zaoferować słowa otuchy? Właściwie nie miał ochoty robić żadnej z tych rzeczy. Najchętniej pogratulowałby von Reignerowi tego, że los okazał się łaskawy i cała jego fortuna nie trafi kiedyś w ręce nieodpowiedzialnego bawidamka.

Majordom obejrzał się przez ramię i zobaczył, że do pokoju wszedł następca Juliusa w kolejce do dziedziczenia. Marc-Oliver był o rok młodszy od swojego brata, ale równie przystojny – różnica polegała na tym, że miał trochę oleju w głowie. Podczas gdy Julius przebywał w Wiedniu, urzędując głównie w salach balowych, młodszy z paniczów odbył przeszkolenie wojskowe, a w wolnym czasie czytywał powieści popularnego ostatnio Stefana Zweiga czy chodził na sztuki Schnitzlera. Rozrywki ich obydwu nie mogły bardziej się różnić.

Hendrik von Reigner nagle potrząsnął głową, jakby starał się odrzucić świadomość tego, co się wydarzyło. Obrócił się w kierunku drzwi i uniósł otwartą dłoń do syna.

– Nikt nie wchodzi, póki nie powiem.

Marc-Oliver spojrzał na makabryczny widok, a potem cofnął się o krok.

– Gröger, zamknij drzwi.

– Ja, gnädiger Herr – odparł majordom, a następnie posłusznie wykonał polecenie. Wbił wzrok w podłogę, nie chcąc patrzeć w oczy młodemu Reignerowi, gdy zamykał przed nim drzwi. Nie odezwawszy się słowem, Marc-Oliver wycofał się do holu.

Kiedy zostali sami, Hendrik opadł ciężko na jeden z foteli, wbijając wzrok w ciało syna. Z korytarza zaczął dochodzić cichy szloch, co najprawdopodobniej oznaczało, że służba się oddaliła i damy mogły zacząć lamentować.

Służący stanął obok barona i założył ręce za plecami. Obaj patrzyli na Juliusa, jakby miał za moment wstać i oznajmić, że miała miejsce jedna z jego infantylnych krotochwil. Nieraz wprowadzał wszystkich w osłupienie niezbyt wyrafinowanymi żartami, budził niesmak w towarzystwie i sprawiał, że nawet Grögerowi było wstyd za panicza. Teraz jednak jego ojciec zapewne oddałby wszystko, by dzisiejsza noc okazała się jedynie makabrycznym dowcipem.

Przez kilka chwil milczeli.

– Co teraz, Gröger?

– Poślę rano po policję.

– Nie – odparł baron. – Żadnej policji. Niepotrzebnie nagłośnią całą sprawę.

Majordom przełknął ślinę.

– Ależ… Ktoś zamordował pańskiego syna – zauważył, nie poruszając się.

Baron pochylił się do przodu i skrył na moment twarz w dłoniach. Zaraz jednak się zmitygował i wyprostował na krześle.

– Bez wątpienia – powiedział, podnosząc się. – Ale pozwolimy wszystkim sądzić, że to choroba go zabrała. Dyfteryt, zapalenie płuc, tyfus… teraz tyle tego szaleje.

Joachim miał ochotę zaoponować, wytłumaczyć Reignerowi, że nie myśli logicznie, a umysł ma przytępiony nawałnicą emocji. Nie wypadało jednak polemizować z osobą wyżej urodzoną.

Przynajmniej na co dzień.

– Jeśli mogę, panie… – powiedział niepewnie.

Baron von Reigner popatrzył na niego z rezerwą, ale skinął głową.

– Mów, Gröger.

– Zaraz po wschodzie słońca cała okolica dowie się o tym, co wydarzyło się w Raisentalu. – Służący zbliżył się do łóżka. – Za sprawą gazeciarza, który rano usłyszy od odźwiernego o nocnym odkryciu. Potem przyjadą chłopi z dostawą ziarna; oni z pewnością zasięgną informacji od podkuchennych, z którymi…

Majordom urwał, gdy Hendrik podniósł dłoń. Pan domu zamknął oczy i nabrał powietrza tak głęboko, że Grögerowi zrobiło się słabo. On sam miał problem, by zrobić większy wdech. Za każdym razem wydawało mu się, że wypełnia płuca smrodem śmierci. Wprawdzie uchylił okno tuż po tym, jak odnalazł panicza, ale miał wrażenie, że przez lata nie wywietrzy odoru z tego pokoju.

Baron pochylił się nad synem. Trzęsącą się ręką zamknął mu powieki, ale Gröger nie miał wątpliwości, że obaj długo będą mieć w pamięci niemal wywrócone oczy. Głowa była odgięta, a Julius sprawiał wrażenie, jakby w momencie śmierci starał się z całych sił spojrzeć na coś ponad sobą.

– Masz rację – odezwał się w końcu baron. – Z samego rana poślij kogoś na policję.

Gröger zapewnił, że tak zrobi, a w dodatku nakaże polecić posterunkowemu, by nie rozgłaszał sprawy. Przez kilka chwil trwali w milczeniu. Potem Reigner odchrząknął.

– Jak… – zaczął, rozkładając ręce. – Jak ktoś mógł zrobić coś takiego?

Joachim spojrzał na podziurawioną klatkę piersiową panicza. Tors przywodził na myśl sito, przez które przelała się krew ofiary. Obok łóżka leżało narzędzie zbrodni, pięcioramienny, ostro zakończony kandelabr. Gröger pochylił się w kierunku świecznika.

– Zostaw.

– Tak, panie.

– Niech zajmą się tym stróże prawa.

Majordom się wyprostował, po czym skrzyżował ręce za plecami. Był to naturalny, mimowolny odruch. W tej pozycji czuł się komfortowo, każda inna zaś wydawała mu się wymuszona.

– Kto byłby do tego zdolny, Gröger?

– Nie potrafię odpowiedzieć, gnädiger Herr.

– Kto w tym domu zdobyłby się na tak bestialski, tak ohydny czyn… – powtarzał pod nosem Hendrik, zwracając się bardziej do siebie niż do służącego. – To… to zwyrodniałe, wynaturzone…

Joachim znów zaczął się obawiać, że niechybnie znajdzie się w niewygodnej sytuacji i będzie musiał podjąć decyzję, czy nie zaoferować chlebodawcy słów pociechy. Reigner kręcił głową, nie odrywając wzroku od syna. Oczy miał szkliste i Grögerowi wydawało się, że usta mu się zatrzęsły.

Należało czymś zająć jego myśli. I to jak najszybciej.

– Jeśli mogę coś zaproponować… – zaczął niepewnie majordom.

Hendrik spojrzał na niego z obojętnością. A może w jego oczach był jakiś zawód? Cień pretensji? Tak, Gröger miał wrażenie, że dostrzegł te rzeczy, i jakby na potwierdzenie Reigner westchnął.

– Nie – powiedział.

Majordom skinął głową i dał krok w tył. Przypomniano mu, że uzurpuje sobie zbyt szerokie uprawnienia. Sam fakt, że został w pokoju, podczas gdy pan domu wyprosił wszystkich innych, był już dużym ukłonem ze strony barona.

Hendrik przysiadł na skraju łóżka, a następnie ujął dłoń syna. Gröger tkwił w bezruchu, wbijając wzrok w ścianę. Przez kilka minut nie opuścił oczu i robił to, co potrafił robić najlepiej – udawał, że nie istnieje. Na dobrą sprawę nie wiedział nawet, czy jego pan płacze, czy tylko mówi cicho modlitwę.

Gdy baron skończył, wstał i otrzepał bryczesy, jakby właśnie wrócił ze spaceru po włościach von Reignerów. Coś w jego oczach się zmieniło. Dotychczas sprawiał wrażenie, jakby nie mógł otrząsnąć się ze snu, którego powidok nie opuszcza człowieka na długo po przebudzeniu. Teraz jednak wyglądał jak inny człowiek.

– Trzeba go przykryć prześcieradłem – powiedział. – I chcę, byś zrobił to osobiście.

– Oczywiście, panie.

– Prócz tego nie ruszaj tutaj nawet pojedynczego włosa.

Majordom skinął głową.

– Nie będziemy czekać do rana – dodał Reigner, obracając się do służącego. – Poślij swojego najbardziej zaufanego człowieka do dworku landwójta. Jeszcze dzisiaj chcę mieć tutaj wszystkich stróżów nocnych.

Gröger skłonił się, usatysfakcjonowany tym, że baron odnalazł w sobie na tyle determinacji i opanowania, by zacząć myśleć roztropnie. Poczekał na dalsze instrukcje, po czym wycofał się w kierunku drzwi, uważając, by za szybko nie odwrócić się do Reignera plecami.

– I wyznacz kogoś do pilnowania tego Polaka, którego wczoraj przyjąłeś.

– Oczywiście, panie – odparł służący i złapał za klamkę.

 

 

[1] Gnädiger Herr – dosł. „łaskawy panie”; zwyczajowy zwrot wobec szlachty posiadającej tytuł Freiherr (przyp. autora).

 

 

 

 

Rozdział IV

Erik zatrzymał się przed drzwiami czteroosobowej sypialni, czekając na dziewczynę, z którą wcześniej zszedł na dół. W drodze powrotnej wdała się w długą dyskusję z kilkoma podkuchennymi i wszystko wskazywało na to, że dywagacje potrwają jeszcze jakiś czas. Mimo to Landecki postanowił wytrwać.

W końcu Anika pożegnała się z pozostałymi służącymi i ruszyła korytarzem w kierunku Polaka. Dostrzegła go po chwili, nieco skonsternowana tym, że najwyraźniej to właśnie na nią czeka.

– Późna pora – powiedziała.

– Nie zabiorę ci dużo czasu.

– Naprawdę powinnam…

– Chciałem tylko zapytać, czy wiadomo coś więcej.

Zatrzymała się obok niego, a potem oparła o ścianę. On zrobił to samo. Korytarz był wąski, dzieliły ich raptem dwa, może trzy metry. Popatrzył jej prosto w oczy, ale Anika odwróciła wzrok.

– Niestety, wiadomo – odezwała się.

Landecki zmrużył oczy.

– Ci, którzy stali najbliżej, mówią, że widok był upiorny. Ciało panicza okaleczone, całe prześcieradło we krwi…

Erik nie słyszał, by w okolicy kiedykolwiek doszło do brutalnego morderstwa. Owszem, zdarzały się tragiczne nieporozumienia, wypadki czy nawet niewyjaśnione zgony, ale nic takiego. W całej monarchii rzadko dochodziło do podobnych rzeczy. Każdy słyszał o Johannie Ottonie Kochu, powieszonym trzy lata temu za jedno z zabójstw. Koch popełnił ich około pięćdziesięciu, zawsze w ten sam sposób – podszywał się pod kogoś, uwodził samotne kobiety, a potem je truł. Ale tacy ludzie stanowili wyjątek, grasowali może w Wiedniu czy Budapeszcie, nie na prowincji. Tutaj było spokojnie. Powinno być.

– Nocą nikt z zewnątrz tutaj nie wejdzie, prawda? – zapytał Erik.

– Nie. Drzwi są zamykane.

– Więc kto mógł coś takiego zrobić?

Anika nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż z pokoju obok rozległ się męski głos:

– Cisza tam! Starczy tych ekscesów!

Dwoje młodych ludzi przeszło do szeptu.

– Nikt z nas – powiedziała Eller.

– Jesteś pewna?

– Żaden służący nie podniósłby ręki na członka rodziny. Nie mówiąc już o takiej brutalności…

– A Reignerowie? Różne rzeczy o nich mówią we wsi.

– To chyba tylko o Juliusie.

Właściwie miała rację. Renoma pozostałych mieszkańców Raisentalu była nieskazitelna. W przeciwieństwie do dziedzica rodu, żaden z nich nie splamił się pijaństwem, cudzołóstwem ani innymi przewinami, które z jakiegoś powodu stanowiły ujmę dla wyższych warstw społecznych.

– Panicz nie był specjalnie lubiany – podjęła po chwili Anika. – Ani przez rodzinę, ani przez służbę, ale to nie ma żadnego znaczenia. To żadne z nas.

Erik przypuszczał, że nie ona jedna wyrazi dziś takie przekonanie. Ci ludzie żyli ze sobą na co dzień od wielu lat, członkowie służby znali się od podszewki i będą gotowi zaręczyć za siebie własnym życiem.

– Zamknąć się! – krzyknął ponownie mężczyzna.

Landeckiemu wydawało się, że głos należał do jednego z trzech lokajów, którzy wczoraj próbowali wytłumaczyć mu, gdzie jest miejsce czyścibuta. Dopadli go tuż po tym, jak opuścił klitkę, w której szorował obuwie. Zanim zdążył się zorientować w sytuacji, wepchnęli go do środka i zatrzasnęli drzwi. Erik przypuszczał, że czeka go mordobicie i właściwie nie miał nic przeciwko. Od kiedy zmarła matka, coraz częściej wdawał się w bijatyki, w pewnym sensie działały na niego oczyszczająco. Tym razem jednak skończyło się jedynie na przepychankach. Lokaje mieli zamiar go poniżyć, a nie ryzykować zarobienie siniaków. Zapewne jeden wystarczyłby do otrzymania reprymendy od zasadniczego majordoma lub któregoś z kamerdynerów.

Splunęli na kilka par butów, które później musiał od nowa szorować, rzucili pod adresem Landeckiego parę obelg związanych z jego pochodzeniem, a potem zapewnili go, że to jedynie skromny początek tego, co go czeka. Na nic więcej nie było ich stać. Przynajmniej tego dnia.

– Erik?

– Zamyśliłem się – odparł, patrząc na drzwi, zza których dobiegały protesty.

– Nad czym?

Wzruszył ramionami.

– Sądzisz, że urządzą polowanie na czarownice? – podsunęła. – A ty będziesz jedynym kandydatem do roli wiedźmy?

– Jestem tego pewien.

– I słusznie. Tak właśnie będzie.

Landecki uniósł brwi, zaskoczony jej bezpośredniością.

– Widzę, że potrafisz podnieść na duchu.

– Mówię tylko, co sądzę. I na twoim miejscu opuściłabym rezydencję jeszcze przed pierwszym brzaskiem.

Uśmiechnął się pod nosem.

– Już by mnie tu nie było, gdyby nie to, że szepczę po kątach z pewną…

– Cisza! – ryknął ktoś.

Anika podniosła oczy i na moment na niego spojrzała. Potem przeniosła wzrok na niewielkie okno dachowe na końcu korytarza.

– Mówię poważnie – zastrzegła. – Kiedy zjawi się tu policja, to ciebie będą podejrzewać. Nikt za ciebie nie poręczy.

– Nie, przypuszczam, że nie.

Gdyby znała jego przeszłość, mogłaby być tego jeszcze bardziej pewna. Popatrzył na okno i przekonał się, że nie jest zamknięte. Zapewne służący palili przy nim, nie mogąc kopcić w pokojach. Nie było wysoko, mógłby bezpiecznie wydostać się na gzyms i z pewnością znalazłby jakąś drogę na dół. Potem popędziłby w siną dal. Przy odrobinie szczęścia nigdy by go nie odnaleźli.

Gorzej byłoby, gdyby tej odrobiny szczęścia zabrakło. Nikt nie potrzebowałby żadnych dowodów, zostałby szybko osądzony i skazany. Nie, gra była niewarta świeczki. Jedynym racjonalnym wyjściem było zmierzenie się z oskarżeniami, które powinno udać mu się obalić bez trudu. Owszem, może spędzi kilka nocy w areszcie, ale ostatecznie wróci do Raisentalu, może nawet usłyszy przeprosiny od samego majordoma.

Przez chwilę się zastanawiał.

– Naprawdę nie ma innych kandydatów? – zapytał.

– Obawiam się, że nie. Reszta służby pracuje tu od lat.

– Nie szkodzi – zawyrokował Landecki. – Ci trzej, z którymi dzielę izbę, potwierdzą, że nie wychodziłem w nocy z pokoju. Tyle powinno wystarczyć, żeby oczyścili mnie z podejrzeń.

– Może.

– Jeśli nie, to nic mnie nie uratuje.

Anika pokiwała głową, podpierając się nogą o ścianę. Jej podomka podwinęła się nieco na udzie, co przykuło uwagę Erika. Dziewczyna natychmiast jednak spojrzała na niego spode łba, a on podniósł wzrok.

– Czas chyba się zdrzemnąć – powiedział.

Uśmiechnęła się, a następnie powoli skierowała się w stronę swojej sypialni. Na odchodnym obejrzała się jeszcze przez ramię.

– Korzystaj, póki możesz – rzuciła. – Jeśli mam rację, z samego rana zjawią się tu po ciebie policjanci z Olenfeldu.

Odprowadził ją wzrokiem, myśląc o tym, że najpewniej właśnie tak będzie. Spędzi kilka godzin na tłumaczeniach, a w najgorszym wypadku zabiorą go na komisariat. I rzeczywiście dobrze byłoby się wyspać, by mieć siły na przepychanki z nimi od bladego świtu.

Erik westchnął i już chciał wejść do sypialni, kiedy usłyszał kroki na schodach. Popatrzył w stronę klatki i zobaczył, jak majordom pokonuje ostatni stopień. Spojrzeli na siebie, jakby widzieli się po raz pierwszy.

Może jednak funkcjonariusze nie mieli zamiaru czekać do brzasku?

– Landecki.

– Tak, herr Gröger?

– Odziej się przyzwoicie.

– Słucham?

– Włóż jakąś porządną koszulę. Na przykład tę, w której pracowałeś.

Erik miał wrażenie, że może i jest porządna, ale przez cały wczorajszy dzień zdążyła przesiąknąć zapachami wypełniającymi jego klitkę. Poza tym wydawała się nieco przyduża, szczególnie jeśli chodziło o rękawy.

– Ruszże się, chłopcze.

– Czy mogę zapytać…

– Nie możesz – uciął majordom. – Ubierz się, a potem czekaj na mnie w korytarzu.

Nie czekając na odpowiedź, Gröger skierował się do swojej izby na końcu korytarza. Erik przypuszczał, że nie ma sensu polemizować. Wszystko, co teraz się działo, było zupełnie niezależne od niego.

Wszedł do sypialni i szybko narzucił na siebie wcześniej wyprasowaną koszulę. Przydałby się frak, by prezentować się jak porządny poddany cesarza, ale… cóż, właściwie nawet gdyby Landecki miał na podorędziu taki ubiór, jako czyścibut raczej wywołałby salwy śmiechu, niż wzbudził szacunek. Po raz pierwszy upomniał się w duchu, że musi pamiętać o swojej nowej roli społecznej i miejscu w hierarchii Raisentalu.

Szczególnie kiedy będzie rozmawiał ze stróżami prawa. Jedno niefortunne słowo może sprawić, że uznają go za zwolennika francuskiej demokracji czy nawet bolszewika. A od tego do zamachu na dziedzica rodu była już krótka droga.

A może wyolbrzymiał problem? Może to, że był najświeższym narybkiem von Reignerów, wcale nie było równoznaczne z tym, że stanie się głównym podejrzanym?

Na jego niekorzyść z pewnością przemawiał fakt, że jest Polakiem – czy, jak matka kazała mu sądzić, Ślązakiem – ale przecież skończyły się już czasy, kiedy takimi jak on można było bezkarnie pomiatać. Wciąż był traktowany jako przedstawiciel gorszej warstwy społecznej, ale przed reformami zapoczątkowanymi przez Gołuchowskiego było znacznie gorzej. Przynajmniej z tego, co mówiła mu niegdyś matka.

Sąd będzie potrzebował dowodów, uznał w końcu Erik. Nie ma takich, które by go obciążały, więc wszystko będzie w jak najlepszym porządku.

Landecki przegładził wysoki kołnierz koszuli, a potem wyszedł na korytarz. Gröger już na niego czekał, niecierpliwie cmokając. Otaksował Erika, niespecjalnie zadowolony z tego, co widzi, po czym wskazał w stronę klatki schodowej.

Idąc na dół, Landecki miał wrażenie, że wraz ze skrzypnięciem każdego kolejnego schodka serce bije mu coraz szybciej. Kiedy dotarli do przestronnej palarni, wydawało mu się, że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Na wygodnym fotelu czekał na niego pan domu.

Hendrik von Reigner był postawny, miał szeroką twarz i mocno zakręcone do góry wąsy. Wdział strój wieczorowy, jakby spodziewał się wyjątkowo szacownych gości. Kiedy wbił wzrok w Erika, ten poczuł, że blednie. Nie spodziewał się po sobie takiej reakcji. Dane mu było mierzyć się już z ludźmi znacznie potężniejszymi, choć jedynie pod względem fizjonomii. Żaden zakapior nie spowodował takiej reakcji, tymczasem w spojrzeniu barona było coś, co kazało obawiać się o własny los.

Tym bardziej, że Reigner z pewnością nie posłał po Landeckiego, by uciąć sobie przyjacielską pogawędkę.

 

 

 

 

Rozdział V

Służący stanęli obok siebie, kilka metrów przed Hendrikiem. Obaj trzymali ręce za plecami i karnie patrzyli na wprost, niby żołnierze czekający na reprymendę dowódcy. Baron założył nogę na nogę, a potem odłożył fajkę na stół.

– Wygląda mi na bandziora – powiedział, nie odrywając wzroku od Polaka.

– Owszem – przyznał Gröger. – Ale uznałem, że jego powierzchowność nie ma znaczenia przy pucowaniu obuwia.

– Ale ma znaczenie, gdy chodzi o zasady.

– Oczywiście, gnädiger Herr.

– Skąd go wziąłeś?

– Zgłosił się sam, podając za zgermanizowanego Ślązaka.

Von Reigner wstał ociężale z fotela, po czym zbliżył się do Erika. Obszedł go, lustrując wzrokiem i myśląc o tym, że wpuścił polskiego czyścibuta do swojej palarni. Nawet gdyby tej nocy nie zmarł jego syn, byłby to wystarczający powód, by pamiętać ją przez lata.

– Rozpytałeś na jego temat we wsi?

– Jak zawsze, kiedy kogoś zatrudniamy. Nie przyjąłbym nikogo o lichej reputacji.

Pan domu spiorunował go wzrokiem, po czym wymierzył palec prosto w Landeckiego.

– Chcesz mi powiedzieć, że on nie ma lichej reputacji? – zapytał.

– Cóż…

– Co „cóż”? Co ma znaczyć „cóż”?

– Otóż… gdybym przyjmował na lokaja, a nawet klucznika czy odźwiernego, standardy byłyby inne. W przypadku czyścibuta uznałem jednak, że mogę przymknąć oko na…

– Nie powinieneś był – uciął Hendrik, opuszczając rękę. – Ale co się stało, to się nie odstanie.

Gröger skłonił się kornie.

– Przejdź do rzeczy. Czego się o nim dowiedziałeś?

Majordom wyprostował się jeszcze bardziej, nabierając głęboko tchu.

– Chłopak pochodzi ze zubożałej rodziny, jego matka zmarła na suchoty jakiś czas temu i…

– Nie interesuje mnie historia rodzinna tego obdartusa.

– Oczywiście.

– Czym się parał? Jak zarabiał na życie?

– Głównie rabunkiem – przyznał z rezerwą Gröger, jakby lekko zawstydzony. – Jakkolwiek trzeba mu oddać, że nie w Zagobinie.

Oczywiście, pomyślał Reigner, nawet bezmyślne zwierzęta nie kalają swojego gniazda. Przyjrzał się Polakowi i przekonał, że ten zaczyna się pocić. Z pewnością niejedno miał na sumieniu i nawet jeśli nie był zbyt rozgarnięty, musiał do tej pory pomiarkować, że przez swoją przeszłość znalazł się teraz w tarapatach.

– Jakiś czas temu porzucił działalność rozbójniczą i zaczął rozglądać się za uczciwą pracą.

– Dlaczego?

– Nie znam jego pobudek, panie. Nie pytałem o nie.

Hendrik westchnął.

– Co jeszcze ustaliłeś? – zapytał.

– Twierdzi, że zanim podjął decyzję, ażeby osiąść w Zagobinie, pracował jako pomocnik bartnika na północ od Belku.

– I z jakiego powodu przestał?

– Nie powiedział.

– Zapewne nakradł miodu albo Bóg jeden wie czego – ocenił Reigner. – Ale to i tak nic w porównaniu z tym, czego dopuścił się tutaj. – Pan domu obszedł jeszcze raz młodzieńca, a potem zatrzymał się tuż przed nim. – Wiedz, Polaku, że posłałem do landwójta swoich emisariuszy. Wrócą niebawem w towarzystwie stróżów nocnych.

Hendrik przeniósł wzrok na służącego.

– On w ogóle mówi po niemiecku?

– Tak – odparł Gröger.

– To niech mi powie, czy zamordował mojego syna – syknął Reigner, wpatrując się w oczy Erika. Ten z trudem przełknął ślinę, a jego usta drgnęły. – No, mówże, chłopcze. Co masz na swoje usprawiedliwienie?

Właściciel Raisentalu odsunął się o krok, niepewny, jaka będzie reakcja Polaka. Przypuszczał, że zacznie gorączkowo zaprzeczać, a gdy zobaczy, że jego zapewnienia są dla Hendrika nic niewarte, być może rzuci mu się do stóp. Tego Reigner chciał uniknąć za wszelką cenę. W zupełności wystarczało mu to, że jego żona i córki rozpaczały, zaklinając go, by znalazł sprawcę.

Nikt w dworku nie mógł jeszcze do końca uwierzyć w to, co się wydarzyło. Mimo kłopotów, o które częstokroć Julius sam się prosił, zawsze spadał na cztery łapy. Za żadne z jego przewinień nigdy nie spotkały go konsekwencje. Większość problemów udawało mu się w jakiś sposób zdusić w zarodku.

Aż do teraz.

– Mów, suczy synu – odezwał się Reigner. – Jak się będziesz bronił?

Landecki miał wrażenie, jakby przestronny pokój nagle zaczął się kurczyć. Krople potu zrosiły jego czoło, prawa ręka drgnęła w mimowolnym odruchu, by je otrzeć.

– Nic nie mówi – bąknął Hendrik, patrząc na majordoma.

– Są nauczeni, by nie odzywać się do domowników.

– Ale nie, kiedy zadaje się im bezpośrednie pytanie.

Erik przestąpił z nogi na nogę, wreszcie się poruszając. Spojrzał w oczy pracodawcy, co było wyraźnie zakazane każdemu, kto przestępował próg Raisentalu. Nie miało znaczenia, czy ktoś sprawował funkcję koniuszego czy majordoma, zasady były zasadami. Tutaj i tak nie były one tak surowe, jak w niektórych dworkach, gdzie służący musieli odwracać się do ściany, ilekroć korytarzem przechodził ktoś z rodziny.

Zanim młody Polak uświadomił sobie, jak wielkie faux pas popełnił, pan domu poczerwieniał na twarzy. Gröger natychmiast cofnął się o krok, pochylając głowę, jakby chciał zasugerować, że nie należy zważać na jego obecność.

– Ty impertynencki… – wycedził Reigner.

Tego było za wiele. Najpierw nie odpowiadał, teraz patrzył mu prosto w oczy, jak równy równemu. Hendrik odwrócił się i nerwowo powiódł wzrokiem po pokoju. Podszedł do kominka i złapał za pogrzebacz.

Uniósł ciężki, żeliwny pręt ponad głową Polaka i znów na niego spojrzał. Erik wciąż nie odrywał wzroku od jego oczu.

Reigner zamachnął się i uderzył służącego w kolano. Ten zgiął się jak licha gałąź przy mocnym podmuchu wiatru. Jęknął cicho z bólu, stracił równowagę i upadł bokiem na podłogę. Hendrik znów uniósł pogrzebacz, zaciskając usta.

– Mów! – krzyknął, czując, że traci kontrolę. – Dlaczego zabiłeś!

Landecki obrócił się na plecy. Spojrzał na wiszący nad nim pręt i z trudem przełknął ślinę.

– Nikogo nie zabiłem, panie.

– Łżesz!

– Nie miałbym nawet…

Hendrik z impetem opuścił drąg na brzuch Polaka. Erik skulił się, kaszląc przy tym, jakby miał wypluć płuca. Reigner spodziewał się, że służący zacznie się bronić. Jeśli nie fizycznie, to werbalnie. Nie był nauczony zupełnego, bezwzględnego posłuszeństwa, jak reszta służby.

Mimo to Landecki powoli podniósł wzrok, niemal się nie poruszając. Wyglądał na opanowanego.

– Całą noc spędziłem w izbie na poddaszu – powiedział, z trudem kryjąc ból.

– Kłamiesz! Zabiłeś mi syna. Ty przeklęty, nędzny…

Hendrik znów wziął zamach.

– Byłem w pokoju, panie. Przez całą noc.

Baron zamarł z uniesioną ręką. Drżała, jakby trzymał nie pogrzebacz, a ciężkie wiadro z wodą. Przez moment von Reigner miał wrażenie, jakby to wszystko nie działo się naprawdę, a było jedynie sennym majakiem.

Zdarzało mu się uderzyć tego czy innego służącego, ale nigdy tak dotkliwie. Biorąc jednak wszystko pod uwagę, być może nie powinien się sobie dziwić. Właściwie dziwne było tylko to, że przerwał.

– Byłem w izbie – powtórzył Erik.

Hendrik nie opuszczał pręta.

– Ktoś to poświadczy?

– Wszyscy, którzy byli w pokoju.

– Rozmawiano już z nimi! – krzyknął baron, mocniej ściskając zimny metal. – Jeden z nich widział, jak wychodziłeś nocą z sypialni, ty załgany nędzniku!

Zanim służący zdążył odpowiedzieć, pogrzebacz wylądował prosto na jego żebrach. Tym razem Erik zawył głośno jak ranne zwierzę, kuląc się przed kolejnymi ciosami. Nie mógł się łudzić, że te nie nadejdą.

I musiał mieć świadomość, że jego życie właściwie się skończyło.

 

 

 

 

Rozdział VI

Marc-Oliver opuścił sypialnię matki, gdzie zgromadziły się wszystkie kobiety na wspólne lamenty. Swemu cierpieniu najgłośniej dawała wyraz ciotka z Wiednia, która od kilku dni przebywała w Zagobinie. Matka i dwie siostry Marca-Olivera ustępowały jej w płaczu tylko trochę, ale to ona nadawała ton. Jego narzeczona zaś trzymała fason, jak zawsze. Sophie nie uroniła choćby jednej łzy.

Młody Reigner z ulgą wyszedł na korytarz. Sam czuł się roztrzęsiony, ale nie miał zamiaru dać tego po sobie poznać.

Ledwo zamknął za sobą drzwi, te ponownie się otworzyły. Przez próg przeszła Sophie.

– Dokąd idziesz? – zapytała cicho.

Spojrzał na nią i naszła go refleksja, że nawet w tak trudnej sytuacji prezentuje się pięknie, zupełnie jakby znajdowała się w innym, mniej dojmującym świecie. Matka i siostry wyglądały paskudnie, zalane łzami i zasmarkane, z rozburzonymi włosami… ale nie jego narzeczona. Sophie Maländer zawsze okazywała klasę.

– Idę sprawdzić, co z ojcem – powiedział, gdy wzięła go za rękę.

– Pewnie morduje już czyścibuta.

Uśmiechnął się blado.

– Niewykluczone. Uważa, że każdy Polak dybie na nasze życie.

– I może ma rację – odparła Sophie. – Biorąc pod uwagę, że Zagobin to ich wieś.

– Nie ich, i nie wieś – zaoponował z nadzieją, że matka nie usłyszała tej uwagi.

Narzeczona miała wiele atutów, które sprawiały, że deklasowała inne kandydatki pragnące wejść do rodu Reignerów, ale posiadała też jedną, poważną przywarę – niewyparzony język. Marc-Oliver planował poślubić dziewczynę jak najszybciej, zanim zdąży napytać sobie tym biedy. Nie było jednak łatwo, bo swoje niepopularne osądy wygłaszała przy każdej okazji. A czasem także bez okazji.

– Dajmy spokój polityce – powiedziała Maländer. – Pomyśl o tym, że Raisental był czyimś szlacheckim pałacykiem, zanim przyszliśmy tu i…

– I uratowaliśmy chylące się ku upadkowi społeczeństwo – uciął Reigner. – To miałaś na myśli?

– Bynajmniej.

– Więc tym bardziej zostaw te uwagi dla siebie, moja droga.

– Nie zamierzam.

Marc-Oliver spojrzał na nią spode łba, poprawiając poły marynarki. Mimo że był środek nocy, każdy członek rodziny przed rozpoczęciem żałoby zdążył założyć wieczorny strój. Nawet Sophie uległa, co nieczęsto się zdarzało.

– Chodź – rzuciła, ruszając w kierunku palarni. – Uratujemy tego Bogu ducha winnego Polaka.

– Że co proszę?

– Ktoś musi zapobiec tragedii. Padło na nas.

Reigner potrząsnął głową i ruszył za nią.

– Czemu a priori zakładasz, że jest niewinny?

– Bo wszyscy wokół a priori zakładają odwrotnie.

– Więc ty musisz się bawić w adwokata diabła?

– Daleko temu do zabawy – odparła panna Maländer, uśmiechając się do narzeczonego.

– Robisz to z przekory.

– Nie, po prostu chcę ratować ciemiężonych.

– Nikt go nie ciemięży.

– Żartujesz? – zapytała Sophie. – Do tej pory został już zaszczuty, oskarżony, osądzony i być może twój ojciec nawet zdążył wymierzyć mu karę. I na jakiej podstawie? Tylko dlatego, że jest nowo przyjęty?

Marc-Oliver również nie był skory uznać, że to Polak odebrał życie jego bratu, ale nie chciał dolewać oliwy do ognia. I bez tego Sophie będzie zdeterminowana, by postawić na swoim.

– Cokolwiek zrobisz, nie podjudzaj ojca – bąknął.

– Tego nie mogę ci zagwarantować.

– Ale…

– Ale ty, mój kochany, staniesz za mną murem.

Reigner wiedział, że ostatecznie wszystko sprowadzi się właśnie do tego, w tej czy innej sprawie. Matka i siostry miały rację, uparcie powtarzając Sophie, że w końcu napyta sobie biedy. Ciotka z Wiednia twierdziła nawet, że stary baron prędzej poszczuje ją psami, niż pozwoli, by stała się Sophie von Reigner.

Marc-Oliver nie podzielał ich sceptycyzmu. Może dlatego, że znał ojca od nieco innej strony – głowa rodziny zawsze odnosiła się do niego i Juliusa inaczej niż do kobiet. Owszem, był to oschły, zasadniczy człowiek, ale w życiu kierował się racjonalnością. A ona kazała sądzić, że młodszy z synów i tak poślubi Sophie, bez względu na wszystko.

Zatrzymali się przed drzwiami palarni. Wydobywał się zza nich przyjemny, delikatny zapach tytoniu z Togolandu. Baron nie zwykł nabijać swojej ozdobnej fajki czymkolwiek innym – miał ulubioną plantację, nad którą pieczę sprawowali Niemcy. Twierdził, że to gwarancja jakości.

– Nie rozumiem, skąd twoja pewność – odezwał się Marc-Oliver.

– Hm?

– Dlaczego sądzisz, że to nie Polak… odebrał życie Juliusowi?

– A dlaczego wszyscy inni sądzą, że to właśnie on?

– To nie odpowiedź.

– A twoje pytanie to nie pytanie.

– Przeciwnie. Znowu zaczynamy? – mruknął.

Lubił sprzeczki z narzeczoną – wbrew temu, co twierdził ojciec, nadawały kolorytu ich związkowi. Teraz jednak najchętniej by z nich zrezygnował.

Gdyby tylko była możliwość. Ale taka nie istniała, dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Jeśli teraz nie skończą tematu, będzie kontynuowany, gdy wejdą do palarni. Z dwojga złego lepiej było załatwić tę sprawę jeszcze przed drzwiami.

– Wskazuje na niego logika – powiedział Marc-Oliver. – Pojawia się znikąd i dochodzi do… do tego, co się stało.

– Nie widzę w tym żadnej logiki.

– A więc w czym widzisz? Nikt inny w Raisentalu nie podniósłby ręki na Juliusa… i nikt nie dostałby się do budynku niezauważony.

– Bzdura.

– Powściągnij język – zestrofował ją Reigner. – Przynajmniej na czas, kiedy będziesz przed obliczem ojca.

Pokręciła głową, a potem złapała za klamkę i mocno pociągnęła drzwi do siebie. Weszła do środka bez pukania, co w pewnym sensie stanowiło jej znak rozpoznawczy. Baron z pewnością od razu pomiarkował, kto przyszedł.

Sophie zdawała sobie sprawę, że cała familia von Reignerów jest głęboko poruszona stratą. Julius nie był niczyim faworytem, raczej czarną owcą, ale jego odejście w taki sposób sprawiło, że tej nocy każdy był zdruzgotany. Właśnie przez to Hendrik i reszta utracili zdolność racjonalnego myślenia – nagła żałoba spadła na ich umysły jak gęsta mgła, a ofiarą tego stanu rzeczy miał się stać młody chłopak. I to tylko dlatego, że pojawił się w dworku tego pechowego dnia.

Po prawdzie Maländer nie była przekonana, czy jest niewinny. Mimo to postanowiła stanąć po jego stronie, świadoma, że jeśli ona się tego nie podejmie, nikt go nie obroni przed samosądem.

Kiedy wraz z narzeczonym weszli do palarni, zobaczyła Polaka leżącego na podłodze w kałuży krwi. Oboje zamarli, wbijając wzrok w barona. Ten dyszał ciężko, trzymając opuszczony żeliwny pogrzebacz. Skapnęło z niego kilka kropli krwi.

– Ojcze… co ty wyczyniasz?

Hendrik raptownie zaczerpnął tchu, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, by oddychać. Popatrzył na syna.

– Przesłuchuję go.

Sophie zrobiła krok w kierunku służącego.

– Nie ma pan prawa – powiedziała.

– Co proszę?

– Ani prawa, ani dowodów na to, że…

– Mam wszelkie prawa w tym domu! – Baron machnął prętem, rozchlapując krew. – Wszelkie!

Marc-Oliver natychmiast stanął między nią a ojcem. Sophie skorzystała z tego i pochyliła się nad Polakiem. Oddychał płytko, oczy miał przymknięte, a twarz pokrytą krwią. Najwyraźniej baron sobie pofolgował. I zapewne nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności za to, co zrobił.

Przez moment w palarni trwała ciężka cisza. W końcu przerwał ją dźwięk kroków, gdy stary Reigner zbliżył się do stolika pod ścianą i sięgnął po fajkę. Zaczął ją nerwowo pykać, patrząc w okno.

– Uważa się pan za sędziego?

Wypuścił dym tak głośno, jakby jednocześnie wzdychał.

– A może za pana życia i śmierci?

– Zamilknij.

Von Reigner oparł pogrzebacz o kominek, a potem opadł ciężko na fotel. Najwyraźniej nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje, co Sophie specjalnie nie dziwiło. Nieraz już tego doświadczała. Pan domu był tak bardzo przekonany o słuszności swoich argumentów, że często wydawało mu się, iż nie musi ich nawet wygłaszać.

Ona jednak nie miała zamiaru odpuszczać.

Przynajmniej do momentu, aż Marc-Oliver ujął jej dłoń i posłał jej błagalne spojrzenie. Spojrzenie przepełnione smutkiem i prośbą. Popatrzyła na niego, a potem na nieobecnego myślami barona. Skinęła głową.

Młody Reigner podszedł do fotela.

– Udało się coś ustalić, ojcze?

– Nie. Złoczyńca do niczego się nie przyznaje.

Sophie przemknęło przez głowę, że być może to dlatego, że nic nie zrobił. Zachowała jednak tę uwagę dla siebie. Jeśli kiedykolwiek miała uszanować tutejsze konwenanse, to właśnie dziś.

Podczas gdy ojciec i syn wymieniali się zdawkowymi spostrzeżeniami, ona skierowała swoją uwagę na Polaka. Przykucnęła przy nim i omiotła wzrokiem obrażenia, przynajmniej te, które widać było gołym okiem. Służący trzymał się za brzuch, co sugerowało, że ciosy nie trafiły wyłącznie w głowę.

Maländer mruknęła coś do siebie z dezaprobatą. Mężczyźni nagle przerwali rozmowę.

– Co powiedziałaś? – zapytał baron.

– Nic.

– A jednak coś słyszałem. Masz obiekcje?

Sophie podniosła się i obróciła do pana domu.

– Potrzeba mu opatrunków – powiedziała.

– Nie.

– Wykrwawi się tutaj i…

– Wszystko się posprząta – uciął Hendrik.

Dziewczyna przez moment zaciskała wargi, jakby dzięki temu mogła zatrzymać dla siebie wszystkie słowa, które cisnęły jej się na usta.

– Nie mam zamiaru być bierna, podczas gdy katuje się niewinnego człowieka – powiedziała w końcu.

Marc-Oliver poruszył się nerwowo.

– Nie bądźże bezczelna – syknął stary Reigner.

– Ojcze, może w istocie należałoby…

– Milcz! – uniósł się baron, zwracając wzrok na syna. – Mogę tolerować takie zuchwalstwo u niej, ale nie u ciebie. Lepiej cię wychowałem.

– Oczywiście.

– Jesteś teraz… jesteś jedynym synem. Moim dziedzicem. Przyszłym panem Raisentalu, rozumiesz?

Sophie nagle uświadomiła sobie, co to tak naprawdę oznacza. Dotychczas baron nie interesował się sprawami osobistymi młodszego syna. Każdy wiedział, że nie patrzy przychylnie na ożenek z panną Maländer, ale nie zamierzał ingerować. Zależało mu jedynie na tym, by jego następca mógł poszczycić się małżonką z odpowiednich sfer.

Teraz to się zmieni. Hendrik będzie życzył sobie, by nowy spadkobierca znalazł prawdziwą damę, kobietę zaznajomioną z etykietą, wywodzącą się z odpowiedniego rodu. Z pewnością zrobi wszystko, by Sophie zniknęła.

– Rozumiem, ojcze.

– W takim razie zachowuj się, jak przystało.

Marc-Oliver znów ujął Sophie za rękę. Odtrąciła jego dłoń i wymownie spojrzała na zakrwawionego służącego. Trwali w bezruchu dopóty, dopóki stary Reigner nie odwrócił się na fotelu.

– Coś jeszcze? – zapytał.

– Naprawdę powinien pan…

– Nie będziesz mi mówiła, co powinienem, a czego nie.

– Ten człowiek umrze.

– I dobrze!

– Ojcze…

Hendrik poderwał się ze swojego miejsca, rozkładając szeroko ręce. Zbliżył się do syna i złapał go za ramiona, jakby miał zamiar nim potrząsać, dopóki ten nie zacznie zachowywać się racjonalnie.

– Nie widzisz, co ona robi? – zapytał. – To wszystko wciąż się powtarza. Stanęła po stronie Polaka, bo zawsze robi wszystko, by postawić się reszcie.

Sophie chciała zaoponować, ale baron nie dał jej szansy.

– Jeden ze służących, z którymi ten Polak dzielił pokój, zaręczył, że opuszczał nocą sypialnię. Przed chwilą Gröger rozmawiał z pozostałymi dwoma. Potwierdzili.

Marc-Oliver patrzył na ojca z kamiennym wyrazem twarzy.

– Czego chcesz więcej? – ciągnął stary Reigner. – Przyłapania na gorącym uczynku? To niemal równoznaczne z tym, co zeznali ci służący. Polak jest winny. I zostanie sprawiedliwie osądzony.

Baron ruszył w kierunku drzwi, nie czekając na odpowiedź.

– Będę czekać na nocnych stróżów w holu – oznajmił. – A ty przypilnuj, by ten bandyta nigdzie nie uciekł.

 

 

 

 

Rozdział VII

Erik nie mógł uwierzyć w farsę, która stała się jego udziałem. Albo miał wyjątkowego pecha i trafił tu w najgorszy możliwy dzień, albo ktoś wszystko starannie zaplanował, by wrobić go w wyjątkowo okrutne zabójstwo. W szczęście lub pecha nie bardzo wierzył.

Ale kto mógłby to zaplanować? Pierwszym podejrzanym był Joachim Gröger, który przyjął go do pracy pomimo tego, że Landecki nie mógł pochwalić się zbyt dobrą opinią. Wiedział, że nie zdoła tego ukryć, więc nawet nie próbował – i właściwie wydawało mu się, że zdyskwalifikuje go to na samym starcie. A jednak majordom dał mu szansę, być może nie bez powodu.

Urwał rozważania, gdy zobaczył pochylającą się nad nim dziewczynę.

– Wszystko w porządku? – zapytała.

Jej głos przywodził na myśl aksamit, a opadające na czoło kosmyki jasnych włosów promienie słońca. Miała delikatne rysy twarzy, a z jasnych, miodowych oczu zdawało się emanować ciepło. Podała mu haftowaną chustkę, a Erik sięgnął po nią trzęsącą się ręką.

– Tak… – zdołał wydusić mimo bólu w klatce piersiowej. – Dziękuję.

Właściwie był pełen uznania dla barona. Doskonale wiedział, co potrafi zrobić z człowiekiem zew natury. A Hendrik von Reigner z pewnością go poczuł, być może po raz pierwszy w życiu. Tylko cudem w porę się zmitygował i przestał