W cieniu Czarnobyla - Madeleine Hessérus - ebook
Opis

Poruszająca opowieść o miłości i konsekwencjach błędnych decyzji osadzona wśród budzącej niepokój przyrody „To powieść, która wymaga refleksji: poetycka i wnikliwa, nie ma w niej ani jednego zbędnego lub brakującego słowa, jest tak zrozumiała i wyraźna jak odcisk stopy, a przy tym tak nieodgadniona jak proroctwo”. ÅM Hellman, „Blekinge Läns Tidning” „Czarnobyl to jeden z trzech głównych bohaterów tej książki – cichy i zagadkowy byt napędzany radioaktywnością i radziecką mistyką jest czymś więcej niż tylko fundamentem kryzysów i łamania moralnych zasad przez głównych bohaterów. Madeleine Hessérus wraz z grupą ukraińskich naukowców osobiście odwiedziła «zakazaną strefę». Imponujące wyniki jej podróży badawczej są widoczne w powieści: strefa została w niej przedstawiona jako miejsce kipiące życiem, a przez to kuszące i zakazane”. Josefin Holmström, „Svenska Dagbladet” „Madeleine Hessérus znalazła subtelny i niesamowicie fascynujący sposób, by sportretować to, jak potrafi się załamać nasze postrzeganie rzeczywistości”. Bodil Juggas, „Arbetarbladet”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Elefantens Fot

Copyright © 2016 by Madeleine Hessérus

First published by Natur & Kultur, Sweden 2016.

Published by arrangement with Nordin Agency AB, Sweden.

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

The cost of this translation was defrayed by a subsidyfrom the Swedish Arts Council, gratefully acknowledged.

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie autorki na okładce: © Viktor Gårdsater

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Maria Zając, Edyta Malinowska-Klimiuk, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-657-3

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

I

Podobno ludzie obudzeni w środku nocy hukiem eksplozji wychodzili z czystej ciekawości na dachy domów, aby sprawdzić, co się stało. Z góry obserwowali łunę ognia i żółtozłotą chmurę. Podobno czuli powiew zbliżającego się nieszczęścia.

Na stepie wiatr nie napotykał żadnych przeszkód. Hula tam nieustannie, więc dla mieszkańców tych terenów jego pojawienie się nie było żadnym zaskoczeniem. Rzadko jednak ma dużą siłę, zazwyczaj to łagodna bryza, która wiosną pachnie glebą, a latem ziarnem i suchą trawą. Tamtej nocy też czuło się słaby wiatr, choć dzisiaj można by powiedzieć, że był zarówno słaby, jak i przerażający. Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, co z sobą niesie. Najpierw wiał w kierunku północnym, potem zachodnim, a na końcu wschodnim. Krążył po rozległym, trawiastym, przez nikogo nieuprawianym stepie porośniętym krzakami i leśnymi zagajnikami. Ich rola polegała na tym, aby osłabiać jego siłę. Wiatr przemieszczał się przez długi czas wraz z przepiórkami skulonymi w trawie. Ptaki przyleciały tam krótko przedtem, wznosząc w powietrze chmury zielonych kiełków, i nie zdążyły się jeszcze ogrzać na słońcu. Wiatr przycisnął trawę do ziemi, tworząc na całym stepie dziwne zmarszczki, bo step to nie tylko królestwo wiatru, ale także raj dla przepiórek, gryzoni i sokołów. Człowiek rzadko się zapędza w takie miejsca. Dopiero po jakimś czasie, gdy wyleją rzeki i pojawią się pierwsze ślady ludzkiej bytności, pierwsze uprawy rolne i spłachetki ziemi obsianej pszenicą i jęczmieniem, wyrosną na nim wsie i miasta.

Zanim jednak wiatr zszedł na niziny, przez pewien czas buszował w górach, jakby najpierw chciał się uspokoić. Był dziki i rześki, a nocą przyniósł śmierć. Dopiero rano zelżał i opadł w dół. Na początku wiał zwycięsko nad dachami i kopułami domów. Bez trudu wciskał się w ulice i zaułki, ale robił to tak dyskretnie, że śpiący ludzie nie zauważyli jego obecności. Przeciwnie: jednostajny szum działał na nich usypiająco. Jakaś kobieta otworzyła zaspane oczy, wyjrzała na dwór i nawet nie zauważyła, że to lekkie podmuchy wpadające przez otwarte okno do pokoju i muskające jej twarz zwiastują nieszczęście, a nie ów człowiek, którego twarz widziała we śnie. Obezwładniona zmęczeniem ponownie zamknęła oczy. Rano, gdy ludzie witali ospałym wzrokiem nowy dzień, zwracali się do siebie słowami: „Pada deszcz”.

Ale to nie był deszcz, tylko szarożółta mgła, którą przyniósł wiatr i która zaległa nad dolinami Prypeci, Dniepru i Sożu. Właściwie była to złożona z drobnych cząsteczek gęsta chmura, przyprawiająca pracujących na polu chłopów o mdłości i zawroty głowy, jak gdyby mimo wczesnej pory przyszli do pracy po wypiciu alkoholu. Prawdziwy deszcz spadł dopiero dwa dni później. Pojedyncze krople zamieniły się z czasem w rzęsistą ulewę. W miastach spłukiwał asfalt i nasączał wilgocią parki, w biednych wsiach padał z potężną siłą na uprawne pola i łąki, jakby był wyrokiem na całą okolicę.

Żołnierze zjawili się we wsi przed drugą po południu. Wiemy o tym, bo przypominają nam to tarcze tykających zegarów. Mieszkańcy wioski myśleli, że chodzi o czasową ewakuację. Na początku wojskowi zajęli się grzebaniem martwych kretów, których setki pokryły okolicę razem z deszczem. Rzeczywiście, krety i norniki musiały spaść z nieba, bo niby skąd by się tu wzięły? Przecież nie wypełzły w świetle dnia ze swoich nor, żeby zdechnąć na kartofliskach. Miejscowi myśleli, że wkrótce wrócą do swoich domów, więc żaden z nich nie protestował. Wsiedli do wojskowych autobusów i nawet ich nie zastanowiło, że domowy inwentarz kazano im zostawić na miejscu. Tłumaczyli sobie, że przecież niedługo i tak wrócą, a wtedy od razu nakarmią zwierzęta, zrobią pranie, rozwieszą je na sznurach i zaczną odrabiać lekcje z dziećmi. Niektórzy żartowali z żołnierzy pochylonych nad szpadlami, rozglądających się wokół zalęknionym wzrokiem i zaciągających się papierosami przesuwanymi z zakłopotaniem z jednego kącika ust do drugiego, jakby nie mieli ochoty na rozmowę. Ludzie patrzyli na nich i zastanawiali się, po co ich tam przywieziono. Są tacy młodzi i wychudzeni, nie wbiją nawet łopaty w ziemię… Wchodząc do autokarów, machali im rękami, jakby chcieli powiedzieć: „Gdzie wasze konie? Co to za żołnierz bez konia?”. Zanim opuścili wieś, zdążyli zauważyć przez okna, jak grupa szeregowych przerzuca ziemię, zagrzebuje grządki z warzywami i strzela do kotów.

Od tamtej pory upłynęło wiele dni i nocy, ale czy takie odliczanie godzin ma sens? Tarcze zegarów zastąpiły liczniki Geigera, czas zatrzymał się w miejscu. Po co komu znać datę, jeśli wszystko ciągnie się w nieskończoność?

Rozłożyłam na łóżku fotografie i przyglądałam im się ze zdziwieniem. Zdjęcia zrobione aparatem i obrazy utrwalone w pamięci różniły się między sobą tak bardzo, że czułam się tak, jakbym miała zeza. To, co zapamiętałam, miało niewiele wspólnego z tym, co zarejestrował obiektyw aparatu.

Na lotnisku w Kijowie odebrał mnie Joshua Goldberg, asystent Susan Henderson. Oboje pracowali w Centrum od prawie trzech lat. Joshua był niewysokim, szczupłym mężczyzną. Ze względu na bagaż spodziewałam się kogoś wyższego i silniejszego, ale on okazał się niezwykle pomocny. Bez chwili wahania chwycił walizki z książkami i zaczął sobie torować drogę wśród grupy kibiców, którzy w hali przylotów czekali z powitalnymi banerami na jakąś drużynę hokejową. Szedł z moją torbą przewieszoną przez ramię, ciągnąc za sobą ciężką walizę na koślawych kółkach. Przez cały czas zgrabnie manewrował pośród przeszkód, które znalazły się na jego drodze. W tym samym czasie wykonywał też różne inne czynności: wskazywał mi kierunek, tłumaczył teksty wypisane cyrylicą na ścianach i prowadził swobodną rozmowę. Nawet się przy tym nie zadyszał. Od razu go polubiłam, a gdy pochwaliłam go za taką zaradność, odparł:

– Sytuacja jest pod kontrolą.

Pojedyncze czarne loki tworzyły wokół jego głowy coś w rodzaju wieńca. Prawie całkiem łysa czaszka i ciemne oczy ukryte za szkłami okularów w srebrnych oprawkach sugerowały, że wykonuje jakiś zawód, w którym często dochodzi do objawienia ludzkich emocji. Na pierwszy rzut oka mógł być przedsiębiorcą pogrzebowym albo iluzjonistą. Dobiegał trzydziestki, podczas gdy ja skończyłam niedawno dwadzieścia osiem lat.

Samochód, który na nas czekał, przypominał dużą skrzynkę. Był pomalowany lakierem czerwonym jak skórka pomidora, a pokrowce miał zrobione z czarnej sztucznej skóry. Przyszło mi do głowy, że pojazd ma bardzo rosyjski wygląd. Joshua jakby czytał w moich myślach.

– To żyguli – stwierdził, przeciągając dłonią po fotelu. – Rosyjska wersja łady. Lubię go. Łatwo go utrzymać w czystości.

W moim nowym znajomym było coś nieskazitelnie czystego i schludnego. Miałam pewność, że w jego przypadku to raczej cecha wrodzona niż przejęta z otoczenia. Podobnie było z samochodem: znajdował się w idealnym stanie, jakby on też nie przyciągał najmniejszego pyłku brudu. Na tylnym siedzeniu leżała para poduszek i zwinięty koc. W środku pachniało benzyną. Joshua przez chwilę milczał, wsłuchiwał się w szum silnika. Nie znam się na samochodach, ale warkot silnika przypominał mi ostatnią, śmiertelną walkę mojego odkurzacza o przetrwanie. Głośny, wymuszony świst. Joshua opuścił boczną szybę, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza.

– To tylko kilkadziesiąt kilometrów. Droga jest równa – powiedział, jak gdyby chciał mnie uspokoić.

Nie wiem, czego się tu spodziewałam: bezkresnych horyzontów, niezmierzonego pustkowia, sterczących w niebo wyschniętych szkieletów padłych zwierząt i oczywiście stacji naukowej pełniącej funkcję wysuniętej placówki, jak w filmach Tarkowskiego o świecie, który powstał na wiecznej zmarzlinie. Pomyślałam, że te kilkadziesiąt kilometrów jakoś przetrwam. Rozluźniałam się i rozsiadłam wygodniej w fotelu. W czasie jazdy Joshua opowiadał mi o swoim życiu w cieniu Czarnobyla, z dala od chemicznych laboratoriów Nowego Jorku. Wspomniał też o dodatkowym zajęciu. Okazało się, że dorabia do pensji jako barman w znanych knajpach. Doszłam do wniosku, że jego dyskretna grzeczność to efekt takiej pracy.

– Poczekaj, aż minie pierwszy szok – powiedział. – Nie rób nic na siłę. Z czasem człowiek przyzwyczaja się do ciszy, ale na początku można od niej oszaleć.

– Dla mnie to nie problem – odparłam. – My, Szwedzi, mamy to w genach.

– To dobrze – stwierdził Joshua i widać było, że mówi szczerze.

Chwilowo znajdowaliśmy się z dala od tej ciszy. Na ośmiopasmowej autostradzie panował ożywiony ruch. Joshua, zmieniając pasy, był równie zręczny jak wtedy, gdy odbierał mnie z lotniska. Wykonywał manewry, wjeżdżał między ciężarówki, motocykle, luksusowe limuzyny i stare rzęchy. Prowadził tak rytmicznie, że nawet nie czułam, kiedy zmienia bieg albo hamuje. W pewnej chwili, jakby na ekranie telewizora, ujrzałam zarysy Kijowa. Pojawiły się ponure, zdewastowane przedmieścia, wysokie, dymiące kominy i budynki użyteczności publicznej. Taka bunkrowa, brązowoszara architektura ciągnęła się w nieskończoność. Dopiero teraz zaczęło do mnie docierać, że Ukraina to bardzo rozległy kraj.

– Tam nic nie ma – rzucił Joshua, widząc, że obserwuję mijane krajobrazy. – A przynajmniej nie ma nic wielkiego, tajemniczego czy mistycznego. Po prostu jest tak, jak jest. Niczego więcej się nie spodziewaj. Czarnobyl od niczego cię nie zbawi. Powiedz sobie po prostu tak: przyjechałam tu, żeby wykonać konkretną robotę.

Popatrzyłam na niego zdumionym wzrokiem, ale Joshua nadal wpatrywał się w drogę.

– Nie jestem romantyczką – odparłam. – Skąd ci to przyszło do głowy?

Joshua roześmiał się miękko, jakby do siebie.

– My jesteśmy tu z konkretnych powodów. Może nie mają one romantycznego charakteru, ale… Nikt tu nie przyjeżdża, żeby zrobić karierę, prawda? Ci, którzy kierują się takimi pobudkami, szybko stąd uciekają… Chodzi mi po prostu o to, że…

Joshua przerwał, pokręcił głową i spojrzał przez szybę. Na horyzoncie ujrzałam zarys ogromnej fabryki. Pojawiła się znikąd. Wyglądała tak, jakby chciała nas powitać w postawie na baczność.

– Tutaj naprawdę warto podchodzić do wszystkiego na chłodno – kontynuował Joshua. – My nie zamierzamy zmieniać świata, tylko składamy pewne elementy w całość i wyciągamy wnioski.

– Dzięki temu nie dajecie się pokonać?

– To nas utwierdza w przekonaniu, że wykonaliśmy to, co do nas należało.

Joshua prowadził swój wywód z taką samą lekkością, z jaką być może wypowiadał się czasem jako barman. Opowiadał mi o laboratoriach naukowych i problemach związanych z pozyskaniem dotacji i sprzętu.

– Potrzebujemy komputerów, wyposażenia, ludzi. Skąpstwo odczuwamy nie tylko ze strony władz, ono istnieje wszędzie. Potrzeba nam więcej ludzi, którzy nie tylko zainteresują się liczbami, ale także założą ochronne buty i odważą się wejść do Strefy. Bo właśnie tam jesteśmy potrzebni najbardziej.

W tym momencie Joshua doszedł najwidoczniej do wniosku, że za bardzo się odsłonił albo błędnie mnie ocenił, bo podczas całej dotychczasowej rozmowy odpowiadałam przeważnie „tak” lub „nie” lub też komentowałam mijane okolice, w których chłostane wiatrem topole wznosiły swoje korony do nieba. Joshua uśmiechnął się szeroko, jakby chciał mi dolać trunku do szklanki.

– Prawda jest taka, że najważniejsze są podstawowe badania – powiedział. – Jesteś nam potrzebna. Przyjmiemy cię z otwartymi ramionami.

Wiosna zawitała tu niedawno, niebo było jeszcze zimne i blade, drzewa dość wolno pokrywały się drobniutkim różowym meszkiem, z którego wkrótce wystrzelą zalążki liści i pąki kwiatów.

– Mamy ku temu uzasadnione powody – dodał Joshua.

Obserwowałam okolicę i przyglądałam się wiośnie, która nie zamierzała się na poważnie rozprawić z chłodem. Zastanawiałam się, czy ja też mam uzasadnione powody, a jeśli tak, to jakie? Nie przyjechałam tu po to, żeby dokonywać wielkich czynów, ani dla pieniędzy, bo wynagrodzenie, jakie mi zaproponowano, było bardzo skromne. W takim razie po co? Żeby się czymś zająć? Trafiły mi do przekonania słowa Joshui, który stwierdził, że każdy powinien robić swoje, ale podświadomie czułam, że chciał mi zasugerować coś więcej, powiedzieć o tym, co człowieka napędza, o ciemnych mocach i tajnych zamierzeniach. Zawsze uważałam się za osobę racjonalną, ale tamtego dnia, gdy rozważałam powody, dla których siedziałam w rosyjskim żyguli, trudno mi je było określić. Jeśli więc faktycznie istniały jakieś ukryte zamiary związane z tą podróżą, były one ukryte także przede mną. Popatrzyłam na Joshuę, który nadal prowadził z tym samym niewzruszonym uśmiechem na twarzy. Jeśli skrywa jakieś tajemnice, na pewno niezbyt mu ciążą. Wyglądał na kogoś, kto postanowił mieć pozytywne podejście do życia.

Zjechaliśmy z autostrady i zagłębiliśmy się w las. Mijaliśmy wsie, pola uprawne, zwierzęta na pastwiskach. Droga zaczęła się zwężać, widoki stawały się coraz bardziej idylliczne.

– Wkrótce przywitasz się ze Strefą. Susan na pewno nas tam zabierze. Znasz Susan? Możesz ją pytać o wszystko, chętnie ci pomoże. Objedziemy cały teren, żebyś zobaczyła, jak tu wygląda. Będziesz potrzebowała trochę czasu, żeby się zaznajomić z okolicą i nie zabłądzić. Zapoznamy cię z pracami badawczymi, które prowadzimy w różnych miejscach. Szukamy odchodów zwierząt i innych pozostawionych przez nie śladów. Obserwujemy dziki, które wróciły tu na stałe. Umiemy określić w przybliżeniu wielkość obszaru, na którym żerują. Wtajemniczymy cię we wszystko, ale najpierw musisz zrozumieć, dokąd trafiłaś i na co jako zesłaniec narażasz się w przyszłości. – Joshua się roześmiał. – To nie będzie trudne – dodał i znowu się roześmiał, a ja pomyślałam, że w tym samym momencie powstały między nami szczególne więzi, jak między zesłańcami. Doszłam do wniosku, że stałam się całkiem inną osobą od tej, którą byłam zaledwie kilka godzin wcześniej. Moje mieszkanie i podróż samolotem wydały mi się nagle bardzo odległe.

Próbowałam znaleźć coś znajomego pośród mijanych krajobrazów, ale bez powodzenia. Pejzaże nie różniły się niczym szczególnym od tego, co znałam: puste pola, leśne zagajniki, linie energetyczne, kwadratowe parterowe domki jednorodzinne, długie zabudowania gospodarskie, zając biegnący polem. Istniały między nimi niezrozumiałe dla mnie powiązania, jak gdyby na Ukrainie obowiązywały prawa fizyki odmienne niż w moim kraju. Inne były odległości i systemy klasyfikacyjne, a nawet biegnący zając, który pojawił się nagle w białym świetle reflektorów. Głos Joshui też dobiegał z innej, nowej rzeczywistości. Zrozumiałam, że nagle zostałam zepchnięta z mojej tradycyjnej bieżni i unoszę się w świecie pozbawionym grawitacji. Czułam, że wkrótce zostanę wchłonięta przez inną czasoprzestrzeń, a ta w przyszłości stanie się całym moim światem…

Kiedy byłam dzieckiem, moja rodzina często zmieniała miejsce zamieszkania. Przeprowadzaliśmy się nagle i bez uprzedzenia. Tak to przynajmniej wyglądało z dziecięcej perspektywy. Wsiadaliśmy do wyładowanej ciężarówki, w której znajdowały się domowe sprzęty, abażury lamp, kartony, instrumenty muzyczne i klatka dla ptaka, po czym wyruszaliśmy w – jak mi się wtedy wydawało – nieskończenie długą podróż. W rzeczywistości jechaliśmy dzień i noc albo najwyżej dwa dni i dwie noce, aż trafialiśmy do nowego domu lub mieszkania w innym mieście, którego mieszkańcy porozumiewali się obcym językiem. Mój ojciec był dyrygentem i gdy zaczynał pracę w Operze Narodowej, w Teatrze Narodowym, w Filharmonii lub w jakiejś innej orkiestrze, my musieliśmy się do niego dostosować. Moja mama była córką entomologa i studiowała biologię. Kiedy poznała tatę, przerwała naukę. Jej wieczny kłopot polegał na tym, że ze względu na jego pracę i karierę musiała się przeprowadzać do anonimowych miast, z dala od zwierząt i roślin, którymi się tak pasjonowała. Pewnego razu jechaliśmy naszym samochodem. Wóz kołysał się na drodze, a ja zasnęłam na tylnym siedzeniu oparta o ramię brata. Obudził mnie fragment partii chóru z opery „Turandot”. Na moich kolanach leżała torba pomarańczy. Obudziłam się w środku nocy, a tata otworzył drzwi i wysiadłam na nieznanej mi ulicy. Panowały egipskie ciemności, uliczne latarnie rzucały upiorne cienie na fasady domów, chodnik był mokry od deszczu. W pewnej chwili pomarańcze wypadły mi z torebki i potoczyły się po ziemi… Następnego dnia zaczęłam nowe, pulsujące życie.

Spojrzałam Joshui w oczy i pomyślałam, że człowiek zawsze sobie jakoś poradzi, jeśli zmusza go do tego pilna potrzeba. Jeśli nie wie, co zrobić, może na przykład ciągnąć słomki…

– Co się stanie z elektrownią? – spytałam. – Czy zapadły jakieś decyzje?

– Po jakimś czasie trzeba będzie uszczelnić sarkofag. Ale cóż, „czas” to rozciągliwe pojęcie. Wiemy, jakie są zalecenia, słyszeliśmy publicznie składane obietnice, ale pieniędzy nadal brakuje.

– Trzeba mieć nadzieję.

– Oficjalnie na sarkofagu nie pojawiły się żadne pęknięcia. Ale od wód gruntowych dzielą go zaledwie dwa metry.

– Ile osób jest tam teraz zatrudnionych?

– Kilka tysięcy. Ich główne zadanie polega na zamknięciu elektrowni. Mają też dopilnować prawidłowego funkcjonowania sarkofagu. Żadna z tych osób nie chce zrezygnować z tej pracy, więc każdy musi przejść regularne badania lekarskie. Na tym polega ich życie: czekają na to, co się zdarzy.

– A oczyszczanie terenu?

– Przez cały czas wywozimy stamtąd asfalt i glebę. Kilkanaście lat to niewiele.

– To znaczy, że pluton przez cały czas się z nas naśmiewa?

– Tak to można określić – odparł z uśmiechem Joshua. – Śmieje się całkiem głośno.

Joshua przyhamował, bo na drodze leżała duża gałąź. Zaczęło się ściemniać i przypominała z daleka jakieś zwierzę z wygiętymi nogami i długim ogonem, może aligatora z głową żaby albo wielką zmutowaną kijankę, która patrzyła na nas czujnie swoimi fantastycznymi oczami i nie bała się samochodu. Kiedy ów dziwny stwór znalazł się w zasięgu reflektorów, otworzył paszczę i wysunął rozwidlony język. Joshua wysiadł z wozu i zsunął „potwora” do rowu. „Zwierzę” nie stawiało oporu. Joshua wskazał ręką jedno z pobliskich drzew. Było pęknięte, prawdopodobnie trafił w nie piorun. Przez krótką chwilę nie miałam pewności, co tak naprawdę widzę: martwy konar czy żywe stworzenie.

Kiedy Joshua wrócił do samochodu i usiadł za kierownicą, był zdyszany i jakby czymś pobudzony. Wyłączył silnik.

– Zrobimy przerwę – zaproponował. – Okolica jest tu naprawdę piękna. Poczekaj chwilę…

Otworzył schowek i wyjął z niego czekoladowy batonik. Zaimponował mi tym, że wszystko robił z taką dokładnością. Każdą czynność i każdy gest wykonywał we właściwym momencie. Byliśmy w drodze od godziny, do przejechania pozostało nam kilkadziesiąt kilometrów. Niebo zrobiło się jakby blade i na tle tej bladości zachodziło czerwone słońce. Cały proces przebiegał spokojnie, jakby słońce nie chciało robić wokół niego żadnego zamieszania. Po prostu przestało grzać i emitować promienie. Jeszcze moment i całkiem zgaśnie. Wysiadłam z wozu i zauważyłam, że maska świeci silniej niż zachodzące słońce. Mijały nas pojedyncze samochody, ale ruch nie był już tak intensywny jak wcześniej. Podzieliliśmy się batonikiem i staliśmy oparci o samochód jak para nastolatków ze starego amerykańskiego filmu. Czekolada smakowała jak kakao z różnymi dodatkami. Cierpko, jakby któryś ze składników został wzięty z tego, co nas otaczało.

– Twoje mieszkanie… – zaczął Joshua, ale nagle przerwał i zaczął mi opowiadać o mieszkaniach sprzed przeprowadzki na te tereny. – Pierwsze z nich znajdowało się w Kijowie. To była kawalerka. W tym samym budynku mieścił się zakład dla psychicznie chorych, dom opieki dla starszych, zniedołężniałych osób albo coś w tym rodzaju. Nigdy nie udało mi się dojść prawdy. Pokoje można tam było wynająć na jakiś czas. Toaleta była wspólna i znajdowała się na tym samym piętrze, podobnie jak prysznice w piwnicy. Za każdym razem, gdy odkręcałem ciepłą wodę, rury trzęsły się tak mocno, jakby budynek miał się za chwilę zawalić. W pokoju miałem elektryczną płytę do gotowania posiłków. W ciągu dnia stołowałem się na mieście. Jedzenie nigdy nie stanowiło dla mnie problemu. Prawdę mówiąc, w tamtych czasach nic nim nie było. W pokoju funkcjonowało tylko górne oświetlenie, ale czasem nawet ono nie działało, bo zdarzały się przerwy w dostawie prądu. Kaloryfer był zazwyczaj lodowaty. Mimo to jakoś żyłem, w przeciwieństwie do moich sąsiadów. Ściany między pomieszczeniami były tak cienkie, że kiedy ktoś wbijał w nie gwóźdź, ten wychodził po drugiej stronie. W pokoju obok mieszkała para w średnim wieku. Lubili imprezować, stale mieli jakichś gości. Zdarzało się, że balanga zaczynała się wieczorem, ludzie wychodzili i wracali, pojawiali się nowi goście i rano wszystko od nowa.

– Składałeś na nich skargi?

– Oczywiście, ale nic to nie dało. Z imprezami też sobie jakoś radziłem, chyba że zamieniały się w regularną bijatykę. Od czasu do czasu moi sąsiedzi bili się sami ze sobą. Kobieta wcale nie ustępowała pod tym względem swojemu partnerowi. Była silna i barczysta.

– Skąd wiesz, że się bili?

– Widziałem następnego dnia ich posiniaczone twarze. Najciekawsze było to, że zawsze bili się po cichu. Właśnie dlatego się stamtąd wyprowadziłem: z powodu tych cichych bijatyk.

– Rozumiem.

– Potem przydzielono mi mieszkanie z kuchnią i łazienką… W oknach stały nawet kwiaty. Ale cóż, dziwaczni ludzie istnieją wszędzie, nie tylko tutaj.

Joshua umilkł. Przez długą chwilę staliśmy w ciszy, chrupiąc batonik. W końcu Joshua przypomniał sobie, że powinien wrócić do głównego tematu rozmowy.

– Twoje mieszkanie mieści się w nowym budynku i ma wszystkie udogodnienia. Pamiętaj: jeśli chcesz tu zostać dłużej, informuj mnie o wszystkich problemach.

Próbowałam sobie wyobrazić, jakie to problemy mogą się pojawić w moim nowym życiu, ale nic nie przychodziło mi do głowy. Joshua był przeciętnym człowiekiem, miał inteligentne spojrzenie i twarz o wyraźnie zaznaczonych rysach. Wiedziałam, że jeśli poproszę go o pomoc, nie będzie siedział z założonymi rękami. A ukraiński step z jego bladym niebem od razu mi się spodobał. Z daleka dobiegały głosy jakichś ptaków, ale nie umiałam określić jakich.

– Co to za ptak? – spytałam.

Joshua, który myślami był najwyraźniej gdzie indziej i pewnie nadal się zastanawiał, czy rzeczywiście będę miała jakieś problemy z sąsiadami, odparł:

– E tam… Problemy mogą się przydarzyć każdemu.

Budził się nowy dzień. O tak wczesnej porze moje nowe mieszkanie wyglądało jak pomieszczenie pozbawione jakiejkolwiek tożsamości kulturowej, chyba że dzisiejszą Ukrainę symbolizowały pomalowane na biało ściany, obite czarną skórą meble na nogach w kształcie metalowych kątowników i wygospodarowany z całości aneks kuchenny. W szafkach znalazłam sztućce, które przypominały ostre jak brzytwa narzędzia chirurgiczne z nierdzewnej stali. Całe wyposażenie wyglądało tak, jakby nosiło piętno trudnego do zdefiniowania przesłania z Europy Zachodniej. A może było zwykłym odbiciem epoki początku dwudziestego pierwszego wieku? Może w chwili, gdy do ich domów zapukało nowe stulecie, Ukraińcy nie chcieli wyjść na zacofanych? Dopiero później się dowiedziałam, że wygląd całości był w dużej mierze wyrazem troski administratora budynku i szefa laboratorium, którzy właśnie w ten sposób starali się okazać przybyszowi z zagranicy swój szacunek.

Mieszkanie, które moi gospodarze oddali mi do dyspozycji, znajdowało się na czwartym piętrze i składało z kuchni i dwóch pokojów. Z sypialni miałam widok na plac, na którym rosły dwie wysokie sosny. Być może były to marne resztki lasu, który kiedyś pokrywał te tereny. Wokół placu stały latarnie, wyglądem nawiązujące do czasów sprzed rewolucji w Rosji. Prezentowały się zarówno archaicznie, jak i romantycznie. Ulica, przy której stał dom, nazywała się Latarniana, podczas gdy cała dzielnica nosiła bardziej prozaiczne miano, czyli Leninowska. Na placu zauważyłam też cementowe bloki, stoliki i ławki. Wykorzystywano je prawie wyłącznie w świąteczne dni, gdy plac zapełniał się sztandarami i ludźmi, ubranymi w mundury i śpiewającymi narodowe pieśni. Wszystkie te formy wydawały się bowiem zbyt monumentalne, żeby ktokolwiek chciał na nich siadać z własnej woli. W sumie widok z okien był znacznie bardziej interesujący i przyjemniejszy, niż się spodziewałam. Do pracy miałam dziesięć minut piechotą.

Laboratorium zostało urządzone mniej więcej przed rokiem, ale niektóre z zatrudnionych osób uczestniczyły w programie od ponad dziesięciu lat. W tamtych czasach warunki pracy były o wiele prostsze. Ludzie byli narażeni na znacznie większe ryzyko i mieszkali bliżej strefy, w której doszło do awarii. Nowe laboratorium uznali więc za dar z nieba: duże i jasne pomieszczenia, drogie wyposażenie i sale wykładowe. Przez pierwszych dziesięć lat po katastrofie budynek pełnił funkcję porodówki, ale od kiedy urządzono w nim Centrum Laboratoryjne, dzieci musiały przychodzić na świat gdzie indziej. Na początku mojego pobytu w mieście zastanawiałam się czasem, czy było to spowodowane faktem, że w tamtych latach liczba kobiet rodzących dzieci zmieniała się, i czy ich ubywało, czy przybywało. Kiedyś spytałam o to naszą recepcjonistkę, Ukrainkę z dużym biustem. Uśmiechnęła się do mnie, ale jej oczy mówiły, że zadałam jej niewłaściwe pytanie. Kobieta pokręciła tylko głową i wskazała ręką na niebo, jakby chciała dać mi do zrozumienia, że w całej tej historii może chodzić o błogosławieństwo albo przekleństwo.

Gdy pierwszego dnia po przyjeździe przyszłam do Centrum, Joshua powitał mnie z szeroko rozłożonymi ramionami. Ubrany był w biały fartuch.

– Poproszę o uwagę – zawołał. Wypowiedział te słowa głośno, wyraźnie akcentując każdą sylabę. Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę. – To pani Katarina Bergman, nasza nowa gwiazda.

Joshua rozmawiał ze wszystkimi po angielsku, ale posługiwał się też rosyjskim. Później się okazało, że swobodnie mówi też po francusku. Przechodzenie z jednego języka na drugi nie tylko nie sprawiało mu trudności, ale także było warunkiem jego dobrego samopoczucia. Nie lubił, gdy go zbyt jednoznacznie klasyfikowano. Pod tym względem był jak kameleon. Nie bardzo wiedziałam, jak zareagować na słowo „gwiazda”. Potraktować je jako przykład jego amerykańskiego humoru czy też efekt jego dostosowania się do obowiązującego na Ukrainie rosyjsko-ukraińskiego myślenia? Z bijącym sercem przestałam się nad tym zastanawiać i skupiłam uwagę na osobach obecnych w sali. Jak się nazywają? Czym się zajmują? Skąd pochodzą? W pewnej chwili dotarło do mnie, że jeśli będę chciała znaleźć przyjaciół, na pewno powinnam ich poszukać tutaj.

Lew Szkowski był wysokim, silnie zbudowanym mężczyzną, który wzrostem górował nad innymi osobami. Kiedy weszłam do Sali, stał na samym końcu i nawet nie ruszył się z miejsca. Może celowo ze względu na swój wzrost ustawiał się zazwyczaj na samym końcu? Z czasem zauważyłam, że woli trzymać się na uboczu. Kiedy ktoś częstował nas ciastkami, Szkowski czekał, aż poczęstują się inni, i brał to, co zostało. Sądzę, że nie było to efektem jego wrodzonej nieśmiałości albo braku wiary w siebie, tylko wynikało z ostrożności: Lew chciał mieć wszystko pod kontrolą i nie lubił się spieszyć. Jeśli w czasie dyskusji ktoś chciał poznać jego zdanie na dany temat, zadawał mu bezpośrednie pytanie w rodzaju: „A co pan o tym myśli?”. Gdy wchodziłam, stał przy oknie. Na jego twarzy malował się łagodny uśmiech, a na gęste włosy padały promienie słońca. Wyglądał jak prorok z dawnej Rosji, chociaż nie miał jeszcze czterdziestu lat. Brakowało mu też skłonności do religijno-filozoficznych rozważań. Nieprzymuszony nie wypowiadał się o ludziach ani o życiu, a gdy czasem zwierzał nam się ze swoich poglądów, okazywało się, że wcale nie są aż tak oryginalne. Być może dlatego, że był człowiekiem z gruntu uczciwym i nigdy nie wypowiadał się na jakiś temat, jeśli nie miał ku temu uzasadnionych podstaw. Pod tym względem był urodzonym naukowcem i bardziej niż kto inny wydawał się stworzony do swojego zawodu.

Za to Andriej Petrenko od razu ruszył w moją stronę. Podał mi rękę i nie tylko się ze mną przywitał, ale także przedstawił mi kilka osób: Olgę, Jeana i Susan.

Znałam ich wszystkich z raportów naukowych, rozmów telefonicznych i korespondencji, ale czy wyobrażałam sobie, że Olga jest młodą kobietą, a Susan ma aż tak silną budowę ciała?

Jeśli chodzi o Andrieja, to jego wygląd należałoby określić jako „kwadratowy”. „Kwadratowe” miał właściwie wszystko: twarz, korpus, szerokie barki. Po pokoju poruszał się ruchem wieży szachowej: krok do przodu, krok do tyłu, dwa kroki w prawo, dwa kroki w lewo. Wyglądało jednak na to, że jemu ta metoda też sprawiała problemy. Kiedy rozmawiał (nazywałam to kwadratowym staccato), wzdychał między poszczególnymi słowami. Andriej był Ukraińcem, doktorem fizyki i pracował tu od roku. Jego żona i dwójka dzieci mieszkali w Kijowie. Słowo „dwójka” wypowiadał z prawdziwą dumą w głosie, ale robił to takim tonem, jakby chciał wyraźnie podkreślić, że więcej dzieci nie zamierza mieć. Bardzo się starał, abym się rozluźniła i poczuła jak u siebie w domu. W laboratorium każdy „nowy” musiał się od samego początku stosować do długiej listy przepisów i zasad. Nie było to łatwe, ale za to zgodne z bielą szpitalnych ścian, nużącą akustyką i sterylną czystością, dzięki czemu można było odnieść wrażenie, że szklane powierzchnie, kafelki i stal emitują zwierciadlane odbicie. Joshua dotknął mojej ręki i pokazał coś za oknem.

– Ptaki wracają z ciepłych krajów – powiedział. Wszyscy odwróciliśmy głowy w tamtym kierunku.

– Co takiego?

– Popatrz na ławkę w parku. Widzisz rudzika? O, już odleciał.

Na szczęście zdążyłam go zauważyć. W parku rosły sosny, równie wysokie jak te, które widziałam koło mojego domu. Po drugiej stronie ciągnął się rozległy sosnowy las, który w pierwszym dniu pobytu w Centrum zwrócił moją szczególną uwagę. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam sobie wtedy, że wyjdę na dziedziniec i zaczerpnę tyle świeżego powietrza, ile tylko będę chciała…

Olga Żukowa była drobną, niezbyt wysoką kobietą o bardzo młodym wyglądzie. Dzięki temu bardziej przypominała licealistkę. Dopiero kiedy się przywitałyśmy i opowiedziała mi chropowatym głosem o swych dotychczasowych, naprawdę imponujących dokonaniach, oceniłam jej wiek na trzydzieści kilka lat. Olga była do niedawna na profesorskim kontrakcie w Texas Tech University. Włosy miała ciemne przy skórze i jasne na końcówkach – pozostałość po ostatnim rozjaśnianiu. Wszystko to w powiązaniu z charakterystycznym głosem, dziewczęcą budową ciała i chełpliwym sposobem informowania o własnych sukcesach sprawiało, że jej słowa wywoływały dziwny niepokój.

– Współpracowałaś z Jonasem Malmbergiem? – spytała.

Zaprzeczyłam.

– Jesteś pewna? On też jest Szwedem i kiedyś u nas był.

– Wiem – odparłam – ale nie współpracowaliśmy ze sobą.

Olga pokręciła głową, jakby mi nie uwierzyła.

– Dobrze się o tobie wypowiadał – stwierdziła. – Zna cię.

Słowa „zna cię” i uśmiech, który równie szybko przemknął po jej twarzy, jak z niej zniknął, wydały mi się tak bardzo nasycone treścią, że od razu lekko mnie usztywniły. Jonas był moim starszym kolegą, naukowcem z Instytutu. Spotkałam się z nim zaledwie kilka razy. Próbowałam sobie przypomnieć jakąkolwiek rozmowę, ale nie pamiętałam nie tylko jego twarzy, lecz nawet tego, o czym mogliśmy dyskutować. Olga pochyliła się nad mikroskopem, uniosła do światła szkiełko podkładowe i zaczęła je oglądać. W tym samym czasie ja już się witałam z naszym gościem z Francji. Jean Luc Deschamps przyjechał z Paryża, robił doktorat z biogeniki i dostał tu roczne stypendium. Od razu go polubiłam, zwłaszcza jego uśmiech i sympatyczny sposób bycia. Po angielsku mówił z francuskim i rosyjskim akcentem. Potem się dowiedziałam, że jego matka była Rosjanką, a on przez całe dzieciństwo marzył, aby zobaczyć Morze Czarne.

– Zamiast tego trafiłem tutaj – dodał.

Przydzielono mnie do grupy badawczej Susan Henderson, którą znałam z naszej wcześniejszej korespondencji i rozmów telefonicznych. Podałam jej rękę i od razu poczułam siłę energii, jaką Susan promieniowała. Byłam pewna, że dzięki niej potrafiła skłonić osoby o neurotycznym usposobieniu do zachowania zgodnego z jej oczekiwaniami. Susan była wysoka i miała ciemne włosy poprzetykane siwymi nitkami, które sterczały w nich jak kolce. Kiedy się witałyśmy, najpierw zdjęła, a po chwili znowu założyła okulary, jakby nie umiała się zdecydować, co powinna zrobić: zmierzyć mnie wzrokiem z bliska czy z daleka.

– Muszę cię o coś spytać – zaczęła, unosząc rękę w takim geście, jakby chciała mnie objąć. Rozmyśliła się jednak i opuściła ją. – Czytałaś ostatni artykuł Lascha-Granta? Bardzo interesujący, naprawdę. Wykonują tam kawał dobrej roboty. My też na tym korzystamy. Czytałaś go?

– Nie.

– Powinnaś to zrobić. Joshua, zdobądź dla niej ten tekst. Powstrzymam się od komentarzy. Przeczytaj go bardzo uważnie. Potem o nim podyskutujemy. Czekam na twoją opinię.

Skinęłam głową.

– Mam nadzieję, że się wam przydam – odparłam.

Susan wsunęła okulary do kieszeni fartucha.

– Pewnie się domyślasz, że nie mamy tu zbyt wiele czasu? Udało nam się potwierdzić istnienie pewnych konotacji, ale rozumiemy tylko niektóre z nich. Zadajemy sobie pytanie, dlaczego widzimy to, co widzimy. Zamierzamy się bardziej zagłębić w hematopoezę, to będzie nasz następny krok. Czytałaś mój raport?

– Tak.

– Co się dzieje z odpornością immunologiczną, jeśli proces hematopoezy przebiega pod wpływem czynników zewnętrznych?

Susan zaczęła mi wyjaśniać, jak wyobraża sobie kolejny etap w procesie badania Myodes glareolus – nornicy rudej. Opowiedziała mi o „zdobyczach terytorialnych” dokonanych przez jej zespół i kłopotach ze znalezieniem rozwiązań dla wciąż istniejących problemów – zwłaszcza tych biurokratycznych. Jeśli dopisze nam szczęście, kontynuowała, nawiążemy współpracę z naukowcami z innych państw, „także w twoim kraju, Katarino”. Słysząc to, zaczęłam wątpić, czy Susan w ogóle wie, z jakiego kraju pochodzę. Wspomniała o zainteresowaniu jej pracami w USA i Rosji, a potem założyła okulary i znowu na mnie popatrzyła. Joshua skorzystał z okazji i włączył się do rozmowy:

– Katarina nie zdążyła się jeszcze zapoznać z całym laboratorium – powiedział. – Myślę, że powinna też obejrzeć nasze ZOO.

Susan podeszła bliżej i w nagłym przypływie uczuć objęła mnie. Potem spojrzała na mnie zza okularów prawie czułym wzrokiem i odparła:

– Oczywiście. Za dużo gadam. Oprowadź ją po całym budynku. Powinna zobaczyć wszystko. Dosłownie wszystko.

Joshua zrobił dokładnie to, co kazała mu Susan. Pokazał mi laboratoria, zapoznał mnie z aparaturą i oprzyrządowaniem technicznym, zaprowadził do sali konferencyjnej, w której przy podium wisiały dwie flagi: amerykańska i ukraińska, pokazał zaplecze socjalne, garderoby i szafy z szufladami po obu stronach piętra. Widziałam też prowadzoną w budynku uprawę zioła o nazwie rzodkiewnik pospolity, które w badaniach genetycznych jest organizmem modelowym. Roślina sięgała swymi cienkimi pnączami aż do imitacji słońca – różowej jarzeniówki emitującej promieniowanie ultrafioletowe, która zapalała się i gasła, jakby targały nią spazmatyczne drgawki. Joshua popukał w nią palcami i wyrwał kontakt ze ściany.

– To się naprawi – powiedział.

Na samym końcu znalazłam się w pokoju, w którym przy ścianach stały stalowe stojaki z zawieszonymi na nich plastikowymi klatkami.

– A to nasze małe ZOO, o którym wspomniałem.

W klatkach znajdowały się myszy różnej wielkości i w różnym wieku. Joshua nałożył do jednego z pojemników trochę pokarmu.

– Pobieramy im krew, próbki szpiku i tkanek – wyjaśnił. – Te, które siedzą w najwyżej stojącej klatce, Susan nazywa swoją małą tajemnicą.

– Dlaczego?

– Chodzi o jakieś nowe teorie albo niekwestionowane prawdy – odparł Joshua i wybuchnął śmiechem. – Tylko się nie przestrasz. Susan wtajemnicza nas w wyniki swoich prac stopniowo. Jest ekscentryczna, ale nie głupia.

Zajrzałam do jednej z klatek. W rogu leżała parka skulonych myszy, trzeci osobnik kręcił się niespokojnie w stosie wiórów. Nagle mnie zauważył i od razu się zatrzymał, spojrzał na mnie błyszczącymi oczkami, stanął na tylnych łapkach i wysunął pazurki, jakby chciał mnie nimi dotknąć. Instynktownie odsunęłam się od klatki.

– Silna mysz. Należy do grupy, która stanowi dla nas punkt odniesienia. – Joshua chwycił zwierzę, uniósł je za skórę na grzbiecie i dotknął go. – Tylko popatrz. Broni się i próbuje mnie ugryźć. Dawka promieniowania o sile półtora greja niezbyt ją osłabiła. Dlaczego? Tego nie wiemy.

Joshua trzymał mysz w tej pozycji przez dłuższą chwilę. Zwierzątko przez cały czas machało nóżkami. W końcu Joshua włożył ją z powrotem do klatki, między trociny. Tymczasem ja zainteresowałam się listą z kombinacją cyfr i liter. Wisiała na ścianie i przypominała coś w rodzaju szyfru. Niektóre cyfry były przekreślone, a inne zakreślone czerwonym długopisem.

– To stickery Susan, zapisuje na nich sprawy do zapamiętania – wyjaśnił Joshua. – Nie próbuj ich rozszyfrowywać. Nikomu się to nie udało. – Joshua otwierał kolejne szuflady. – Próbówki, szklane pojemniki, woda destylowana, farby, zastrzyki, igły… wszystko, czego potrzeba – powiedział. – Szybko się w tym połapiesz. – Podszedł do masywnego pieca i poklepał dłonią drzwiczki. – Kiedyś, żeby oczyścić z tkanki organicznej czaszki, należało je wygotować. Nie było to zbyt zdrowe. Teraz mamy to. Urządzenie pracuje przez kilka godzin. Zaraz ci zademonstruję.

Joshua wskazał na wysoką szafę do przechowywania dokumentów stojącą na korytarzu przed wejściem do sali. Dumnym i szerokim gestem iluzjonisty otworzył jej drzwi zewnętrzne, a potem rozsunął osadzone na stalowych szynach drzwi wewnętrzne. W środku znajdowały się rzędy mysich czaszek zapakowanych w torebki. Wszystkie ponumerowano i opisano. W nozdrza uderzył mnie świdrujący zapach naftaliny. Joshua zaczął mi wyjaśniać, co jest w szafie.

– Gdyby dostało się tu robactwo, bylibyśmy załatwieni. Wywołałoby to w nas wprost metafizyczny strach. Jesteśmy bardzo dumni z tych zbiorów i zazdrośnie ich strzeżemy. Jedni zbierają znaczki, inni porcelanowe figurki albo zapalniczki. My mamy nasze mysie czaszki.

Ostrożnie, jakby z nabożeństwem, pochyliłam się nad torebkami, chociaż widziałam, że Joshua żartuje. Ujrzałam setki małych czaszek przechowywanych w przegródkach. Leżały tam jak milczący świadkowie. Pożółkłe kości o charakterystycznych anatomicznych cechach, pełne pęknięć, dziurek i rys. Przez moment wydawało mi się, że oglądam dzieło sztuki, stoję przed otwartym przed chwilą grobem Tutanchamona albo mam przed sobą dowody przestępstw, które pomogą w rozwikłaniu niewyjaśnionych spraw kryminalnych. A może to była instalacja artystyczna, która bardziej pasowała do Muzeum Sztuki Nowoczesnej? Porządek i harmonia w połączeniu z demonami i koszmarami…

Joshua wysuwał z szafy kolejne szuflady. Wzdrygnęłam się, ale natychmiast nad sobą zapanowałam. Tam też znajdowały się opisane i ponumerowane przegródki z plastikowymi pojemnikami. Mieściły się w nich martwe myszy, ale nie tylko czaszki, lecz także reszta ciała z futerkiem, skórą, uszami, pazurami i ogonem. Zwierzęta leżały w zbitej masie z głowami zwróconymi w stronę korytarza. Ogonki miały ułożone w równoległych liniach i zwrócone końcówkami do ściany. W niektórych okazach zachowały się drobne, ostre ząbki. Po śmierci ich ciałka uległy lekkiemu spłaszczeniu. Opadły im uszy, futerko straciło dawny blask. Mimo to każdy eksponat wykazywał zadziwiające podobieństwo do żywych osobników.

– To wynik naszej kilkuletniej pracy – pochwalił się Joshua. – Każdy okaz został dokładnie zarejestrowany i zakonserwowany. Co jakiś czas sprawdzamy wszystko od nowa. To nasz bank genów.

– Jestem pod wrażeniem – odparłam i przeciągnęłam się, bo plecy mi trochę zesztywniały.

– Widziałaś już wszystko? – spytał Joshua.

Susan kazała mu pokazać mi całe laboratorium. Joshua zaprowadził mnie w wiele miejsc, ale nie był pewien, czy o czymś nie zapomniał. Pytanie zadał mi niepewnym głosem, a gdy na niego spojrzałam, odniosłam wrażenie, że wygląda na zmęczonego.

W końcu zasunął szuflady i z trzaskiem zamknął drzwi szafy.

Ten szybki ruch, trzaśnięcie drzwi i zmarszczki pod oczami wywołane zmęczeniem – wszystko to zbiegło się w jednej sekundzie z tym, co przed chwilą dane mi było przeżyć. Z dokładnie opisanych i popakowanych mysich trupków coś jakby nagle wyparowało. Tylko co? Zapał naukowca? Ambicja? Chyba nie. Coś bardziej namacalnego, a mianowicie świadomość, że nigdy nie będziemy wiedzieć wystarczająco dużo. To dlatego my, naukowcy, ciągle coś liczymy, mierzymy, ważymy, opisujemy, zbieramy i porządkujemy. Robimy to, aby rozwiązać problemy, pytań zawsze jest więcej niż odpowiedzi. Wiemy też, że jeśli na któreś z nich odpowiemy, od razu pojawią się nowe, które obalą dawne teorie, wyprowadzą nas z błogiego stanu pewności siebie i skażą na bezsenność. Niepewność to powietrze, którym oddychamy. Zrozumiałam, że właśnie ten rodzaj wahania wyczułam w głosie Joshuy, gdy mnie spytał, czy to wszystko. Od razu się tego domyśliłam.

– Jeśli zobaczyłaś szafę z czaszkami, to znaczy, że widziałaś wszystko – stwierdził.

Roześmiał się, zacisnął oczy i wyraz niepewności od razu znikł mu z twarzy. Z czasem zaczęłam nazywać ten zbiór „szafą z czaszkami”. Na końcu korytarza, na którym stała, znajdowały się schody prowadzące na parter. Zerknęłam w tamtą stronę i zobaczyłam mężczyznę w białym fartuchu. Pod pachą niósł dwie paczki. Kilkoma susami pokonał schody i ruszył w naszym kierunku.

Szkoda, że nikt mi wtedy nie zrobił zdjęcia. Mogłabym je położyć na łóżku pośród innych fotografii i pewnie bym się dziwiła, że moje wspomnienia z tamtych chwil zupełnie się nie zgadzają z tym, jak było naprawdę.

Niestety, takiej fotografii nie posiadam. Prawdę mówiąc, zdjęć z Grigorijem Kowalenką mam niewiele. Jest na paru zbiorowych. Jedno zrobiono przed potwornie brzydkim głównym wejściem do budynku Centrum, stanowiącego nieudaną próbę przekształcenia socrealistycznej, szarej betonowej kostki w emanujący władzą monumentalny obiekt z kolumnami. Na innym Grigorij przyjmuje w sali odczytowej amerykańską delegację. Na kolejnej fotografii widać tylko jego plecy i odwróconą twarz: Grigorij wchodzi na nim do naszego ruchomego laboratorium – kampera, którym jeździliśmy do Czerwonego Lasu po próbki. Zdjęcie zrobiła na moją prośbę Lea.

Po chwili Grigorij stanął przede mną z paczkami pod pachą, a ja zaczęłam się zastanawiać, co tak kurczowo przyciska do boku. Był to jakiś podłużny, czworokątny przedmiot zawinięty w folię bąbelkową. Joshua zatrzymał Grigorija, żeby nas sobie przedstawić, a ponieważ Grigorij zrobił zakłopotaną minę, nie bardzo wiedziałam, jak się zachować: zachęcić go do rozmowy czy od razu ją zakończyć. Grigorij uważnie wysłuchał tego, co Joshua miał mu do przekazania na mój temat (przy słowie „Szwecja” skinął nerwowo głową i powtórzył moje imię z rosyjską wymową: Jekaterina). Podczas rozmowy przykładał palce do bąbelków i z trzaskiem je wgniatał. Przypomniałam sobie zmumifikowane zwierzęta w szafie i pomyślałam, że ten dźwięk brzmi jak odgłosy wydawane przez budzące się z drzemki do nowego życia myszki, które wydając je, przyjmują nową tożsamość.

– Czasem dzieją się rzeczy niewytłumaczalne – stwierdził Grigorij, jakby czytał w moich w myślach. Wiedziałam jednak, że chodzi mu o coś zupełnie innego. – Przez długi czas walczyliśmy z wiatrakami, ale dzisiaj dostaliśmy wiadomość, że nasza dotacja prawdopodobnie wzrośnie. Jeśli tak się stanie, będziemy mogli znacznie odnowić sprzęt i wyposażenie. Powinniśmy być wdzięczni za to, co dostajemy, i brać, kiedy dają, bo nie wiemy, czy nasza prawda wszystkim się spodoba.

– Jaka prawda? – spytałam.

– Prawda o tym, jak wygląda potwór. Co uległo mutacji, a co nie. Kto jest zwycięzcą, a kto przegranym.

– Prawda zawsze jest prawdą.

Grigorij spojrzał na schody, jakby mu się wydawało, że ktoś nimi idzie.

– Niestety, nie zawsze – odparł. – Poza tym część prawdy to nie to samo co cała prawda. Jekaterina to chyba rosyjskie imię?

– Mam na imię Katarina.

Grigorij uśmiechnął się przepraszająco.

– Prawie trafiłem – powiedział, kładąc dłoń na paczce. – Zamierzam przeprowadzić test. To prawdziwa innowacja.

Tymczasem ja próbowałam nawiązać kontakt wzrokowy z Joshuą.

– Musimy wracać.

Grigorij skinął mi głową na pożegnanie, jakby z ulgą, a potem ruszył szybkim krokiem w głąb korytarza.

– Grigorij Kowalenko – powiedział Joshua. – Wkrótce go poznasz.

Nie musiał tego mówić, bo w chwili gdy ujrzałam, jak Grigorij zmierza korytarzem w naszą stronę, wiedziałam, że będę musiała go poznać, że zrobię wszystko, aby to zrobić, i że będzie mnie to kosztować wiele wysiłku. Skąd ta pewność? Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Grigorij miał szeroką twarz o regularnych rysach. Można by ją nawet uznać za ładną, gdyby była bardziej szczera i nie tak ponura. Włosy miał ostrzyżone na jeża i w trudnym do zdefiniowania kolorze, a gdy szedł korytarzem, poruszał się tak, jakby mu się spieszyło. Złudzenie, bo Grigorij chodził zazwyczaj zgarbiony i lekko pochylony. Był ode mnie starszy o kilka lat, więc z czasem doszłam do wniosku, że to właśnie różnica wieku jest głównym powodem dystansu, jaki od samego początku się między nami wytworzył, chociaż bardzo starałam się go zmniejszyć. Później zrozumiałam, że nie chodziło ani o wiek, ani o doświadczenie zawodowe, tylko o inne przeszkody – a te udało się usunąć dopiero po pewnym czasie.

Jednak ani tamtego, ani następnego dnia go nie zobaczyłam. Joshua wyjaśnił mi, że Grigorij i Olga załadowali kamper i wyjechali do Strefy. Ustawią w lesie pułapki na nornice, a przy okazji pobiorą próbki wody i gleby. Jeśli nie wydarzy się nic nieprzewidzianego – Joshua tak to właśnie określił – będą przebywać poza Centrum przynajmniej tydzień. Z jakiegoś powodu ta informacja sprawiła mi przykrość, chociaż nie potrafiłam określić, czym to było spowodowane: faktem, że sama chciałam wyjechać do pracy w terenie, czy też raczej tym, że Grigorij i Olga należeli do osób, wobec których odczuwałam pewien trudny do przezwyciężenia dystans. Fakt, że badania w Strefie mieli poprowadzić wspólnie, mógł oznaczać tylko to, iż oboje należeli do tej samej wspólnoty, a życie postrzegali w taki sam sposób. Zastanawiałam się, czy istnieje coś, co można nazwać „ukraińskim sposobem bycia” albo „ukraińską duszą”, i czy właśnie z taką „ukraińską duszą” miałam wówczas do czynienia. W moich rozmyślaniach zapędziłam się tak daleko, że zaczęłam sobie wyobrażać, jak wygląda ich współpraca, które z nich nakreśla główne wytyczne, kto jest dokładniejszy i bardziej wydajny w pracy. Ciekawe, co Joshua miał na myśli, mówiąc, że czasem dzieją się rzeczy niewytłumaczalne. Fakt, iż mój umysł zaprzątały tak ulotne myśli, świadczył chyba o mojej niepewności, bo w Centrum nadal czułam się jak intruz. Zapamiętałam tylko, że w pierwszym okresie byłam szczęśliwa, jakbym zrobiła krok do przodu, choć nadal miałam wątpliwości co do tego, jak w przyszłości ukształtuje się moje życie.

Czas spędzany w Centrum upływał mi w szybkim tempie. Mieliśmy mnóstwo pracy. Susan zajmowała się mną w sposób, który nazywałam „energicznym”. Ponieważ miała lekką nadwagę, każdego dnia przychodziła do laboratorium spocona i zaczerwieniona na twarzy i zanim założyła swój biały fartuch, informowała nas o tym, co zaplanowała na dany dzień. Jednocześnie cytowała z pamięci wybrane fragmenty jakiegoś artykułu albo rozprawy naukowej, które niedawno czytała. Każdy dzień nabierał więc odmiennego blasku, który w pewnym sensie zależał od jej nastroju. Susan mogła być czymś wzburzona, zniecierpliwiona albo wściekła, mogła być do czegoś albo kogoś nastawiona optymistycznie albo pesymistycznie, ale bez względu na humor zawsze miała ten sam jasny, bystry umysł.

– Teoria Grahama o przenoszeniu radionuklidów w wodzie jest nieciekawa. To czyste spekulacje! Najpierw trzeba zbadać koryto rzeki, bo to tam są anomalie, i dopiero potem sprawdzić osad denny, do którego trafiają izotopy z dłuższym okresem rozpadu. Po co zajmować się izotopami, które żyją krótko? Poza tym główna kwestia nadal pozostaje nierozwiązana. Tu nie chodzi tylko o krytykę zastosowanej przez niego metody, ale także o przesłanki, na których ją opierał… Rozumiecie, co mam na myśli? Jak wam wczoraj poszło z krzywą Lorenza? Wykorzystajcie dzisiaj te same preparaty i frakcje i porównajcie krzywe… Wyobraźcie sobie, że dzisiaj w drodze do pracy widziałam grupę przedszkolaków przebranych za komandosów… Większość ludzi traci mnóstwo czasu na to, żeby uchronić się przed niebezpieczeństwem. Naszym dzieciom zakładamy kaski i kamizelki odblaskowe, żebyśmy nie zapomnieli na nie od czasu do czasu zerknąć… Sprawdźcie, czy liczby się zgadzają, chcę mieć wynik dziś po południu… Coś się stało?

– Nic – odparł Lew.

– To dlaczego masz taką sceptyczną minę?

Po tym wstępie Susan zostawiała nas w nastroju, który sama stworzyła. Szła do swojego pokoju, aby po jakimś czasie do nas wrócić – zatopiona w myślach, zajęta nową teorią albo liczbami.

Dobrze wiedziała, że ludzie pracujący w Strefie są narażeni na napromieniowanie, i dlatego bardzo skrupulatnie podchodziła do wszystkiego, co wiązało się z naszym bezpieczeństwem. Jeśli podejrzewała, że ktoś coś zaniedbał albo zlekceważył zasady BHP, wpadała we wściekłość.

– Pierwszą rzeczą, jakiej będziesz się musiała nauczyć, jest sztuka chodzenia, oddychania, stania i siedzenia – powiedziała kiedyś Susan. – Umiejętność radzenia sobie z ryzykiem i zagrożeniem polega na tym, aby zwracać szczególną uwagę na podstawowe kwestie. Jeśli zrozumiesz, że powinno się to stać nie tylko elementem twojej pracy, ale także… jakby to powiedzieć… częścią twojej osobowości, zapomnisz o niepotrzebnym stresie i nie przysporzysz kłopotów innym pracownikom. Siedzę w tej branży od bardzo dawna i wiem, o czym mówię.

Potem Susan wyjaśniła mi swoje słowa w praktyce. Pokazała, jak należy przewozić próbki, przechowywać ciecze i gazy, obchodzić się z odpadami, używać przenośnych szafek, dezynfekować podłogi, ściany i sufity, jak nosić fartuch, rękawiczki, maseczki na usta i nakrycia głowy, jak siadać i wstawać, jak wchodzić do pokoju i jak z niego wychodzić, gdzie spożywać posiłki i czego nie wkładać do ust.

– Rozumiem, że nie palisz papierosów?

– Nie – odparłam.

– To dobrze. I jeszcze jedno: praca w Centrum opiera się na zaufaniu.

Susan była pod wieloma względami staromodnym, autorytarnym typem przywódcy, ale od czasu do czasu kierował nią instynkt samozachowawczy. W takich sytuacjach robiła szybki rachunek sumienia i dochodziła do wniosku, że w jakiejś sprawie posunęła się za daleko albo niezbyt uważnie wsłuchała się w opinie innych. Podchodziła wtedy do osoby, którą skrytykowała lub potraktowała opryskliwie, i kierowała wobec niej zaskakujący komplement albo zapewniała ją, jak bardzo szanuje jej pracę w Centrum. Potem przechodziła na jakiś inny temat i kontynuowała rozmowę do momentu, aż była pewna, że ofiara jej wybaczyła. Z reguły wybaczano jej od razu, bo była nie tylko impulsywna, ale też sprawiedliwa. Poza tym była od nas starsza i bardziej doświadczona. „Kontynuujcie pracę”, mawiała, „nie spieszcie się z wyciąganiem wniosków. Na pierwszym miejscu jest praca, na drugim zrozumienie”.

Ja pragnęłam tej pracy, bo chciałam się czuć potrzebna. Zaczęło się jeszcze w Szwecji. Po wielu latach spędzonych na uczelni znalazłam się w próżni. Nie wiedziałam, co z sobą dalej robić. Decyzję podjęłam błyskawicznie, po lekturze artykułu w „Current Biology”. Zaledwie pół roku później wywiozłam swoje meble na przechowanie do magazynu, odnajęłam mieszkanie, zerwałam z facetem, którego pasją były mgławice spiralne, przyjęłam zaproszenie od Susan Henderson i kupiłam bilet do Kijowa – w jedną stronę. Wszystko odbyło się w tak szybkim tempie, że było za późno, aby się z tego wykręcić. Mój partner też nie znalazł ważnego powodu, by mnie zatrzymać. Opowiadałam mu o moich planach i obserwowałam, jak zaciska szczęki. Przez chwilę mi się wydawało, że w końcu uda mu się sformułować jakieś mądre zdanie, ale niestety… Wkrótce potem się pożegnaliśmy – krótko i formalnie.

To między innymi dlatego trafiły mi do przekonania zdecydowane poglądy Susan o sensie pracy, którą miałam wykonywać.

Do laboratorium przychodziłam zazwyczaj o wpół do dziewiątej rano, pracowałam do siedemnastej z przerwą na lunch. Przez pierwszy tydzień zajmowałam się preparowaniem tkanek i badaniem próbek pod mikroskopem. To dość męczące dla oczu, a od przesiadywania nad mikroskopem w pozycji pochylonej sztywnieją ramiona i kark. Zazwyczaj staram się w pełni angażować w takie zlecenia, bo zaglądanie w głąb świata, który otwiera się pod soczewkami mikroskopu, nadal mnie fascynuje, przez co nie zawsze odczuwam zmęczenie i zapominam, że mam za sobą wiele godzin spędzonych w biurze. Świadomość tego faktu dociera do mnie dopiero wieczorem w postaci bólu głowy. Kiedy więc pracuję z mikroskopem, stosuję prostą zasadę: co pewien czas robię kilkuminutową przerwę i się przeciągam. Kiedyś opowiedziałam o tym Susan, a ona obdarzyła mnie badawczym spojrzeniem swoich ciemnych oczu. Zauważyłam, że próbowała mnie zrozumieć, choć nie do końca wiedziała, o co mi chodzi. A może potraktowała to jako wyraz kulturowej odrębności, przeciwko której nie umiała zaprotestować? Moją potrzebę bycia w ruchu i przebywania na świeżym powietrzu postrzegała pewnie w taki sam sposób, jak obowiązek zwracania się przez muzułmanów w trakcie modlitwy w stronę Mekki. Później, gdy wychodziłam pospacerować na dziedzińcu, Susan nigdy mi nie towarzyszyła. Któregoś dnia zauważyłam, że obserwuje mnie przez okno i z zainteresowaniem śledzi każdy mój krok.

Jean Luc był inny i podczas przerw chętnie ze mną rozmawiał. Całymi dniami siedział samotnie w niewielkiej, prawie całkiem zaciemnionej salce laboratoryjnej z zaciągniętymi żaluzjami. Kiedy się tam wchodziło, widziało się tylko jego plecy, które odbijały się cieniem na tle rozświetlonego monitora. Na ekranie krzywe Lorenza poruszały się powolnym, halucynacyjnym ruchem. Na widok gościa Jean Luc od razu podciągał żaluzje, zapalał lampy i wpuszczał do pokoju trochę światła. Wystarczyło jednak wyjść z pokoju, a on znowu zasłaniał okno i wracał do pracy w ciemnościach. Zauważyłam, że gdy do niego zachodziłam i proponowałam mu, abyśmy poszli razem na spacer, sprawiało mu to radość. Łatwo mi się z nim rozmawiało, w przeciwieństwie do Lwa, który niekiedy też mi towarzyszył w czasie moich przechadzek po dziedzińcu. Lew był małomówny, a jeśli o czymś rozmawialiśmy, to wyłącznie o sprawach zawodowych albo kwestiach teoretycznych i praktycznych. Tymczasem Jean Luc bronił się przed poruszaniem spraw zawodowych i dyskusją o tym, czym się zajmował w Centrum. Lubił dyskutować o muzyce, modzie albo filmie. Opowiadał mi, czego się dowiedział z francuskich gazet, które mu tu przysyłano i których mu ciągle brakowało. Co pewien czas przytaczał poruszające historie z okresu spędzonego w Paryżu i na Riwierze Francuskiej, gdzie przez dwa lata utrzymywał się z pracy polegającej na wożeniu jachtami bogatych turystów po Morzu Śródziemnym. Kiedyś, na samym początku mojej pracy w Centrum, wyszedł ze mną na dziedziniec, a potem zabrał mnie na spacer do lasu i nagle powiedział:

– Nie zamierzam spędzić całego życia w samotności.

– Oczywiście, że nie. Dlaczego miałbyś je tak spędzić?

– Kiedy ktoś żyje samotnie tak jak ja, mieszka raz tu, raz tam i co jakiś czas przenosi się z jednego uniwersytetu na drugi, powinien bardzo ostrożnie podejmować decyzję o tym, czy się z kimś zwiąże. Ale nie zamierzam tak żyć przez całą wieczność.

Jean Luc opowiadał mi, jak podczas jednego z rejsów po Morzu Śródziemnym towarzyszył pewnemu znanemu francuskiemu finansiście, który przyprowadzał na jacht coraz to nowe panienki. Czasem przebywało ich na pokładzie po kilka, co było powodem gorszących scen i wybuchów zazdrości. Zjawiali się też fotoreporterzy z bulwarówek, którzy robili zdjęcia i pisali sążniste artykuły. Mimo to ów mężczyzna nie zmienił trybu życia. Był bogaty i przystojny i mógł zdobyć każdą kobietę. Mawiał, że ma do rozdania zbyt wiele miłości, aby nią obdarzać tylko jedną z nich. Tak się właśnie wyraził. Kiedyś na jachcie podczas jednej z imprez za burtę wypadła młoda dziewczyna. Nikt tego nie zauważył i utonęła.

– Straszne.

– W końcu rzuciłem tę pracę. Miałem po dziurki w nosie takiego życia. Postawiłem na studia. Rok temu wpadła mi w ręce pewna gazeta poświęcona tematyce finansowej. Był w niej wywiad z tamtym człowiekiem. Powiedział, że był seksoholikiem. Zapisał się na terapię.

– Rychło w czas.

– Nie wiem, czy on rzeczywiście taki był. Mnie zawsze mówił, że ma gorącą krew… Wydaje mi się, że chciał przez to powiedzieć, że po prostu lubi kobiety.

– To tylko kwestia zdefiniowania takiego zachowania.

Roześmiałam się, ale Jean Luc miał poważną minę.

– Tamta kobieta nie utopiła się z jego winy. Nawet jej nie znał i nic go z nią nie łączyło. Sam nie wiem… To tylko człowiek, który lubił się zabawić… Zawsze mi się wydawało, że był zadowolony i dość szczęśliwy…

– A jego żona? Czy ona też była szczęśliwa?

– Zdradzała go tak samo jak on ją.

Przez chwilę spacerowaliśmy w ciszy. Szumiały sosny, ich korony tworzyły nad nami zbitą ciemnozieloną kopułę. Przez wąskie szczeliny przebijały miejscami promienie słońca. Było tak cicho, że słyszeliśmy trzask gałęzi pod stopami.

– Właściwie to nie nazwałbym go seksoholikiem – kontynuował Jean Luc, patrząc tak jak ja na korony drzew. – Swoim zachowaniem wyrażał jedynie pewien rodzaj prostych potrzeb biologicznych, które kolidowały z obowiązującym systemem wartości kulturowych. Może był ze sobą bardziej szczery niż większość ludzi. Trudno przecież abstrahować od tego, co o naszym życiu myślą inni.

Wyrażenie „prostych potrzeb biologicznych” było tak niezwykłe, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Uważałam, że Jean Luc był bardzo naiwny, ale i tak lubiłam słuchać jego głosu i chodzić z nim na spacery.

– Sosny są tutaj wyższe niż w moim kraju – powiedziałam.

– W Paryżu w ogóle ich nie ma – odparł Jean Luc. Tym razem się nie uśmiechnął.

Zanim zawróciliśmy, spytałam go o jeszcze jedną rzecz.

– Czy jesteś teraz w związku z jakąś kobietą? Czy w Paryżu ktoś na ciebie czeka?

Jean Luc pokręcił głową.

– Ależ skąd… nigdy bym sobie nie poradził z taką sytuacją. Zabiłbym ją z zazdrości, gdyby tylko spojrzała na innego. – Tym razem głośno się roześmiał. – Żartowałem – dodał. Potem wrócił do swojego pokoju, zasunął żaluzje i włączył komputer.