Wydawca: Insignis Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 129 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W blasku ognia - Opracowanie zbiorowe

W blasku ognia”. Wybór najlepszych opowiadań polskich fanów Uniwersum Metro 2033, nadesłanych na konkurs organizowany przez portal metro2033.pl w roku 2013.

Metro 2033 to świat wykreowany przez Dmitrija Glukhovsky’ego; świat, w którym po nuklearnej apokalipsie pozostali przy życiu ludzie chronią się w moskiewskim metrze. Tam na nowo organizują swą kilkudziesięciotysięczną społeczność i wbrew wszystkiemu, co ich otacza, usiłują przetrwać.

Z czasem projekt Glukhovsky’ego zaczął się rozrastać, przybrał formę Uniwersum Metro 2033 i wykroczył poza granice moskiewskiego metra. Na zaproszenie pomysłodawcy w zaproponowanej przez niego konwencji zaczęli pisać inni autorzy, wypełniając białe plamy na mapach Nowego Świata: w ramach projektu powstały powieści, opisujące postapokalipsę nie tylko w Moskwie, nie tylko w Rosji, ale również w wielu innych miejscach na świecie. A już niedługo do Uniwersum Metro 2033 dołączy Polska.

Ale Uniwersum Metro 2033 to także niezwykle żyzna gleba dla twórczych wypowiedzi fanów. A te, początkowo nieśmiałe, przybierają z czasem coraz dojrzalszą formę.

Na skupiającym polskich fanów serii portalu metro2033.pl ogłosiliśmy konkurs na opowiadanie osadzone w postapokaliptycznym świecie Metra 2033. I tak powstała ta książka: „W blasku ognia” to wybór najciekawszych z nich. Ich autorzy potrafią już bardzo dużo. Niektóre historie opowiadane przy ognisku na sześćdziesiątym metrze na stacji Kitaj-Gorod to prawdziwe perełki.

Poznajcie zatem kreacje Waszych koleżanek i kolegów. I pójdźcie w ich ślady! Odwiedźcie metro2033.pl, przeczytajcie o konkursie dotyczącym kolejnej edycji zbioru fanowskich opowiadań i postarajcie się, żeby znalazło się w nim Wasze opowiadanie.

„Uniwersum Metro 2033: W blasku ognia”. Opowieści o świecie po końcu świata.

Opinie o ebooku W blasku ognia - Opracowanie zbiorowe

Cytaty z ebooka W blasku ognia - Opracowanie zbiorowe

– Dzień dobly, tato… – odezwała się dziewczynka, zeskakując z krzesła i tuląc zdumionego Petkę. – Wyglądasz, jakbyś nas widział pierwszy raz w życiu – odezwała się kobieta, biorąc z talerza kawałek chleba.
lat? Coś bredzisz. Przybysz popatrzył srogo na swojego prześmiewcę i wycedził stanowczo: – Zamilcz, szelmo, a jeżeli masz tyle odwagi, by nazywać mnie kłamcą, to powtórz to jeszcze raz; jak mi Bóg miły, rozpłatam cię jak świniaka. Mężczyźni popatrzeli groźnie po sobie i wtem jakaś kobieta krzyknęła: – Spokój, Borys! Nie psuj atmosfery. Znam tę opowieść, jest fajna. No już, napij się i nie marudź. Czy nasz szanowny gość życzy sobie odrobinę samogonu? Borys machnął ręką, a przybysz kiwnął głową i uroczo się uśmiechnął do
Kitaj-Gorod… Tu znajdziesz wszystko, od prawdziwego kebaba, przez dziwki i mafię, po śmierć, zależy czego szukasz. Połowa przyjezdnych przegrała tu swój dobytek w karty, druga − nie zdążyła, bo ją obrabowano. Zorganizowana przestępczość, haracze, lokalne święte wojny. To miejsce można kochać albo nienawidzić. Albo opuścić je nogami do przodu… Ale pomijając drastyczne, mniej drastyczne i w ogóle jakiekolwiek szczegóły, to miejsce jest prawdziwym rajem. Młody Paszka ubóstwiał je, odkąd sięgał pamięcią. Kochał fantastyczne zapachy z bazaru i nie mniej świetne widoki wystaw pełnych książek, broni, pamiątek z góry… Kochał tę część, w której kobiety sprzedawały swoje ciała, tę, w której grywano w kosza, i oczywiście tę, gdzie kwas był za półdarmo. Ale jego najukochańsze miejsce było poza właściwą stacją. Posterunek na setnym metrze. Nie był taki jak ten obstawiony przez osiłków, tuż przed Kitajem. Obsadzali go ochotnicy, którzy zbierali się od czasu zatargu z Tretjakowską.
Kitaj-Gorod… Tu znajdziesz wszystko, od prawdziwego kebaba, przez dziwki i mafię, po śmierć, zależy czego szukasz. Połowa przyjezdnych przegrała tu swój dobytek w karty, druga − nie zdążyła, bo ją obrabowano.
szarą skórę i przekrwione oczy. Wyglądał, jakby rozkładał się co najmniej od kilku dni, i tak też pachniał. Ręce mu się trzęsły, a kiedy próbował dosiąść się do ogniska, nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
– Nie wierzę w Boga, jednego ani wielu. Nie istnieje coś, czego nie ma. Nie ma niczego, co nie istnieje. My jesteśmy, jest ciemność i światło, jest śmierć. Jest i życie, słabe, ułomne, wątłe. Ale jest. Jest bez Boga, samo dla siebie. Życie nie wszechmocne, życie nie wieczne, lecz trwałe. Nasze życie.
Przecież sami wiecie, ile teraz po powierzchni czy tunelach kręci się tego cholerstwa. Nikt, choćby i chciał, nie spamięta. Ileż to już razy człowiek widział coś, co się później po nocy śniło. Ileż to razy otarł się o śmierć… No ale wróćmy może do rzeczy. Tylko ludzie… polejcie, bo gardło suche.

Fragment ebooka W blasku ognia - Opracowanie zbiorowe

W blasku ognia Wybór najlepszych opowiadań polskich fanów Uniwersum Metro 2033

Autorzy Michał Serwin, Maciej „doctor” Kóska, Tseena, Dariusz „Stalker1982” Szczepański, Paweł „PalBal” Balcerek, Akuumo, Kamil Jankowski, Katarzyna Auguścik, malynosorozec, Marcin „Amar” Wosztyl, Mateusz „Hermetyczny” Gembarski, Rafał „Rafen” Górniak

Pomysł serii „Uniwersum Metro 2033” Dmitry Glukhovsky, 2009 Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2014

Redaktor prowadzący Jakub Szpak

Redakcja Piotr Mocniak

Koordynator projektu Admin_uniwersum

Projekt okładki, skład i konwersja Tomasz Brzozowski

Projekt logotypu serii Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone. ISBN-13: 978-83-63944-36-0

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media

TseenaProlog

Kitaj-Gorod…

Tu znajdziesz wszystko, od prawdziwego kebaba, przez dziwki i mafię, po śmierć, zależy czego szukasz. Połowa przyjezdnych przegrała tu swój dobytek w karty, druga − nie zdążyła, bo ją obrabowano.

Zorganizowana przestępczość, haracze, lokalne święte wojny.

To miejsce można kochać albo nienawidzić. Albo opuścić je nogami do przodu… Ale pomijając drastyczne, mniej drastyczne i w ogóle jakiekolwiek szczegóły, to miejsce jest prawdziwym rajem.

Młody Paszka ubóstwiał je, odkąd sięgał pamięcią. Kochał fantastyczne zapachy z bazaru i nie mniej świetne widoki wystaw pełnych książek, broni, pamiątek z góry… Kochał tę część, w której kobiety sprzedawały swoje ciała, tę, w której grywano w kosza, i oczywiście tę, gdzie kwas był za półdarmo.

Ale jego najukochańsze miejsce było poza właściwą stacją. Posterunek na setnym metrze. Nie był taki jak ten obstawiony przez osiłków, tuż przed Kitajem. Obsadzali go ochotnicy, którzy zbierali się od czasu zatargu z Tretjakowską.

Na ogół nie było tam typowych bandziorów, a jedynie troskliwi obywatele, którzy nie chcieli znów gasić pożaru. Niekiedy był całkiem pusty, innym razem ludzi było całe mnóstwo.

„Setka” stała się jego drugim domem. Poustawiano tam stoły, zostawiono gitarę, komplet kart. Wyznaczono palenisko.

W tym miejscu ludzie stworzyli sobie prawdziwą mikrospołeczność. Było przytulnie, można było miło spędzić czas, a każdy z ochotników zostawiał tu cząstkę siebie, dlatego było tu tak wyjątkowo. Choć faktycznie… pilnowanie tunelu to ostatnia rzeczą, o którą tu dbano.

Paszka był tu niemal codziennie, uwielbiał słuchać gawęd przy ognisku. Swoje opowieści snuli miejscowi, a gdy te się kończyły, z pomocą przychodzili przyjezdni. Wiele z historii było tak fantastycznych, że nie mogły być prawdziwe, mimo to…

– Patrzajta kto lezie! To Paszka! − wołali już z daleka.

Dzisiaj było wyjątkowo dużo ludzi, w większości przyjezdni. Uśmiech rozpromienił chłopcu twarz. Zapowiadało się świetnie.

Borys brzdąkał coś na gitarze, ale nie on był w centrum uwagi, co mu widocznie przeszkadzało.

Ludzie zebrali się wokół starszego mężczyzny, przy ognisku. Przybycie Paszki oderwało ich na moment. Kilku jego znajomych wyściskało go i zaprosiło.

– Przepraszam, że przerwałem − powiedział i przysiadł się do grupy. − O czym…?

– Jeszcze o niczym − rzucił ktoś od niechcenia. − Dopiero zaczyna…

– Właśnie. O czym?

– Mów pan…

– Spokojnie − staruszek przerwał pytania. − Jak już wspomniałem będzie o…

Michał SerwinKrólowa tuneli

Petka był młodym handlarzem, który wszystkie fanty i umowy ze stalkerami dostawcami odziedziczył po swoim ojczymie. Zmierzał sobie tylko znanymi tunelami z Prospektu Mira do Kuźnieckiego Mostu. Można powiedzieć, że był szalony – chciał znacznie skrócić sobie drogę, po kryjomu wchodząc na Czystyje Prudy, stację opanowaną przez czerwonych. Ha! Mało tego, zamierzał przy okazji pohandlować z mieszkańcami! Wszyscy odradzali mu ten pomysł, zwłaszcza że sytuacja pomiędzy komuchami a Hanzą była dość napięta.

Jednak Petka, jak to Petka, wszystko wiedział lepiej. Śmiało wkroczył do ciemnego tunelu prowadzącego na Suchariewską. Gdy tam dotarł, od razu poszedł dalej, nie chcąc tracić czasu. Niedługo potem zobaczył płonące ognisko i żołnierzy strzegących wrót do stacji Czystyje Prudy. Podróż przebiegła całkiem pomyślnie, Petka nie napotkał większych niespodzianek. Na posterunku okazał sfałszowane wcześniej dokumenty. Wiecie przecież, jak łatwo w dzisiejszych czasach można zdobyć takie papierki… Oczywiście jak ma się odpowiednie kontakty. Ludzie go przyjęli, wszedł na stację. Tyle co się gdzieś tam na boku rozłożył, straganik postawił, a tu nagle zaczynają wrzeszczeć:

– Stać!!! Zatrzymać go!!!

Petka od razu rzucił wszystko w cholerę, mówił nawet potem, że na sam środek stacji cisnął granat. Zaczął uciekać, a tamci ruszyli za nim! Skręcił w jakąś odnogę, ciemno tam, straszno, ale trzeba było wiać! Pędził tunelem, biegł ile sił w nogach… W końcu wybiegł na bardziej otwartą przestrzeń… Poszukał po omacku ścian. Tunel. Pogoni nie było słychać. Serce biło mu jak oszalałe. Po kilku minutach Petka uspokoił oddech i zaczął myśleć. Dotarło do niego, że jest sam. W mrocznym tunelu, bez broni, bez latarki, bez niczego.

Ale on się tym nie przejął. Mówił, że opanował się i ruszył przed siebie. Zdawało mu się, że widział jakieś blade światło w oddali, prawdopodobnie był to posterunek czerwonych. Skierował się w przeciwną stronę. Wolał umrzeć tam, w ciemnościach, niż rozstrzelany przez strażników.

W czasie marszu, nie przejmując się brakiem pożywienia czy narzędzia do obrony, rozmyślał nad tym, gdzie się dokładnie znajduje. Znał wszystkie stacje metra niemal jak własną kieszeń. Mówiono, że potrafiłby jedynie za pomocą węchu stwierdzić, na jakiej jest stacji. Myślał sobie: „Jeżeli za mną były Czystyje Prudy, to właśnie zmierzam na Łubiankę, a tam też komuchy. To może skręcić na Sreteński Bulwar? Znajdzie się tam jakieś wyjście, maskę… W końcu to porzucone stacje”.

Gdy tak rozmyślał, usłyszał nagle echo oddalających się kroków dochodzące z prawej strony. Petka skierował się w tamtym kierunku. Szedł, szedł… Dziwił się, że tak gładko mu idzie. Żadnych stworów, mutantów, roślin… Nawet szczurów. Wydawać by się mogło, że idzie zwyczajnym tunelem, takim jak sprzed katastrofy. Ale to przecież niemożliwe, zwłaszcza że te stacje nie były nawet w pełni ukończone i funkcjonalne. Niedługo potem zaczęło mu się kręcić w głowie. Stacji coś nie było widać, ciągle tylko tunel i tunel. Nie wiedział, jak długo już tak idzie, miał wrażenie, że całe godziny, a nawet dni.

Wycieńczony, głodny, ale wciąż dobrej myśli, usiadł na ziemi i oparł się o ścianę. Zamierzał przeżyć i był pewny, że mu się to uda. Nie modlił się do Boga, twierdził, że nie było takiej potrzeby. To był chłop… Odważny… waleczny… śpiący.

Spało mu się dobrze, jak we własnej wygodnej koi na macierzystej Mendelejewskiej. Śniła mu się matka, piękna kobieta o kasztanowych włosach, i ojczym, starszy mężczyzna pełen werwy. Oboje niestety nie żyli. Petka tulił ich do siebie, rozmawiał. W pewnej chwili mama dała mu kałacha. „Masz, weź to, niedługo znajdziesz się w niebezpieczeństwie”. Zdziwiony chłopak przyjął prezent, po czym odwrócił się odszedł tunelem, tym samym, który prowadził na Czystyje Prudy.

Petka obudził się. Wstał, wpatrując się we wszechogarniającą ciemność. Wyprostował się, otrząsnął z resztek snu. Nagle kopnął w coś ciężkiego, co z metalicznym brzękiem uderzyło o ścianę. Młody wymacał przedmiot, zacisnął palce… Nie uwierzycie – to był karabin! Cud jaki, czy co?

Zdziwiony podniósł broń. Najprawdziwszy kałach – jak ten ze snu.

Ruszył przed siebie. Raz, dwa, raz, dwa. Rytmiczne kroki jak w zegarku. Z bronią w ręku rozwiały się jego lęki, teraz nic nie mogło go ruszyć.

Nagle usłyszał przed sobą pomrukiwanie. „Jakieś ścierwo…” – przebiegło mu przez myśl. Miał sokoli wzrok, więc od razu wychwycił sylwetkę czającą się w ciemnościach. Wypalił serią. Petka usłyszał, jak coś jęknęło i przewróciło się na ziemię. I wtedy rozległo się wycie…

Z oddali biegło na niego chyba całe stado. Potwory jeden za drugim wyłaniały się z mroku. Ale on nie poddał się tak łatwo, walczył zaciekle i w końcu wyszedł z tego cało. Pod jego nogami leżały martwe truchła kilkudziesięciu mutantów. A on jak gdyby nigdy nic ruszył dalej.

Po kilku godzinach marszu zatrzymał się. Coś czaiło się przed nim, czuł to w kościach. W pewnej chwili w jego nozdrza uderzył zapach. Był odurzający. Zaczął wąchać, nie mógł się powstrzymać. Przysuwał się coraz bliżej. „Coś niesamowitego…” – pomyślał.

Wtem jakaś macka owinęła się wokół jego łydki. Oprzytomniał. Wystrzelił bez zastanowienia. Uchwyt zelżał, a on ruszył biegiem przed siebie, wymijając roślinę, którą teraz widział doskonale. Rosła tam tylko jedna jedyna w całej okolicy. Zdziwiło go to. Dzisiejsza flora zazwyczaj rozrasta się przecież na wiele kilometrów, opanowując wszystko na swej drodze.

Szedł, próbując dojść w końcu do jakiejś stacji. „Czemu to tyle trwa?” – pytał sam siebie. Oślepił go nagły błysk. Przez jego ciało przeszedł ból. Leżał na ziemi, próbując dojść do siebie. „Anomalia elektryczna” – od razu zrozumiał Petka i zamarł bez ruchu. Leżał tak bardzo długo, w obawie, że porazi go znowu, tym razem śmiertelnie. Jednak w końcu podniósł się z ziemi. Po niebezpieczeństwie nie było śladu. Twardy był z niego chłop i znów skierował się w stronę opuszczonych stacji.

Po długim i wyczerpującym marszu nagle zobaczył przed sobą światło. Chociaż w ciemnościach trudno było to stwierdzić na pewno, bo według jego obliczeń już dawno minął kilka stacji i powinien teraz znajdować się na Marijnej Roszczy. Podszedł bliżej. „Cóż to jest, do cholery… Znowu jakaś anomalia, czy co?” – myślał. Ze zdumieniem zobaczył w tym świetle sylwetkę człowieka… „Jak to możliwe? Tu, na zapomnianej przez Boga stacji?”

– Nie bój się, Petka – usłyszał miły kobiecy głos.

– Ktoś ty? – spytał zdziwiony. Nie był przerażony, tylko po prostu ciekawy.

– To nieistotne… – odezwała się. – Ważne, kim ty jesteś. Brnąłeś tu mimo wszelkich niebezpieczeństw, jakie stanęły na twej drodze. To była próba, przez którą musiałeś przejść, bym mogła uznać, że jesteś godzien mnie zobaczyć. Jesteś odważnym człowiekiem, który nie boi się niczego. Twoje wysiłki zostaną nagrodzone.

– Ale… – Zdezorientowany chłopak niczego nie rozumiał. – Co ty tu robisz? Jak się tu dostałaś?

– Powiem ci tylko, że skazuję ludzi na życie lub śmierć. – Uśmiechnęła się tajemniczo. – A teraz zaśnij…

Petkę ogarnęła senność. W głowie mnożyły mu się pytania, jednak jego powieki same się zamykały, nic nie mógł zrobić.

Obudził się – pewnie nie uwierzycie – w Polis. W dość dużym, ceglanym domku. Leżał nie na pryczy, a w porządnym łóżku z prawdziwą pościelą! Rozejrzał się po pokoiku. Był bogato przyozdobiony. Na ścianie znalazło się nawet miejsce na mały, namalowany na płótnie obrazek. Na środku postawiono stolik wykonany z ciemnego drewna, a w rogu stała mała biblioteczka z książkami. Pod stopami młody mężczyzna poczuł miękki dywan. Naprzeciwko niego były otwarte drzwi. Rozległ się kobiecy głos.

– Kochanie, śniadanie!

Wszedł do sąsiedniego pokoju, który pełnił funkcję kuchni i jadalni. Przy stole siedziały dwie osoby…

– Dzień dobly, tato… – odezwała się dziewczynka, zeskakując z krzesła i tuląc zdumionego Petkę.

– Wyglądasz, jakbyś nas widział pierwszy raz w życiu – odezwała się kobieta, biorąc z talerza kawałek chleba.

Chleb! Petka nigdy nie miał go w ustach. Zrozumiał wszystko.

– Ciągle wyglądacie olśniewająco, zupełnie jakbym zobaczył was po raz pierwszy – odparł z uśmiechem Petka.

Maciej „doctor” KóskaNocny taniec

Noc była wyjątkowo mroźna. Białoszary puch prószył leniwie. Drobne płatki wirowały powoli. Było cicho i spokojnie. Śnieg zalegający w zaspach i łachach odbijał przesączające się przez warstwę chmur promienie księżyca i rozświetlał moskiewskie ulice.

Dwie postacie kluczyły pomiędzy wrakami samochodów. Dwa duchy zagubione w zgliszczach betonowej dżungli. Ludzie działali niczym dwa tryby doskonale działającego zegarka. Szybko, sprawnie, bez zbędnych ruchów. W ich postawie i zachowaniu bez trudu dało się odczytać wojskowy dryg. Pewny chwyt broni gotowej do strzału, strefowe krycie i doskonała synchronizacja.

Stalkerzy przykleili się do kolejnego wraku, sporej furgonetki leżącej na prawym boku.

– No, Wik, co myślisz? – zapytał towarzysza zwiadowca, mierząc przed siebie swoim SR-3.

– Kwadrans i powinniśmy być przy Szabołowskiej – odparł Wiktor Gawriłow. – Trzeba nam tylko dojść do wieży radiowej Szabołowka i po kłopocie.

– Tfu! Żeby nie zapeszyć. – Oleg spojrzał na starszego kolegę.

Ten trzymał swój niezawodny AK-103, owinięty białymi paskami materiału. I jak zawsze na swój ochronny kombinezon miał zarzuconą wysłużoną, szarą kurtkę z szerokim, obszytym futrem kapturem. Mówił, że przynosi mu szczęście. Od dnia Wielkiej Zagłady, kiedy udało mu się schronić w metrze. To właśnie tę kurtkę miał wtedy na grzbiecie. Była wówczas jego jedynym majątkiem. Teraz stała się talizmanem.

Wik skinął Sorokinowi i obaj jak na komendę poderwali się zza samochodu. To był udany wypad. Dwaj stalkerzy taszczyli w swoich plecakach sporo fantów, które bez wątpienia uda się opłacalnie sprzedać. Byle tylko do Szabołowskiej. Dalej prosto na Oktiabrską i już będą na terenie Hanzy. Tam dwóch wolnych strzelców będzie mogło nieco odpocząć, a później… Później się zobaczy, może kolejny wypad albo jakieś zlecenie.

Czasami przecież lepiej nie planować. Można zapeszyć. Skusić zły los. A po co to człowiekowi w tych czasach? No, po co?

Kolejne metry drogi umykały pod podeszwami ciężkich buciorów. Śnieg skrzył się i skrzypiał w rytm kroków. Lufy automatów omiatały puste, zawalone budynki. Tętniące niegdyś życiem miasto stało się mogiłą dla żyjących w nim ludzi. Ci, którym udało się przetrwać Sądny Dzień, zagrzebali się pod ziemią, rozlali po wielokilometrowych tunelach metra. Powierzchnia od dawna była wymarła, opuszczona. Czy też raczej opuszczona przez ludzi. Nowe formy życia, zrodzone na popiołach dawnej cywilizacji, miały się świetnie i szybko zajęły porzuconą przestrzeń. Zasiedliły nowe tereny, niepomne na dawnych panów niegdyś zielonej planety.

Oleg i Wiktor niespiesznie mijali ruiny kolejnych budynków. Niektóre zdawały się nietknięte przez czas i żywioły, jedynie pustką okien i drzwi oznajmiając, że od ponad dwudziestu lat żaden człowiek nie mieszka w ich wnętrzu. Inne rozrzuciły wokół siebie gruz, niczym kości, i stalkerzy musieli je omijać albo wspinać się na pokryte śniegiem hałdy.

Białoszary puch skrzył się dookoła. Mężczyźni ostrożnie mijali kolejne przeszkody, powoli pokonując kolejne fragmenty drogi. Wiedzieli, że na powierzchni pośpiech mógł być równie zabójczy, co kula z karabinu. Przez dwie dekady Ziemia zaroiła się od tak wielkiej liczby nowych niebezpieczeństw, że każdy, kto chciał zachować zdrowe zmysły, wolał ich sobie nawet nie wyobrażać.

W poprzek drogi stała do połowy zasypana śniegiem ciężarówka. Do zejścia na Szabołowską zostało może trzysta metrów. Wiktor podbiegł do przeszkody. Przyklęknął i omiótł wzrokiem teren, który przebyli. Dał znak dłonią swojemu towarzyszowi. Oleg ostrożnie ominął wrak i… stanął jak wryty.

Na środku drogi tańczyła mała dziewczynka. Wirowała szybko, z rozpostartymi na boki rękami. Jej jasne, poderwane do lotu pszeniczne włosy otaczały głowę. Błękitna letnia sukienka rozlewała się wokół dziecięcej talii.

Nisko pochylony Wik wciąż ubezpieczał tyły. Wyszedł zza ciężarówki odwrócony. Ponownie przyklęknął obok swojego partnera.

– Oleg, co się dzieje? – spytał, zdziwiony zachowaniem przyjaciela.

Zerknął za siebie. Skryte za wizjerem maski oczy natrafiły na tańczące dziecko.

– Spieprzamy – zasyczał.

Sorokinowi, który otrząsnął się z pierwszego szoku, nie trzeba było powtarzać. Cofnął się za Gawriłowa i zajął miejsce do strzału, ubezpieczając odwrót towarzysza. Dziecko wciąż wirowało w tym samym miejscu. Stalkerzy cofali się krok za krokiem. Przyklejeni do swojej broni uważnie rozglądali się na boki, wypatrując niebezpieczeństwa. Nie mieli pojęcia, jaki gatunek stworzeń potrafił wywołać tak rzeczywiste omamy. Zapewne ktoś inny nie oparłby się pokusie i podszedłby bliżej. Wyszedłby na otwartą przestrzeń. Sprawdził. Mężczyźni byli jednak zbyt doświadczeni. Ich oczy widziały już niejedno dziwactwo. Niejedną śmierć. Cofali się. Lufy automatów omiatały mijane budynki.

Przecież sami wiecie, ile teraz po powierzchni czy tunelach kręci się tego cholerstwa. Nikt, choćby i chciał, nie spamięta. Ileż to już razy człowiek widział coś, co się później po nocy śniło. Ileż to razy otarł się o śmierć… No ale wróćmy może do rzeczy. Tylko ludzie… polejcie, bo gardło suche.

Okno. Okno. Drzwi. Witryna. Okno. Coś przemknęło na krawędzi pola widzenia. Skrzeczący głos Wichra. Pierwsza bestia padła martwa, skoszona celną serią. Kolejnych na razie nie było widać. Chude ciało pokryte siną skórą zwaliło się na chodnik. Długie, zakończone ostrymi pazurami kończyny podrygiwały w ostatnich spazmach agonii.

– Czort by to – rzucił Wik. – Spadamy!

Stalkerzy zdwoili czujność. Poderwali się do truchtu, znikając pomiędzy zabudowaniami. Byli zbyt blisko zejścia do metra, aby zawrócić. Jeśli obejdą feralny obszar, powinno im się udać podejść pod Szabołowską od tyłu.

Kolejna pokraka wypadła z pustego otworu drzwi. Tym razem jej żywot skończyła oszczędna seria 103-ki. Czarna kałuża krwi rozlała się po śnieżnym dywanie. Oleg zarejestrował kolejny ruch.

– Na jedenastej! – krzyknął.

Jego