Wydawca: Jaguar Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 216 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W blasku nocy - Trish Cook

Jeśli słońce ma zaświecić w środku nocy, to wyłącznie za sprawą miłości.

Siedemnastoletnia Katie cierpi na groźną chorobę: nie może mieć kontaktu ze słońcem. Dlatego na dwór wychodzi wyłącznie po zmroku. Co noc gra na gitarze w podziemiach lokalnej stacji kolejowej. Pewnego razu spotyka Charliego, w którym kiedyś skrycie się podkochiwała. Rozpoczyna się romans, a dziewczyna za wszelką cenę usiłuje ukryć przed Charliem chorobę.

Opinie o ebooku W blasku nocy - Trish Cook

Fragment ebooka W blasku nocy - Trish Cook

Tytuł oryginału: Midnight Sun

First edition by Hachette Book Group, Inc. in February 2018

Copyright © 2018 by Full Fathom Five and Midnight Sun, LLC

All rights throughout the world are reserved to Full Fathom Five and Midnight Sun, LLC

Cover art copyright ©2018 by Full Fathom Five and Midnight Sun, LLC

Pierwsze polskie wydanie, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

ISBN 978-83-7686-716-8

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Ludwika Mierosławskiego 11a

01-527 Warszawa

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2018

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

1

Mam taki powracający sen: jestem mała, siedzę z mamą na plaży na starym kocu, który nadal trzymam upchany gdzieś na dnie szafy. Mama mi śpiewa, jej głos wznosi się i opada wraz z szumem fal rozbijających się o brzeg. Czuję na skórze ciepły dotyk słońca i jej kojące objęcia.

Chciałabym zatrzymać tę chwilę na zawsze.

Kiedy się budzę, tęsknię za tym snem. Tęsknię za słońcem. Tęsknię za mamą.

Tak bardzo bym chciała, żeby sen się spełnił, ale to niemożliwe, ponieważ moja mama zmarła, kiedy miałam sześć lat.

Poza tym nie mogę wychodzić na słońce… W sensie, w ogóle nie mogę. Mam rzadką chorobę genetyczną znaną pod nazwą skóra pergaminowa, w skrócie XP, co ogólnie rzecz biorąc oznacza ekstremalną wrażliwość na światło słoneczne. Wystarczy, że mnie muśnie, a zaraz dostanę raka, moje ciało nie będzie w stanie naprawić uszkodzeń, mózg ulegnie zniszczeniu – dojdzie do utraty słuchu, problemów z poruszaniem się i przełykaniem, zaniku zdolności intelektualnych i mowy, utraty przytomności i w końcu, no tak, do śmierci.

Niezła jazda, co?

Tak więc wiodę życie w zamknięciu, spędzając czas wyłącznie w towarzystwie taty (najlepszego taty na świecie) i Morgan (najlepszej przyjaciółki na świecie).

Kiedyś udawałyśmy, że jestem jak Roszpunka z filmu Zaplątani, uwięziona w ciemnej wieży (czyli mojej sypialni). Oglądałyśmy ten film chyba ze sto razy. Roszpunka w końcu sfiksowała i zwiała z wieży z jakimś facetem. Teraz, kiedy już jestem starsza, mogę powiedzieć: doskonale cię rozumiem, dziewczyno.

Jeśli coś jeszcze łączy mnie z Roszpunką, to postanowienie, że nie stracę nadziei i będę walczyć, aż dostanę swoje „żyli razem długo i szczęśliwie”. Moje szczęśliwe zakończenie zapewne potrwa znacznie krócej niż to się dzieje w przypadku reszty ludzi – ale to nie znaczy, że nie będzie równie wspaniałe.

2

No i znów bredzę bez sensu i odchodzę od tematu. Jest to bardzo zły nawyk, który często wpędza mnie w kłopoty. Jeszcze się przekonacie. Na razie pozwólcie, że zacznę od początku.

Cześć! Nazywam się Katie Price i gdybyście mogli zajrzeć do mojego pokoju – co jednak uniemożliwiają rolety skutecznie blokujące dostęp światła słonecznego – moglibyście pomyśleć, że jestem żałosną chorą laską, która ciągle wysiaduje przy oknie, obserwując życie, przepływające obok niej. Ale ja właściwie niczym się nie różnię od innych dziewczyn, z tym jednym, ale znaczącym wyjątkiem, że nie mogę wychodzić na słońce.

Gram na gitarze, piszę wiersze i teksty piosenek i uważam, że moje improwizacje pod prysznicem brzmią naprawdę świetnie. Uwielbiam astronomię, chciałabym kiedyś zostać astrofizykiem. Nie cierpię brukselki, kocham chińszczyznę i uważam, że mopsy to najrozkoszniejsza rasa psów na całej kuli ziemskiej, za to na widok pająka wpadam w panikę. Moja najlepsza przyjaciółka – dobra, bądźmy szczerzy, moja jedyna bliska osoba w realu, nie licząc taty (hm, to chyba zabrzmiało naprawdę smutno, co?) – Morgan, jest zarąbista i bez wątpienia dokopię każdemu, kto ma inne zdanie na ten temat.

Aha, no i tak się składa, że strasznie bujam się w jednym gościu, który nazywa się Charlie Reed. Już od pierwszej klasy, kiedy to zdiagnozowano u mnie XP i tym samym zostałam skazana na więzienie w czterech ścianach tego domu, obserwuję go przez okno, jak idzie do szkoły. Z czasem obserwowanie Charliego stało się częścią mojej codziennej rutyny, wraz z regularnymi wizytami u lekarza, spaniem w dzień i czuwaniem w godzinach nocnych – z tego, co słyszałam, jest to wymarzony rozkład dnia większości ludzi w moim wieku – oraz graniem muzyki. Jest ostatnią osobą, którą widzę każdego ranka przed zaśnięciem i pierwszą, którą widzę każdego popołudnia po przebudzeniu. Podczas gdy ja śpię, on chodzi do szkoły i na treningi pływackie. Prowadzi normalne, idealne życie. Można w sumie powiedzieć, że wyrósł na moich oczach, z każdym rokiem coraz bardziej przystojniejąc. Teraz chodzi do ostatniej klasy, jest wysoki i smukły, ma wspaniałe półdługie włosy i oczy, które potrafiłyby roztopić górę lodową szybciej niż globalne ocieplenie. Jedyne, co stoi na przeszkodzie naszej wielkiej miłości… to fakt, że on nie ma pojęcia o moim istnieniu.

Kiedy po wietrznej nocy przeniósł z chodnika nasz pojemnik na śmieci – a wszyscy inni obojętnie przechodzili obok – nie wiedział, że go obserwuję. Albo kiedy się zatrzymał, by pomóc pani Graham z naprzeciwka zanieść zakupy do domu. Widzę te wszystkie drobiazgi, przejawy jego troskliwości, chociaż on nie wie, że ktoś jest ich świadkiem.

Nie mogę tak po prostu wyjść któregoś dnia z domu i przypadkiem wpaść na niego na ulicy, bo usmażyłabym się na śmierć. (Spokojnie – aż tak szybko by to nie nastąpiło. Ale, wierzcie mi, nie byłby to piękny widok). Skłamałabym jednak, gdybym powiedziała, że nie fantazjuję o tym, jak pewnego dnia zrobię wielki pierwszy krok. Na przykład, bo ja wiem, zastukam w szybę, kiedy będzie przechodził. Pomacham (kiedy tata nie będzie patrzył). Zaproszę go na górę. (A mój tata wcale za nami nie pójdzie? Cha! Można pomarzyć). Przeczeszę palcami jego wspaniałe włosy. Pocałuję go.

Dobra. Nic takiego się nie wydarzy. Wiem.

Po prostu dalej będę go obserwować, tak jak do tej pory (co oczywiście nie jest ani trochę dziwaczne!) – a przynajmniej do czasu, gdy to niefortunnie rosnące drzewo zasłoni mi widok – i poproszę dziś wieczorem gwiazdy, by mu sprzyjały. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy z powodu zakończenia szkoły, i że otwiera się przed nim przyszłość pełna ekscytujących przygód. Że dostanie wszystko, co sobie wymarzy. Zasłużył. Tak jak każdy z nas. Moje największe marzenie (mieć normalne życie – ale nie chcę wyjść na rozgoryczoną osobę) nigdy się nie spełni, mam jednak nadzieję, że Charlie zrealizuje swoje marzenia.

Otwieram laptop, by obejrzeć transmisję z uroczystości zakończenia szkoły, na której normalnie również byłabym obecna. To znaczy, gdybym od pierwszej klasy nie odbywała edukacji domowej. Trochę to słabe, biorąc pod uwagę, że zdążyłam zgromadzić liczbę punktów, która w tym momencie pozwoliłaby mi studiować na drugim roku. Cóż mogę powiedzieć? Lubię się uczyć. Poza tym mam o wiele więcej czasu niż większość osób w moim wieku.

W każdym razie dzisiaj odbywa się uroczystość zakończenia liceum. Decydujący moment w życiu większości ludzi. W moim przypadku jednak właściwie nic się nie zmieni. Jesienią nadal będę siedzieć w swoim pokoju, uczyć się online i unikać słońca. Nie pojadę na żaden wspaniały uniwersytet. Cóż. Mimo wszystko jest mi trochę przykro.

Wywołują kolejne nazwiska, uczniowie wchodzą na scenę, by uścisnąć dłoń dyrektora, każdy po kolei odchodzi z nowiutkim świadectwem w ręku. Morgan po odebraniu swojego, zamiast w stronę schodów, kieruje się do kamery, przybiera pozę i samym ruchem warg mówi Tak jest, suki! Ktoś pospiesznie popycha ją w stronę kolejki, a ja parskam śmiechem. Nie byłam pewna, czy to zrobi – ale czy kiedykolwiek cofnęła się przed którymś z moich wyzwań?

Niecierpliwie czekam, aż dotrą do R. Hm, w tej klasie jest naprawdę mnóstwo P (minus to jedno, rzecz jasna). Q? Jakie są szanse? (Oo, biedna dziewczyna. Nazwisko Quackenbush raczej nie przydaje popularności). Wreszcie wywołują Charliego. Nie mogę się doczekać, kiedy zobaczę, jak godnie i pięknie prezentuje się w todze absolwenta liceum, jak cudownie wyglądają jego oczy ocienione czapką. W chwili, gdy pokazuje się w kadrze, do pokoju wpada tata.

– Katie Price! – drze się.

Stoi z durnym uśmiechem na twarzy, w dłoni trzyma zwiniętą w rulon kartkę. W takim momencie chyba każda dziewczyna pewnie wrzasnęłaby coś w stylu: „Aa! Czy mógłbyś wyjść, bardzo proszę?”. Ale ja wiem, że on tylko chce mi zrobić przyjemność, chce, bym poczuła się częścią szkolnej wspólnoty, więc zamykam laptop ze śmiechem. Oczywiście bardzo się postarał, czemu nie okazać odrobiny wdzięczności? To nie jego wina, że siedzę w takiej chwili w swoim pokoju, zamiast wchodzić na scenę z resztą klasy.

Zaraz, cofam to. Owszem, w pewnym sensie ponosi winę. W połowie on, a w połowie mama. Oboje musieli przekazać mi gen recesywny, by pojawiła się u mnie XP. Nieważne. Na pewno nie chcieli.

– Co ty masz na sobie?

– Nauczyciele zawsze wkładają togę i czapkę, podobnie jak uczniowie – odpowiada, zdejmując stosowne nakrycie głowy.

Biorę je od niego i zakładam. Wręcza mi własnoręcznie wydrukowane świadectwo, które stwierdza, że zostałam oficjalnie uznana absolwentką domowej edukacji na poziomie szkoły średniej. Dopisek mniejszymi literami głosi, że zdążyłam zebrać dwadzieścia cztery punkty na poziomie uniwersyteckim. Uśmiecham się i potrząsam jego dłonią. Przeważnie, szczególnie w takich chwilach jak teraz, cieszę się, że tak dobrze mnie zna. Rozumie, jak ważne są dla mnie osiągnięcia na polu edukacji, ponieważ uczenie się to jedna z niewielu rzeczy, w których słońce nie może mi przeszkodzić. Tata rozumie, że wolałabym, by patrzono na mnie przez pryzmat intelektu, a nie dziedzicznej choroby, która dotyka jedną osobę na milion.

– A więc, droga prymusko, zakładam, że przygotowałaś mowę końcową?

Zastanawiam się, co by tu powiedzieć, by uczcić ten, w gruncie rzeczy nieszczególnie wyjątkowy dzień.

– Cóż, przede wszystkim pragnę podziękować dyrektorowi – zaczynam.

– Ależ bardzo proszę – wtrąca tata. Oczy mu błyszczą.

– A także nauczycielowi hiszpańskiego…

– De nada. – Unosi niewidzialny kapelusz.

– I nauczycielowi angielskiego…

Tata wykonuje lekki ukłon.

– Cała przyjemność po mojej stronie!

– Oraz, tak dla porządku, ponownie przypomnieć, że nauczyciel wuefu nie wiedział, co czyni.

Tata przyciska dłoń do serca.

– To cios poniżej pasa! Zamierzałem dać ci tę kartkę, ale teraz…

Macha mi nią przed oczami, po czym zabiera, nim zdążę ją chwycić. Wzruszam ramionami, jakby mi nie zależało. Tata uznaje swoją porażkę i delikatnie rzuca kartkę na moje kolana, po czym przysiada na brzegu łóżka.

Sięgam do wielkiej koperty i wyciągam kartkę. Wygląda komiksowo i strasznie tandetnie. Widnieje na niej uśmiechnięta gwiazdka w czapce absolwenta, na ukos biegną litery w tym żenującym kroju pisma, Comic Sans, układające się w napis Gratulacje, Supergwiazdo!

Wywracam oczami.

– W życiu nie widziałam bardziej debilnej kartki.

– Wiem – odpowiada tata, z powagą kiwając głową. – Odwiedziłem trzy sklepy, zanim udało mi się znaleźć coś tak obciachowego. No dobrze, jesteś gotowa na prezent?

– Prezent? – Tego się nie spodziewałam. – Jaki prezent?

Tata podskakuje i wybiega do przedpokoju. Kilka sekund później wraca ze zniszczonym futerałem na gitarę, ozdobionym pojedynczą czerwoną kokardą.

Już wiem, że w środku znajduje się najwspanialszy instrument, jaki kiedykolwiek widziałam, w szylkretowym wykończeniu sunburst, z progami wyłożonymi macicą perłową. Wyjmuję ją delikatnie i przesuwam dłonią po gładkiej powierzchni. Nagle wyczuwam rząd rowków. Spoglądam w dół, tam, gdzie moje palce się zatrzymały i dostrzegam inicjały TJP. Inicjały mamy.

Patrzę na tatę, który mówi, uprzedzając moje podziękowania:

– Wyrosłaś ze swojej dziecięcej gitary. – Tu wskazuje na instrument stojący w kącie. – Ale wiem, że ta jest stara, więc gdybyś wolała nową…

Pospiesznie kręcę głową, by nawet nie kończył tej szalonej myśli. Dostać gitarę mamy, to jak dostać cząstkę jej, która zostanie ze mną na zawsze. Ta myśl wypełnia częściowo dziurę ziejącą w mojej piersi, dziurę, którą po sobie zostawiła, i która nigdy całkiem nie zniknie.

– Jest wspaniała. Ogromnie mi się podoba.

Podnoszę się, by go uściskać. Tata odwzajemnia uścisk, mocno mnie przytula. Chyba oboje jesteśmy bliscy łez. Puszczam go, próbuję wziąć się w garść. Zapada niezręczna cisza.

– No tak, hm… spróbuj zasnąć – mówi w końcu tata i całuje mnie w czubek głowy. – Jestem z ciebie dumny, Fistaszku.

Nie ma powodu, by użalać się nade mną, że śpię w ciągu dnia. To prawdopodobnie najnormalniejsza rzecz, jeśli chodzi o moją osobę. Wiem na pewno, ponieważ mnóstwo ludzi – w tym osób w moim wieku – siedzi w nocy w Internecie, każdej nocy, i na pewno nie dlatego, że są zmuszeni wieść życie na opak, tak jak ja.

Znalazłam w sieci szereg stowarzyszeń dla osób cierpiących na rzadkie choroby i chociaż nikogo takiego nie spotkałam w realu, a każde z nas ma inne symptomy i znajduje się w innym stadium choroby, miło wiedzieć, że istnieją.

W Internecie można znaleźć sporo informacji na temat XP. Czytałam o niewielkiej wiosce w Brazylii, gdzie jedna na czterdzieści osób cierpi na tę chorobę, szaleństwo, kiedy pomyśleć, że zwykle dotyka ona jedną osobę na milion. A w populacji Navaho – jedną osobę na trzydzieści tysięcy. O co chodzi?

Śledzę również ludzi obecnych na profilach Morgan – niektórych kiedyś znałam. To szokujące, jak łatwo jest zniknąć na godzinę w króliczej norze cudzego życia. Obserwuję ich statusy na Facebooku, Snapchacie i Instagramie, i blogi, przyglądam się z jaką łatwością poruszają się po świecie, z nieskrywanym symptomem FOMO. Rozważam, czy nie nawiązać znajomości z tymi, którzy wydają się mieć ze mną najwięcej wspólnego, układam komentarze i idealne odpowiedzi pod ich wpisami. Ale nigdy niczego nie zamieszczam, nie wysyłam bezpośrednich wiadomości, nie próbuję nawiązać bliższego kontaktu. Przeżyłabym ogromne rozczarowanie, gdyby osoba, do której się odezwałam, zareagowała na moją XP w ten sam sposób jak dzieciaki w czasach, kiedy jeszcze chodziłam do podstawówki.

Najgorsza była Zoe Carmichael. Wcześniej nigdy się nie przyjaźniłyśmy, ale też nie byłyśmy sobie wrogie. Kiedy zdiagnozowano mnie po szkolnej wycieczce na plażę, która zakończyła się wizytą na ostrym dyżurze z powodu poważnych poparzeń, Zoe zaczęła rozpowiadać, że jestem wampirem, i było pozamiatane. Wszyscy się mnie bali, nazywali mnie Wampirzycą i nikt, za wyjątkiem Morgan, nie chciał więcej ze mną rozmawiać. Tamtego roku Charlie właśnie przeprowadził się do naszego miasta i dołączył do klasy. Nigdy z nim nie rozmawiałam (w tamtej epoce chłopcy byli fuj), ale pamiętam, że raz, kiedy jego koledzy się ze mnie nabijali, kazał im przestać i posłał mi przepraszający uśmiech. To był mój ostatni dzień w szkole. Od tej pory tata uczył mnie w domu. Na lody i do kina jeździliśmy do sąsiednich miast, żebym nie musiała spotykać takich osób jak Zoe (czy samej Zoe), gapiących się i wytykających mnie palcami za każdym razem, kiedy odważę się wyjść wieczorem z domu.

I dlatego uważam, że lepiej trzymać się dobrze znanych rzeczy i osób, niż rozszerzać krąg znajomości w realnym świecie. Nie zamierzam zapraszać do swojego życia kolejnych dręczycieli.

3

Z „nocnego” snu wyrywa mnie raban za oknem: trąbienie samochodów, pokrzykiwania dzieciaków, ogólna radocha. Wiem, że w tej części mogłabym uczestniczyć – gdyby tylko Morgan lubiła kogoś z naszej klasy. Ale nie lubi. A jeśli Morgan nie wybiera się na żadną z imprez, które zapewne właśnie się zaczynają, to znaczy, że ja również nie idę.

JAK SOBIE WYOBRAŻAM KLASOWĄ IMPREZĘ, NA KTÓRĄ POSZŁABYM BEZ MORGAN

Zoe Carmichael (która, jak twierdzi Morgan, nadal jest koszmarną złośliwą dziewuchą): A ty co za jedna?

Ja: Ja… emm…

Dwórka Zoe: Ty w ogóle chodzisz do naszej klasy?

Ja: No, nie, rozumiesz, musiałam odbyć edukację w domu… okoliczności łagodzące… ale tak czy inaczej skończyłabym dzisiaj liceum…

Zoe (przyglądając mi się uważnie): Czekaj, przypominam sobie. Ty jesteś Wampirzyca, zgadza się?

Dwórka Zoe (wrzeszcząc przeraźliwie): Aaaaaaaa.

*Zapada cisza. Wszyscy zasłaniają sobie szyje, chroniąc się przed atakiem. Zmywam się do domu i w towarzystwie taty topię smutek w chińszczyźnie na wynos.*

Kurtyna.

Tak więc nie ma opcji, żebym poszła na imprezę bez Morgan. A ona jest bardzo uparta w kwestii „zadawania się z nadętymi dziewuchami i lalusiowatymi frajerami z licealnej elity, a zwłaszcza z tą śmierdzącą kiłą Zoe Carmichael”. Całkiem możliwe, że wcale bym się dobrze nie bawiła, oblewając zakończenie liceum w towarzystwie ludzi z klasy, ale może jednak zdołałybyśmy omijać Zoe i jej świtę z daleka i spędzić ten wieczór w towarzystwie sympatyczniejszych osób. No bo chyba musi być takich przynajmniej kilka, co?

Jest taki utwór australijskiej piosenkarki nazwiskiem Courtney Burnett, który idealnie podsumowuje moje życie, jeśli chodzi o imprezowanie: Chcę wyjść, ale chcę zostać w domu.

JAK SOBIE WYOBRAŻAM KLASOWĄ IMPREZĘ, NA KTÓRĄ POSZŁABYM Z MORGAN

Zoe: A ty co za jedna?

Ja: ja… emm…

Morgan: To moja najlepsza przyjaciółka, jest piękna i seksowna, a ty nigdy nie dobijesz do jej poziomu.

Dwórka Zoe: Ty w ogóle chodzisz do naszej klasy?

Ja: No, nie, rozumiesz…

Morgan (zakrywając mi usta ręką, nim zdążę powiedzieć coś więcej): Opuściłaś tyle lekcji, że ledwo zdałaś, więc lepiej się nie odzywaj.

Zoe (przyglądając mi się uważnie): Czekaj, przypominam sobie. Ty jesteś Wampirzyca, zgadza się?

Morgan (nie dając mi okazji, bym zaczęła sama się bronić): Zgadza się. Jeszcze jedno słowo i uczyni cię na wieki nieumarłą.

*Idziemy pograć w piwnego ponga, poznaję Charlie’ego Reeda, zakochujemy się w sobie do szaleństwa, a mój tata nigdy się nie dowie, że poszłam na imprezę zamiast do Morgan oglądać maraton serialowy na Netfliksie, tak jak zapowiadałam.*

Wzdycham i odrzucam kołdrę. Mój wzrok pada na nową gitarę, postanawiam pójść na stację i ją wypróbować. Sama. Tylko ja i ja. O ile tata się zgodzi, rzecz jasna.

Mam nadzieję, że rozumie, jak bardzo w tym momencie potrzebuję niezależności. Przez lata spędzałam z nim czas w miejscach, do których dzieciaki zwykle chodzą w towarzystwie kumpli, takich jak kina czy centra handlowe, kręgle albo barki z mrożonym jogurtem, co bynajmniej nie pomaga pozbyć się wrażenia, że XP czyni ze mnie bardzo dziwną osobę. Wiem, że tata robi wszystko, co w jego mocy, by zapewnić mi normalne życie, doceniam to, ale jego wysiłki nie zmienią faktu, że moje życie nie jest i nigdy nie będzie normalne. Na przykład w kinie tata idzie na inny seans, żebym nie wyszła na żałosną frajerkę, która sobotnie wieczory spędza w kinie z własnym ojcem. Efekt? Niewielki. No bo kto w sobotnie wieczory chodzi do kina sam? No właśnie. Nikt, tylko nieprzeciętnie dziwaczni frajerzy – i ja. Co większość ludzi zakwalifikowałaby do tej samej kategorii.

Dzisiaj chciałabym być normalną dziewczyną imieniem Katie, która nie cierpi na rzadką chorobę, i której ojciec nie pilnuje nerwowo na każdym kroku.

Związuję włosy w niedbały koczek, chwytam gitarę i schodzę na dół. Zaglądam do salonu, nie ma go. Potem do kuchni – może coś je. Ale nie. Została tylko jedna możliwość. Schodzę do piwnicy. Spod drzwi ciemni sączy się nieomylny blask. Pukam.

– Wejdź! – woła tata.

Otwieram drzwi. Pomieszczenie sprawia mieszane, słodko-gorzkie wrażenie. Ściany pokrywają zdjęcia z okładek magazynów, które robił w przeróżnych egzotycznych miejscach. Uboga wioska w Indiach. Lodowiec wynurzający się ze wzburzonych szarych fal. Spokojna sawanna w Afryce, a na niej samotna żyrafa. Migawki z życia, którego już nie ma. Czuję dumę z tego, kim był i co niegdyś robił tata, i smutek, ponieważ już nigdzie nie wyjeżdża z powodu mojego stanu zdrowia. Dumę, że mam tak zdolnego tatę i smutek, że marnuje swój talent w tej beznadziejnej mieścinie.

Na sznurku wisi szereg nowszych fotografii. Kilka krajobrazów i cała tona tych ze mną. Niepozowane i takie, do których musiałam specjalnie się ustawiać, po długich namowach z jego strony, i najświeższe, z dzisiaj: ja grająca na gitarze mamy. Reszta w większości budzi we mnie zażenowanie, ale akurat na tych nawet się sobie podobam.

– To jest dobre – mówię.

Tata wskazuje na mnie pochyloną nad wspaniałą gitarą.

– Ten fragment jest trochę dziwny.

Żartobliwie daję mu kuksańca w ramię. Śmieje się i odsuwa. Cieszę się, że jest taki wyluzowany, będzie łatwiej go przekonać, żeby pozwolił mi wyjść samej. Nie żeby mi przeszkadzało, że zawsze znajdzie powód, by mi towarzyszyć. Ale nie ma co liczyć na szczere reakcje na moją twórczość, kiedy obok stoi tatuś.

– Każdy baran potrafiłby zrobić dobre zdjęcie, mając taki obiekt – dodaje.

Wywracam oczami i podchodzę do jednego z moich ulubionych zdjęć, które przedstawia grupę pakistańskich uczennic w szkolnych mundurkach, stojących przed mocno podupadłym budynkiem.

– To jest piękny obiekt – odpowiadam, odwracając się w jego stronę. – Nie mów, że ci tego nie brakuje.

– Podróży? – Krzywi się. – To był koszmar.

Porusza się z gracją po ciemni. W jego wykonaniu robienie i wywoływanie zdjęć wygląda jak łatwizna. Ja wiem jednak, jak jest naprawdę. Nie zostałby jednym z najbardziej poszukiwanych fotoreporterów na świecie, gdyby był przeciętny. Dostrzega moją minę, tę, która mówi Daj spokój. Chyba nie sądzisz, że uwierzę.

– Poważnie – upiera się i ruchem głowy wskazuje zdjęcie, na które właśnie patrzę. – Na tej wyprawie ukradziono mi bagaż, musiałem przez tydzień nosić te same ciuchy. Spałem na podłodze w pokoju przewodnika, bez materaca, bez koca. Marzłem tak okropnie, że przez całą noc nie mogłem zmrużyć oka, czekałem tylko, aż wreszcie wstanie słońce.

Gadanie. Oczywiście, że tęskni za tamtym życiem. Kto by nie tęsknił? Dałabym wszystko, żeby móc pojechać do jakiegoś miejsca na świecie, kiedy tylko przyjdzie mi ochota, zobaczyć to wszystko, czego prawdopodobnie nigdy nie zobaczę.

– Wolę spać we własnym łóżku i uczyć młodszych idiotów, niech oni się brudzą – dodaje na zakończenie.

– Jesteś okropnym kłamczuchem.

Rzuca mi takie spojrzenie, jakby zamierzał zdradzić coś więcej, co kryje się za tą zawsze szczęśliwą, pozytywną fasadą, maską, którą zawsze dla mnie wkłada. Ale jednak zmienia zdanie. Pewnie niczego byśmy nie zyskali, otwierając tę puszkę Pandory, ale raz w życiu chciałabym odbyć szczerą rozmowę o tym, że XP wywróciła do góry nogami życie nas obojga. To z mojego powodu nie może już realizować marzeń, oboje doskonale zdajemy sobie z tego sprawę.

– Co jest? – pyta zamiast tego.

Biorę głęboki wdech i wypuszczam z siebie wartki strumień słów, myśląc sobie, że w ten sposób nie dam mu dojść do głosu, czyli znacząco zmniejszę ryzyko, że mi odmówi.

– Zastanawiam się, czy nie mogłabym wypróbować wieczorem na stacji mojego prezentu z okazji zakończenia liceum?

Brzmi to w ten sposób: Zastanawiamsięczyniemogłabymwypróbowaćwieczoremnastacjimojegoprezentuzokazjizakończenialiceum?

Na koniec dodaję szeroki uśmiech, który ma znaczyć: Jestem kompetentną, pewną siebie absolwentką liceum (która zdążyła zaliczyć dwadzieścia cztery punkty na poziomie studiów wyższych!). Niezaprzeczalnie mogę pokonać ten niecały kilometr dzielący mnie od stacji kolejowej i zagrać dla pasażerów wieczornych pociągów, którzy akurat będą na miejscu. To znaczy, pewnie nie będzie tam nikogo, ale co tam. Sprawdziłam, że Fred, zarządca stacji, jest dzisiaj w pracy, a wy znacie się od dzieciństwa, więc nic mi nie grozi, przysięgam. PROSZĘ, NIE PROPONUJ, ŻE ZE MNĄ PÓJDZIESZ.

Jego twarz zapada się jak nieudany suflet. Tata stuka w zegarek. Naprawdę nie wiem, jakie według niego niebezpieczeństwa mi grożą, jeśli wyjdę z domu bez jego asysty – pewnie oglądamy za dużo horrorów, skaziły mu umysł, a w naszym sennym miasteczku statystyki zbrodni wynoszą zero. Nic mi nie będzie. Wiem, że tata jest innego zdania, ale nie może wymyślić żadnego sensownego uzasadnienia, by odrzucić moją prośbę. Gra więc na zwłokę.

– Już dziesiąta. Może Morgan by wpadła? Albo zagrałabyś dla mnie, w domu.

Wprawdzie występowanie przed moim największym fanem jest bardzo przyjemne – za każdym razem dostaję entuzjastyczne recenzje w rodzaju: TO NAJLEPSZA RZECZ, JAKĄ KIEDYKOLWIEK SŁYSZAŁEM czy TEN KAWAŁEK WYLĄDUJE NA SZCZYCIE LIST PRZEBOJÓW – ale czuję, że jeśli chcę się rozwijać, powinnam grać dla większej liczby osób i, co istotne, osób, które może nie są aż tak przekonane, że mają przed sobą kolejną Taylor Swift, tyle że znacznie, znacznie lepszą.

Szczerze mówiąc, chciałabym na chwilę uciec z tego domu. I od taty. Rozdrażnienie wywołane zbyt długim przesiadywaniem w zamknięciu, stan, z którym muszę walczyć każdego dnia, w tym momencie przybiera maksymalne rozmiary.

– Jest zajęta – odpowiadam najsłodszym głosem, na jaki mnie stać. XP nauczyła mnie cierpliwości. Wiem, że nic nie zdziałam, próbując włożyć mu w usta upragnione słowa. Taka strategia w jego przypadku nigdy nie działa, w przeciwieństwie do logicznych i starannie skonstruowanych argumentów. – Uwielbiam dla ciebie grać, ale muszę zdobyć większą publiczność. Na moim fanpage’u widnieją obecnie trzy lajki: od ciebie, doktor Fleming i od Morgan. Muszę pokazać się światu. A dzisiaj zostałam absolwentką liceum, zdaje się, że zgodnie z amerykańską tradycją należy mi się późniejsza godzina powrotu?

Tata milczy. Wciąż nie jest przekonany. W najlepszym wypadku pewnie zaraz chwyci kluczyki i powie, że zawiezie mnie na stację, a na miejscu O, skoro już tu jestem, to może wysłucham przynajmniej pierwszego utworu, który oczywiście zmieni się w cały set.

Muszę podejść do sprawy z innej strony.

– Fred jest w pracy, będzie miał na mnie oko. Poza tym mam wspaniały nowy futerał stworzony do tego, by go otworzyć i czekać, aż ludzie zaczną sypać do niego drobniaki, i wiem, że przecież byś mi go nie dał, gdybyś nie chciał, żebym grała dla większej publiczności…

Tata ściąga brwi. Wiem, że chce mnie chronić. Jest opiekuńczy. A raczej nadopiekuńczy. A ja nie cierpię, kiedy się mnie traktuje jak kruchą istotkę, która nieuchronnie padnie martwa, ledwo przekroczy próg własnego domu.

– Pozwalam ci wrócić godzinę później niż zwykle. Co oznacza, że masz być z powrotem o północy…

– DZIĘKUJĘ! – piskam, zanim tata zmieni zdanie. – Dziękuję, dziękuję, jesteś najlepszym tatą na świecie, dziękuję…

Teraz nastąpi cała litania, ale przywykłam. Z powagą kiwam głową, podczas gdy tata przedstawia całą listę zasad obowiązujących podczas mojej samotnej wyprawy w świat. Ale nie słucham zbyt uważnie. Bo nie muszę. Powtarza to samo za każdym razem.

– Masz co godzina wysyłać esemes, bo inaczej nie dość, że zadzwonię do Freda, to zjawię się tam osobiście i narobię ci takiego obciachu, że ten wieczór stanie się miejską legendą o tym, dlaczego dzieci powinny przestrzegać wyznaczonej godziny powrotu do domu.

Chwytam gitarę i ruszam do wyjścia, zanim wszczepi mi pod skórę urządzenie śledzące.

– Co godzina, Katie – powtarza, nim zdążę uciec.

Posyłam mu przez ramię szeroki uśmiech i wychodzę.

– Kocham cię!

Zimne nocne powietrze wypełnia mi płuca. Minęły dwa dni (znaczy, noce), od kiedy po raz ostatni odważyłam się wyjść za próg domu. Oddycham głęboko i spoglądam na gwiazdy. Mrugają w odpowiedzi, jakby chciały mi powiedzieć, że za chwilę wydarzy się coś magicznego.

Tata staje w drzwiach, obserwuje mnie.

– Ja ciebie bardziej.

– Niemożliwe! – odpowiadam i ruszam przed siebie.

4

Fred jest tam, gdzie zwykle, w swoim maleńkim biurze przy okienku biletowym. To jeden z najstarszych kumpli taty, zarówno w sensie stażu znajomości, jak i wieku. Kiedyś mieszkali po sąsiedzku, a Fred robił czasem za jego nianię. Zna świetne historyjki o tym, jakim upierdliwym bachorem był mój tata.

Macham, żeby przyciągnąć jego uwagę.

– Heja, Fred.

Podnosi wzrok, szczota siwych włosów połyskuje w blasku księżyca.