W blasku Lunaris - C. E. Mireille - ebook

W blasku Lunaris ebook

C. E. Mireille

5,0

Opis

Gdy Sèraphine budzi się w pełnym starożytnej magii świecie Mediterry, nie pamięta ani kim jest, ani w jaki sposób znalazła się w miejscu zamieszkałym przez potężnych Strażników i Drakonów — pogardzanych przez wszystkich Mieszańców. Choć wie, że jej pojawienie się na wyspie nie jest jedynie dziełem przypadku, nie zdaje sobie sprawy na jakie niebezpieczeństwo narażą ją jej niezwykłe zdolności.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




C. E. ‌Mireille

W blasku ‌Lunaris

© C. E. Mireille, 2016

KRONIKI WYSP ‌LABIRYNTUKsięga pierwsza

Ilustracja na okładceA. ‌Grzona

Gdy ‌Sèraphine ‌budzi się w pełnym ‌starożytnej ‌magii świecie Mediterry, nie pamięta ‌ani ‌kim ‌jest, ani ‌w jaki ‌sposób znalazła ‌się w miejscu zamieszkałym przez ‌potężnych Strażników i Drakonów — ‌pogardzanych ‌przez wszystkich ‌Mieszańców.

Choć wie, że jej ‌pojawienie się ‌na wyspie nie jest jedynie ‌dziełem przypadku, nie ‌zdaje sobie sprawy ‌na jakie ‌niebezpieczeństwo ‌narażą ją jej niezwykłe ‌zdolności.

ISBN 978-83-8104-040-2

Książka powstała w inteligentnym systemie ‌wydawniczym Ridero

Wiatrom ‌rozkazywać nie masz sił

by w łanach ‌zbóż ‌przestały ‌wciąż ‌wiać,

ptakowi ‌by swoje ‌gniazdo wił,

Słońcu rankiem ‌zakazywać wstać.

Płomienie, choćbyś ‌im kazać ‌miał,

by w sopel lodu ‌zmieniły ‌świat,

Nie posłuchają, i choćbyś chciał

Mrokiem nie ‌zalśni Paproci kwiat.

Gdzie granice ‌tworzą mgły

los spotkanie wyznaczył nam.

Przeznaczeniem zabarwił łzy,

Strażnik ‌czekać musi ‌u bram.

I choćbyś teraz nie mógł ‌nic ‌mi dać,

obietnicę przyjmę ‌jak dar.

Sercem ‌z tobą — ‌wiecznie będę trwać,

jak wiatr, ‌jak słońce, jak płomieni żar.

~ ‌fragment ‌„Lamentu Angěle”

Prolog

Zielony las ‌był w pełni rozkwitu.

Wysokie drzewo ‌o grubym ‌pniu rzucało przyjemny cień ‌i chroniło ‌przed rozgrzanym ‌powietrzem; w jego koronie ‌śpiewały ptaki. ‌Niektóre z nich przysiadały na ‌chwilę na ‌niższych gałązkach ‌by spojrzeć z zaciekawieniem na leżącą ‌wśród ‌korzeni postać.

Sèra spała ‌skulona, ‌poruszając ‌się niespokojnie. We ‌śnie ‌biegła niemającym końca korytarzem ‌o ścianach z mleczno-białej, ‌połyskliwej materii. Z każdej strony ‌dobiegały do niej strzępki ‌zdań ‌wypowiadanych przez różne ‌nieznane jej głosy — ‌niektóre spokojne i radosne, inne zdenerwowane i przepełnione smutkiem.

I jeszcze jeden.

Ten przed którym uciekała.

Przerażający, spływający jadem głos.

Obejrzała się przez ramię i potknęła. Upadając dostrzegła kątem oka zbliżającą się szybko bezgraniczną czerń korytarza, którym przed chwilą tu dobiegła. Przed nią nieskończona biel, za nią otchłań mroku, a w nim para lśniących błękitnych oczu. Jakimś cudem wiedziała, że należały do tej samej osoby, przed której głosem uciekała.

Zerwała się natychmiast i zaczęła szukać dłońmi wyjścia z pułapki tajemniczego korytarza. Pod jej dotykiem ściany rozjarzały się oślepiającym blaskiem. Nagle tuż przed nią pojawił się prostokąt błękitnego światła, jej dłonie straciły oparcie i Sèra runęła przed siebie machając rozpaczliwie rękoma w ostatniej nadziei na coś czego będzie mogła się chwycić zanim grunt usunie się spod jej stóp.

Kątem oka dostrzegła w korytarzu kobiecą postać wołającą do niej przepełnionym bólem głosem:

— Sèraphine! Sèraphine! Tak bardzo cię kocham. Niech Święte Światło chroni cię od złego.

Kobieta wyciągnęła dłoń i jej palce zacisnęły się na czymś kurczowo. Ostatnie słowa dopłynęły do uszu Sèry niczym delikatny podmuch wiatru.

— Maurice! Chroń ją. Strzeż…

Sèra wyciągnęła dłoń i ruch ten sprawił, że sen rozpłynął się we mgle. Po chwili już w pełni świadoma, iż właśnie ulatuje coś niezwykle ważnego, ocknęła się, a wraz z otwarciem oczu sen stał się częścią pustki.

Podniosła głowę i skrzywiła się odwracając głowę od oślepiającego światła dnia. Powieki piekły ją od łez, a w piersi czuła ucisk wzbierającego głuchego szlochu. Usiadła z wysiłkiem i przez chwilę oddychała drżąco, próbując odegnać kłębiące się pod powiekami łzy wywołane dotkliwym bólem dobiegającym z, jak się jej zdawało, każdej komórki ciała i nasilającym się wraz z najmniejszym nawet ruchem.

Wciągnęła głęboko powietrze. Z kiełkującym niepokojem przyjrzała się swoim pokrytym ziemią i zaschniętymi rdzawymi plamami dłoniom. Gdy świat nagle skrył się za mgłą, instynktownie otarła łzy rozmazując je po policzkach w ciemnobrunatne smugi.

Gdzie ja jestem?

Trzęsącą się dłonią roztarła ponownie dwie mokre ścieżki, które przebiły się przez warstwę brudu na jej twarzy i ściskając pulsujące skronie rozejrzała się dookoła.

Gdy mgła łez opadła, jej oczom ukazała się niewielka leśna polana otoczona gąszczem krzewów i drzew. Poza jej granicami gęsty stary las tworzył nieprzeniknioną dla jej wzroku barierę i wydawał się należeć do innego wymiaru. Stojące w zenicie słońce sprawiało, że powietrze falowało leniwie nad bujną trawą nadając polanie nieomal magiczny wygląd.

Tuż za swoimi plecami ujrzała olbrzymi pień wiekowego drzewa o gęstej, rozłożystej, ciemnozielonej koronie. Jego konary zdawały się dotykać nieba. Już na pierwszy rzut oka mogła stwierdzić, że było najpotężniejsze wśród tych w zasięgu polany. Zadziwiająco, stało na samym jej środku, jakby otaczające je drzewa cofnęły się z szacunku przed setkami lat wypisanymi wiatrem i burzami na korze pokrytego mchem i porostami starca.

— Umarłam i jestem w raju — wystękała, ponownie próbując wstać. — Nie. Jednak nie — jęknęła, tymczasowo rezygnując z przechodzącego jej siły wysiłku, jakim było umieszczenie własnego ciała w pozycji względnie pionowej. — Więc, co to za miejsce i, co najważniejsze, jak ja się tu znalazłam? Nic nie pamiętam… Głowa mi pęka…

Sèra spojrzała na siebie z napięciem. Miała na sobie wilgotną brudną kurtkę, która jak się jej zdawało mogła mieć odcień bliski szarości. Rozchyliła materiał lewego rękawa odkrywając długie do łokcia rozdarcie. Ciemne spodnie miały poszarpaną dziurę na jednej nogawce, a miękkie, niegdyś wściekle żółte buty, były w równie opłakanym stanie. Spod kurtki wystawała czarna koszulka z trudnym do odszyfrowania nadrukiem. Z ironią stwierdziła, że pokrywająca wszystko zaschnięta warstwa błota i brunatnych plam nadawała im wrażenie idealnego kompletu. Zrezygnowanym ruchem otuliła się kurtką, kiedy dostrzegła coś białego wystającego z jej kieszeni.

Pociągnęła za zmięty róg i wyciągnęła złożoną niedbale kartkę. Obróciła ją w dłoniach kilka razy, jakby obawiając się co może się na niej znajdować, zanim niepewnie rozłożyła ją i przysunęła do twarzy by wyraźniej widzieć.

Z narastającym osłupieniem przeczytała:

Jeśli czytasz ten list i wiesz, że sama go napisałaś,

to wiesz co robić.

Jeśli jednak nie masz zielonego pojęcia skąd wziął się

w twojej kieszeni, to znaczy, że coś poszło niezgodnie

z planem. Niestety przez pewien czas nie będziesz

pamiętać ani kim jesteś, ani po co się tu znalazłaś,

ale nie martw się — ten stan minie. Do tego czasu

będziesz zdana na siebie. Wiem, że nie będzie łatwo,

ale oni znajdą cię. Zawsze cię znajdują.

Pamiętaj, tym razem musisz

Nie zabieraj tego listu ze sobą! Nikt poza tobą nie

może go przeczytać.

NIKT!

Gdybyś pamiętała co się stało ostatnim razem,

wiedziałabyś jakie to niebezpieczne.

Dla własnego dobra zniszcz go natychmiast!

Sèra obróciła kartkę kilka razy w palcach, ale nie dostrzegła na niej nic więcej.

Ja to napisałam?

Z niedowierzaniem przeczytała wiadomość ponownie, a potem jeszcze raz. Rozejrzała się jakby w oczekiwaniu, że ktoś wyskoczy zza drzewa i krzyknie: Niespodzianka! Ale się nabrałaś!

Nic takiego jednak się nie wydarzyło i Sèra zdała sobie sprawę, że rzeczywiście jest zdana na siebie. Przebiegła palcami po znajomych literach. Po chwili wahania złożyła kartkę, wsunęła ją pod korzeń i przysypała cienką warstwą ziemi.

— Nie mogę tu zostać — stwierdziła głosem w którym wciąż brakowało pewności siebie. Pokonawszy pociągającą myśl, żeby położyć się i ponownie zasnąć na gęstym, soczystozielonym puchu u stóp drzewa, zebrała siły których istnienia się nie spodziewała.

Wstała zaciskając zęby.

Potykając się o własne nogi powoli przeszła przez polanę i zanurzyła się w kojący chłód lasu. Już po kilku krokach tęsknie zwróciła wzrok ku słonecznej polanie.

Wśród drzew zamiast kożucha gęstej zielonej trawy wszędzie rozścielały się suche gałęzie i stare liście w różnych stadiach rozkładu. Gdzieniegdzie spod brązu liści wystawały pęki pożółkłych, na wpół zbutwiałych źdźbeł. Brak słońca skutecznie tłumił wszelkie objawy życia, które przeniosło się wysoko, w korony drzew.

Spróbowała przypomnieć sobie dlaczego i jak się tu znalazła — lecz jedynym co teraz kłębiło się w jej głowie był znajomy świdrujący ból. Przyłożyła chłodną dłoń do rozpalonego czoła i przyniosło jej to chwilową ulgę, jednak pod powiekami oczy piekły ją zupełnie jakby ktoś gotował je na wolnym ogniu. Przez moment Sèra stała bez ruchu ściskając skronie, jakby mogła w ten sposób rozepchać zalegającą na jej pamięci mgłę.

Zadrżała gdy leśny chód wdarł się pod cienką, wilgotną kurtkę i chropowatym językiem dotknął jej ramion sprawiając, że jej skóra zrzuciła go z dreszczem obrzydzenia.

Wyciągnęła dłoń do dużej kępy martwej trawy i zanurzyła w niej palce, po czym pozwoliła by przyjemna wilgoć — pozostałość po chłodnej, porannej rosie — zwilżyła jej język i usta.

Muszę się stąd wydostać!

Drzewa w lesie zlewały jej się w jedno, gdy noga za nogą powlekła się dalej. Jej stopy ślizgały się po omszałych kamieniach, dłonie bezsilnie próbowały znaleźć oparcie w miękkiej zbutwiałej korze. Nie potrafiła określić ile czasu już minęło od kiedy opuściła polanę, gdyż panujący w lesie półmrok nie pozwalał określić pory dnia. Co kilkadziesiąt kroków przewracała się z wyczerpania, ale jej ciało jak zaprogramowane podnosiło się wytrwale i szło dalej.

Las zaczął pogrążać się w mroku, gdy wreszcie wysiłek ten został wynagrodzony — przed jej oczami pojawiła się szeroka ubita leśna droga.

Podeszła bliżej. Oparła się o pobliskie drzewo, nie mogąc wydusić ani słowa z niewypowiedzianej radości i ulgi, która wypełniła ją po same brzegi.

Raptem usłyszała tętent kopyt. Odwróciła powoli głowę i jak przez mgłę ujrzała w oddali rozmyty, świetlisty obraz zbliżającego się pojazdu, a obok niego równie dużą białą plamę.

Zanim zdążyła im się lepiej przyjrzeć nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Zachwiała się i osunęła na ziemię.

Pojazd zatrzymał się i jej uszu dobiegły liczne parsknięcia.

Usłyszała jak koło niej szeleści sucha trawa, zgniatana cichymi, miękkimi krokami. Drgnęła czując na policzku coś wilgotnego i zimnego.

— Kamau! — powiedział męski głos stanowczo i odpowiedziało mu przeciągłe mruknięcie.

Dźwięk wypowiadanego słowa sprawił, że zastygła w bezruchu. Jej świadomość nie przyjmowała dotąd do wiadomości, że ktoś musiał znajdować się w pojeździe. Ktoś — kto właśnie wyskoczył i trzema cichymi krokami znalazł się przy niej, mieszając ogarniającą ją ulgę z przerażeniem.

Trawa zaszeleściła pod jego kolanem i Sèra wyczuła, że nieznajomy się jej przygląda. Ogromnym wysiłkiem rozchyliła powieki i drgnęła widząc zbliżającą się w jej kierunku rękę. Chciała się odsunąć, ale nie mogła wykonać najmniejszego ruchu. Nawet rzęsy ciążyły jej jak kamienie.

Poczuła na swoim czole chłodną dłoń i dziwna energia przeniknęła ja na wskroś. Zadrżała od spływającego z niej ciepła, które wkraczało w każdą komórkę jej ciała przepędzając strach i ból. Westchnęła więc z żalem gdy dłoń zsunęła się z jej czoła i powędrowała pod jej głowę. Już po chwili ramiona nieznajomego wybawiciela uniosły ją w górę, a jej czoło oparło się o chłodny twardy materiał. Usłyszała delikatny miarowy oddech i po jej bladych policzkach potoczyły się dwie łzy. Paliły żywym ogniem.

Te same ramiona, które trzymały ją w silnym uchwycie delikatnie ułożyły ją wygodnie, a chwilę później odniosła wrażenie, że ziemia uniosła się wraz z nią. Ponownie usłyszała ciche parsknięcia i delikatny pęd powietrza musnął jej twarz.

Zdołała jeszcze raz otworzyć oczy i spojrzeć na stojącą koło niej postać. Czarny strój w który był ubrany nieznajomy lśnił jak wypolerowany metal.

Mężczyzna jakby wyczuł jej spojrzenie, gdyż odwrócił się i nim straciła przytomność dostrzegła w mroku zakrywającej jego twarz maski, parę lśniących przerażająco znajomym blaskiem oczu.

Rozdział 1

Na przemian odzyskiwała i traciła przytomność.

W krótkich chwilach świadomości dostrzegała nieustannie kręcących się wokół niej ludzi. Czasem też widywała jak przez mgłę stojącego w oddali mężczyznę, tego samego który, jak sądziła, uratował ją, lecz za każdym razem gdy próbowała mu się lepiej przyjrzeć jej umysł odpływał w gorącą jak lawa ciemność.

W niespokojnych snach bez końca biegła tym samym korytarzem, ale nie obawiała się już czających się w ciemnościach oczu. Teraz czekała na moment gdy wpadnie w błękitne światło i obracając się ujrzy ją — tajemniczą kobietę, która wołała jej imię. Z całych sił starała się chwycić jej wyciągniętą dłoń, lecz ta oddalała się zbyt szybko.

Ostatnio jednak gdy tylko zaczynała spadać powietrze wokół niej rozpoczynało falować, obraz rozmywał się, a głos kobiety stawał się tylko delikatnym szeptem. Ona sama zaś dryfowała w bezruchu kojącego ciepła i ciszy.

W końcu nadszedł dzień gdy przebudziła się w pełni świadoma. Otworzyła powoli oczy pozwalając im przyzwyczaić się do jasnego światła wpływającego otwartym na oścież oknem wykuszowym, umiejscowionym tuż nad jej łóżkiem. Grube ciemnobrązowe krokwie dachu stanowiły jednocześnie sufit oraz jedną ze ścian pokoju, który, jak się domyśliła, był położony na poddaszu. Pomieszczenie było niewielkie do tego stopnia, że mieściło się w nim tylko łóżko, drewniana komódka na długich cienkich nóżkach, krzesło i metalowy stolik nocny.

Na komodzie, pod kloszem z ciemnego szkła, stał przedziwny kwiat, którego jasne płatki pomimo dnia były złożone, a krótka łodyga zatknięta została w przezroczyste kamyczki wsypane do szklanej podstawki.

Sèra powoli uniosła się na łokciach oczekując znajomego ukłucia bólu, ale ku swojemu zdumieniu nie poczuła nic, poza tym, że jej ciału brakowało sił i każdy ruch wymagał od niej sporego wysiłku.

Odgarnęła opadające na czoło włosy i z zaskoczeniem stwierdziła, że nie są zlepione zaschniętym błotem ani nie wiszą wokół jej twarzy mokrymi strąkami. Jej dłonie były czyste, a zadrapania i niewielkie rozcięcia zdążyły się już ładnie zagoić.

Nie potrafiła tylko dojść dlaczego widok ten wzbudził w niej niewielki niepokój.

W ustach poczuła suchość. Jej wzrok natychmiast pobiegł ku metalowemu stolikowi stojącemu tuż przy wezgłowiu solidnego drewnianego łóżka na którym leżała. Znajdował się na nim niewielki metalowy kielich i brązowy dzbanek z wypalanej gliny. Sèra przesunęła suchym językiem po spierzchniętych wargach, miała ogromną nadzieję, że naczynie postawiono tam ponieważ zawierało coś do picia. Wyciągnęła rękę, ale była tak słaba, że nie mogła unieść dzbanka, którego uchwyt wysunął się jej z palców z głośnym stuknięciem.

Uniosła się z wysiłkiem i natychmiast zakręciło się jej w głowie. Przez chwilę siedziała z zamkniętymi oczyma, wyrównując oddech i szalone bicie serca dla którego umieszczenie jej w pozycji siedzącej było najwidoczniej równoznaczne z przebiegnięciem dwustu metrów. Zanim otworzyła ponownie oczy usłyszała delikatny szmer. W jednej chwili zorientowała się, że w pokoju ktoś jest. Uniosła wzrok i ujrzała sprawcę hałasu opartego niedbale o futrynę drewnianych drzwi i wpatrującego się w nią z nadzwyczajnym zainteresowaniem.

Zanim zdążyła zareagować, podszedł do stolika, nalał wody do kielicha i wsunął go do jej ręki, a widząc jak bardzo drżą jej palce sięgnął delikatnie po jej wolną dłoń i położył ją po drugiej stronie naczynia.

Sèra ze zdumieniem wpatrywała się w zatroskaną twarz młodego mężczyzny patrzącego na nią oczami o najbardziej niezwykłym odcieniu błękitu jaki kiedykolwiek widziała.

Drgnęła gdy powoli pochylił się w jej stronę by poprawić jej poduszkę i jak zafascynowana pochłaniała wszystkie szczegóły jego twarzy — gęstą zasłonę czarnych rzęs, delikatne piegi na wąskim nosie i wyrazistą linię kości policzkowej, która na ulotną chwilę pokryła się delikatnym rumieńcem w chwili gdy dostrzegł jej spojrzenie.

Sama też zarumieniła się i z wysiłkiem oparła na poduszce którą dla niej ułożył. Pijąc wodę ukradkiem przyglądała mu się z ciekawością równą tej z jaką on wcześniej zupełnie otwarcie przypatrywał się jej.

Wydawał się być głęboko pogrążony w myślach. Wreszcie poruszył się i przeczesał palcami niesforne pasma przydługich, gęstych, czarnych włosów.

Sèra przeraziła się, iż odejdzie, gdyż nagle w jej głowie zakłębiło się od setek pytań, które chciałaby mu zadać. Odwróciła się gwałtownie chcąc odstawić puste naczynie, lecz w tej samej chwili pokój zawirował. Zamknęła oczy, pozwoliła by delikatne dłonie ułożyły ją z powrotem na poduszce i wyjęły z jej zaciśniętych palców pusty kielich.

Gdy otworzyła oczy pokój wyglądał tak solidnie jak dotąd.

— Dziękuję — powiedziała cicho i zdumiało ją obce brzmienie własnego głosu.

Mężczyzna równie zaskoczony jak ona, drgnął na jego dźwięk i spojrzał na nią z dziwną intensywnością. Właśnie zamierzała zadać mu jedno z wielu dręczących ją pytań, ale on pokręcił stanowczo głową i położył na ustach palec, nakazując jej milczenie. Sięgnął dłonią w kierunku wykusza i zamknąwszy okno zasunął szczelnie ciemnobrązowe story.

Usiadł na brzegu łóżka i powoli, jakby nie chciał jej przestraszyć, ułożył na jej czole chłodną dłoń. W następnej chwili Sèra poczuła znajome ciepło i jej powieki same zaczęły opadać.

Zanim pokój zniknął za zasłoną rzęs zdążyła jeszcze dostrzec, że nieznajomy wstał szybko. Na chwilę jeszcze zatrzymał się w progu i rzucił jej zagadkowe spojrzenie, po czym odwróciwszy się wyszedł zamykając drzwi niemal bezszelestnie.

Sèraphine!

Kolejny raz obudziła się ze snu, który na stałe wyrył się w jej pamięci i wydawał się teraz równie realny jak rzeczywistość. Trzymała się go rozpaczliwie z nadzieją, że pozwoli jej wyjaśnić nękające ją pytania. Być może mlecznobiała zasłona korytarza przyjmie wreszcie znajome kolory i ukaże jej kim jest, i dlaczego obudziła się nagle w środku lasu, nie pamiętając nic prócz swojego imienia.

Na samo wspomnienie wędrówki, Sèrze przebiegał po plecach zimny dreszcz, a jednocześnie jej myśli wędrowały do młodego mężczyzny.

Kim był tajemniczy nieznajomy, który uratował zupełnie nieznaną mu dziewczynę i dlaczego tak dobrze ją traktował? A może wcale nie była dla niego kimś obcym? Może znali się wcześniej i dlatego rozpoznawszy ją bez wahania zabrał do swojego domu? Może to co wzięła z początku za zainteresowanie było zaskoczeniem, że go nie rozpoznała? Może właśnie to on był kluczem do jej przeszłości? W końcu list który znalazła w kieszeni mówił coś o ludziach, którzy mieli ją odnaleźć.

Energia wyzwolona przez te myśli sprawiła, że Sèra usiadła gwałtownie i nie zważając na dziwną sztywność którą wciąż czuła w najwyraźniej dawno nie wykorzystywanych mięśniach, zsunęła stopy na podłogę. Podniosła się z wysiłkiem i stanęła podpierając o ścianę. Miała bose stopy, a drewniana podłoga była nieprzyjemnie chłodna. Zerknęła na długą, wiązaną pod szyją, białą koszulę w którą była ubrana.

— Gustowna — mruknęła, obciągając jej brzeg w płonnej nadziei, że uda jej się wyciągnąć ją na tyle by zakrywała więcej niż pół uda i jednocześnie rozglądając się za własnym ubraniem. Wysunęła szuflady drewnianej komody i westchnęła nie znalazłszy nic co by je przypominało. Postanowiła tylko wyjrzeć za drzwi i w razie czego szybko schować się z powrotem.

Plan wydawał się niezawodny, więc przytrzymując się ręką ściany ruszyła w kierunku drzwi, które otworzyły się bez oporu gdy tylko nacisnęła klamkę. Sèra odetchnęła z ulgą, zdając sobie sprawę, że aż do tej pory, nie wiedzieć dlaczego, była przekonana, iż zastanie je zamknięte.

Opierając się o futrynę wystawiła głowę i rozejrzała się. W ciągnącym się w obie strony wąskim korytarzu panował półmrok. Jedyne światło wpadało przez niewielkie okienka na jego końcach. Naliczyła dziesięć identycznych par drzwi rozmieszczonych równo na obu jego ścianach. Na ścianie naprzeciwko wisiały trzy zakryte ciemnymi kloszami kwiaty, podobne do tego który znajdował się w jej pokoju. Po lewej stronie tuż obok okna dostrzegła drewniane poręcze wskazujące na obecność schodów prowadzących na dół.

Zachęcona ciszą panującą na korytarzu, wzięła głęboki oddech i wysunęła się z pokoju.

Już po kilku krokach poczuła jednak, że jej niezawodny plan mimo wszystko nie był najlepszym pomysłem. Nogi odmawiały jej posłuszeństwa i kręciło jej się w głowie.

Nagle usłyszała dobiegający z dołu odgłos otwieranych drzwi i dźwięk ten przeraził ją do tego stopnia, że nie zauważyła gdy miejsce ściany zajęły drzwi. Straciwszy oparcie dla rąk zachwiała się i uderzywszy w drewnianą taflę ramieniem, osunęła się na podłogę.

Usłyszała szuranie odsuwanego krzesła i drzwi otworzyły się gwałtownie. Ku radości Sèry pojawił się w nich nikt inny tylko właśnie osoba, której tak wytrwale szukała. Uśmiechnęła się do niego blado wyrywając go tym ze stanu tymczasowego osłupienia.

W następnej chwili jego ramiona pochwyciły ją i uniosły do góry. Patrzył na nią z lekkim uśmiechem, choć w oczach błyszczały mu iskierki tłumionego gniewu.

— Nin seh arukih budha — powiedział stanowczo, a Sèra przez chwilę zastygła na dźwięk obcych słów, które zabrzmiały w jej uszach niczym dobrze znana melodia.

Po co mam się uczyć tego bełkotu, tato? usłyszała nagle w głowie swój własny głos. Czy ktoś na świecie w ogóle mówi tym językiem? Poza tobą, oczywiście.

Odpowiedź na to pytanie może być prawdą lub kłamstwem, w zależności od tego czego dotyczy, odpowiedział znajomy męski głos. Meh ridoh, diha.

Sèra wciągnęła głęboko powietrze i jej dłonie bezwiednie powędrowały ku ustom, jakby chciały zatrzymać cisnące się na nie słowa. Słowa, które jeszcze przed chwilą brzmiały tylko znajomo, nagle zalały jej umysł niczym wezbrana rzeka, która przerwała zbyt słabą zaporę.

Mężczyzna zatrzymał się zdumiony i wpatrywał się w nią zaintrygowany. Lecz prawdziwie osłupiał dopiero w chwili gdy niespodziewanie chwyciła go za haftowany srebrną nicią kołnierz czarnej koszuli.

— Powtórz co powiedziałeś? — niemal wydyszała mu prosto w twarz.

— Nie wolno ci jeszcze chodzić — odparł niepewnie zupełnie zbity z tropu jej pytaniem. — Tak… powiedziałem…

— Ha! — Sèra wrzasnęła z tryumfem. — Rozumiem cię już. Rozumiesz?

On jednak wpatrywał się w nią bez słowa, a jego mina wyraźnie wskazywała na to, że w tej chwili niewiele rozumie.

— Ro — zu — miem — cię — wyjaśniała podekscytowana, pociągając w rytm sylab za jego kołnierzyk. — Wiem co do mnie mówisz. Innymi słowy znam język, którym do mnie rozmawiasz. To znaczy, którym rozmawiasz ze mną. Mój tata mnie go nauczył… kiedyś… Mój tata… Meh ridoh, diha. Powiedział do mnie, a to znaczy…

— To znaczy „zaufaj mi, córko” — przerwał jej z kamienną twarzą. — Rozumiem, że mnie rozumiesz. Zwłaszcza, że rozmawiamy tym samym językiem, a właściwie wydzierasz mi się w twarz, szarpiąc kołnierzem mojej świeżo upranej koszuli. I do tego… mimo, że jestem świadom faktu, iż ostatnio zrzuciłaś kilka kilogramów, byłbym wdzięczny gdybyś się tak nie wierciła.

Lodowaty spokój jego głosu bardzo szybko przywołał ją do rzeczywistości.

Stali już w jej pokoju. Ona nadal w górze na jego rękach i nagle bardzo wyraźnie poczuła jego ciepłą dłoń na swoim odsłoniętym udzie. Wrażenie to sprawiło, że bezwiednie lekko poruszyła nogą czym wywołała cień uśmiechu w kąciku jego ust.

— Możesz mnie już postawić — mruknęła, wygładziwszy wpierw dokładnie kołnierzyk jego koszuli.

— O, doprawdy? — rzucił ironicznie, po czym bez żadnych ceregieli upuścił ją na łóżko.

Sèra wydała okrzyk oburzenia, ale on już odwrócił się by sięgnąć po krzesło, więc wykorzystała tę chwilę by wśliznąć się pod kołdrę.

Przez moment oboje patrzyli na siebie w milczeniu.

Sèra westchnęła cicho. Nie tak wyobrażała sobie charakter swojego księcia z bajki.

— Jestem Sèra. — Wyciągnęła do niego rękę. — Przepraszam za kołnierzyk.

— Thorain — uścisnął jej dłoń. — Dla przyjaciół Thor. Ro — zu — miesz?

Sèra parsknęła śmiechem.

— Dobre. Ale tak na poważnie, to — to było niechcący.

— Wybacz, nie mogłem się powstrzymać — odparł z lekkim uśmiechem i pochyliwszy się ku niej dodał poważniejąc. — Sèra, tak? Powiedz mi więc, kim jesteś, co robiłaś sama w lesie i jakie mogę mieć przez ciebie kłopoty?

— Czy trzy razy „nie wiem” może być? — zapytała rozkładając ręce. Rozczarowanie na jej twarzy musiało być tak widoczne, że nie mogło umknąć Thorowi, który natychmiast ogarnął ją badawczym spojrzeniem. — Prawdę mówiąc miałam nadzieję, że może ty będziesz mógł mi to powiedzieć. Myślałam, że może… może zabrałeś mnie wtedy, bo… bo mnie rozpoznałeś. Bo wiedziałeś kim jestem.

— Ja?

Jeśli Sèra miała jeszcze jakieś resztki nadziei, rozwiały się w obliczu nieskrywanego zdumienia Thora.

— Tam w lesie spotkałem cię po raz pierwszy. Tylko wrodzona dobroć i szlachetne serce nie pozwoliło mi zostawić cię tam na pewną śmierć.

Że co?…

— Eee, dzięki? — Sèra mruknęła zawiedzionym głosem, a widząc jego uniesioną brew dodała szybko, z właściwym entuzjazmem: — Bardzo, bardzo ci dziękuję za uratowanie mi życia. I za to, że zaopiekowałeś się mną tutaj…

— W Verdoux. Do usług — wtrącił z krzywym uśmiechem, po czym rzuciwszy nagle krótkie spojrzenie na drzwi, skrzyżował przed sobą nogi i oparł się łokciem o komodę przyjmując pozę tak nonszalancką, a jednocześnie dziwną, że gdyby nie temat, który omawiali Sèra pomyślałaby, iż właśnie zaczął się czas żartów. — Tak. Masz u mnie ogromny dług wdzięczności, który miałem nadzieję odzyskać w postaci mieszka pełnego złota gdy wyzdrowiejesz — powiedział przeciągając słowa w niezwykle irytujący sposób.

— THORAIN CHEVALIER! — donośny głos zagrzmiał w ich uszach. — Doprawdy, nie zmuszaj mnie bym wyliczyła wartość twojego długu wdzięczności.

W słowach tych czaiła się zupełnie nieskrywana groźba utraty życia, która tak przeraziła Sèrę, że wcisnęła się w poduszkę, a wiele by dała za możliwość wciśnięcia się w mur tuż za wezgłowiem jej łóżka.

Tymczasem w drzwiach pojawił się już wycelowany w Thora, wyprostowany jak struna palec zakończony wściekle-czerwonym paznokciem. Chłopak nadal siedział na krześle pozornie niewzruszony, ale jego źrenice zwęziły się nieomal w podłużne szparki i całe ciało miał spięte niczym kot szykujący się do skoku.

Prawdę mówiąc Sèra nie zdziwiłaby się, gdyby zaraz wyskoczył w górę i wpił się paznokciami w belki stropowe sycząc i prychając.

Zerknąwszy na Thora, Sèra odwróciła swoją uwagę od zbliżającej się postaci, a tymczasem tuż za palcem pojawiła się delikatna kobieca dłoń, szczupłe ramię, a za nim smukła długowłosa kobieta o bladoniebieskich oczach. Sèra westchnęła, była niemal zupełnie pewna, że nigdy nie widziała kogoś tak pięknego.

Hebanowe włosy opadały gęstymi splotami na talię kobiety zakrywając odkryte ramiona naturalnym połyskliwym płaszczem i podkreślając delikatną cerę szczupłej owalnej twarzy. Czarna suknia haftowana na obrzeżach srebrem, zupełnie jak koszula Thora, uwydatniała wąską kibić. Co dziwne strój był w górze asymetrycznie wycięty eksponując prawą rękę, podczas gdy lewa schowana była pod długim rękawem rozszerzającym się aż za nadgarstek.

Wyraz twarzy Sèry wyraźnie rozbawił Thora bo parsknął on niespodziewanie śmiechem powodując, że ona sama drgnęła gwałtownie.

— Moja siostra, Lu — powiedział uśmiechając się szeroko i machając dłonią w bliżej niesprecyzowanym kierunku. — A to jest Sèra.

— Lucille! — poprawiła go lodowato kobieta, chwytając za ramię i zatapiając palec wskazujący w delikatnym wgłębieniu tuż nad obojczykiem. Thor zawył z bólu i szarpnął się na krześle, jednak ku zdumieniu Sèry nie udało mu się wyrwać z uścisku.

— Lucille Chevalier — kontynuowała tymczasem z uśmiechem siostra Thora, nie zważając na jego próby uwolnienia się, zupełnie jakby trzymała w dłoni szczeniaka, a nie ramię młodego, silnego mężczyzny. — Bardzo mi miło. Bądź tak uprzejmy Thorain i zwolnij dla mnie to miejsce.

Tego nie musiała powtarzać dwa razy. Wystarczyło, że rozluźniła uchwyt, a Thor w ułamku sekundy zerwał się z krzesła. Sèra postanowiła w duchu nigdy nie zrobić nic co zdenerwowałoby Lucille do tego stopnia by musiała ja w ten sposób przywołać do porządku.

— Dziękuję — zaszczebiotała Lucille słodko i usadowiwszy się wygodnie, pochyliła się w stronę Sèry z wyrazem skupienia w niemal przezroczystych oczach, otoczonych taką samą gęstą zasłoną rzęs, jaką mógł pochwalić się jej brat. — Więc?

— Ja… — Sèra wyprostowała się jak struna, a jej głos nawet dla niej samej brzmiał bardzo niepewnie. — Ja raczej nie posiadam przy sobie pieniędzy…

— Bez dwóch zdań dziewczyna mówi prawdę, Lu… — przerwał jej oparty niedbale o ścianę Thor, który nadal rozmasowywał ramię, a kobieta natychmiast rzuciła mu groźne spojrzenie. — …cille. Sam od razu ją sprawdziłem, — dodał z zainteresowaniem badając stan swoich paznokci. — Zresztą, jak wiesz nie było gdzie czegokolwiek ukryć…

— Ależ ja nie o to pytam, Sèro — Lucille zignorowała jego słowa. — Chodzi mi o to dokąd mamy cię teraz odwieźć? Jestem pewna, że twoja rodzina bardzo martwi się od ciebie. Byłaś strasznie chora. Dzięki niech będą Świętemu Światłu, że mój tępy brat miał tyle rozumu by zabrać cię do naszego domu.

— Hej — Thor wyprostował się urażony, ale Lucille ponownie go zignorowała.

— Byłaś nieprzytomna przez dwa tygodnie.

— Dwa tygodnie? Tak długo?

— Ledwie udało nam się ciebie uratować, choć niech zgaśnie Wieczny Płomień jeśli kłamię, był dzień, gdy Thor był gotów w każdej chwili jechać po Anastera.

— Anastera?

— Uzdrowiciela. No co? — Thor cofnął się pod wzrokiem Lucille. — Ona przecież nie wie kim są Anasterzy.

— Jak to nie wie? Każdy wie kim są Anasterzy. Pleciesz głupoty, Thorain. Jak zwykle zresztą. Ogarnij się wreszcie, baranie, bo ja wiecznie żyć nie będę!

— Thor ma rację — Sèrę ogarniało przygnębienie na każdą myśl o swoim stanie. — Ja… obudziłam się na tej polanie w lesie zupełnie nic nie pamiętając… Myślałam, że może przewróciłam się, uderzyłam w głowę i przez to straciłam pamięć — skłamała gładko, pamiętając przestrogę z listu. — Miałam jednak nadzieję, że szybko ją odzyskam. Tymczasem nadal nic.

— Na jakiej polanie? — zapytała Lucille spoglądając na nią pytająco. — Opowiedz mi wszystko po kolei.

Sèra kiwnęła głową i wyjaśniła w jaki sposób doszło do jej spotkania z Thorem.

— Hmm — Lucille zadumała się. — Więc nic nie pamiętasz. Może popytamy w różnych miejscach czy nie zaginęła gdzieś młoda dziewczyna. Na pewno ktoś będzie cię szukał.

— O, na pewno — powiedział Thor z dziwną nutą w głosie, a gdy Lucille zerknęła na niego z uwagą, odchrząknął i dodał: — W końcu mówisz naszym językiem, wyglądasz na jedną z nas i z pewnością dostanę górę złota za to, że przydźwigałem cię tutaj na własnych rękach. Od czego, nawiasem mówiąc, do dzisiaj czuję ból w krzyżu.

Lucille wstała z błyskawicami w oczach, a Thor wyglądał na kogoś kto bardzo chce stać się malowidłem na ścianie.

Lub przynajmniej udawał, że chce.

— O bólu krzyża porozmawiamy jak skończysz szorować salę na jutrzejszy wieczór — warknęła gniewnie.

— Salę? Na wieczór? — zapytała Sèra z zaskoczeniem.

— Tak. Thor nie powiedział ci, że prowadzimy zajazd? — zdziwiła się Lucille.

Sèra pokręciła głową.

— Moja siostra prowadzi zajazd — sprostował Thor od razu.

— A myślisz, że czyja to wina obiboku jeden! Marsz do kuchni — zakomenderowała tonem nie znoszącym sprzeciwu i wycelowała w niego palcem, który gdy wychodziła zamienił się w haczyk.

— No i widzisz co przez ciebie mam? Podwójna kara, dźwiganie i szorowanie — Thor jęknął głośno z udręką, po czym spojrzał na nią i puściwszy jej niespodziewanie perskie oko, dodał kłaniając się nisko: — Witamy w Zajeździe pod Brykającym Kucykiem.

Zaraz potem przybrał na twarz minę pełną cierpienia i ociężale podążył za siostrą, zupełnie jakby rzeczywiście był schwytaną na haczyk rybą, zbyt wyczerpaną szarpaniem się by myśleć o wolności.

Sèra usłyszała jeszcze jak delikatnie zamyka drzwi, a potem ich kroki oddaliły się i zapadła cisza. Stanęła na łóżku i otworzyła okno. Gdy przez nie wyjrzała dostrzegła duże brukowane kamieniami podwórze otoczone kamiennym murem i zabudowaniami z których dobiegały odgłosy stukania i prychania. Za murem po lewej stronie znajdował się ogrodzony płotem sad i niewielki ogródek, wokół niego zaś — niemal identyczne ogrody i ciemnobrązowe dachy wysokich kamienic.

Sèra westchnęła i oparła brodę na dłoniach wpatrując się w białe puchate chmury wędrujące leniwie po szarym niebie.

Nagle usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi i na podwórze dziarskim krokiem wyszedł Thor. Przez chwilę patrzył na trzymana w ręku miotłę po czym odrzucił ją na bok i przeciągając się mimochodem zerknął w górę na wykusze. Zmieszał się na jej widok, ale gdy Sèra uniosła dłoń by mu pomachać, chwycił miotłę i wpadł do domu trzaskając drzwiami.

Po chwili jej uszu dobiegły słowa składające się na coś w rodzaju „zrób tak jeszcze raz, a sama cię trzasnę”.

Sèra roześmiała się i zamknęła okno. Położyła się przykrywając się ciepłą kołdrą. Chciała w spokoju przemyśleć kilka spraw, ale okazało się, że jej umysł pragnął czegoś innego.

Zasnęła.

Rozdział 2

Lucille krzątała się po przestronnej, jasnej kuchni.

Podlała stojący na parapecie okna kwiat i wyjrzała na schludne podwórze. W powietrzu unosił się smakowity zapach gotowanych przez nią potraw. Przez chwilę nasłuchiwała odgłosów dobiegających z sąsiedniego pomieszczenia, po czym uśmiechnęła się lekko i omijając stół, podeszła do długiego rzędu kuchennych szafek. Wyciągnęła z szuflady długą drewnianą łyżkę i zamieszała oraz posmakowała po kolei zawartość każdego z czterech bulgoczących garów, gdy Thor z ponurą miną pojawił się w drzwiach.

— Skończone. Sala lśni — mruknął.

— Wspaniale. — Twarz Lucille przez chwilę rozjaśnił promienny uśmiech. — Siadaj. Musimy porozmawiać.

— O czym znowu? — Thor niechętnie zajął wskazane miejsce na ławie przy dużym kuchennym stole. — Wczoraj chyba już wystarczająco pogadaliśmy.

— Złe pytanie, Thorain — Lucille zgodnie ze swoim zwyczajem zignorowała jego komentarz, choć jak zawsze przez ułamek sekundy miała ochotę wytrzeć jego twarzą podłogę. Osuszyła dłonie fartuchem i usiadła naprzeciwko. — Powinno brzmieć: o kim? Ukrywasz coś, prawda?

Thor uniósł brew pytająco i odwrócił się do niej plecami.

— Możesz grać, udawać, ile chcesz. Ale ja wiem, że coś cię gryzie. I czuję, że to coś ma wiele wspólnego z nią.

— Lu, proszę — Thor westchnął z rozdrażnieniem.

— Lucille! — poprawiła go z kamienną twarzą. — Dobrze. Rozumiem. Nie chcesz czy nie możesz porozmawiać o tym ze mną, więc porozmawiaj o tym z nim.

— Z kim? — Thor zerwał się na równe nogi. — On tutaj będzie? Powiedziałaś mu, że wróciłem? Lucille, prosiłem cię żebyś… — Nagle obrzucił siostrę pełnym niedowierzania spojrzeniem. — Powiedziałaś mu? Powiedziałaś o…

— Nic mu nie powiedziałam. Co dwa tygodnie przejeżdża tędy razem z oddziałem z Wież.

— Z oddziałem! — prychnął Thor. — Proszę cię…

— Dzisiaj mijają równo dwa tygodnie — ciągnęła Lucille, puszczając jego ironiczną uwagę mimo uszu. — Porozmawiaj z nim.

— I co to niby zmieni? O nie, nic tu po mnie. — Thor obrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi.

— Nie jesteś w stanie jej pomóc! — stwierdziła Lucille tonem, który sprawił, że Thor zatrzymał się w pół kroku i obejrzał na siostrę. Ona uśmiechnęła się tylko ze smutkiem i pokiwała głową. — Już dawno domyśliłam się tego co i ty. Sèra otworzyła Zakazane Drzwi. I Światło mi świadkiem, utrata pamięci to najlepsze z tego co mogło ją spotkać.

— Skąd?…

— Skąd wiesz? — Lucille zaśmiała się. — Thorain, czy już nigdy się nie nauczysz zadawać właściwych pytań? Czy naprawdę nie znasz na nie odpowiedzi? Pytanie, które obecnie nurtuje mnie, to jakim cudem dziewczyna, która jak sądzę nigdy nie słyszała słów „Instytut Światła i Ognia”, trafiła do Zakazanych Drzwi.

Thor zamyślił się na moment, po czym powoli wrócił do stołu i usiadł obok siostry.

— Nawet ty nie wiesz jak otworzyć Zakazane Drzwi.

— Nie, Thorain, nie wiem. Nikt z nas nie wie. Ale jakimś cudem ona lub ktoś, kto ją tu przysłał, wie — Lucille podniosła się z westchnieniem. Spojrzała na brata z niepokojem i dotknęła jego twarzy. — Tylko po której stronie Drzwi weszła? Nawet nie chcę w tej chwili myśleć co by się stało gdyby ta wiedza wpadła w niepowołane ręce. Chcesz czy nie, coś się zaczęło i los naszego świata może teraz leżeć w twoich dłoniach. A co gorsza może równie dobrze leżeć w rękach młodego dziewczęcia, dla którego ten świat nic nie znaczy gdyż go wcale nie pamięta. O ile w ogóle go pamiętała. Czy rozumiesz teraz, że za wszelką cenę pochodzenie Sèry musi pozostać tajemnicą, dopóki nie wyjaśni się sekret jej pojawienia się tutaj? I właśnie ty — wycelowała w niego palec — ponieważ ją znalazłeś i przywiozłeś tutaj, nie pytając o moje zdanie, musisz ją chronić. Ale przede wszystkim, musisz pokazać jej nasz świat i sprawić by stał się on też jej ojczyzną. W międzyczasie zobaczymy co da się zrobić z jej pamięcią. Do tego momentu jednak ona musi być bezpieczna. Thorain, nie czas na dziecinne dąsy — powiedziała ujmując go pod brodę i patrząc mu stanowczo w oczy. — Porozmawiaj z nim. Tylko on może i zechce nam pomóc.

Thor kiwnął głową i z ponurą miną wyszedł z kuchni, a Lucille z westchnieniem podeszła do pieca by po raz ostatni przemieszać potrawy na dzisiejszy wieczór. Nie mogła zmusić się do wyznania bratu alternatywy, która przyszła jej do głowy — tego, że cały kłopot zniknąłby wraz z Sèrą.

Rozdział 3

Sèra biegła korytarzem, który mimo tak wielu odwiedzin wciąż wydawał jej się przerażający, gdy niespodziewanie pojawił się w nim nowy, dotąd niesłyszany jeszcze odgłos. Przystanęła na chwilę próbując zlokalizować skąd pochodzi to głuche dudnienie, lecz nagle dźwięki zaczęły nabierać mocy, aż ściany korytarza zadrżały i roztrzaskały się, a ona obudziła się.

Teraz gdy sen zniknął, przeraźliwy łomot nabrał jeszcze większej siły i Sèra zerwała się z łóżka nie wiedząc co się dzieje. Raptem drzwi otworzyły się wpuszczając do środka Thora wraz z którym ogłuszający hałas ustał, jak za dotknięciem magicznej różdżki.

Sèra opadła na kołdrę i rzuciła mu wściekłe spojrzenie.

— Przecież zapukałem — wyjaśnił i usiadł na krześle z miną niewiniątka.

— A chciałeś mnie obudzić czy wskrzesić? Bo już nie wiem.

W odpowiedzi Thor wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu, a Sèra w duchu postanowiła zapytać Lucille o jej tajemny chwyt, gdyż właśnie zrozumiała, że jest to umiejętność bardzo przydatna, a wręcz nawet niezbędna, w kontaktach z jej bratem. W chwili obecnej mogła jedynie obrzucić go ponurym wzrokiem.

— Nie ma sensu się gniewać w takie piękne popołudnie — powiedział Thor wyciągając się na krześle, choć Sèra postanowiwszy go zignorować, wskoczyła pod kołdrę i odwróciła się do niego plecami. — Lu powiedziała, że jeśli lepiej się czujesz mogłabyś zejść dzisiaj do nas na salę.

— Naprawdę? — zapytała Sèra, której postanowienie zostało najwyraźniej zepchnięte na dalszy plan, gdyż uniosła się na łokciach i wpatrywała w Thora z nadzieją.

— Oczywiście. O ile czujesz się na tyle lepiej bym nie musiał cię tu z powrotem wnosić — dodał ponuro z wymową klepiąc się po plecach.

— Bez obaw — mruknęła urażona.

— To świetnie — odparł z krzywym uśmiechem i nagle ku zaskoczeniu Sèry pochylił się ku niej tak szybko, że nie zdążyła zaprotestować gdy unieruchomił jej głowę w silnym, choć delikatnym, uścisku i uciszył ją słowami szeptanymi prosto do jej ucha:

— Nie rozmawiaj z nikim o tym co się wydarzyło w lesie ani o tym, że straciłaś pamięć. Wieść, że jest u nas nieznajoma dziewczyna rozeszła się już po mieście i podejrzewamy, że może zjawić się ktoś o nieprzyjaznych zamiarach.

— Dlaczego nieprzyjaznych — szepnęła lekko zdziwiona. — Może ktoś po prostu będzie mnie szukał?

Thor zawahał się wyraźnie skonsternowany jej pytaniem.

— Nie możemy przecież oddać cię byle komu, prawda? Najpierw powinnaś sobie przypomnieć cokolwiek — wyjaśnił i Sèra, chcąc nie chcąc, musiała przyznać, że jego słowa miały sens.

— Masz rację — zgodziła się.

— Oczywiście, że mam rację. — W jego głosie brzmiało tyle samozadowolenia, że skrzywiła się mimowolnie. — Mów jak najmniej, a jeśli nie będziesz miała wyjścia, powiedz, że jesteś naszą kuzynką i przyjechałaś pomóc nam prowadzić zajazd.

— Pomóc wam? To znaczy… jest tak duży, że potrzebujecie pomocy? — wyszeptała Sèra z zaskoczeniem.

— Tak — odparł Thor, zwalniając na chwilę uchwyt. — Chyba Lu i ja zapomnieliśmy cię uprzedzić. Widzisz, gdy nasi rodzice… odeszli, Lu przejęła gospodę, którą prowadzili. Kiedyś zazwyczaj zatrzymywało się u nas kilku przejezdnych i to wystarczało, ale dzięki obrotności Lu, nasz zajazd stał się nie tylko popularną jadłodajnią, ale również miejscem do którego na koniec tygodnia przychodzi się spędzić czas w liczniejszym gronie. Będzie mnóstwo ludzi. Zobaczysz zresztą. Tylko pamiętaj — dodał ponownie ściszając głos do szeptu, — obserwuj, słuchaj, uśmiechaj się do woli, ale rozmawiaj jak najmniej. Staraj się nie wzbudzać niepotrzebnego zainteresowania. Najlepiej byłoby żebyś w ogóle milczała, ale… to już byłoby wyzwanie.

— Hej — Sèra wyrwała mu się rozeźlona jego słowami, a on roześmiał się i ruszył w kierunku drzwi.

— Racja — powiedział raptem zatrzymując się w pół kroku. — Lu dała mi coś dla ciebie. Nie możesz przecież zejść ubrana tylko w moją koszulę i to… co tam masz pod nią.

Sèra najpierw zarumieniła się, a po chwili zagotowało się w niej z oburzenia. Zanim jednak miała czas odpowiedzieć, Thor zniknął na chwilę by pojawić się z granatową sukienką na jednej ręce i parą czarnych wysokich wiązanych butów w drugiej.

Sèra wycelowała w niego palec, ale widząc przygotowany dla niej strój opuściła dłoń nie wierząc własnym oczom.

— Mam się ubrać w sukienkę? — zapytała niedowierzając. — Ale gdzie moje ubranie? To w którym…

— Wyrzuciłem je — oznajmił ze spokojem.

Sèra zamrugała oczami i otworzyła usta chcąc coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów.

— Wyrz… Jak to wyrzuciłeś? — wykrztusiła wreszcie, zaciskając dłonie w pięści. — Te ubrania były jedyną rzeczą łączącą mnie z moją przeszłością, a ty… wyrzuciłeś je?!

— Musiałem pozbyć się twojego ubrania — syknął Thor i jednym ruchem zatrzasnął za sobą drzwi, po czym ruszył ku niej wyraźnie zdenerwowany. — Spójrz na mnie. Jak myślisz jak zareagowałaby Lu, gdybym przywiózł cię tu w tych dziwacznych… rzeczach, a co gorsza gdyby schwytał nas patrol. Zawinąłem cię więc w swoją pelerynę, i powiedziałem Lu, że pewnie zostałaś napadnięta. Choć… i tak nie uwierzyła…

Sèra poczuła, że nie nadąża za jego tokiem myślenia.

— Jak to dziwacznych? Zaraz. Więc ja tu… bo ty mnie… — jąkała się Sèra, nagle rozumiejąc sens jego słów, choć nie przyjmując ich do wiadomości.

Naraz przypomniała sobie ich ostatnią rozmowę.

Sam od razu ją sprawdziłem, zresztą jak wiesz nie było gdzie czegokolwiek ukryć.

Jej dłonie ponownie zacisnęły się w pięści.

— Yhym — Thor kiwnął głową z miną niewiniątka, a widząc jej drżące ramiona rzucił, — Możesz tego nie pamiętać, ale… łazienkajestzaostatnimidrzwiamipolewej.

I zarzuciwszy jej suknię na głowę, jednym skokiem wypadł przez drzwi, w ostatniej chwili unikając metalowego kielicha, którym za nim cisnęła.

— Ty wstrętny, bezczelny, bezwstydny, arogancki, plugawy… — Sèrze zabrakło epitetów, którymi mogłaby go jeszcze obrzucić. Przez chwilę dyszała wściekle wpatrując się w zamknięte drzwi, po czym wstała i trzęsącą się dłonią podniosła rzucone naczynie. Z głuchym stukiem postawiła je na stoliku nocnym.

— Zamorduję go — mruknęła pod nosem, wywijając pięścią. — Tylko czekaj, Thor. Czekaj aż cię dopadnę. Tak ci przyfanzolę w tą piękną facjatę, że dogonisz kometę Halleya.

Kometa Halleya? zastanowiła się, jednak nic nie przyszło jej do głowy.

Uspokoiwszy się trochę wzięła do ręki przygotowaną przez Lucille sukienkę i obejrzała ją z zaciekawieniem. Granatowy materiał lśnił przelewając się pomiędzy jej palcami, a obrzeża były bogato haftowane srebrną nicią.

Sèra wpatrywała się w nią z zachwytem, a zarazem z przerażeniem, gdyż nie wiedzieć czemu, czuła ukrytą pewność, że jeśli ją ubrudzi albo co gorsza podrze, Lucille nie będzie zachwycona. Gdy jednak zerknęła na białą koszulę w którą była ubrana, decyzja przyszła jej całkiem łatwo.

Z pozostawionymi jej butami w dłoni i suknią przewieszoną przez ramię wyszła niepewnie na korytarz, upewniwszy się wpierw, że nikogo tam nie ma. Od razu usłyszała odgłosy śmiechu i głośnych rozmów dobiegające z dołu. Na palcach przebiegła odległość dzielącą ją od łazienki i wślizgnęła się do środka. Odetchnęła z ulgą gdy udało jej się przedostać niezauważoną.

W rogu pomieszczenia dostrzegła dużą drewnianą balię pełną parującej wody, a obok niej na przymocowanym do ściany uchwycie, duży jasny, puchaty ręcznik. Nieopodal w kamiennym kominku trzaskały wesoło płonące polana, dając przyjemne ciepło.

Nie zastanawiając się dłużej zasunęła zasuwkę w drzwiach i po chwili zanurzyła się w gorącej wodzie. Doznanie to przywołało mgliste wspomnienie, w którym ujrzała zatroskaną twarz Lucille pochylającą się nad nią i poczuła dotyk jej delikatnych palców na swojej głowie.

— Lucille — szepnęła Sèra ze wzruszeniem.

Leżała zanurzona po sam czubek nosa delektując się rozpływającym się po jej ciele ciepłem i bawiąc puszystą pianą. Kąpiel sprawiałaby jej jeszcze większą przyjemność gdyby nie nieznośna świadomość, że nadużywa gościnności swoich gospodarzy. Z przykrością przyznawała rację Thorowi. Jego siostra prowadziła zajazd, a nie dom dla bezdomnych i ubogich. W jaki sposób nie mając pieniędzy miała się im odwdzięczyć za okazaną jej dobroć i bezinteresowną pomoc, nawet jeśli Lucille twierdziła, że wcale tego nie oczekiwali.

I kiedy wreszcie oni ją znajdą i wytłumaczą cały ten ambaras?

Z westchnieniem wynurzyła się z wody i owinąwszy ręcznikiem pochyliła nad balią by wycisnąć swoje sięgające ramion ciemne włosy. Zaskoczyła się widząc w niej swoje odbicie.

Odsunęła resztki piany. Do tej pory nigdy nie zastanawiała się czy pamięta jak wygląda. Zdziwiło ją więc, że jej własna twarz wydała jej się obca.

Z nieruchomej tafli wody, tuż pod wygiętymi w delikatny łuk brwiami, spoglądały na nią podkreślone grubymi liniami rzęs, lekko skośne ciemnoszare oczy.

Jakby nie wierząc w oglądane odbicie dotknęła szczupłego nosa i pełnych, choć bladych, ust. Jej palce zsunęły się na długą szyję, dotknęły wyraźnych kości obojczyka i zacisnęły się na wychudzonych ramionach.

To jestem ja?, pytanieprzemknęło mimowolnie przez jej umysł.

Jeszcze raz, dla upewnienia się, objęła dłońmi własną twarz i gdy postać w wodzie zrobiła identyczny ruch w końcu uwierzyła. Przeczesała palcami wilgotne włosy i ponownie z wahaniem rozpostarła przed sobą suknię Lucille.

Z przygnębieniem zaczęła wciągać ją przez głowę, kiedy nagle poczuła delikatny opór materiału w okolicach klatki piersiowej. Wciągnęła brzuch i z jednym silnym pociągnięciem sukienka trafiła na swoje miejsce.

Tyle tylko, że teraz Sèra ze zgrozą stwierdziła, iż albo natychmiast ją zdejmie, albo gdy tylko nabierze powietrza suknia puści w szwach.

Trzecią rozważaną możliwością było nie oddychanie, lecz to groziło i utratą przytomności, i rozerwaniem materiału. Żadna czwarta opcja nie przychodziła jej do głowy, więc decyzja była prosta: zdjąć.

Nie zwlekając dłużej, Sèra pociągnęła za materiał, lecz postanowienie proste w zamierzeniu okazało się trudniejsze w wykonaniu niż mogłoby się wydawać, bowiem wciśnięta siłą suknia przylgnęła do wilgotnego ciała jak lep, nie wspominając faktu, że zapas powietrza wciągniętego do płuc przy jej zakładaniu drastycznie się kurczył.

Dopiero teraz ze strachem uświadomiła sobie, że jednak istnieje czwarta alternatywa, a mianowicie, że materiał podrze się przy ściąganiu sukni na siłę.

Sèra jęknęła i zaczęła miotać się po łazience w usilnych próbach ściągnięcia nieszczęsnego stroju, aż wreszcie z niebezpiecznie brzmiącym trzaskiem udało jej się w końcu uwolnić.

Przez moment stała pochylona nabierając hausty powietrza w obolałe płuca. Po chwili jednak rzuciła się sprawdzać szwy sukienki, błagając w myślach o cud. Ku jej niepomiernej radości okazało się, że była cała.

Z westchnieniem ulgi przytuliła suknię do siebie. Była tak zadowolona, że jej nogi same porwały ją do tańca. Okręciła się na pięcie w pełnym gracji piruecie.

Niestety okazało się, że złośliwy los miał jeszcze kilka kart ukrytych w rękawie. W radosnym zapamiętaniu Sèra zapomniała o stojącej za nią balii. Jeden zbędny krok sprawił, że nieoczekiwanie straciła równowagę i z dzikim okrzykiem wpadła do wody, wyrzucając trzymaną suknię w powietrze i opróżniając balię do połowy.

Gdy kaszląc i plując wodą jednocześnie, wydostała się wreszcie z niespodziewanej kąpieli, z przerażeniem zobaczyła, że cała podłoga pokryta jest przejrzystą falującą powłoką, która wartkim strumieniem zaczęła się wylewać na korytarz.

— O, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie, nie — wykrzyknęła z rozpaczą i chwyciwszy ręcznik zaczęła zbierać warstwę wody i wyciskać ją z powrotem do balii.

— Hej tam — usłyszała zza drzwi zaniepokojony głos. — Czy wszystko w porządku?

— Thor! — krzyknęła z ulgą i rzuciła się do drzwi. W połowie drogi jednakże uświadomiła sobie, że jest w samej bieliźnie, więc porwała z podłogi ociekający wodą ręcznik i okręciwszy się nim solidnie, niecierpliwymi palcami odsunęła zasuwkę.

Rozmach z jakim szarpnęła za drzwi sprawił jednak, że poślizgnęła się na mokrej podłodze i z pełnym impetem wpadła w ramiona zaskoczonego… nieznajomego mężczyzny.

Rozdział 4

Sèra zamknęła oczy w nadziei, że gdy je otworzy w miejscu nieznanej twarzy pojawi się oblicze Thora.

— Czy dobrze się… panienka czuje? — W obcym głosie zabrzmiała troska przemieszana z niepewnością.

Nie mając już złudzeń, Sèra uchyliła powieki i spojrzała na zmieszaną twarz mężczyzny w wieku Thora. Na moment zaparło jej dech w piersiach, a wszystko dookoła zblakło tak, że zapomniała gdzie się znajduje.

Pochłaniała wzrokiem zielone oczy, które wpatrywały się w nią z niepokojem, i proste lekko przydługie włosy opadające na jego pochyloną ku niej twarz.

Przeszło jej przez myśl, że tak właśnie musi wyglądać początek miłości od pierwszego wejrzenia — oszałamiająco przystojny mężczyzna o magnetycznym spojrzeniu i piękność w opałach.

— Wszystko w porządku? Panienko? — powtórzył, a Sèra pomyślała, że w każdej innej sytuacji uznałaby się za wyjątkową szczęściarę. Niestety jednak pomimo, że on rzeczywiście był oszałamiająco przystojny, a ona faktycznie była w opałach, nieco jej brakowało do typowej piękności. Stała przed nim boso, owinięta tylko ociekającym wodą ręcznikiem, z mokrymi strąkami przylepionymi do twarzy.

Cudnie, pomyślała i siłą woli przywołała na usta blady uśmiech.

— Bardzo dziękuję — powiedziała z wdzięcznością, gdy mężczyzna pomógł jej stanąć o własnych siłach. — Mam tutaj małą… awarię — dodała ściskając w ręce brzeg ręcznika i zarumieniła się widząc jak z zaskoczeniem w oczach omiata wzrokiem pobojowisko w łazience. — Czy mógłby pan poprosić chłopaka, który mieszka w tamtym pokoju by zechciał tu na chwilkę przyjść?

Nieznajomy kiwnął głową wyraźnie oszołomiony i unosząc wysoko nogi w przemoczonych butach, bez słowa podszedł do drzwi. Zapukał lekko i odsunąwszy się nieco zaczął wyciskać wodę z rękawów i przodu koszuli, a Sèra z całą mocą zapragnęła zakończyć swoje życie.

— Czego? — burknął Thor otwierając drzwi i nieomal wrósł w ziemię wpatrując się z osłupieniem w stojącego przed nim człowieka.

— Cześć, Thor. Kopę lat — powiedział spokojnie nieznajomy unosząc dłoń w geście powitania. — Zapytałbym co u ciebie, ale zdaje się, że masz powódź w łazience, a ta panienka, …która stoi tam w samym ręczniku prosi byś do niej dołączył. — Sèra mogłaby przysiąc, że w jego głosie było słychać skrywaną satysfakcję.

— Panienka? Jaka powódź? Co ty bredzi… — Thor obrócił głowę i podskoczył jak oparzony na widok zalanego korytarza i chowającej się za futryną, ociekającej wodą Sèry. Jednym skokiem znalazł się przy drzwiach do łazienki i poślizgnąwszy się na mokrej podłodze wpadł do środka rozglądając się błędnie.

— Co to ma… Coś ty tu narobiła?! — wrzasnął i nagle pociągnął nosem. — Czy ja czuję dym?

Sèra odwróciła się i ze zgrozą zobaczyła, że rękaw sukni Lucille zajął się od ognia w kominku. Z szybkością błyskawicy Thor wyszarpnął płonącą sukienkę i wrzucił ją do balii. Usłyszeli syk i po chwili znad jej krawędzi uniósł się obłok pary połączonej z dymem.

— O nie! — jęknął Thor kompletnie załamany. — Lucille nas zamorduje. Ciebie i mnie razem z tobą. Posieka, zmieli i ugotuje potrawkę na przyszły tydzień.

— Nie chciałbym wam przeszkadzać, — usłyszeli nagle spokojny głos, który sprawił, że oboje odwrócili się, przypominając sobie o obecności jeszcze jednej osoby, — ale woda… zaczyna spływać po schodach…

— Woda! — wykrzyknął Thor i wypadł z łazienki rozglądając się za czymś czym mógłby zatamować przelewające się po stopniach strumienie. Nie znalazłszy niczego zerwał z siebie koszulę i zaczął wycierać nią schody. Widząc to jego kolega bez wahania rozwiązał taśmy przytrzymujące grubą czarną pelerynę i rozłożył ją na podłodze pozwalając by wsiąknęła w nią woda z korytarza.

Sèra tymczasem zastygła w kącie nie mogąc wykonać najmniejszego ruchu i obserwowała obu mężczyzn pracujących w milczeniu.

— Pomogę wam — zaofiarowała się i rozejrzała za czymś czym mogłaby zbierać stojącą wszędzie wodę. Nie znalazłszy, w pierwszym odruchu chciała zdjąć okrywający ją ręcznik.

Mężczyźni utkwili w niej zdumione spojrzenia. Thor założył dłonie na piersiach i odchrząknął ostrzegawczo.

— Tak, to doprawdy doskonały pomysł — mruknął, taksując ją wymownym spojrzeniem. — Kolejny.

— Faktycznie — zgodziła się, rumieniąc się po same uszy. — W takim razie tylko popatrzę.

— O, nie krępuj się — warknął Thor i okręciwszy się na pięcie, powrócił do wycierania podłogi.

— To było niechcący, Thor. Naprawdę — tłumaczyła się dreptając nerwowo w miejscu. — Mocno się gniewasz?

Wpatrując się w uparcie ignorującego ją Thora, nie zauważyła zaciekawionych spojrzeń jakie rzucał jej nieznajomy.

— Sytuacja wygląda na mniej więcej opanowaną — jego głos, najwyraźniej wiecznie pełen rezerwy, wyrwał ją z otępienia. — Czy mam ci jeszcze w czymś pomóc, Thor?

— Dzięki, Syrus — podziękowanie Thora zabrzmiało, jakby cedził poszczególne głoski gęstym sitem. — Wybacz, ale chciałbym teraz zostać z tą… panienką sam na sam. Nie chcę mieć żadnych świadków zbrodni, którą zaraz popełnię.

Więc ma na imię Syrus, pomyślała Sèra do której nie dotarł jeszcze sens wypowiedzianych przed chwilą słów. On i Thor muszą być przyjaciółmi.

Syrus.

Przez chwilę smakowała brzmienie tego imienia w swoim umyśle i zarumieniła się gdy jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, zupełnie jakby usłyszał jej wołanie. Jakaś część jej umysłu podpowiadała jej, że w tej sytuacji wypada skromnie spuścić wzrok, zerknąć na niezwykle zajmującą szczelinę w podłodze czy też zbadać dogłębnie stan własnych paznokci, ale nie potrafiła zmusić swojego ciała do wykonania żądnego ruchu. Intensywny odcień zieleni w jego oczach zdawał się hipnotyzować ją z mocą, której nie potrafiła się oprzeć.

To Syrus pierwszy przerwał delikatną więź, która połączyła ich przez ulotną chwilę. Zamknął niespodziewanie oczy i pochyliwszy się w lekkim pełnym szacunku ukłonie, wyszedł z łazienki bez słowa.

Sèra z wysiłkiem zwalczyła w sobie impuls by pobiec za nim i skupiła się na stojącym przed nią Thorze, który w niepojęty sposób zdawał się być świadomy tego co przed chwilą zaszło w jej umyśle, gdyż właśnie celował w nią palcem jakby miał zamiar coś powiedzieć, lecz najwyraźniej zabrakło mu słów.

Z pasją cisnął przemoczoną koszulę na podłogę, a Sèra drgnęła na dźwięk głośnego plaśnięcia. Chcąc nie chcąc, jej wzrok zatrzymał się na jego nagim torsie i przez moment podziwiała jego doskonałą budowę.

Cofnęła się zaskoczona gdy podszedł jeszcze bliżej i zadrżała gdy jej odsłonięte plecy dotknęły zimnej ściany. Thor oparł dłoń tuż nad jej ramieniem i pochyliwszy się nieco patrzył jej teraz prosto w oczy z ledwie tłumioną wściekłością.

Zamierzała wytrzymać zarówno to spojrzenie jak i wszystkie przykre słowa, których się spodziewała. Należało jej się. Jednak widok Thora, który wyglądał jakby miał zaraz rozwalić pięścią mur, i przenikliwy chłód ściany rozlewający się po jej ciele sprawiły, że mimowolnie zaczęła drżeć i szczękać zębami.

— Na Święte Płomienie — powiedział Thor wyczerpanym głosem, zobaczywszy co się z nią dzieje. Z westchnieniem oparł czoło na własnym przedramieniu. — Czy naprawdę wzięcie normalnej kąpieli, bez zalania połowy domu, jest czynnością wykraczającą poza zakres twoich możliwości? — wycedził pogrzebowym tonem.

— Przepraszam — szepnęła przez zaciśnięte z zimna zęby.

— Gdyby przeprosiny mogły wszystko załatwić, nie potrzebowalibyśmy Straży Miejskiej, prawda? — warknął poirytowany. — Jakby tego było mało zrobiłem z siebie idiotę przed Syrusem — ciągnął ignorując jej skruszone spojrzenie. — Jedną z dwóch osób, których miałem nadzieję już nigdy w życiu nie zobaczyć.

— Myślałam, że to twój przyjaciel — stwierdziła zaskoczona i skuliła się pod jego piorunującym wzrokiem.

— Z całą pewnością nie! — podkreślił.

— Wcale się nie śmiał — Sèra próbowała go nieudolnie pocieszyć.

— Nie, wcale. W duchu mało boków nie pozrywał — z westchnieniem oderwał się od ściany. Położył dłonie na jej nagich ramionach i natychmiast zabrał je, jakby dotyk jej skóry oparzył go. — Poczekaj tu chwilę — powiedział pocierając policzek. — Zaraz przyniosę ci coś suchego do ubrania.

— Thor — teraz to ona chwyciła go za ramię. — Błagam cię tylko nie kolejną sukienkę. Cokolwiek innego znajdziesz…

Po raz pierwszy od jakiegoś czasu dostrzegła w jego oczach ogniki rozbawienia.

Gdy wyszedł zamykając za sobą drzwi, Sèra potarła zziębnięte dłonie. Musiały być naprawdę lodowate gdyż nadal jeszcze czuła na nich zarys mięśni Thora, które pod jej dotykiem nabrały twardości głazu.

Rozdział 5

Lucille krzątała się po dużej sali jadalnej z uśmiechem roznosząc zamawiane potrawy i trunki. Niewiele było tam osób których by nie znała, za każdym razem więc przystawała na chwilę by zapytać o samopoczucie, rodzinę czy nowinki z miasta i okolic.

Jak co tydzień sala była pełna, ale goście i tak napływali, choćby po to by sącząc z kufli piwo posłuchać lokalnych ploteczek przy barze, poflirtować lub też po prostu potańczyć przy muzyce miejscowej kapeli.

Cieszyło ją to cotygodniowe zainteresowanie jej zajazdem. Ostatnimi czasy podróżnych chcących zatrzymać się na dłużej było coraz mniej, więc i dochody z tego tytułu drastycznie spadły. Wieczory te były toteż idealną okazją na podreperowanie domowego budżetu.

Coraz częściej jednak rozmyślała nad zamknięciem zajazdu i wyprowadzeniem się do stolicy. Kilka lat wcześniej zaoferowano jej pracę, którą, gdyby nie zaistniała sytuacja, przyjęłaby bez żadnego wahania. Ktoś jednak musiał zająć się osieroconym nagle rodzeństwem i zapewnić im dom do czasu osiągnięcia pełnoletności.

Lucille nawet raz nie poskarżyła się na swoje położenie, choć były czasy gdy w samotności swojego pokoju szlochała w poduszkę, tak by nie obudzić śpiącego po drugiej stronie korytarza Thora. Wraz jednak z pojawieniem się Sèry zaczęła podejrzewać, że być może już wkrótce ich życie zmieni się nieodwracalnie.

Odebrawszy ostatnią zapłatę skryła się na moment w kuchni, jedynym miejscu w którym choć na chwilę mogła zrzucić maskę wesołej beztroski, którą zakładała w kontaktach z gośćmi, i z westchnieniem opadła na drewnianą ławę by odpocząć. Usłyszawszy dźwięk uchylanych drzwi zerknęła z poirytowaniem, spodziewając się Thora, który już od dawna powinien być na sali i jej pomagać. Złość w jej wzroku jednak bardzo szybko ulotniła się na widok stojącego w progu Syrusa.

— Światłu niech będą dzięki, jesteś — zerwała się by go uściskać i uśmiechnęła się gdy poczuła na plecach delikatny dotyk, znaczący, że Syrus oddał jej uścisk, gdyż dobrze zdawała sobie sprawę ile kosztowały go takie drobne gesty przyjaźni. — Na Ogniste Podmuchy jesteś cały mokry! Jeszcze przed chwilą nie padało! Co się stało?

— Witaj, Lucille — przywitał ją Syrus, a na jego twarzy błąkał się słaby uśmiech gdy dotknął mokrej koszuli. — Mała awaria — dodał, i choć mina Lucille wyraźnie wskazywała na to, że chciałaby się dowiedzieć czegoś więcej, nie rozwinął swojej myśli.

— Może przyniosę ci coś suchego od Thora — zaproponowała dając za wygraną. — I tak miałam iść zwlec go siłą na dół. Już dawno temu powinien tu być, obibok jeden.

— Dziękuję — odmówił, wskazując by usiadła na chwilę i zajął miejsce obok niej. — To drobnostka. Zaraz wyschnie.

— Jak sytuacja na granicy? — zapytała z ciekawością.

— Jak na razie wszystko jest pod kontrolą. Jednak — Syrus ściszył głos, — z pewnych źródeł dowiedziałem się, że oddziały Terranovy zbierają się w przygranicznych miastach. Coś dziwnego czai się w powietrzu, czuję to. Moi ludzie dowiedzieli się o pewnej grupie, która poszukuje wiesz czego — zawiesił głos i spojrzał na nią znacząco, ale w jego wzroku była też troska i smutek.

— Czy… — Lucille urwała pytanie, jakby nagle zabrakło jej odwagi by je dokończyć.

— Nie, Lucille. Przykro mi — odparł Syrus ze smutkiem, najwyraźniej wiedząc o co chciała zapytać. — Nie zdołałem zdobyć jeszcze żadnych konkretnych informacji. Gdy tylko będę wiedział cokolwiek, natychmiast…

— Więc tu jesteś… cie — Thor wszedł chyłkiem do kuchni z miną szczeniaka który nasikał panu na kapcie, ale na widok Syrusa jego twarz momentalnie zmieniła się i przybrała obojętny wyraz. Lucille pomyślała, że jeśli ktoś potrafił rozpocząć wyraz służalczo-poddańczym tonem, a zakończyć go z lodowatą oschłością, to właśnie spotkał godnego przeciwnika.

— Thorain! — w jej głosie zabrzmiała ostrzegawcza nuta. — Usiądź. Wiesz, że musimy porozmawiać.

Słysząc prychnięcie, które jej brat uznał za wystarczającą odpowiedź o mało nie zagotowała się ze złości.

— Może byś choć raz posłuchał tego co się do ciebie mówi, Thorain — warknęła.

— Daj mi spokój. Czy zawsze wszystko musi być tak jak tego chcesz? Powiedziałem, że nie mam z nim o czym rozmawiać. Koniec, kropka.

— Porozmawiać o czym? — zainteresował się natychmiast Syrus.

— To prywatna rozmowa, jeśli nie zauważyłeś — wycedził Thor ozięble, a Lucille zgromiła go wzrokiem, rzucając jednocześnie Syrusowi przepraszające spojrzenie.

— Nie zauważyłem — odparł Syrus niezrażony.

Thor zazgrzytał w odpowiedzi zębami i założywszy ramiona na piersi, oparł się niedbale o ścianę.

Lucille wzięła głęboki oddech by się uspokoić i zerknęła z nadzieją na Syrusa, ale on z uwagą studiował właśnie podłogę pomiędzy swoimi stopami.

— Mam zbyt dużo pracy i zbyt mało cierpliwości by się z wami bawić w te dziecinne gierki! — krzyknęła i ruszyła w stronę drzwi, lecz nagle zatrzymała się w pół kroku. — Co to ma znaczyć? — wykrztusiła wreszcie nie wierząc własnym oczom.

Thor domyślił się co ją tak zaskoczyło, więc nawet nie podniósł wzroku i nadal z obojętną miną wpatrywał się w okno. Syrus natomiast spojrzał z zaciekawieniem i nawet na jego zazwyczaj nieodgadnionej twarzy pojawił się wyraz lekkiego zdumienia.

— Co ty masz na sobie? — zapytała Lucille zupełnie zbita z tropu.

Sèra, bo to właśnie ona pojawiła się w drzwiach, uśmiechnęła się blado. Po incydencie w łazience wybłagała od Thora by zamiast sukienki pozwolił jej założyć swoje stare ubranie.

Czarna koszula była dla niej zbyt długa, więc związała jej poły w supeł na wysokości bioder. Szerokie spodnie założyła w pasie i przewiązała haftowanym paskiem, a ich nogawki wetknęła w czarne wysokie buty, jedyny element przygotowanego przez Lucille stroju, który postanowiła zatrzymać.

— Źle wyglądam? — zapytała kreśląc na podłodze kółka czubkiem buta, mając świadomość, że Syrus przygląda jej się z ciekawością.

— Nie chodzi mi o to czy wyglądasz dobrze czy źle…

— Czy idiotycznie — wtrącił Thor, który najwyraźniej świetnie się bawił oglądając kogoś wijącego się pod surowym spojrzeniem siostry, a Sèra rzuciła mu poirytowane spojrzenie.

— …tylko, — kontynuowała Lucille tradycyjnie ignorując jego wypowiedzi, — dlaczego nie jesteś w sukni, którą ci przygotowałam?

— Bo widzisz, Lucille, — głos Sèry stał się jeszcze bardziej cichy i nerwowy, — naprawdę nie wiem jak to się stało, ale wykąpałam się i nawet założyłam twoją suknię tylko, że…

Syrus uniósł brwi z rozbawieniem, wreszcie rozumiejąc do czego dąży Sèra.

— Tylko, że? — dopytywał się tymczasem Thor ze złośliwym uśmiechem.