Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W Azji - Tiziano Terzani

Teksty legendarnego włoskiego dziennikarza, korespondenta niemieckiego tygodnika „Der Spiegel”, pisane na przestrzeni dwudziestu pięciu lat w Japonii, Kambodży, Laosie, Chinach, Indiach i Pakistanie – oto książka „W Azji”. Terzani po raz pierwszy trafił na kontynent azjatycki w 1965 roku, jeszcze jako sprzedawca maszyn do pisania marki Olivetti. Dlaczego zachwycił się Azją?

Pojechałem tam w poszukiwaniu „innego”, wszystkiego, czego nie znałem, w pogoni za ideami, ludźmi znanymi mi tylko z lektury. Zacząłem od nauki języka chińskiego, ponieważ pragnąłem zamieszkać w Chinach i zobaczyć maoizm na własne oczy; przyjąłem stanowisko korespondenta wojennego, gdyż uważałem, że to, co dzieje się w Wietnamie, jest również moją sprawą. Reszta przyszła sama, w tym także wybór krajów, w których miałem mieszkać; wybór za każdym razem dokonywany przez całą rodzinę, pod wpływem szczególnego zainteresowania, nigdy z osobistej wygody albo cudzego nadania.

fragment

Był świadkiem wielu wydarzeń historycznych, niekiedy nawet – jak w przypadku wkroczenia wojsk Vietcongu do Sajgonu w 1975 roku – jedynym dziennikarzem z Zachodu. Potrafił jednym rzutem oka ogarnąć całość opisywanych zdarzeń, a jednocześnie cechowała go ogromna dbałość o szczegół. To dlatego jego teksty tak wiernie oddają atmosferę przerażenia w Pekinie po masakrze na placu Tiananmen, paniki na ulicach Phnom Penh przed wkroczeniem Czerwonych Khmerów, ale też dusznego erotyzmu japońskich love hotels.

 

Tiziano Terzani przez trzydzieści lat był właściwie jedynym włoskim dziennikarzem, piszącym z pasją i głęboką znajomością rzeczy o wielkich wydarzeniach W Azji, poczynając od wojny wietnamskiej poprzez Kambodżę, Chiny, Japonię, Afganistan i Indie.

The Independent

Tiziano Terzani, jeden z najwybitniejszych europejskich reporterów. […] Krytycy porównują Terzaniego do autora Cesarza. […] Był tam, gdzie stawała się historia.

Rzeczpospolita

Terzani był wybitnym obserwatorem, dostrzegał rzeczy dla innych niewidoczne. […] Jego podróż po Dalekim Wschodzie, od Singapuru, przez Malezję, Tajlandię, Kambodżę, Birmę, po Chiny, to w dużej mierze wyprawa w głąb azjatyckiej podświadomości, w świat ginących tradycji, umierających obyczajów, w rzeczywistość, w której mistycyzm przybiera niemal materialną postać.

Dziennik

Tylko kilku dziennikarzy stało się legendą za życia, a jeszcze mniej spośród nich na to zasługuje. Tiziano Terzani z pewnością zasłużył. We Włoszech stał się kimś więcej niż legendą - był guru.

The Times

Opinie o ebooku W Azji - Tiziano Terzani

Fragment ebooka W Azji - Tiziano Terzani

Ti­zia­no Te­rza­ni

W AZJI

Przełożyła Jo­an­na Wajs

Tytuł ory­gi­nału: In Asia

Co­py­ri­ght © 1998, by Ti­zia­no Te­rza­ni

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMIX

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMIX

Wy­da­nie II

War­sza­wa

Pamięci Mar­ca Fil­lo­ux, Ko­kie­go Ishi­ha­ry i wszyst­kich in­nych ko­legów, którzy su­mien­nie wy­ko­nując zawód dzien­ni­ka­rza, cza­sem tyl­ko dla­te­go, że po­je­cha­li spraw­dzić jakiś szczegół, od­da­li życie na azja­tyc­kich fron­tach.

początek

Zo­stałem dzien­ni­ka­rzem, po­nie­waż w wyści­gach byłem za­wsze ostat­ni. Cho­dziłem do jed­ne­go z flo­renc­kich liceów i z upo­rem uczest­ni­czyłem we wszyst­kich bie­gach przełajo­wych, ja­kie od­by­wały się w par­ku Ca­sci­ne. Nie miałem żad­nych osiągnięć – z wyjątkiem rozśmie­sza­nia ko­legów. Pew­ne­go razu pod ko­niec za­wodów, kie­dy pu­blicz­ność już się roz­cho­dziła, a ja do­pie­ro do­tarłem na metę, pod­szedł do mnie mniej więcej trzy­dzie­sto­let­ni pan z no­te­sem i po­wie­dział coś w ro­dza­ju: „Je­steś uczniem? A więc nie star­tuj w bie­gach, tyl­ko je opi­suj!” Miałem wte­dy szes­naście lat i to był pierw­szy dzien­ni­karz, z ja­kim się ze­tknąłem, a także moja pierw­sza pro­po­zy­cja pra­cy: spra­woz­daw­cy spor­to­we­go „Gior­na­le del Mat­ti­no”. Zacząłem od biegów, po­tem prze­rzu­ciłem się na wyścigi ko­lar­skie, a jesz­cze później na me­cze piłki nożnej. Odtąd w nie­dzielę, za­miast cho­dzić na tańce, jeździłem po wio­skach i mia­stecz­kach To­ska­nii starą vespą 98.

„Zróbcie przejście, idzie dzien­ni­karz” – mówili or­ga­ni­za­to­rzy, kie­dy się przed­sta­wiałem. Byłem dzie­cia­kiem, a na spo­rcie znałem się mało albo wca­le, ale dzięki temu zajęciu mogłem li­czyć na do­bry punkt ob­ser­wa­cyj­ny, a dzień później – zo­ba­czyć swo­je na­zwi­sko nad krótkim ar­ty­kułem na spor­to­wych stro­nach miej­skiej ga­ze­ty. Do owych dwóch praw – a wręcz przy­wi­lejów – za­wsze byłem przy­wiązany. W nie­zwykłym za­wo­dzie dzien­ni­karza, który poza wszyst­kim jest sty­lem życia, pociągała mnie możność znaj­do­wa­nia się w cen­trum wy­da­rzeń, za­da­wa­nia naj­bar­dziej nie­wy­god­nych pytań, prze­cho­dze­nia przez wszyst­kie drzwi, bra­nia pod lupę lu­dzi wpływo­wych, a wresz­cie – zda­wa­nia re­la­cji.

Dzięki zda­niu: „Zróbcie przejście, idzie dzien­ni­karz”, wy­po­wia­da­ne­mu na różne spo­so­by, w różnych języ­kach, stanęło przede mną otwo­rem wie­le miejsc, przez które prze­to­czyła się hi­sto­ria, prze­ważnie smut­na, mo­ich czasów: były to fron­ty nie­po­trzeb­nych wo­jen, mogiły ofiar po­twor­nych rze­zi, upa­dlające więzie­nia i szkla­ne klo­sze pałaców należących do dyk­ta­torów. Nie opusz­czało mnie przy tym po­czu­cie, że wypełniam „misję”, że je­stem ocza­mi, usza­mi, po­wo­nie­niem, nie­kie­dy na­wet ser­cem czy­tel­ników – tych, którzy nie mo­gli po­je­chać tam, dokąd je­chałem ja. I nie tyl­ko czy­tel­ników.

Jeśli bo­wiem jest prawdą, że we wczo­rajszą ga­zetę dziś za­wi­ja się rybę, to prawdą jest także, że od dzien­ni­kar­stwa za­czy­na się hi­sto­ria. Za­wsze czułem tę od­po­wie­dzial­ność. Stąd wy­czu­le­nie na szczegóły, dokłada­nie sta­rań, aby pre­cy­zyj­nie przy­ta­czać fak­ty, licz­by, na­zwi­ska. Jeżeli de­ta­le po­je­dyn­cze­go zda­rze­nia, ja­kie­go było się świad­kiem, nie są wier­nie od­da­ne, to co z wier­nością całej mo­zai­ki hi­sto­rii, którą po­tem ktoś będzie re­kon­stru­ował na pod­sta­wie tych okruchów?

Nie twierdzę by­najm­niej, że na następnych stro­nach nie ma błędów; mówię je­dy­nie, że sta­rałem się ich uni­kać i że nig­dy nie wymyśliłem ni­cze­go po to, aby wypełnić lukę albo upiększyć opo­wieść. Niektóre ar­ty­kuły zo­stały na­pi­sa­ne na gorąco, pod presją, gdy li­czyła się każda mi­nu­ta; inne są dziełem dni – a nie­kie­dy ty­go­dni – badań i prze­myśleń. Jed­ne są wyłącznie kro­niką, dru­gie próbą na­kreśle­nia por­tre­tu kra­ju albo kon­kret­nej sy­tu­acji. A wszyst­kie mają coś wspólne­go z Azją, bo Azja od po­nad dwu­dzie­stu pięciu lat jest ce­lem mo­ich wy­praw.

Cze­mu Azja? Wy­brałem ją głównie dla­te­go, że była da­le­ko, dla­te­go, że spra­wiała na mnie wrażenie zie­mi, na której zo­stało jesz­cze coś do od­kry­cia. Po­je­chałem tam w po­szu­ki­wa­niu „in­ne­go”, wszyst­kie­go, cze­go nie znałem, w po­go­ni za ide­ami, ludźmi zna­ny­mi tyl­ko z lek­tu­ry. Zacząłem od na­uki języka chińskie­go, po­nie­waż pragnąłem za­miesz­kać w Chi­nach i zo­ba­czyć ma­oizm na własne oczy. Przyjąłem sta­no­wi­sko ko­re­spon­den­ta wo­jen­ne­go, gdyż uważałem, że to, co dzie­je się w Wiet­na­mie, jest również moją sprawą. Resz­ta przyszła sama, w tym także wybór krajów. Za­wsze po­dej­mo­wałem de­cy­zje ra­zem z ro­dziną, kie­rując się własny­mi za­in­te­re­so­wa­nia­mi, nie zaś oso­bistą wy­godą czy wolą przełożonych.

Ko­rzyść z by­cia dzien­ni­ka­rzem w porówna­niu, na przykład, z by­ciem dy­plo­matą – po­le­ga na wol­ności. Nie tyl­ko na wol­ności wyrażania własnych poglądów, ale także na swo­bo­dzie zmia­ny pra­co­daw­cy, jeśli nie po­zwa­la nam on robić tego, co byśmy chcie­li. Am­ba­sa­dor prze­no­szo­ny z jed­nej sto­li­cy do dru­giej nie może po­wie­dzieć: „Zo­stanę tu­taj i będę re­pre­zen­to­wał inne państwo”. Dzien­ni­karz na­to­miast może przejść do in­ne­go tytułu, aby zo­stać lub po­je­chać tam, gdzie mu się po­do­ba. Ja miałem szczęście – nig­dy nie mu­siałem zmie­niać od­bior­cy mo­ich tekstów, aby miesz­kać tam, gdzie mnie ciągnęło: w Sin­ga­pu­rze od 1971 do 1975 roku, w Hong­kon­gu od 1975 do 1979 roku, w Chi­nach od 1979 do 1984 roku, po­tem znów przez rok w Hong­kon­gu, w Ja­po­nii do 1990 roku, w Taj­lan­dii do 1994 roku, a od tam­te­go cza­su w In­diach.

W moim przy­pad­ku szczęście wiązało się ze spo­tka­niem od­po­wied­nie­go człowie­ka: Ru­dol­fa Au­gste­ina, założycie­la i sze­fa „Der Spie­gel”, który w 1971 roku, może roz­ba­wio­ny po­ja­wie­niem się tego dziw­ne­go ga­star­be­ite­ra szu­kającego za­trud­nie­nia, za­pro­po­no­wał mi współpracę, a kil­ka mie­sięcy później sta­no­wi­sko ko­re­spon­den­ta. Od tam­tej pory byłem „dzien­ni­ka­rzem nie­miec­kim”. Wcześniej próbowałem być także włoskim dzien­ni­ka­rzem, ale – po­dob­nie jak w bie­gach – nie miałem na tym polu znaczących osiągnięć. W owych la­tach żaden włoski dzien­nik ani ty­go­dnik nie po­sia­dał wysłan­ni­ka na Wscho­dzie ani nie był za­in­te­re­so­wa­ny stwo­rze­niem ta­kie­go sta­no­wi­ska.

Pi­sa­nie w ob­cym języku, dla czy­tel­ni­ka, którego nie znałem, nie­kie­dy mi ciążyło, więc od cza­su do cza­su wysyłałem ar­ty­kuły do włoskich ga­zet. Współpra­co­wałem z tytułami: „Il Gior­no”, „Il Mes­sag­ge­ro”, „L’Espres­so”, „La Re­pub­bli­ca”, a od 1989 roku z „Cor­rie­re del­la Sera”. Po włosku pro­wa­dziłem prze­ważnie własne dzien­ni­ki, z których po­tem po­wstało kil­ka książek.

Zbiór tu­taj za­miesz­czo­ny to wybór tekstów wyłącznie dzien­ni­kar­skich, na­pi­sa­nych w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu pięciu lat. Większość z nich zo­stała przetłuma­czo­na z ory­gi­nałów w języku nie­miec­kim lub an­giel­skim, inne ar­ty­kuły ist­niały od początku w języku włoskim. Oddałem je do dru­ku bez zmian, w po­sta­ci, w ja­kiej je od­na­lazłem – star­sze na pa­pie­rze we­li­no­wym albo w wer­sjach przesłanych przez te­leks, now­sze za­pi­sa­ne w pamięci kom­pu­te­ra.

Mówią, że wraz z roz­wo­jem narzędzi elek­tro­nicz­nych dzien­ni­kar­stwo się zmie­nia, że pogoń za sen­sacją wy­pa­czyła etykę za­wo­dową i że wkrótce znikną tacy jak ja – krążący jesz­cze po świe­cie i ści­gający ja­kieś małe praw­dy. Trud­no się nie zgo­dzić, cho­ciaż to bar­dzo przy­kre1. A jed­nak mam pew­ność, że mimo hi­per­ma­te­ria­li­zmu i amo­ral­ności obec­nych dzi­siaj w każdej dzie­dzi­nie, war­tości du­cha nie prze­minęły i także ten zawód, jak inne, na przekór wszyst­kim kom­pu­te­rom wnoszącym chłód do na­sze­go świa­ta, może nadal być wy­ko­ny­wa­ny z uczu­ciem i namiętnością, może nadal być po­strze­ga­ny jako mi­sja, służba pu­blicz­na, sposób na życie. A im więcej te­le­wi­zja będzie prze­syłać do na­szych domów skrótów wy­da­rzeń – po­da­nych błyska­wicz­nie, ale po­wierz­chow­nie – tym bar­dziej będą po­trzeb­ni ci, którzy jadą na miej­sce, aby zo­ba­czyć, powęszyć, przejąć się jakąś hi­sto­rią da­leką albo bliską, a po­tem ją opo­wie­dzieć tym, co jesz­cze chcą słuchać. Mam pew­ność, że tak właśnie jest. A jeśli nie – bo nie je­stem nie­omyl­ny – oto ko­pal­ne ślady przed­sta­wi­cie­la ginącego ga­tun­ku.

t.t.

Or­si­gna, kwie­cień 1998

W la­tach 1958–1961 byłem stu­den­tem Ko­le­gium Pra­wa Wyższej Szkoły Pe­da­go­gicz­nej w Pi­zie. Po obro­nie miesz­kałem przez sześć mie­sięcy w An­glii, a w 1962 roku zacząłem pracę w Oli­vet­ti. Sprze­da­wałem ma­szy­ny do pi­sa­nia, po­tem spędziłem trochę cza­su w fa­bry­ce, a jesz­cze później od­de­le­go­wa­no mnie do działu kadr za­gra­nicz­nych. W 1965 roku, jako dwu­dzie­sto­sied­mio­la­tek, zo­stałem wysłany do Ja­po­nii, gdzie miałem pro­wa­dzić szko­le­nia dla fir­my. Po dro­dze do To­kio za­trzy­małem się na je­den dzień w Bang­ko­ku. Wte­dy po raz pierw­szy po­sta­wiłem stopę na kon­ty­nen­cie azja­tyc­kim. Ude­rzyło mnie piękno bu­gen­wil­li. W To­kio ko­rzy­stałem z każdej wol­nej chwi­li, aby od­kry­wać mia­sto i pisać do An­ge­li o pierw­szych wrażeniach.

pierw­szy raz

To­kio, 4 stycz­nia 1965

Dro­ga żono,

jesz­cze błogo nieświa­do­my, żeśmy się pożegna­li, na­gle je­stem na miej­scu: w Ja­po­nii... No­wo­cze­sność czy­ni wszyst­ko po­spo­li­tym, a cy­wi­li­za­cja cy­wi­li­zo­wa­nym. Wylądowałem w To­kio, jak­by to był Me­dio­lan. Ho­tel równie do­brze mógłby się znaj­do­wać w Sztok­hol­mie, a obsługa gości – stan­dard Oli­vet­ti – nie różni się ni­czym od tej z Li­zbo­ny czy Hagi. Z okna, o które dzwo­ni na­tar­czy­wa mżawka, widzę sze­reg ni­skich domów i pustą jesz­cze ulicę. Chciałbym tyl­ko jed­ne­go: wy­rwać się z tego sen­ne­go spo­ko­ju ho­te­li dla me­nadżerów, którzy używają iden­tycz­ne­go mydła co w To­ron­to, i powłóczyć się po sza­rej równi­nie, wśród domów. Chciałbym zrzu­cić pan­cerz ochron­ny, który wszyst­ko wokół mnie czy­ni łatwym i uśmiech­niętym.

To­kio, 6 stycz­nia 1965

[...] Jadłem po raz pierw­szy w japońskiej re­stau­ra­cji, rozśmie­szając wszyst­kich sąsiadów upo­rem, z ja­kim sta­rałem się używać pałeczek. Gdy­by nie ro­dzi­na siedząca na­prze­ciw­ko, której każdy gest naśla­do­wałem, zapłaciłbym w końcu ra­chu­nek, nie tknąwszy ni­cze­go poza kil­ko­ma ziarn­ka­mi ryżu. Tu­taj nie tyl­ko inne są przy­bo­ry do je­dze­nia i pro­duk­ty, ale także sposób na­kry­wa­nia do stołu: za­miast ta­le­rzy po­ja­wiają się mi­secz­ki, w których coś pływa... Ko­niec i początek roku świętuje się ro­dza­jem wiel­kiej uczty trwającej dwa ty­go­dnie: uli­ce są de­ko­ro­wa­ne słomą ryżową, ko­bie­ty zakładają odświętne ki­mo­na, na sa­mo­cho­dach łopoczą chorągiew­ki z in­try­gującymi na­pi­sa­mi, których nie ro­zu­miem. W biu­rach pije się piwo i je z drew­nia­nych pudełek mi­ster­nej ro­bo­ty, ozdo­bio­nych kwia­ta­mi i ide­ogra­ma­mi. W oczach człowie­ka Za­cho­du ide­ogram jest nie­zwy­kle ele­ganc­kim ele­men­tem de­ko­ra­cyj­nym do­dającym każdemu przed­mio­to­wi ta­jem­ni­czości, toteż zdu­mie­wam mo­ich japońskich ko­legów, przy­stając z za­chwy­tem, aby przyj­rzeć się wiel­kiej re­kla­mie, na której zresztą – jak mi mówią – wid­nie­je hasło COCA-COLA, albo na­pi­so­wi na od­wro­cie krótkie­go błękit­ne­go ki­mo­na no­szo­ne­go przez ro­bot­ników, ozna­czającemu – jak mi mówią – TO­KIJ­SKIE PRZED­SIĘBIOR­STWO TE­LE­FO­NICZ­NE. Je­stem ocza­ro­wa­ny wszyst­kim, co obce, tą nie­możliwością po­ro­zu­mie­nia się, tym ta­jem­ni­czym kręgiem twa­rzy używających do prze­ka­zy­wa­nia uczuć tak od­mien­nych kodów, tym kręgiem znaków, których se­kre­ty pragnę prze­niknąć.

To­kio, 9 stycz­nia 1965

[...] Jed­ne­mu ze sprze­dawców, których szkolę, właśnie umarło maleńkie dziec­ko. Odwróciło się w kołysce i przy­du­siło po­duszką. We­zwa­no ka­retkę, która przy­je­chała z tle­nem, ale bez złączki i rur­ki, żeby go podać. Dziec­ko umarło. Sa­ni­ta­riu­sze i ro­dzi­ce wy­mie­ni­li ni­skie ukłony, prze­pra­szając na zmianę: pierw­si za to, że ka­za­li na sie­bie cze­kać, dru­dzy – że we­zwa­li ich nada­rem­no...

To­kio, 14 stycz­nia 1965

[...] Uczę się. Dziś w me­trze słuchałem roz­mo­wy sta­rusz­ki o prze­zro­czy­stej, gład­kiej twa­rzy i jej koleżanki, która wiozła za­ku­py w prze­pięknej chuście. Ta pierw­sza mówiła, a dru­ga, nie prze­stając kiwać głową, od­po­wia­dała: „Hai... hai... aah... so... iiiii... ooooooo... uuuuuu... hai”. Trwało to do­bre piętnaście mi­nut, a po­tem wstały i wyszły, kołysząc się na boki, sta­wiając małe krocz­ki. Pierw­sza nadal mówiła, dru­ga zaś wy­da­wała te same dźwięki, pod­czas gdy jej piękna błękit­no-czar­na chu­s­ta obi­jała się o ki­mo­no w od­cie­niu ciem­ne­go, ciepłego brązu.

Kio­to, 15 stycz­nia 1965

[...] Trwa święto młodych, którzy skończy­li dwa­dzieścia lat, a ja sko­rzy­stałem z oka­zji, aby przy­je­chać do Kio­to naj­szyb­szym pociągiem świa­ta... Miej­sce, w którym się znaj­duję, to ry­okan, tra­dy­cyj­ny ho­tel, a obsługu­je mnie z sza­cun­kiem po­kojówka-kar­mi­ciel­ka, dbająca o to, abym na­uczył się rozróżniać roz­ma­ite ro­dza­je pan­to­fli i nie po­my­lił tych do o-furo, „czci­god­nej kąpie­li”, z tymi do wy­chod­ka... Na her­batę przy­szedł do mnie „dziw­ny flo­rent­czyk”, przy­ja­ciel Fo­sca Ma­ra­inie­go, do­mi­ni­ka­nin San­dro Ben­ci­ven­ni. Zo­stał do północy, siedząc na podłodze przy moim małym sto­li­ku z laki, pod­czas gdy kar­mi­ciel­ka po­da­wała cia­stecz­ka i sake, uszczęśli­wio­na, że może przyjąć gościa w domu swo­je­go gościa. Roz­ma­wia­liśmy o Flo­ren­cji, o tym, dla­cze­go z niej ucie­kliśmy, o Wscho­dzie, o bud­dy­zmie, którego on jest wiel­kim znawcą... Jego na­iw­ność co do sto­sunków pa­nujących na świe­cie jest roz­bra­jająca, ale re­flek­sje fi­lo­zo­ficz­ne zro­biły na mnie duże wrażenie: Zachód – mówił – to kul­tu­ra poj­mo­wa­na jako na­uka, czy­li jako po­zna­nie świa­ta wokół „ja”, tym­cza­sem „ja” jest tyl­ko in­stru­men­tem i do­mem myśli; stąd biorą początek przy­ro­do­znaw­stwo i na­uki em­pi­rycz­ne. Na­to­miast Wschód (to zna­czy In­die, dla nie­go bo­wiem wszyst­ko przyszło właśnie stamtąd przez Chi­ny i Koreę – także do Ja­po­nii) to kul­tu­ra poj­mo­wa­na jako po­szu­ki­wa­nie myślącego „ja”, myśl poj­mo­wa­na jako myśl „ja”, które myśli samo sie­bie, albo­wiem „ja” nie jest częścią całości, lecz całością. Różnice to złudze­nie: całość, ab­so­lut, jest prawdą. Rozróżnia­nie do­nikąd nie pro­wa­dzi. W owych dwóch kie­run­kach – po­wia­da – świat zmie­rzał przez stu­le­cia, do­cie­rając do prze­rażającej otchłani współcze­sności, gdzie z jed­nej stro­ny jest „ja”, które za­po­mniało o so­bie sa­mym, za­tra­cając się w po­zna­niu zewnętrzne­go świa­ta, a wręcz stało się więźniem po­zna­ne­go – co ozna­cza cy­wi­li­zację ma­szy­ny i ko­niec hu­ma­ni­zmu – z dru­giej stro­ny zaś jest „ja”, które osiągnęło nie­zmie­rzoną głębię i wy­ra­fi­no­wa­ne for­my kul­tu­ry, ale, za­po­mniawszy o po­zna­wa­niu zewnętrzne­go świa­ta, umie­ra te­raz z głodu, a także na dżumę i trąd...

Spędziłem w Ja­po­nii półtora mie­siąca. W dro­dze po­wrot­nej za­trzy­małem się w Hong­kon­gu, w Sin­ga­pu­rze i w Del­hi. Podjąłem de­cyzję: moja przyszłość będzie związana z Azją. Mu­siałem się za­tem przy­go­to­wać. W pierw­szych dniach września 1967 roku wszedłem z An­gelą na pokład „Le­onar­da da Vin­ci” płynącego do No­we­go Jor­ku. Po dru­giej podróży do Azji – z przy­stan­ka­mi w Au­stra­lii, na wy­spie Ti­mor, w Hong­kon­gu i Ma­kau pod­czas wiel­kich wystąpień ma­oistów – otrzy­małem Hark­ness Fel­low­ship, sty­pen­dium, które po­zwo­liło mi spędzić dwa lata w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Za­pi­sałem się na Uni­wer­sy­tet Co­lum­bia, gdzie stu­dio­wałem si­no­lo­gię. W 1969 roku wróciłem do Włoch, przez osiem­naście mie­sięcy pra­co­wałem jako dzien­ni­karz stażysta w „Il Gior­no” w Me­dio­la­nie, a po­tem złożyłem wymówie­nie. Pod ko­niec 1971 roku z dwójką maleńkich dzie­ci wy­ru­szy­liśmy do Sin­ga­pu­ru. Nasz pierw­szy azja­tyc­ki dom znaj­do­wał się w par­ku pełnym tro­pi­kal­nych barw i odgłosów.

Na pierw­szym pla­nie w tam­tym okre­sie była woj­na in­do­chińska, w której Ame­ry­ka­nie i wspie­ra­ne przez nich pra­wi­co­we reżimy wal­czy­li prze­ciw­ko ko­mu­ni­stycz­nej par­ty­zant­ce po­pie­ra­nej przez Chi­ny i ZSRR. W kwiet­niu 1972 roku zna­lazłem się jako ko­re­spon­dent w Wiet­na­mie i po raz pierw­szy po­czułem, co to zna­czy „strze­lać z wściekłością”. Zacząłem pro­wa­dzić dzien­nik. Oto pierw­sza stro­na:

Saj­gon, 7 kwiet­nia 1972

Woj­na jest rzeczą smutną, ale jesz­cze smut­niej­sze jest to, że człowiek się przy­zwy­cza­ja. Pierw­szy trup, ja­kie­go uj­rzałem, leżący dziś rano na wale obo­zu z roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi, wy­chudłymi dłońmi pełnymi błota i wo­sko­wożółtą twarzą, spra­wił, że zdrętwiałem. Następne ciała po pro­stu li­czyłem, jak rze­czy, których liczbę, z za­wo­do­we­go obo­wiązku, trze­ba za­pi­sać.

Nie­możliwością jest mówić, pisać o tej czy in­nej woj­nie, jeśli się nie po­je­dzie na miej­sce, aby ją zo­ba­czyć, jeśli nie jest się go­to­wym po­dzie­lić jej nie­bez­pie­czeństw. Mówiłem to so­bie, udając się na front, po dwóch dniach w Saj­go­nie z at­taché woj­sko­wy­mi, rzecz­ni­ka­mi dowództwa, „eks­per­ta­mi” – dniach spędzo­nych na dys­ku­sjach o woj­nie, która nadal była dla mnie czymś ode­rwa­nym od rze­czy­wi­stości, abs­trak­cyj­nym, jak­by nie bra­li w niej udziału lu­dzie.

Sądziłem, że trze­ba po­je­chać na wojnę, aby ją zro­zu­mieć, jak­by to był także ro­dzaj lo­jal­ności w sto­sun­ku do żołnie­rzy. Nie zmie­niłem zda­nia, ale te­raz, kie­dy tu je­stem, czuję strach, a prze­raża mnie od­kry­cie, że tej woj­ny nie da się przeżyć in­a­czej, jak tyl­ko po którejś ze stron fron­tu, jako – w pew­nym sen­sie – jej część.

Żołnie­rze, za którymi idzie­my, stają się szyb­ko „nami”, a ci dru­dzy, którzy do nas strze­lają, stają się nie­przy­ja­ciółmi, bad guys, „złymi”, jak na­zy­wają ich Ame­ry­ka­nie.

Ucząc się rozróżniać po­ci­ski wy­strze­li­wa­ne re­gu­lar­nie przez „naszą” ar­ty­le­rię i te nad­ciągające, spo­ra­dycz­nie, znie­nac­ka, które mogą paść tuż obok, uczy­my się au­to­ma­tycz­nie mówić „my” i „oni”.

Z twarzą ukrytą w dole wypełniającym się wodą, pod­czas ulew­ne­go desz­czu, zdzi­wiłem się, że marzę, aby nad­le­ciały ame­ry­kańskie he­li­kop­te­ry, aby zja­wiły się co­bry i oczyściły la­sek, skąd kil­ku snaj­perów brało nas na cel.

– Jeśli nie do­sta­nie­my wspar­cia do dziś wie­czo­rem albo do ju­tra, będzie po nas – mówił ma­jor Minh, szef dys­tryk­tu Chon Than. – Od­działów Wiet­kon­gu jest co­raz więcej z go­dzi­ny na go­dzinę. Są pra­wie wszędzie... – I za­ta­czał koło wyciągniętą ręką. W tym właśnie mo­men­cie do nas strze­li­li. Stałem wy­pro­sto­wa­ny; bar­dzo bli­sko, na wy­so­kości pra­we­go ucha, coś prze­le­ciało obok mnie z sy­kiem. Su­chym. Krótkim. Wiem, mówio­no mi wie­le razy, że kula, którą słyszysz, nie jest tą, która cię tra­fi, ale to słabe po­cie­sze­nie, kie­dy ko­lej­ne prze­la­tują ci nad głową i wiesz, że kil­ka metrów stąd ktoś, kogo na­wet nie znasz, cze­ka, żebyś się ru­szył, aby do cie­bie strze­lić, i może myśli, że je­steś ame­ry­kańskim do­radcą... 2

Moja ro­dzi­na była bez­piecz­na w Sin­ga­pu­rze, a ja połowę cza­su spędzałem w In­do­chi­nach, krążąc za­zwy­czaj pomiędzy La­osem, Kam­bodżą a Wiet­na­mem. Z tych trzech krajów Laos wy­da­wał się naj­bliższy osiągnięcia po­ko­ju. Przed­sta­wi­cie­le par­ty­zant­ki we­szli do rządu i pierw­si lu­dzie z Pa­thet Lao po­ka­za­li się w sto­li­cy.

Laos: mi­lion słoni

Wien­tian, kwie­cień 1974

Pa­trol Pa­thet Lao prze­cho­dzi co go­dzi­na po za­cho­dzie słońca. Gęsie­go, po­wo­li, górskim cho­dem, jak­by nadal znaj­do­wa­li się w dżunglach wy­zwo­lo­ne­go La­osu, ko­mu­ni­stycz­ni par­ty­zan­ci pa­tro­lują uli­ce tego mia­sta, które w la­tach woj­ny stało się ame­ry­kańskim cen­trum do­wo­dze­nia taj­ny­mi ope­ra­cja­mi w In­do­chi­nach, metą agentów CIA, ośrod­kiem han­dlu opium. W swo­ich zie­lo­nych mun­du­rach, wypłowiałych od słońca i desz­czu, w pełnym rynsz­tun­ku bo­jo­wym, z chiński­mi ka­ra­bi­na­mi AK-47 na bio­drze, de­fi­lują, je­den za dru­gim, po obu stro­nach dro­gi, przed ba­ra­mi, klu­ba­mi noc­ny­mi, między grup­ka­mi pro­sty­tu­tek i trans­we­stytów po­lujących na ostat­nich klientów na uli­cy Sam Se Thai.

Ni­ko­go nie za­trzy­mują, nie za­dają pytań. Na ra­zie po pro­stu chodzą i patrzą.

Od trzech ty­go­dni w La­osie ist­nie­je rząd ko­ali­cyj­ny. Ko­mu­niści mają połowę władzy i tysiąc ośmiu­set żołnie­rzy w sto­li­cy ad­mi­ni­stra­cyj­nej kra­ju. Choć po układach pa­ry­skich dużo się mówiło o tym roz­wiąza­niu, wpro­wa­dze­nie go w życie wywołało za­sko­cze­nie. Zda­niem wie­lu osób to było ni­czym zakończe­nie baśni.

Po dzie­sięciu la­tach bra­tobójczej woj­ny pod­jaz­do­wej wro­go­wie, dwaj książęcy bra­cia przy­rod­ni, spo­tka­li się w Lu­ang Pra­bang, daw­nej sto­li­cy „króle­stwa mi­lio­na słoni”, i przy­sięgli w obec­ności króla, swo­je­go ku­zy­na, że dla do­bra na­ro­du będą współpra­co­wać.

So­uvan­na Pho­uma, an­ty­ko­mu­ni­sta, i So­upha­no­uvong, ko­mu­ni­sta, sta­li je­den przy dru­gim, w tra­dy­cyj­nych stro­jach Lao, ciem­no­nie­bie­skich spódnicz­kach i białych ma­ry­nar­kach zapiętych pod szyję. Za nimi, wszy­scy w ta­kich sa­mych dwor­skich sza­tach, człon­ko­wie no­we­go rządu i rady po­li­tycz­nej. Sce­na wy­da­wała się wyjęta z ja­kiejś sta­rej, eg­zo­tycz­nej re­pro­duk­cji: gwar­dia królew­ska stojąca na bacz­ność, kor­pus dy­plo­ma­tycz­ny w ga­lo­wych mun­du­rach, bon­zo­wie w swo­ich po­ma­rańczo­wych tu­ni­kach i świętujący tłum. Bi­cie w gong niosło się z Wat Phu Si, sank­tu­arium na świętym wzgórzu, gdzie, jak po­wia­dają, zo­stały po­grze­ba­ne niektóre z osiem­dzie­sięciu czte­rech tysięcy re­li­kwii Bud­dy i gdzie, według la­otańskiej le­gen­dy, ukry­wają się dwa po­twor­ne smo­ki, które wyjdą, aby pożreć wszyst­kich miesz­kańców kra­ju, jeśli gong umilk­nie.

Laos się zjed­no­czył, i to na dro­dze po­ko­jo­wej; jako pierw­sze państwo w In­do­chi­nach zdołał zakończyć wojnę, której po­szczególne fazy pu­sto­szyły półwy­sep od 1945 roku. Miesz­kańcy tego kra­ju mają przysłowie na każdą okazję, toteż książę So­uvan­na Pho­uma, pre­mier no­we­go rządu ko­ali­cyj­ne­go, zna­lazł sto­sow­ne również do obec­nych oko­licz­ności:

– Nie da się wody prze­połowić mie­czem – po­wie­dział mi z należytą pod­niosłością na przyjęciu w swo­jej re­zy­den­cji. – Jeśli ktoś zno­wu spróbuje nas po­dzie­lić, my połączy­my się jak ona.

Mimo ofi­cjal­nie pa­nującego opty­mi­zmu, wie­lu ob­ser­wa­torów z za­gra­ni­cy, a także sa­mych La­otańczyków, wyraża wątpli­wości co do szans utrzy­ma­nia ko­ali­cji: trze­ciej po dwóch wcześniej­szych eks­pe­ry­men­tach (w 1957 i 1962 roku), które za każdym ra­zem kończyły się ka­ta­strofą.

Niektórzy uważają, że Pa­thet Lao, ze swoją połową wpływów, prze­pro­wa­dzi za­mach sta­nu, aby za­garnąć całą władzę; inni, prze­ciw­nie, twierdzą, że zro­bią to bo­ga­te la­otańskie rody i ich pra­wi­co­wi ge­ne­rałowie, aby prze­gnać ko­mu­nistów do ka­mie­niołomów Sam Neua, mia­sta na gra­ni­cy z Wiet­na­mem Północ­nym, gdzie od­działy Pa­thet Lao oparły się krwa­wym bom­bar­do­wa­niom ame­ry­kańskich la­tających for­tec i z po­wo­dze­niem pro­wa­dziły wojnę re­wo­lu­cyjną prze­ciw­ko rządowi z Wien­tia­nu cieszącemu się po­par­ciem Wa­szyng­to­nu.

Ale Laos jest kra­jem wyjątko­wym i tu­taj ko­ali­cja na­prawdę może się spraw­dzić.

To kraj, w którym na­wet w naj­ostrzej­szej fa­zie kon­flik­tu, kie­dy żołnie­rze rządowi i par­ty­zan­ci ko­mu­ni­stycz­ni za­bi­ja­li się w dżungli, ofi­cjal­ny re­pre­zen­tant Pa­thet Lao da­lej miesz­kał spo­koj­nie, jak gdy­by nig­dy nic, w wil­li na głównym pla­cu tar­go­wym, a umun­du­ro­wa­ny par­ty­zant pil­no­wał bra­my, stojąc na­prze­ciw­ko se­tek go­spo­dyń do­mo­wych robiących za­ku­py na stra­ga­nach z zie­le­niną. Czte­ry mi­ni­ster­stwa w rządzie Wien­tia­nu przez trzy­naście lat po­zo­sta­wały nie­ob­sa­dzo­ne, na wy­pa­dek gdy­by przywódcy Pa­thet Lao ze­chcie­li wrócić i znów je objąć, z dru­giej zaś stro­ny par­ty­zan­ci nig­dy nie stwo­rzy­li sa­mo­zwańcze­go rządu re­wo­lu­cyj­ne­go, jak to uczy­nił Wiet­kong w Wiet­na­mie oraz Czer­wo­ni Khme­rzy w Kam­bodży.

Woj­na w La­osie zo­stała tu prze­nie­sio­na z in­nych te­renów In­do­chin, na­rzu­co­na przez in­ter­wencję ame­ry­kańską, a pro­pa­gan­da an­ty­ko­mu­ni­stycz­na opłaca­na przez Wa­szyng­ton nig­dy nie zdołała przed­sta­wić Pa­thet Lao jako za­twar­działych, śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nych wrogów.

Dla La­otańczyków par­ty­zan­ci byli na­cjo­na­li­sta­mi, którzy wal­czy­li prze­ciw­ko ob­cej in­ge­ren­cji w kra­ju, i ich po­pu­lar­ność wciąż jest bar­dzo duża na­wet na zie­miach kon­tro­lo­wa­nych przez rząd z Wien­tia­nu.

Tysiące lu­dzi wy­legły na uli­ce, aby wy­ma­chi­wać fla­ga­mi i chu­s­tecz­ka­mi, bić bra­wo, spon­ta­nicz­nie śpie­wać po­pu­larną pieśń Pa­thet Lao (dotąd trans­mi­to­waną tyl­ko przez pod­ziem­ne ra­dio, ale naj­wy­raźniej świet­nie wszyst­kim znaną): Pokój tu jest, przy­szedł pokój.

Biała wołga sze­fa or­ga­ni­za­cji je­chała wol­no między dwo­ma skrzydłami tłumu wznoszącego okrzy­ki, a żołnie­rze Pa­thet Lao, roz­sta­wie­ni co pięćdzie­siąt metrów wzdłuż dro­gi, byli bo­ha­te­ra­mi dnia. Lu­dzie ich obej­mo­wa­li.

Iden­tycz­ne przyjęcie zgo­to­wa­no czer­wo­ne­mu księciu w Lu­ang Pra­bang, sto­li­cy królew­skiej, a Sa­vang Vat­tha­na, mo­nar­cha, był tak roz­drażnio­ny za­mknięciem szkół i tłuma­mi na uli­cach – z po­dobną atencją na ogół wi­ta­no jego osobę – że w ostat­niej chwi­li odmówił pod­pi­sa­nia de­kre­tu kon­sty­tu­ującego nowy rząd. Król bał się, że jego tron jest za­grożony, i do­pie­ro gdy So­upha­no­uvong roz­wiał jego oba­wy, zmie­nił zda­nie i złożył pod­pis.3

Lęk, że wraz z dojściem Pa­thet Lao do władzy wszyst­ko się zmie­ni, nie był je­dy­nie troską władcy. Bo­ga­ta la­otańska burżuazja, chińscy biz­nes­me­ni, am­ba­sa­do­rzy Wiet­na­mu Południo­we­go i Kam­bodży, re­zy­den­ci za­gra­nicz­ni, a na­wet hi­pi­si set­ka­mi prze­jeżdżający przez Laos w swo­jej wędrówce za ta­ni­mi nar­ko­ty­ka­mi – wszy­scy byli za­nie­po­ko­je­ni, że nowy rząd po­dej­mie środ­ki eko­no­micz­ne, aby ogra­ni­czyć pry­watną przed­siębior­czość, roz­pocz­nie dzieło od­no­wy mo­ral­nej kra­ju i nawiąże sto­sun­ki dy­plo­ma­tycz­ne z in­ny­mi rządami re­wo­lu­cyj­ny­mi w re­gio­nie, a także wy­rzu­ci z państwa wszyst­kich „nie-Lao”, którzy żyją tu z mniej lub bar­dziej le­gal­nych in­te­resów.

Nic ta­kie­go nie nastąpiło. Choć minęły trzy ty­go­dnie od po­wsta­nia no­we­go rządu, nie podjęto jesz­cze ani jed­nej ra­dy­kal­nej de­cy­zji po­li­tycz­nej, a lu­dzie z Pa­thet Lao robią, co mogą, aby wszyst­kich uspo­koić. Pierwszą pu­bliczną wi­zytą no­we­go mi­ni­stra go­spo­dar­ki i pla­no­wa­nia – członka Pa­thet Lao – było uda­nie się na co­ty­go­dnio­wy obiad w Ro­ta­ry Club w ele­ganc­kim Ho­tel Lane Xang. Z ko­lei mi­ni­ster do spraw wy­znań – także z Pa­thet Lao – w to­wa­rzy­stwie czer­wo­ne­go księcia So­upha­no­uvon­ga po­szedł i na bud­dyjską, i na ka­to­licką ce­re­mo­nię ku pamięci Pom­pi­dou.

Wien­tian i Lu­ang Pra­bang, mimo obec­ności par­ty­zantów na uli­cach, wyglądają tak jak za­wsze. Je­de­naście pa­lar­ni opium i sie­dem bur­de­li daw­nej sto­li­cy królew­skiej działa dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny na dobę, po­dob­nie jak domy pu­blicz­ne w dziel­ni­cy Pa Kuai w Wien­tianie i dzie­siątki chat, w których faj­ka naj­lep­sze­go opium kosz­tu­je wciąż sto kipów (nie­całe pół euro). Ma­ri­hu­anę nadal można kupić na głównym tar­gu Wien­tianu, między główka­mi ka­pu­sty a ba­zy­lią, za sto pięćdzie­siąt kipów od ki­lo­gra­ma, a na wy­sta­wach wiet­nam­skich sklepów nie­zmien­nie wid­nieją, poza por­tre­ta­mi króla La­osu, fo­to­gra­fie Nguy­ena Van Thieu, roz­po­wszech­nia­ne przez lo­kalną am­ba­sadę Saj­go­nu, która zo­stała za­pew­nio­na, po­dob­nie jak kam­bodżańska, że nowy rząd nie na­ru­szy sta­tus quo swo­ich sto­sunków dy­plo­ma­tycz­nych.

Whi­te Rose, sławny bar, w którym dziew­czy­ny palą naj­mniej do tego sto­sowną, a za­ra­zem naj­bar­dziej in­tymną częścią ciała dzie­sięć pa­pie­rosów jed­no­cześnie, Ma­da­me Lulu, bur­del, w którym to­wa­rem jest wyłącznie „miłość fran­cu­ska”, wciąż działają, ale lo­ka­le są nie­malże pu­ste, bo sta­li klien­ci – pi­lo­ci z CIA i taj­ni agen­ci bawiący tu­taj prze­jaz­dem w roz­licz­nych prze­bra­niach – opuścili kraj ra­zem z większością społecz­ności ame­ry­kańskiej. Kręci się jesz­cze trochę sta­rych na­jem­ników z Le­gii Cu­dzo­ziem­skiej, od 1954 roku han­dlujących tanią whi­sky w nędznych ba­rach, ciem­nych jak niektóre pro­wa­dzo­ne tu in­te­re­sy.

– Pa­thet Lao nie chce się za­cho­wy­wać jak słoń w składzie por­ce­la­ny – po­wie­dział pe­wien za­chod­ni dy­plo­ma­ta. – Przede wszyst­kim chce zro­zu­mieć, jak funk­cjo­nu­je sys­tem, wy­ro­bić so­bie kon­tak­ty. Po­tem po­wo­li przej­dzie do czynów.

Tym, co się zmie­niło, jest at­mos­fe­ra w kra­ju.

– Oni są wszędzie. Czuję ich od­dech na kar­ku przez cały czas – mówił mi chiński han­dlarz. – Nie chcą ni­cze­go, nig­dy nie widać, żeby wcho­dzi­li do skle­pu, do re­stau­ra­cji, ale są, to się wy­czu­wa.

Łatwo roz­po­znać domy i wil­le, w których za­miesz­ka­li człon­ko­wie Pa­thet Lao: mury zo­stały świeżo od­ma­lo­wa­ne, bra­my na­pra­wio­ne, a ogro­dy prze­obrażone w wa­rzyw­ni­ki, gdzie w ciągu dnia widać par­ty­zantów pod­le­wających sałatę albo kar­miących kury. W małym par­ku wokół wil­li, w której za­miesz­kał książę So­upha­no­uvong, dwa­dzieścia metrów od am­ba­sa­dy ame­ry­kańskiej, żyje około tu­zi­na małych ka­czu­szek plu­skających się w nie­dużym, nie­daw­no wy­ko­pa­nym sta­wie.

Wokół lu­dzie Pa­thet Lao – z ka­ra­bi­nem ma­szy­no­wym za­wsze na wyciągnięcie ręki – bu­dują drew­nia­ny ba­rak albo robią pra­nie.

Pa­thet Lao ma, według sza­cunków Za­cho­du, około trzy­dzie­stu pięciu tysięcy bo­jow­ników w La­osie i kon­tro­lu­je przy­najm­niej 85 pro­cent po­wierzch­ni kra­ju. Mimo to w Wien­tia­nie, gdzie tra­dy­cyj­nie sku­piały się siły pra­wi­cy fi­nan­so­wa­ne przez Ame­ry­kanów, or­ga­ni­za­cja wie, że po­ru­sza się po grząskim grun­cie. Dla­te­go jej człon­ko­wie są po­dejrz­li­wi wo­bec cu­dzo­ziemców i mają się na bacz­ności. Przywódcy zresztą też są ostrożni i nie chcą udzie­lać wy­wiadów.

So­upha­no­uvong to fa­scy­nująca po­stać. Ni­ski, przy­sa­dzi­sty, sze­ro­ki w ra­mio­nach, ma opa­loną twarz, małe czar­ne wąsiki i spoj­rze­nie utkwio­ne gdzieś poza rozmówcą, jak­by za­wsze spoglądał „w przyszłość”. W ostat­nich dniach wi­dy­wałem go wie­le razy, ale nie udało mi się wyciągnąć z nie­go nic po­nad uśmiech od ucha do ucha albo ciętą ri­postę. Pod­czas przyjęcia za­py­tałem, skąd spo­dzie­wa się naj­większych trud­ności dla no­we­go rządu. A on po pro­stu odwrócił się w kie­run­ku ame­ry­kańskie­go am­ba­sa­do­ra Whi­te­ho­use’a, który sączył dżin z to­ni­kiem krok od nas, i po­wie­dział:

– Stąd.

15 sierp­nia 1973 roku Ame­ry­ka­nie prze­rwa­li na­lo­ty dy­wa­no­we na Kam­bodżę. Odtąd je­dy­nie nie­bez­pośred­nio wspie­ra­li rząd mar­szałka Lon Nola. Czer­wo­ni Khme­rzy byli już u bram sto­li­cy.

Kam­bodża: strach przed białym ko­niem

Phnom Penh, 2 stycz­nia 1975

– To nie jest mia­sto na zie­mi, to wro­ta do zaświatów – mówi sta­ry re­zy­dent fran­cu­ski. Gdy­by nie bijące w oczy nieszczęścia tej za­stra­szająco ziem­skiej woj­ny, która wpędziła lu­dzi w głód i zga­siła na twa­rzach miesz­kańców Kam­bodży ich słynny „khmer­ski uśmiech”, można by mu uwie­rzyć.

Wy­star­czy kil­ka dni w Phnom Penh, aby przy­wyknąć do od­mien­ne­go ryt­mu życia, aby wejść w lo­gikę in­ne­go świa­ta, w którym rze­czy­wi­stość i fan­ta­zja, rozsądek i przesąd nie­ustan­nie się mie­szają. Phnom Penh to na­wie­dzo­ne mia­sto, gdzie żyją obok sie­bie lu­dzie i du­chy. Żołnie­rze ru­szający na miej­sce ope­ra­cji z wi­ze­run­kiem Bud­dy w zębach albo z głową prze­wiązaną ko­lo­rową szmatą mającą chro­nić ich przed ku­la­mi ni­ko­go tu nie dzi­wią. A kie­dy bie­gnie wieść, że pre­zy­dent re­pu­bli­ki, mar­szałek Lon Nol, za­mie­rza prze­sunąć wzgórze w sa­mym środ­ku mia­sta, po­nie­waż według jego astro­lo­ga wie­ki temu Chińczy­cy usy­pa­li je podstępem nad sied­miogłowym wężem o imie­niu Nagi, du­chem Kam­bodży, aby ujarz­mić na za­wsze khmerską lud­ność – nikt się nie obu­rza.

Zda­niem miesz­kańców Kam­bodży mar­szałek może na­wet mieć rację. Daw­no temu, gdy kom­pa­nia żołnie­rzy rządo­wych uciekła w popłochu przed Czer­wo­ny­mi Khme­ra­mi, mówiąc, że uj­rzała na nie­bie ol­brzy­mie­go białego ko­nia, Lon Nol kazał sze­fo­wi swo­ich taj­nych służb – pew­ne­mu pułkow­ni­ko­wi – prze­pro­wa­dzić śledz­two. Ten na­pi­sał długi ra­port, do­chodząc do następującego wnio­sku: „Nie był to koń, lecz chmu­ra”. Zwołano kon­fe­rencję pra­sową, na której jakiś ame­ry­kański dzien­ni­karz za­py­tał pułkow­ni­ka: „Ale czy na­prawdę wie­rzy­liście, że to mógł być koń?” Tam­ten na to: „Oczy­wiście. I gdy­by ta wer­sja się po­twier­dziła, byłby to na­prawdę zły znak”.

Dla miesz­kańców Kam­bodży biały koń jest sym­bo­lem króla, który przy­by­wa zawładnąć ich kra­jem, a owym królem może być tyl­ko Si­ha­no­uk do­wodzący Czer­wo­ny­mi Khme­ra­mi.

Za­nie­po­ko­je­ni tymi aspek­ta­mi życia w Kam­bodży, Ame­ry­ka­nie nie­daw­no zle­ci­li pew­ne­mu an­tro­po­lo­go­wi opra­co­wa­nie miej­sco­wych mitów i wie­rzeń. Poza tym je­den z pra­cow­ników am­ba­sa­dy zo­stał wy­zna­czo­ny do „kon­tro­lo­wa­nia i pro­wa­dze­nia” astro­logów oraz chi­ro­mantów, bez których Lon Nol nie może na co dzień się obejść i których po­ra­dy kosz­tują kasę państwową kil­ka mi­lionów do­larów rocz­nie.

Am­ba­sa­da ame­ry­kańska, znaj­dująca się kil­ka kroków od pałacu pre­zy­denc­kie­go, upra­gnio­ny cel po­cisków ra­kie­to­wych ko­mu­nistów, z dnia na dzień co­raz bar­dziej przy­po­mi­na for­tecę. Pod­czas ostat­nich prac kon­ser­wa­tor­skich pod­wyższo­no do pięciu metrów pierścień murów, a wszyst­kie drzwi, przed­tem drew­nia­ne, zastąpio­no ma­syw­ny­mi sta­lo­wy­mi płyta­mi. Do­stać się tam to skom­pli­ko­wa­na spra­wa, po­nie­waż trze­ba prze­mie­rzyć la­bi­rynt kon­tro­li i re­wi­zji, aż wresz­cie jakiś ma­ri­ne elek­trycz­nym me­cha­ni­zmem otwie­ra ku­lo­od­por­ne szkla­ne drzwi.

Obec­ność Ame­ry­kanów w Phnom Penh ogra­ni­czają li­mi­ty na­rzu­co­ne przez Kon­gres (nie więcej niż dwu­stu funk­cjo­na­riu­szy), ale aż na­zbyt rzu­ca się ona w oczy. W re­stau­ra­cji La Ta­ver­ne, na ci­chym i spo­koj­nym pla­cu de la Po­ste, nie­zmie­nio­nym od 1890 roku, jak­by to były de­ko­ra­cje w sta­rym te­atrze fran­cu­skim, schodzą się co wieczór ze swo­imi na­daj­ni­ka­mi ra­dio­wy­mi wy­stającymi z kie­sze­ni białych albo fio­le­to­wych spodni do­rad­cy woj­sko­wi, młodzi Ame­ry­kanie z „sił spe­cjal­nych”, przysłani tu z Wiet­na­mu na wojnę, o której mogą opo­wia­dać (co zresztą robią) tyl­ko so­bie na­wza­jem, po­nie­waż ofi­cjal­nie nie ma cze­goś ta­kie­go jak woj­na ame­ry­kańska w Kam­bodży. Ich hałaśliwość kon­tra­stu­je z po­szep­ty­wa­niem gru­py fran­cu­skich pro­fe­sorów – di­no­zaurów epo­ki ko­lo­nial­nej – którzy o tej sa­mej go­dzi­nie gro­madzą się tu­taj i przy­cupnąwszy na stołkach ba­ro­wych pod wiel­ki­mi wen­ty­la­to­ra­mi, piją pa­stis.

Dwa ty­go­dnie temu na­wet ci sta­rzy ha­bi­tués z La Ta­ver­ne na chwilę stra­ci­li zimną krew. Nie­ocze­ki­wa­nie, na krótko przed go­dziną po­li­cyjną, o dzie­wiątej, dało się słyszeć głośną strze­la­ninę: nie były to zwy­czaj­ne wy­strzały żołnie­rzy ze straży rzecz­nej, w oba­wie przed mi­na­mi mierzących do wszyst­kie­go, co uno­si się na po­wierzch­ni wody, lecz gęsty ogień, jak­by od­po­wiedź na atak par­ty­zantów, którzy prze­niknęli do mia­sta. Po chwi­li za­mie­sza­nia ktoś wresz­cie so­bie przy­po­mniał, że jest zaćmie­nie. Żołnie­rze strze­la­li w nie­bo, aby prze­go­nić złego ol­brzy­ma Rea Hu, który chciał pożreć księżyc.

Według miesz­kańców Kam­bodży (może dla­te­go, że od wieków są rol­ni­ka­mi) naj­większe nieszczęścia przy­chodzą z nie­ba. Sam Lon Nol wie­rzy w to, co po­wie­dział mu je­den z bonzów, czy­li że „z nie­ba przyj­dzie jego ko­niec”. A za­tem mar­szałek opusz­cza swój pałac wyłącznie w asyście dwóch ba­te­rii ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej.

– Dziw­ne – mówił pe­wien dy­plo­ma­ta eu­ro­pej­ski. – Prze­cież wszy­scy wiedzą, że Czer­wo­ni Khme­rzy nie mają lot­nic­twa.

Ktoś inny, większy re­ali­sta, zwrócił uwagę, że prze­cież to właśnie dwaj pi­lo­ci z sił rządo­wych próbo­wa­li ostat­nio uśmier­cić mar­szałka. Bez skut­ku.

Od kie­dy Phnom Penh przeżywa oblężenie uchodźców, chod­ni­ki wiel­kich alei jak­by po­zni­kały. Je­den obok dru­gie­go wy­rosły ba­ra­ki, sześcia­ny z kar­to­nu i pla­sti­ku, w których miesz­kają całe ro­dzi­ny. Ucie­ki­nie­rzy to w większości ko­bie­ty i dzie­ci. Mężczyzn za­bie­ra po­li­cja woj­sko­wa, od cza­su do cza­su prze­cze­sująca uli­ce w po­szu­ki­wa­niu lu­dzi, których można by wziąć pod broń, żeby zastąpić nimi „wid­mo­wych żołnie­rzy” wciąga­nych na li­sty przez ofi­cerów po­bie­rających za nie­ist­niejących podwład­nych żołd pod ko­niec mie­siąca. Te­raz Ame­ry­ka­nie zaczęli prze­pro­wa­dzać su­ro­we kon­tro­le, więc wie­le jed­no­stek sta­ra się po­spiesz­nie zapełnić luki.

Woj­na, po­li­ty­ka, Czer­wo­ni Khme­rzy, Ame­ry­ka­nie: to nie o nich mówi naród. Na­wet od naj­bar­dziej zde­spe­ro­wa­nych, jak ostat­ni uchodźcy, którzy rozłożyli obóz na traw­ni­ku pałacu królew­skie­go, gdzie swe­go cza­su od­by­wały się hucz­ne uczty Si­ha­no­uka, nie usłyszy się słów gnie­wu, obu­rze­nia, bun­tu prze­ciw ko­mu­kol­wiek.

Za­py­tałem ko­bietę oto­czoną piątką dzie­ci, brud­nych i z mnóstwem pęche­rzy, o prze­jeżdżający przed nami sze­reg rządo­wych mer­ce­desów:

– Co pani o nich myśli?

– Mają szczęście – od­parła. – Jedzą co naj­mniej trzy razy dzien­nie.

Sta­ry Kam­bodżanin, który był mi­ni­strem Si­ha­no­uka i zarządzał Ban­kiem Cen­tral­nym, po­wie­dział:

– Trze­ba zro­zu­mieć miesz­kańców Kam­bodży: to bud­dyści, nie bun­tują się. Kie­dy bom­ba nisz­czy ich dom, po­sy­pują głowę po­piołem i za­sta­na­wiają się, co złego uczy­ni­li w po­przed­nim życiu, żeby zasłużyć na ta­kie nieszczęście.

Do­bie­ga końca pora desz­czo­wa, a po co­dzien­nej bu­rzy wcze­snym popołudniem nie­bo znów sta­je się ja­sne. Od Me­kon­gu nad­ciągają po­dmu­chy wia­tru pod­noszące słupy rdza­we­go pyłu, które za­cie­rają na chwilę kon­tu­ry złoco­nych pi­na­kli pagód i pałaców. Pod wieczór, kie­dy słońce za­cho­dzi za pal­ma­mi cu­kro­wy­mi, wi­dzi się w górze Kam­bodżę sprzed lat, Kam­bodżę „po­god­nie uśmiech­niętą”, Kam­bodżę ze snów, w której za­tra­ca­li się przy­by­sze z Za­cho­du. W dole, na ulicz­nym as­fal­cie, jest Kam­bodża współcze­sna, z ludźmi jedzącymi nędzne garst­ki brud­ne­go ryżu z liści ba­na­now­ca.

Na fa­sa­dach bu­dynków pu­blicz­nych, uni­wer­sy­te­tu, pocz­ty, po­blask za­chodzącego słońca wy­do­by­wa słowo roy­al, „królew­ski”, za­ma­za­ne w pośpie­chu białą farbą przez re­pu­bli­kanów po za­ma­chu sta­nu z 1970 roku, który oba­lił mo­nar­chię i Si­ha­no­uka.

Z klom­bu wiel­kie­go sta­roświec­kie­go ho­te­lu, na­prze­ciw fran­cu­skie­go li­ceum imie­nia Kar­te­zju­sza, usu­nięto wte­dy również małe krze­wy buksz­pa­nu tworzące na­pis HO­TEL ROY­AL, ale nazwę znów widać, po­nie­waż tra­wa od­rosła w bar­dziej in­ten­syw­nym ko­lo­rze. Oczy­wiście i w tym Kam­bodżanie widzą dzieło du­cha, który po­wra­ca z wy­gna­nia.

Na mocy układów pa­ry­skich w 1973 roku Sta­ny Zjed­no­czo­ne wy­co­fały pół mi­lio­na swo­ich lu­dzi z Wiet­na­mu. Woj­na to­czyła się te­raz między południo­wym pro­ame­ry­kańskim reżimem pre­zy­den­ta Thieu a Wiet­kon­giem, północ­no­wiet­nam­ski­mi ko­mu­ni­sta­mi. Ci dru­dzy zwy­ciężali.

Wiet­nam: tym­cza­so­wość bez końca

Saj­gon, 6 lu­te­go 1975

Cho­ra na trąd dziew­czy­na, z no­wo­rod­kiem przy pier­si, śpi sku­lo­na na as­fal­cie przed ap­teką Ca­ti­nat. Dwaj in­wa­li­dzi wo­jen­ni w mun­du­rach spa­do­chro­nia­rzy bez większe­go po­wo­dze­nia po­le­cają swo­je ki­ku­ty litości prze­chod­niów. Na rogu ka­wiar­ni Gi­vral, obok sprze­daw­czy­ni ga­zet, która miesz­ka na chod­ni­ku ra­zem z ja­snowłosą, pie­go­watą córeczką spłod­zoną kil­ka lat temu za mi­seczkę ryżu z ja­kimś ame­ry­kańskim żołnie­rzem, gru­pa mężczyzn z taj­nej po­li­cji pil­nu­je, aby nikt się nie zbliżał (na przykład z ma­ni­fe­stem prze­ciw­ko Thieu) do schodów daw­nej Ope­ry, gdzie od ty­go­dni zbie­ra się bez­sil­ny i po­zba­wio­ny zna­cze­nia par­la­ment.

Ob­ra­zy z dzi­siej­sze­go Wiet­na­mu, ta­kie same jak za­wsze. Na­wet z za­mkniętymi ocza­mi roz­po­znałbym to mia­sto o na­zwie Saj­gon po słod­ka­wym fe­to­rze śmie­ci ata­kującym co krok po­wo­nie­nie. Mia­sto gnijące, z mar­twicą, które za każdym ra­zem wy­da­je się wstrząsane przedśmiert­ny­mi skur­cza­mi, ale nig­dy nie umie­ra. I tak od lat.

Wszyst­ko jest tym­cza­so­we. Taksówka­rze żela­znym dru­tem utrzy­mują w jed­nym kawałku sil­nik i po­dziu­ra­wioną ka­ro­se­rię sta­rych re­naultów 4CV spro­wa­dza­nych z Fran­cji w la­tach pięćdzie­siątych; pla­sti­ko­wy­mi płach­ta­mi łata się da­chy domów, a każdego wie­czo­ru lu­dzie tysiącami ko­czują w naj­ciem­niej­szych kątach placów, zmie­niając w le­go­wi­ska dla całych ro­dzin drew­nia­ne stra­ga­ny, na których za dnia wykłada­li szma­ty, pa­pie­ro­sy i rze­czy skra­dzio­ne trzy lata temu w ame­ry­kańskiej kan­ty­nie. Można od­nieść wrażenie, że – jak­by w niesłabnącej na­dziei na rychłą zmianę – wszyst­ko robi się pro­wi­zo­rycz­nie, byle prze­trwało jesz­cze je­den dzień. Ta pro­wi­zo­rycz­ność w Wiet­na­mie ciągnie się w nie­skończo­ność, jak woj­na, która trwa od dzie­sięcio­le­ci, jak „tym­cza­so­wa” gra­ni­ca, wy­ty­czo­na przed dwu­dzie­sto­ma laty na sie­dem­na­stym równo­leżniku i nadal dzieląca kraj na dwa ki­ku­ty, jak mi­lion uchodźców ulo­ko­wa­nych „cza­so­wo” po ofen­sy­wie 1972 roku na jałowych i opusz­czo­nych te­re­nach, jak pre­zy­dent Thieu, którego wie­lu, po wie­lo­kroć, uważało za mar­twe­go, a który tym­cza­sem nadal spra­wu­je władzę.

We wrześniu ubiegłego roku, kie­dy pod przywództwem sta­re­go kapłana ka­to­lic­kie­go pra­wi­cy, ojca Tran Hua Than­ha, ufor­mo­wała się gru­pa opo­zy­cyj­na, która po­sta­wiła w stan oskarżenia pre­zy­den­ta Thieu i jego ro­dzinę, myślano, że ko­ali­cja różnych sił (Wa­ty­kan, Ame­ry­ka­nie, bo­ga­ta południo­wo­wiet­nam­ska burżuazja) zmu­si reżim do zmia­ny kur­su i za­ak­cep­to­wa­nia dia­lo­gu z ko­mu­ni­sta­mi. Ale gru­pa nie zdołała prze­obra­zić się w ruch ma­so­wy. Za­stra­sze­ni apa­ra­tem po­li­cyj­nym, który bił, aż lała się krew, każdego, kto próbował dołączyć do ma­ni­fe­sta­cji ka­to­lic­kich, który fo­to­gra­fo­wał wszyst­kich uczest­ników po­cho­du pro­te­sta­cyj­ne­go, dając do zro­zu­mie­nia, że ra­chun­ki zo­staną wyrówna­ne później, miesz­kańcy Saj­go­nu zo­sta­li w do­mach. Oglądali zza za­mkniętych okien trzy czy czte­ry prze­mar­sze kil­ku­set osób, ja­kie odważyły się przejść uli­ca­mi cen­trum z żąda­niem dy­mi­sji Thieu.

Ruch ka­to­lic­ki prze­ciw­ko ko­rup­cji prak­tycz­nie już nie ist­nie­je.

– Lu­dzie są z nami, ale boją się ujaw­nić, a te­raz Thieu, z pie­niędzy, które mu zo­stały z fun­du­szy na od­bu­dowę kra­ju, prze­ku­pu­je jed­ne­go po dru­gim pro­boszczów z różnych pro­win­cji, aby mnie nie słucha­li – po­wie­dział mi oj­ciec Thanh w koście­le re­demp­to­rystów na uli­cy Ky Dong 38.

W zeszłym ty­go­dniu, próbując ożywić ogień pro­te­stu, Thanh przed­sta­wił w Sądzie Naj­wyższym akt oskarżenia o ko­rupcję prze­ciw­ko pani Thai, która miała kupić za bez­cen trzy­sta hek­tarów zie­mi z majątku państwo­we­go. Ale po­parło go tyl­ko kil­ko­ro przy­ja­ciół i około dzie­sięciu po­li­cjantów z taj­nych służb.

Na początku roku, kie­dy ko­mu­ni­stycz­ni par­ty­zan­ci i od­działy północ­no­wiet­nam­skie za­ata­ko­wa­li i zajęli pro­wincję Phu­oc Long, a sen­ne odrętwie­nie mia­sta znów prze­ro­dziło się w napięcie, zaczęła krążyć wieść, że wrócą Ame­ry­ka­nie. Ale ta ab­sur­dal­na, ma­so­chi­stycz­na na­dzie­ja na nowy okres do­stat­ku szyb­ko się roz­wiała. Saj­gon, który po­tra­fił prze­trwać różne fazy woj­ny, czyszcząc buty i sprze­dając swo­je ko­bie­ty wszyst­kim ar­miom oku­pantów – bry­tyj­skiej, japońskiej, fran­cu­skiej, ame­ry­kańskiej – te­raz po­wo­li uczy się sa­mo­dziel­ności, pew­ny, że już nie zja­wi się żaden wy­baw­ca.

Tłuste lata woj­ny to przeszłość, a z ba­zarków po­zni­kały su­we­ni­ry, które każdy żołnierz ame­ry­kański ku­po­wał przed po­wro­tem do kra­ju: krwa­wiący Chry­stu­so­wie, na­gie dziewczęta i byki we flu­ore­scen­cyj­nych ko­lo­rach na­ma­lo­wa­ne na czar­nym je­dwa­biu, kow­boj­skie kurt­ki i za­pal­nicz­ki z na­pi­sem: PO ŚMIER­CI PÓJDĘ DO RAJU, BO PIEKŁO JUŻ PO­ZNAŁEM W WIET­NA­MIE.

– Tu­taj in­te­re­sy robi się tyl­ko na kre­dyt – mówi pe­wien ad­wo­kat. – Jak nie wy­cho­dzi, lu­dzie wyjeżdżają, a ban­ki zo­stają ze swo­imi stra­ta­mi.

Wiet­nam­czy­cy nie wiedzą już, w co mają wie­rzyć, a ga­ze­ty nie­mal co­dzien­nie opi­sują hi­sto­rie całych ro­dzin, które popełniają sa­mobójstwo, żeby nie mu­sieć wal­czyć z wid­mem głodu, nękającym wie­le warstw lud­ności. Inni za­bi­jają się, żeby „przy­po­mnieć świa­tu o wiet­nam­skiej tra­ge­dii”, jak ka­pi­tan Vo Van Nga, który trzy ty­go­dnie temu stanął z ka­ni­strem ben­zy­ny przed kwa­terą główną ar­mii i do­ko­nał sa­mo­spa­le­nia.

Ale in­a­czej niż dzie­sięć lat temu, kie­dy po­dob­ne poświęce­nie ważnej oso­bi­stości po­ru­szyłoby opi­nię pu­bliczną – i miej­scową, i za­gra­niczną – sa­mobójstwem ka­pi­ta­na nikt się nie przejął. To już siódma taka śmierć w cen­trum Saj­go­nu w ostat­nich mie­siącach.

Ar­mia Thieu bar­dzo ucier­piała na spad­ku mo­ra­le wśród lud­ności: co­raz więcej jest de­zer­cji, a pobór stał się czymś w ro­dza­ju po­lo­wa­nia na lu­dzi, które nie­prze­rwa­nie pro­wa­dzi po­li­cja woj­sko­wa, za­trzy­mując na uli­cy każdego młode­go mężczyznę w od­po­wied­nim wie­ku. Wszy­scy próbują uniknąć służby: pasz­port pa­ki­stański kosz­tu­je sto tysięcy piastrów, zwol­nie­nie le­kar­skie na­wet pół mi­lio­na. Przed­wczo­raj chłopak, który od lat sprze­da­je używa­ne książki przed re­stau­racją La Do­lce Vita, z uśmie­chem po­ka­zał mi swój nowy dowód tożsamości:

– Po­li­cja! – zawołał uszczęśli­wio­ny.

Aby uniknąć pójścia na front, zo­stał in­for­ma­to­rem. Reżim Thieu ma na swo­ich li­stach płac po­nad półtora mi­lio­na osób – woj­sko­wych, po­li­cjantów, taj­niaków – i oczy­wiście również dla­te­go uda­je mu się prze­trwać.

Saj­gon nie spo­dzie­wa się bez­pośred­nie­go ata­ku ze stro­ny ko­mu­nistów, ale uta­jo­na obec­ność Wiet­kon­gu jest wy­czu­wal­na, jak we wcześniej­szych la­tach in­ter­wen­cja ame­ry­kańska. Gra­na­ty ręczne są rzu­ca­ne z jadących mo­to­cy­kli na ko­mi­sa­ria­ty po­li­cji, po­bor­cy ko­mu­nistyczni znów żądają po­datków od właści­cie­li sklepów, a gru­py par­ty­zantów po­ka­zały się na przed­mieściach i za­re­kwi­ro­wały broń sił sa­mo­obro­ny. Przed­wczo­raj wie­czo­rem w Go Vap par­ty­zan­ci cho­dzi­li od domu do domu i za­bie­ra­li ka­ra­bi­ny. Nu­me­ry ewi­den­cyj­ne i na­zwi­ska mie­li na swo­ich li­stach.

Na ogro­dzo­nym ob­sza­rze ufor­ty­fi­ko­wa­ne­go lot­ni­ska Tan Son Nhut Wiet­kong prze­by­wa ofi­cjal­nie. W ba­ra­kach Camp Da­vis, swe­go cza­su zaj­mo­wa­nych przez Ame­ry­kanów, w ser­cu sił woj­sko­wych Thieu, miesz­ka w spar­tańskich wa­run­kach stu żołnie­rzy tym­cza­so­we­go rządu re­wo­lu­cyj­ne­go, członków ko­mi­sji czte­ro­par­tyj­nych, które układy pa­ry­skie wy­zna­czyły do kon­tro­lo­wa­nia za­wie­sze­nia bro­ni, a które się nig­dy nie spraw­dziły. Ko­mu­niści są tu od dwóch lat: upra­wiają swoją sałatę i ka­pustę, a ba­na­now­ce i drze­wa pa­pai, które po­sa­dzi­li po przy­jeździe, już za­czy­nają owo­co­wać. W każdy so­bot­ni po­ra­nek au­to­bus ar­mii z Saj­go­nu wie­zie do tej ko­mu­ni­stycz­nej en­kla­wy za­gra­nicz­nych i wiet­nam­skich dzien­ni­ka­rzy na kon­fe­rencję pra­sową. Pod wiel­kim sztan­da­rem Wiet­kongu i por­tre­tem Ho Chi Min­ha pułkow­nik Vo Dong Giang, szef de­le­ga­cji, po­wta­rza, na ja­kich wa­run­kach jego rząd jest gotów podjąć ze­rwa­ne ne­go­cja­cje z Saj­go­nem:

– Ko­niec po­mo­cy ame­ry­kańskiej dla Wiet­na­mu Południo­we­go, ustąpie­nie Thieu i powołanie no­we­go rządu, który będzie re­spek­to­wać układy pa­ry­skie.

Młody członek Wiet­kon­gu roz­da­je gościom piwo, pa­pie­ro­sy i zapałki z Ha­noi, pod­czas gdy inni, z ka­me­ra­mi i apa­ra­ta­mi fo­to­gra­ficz­ny­mi, robią nam wszyst­kim zdjęcia do swo­ich ar­chiwów.

– Kon­tro­lu­je­cie dzi­siaj części te­ry­to­rium, które nie należały do was w chwi­li za­wie­sze­nia bro­ni. By­li­byście skłonni oddać je Saj­go­no­wi w za­mian za ustępstwa po­li­tycz­ne? – py­tam pułkow­ni­ka.

– O tym nie może być mowy. To rząd Thieu ma wo­bec nas długi. Pod­pi­sując układy pa­ry­skie, Saj­gon uznał swo­je zo­bo­wiąza­nia. Te­raz musi zapłacić. Zo­sta­nie­my w Camp Da­vis tak długo, aż to zro­bi.

Pod­czas gdy Giang mówi, z pasa za ba­ra­ka­mi Wiet­kon­gu wzbi­jają się w po­wie­trze od­rzu­tow­ce lot­nic­twa południo­wo­wiet­nam­skie­go. Wkrótce będą bom­bar­do­wać te­re­ny kon­tro­lo­wa­ne przez ko­mu­nistów. Ryczące sil­ni­ki zagłuszają jego głos. Nad umoc­nio­ny­mi mur­ka­mi widać w szy­ku czar­ne ogo­ny dzie­siątków myśliwców i sa­mo­lotów trans­por­to­wych, po­dob­ne do płetw ławi­cy śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nych re­kinów w as­fal­to­wym mo­rzu lot­ni­ska. Na jed­nym z han­garów ktoś, być może ostat­ni wyjeżdżający Ame­ry­ka­nin, na­pi­sał białą farbą: WAR IS MAD­NESS – „Woj­na to sza­leństwo”.

Nie­ste­ty, sza­leństwo woj­ny w Wiet­na­mie nie ma się by­najm­niej ku końcowi.

Sta­ry ca­ra­vel­le Air Cam­bod­ge z chińskim pi­lo­tem z Taj­wa­nu latał między Bang­ko­kiem a Phnom Penh. Wcho­dziło się na pokład z co­raz bar­dziej ściśniętym gardłem, z co­raz mniejszą pew­nością, że uda się wylądować.

Kam­bodża: czar­ne go­dzi­ny

Phnom Penh, 17 mar­ca 1975

Noce nig­dy nie były tak ciem­ne. Aby za­oszczędzić na tej reszt­ce pa­li­wa, która po­zo­stała, elek­trow­nia obcięła 80 pro­cent pro­duk­cji ener­gii. Na­wet w ho­te­lu Le Phnom ciem­ność roz­pra­szają płomie­nie świec, poza wie­czo­ra­mi, gdy jakiś ge­ne­rał wy­da­je wiel­ki ban­kiet, bo wte­dy wszyst­ko na­gle rozświe­tla się uro­czyście. Tak funk­cjo­nu­je Kam­bodża mar­szałka Lon Nola, a właści­wie to, co z niej zo­stało. Przez dwa dni nie było prądu na­wet w da­le­ko­pi­sach na po­czcie, ale trochę da­lej, w wil­li mi­ni­stra, kli­ma­ty­za­cji nie wyłączo­no ani na chwilę.

– Dni Phnom Penh są po­li­czo­ne. Naj­wy­raźniej tyl­ko rządzący nie zdają so­bie z tego spra­wy – mówi pe­wien eu­ro­pej­ski dy­plo­ma­ta. Inny do­da­je: – Naj­bar­dziej nie­wia­ry­god­ne jest to, że Lon Nol i lu­dzie sku­pie­ni wokół nie­go sądzą, że wy­gry­wają!

Za­gra­nicz­ni ob­ser­wa­to­rzy po­zo­sta­li w sto­li­cy (ci urzędni­cy am­ba­sad, którzy nie byli niezbędni, zo­sta­li ewa­ku­owa­ni ra­zem z ro­dzi­na­mi) są jed­no­myślni: „To naj­bar­dziej dra­ma­tycz­ny mo­ment od początku woj­ny”. Jesz­cze trochę i Kam­bodża sta­nie się pierw­szym kra­jem In­do­chin w pełni kon­tro­lo­wa­nym przez ruch re­wo­lu­cyj­ny, a reżim Lon Nola, stwo­rzo­ny, wy­szko­lo­ny, opłaco­ny przez Ame­ry­kanów, może być pierw­szym, jaki ko­mu­niści po­ko­nają w bez­pośred­nim star­ciu.

W Saj­go­nie, po dzie­sięcio­le­ciach woj­ny i dwóch trak­ta­tach „po­ko­jo­wych”, Thieu, człowiek Wa­szyng­to­nu, nadal spra­wu­je władzę; w La­osie pro­ame­ry­kański rząd z Wien­tia­nu otwo­rzył się na re­wo­lu­cjo­nistów Pa­thet Lao, ale wciąż sta­no­wi siłę. W Phnom Penh kom­pro­mis jest nie­możliwy, a myśl, że ta ostat­nia wy­spa „wol­ne­go świa­ta” wpad­nie w ręce Czer­wo­nych Khmerów, spędza sen z po­wiek wa­szyng­tońskiej ad­mi­ni­stra­cji, która obec­nie, od pre­zy­den­ta For­da po am­ba­sa­do­ra De­ana, próbuje, eks­hu­mując teo­rię do­mi­na i starą re­to­rykę zim­no­wo­jenną, prze­ko­nać sprze­ci­wiający się Kon­gres do pil­ne­go prze­zna­cze­nia ko­lej­nych dwu­stu dwu­dzie­stu dwóch mi­lionów do­larów na „ra­to­wa­nie” Kam­bodży przed ko­mu­ni­zmem.

Jeśli pie­niądze na­dejdą, przedłużą je­dy­nie ago­nię reżimu i cierpie­nia lud­ności. Rzecz przed­sta­wia się pro­sto: bez sze­ro­ko za­kro­jo­nej in­ter­wen­cji Ame­ry­kanów, którzy mu­sie­li­by przy­syłać tu nie­prze­rwa­nie mo­stem po­wietrz­nym ryż i amu­nicję, środ­ki rządowe skończą się w dwa lub trzy ty­go­dnie i mia­sto prędzej czy później się pod­da. Jeśli po­moc ame­ry­kańska nadal będzie przy­syłana, Phnom Penh może sta­wiać opór do na­dejścia pory desz­czo­wej (czy­li do lip­ca–sierp­nia). Wte­dy par­ty­zan­ci zo­staną zmu­sze­ni do wy­co­fa­nia się z za­to­pio­nych ni­zin, Me­kong znów otwo­rzy się na ruch rzecz­ny i za­opa­trze­nie, ale w stycz­niu przyszłego roku, wraz z ko­lejną porą suchą, sy­tu­acja wróci do punk­tu wyjścia.

Phnom Penh, ze swo­imi dwo­ma mi­lio­na­mi miesz­kańców i uchodźców, kon­su­mu­je pięćset ton ryżu dzien­nie; ar­mia, która bro­ni mia­sta, po­trze­bu­je ośmiu­set ton amu­ni­cji co dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny. Lot­ni­sko Po­chen­tong, znaj­dujące się w od­ległości ośmiu ki­lo­metrów od cen­trum, to je­dy­ne połącze­nie ze świa­tem, te­raz, gdy na wszyst­kich dro­gach są blo­ka­dy, a oba brze­gi Me­kon­gu, najeżone­go mi­na­mi, kon­tro­lu­je par­ty­zant­ka.

Brak je­dze­nia, za­wrot­ne ceny nie­licz­nych pro­duktów, ja­kie można jesz­cze zo­ba­czyć na tar­gu, wywołują gniew apa­tycz­nej dotąd i zre­zy­gno­wa­nej lud­ności. W ostat­nich dniach gru­py stu­dentów za­ata­ko­wały kil­ku chińskich kupców, oskarżanych o to, że ukry­wają za­pa­sy ryżu, cze­kając, aż ceny wzrosną. Na­gle wszyst­kie punk­ty han­dlo­we w mieście zo­stały za­mknięte i po­li­cja woj­sko­wa mu­siała in­ter­we­nio­wać. Strze­lała, aby rozpędzić de­mon­strantów, którzy zaczęli wyłamy­wać żalu­zje i plądro­wać skle­py.

Życie w Phnom Penh jest ro­syjską ru­letką. Po­ci­ski ra­kie­to­we ko­mu­nistów, które wcześniej spa­dały tyl­ko na przed­mieścia – w zeszły czwar­tek tra­fio­ny zo­stał skład amu­ni­cji na lot­ni­sku – te­raz spa­dają na ścisłe cen­trum: je­den na szpi­tal Pre­ah Kep Me­lea, dru­gi przed pałacem królew­skim, trze­ci o krok od ho­te­lu, w którym wszy­scy miesz­ka­my.

Przeżycie mrożące krew w żyłach: nie­ocze­ki­wa­nie słyszy się ogłuszający gwizd, świst, a nim człowiek zdąży paść na zie­mię, już jest eks­plo­zja. Dzien­nie spa­da od trzy­dzie­stu do czter­dzie­stu po­cisków, ale lu­dzie oba­wiają się, że ju­tro, 18 mar­ca, z oka­zji rocz­ni­cy za­ma­chu sta­nu, który oba­lił Si­ha­no­uka i wciągnął Kam­bodżę w wojnę in­do­chińską, par­ty­zan­ci „uczczą” wy­da­rze­nie, zwiększając tę liczbę.

Dla par­ty­zantów data 18 mar­ca 1970 roku ozna­cza hi­sto­rycz­ny zwrot, a jeśli Kam­bodża sta­nie się wkrótce, jak wie­lu wie­rzy, kra­jem so­cja­li­stycz­nym, przy­czyn trze­ba będzie szu­kać w zda­rze­niach tam­te­go dnia, a w szczególności w działaniach Ame­ry­kanów, którzy właśnie wte­dy popełnili je­den z naj­większych błędów po­li­tycz­nych w re­gio­nie. Kam­bodża jesz­cze pięć lat temu była, jak na wa­run­ki azja­tyc­kie, bo­ga­ta. Nikt nie pamięta, aby kie­dy­kol­wiek lu­dzie umie­ra­li tu z głodu, a pola ryżowe, za­ta­pia­ne przez wy­le­wający w po­rze desz­czo­wej Me­kong, pro­du­ko­wały więcej zboża, niż po­trze­bo­wało sie­dem mi­lionów miesz­kańców. Si­ha­no­uk rządził kra­jem na wzór re­ne­san­so­we­go władcy, choć zre­zy­gno­wał z tytułu królew­skie­go, aby iść z du­chem cza­su. Przez całe lata z wielką zręcznością umiał utrzy­mać Kam­bodżę z dala od woj­ny. Jego re­ceptą była neu­tral­ność, for­mal­nie re­spek­to­wa­na przez wszyst­kich, choć w prak­ty­ce – przez ni­ko­go. Wiet­kong i Wiet­nam­czy­cy z Północy używa­li stref przy­gra­nicz­nych Kam­bodży do prze­syłania za­opa­trze­nia do Wiet­na­mu Południo­we­go, Ame­ry­kanie zaś bom­bar­do­wa­li ich swo­imi B-52, fałszując po­tem spra­woz­da­nia z mi­sji, które miały po­zo­stać „taj­ne” także dla Kon­gre­su Stanów Zjed­no­czo­nych. Jako że wszyst­ko działo się na od­ległych i od­lud­nych te­re­nach kra­ju, a Kam­bodżanie na tym nie cier­pie­li, Si­ha­no­uk mil­czał. Jego troską była wówczas ra­czej mała par­ty­zantka, która oskarżała go o ko­rupcję i próbowała, bez szczególne­go po­wo­dze­nia, zdo­być so­jusz­ników wśród wiej­skiej lud­ności.

To Si­ha­no­uk na­zwał ich „Czer­wo­ny­mi Khme­ra­mi”. Schwy­ta­nych par­ty­zantów kazał chłostać, póki nie sko­na­li, gdyż, jak ma­wiał, „nie zasługują, aby mar­no­wać na nich kule”. Z początku do Czer­wo­nych Khmerów należeli człon­ko­wie sta­rych kadr kam­bodżańskich, którzy wal­czy­li prze­ciw­ko Fran­cu­zom u boku Viet­min­hu. W 1967 roku przyłączy­li się do nich młodzi in­te­lek­tu­aliści z Phnom Penh, znużeni reżimem in­dy­wi­du­ali­sty i eks­cen­try­ka Si­ha­no­uka. Wśród tych ostat­nich zna­lazł się Khieu Sam­phan, eko­no­mi­sta, ab­sol­went Sor­bo­ny. Wstąpił do par­ty­zantki, aby uciec przed tajną po­licją, której Si­ha­no­uk roz­ka­zał go za­mor­do­wać.

W 1970 roku par­ty­zantów kam­bodżańskich było nie­co po­nad trzy tysiące. Kon­tro­lo­wa­li małą część te­ry­to­rium. Obec­nie mają woj­sko składające się z co naj­mniej sześćdzie­sięciu tysięcy żołnie­rzy i kon­tro­lują 90 pro­cent kra­ju. Gdy­by nie za­mach sta­nu, Czer­wo­ni Khme­rzy jesz­cze dziś znaj­do­wa­li­by się na mar­gi­ne­sie, jed­nak Ame­ry­ka­nie nie za­uważyli nie­bez­pie­czeństwa. Uzna­li, że aby wy­grać wojnę w Wiet­na­mie, trze­ba wy­ku­rzyć Wiet­kong z jego „twierdz” kam­bodżańskich. Zdając so­bie sprawę, że Si­ha­no­uk nie po­zwo­li na przysłanie od­działów US Army do Kam­bodży, po­sta­no­wi­li go wy­eli­mi­no­wać. Zajęły się tym służby CIA. Po­ro­zu­mie­nie co do prze­wro­tu za­war­li w pew­nym szpi­ta­lu w Paryżu agen­ci wy­wia­du Stanów Zjed­no­czo­nych i niektórzy woj­skowi z Phnom Penh. Pod­czas podróży Si­ha­no­uka do Związku Ra­dziec­kie­go okręt ame­ry­kański – który rze­ko­mo po­rwała, jak wte­dy mówio­no, dwójka hi­pisów pa­cy­fistów – przy­bił do por­tu Si­ha­no­ukville i w rze­czy­wi­stości wyłado­wał broń dla spi­skowców. 18 mar­ca 1970 roku mar­szałek Lon Nol przejął władzę, ze­brał siły kam­bodżańskie prze­ciw­ko Wiet­kongowi oraz dał zgodę na wkro­cze­nie Ame­ry­kanów i Południo­wych Wiet­nam­czyków do Kam­bodży.

Si­ha­no­uk, schro­niw­szy się w Pe­ki­nie, nie miał in­ne­go wy­bo­ru niż za­ofe­ro­wać swoją po­zycję na sce­nie między­na­ro­do­wej i w kra­ju daw­nym nie­przy­ja­ciołom, Czer­wo­nym Khme­rom, którzy od tej chwi­li zaczęli go uzna­wać za sym­bol zjed­no­cze­nia na­ro­do­we­go.

– Gdy tyl­ko będą mo­gli, wy­plują mnie jak pestkę cze­reśni – nie prze­sta­je mówić Si­ha­no­uk o swo­ich sprzy­mie­rzeńcach par­ty­zan­tach. – Ja je­stem przeszłością, oni przyszłością Kam­bodży.

In­ter­wen­cja ame­ry­kańska oka­zała się całko­wi­tym fia­skiem. Od­działy Stanów Zjed­no­czo­nych i Saj­go­nu po­no­siły porażkę za porażką, a sama ich obec­ność w Kam­bodży, pod­sy­cająca du­cha na­cjo­na­li­zmu, przy­czy­niła się do suk­cesów po­li­tycz­nych Czer­wo­nych Khmerów, dla których po­par­cie wśród chłopstwa ogrom­nie wzrosło. Przez trzy lata Ame­ry­ka­nie ze swo­ich B-52 nękali na­lo­ta­mi dy­wa­no­wy­mi te­re­ny kon­tro­lo­wa­ne przez par­ty­zantkę, ale było tak, jak­by w każdym leju po bom­bie ro­dził się nowy bo­jow­nik. Dwa­dzieścia pięć tysięcy jest te­raz tu­taj, wokół nas. Cze­kają.

Spędziłem w Phnom Penh jesz­cze trzy dni, a po­tem przyszła moja ko­lej, by wcie­lić się w „gołębia pocz­to­we­go”, czy­li prze­wieźć do te­lek­su w Bang­ko­ku ar­ty­kuły ko­legów prze­by­wających w Kam­bodży. Z Taj­lan­dii udałem się do Wiet­na­mu.

Saj­gon, ostat­nia plaża

Saj­gon, ma­rzec 1975

Jak za­mek z pia­sku pochłania­ny przez przypływ, który z każdym dniem pod­no­si się wyżej – tak zni­ka Wiet­nam pre­zy­den­ta Thieu.

Jed­na pro­win­cja po dru­giej, jed­no mia­sto po dru­gim, te­ry­to­rium Wiet­na­mu Południo­we­go prze­cho­dzi w ręce północ­no­wiet­nam­skich sił par­ty­zanc­kich. Roz­gro­mio­ne woj­sko Saj­go­nu po­rzu­ca pod­czas uciecz­ki broń, ma­ga­zy­ny, amu­nicję, działa, czołgi. Set­ki tysięcy lu­dzi osza­lałych ze stra­chu, z głodu, z pra­gnie­nia szu­kają ra­tun­ku, całymi dnia­mi ma­sze­rując w słońcu. Z płasko­wyżów w kie­run­ku mo­rza, z północy na południe; ale na dro­gach są blo­ka­dy, mo­sty zo­stały wy­sa­dzo­ne i na­wet ci, co cu­dem do­tar­li do ja­kie­goś mia­sta na wy­brzeżu, od­kry­wają, że znów tkwią w pułapce, z której już nie uciekną, chy­ba że sa­mo­lo­tem albo stat­kiem.

To naj­większy exo­dus w hi­sto­rii Wiet­na­mu, naj­większa tra­ge­dia, o ja­kiej można opo­wie­dzieć. Ko­lum­ny otępiałych stra­ceńców wlokących się, aż po ho­ry­zont, do nie­zna­ne­go miej­sca prze­zna­cze­nia. Sto­py po­pa­rzo­ne roz­pa­lo­nym as­fal­tem, rany po­kry­te ku­rzem. Na po­bo­czach dro­gi zo­sta­je to wszyst­ko, cze­go lu­dzie nie mają już siły nieść: me­ble, tobołki z ubra­nia­mi, ma­szyn­ki do go­to­wa­nia, dzie­ci.

– Mat­ki opusz­czają cho­re po­tom­stwo, próbując ura­to­wać to, które może jesz­cze iść, młodzi opusz­czają sta­rych, chcąc się oca­lić – mówi z upo­ko­rze­niem w głosie le­karz uchodźców na dro­dze 7. – Na tej woj­nie my, Wiet­nam­czy­cy, utra­ci­liśmy na­wet duszę.

Wi­dzia­na z he­li­kop­te­ra, na którego pokład udało mi się wejść i który zrzu­ca ucie­ki­nie­rom kwin­ta­le kro­mek chle­ba, biała od pia­sku ni­zi­na na południe od Hue jest pu­sty­nią rojącą się od rąk wyciągniętych w po­szu­ki­wa­niu ra­tun­ku. Pi­lot nie obniża lotu, aby nie przewrócono ma­szy­ny. Zbliża się do zie­mi tyl­ko wte­dy, gdy wi­dzi małą grupkę na ubo­czu. Za­bie­ra ją w oka­mgnie­niu.

Obie ar­mie walczą o lu­dzi. Na dro­dze, która z Hau Bon na płasko­wyżu pro­wa­dzi nad mo­rze, ko­lum­na o długości dwu­dzie­stu ki­lo­metrów zo­sta­je za­ata­ko­wa­na przez par­ty­zantów i roz­pa­da się na czte­ry części; ta z tyłu, wchłonięta przez siły ko­mu­nistów, musi zawrócić. To oca­le­nie, po­nie­waż uchodźcy będą odsyłani do swo­ich wio­sek. Po­zo­sta­li są za­trzy­my­wa­ni, dzie­siątko­wa­ni w bi­twie. Na po­lach ryżowych ciągnących się wzdłuż dro­gi jest pełno trupów, przewróco­nych ciężarówek, stosów ran­nych, których nikt na czas stąd nie za­bie­rze.

Dla reżimu Thieu pociągnięcie za sobą jak naj­większej części lud­ności na ostat­nią linię obro­ny jest sprawą naj­wyższej wagi. Tyl­ko w ten sposób, na­wet jeśli stra­ci on kon­trolę nad nie­mal całym kra­jem, będzie mógł nadal le­gi­ty­mi­zo­wać swoją władzę.

Władze Saj­go­nu „za­le­cają” lud­ności opusz­cze­nie miast, które wkrótce będą wy­marłe. Wy­co­fujący się żołnie­rze ciągną z sobą miesz­kańców, może również w na­dziei, że obec­ność cy­wilów od­wie­dzie Wiet­kong od prze­pro­wa­dze­nia ata­ku. Na skraw­ku wy­brzeża kon­tro­lo­wa­nym jesz­cze przez rząd ogrom­ne tor­by podróżne ucie­ki­nierów cze­kają te­raz na prze­wie­zie­nie do Saj­go­nu. Po­nad mi­lion osób z Da Nang, Qui Nhon, Nha Trang, Phan Thiet szu­ka stat­ku, sa­mo­lo­tu. Na pokładach trans­por­towców ma­ry­nar­ki w por­cie Thu­an An, opląta­nych siatką ma­skującą ni­czym wor­ki kar­to­fli, widać tysiące żołnie­rzy z ro­dzi­na­mi. Mi­ni­ster do spraw uchodźców, dok­tor Phan Qu­ang Dan, ape­lu­je do Stanów Zjed­no­czo­nych, Fi­li­pin, Ko­rei Południo­wej i Taj­wa­nu, żeby wysłały część swo­ich sił i po­mogły w tej nie­by­wałej ewa­ku­acji.

– Lu­dzie ucie­kają, bo nie chcą żyć w ko­mu­ni­zmie. To tak, jak­by zagłoso­wa­li. Głosują no­ga­mi – twierdzą urzędni­cy Saj­go­nu.

W rze­czy­wi­stości przy­czy­ny potężnej fali emi­gra­cyj­nej są bar­dziej złożone. Przede wszyst­kim dzie­sięcio­le­cia woj­ny na­uczyły Wiet­nam­czyków, że za każdym ra­zem, gdy Wiet­kong wkra­cza do wio­ski albo do mia­sta, lot­nic­two rządowe (jak wcześniej czy­niło również lot­nic­two ame­ry­kańskie) zrównu­je wszyst­ko z zie­mią. „Trze­ba nisz­czyć, żeby ra­to­wać”, mówili ofi­ce­ro­wie US Army, toteż wieśnia­cy na­uczyli się ucie­kać. Dru­gim w ko­lej­ności po­wo­dem jest z pew­nością lęk przed ko­mu­ni­sta­mi, za­szcze­pio­ny lud­ności przez wie­lo­let­nią rządową pro­pa­gandę.

– Nig­dy ich nie wi­działem i nie mam pojęcia, kim są. O tych z rządu nie mogę po­wie­dzieć nic do­bre­go, ale wiem przy­najm­niej, co to za jed­ni – oświad­czył pe­wien młody uchodźca. Pa­ni­ka na wi­dok ucie­kających sąsiadów, psy­cho­za uciecz­ki dopełniły dzieła, jak po­je­dyn­cza iskra, od której wy­bu­cha wiel­ki pożar.

W Da­la­cie na przykład, jesz­cze za­nim od­da­no choćby je­den strzał, wy­star­czyło, by he­li­kop­ter pre­mie­ra Khie­ma po­le­ciał za­brać z jego let­niej wil­li ko­lekcję an­tyków, a już od ogrod­ni­ka przez ku­charkę po lu­dzi z tar­gu ro­zeszła się błyska­wicz­nie wieść, że mia­sto ma być za­ata­ko­wa­ne przez Wiet­kong oraz Wiet­nam­czyków z Północy i że znów za­cznie się exo­dus.

Gdzie zakończy się ten odwrót? Którędy będą prze­bie­gać nowe gra­ni­ce sta­rej Re­pu­bli­ki Wiet­na­mu, po­wstałej na mocy po­ro­zu­mień ge­new­skich, a te­raz nie­wie­le większej od „Re­pu­bli­ki Saj­go­nu”? Tego nie wie nikt.

Zda­niem niektórych eks­pertów woj­sko­wych, Thieu po opusz­cze­niu wy­brzeża (bez pośpie­chu, aby móc za­brać większość lud­ności) roz­mieści wszyst­kie siły wokół sto­li­cy i uczy­ni z Saj­go­nu oraz Del­ty coś na kształt wiet­nam­skie­go Taj­wa­nu, zdol­ne­go sta­wiać opór całymi la­ta­mi.

I tej właśnie myśli kur­czo­wo się dzi­siaj trzy­ma wie­lu lu­dzi związa­nych z reżimem Thieu oraz duża część miesz­czaństwa z Saj­go­nu. Widzą oni w ta­kim roz­wiąza­niu szansę na prze­trwa­nie ko­lej­ne­go okre­su, ale na­dzie­ja jest zupełnie bez­pod­staw­na.

– Na sku­tek licz­nych am­pu­ta­cji cho­ry już nie żyje – mówi at­taché woj­sko­wy jed­nej z eu­ro­pej­skich am­ba­sad.

Według wie­lu ob­ser­wa­torów, gdy­by odwrót, do ja­kie­go ge­ne­rałowie Thieu na­ma­wia­li od daw­na, prze­pro­wa­dzo­no na chłodno, w sposób zor­ga­ni­zo­wa­ny, Saj­gon mógłby jesz­cze per­trak­to­wać z po­zy­cji siły z tym­cza­so­wym rządem re­wo­lu­cyj­nym z Ha­noi; ale te­raz, gdy pod na­po­rem ko­mu­nistów odwrót prze­obra­ził się w cha­otyczną ucieczkę, pod­czas której pre­zy­dent poza te­ry­to­rium stra­cił wie­le od­działów (cała dwu­dzie­sta trze­cia dy­wi­zja nie ist­nie­je) i dużą część sprzętu woj­sko­we­go (sześćdzie­siąt sa­mo­lotów prze­padło w sa­mym Ple­iku), trud­no so­bie wy­obra­zić, jak saj­gońska ad­mi­ni­stra­cja mogłaby po­wstrzy­mać dal­szy roz­pad swo­ich struk­tur.

W sto­li­cy robi się co­raz bar­dziej ner­wo­wo. Wszyst­kie siły po­li­cji są na uli­cach. Lu­dzie z prze­rażeniem myślą o ewen­tu­al­nym ata­ku Wiet­kon­gu, muszą też li­czyć się z aresz­to­wa­nia­mi no­wych dy­sy­dentów i „spi­skowców” z oto­cze­nia mar­szałka Cao Ky.

Kto tyl­ko może, pla­nu­je wy­jazd. Jakaś dziew­czy­na przy­cho­dzi do mnie z py­ta­niem, czy nie znam cu­dzo­ziemców, którzy za dwa tysiące do­larów poślu­bi­li­by jej dwie sio­stry, pragnące w ten sposób zdo­być pasz­port i opuścić Wiet­nam. Inni próbują zna­leźć dla swo­ich dzie­ci ojca z ob­cym oby­wa­tel­stwem.

Re­pu­bli­ka Wiet­na­mu co­raz bar­dziej się kur­czy, a za „linią Zyg­fry­da”, którą wkrótce może dzie­lić od Saj­go­nu tyl­ko kil­ka ki­lo­metrów, Thieu próbuje te­raz sku­pić wszyst­ko, co zo­stało z jego kra­ju: broń, amu­nicję, żołnie­rzy, a przede wszyst­kim lud­ność – choć wy­da­je się to już bez­ce­lo­we.

Na po­bo­czu dro­gi, w Tam Ky, spo­tkałem ko­bietę, która uciekła z ro­dziną z płasko­wyżów. Pod­czas wędrówki po­wie­działa krew­nym, że nie idzie z nimi do Da Nang.

– To na nic – oznaj­miła. – I tak któregoś dnia oni dotrą wszędzie. Jaki sens ma dal­sza uciecz­ka?

Po opu­bli­ko­wa­niu tego ar­ty­kułu zo­stałem zmu­szo­ny do opusz­cze­nia Wiet­na­mu Południo­we­go.

Mia­sto Phnom Penh padło 17 kwiet­nia 1975 roku. Nie było mnie na miej­scu i tym spo­so­bem prze­oczyłem je­den z naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nych mo­mentów woj­ny in­do­chińskiej: przy­by­cie Czer­wo­nych Khmerów oraz przy­mu­sową ewa­ku­ację sto­li­cy. Wte­dy jesz­cze nie wie­działem, że miałem szczęście. Nie­licz­ni za­gra­nicz­ni dzien­ni­ka­rze, którzy odważyli się po­zo­stać w Phnom Penh – wśród nich moi przy­ja­cie­le Syd­ney Schan­berg z „New York Ti­me­sa” i Jon Swa­in z „Sun­day Ti­me­sa” – zo­sta­li prze­nie­sie­ni na po­nad dwa ty­go­dnie na te­ren am­ba­sa­dy fran­cu­skiej i nie zo­ba­czy­li tego, co wówczas działo się w Wiet­na­mie.

Wiet­nam: Giai Phong!

Saj­gon, 27 kwiet­nia 1975

Cao Giao otwie­ra na oścież drzwi po­ko­ju C-2 ho­te­lu Con­ti­nen­tal, do którego właśnie przy­je­chałem. Obej­mu­je­my się ze wzru­sze­niem, szczęśliwi, że spo­tka­liśmy się jesz­cze raz w Saj­go­nie. Ja niesłusznie żywiłem obawę, że Cao Giao, w chwi­li ir­ra­cjo­nal­nej pa­ni­ki, wy­je­dzie z Ame­ry­ka­na­mi. On myślał, że po tym, jak dru­gi raz w ciągu dwóch lat po­li­cja Thieu od­sta­wiła mnie na lot­ni­sko, nie zdołam wrócić przed przejęciem mia­sta.

Cao Giao jest nie tyl­ko moim tłuma­czem, ale i prze­wod­ni­kiem. To jemu i Buu Chu­on­go­wi (więźnio­wi po­li­tycz­ne­mu uwol­nio­ne­mu pod ko­niec 1971 roku, z którym jeździłem po kra­ju ogar­niętym wojną, a w 1973 roku prze­kro­czyłem linię fron­tu, aby do­stać się do stre­fy w Del­cie opa­no­wa­nej przez Wiet­kong) za­wdzięczam wiedzę o Wiet­na­mie, ja­kiej nie zdobędzie się z książek.

Cao Giao po­cho­dzi z ro­dzi­ny północ­no­wiet­nam­skich pi­sa­rzy. Przy­był na Południe w 1954 roku i od tam­tej pory przeżywa swoją – jak on to na­zy­wa – rage d’être viet­na­mien, pra­cując jako dzien­ni­karz, do­rad­ca, tłumacz za­gra­nicz­nej pra­sy. Całe noce uczył się, tłuma­czył do­ku­men­ty i robił no­tat­ki dla ta­kich jak ja, czy­li lu­dzi, którzy przy­jeżdżają na krótko, a chcą zo­ba­czyć i zro­zu­mieć wszyst­ko.

Ame­ry­kańscy zna­jo­mi, ucie­kając z Saj­go­nu w zeszłym ty­go­dniu, za­pro­po­no­wa­li mu, aby za­brał ro­dzinę i po­je­chał z nimi do Stanów Zjed­no­czo­nych. „Znasz języki, nig­dy nie śpisz, więc będziesz mógł łatwo zna­leźć pracę por­tie­ra noc­ne­go” – po­wie­dzie­li.

Nie dla­te­go zo­stał na miej­scu.

– W każdym Wiet­nam­czy­ku kry­je się man­da­ryn, złodziej i kłamca, ale również ma­rzy­ciel – mówi. – Fa­scy­nu­je mnie re­wo­lu­cja. Chcę ją zo­ba­czyć na własne oczy.

Ja także chciałem ją zo­ba­czyć. Wy­rzu­co­no mnie z Wiet­na­mu w mar­cu, niedługo po upad­ku Ban Me Thu­ot. Szef cen­trum pra­so­we­go Mi­ni­ster­stwa In­for­ma­cji Thieu, Nguy­en Quoc Cu­ong, który tym­cza­sem uciekł z Ame­ry­ka­na­mi, po­wie­dział, że w moim ar­ty­ku­le, do­pie­ro co opu­bli­ko­wa­nym, ob­ra­ziłem głowę państwa i ob­rzu­ciłem błotem Re­pu­blikę Wiet­na­mu. Zo­stałem zmu­szo­ny do wy­jaz­du.

Byłem w roz­pa­czy. Śle­dziłem losy tego kon­flik­tu od czte­rech lat i nie chciałem stra­cić zakończe­nia. Wie­działem, że jeśli spróbuję wrócić, zo­stanę aresz­to­wa­ny i za­pa­ko­wa­ny z po­wro­tem do pierw­sze­go od­la­tującego sa­mo­lo­tu. Nie po­zo­sta­wało mi nic in­ne­go, jak tyl­ko przy­być sa­mo­lo­tem, który nig­dzie już nie po­le­ci: ostat­nim.

Miałem szczęście. Kie­dy jet Air Viet­nam, lecący z Sin­ga­pu­ru, wylądował dziś po południu na Tan Son Nhut, oka­zało się, że pra­wie cała po­li­cja imi­gra­cyj­na uciekła. „Czar­nej li­sty” z moim na­zwi­skiem nikt nie spraw­dzał. Je­stem w Saj­go­nie.

Zo­stałem na miej­scu, dzięki cze­mu byłem jed­nym z nie­licz­nych dzien­ni­ka­rzy, którzy na własne oczy wi­dzie­li zdo­by­cie Saj­go­nu przez Wiet­kong i od­działy północ­no­wiet­nam­skie 30 kwiet­nia 1975 roku.

Moją re­lację wy­dru­ko­wał „Der Spie­gel”. Było to pierw­sze pełne spra­woz­da­nie z tych wy­da­rzeń opu­bli­ko­wa­ne na Za­cho­dzie. Re­wo­lu­cja mnie in­try­go­wała, więc po­sta­no­wiłem zo­stać jesz­cze na trzy mie­siące, żeby zro­zu­mieć, co ona zna­czy dla zwykłych lu­dzi.4

Wraz z końcem woj­ny in­do­chińskiej wiel­ka azja­tyc­ka hi­sto­ria prze­niosła się do Chin, gdzie jed­nak nie można było za­miesz­kać. Zde­cy­do­wa­liśmy, że opuścimy Sin­ga­pur i we wrześniu 1975 roku prze­pro­wa­dzi­liśmy się do sta­re­go domu na Peak w Hong­kon­gu.

Zaj­mo­wa­nie się Chi­na­mi z Hong­kon­gu, bez możności zo­ba­cze­nia ich na własne oczy, było fru­strujące. Po­le­gało na czy­ta­niu ga­zet, roz­mo­wach z dy­plo­ma­ta­mi i biz­nes­me­na­mi bawiącymi tu prze­jaz­dem, pi­ciu nie­kończących się her­bat z przed­sta­wi­cie­la­mi Pe­ki­nu w bry­tyj­skiej ko­lo­nii i ich lo­kal­ny­mi rzecz­ni­ka­mi. W 1976 roku wszyst­ko uległo zmia­nie.

Mao nie żyje

Hong­kong, 10 września 1976

Słońce zaszło nad Chi­na­mi: lu­do­wa prze­po­wied­nia, mówiąca, że me­te­ory­ty i potężne trzęsie­nia zie­mi z ostat­nich mie­sięcy za­po­wia­dają ko­niec dy­na­stii, spraw­dziła się. Chińczy­cy zo­sta­li bez „Wiel­kie­go Ster­ni­ka”. Te­raz, gdy im­pe­ra­tor nie żyje, komu przy­pad­nie „man­dat nie­bios”? Co się sta­nie z Państwem Środ­ka?

Nikt nie może rościć so­bie praw do wypełnie­nia wiel­kiej luki, jaką przy­no­si śmierć Mao. Nie ma na­tu­ral­ne­go spad­ko­bier­cy. Z tych na­masz­czo­nych w przeszłości nie prze­trwał po­li­tycz­nie ani je­den. Liu Sha­oqui zo­stał zmie­cio­ny przez re­wo­lucję kul­tu­ralną, Lin Biao – przez zde­ma­sko­wa­nie jego rze­ko­me­go spi­sku, Deng Xia­oping – przez ostat­nią kam­pa­nię prze­ciw­ko „tym, co ob­ra­li drogę ka­pi­ta­li­zmu”, a Zhou En­lai, je­dy­ny, który mógłby w ja­kimś sen­sie zająć miej­sce Mao, umarł przed prze­wod­niczącym.

Od wie­lu mie­sięcy Mao nie był już w sta­nie utrzy­mać ste­ru Chin. Wy­cieńczo­ny ko­lej­ny­mi zawałami, w połowie spa­ra­liżowa­ny i z tru­dem mówiący (mu­sia­no umieścić przy nim człowie­ka, który in­ter­pre­to­wał nie­uchwyt­ne ru­chy jego nie­mych ust), wódz pod wie­lo­ma względami był już mar­twy. Ale sama jego obec­ność, świa­do­mość, że jesz­cze żyje, miała swoją wagę, była źródłem władzy. Wy­star­czyło po­wie­dzieć, że Mao oso­biście życzył so­bie dy­mi­sji Den­ga ze sta­no­wi­ska wi­ce­pre­mie­ra i następcy Zhou, aby sta­ry członek kie­row­nic­twa, już kie­dyś zdjęty ze sta­no­wi­ska, a po­tem zrehabilitowa­ny, znów zo­stał od­su­nięty.

Te­raz wola Mao, rze­ko­ma czy praw­dzi­wa, nie może już być pre­tek­stem do za­twier­dza­nia dys­ku­syj­nych de­cy­zji. Wraz z jego śmier­cią Chi­ny wchodzą w bar­dzo trud­ny okres. Par­tia jest po­dzie­lo­na. Kraj nie­spo­koj­ny. Przywództwo nie­pew­ne. Dla frak­cji umiar­ko­wa­nych Mao umarł za późno, dla ra­dy­kałów za wcześnie. Gdy­by to, co zda­rzyło się wczo­raj, zaszło kil­ka mie­sięcy temu, Deng Xia­oping byłby dziś pre­mie­rem; gdy­by nastąpiło za kil­ka lat, ra­dy­kałowie praw­do­po­dob­nie by zwy­ciężyli. Tym­cza­sem nie zdążyli umoc­nić swo­ich po­zy­cji. Dla nich śmierć Mao była przed­wcze­sna.

W cie­niu wiel­kie­go star­ca re­wo­lu­cji chińskiej ra­dy­kałowie, pod wodzą jego żony Jiang Qing, usiłowa­li „oczyścić” par­tię ze swo­ich prze­ciw­ników. Ale zdo­by­li je­dy­nie głowę Den­ga, a te­raz, gdy Mao nie żyje, na­wet to nie jest przesądzo­ne. Jesz­cze parę dni temu mówiło się, że Deng Xia­oping prze­by­wa w swo­im domu, gdzie przy­go­to­wu­je ważny do­ku­ment po­li­tycz­ny, co miało ozna­czać, że pi­sze wy­zna­nie swo­ich win; te­raz to może być jego akt oskarżenia wo­bec ra­dy­kałów. Cho­ciaż dru­ga re­ha­bi­li­ta­cja Den­ga nie jest możliwa, bez wątpie­nia umiar­ko­wa­na li­nia po­li­tycz­na, którą re­pre­zen­tu­je, nie prze­grała. Prze­ciw­nie: te­raz, gdy Mao nie żyje, może na­wet być tą linią, która zwy­cięży.

Ra­dy­kałowie stra­ci­li swo­je­go pro­tek­to­ra. Jiang Qing cie­szyła się au­to­ry­te­tem, po­nie­waż była żoną Mao. Nie będzie już miała ta­kie­go zna­cze­nia jako wdo­wa. Zasługi Qing dla re­wo­lu­cji są zbyt małe, aby słuchała jej – mówiącej we własnym imie­niu, nie jako rzecz­nicz­ka prze­wod­niczącego – sta­ra gwar­dia woj­sko­wa i par­tyj­na, z doświad­cze­nia­mi Długie­go Mar­szu i trzy­dzie­sto­ma la­ta­mi u władzy. Bez roz­strzy­gającego osądu Mao, bez jego zachęty czy me­dia­cji, woj­na wewnątrzpar­tyj­na może się za­ostrzyć, a nie­mało jest ta­kich, którzy spróbują te­raz ure­gu­lo­wać po­li­tycz­ne ra­chun­ki, co po re­wo­lu­cji kul­tu­ral­nej było od­su­wa­ne w cza­sie.

Poza tym śmierć prze­wod­niczącego za­sta­je kraj w sta­nie wzbu­rze­nia bez pre­ce­den­su w okre­sie ostat­nich dzie­sięciu lat. Na­pa­dy z bro­nią w ręku na kil­ka banków (i, co ważniej­sze, glo­ry­fi­ka­cja ban­dytów ze stro­ny ludu), przy­pad­ki gra­bieży na te­re­nach znisz­czo­nych trzęsie­nia­mi zie­mi, za­nie­dba­nie i nie­posłuszeństwo w fa­bry­kach wiel­kich miast – to ozna­ki dez­orien­ta­cji, w jaką po­padł kraj, prze­rzu­ca­ny w różnych kie­run­kach przez roz­ma­ite kam­pa­nie po­li­tycz­ne, znękany nie­ustającymi wza­jem­ny­mi oskarżenia­mi ra­dy­kałów i umiar­ko­wa­nych.

In­for­ma­cje, które do­cie­rają dzi­siaj z Chin, każą sądzić, że lud z tru­dem nadążał za wy­nie­sie­nia­mi i dru­zgoczącymi upad­ka­mi po­li­tyków pierw­sze­go pla­nu, jed­ne­go dnia na­zy­wa­nych bo­ha­te­ra­mi, a dru­gie­go posądza­nych o wszel­kie zbrod­nie i piętno­wa­nych jako wiel­cy zdraj­cy. Te­raz, gdy po­stać Mao już nie go­dzi różno­rod­nych uczuć na­ro­du i swo­im pre­stiżem, wia­ry­god­nością oraz cha­ryzmą nie uspra­wie­dli­wia bie­gu wy­da­rzeń, lu­dzie będą próbować bar­dziej otwar­cie wyrażać swo­je poglądy.

Wy­da­je się, że chińskie masy, prze­ciw­ne, co zro­zu­miałe, po­zy­cjom ide­olo­gicz­nym ra­dy­kałów, są skłonne pójść ra­czej drogą wska­zaną przez Deng Xia­opin­ga. Lu­dzie ocze­kują bodźców ma­te­rial­nych; chcą więcej to­warów w skle­pach i z tru­dem dają posłuch ar­gu­men­tom ul­tra­le­wi­cy...

po­grzeb

Hong­kong, 18 września 1976