Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 431 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka W 80 pociągów dookoła Indii - Monisha Rajesh

Monisha Rajesh, brytyjska dziennikarka indyjskiego pochodzenia, wyrusza do kraju swoich przodków i 80 pociągami przemierza Półwysep Indyjski wzdłuż i wszerz. Liczy na przygodę niczym z powieści Juliusza Verne’a.

Kobieta podróżuje przeróżnymi  pociągami – od najtańszych po najbardziej luksusowe, od podmiejskich kolei po prawdziwe „pałace na kołach”. Podczas długich godzin spędzonych na rozmowach ze współpasażerami stara się poznać i zrozumieć ten niezwykły i pełen sprzeczności naród. Podróż nie jest łatwa, Monisha zmaga się z biurokratycznymi procedurami i niewygodami zatłoczonych przedziałów, doświadcza nie zawsze przyjemnych dźwięków i zapachów…  To szczera i pełna humoru opowieść, w której zaskakujących szczegółów jest tyle, co pasażerów w mumbajskim pociągu.

Opinie o ebooku W 80 pociągów dookoła Indii - Monisha Rajesh

Fragment ebooka W 80 pociągów dookoła Indii - Monisha Rajesh

Tytuł oryginału
Around India in 80 Trains
Projekt serii
MARIUSZ BANACHOWICZ
Fotografia na okładce
© HARALD HAUGAN
Redakcja
MAŁGORZATA KLICH
Korekta
ALEKSANDRA HADA
Redakcja techniczna
LOREM IPSUM
Copyright © 2012 by Monisha Rajesh
Published by arrangement with DGA Ltd, London
Polish edition © Publicat S.A. MMXV (wydanie elektroniczne).
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
Wydanie elektroniczne 2015
ISBN 978-83-271-5317-3
Publicat S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24
tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00
e-mail: office@publicat.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu
Wstęp

25 listopada

Londyn jeszcze nigdy nie wyglądał tak szaro. Panorama miasta z ósmego piętra biur magazynu „TIME” w Southwark była naszpikowana dźwigami, masztami antenowymi i kominami tłoczącymi w niebo kłęby dymu węglowego. Nawet iglice wież Westminster, zwykle mieniące się blaskiem zimowego słońca, znikły w późnojesiennej mgle.

Drżąc z powodu chłodnego powietrza z wentylatora, obróciłam się z powrotem do komputera. Właśnie przeglądałam w Internecie artykuł o krajowych liniach lotniczych w Indiach obsługujących już połączenia do osiemdziesięciu miast. Zaintrygowana, wydrukowałam mapę i zaczęłam studiować trasy przelotów. Wyglądało to imponująco, ale i tak nie mogło się równać z siecią połączeń kolejowych, które oplatały cały kraj, spinając ze sobą jego najodleglejsze krańce. Wpatrywałam się w mapę, rozmyślając o tym odkryciu.

Minęło blisko dwadzieścia lat od czasu, gdy moja rodzina podjęła próbę powrotu do Indii i osiedlenia się tam na stałe, ale po dwóch traumatycznych latach w Madrasie ewakuowaliśmy się do Anglii. Indie i ja rozstaliśmy się w niezgodzie i jedyne, co mogło mnie skłonić, by się tam znowu pojawić, to wesele w rodzinie – raz na jakiś czas.

Kiedy spoglądałam na niebo za oknem, mroczne mimo dziesiątej rano, pogodniejszy klimat Indii wydał mi się kuszącą perspektywą. Do tej pory ledwie wychyliłam nos poza Madras i Hajdarabad, gdzie mieszkała moja dalsza rodzina, ale zawsze wiedziałam, że drzemiąca we mnie ciekawość poznania reszty kraju w końcu weźmie górę. Jak dotąd, wszystkie wypady do Indii sprowadzały się do kursowania po domach krewnych, gdzie musiałam znosić szczypanie mnie w policzki, ze zdumieniem zerkałam na coraz krąglejsze talie kuzynek, podczas gdy one krzywiły się na widok mojej kościstej figury; następnie jak najszybciej odlatywałam do Anglii z walizką pełną murukku[1]. Nigdy jednak nie byłam w Indiach turystycznie. Gdybym miała się tam wybrać, po dwudziestu latach dać im prawdziwą szansę, w jaki sposób najlepiej tego dokonać? Osiemdziesiąt przelotów trującymi atmosferę samolotami? To nie był dobry pomysł. Kiedy tak błądziłam palcem po mapie szlakiem linii kolejowych, zaczął mi świtać pewien pomysł. Zawołałam do kolegi po drugiej stronie biurka:

– Willy-Lee, co myślisz o podróży po Indiach osiemdziesięcioma pociągami?

Mój kolega spojrzał przez okno, za którym zacinał bębniący o szyby deszcz, założył na nos wielkie okulary przeciwsłoneczne Diora, na ramię zarzucił koniec szalika i powiedział:

– Jedź, nawet się nie zastanawiaj.

Tego dnia po pracy zostałam w biurze do późna, przekopując Amazon w poszukiwaniu wspomnień z podróży pociągami po Indiach. Chociaż znalazłam prawie trzy tysiące książek na temat historii, modernizacji, finansów i (rzecz jasna) brytyjskiego wkładu w budowę tamtejszych kolei, osobistych relacji było niewiele. Rudyard Kipling i Paul Theroux poruszali ten wątek, podobnie jak Michael Palin w swojej wersji W 80 dni dookoła świata. Niemniej jednak miałam wrażenie, że z wyjątkiem Petera Riordana, dziennikarza z Nowej Zelandii, nikt w ostatnich latach nie opisał swojej wyprawy koleją po Indiach. Zbierając się do wyjścia i machając na pożegnanie Willy’emu-Lee, który spisywał wywiad z Verą Lynn i posępnie zerkał na zegar na ścianie, zastanawiałam się, czy to w ogóle ma sens. Czy podróżowanie pociągami nie jest aby zbyt niebezpieczne? Może ci, którzy próbowali w ten sposób zwiedzić Indie, rozchorowali się, padli ofiarą napadu albo umarli w drodze, zanim ktokolwiek usłyszał o ich perypetiach. Mimo wszystko to właśnie ta niepewność budziła we mnie dreszczyk emocji.

***

Z tych dwóch lat, które spędziłam, mieszkając w Indiach, najmilej wspominam podróże pociągiem. Dobrze pamiętam przytulny przedział z zasłonkami w wagonie ekspresu Pandian, kiedy jechałam w odwiedziny do brata, który chodził do szkoły z internatem. Mogłam odciąć się od skwaru i wszystkich koszmarów Madrasu, zamykając oczy i otworzyć je, dopiero gdy z porannej mgły wynurzały się wzgórza Palani. Pociągi były moim azylem, sposobem na wyrwanie się z miasta. Pozwalały zwinąć się wygodnie w kłębek i odjechać w dal. W przeciwieństwie do rejsu samolotem, z jego ciasnotą, kliniczną atmosferą i zamkniętym obiegiem powietrza powodującymi zły nastrój i nieświeży oddech, podróż pociągiem zachęcała mnie do uczestnictwa. Mogłam siedzieć w drzwiach, gdy z łoskotem przetaczaliśmy się ponad kolejnymi rzekami, zamiast spoglądać przez brudne, owalne okienka, jak niemo wiją się one hen, w dole. Począwszy od 1853 roku, kiedy Brytyjczycy odprawili pierwszy pociąg pasażerski z Bombaju do Thany, sieć kolejowa rozrastała się po całym kraju, zyskując przydomek „krwiobiegu narodu”. Obecnie pociągi w Indiach przewożą codziennie ponad dwadzieścia milionów ludzi, kursując po trasach o łącznej długości 64 tysięcy kilometrów. Przedzierają się przez miasta, mozolnie lawirują wśród wiosek, pną się po górach i mkną wzdłuż brzegu oceanu. Miałam nadzieję, że te osiemdziesiąt tras w górę, w dół i w poprzek Indii pozwoli mi na nowo odkryć ten kraj, który stał się dla mnie obcy.

Pozostała jeszcze jedna kwestia – potrzebowałam kompana. Indie nie są najbezpieczniejszym miejscem dla niezamężnej, samotnie podróżującej dziewczyny i chociaż byłam zdecydowana jechać choćby w pojedynkę, wolałam mieć towarzystwo. Rozglądając się za odpowiednim kandydatem, zaczęłam czytać wszystkie książki, w których była mowa o podróżowaniu koleją po Indiach. Pewnego wieczoru czytałam do poduszki W 80 dni dookoła świata Juliusza Verne’a. Zdałam sobie wówczas sprawę, że Phileas Fogg decyduje się na swą eskapadę dopiero po przeczytaniu w „Daily Telegraph”, że właśnie otwarto nowy odcinek linii kolejowej łączący Rothal z Allahabadem, co skróciło czas potrzebny do okrążenia globu. Narodziny indyjskich kolei były ewidentnie milowym krokiem na drodze do poznawania świata. Już przysypiałam, kiedy doszłam do miejsca, w którym służący Fogga, niejaki Passepartout, wchodzi do świątyni, nie wiedząc, że chrześcijanie nie mają tam wstępu. „(...) został obalony na święte płyty kamiennej posadzki. Zamachu tego dokonali trzej rozwścieczeni kapłani. Okładając biedaka kułakami i dziko wrzeszcząc, zaczęli mu zdzierać z nóg buty i skarpetki”[2].

Ziewając, zastanawiałam się, czy nadal panują tam takie obyczaje. Nie byłam w najmniejszym stopniu religijna, ale pamiętałam, że moich angielskich przyjaciół nie wpuszczono do niektórych południowoindyjskich świątyń. Wsunęłam zakładkę do książki, zgasiłam światło i przewróciłam się na bok, nagle zazdroszcząc Phileasowi Foggowi. Chociaż jego nieszczęsny służący bardziej przeszkadzał niż pomagał, przynajmniej miał kogoś do towarzystwa. Tymczasem moje poszukiwania kompana nie przynosiły efektu – aż do następnego poranka.

Zrządzeniem losu, dostałam e-maila od przyjaciela mojego przyjaciela. Niedawno zdecydował się na dobrowolne odejście z pracy i za pieniądze z odprawy planował objechać południowo-wschodnią Azję. Czasem dorabiał jako fotograf na ślubach, dlatego przy okazji chciał powiększyć swoje portfolio o zdjęcia podróżnicze. Omówiliśmy szczegóły przy jajecznicy i kawie. Był sympatyczny, otwarty i dużo się uśmiechał. Zadowolony, że może dołączyć do gotowego projektu, zaoferował się, że będzie mi towarzyszył przez pełne cztery miesiące. Pożegnaliśmy się, a ja ruszyłam do metra, przekonana i szczęśliwa, że znalazłam odpowiednią osobę.

W książce W 80 dni dookoła świata Jean Passepartout[3] twierdzi, że jego nazwisko ma wiele wspólnego z umiejętnością łatwego zmieniania profesji oraz że porzucił swą ojczystą Francję dla Anglii. Passe-partout – co po francusku znaczy „wszechstronny” – wydał mi się idealnym przydomkiem dla mego kompana. Dwanaście lat temu porzucił ojczystą Norwegię dla Anglii, a teraz zrezygnował z posady przedstawiciela handlowego, żeby się poświęcić fotografii. Chociaż nie służący (jak książkowy Passepartout), a towarzysz podróży, miał również być moim osobistym ochroniarzem i przyjacielem podczas naszej wyprawy w 80 pociągów dookoła Indii.

***

Tydzień przed Bożym Narodzeniem, jednego z piękniejszych zimowych poranków w Londynie, Passepartout i ja stawiliśmy się przed drzwiami małego biura przy Wembley Park Drive. Promienie przyświecającego nisko słońca odbijały się od okien udekorowanych soplami lodu. Postukując, otrzepaliśmy z butów sypki śnieg i weszliśmy do środka, aby spotkać się z Shankarem Dandapanim, przedstawicielem Indian Railways w Wielkiej Brytanii. W jego gabinecie wisiała wspaniała mapa Indii i plakaty eksponujące tradycyjne pagri i sumiaste wąsiska mieszkańców Radżastanu. Wyposażenie stanowiły trzy szkolne ławki z podnoszonym pulpitem, przy których siedzieliśmy w jednym rzędzie, sącząc herbatę. Shankar usadowił się w środku. Nasz gospodarz wziął do ręki kartkę, na której wypisałam garść połączeń i, nieco zdziwiony, przyglądał się jej, podczas gdy ja pociłam się w mojej sukience z golfem.

– Co to jest? – zapytał.

– Lista pociągów.

– Tu jest tylko dziewięć.

– Mieliśmy nadzieję, że to pan zarekomenduje nam pozostałe.

– Chcecie zaliczyć osiemdziesiąt tras czy osiemdziesiąt noszących nazwy własne pociągów?

Passepartout i ja spojrzeliśmy po sobie jak dwa tumany.

– Sugeruję, żebyście wybrali osiemdziesiąt tras, inaczej w niektórych regionach będzie trudno znaleźć pociągi, które jakoś się nazywają.

Przeglądając moją listę, skrzywił się, po czym przewrócił kartkę na drugą stronę i zaczął kreślić kolumny, które opatrzył nagłówkami: „malowniczy”, „wąskotorówka”, „luksusowy”, „Rajdhani”, „Shatabdi”.

– Widzę, że ekspres Indian Maharaja już sami sobie wybraliście, sugeruję więc następujące...

W dwie minuty lista pociągów urosła do prawie pięćdziesięciu. Pochyliliśmy się nad kartką, patrząc ze zdumieniem, jak Shankar opatruje niektóre trasy i pociągi uwagami typu „wodospady”, „piękna na odcinku od Goi do Londy” albo „eleganckie wnętrza”.

– Przejechał pan osobiście te wszystkie trasy? – zapytałam.

– Wiele – odparł, oddając mi kartkę. – W porządku, pięćdziesiąt na razie wystarczy. Pozostałe trzydzieści możecie wymyślić sami. Większość z nich będzie łącznikami między tymi, które wypisałem.

Na koniec Shankar wydał nam najważniejszy ekwipunek na podróż – dwa dziewięćdziesięciodniowe karnety IndRail. Były papuziozielone, delikatne w dotyku jak bibułka i przedawnione – ich pierwotna cena wynosiła 300 dolarów. Przekreślone cyfry zastąpiła kwota 530 dolarów, dopisana u góry długopisem. Karnety, dostępne tylko dla zagranicznych turystów, umożliwiały podróż dowolnym pociągiem klasą drugą lub niższą. Należało jedynie dokupić miejscówki, na dworcu lub przez Internet. Później, kiedy karnety stracą ważność, przez resztę podróży mieliśmy kupować zwykłe bilety.

– Dobrze ich pilnujcie – ostrzegł Shankar. – Jeśli je zgubicie, nie dostaniecie duplikatów. I bawcie się dobrze! – dodał, stojąc w progu i machając nam ręką na pożegnanie.

Popatrzyliśmy po sobie i zaśmialiśmy się nerwowo. Passepartout uniósł na wysokość oczu sporządzoną przez Shankara listę i przejrzał ją uważnie.

– Wow – powiedział. – Myślę, że właśnie ocalił naszą wyprawę przed totalną klapą.

***

Święta i Nowy Rok szybko minęły. Chociaż sporo ludzi było na styczniowym detoksie, na piętrze pubu The Crown & Two Chairmen w Soho zgromadził się spory tłumek tych, którzy przyszli się z nami pożegnać i życzyć udanej wyprawy. Prawie czterdzieści osób rozsiadło się przy zastawionych kuflami stołach. Gdyby to były moje urodziny, sześciu niezawodnych przyjaciół stawiłoby się na umówioną godzinę. Kolejnych siedmiu albo ośmiu zajrzałoby o różnych porach w ciągu wieczoru, a reszta w ostatniej chwili wymówiłaby się esemesem. Za zaparowanymi oknami sypał gęsty śnieg. Zanosiło się, że metro jak zwykle przestanie jeździć, a autobusy będą opóźnione. Mimo to świadomość, że jadę w nieznane i mogę już nie wrócić, na przykład zginąć w katastrofie kolejowej, wyciągnęła wszystkich z pieleszy. Teraz przynajmniej wiedziałam, że na moim ewentualnym pogrzebie nie zabraknie żałobników.

Uśmiechając się radośnie na widok twarzy, których nie widziałam od miesięcy, ściskałam garść kartek z życzeniami powodzenia i natężałam słuch, żeby w tym harmiderze dosłyszeć, o czym mowa. W pewnej chwili poczułam zimne dłonie obejmujące od tyłu moje rozgrzane policzki. Moja przyjaciółka Sarah, przeciskając się przez gąszcz toreb i płaszczy, wsunęła się na miejsce obok mnie. Odwinęła szal, usiadła wyprężona jak surykatka, omiotła wzrokiem obecnych, po czym skuliła ramiona i szepnęła:

– Ten twój fotograf to tamten?

Spojrzałam na drugą stronę stołu, gdzie Passepartout rozmawiał ze swoimi przyjaciółmi.

– Yhym.

– Ciacho.

– Nie w moim typie.

– Czyżby? Wysoki blondyn o wyglądzie Skandynawa nie jest w twoim typie?

– Nie, nie jest. Nie pociąga mnie ani trochę. Jest przesympatyczny, ale to wszystko.

Sarah uniosła brew, jednocześnie otwierając paczkę chipsów McCoy’s.

– Mów, co chcesz. Za miesiąc wyślesz mi e-maila i przyznasz, że miałam rację.

– Nie wyślę.

– No dobrze, to napiszesz na Facebooku.

Dźgnęłam ją chipsem.

– Wiem, że wszyscy myślą, że tak się stanie, ale nic z tego nie będzie, zaręczam ci. Zwyczajnie nie odbieram go w ten sposób. W istocie, to jest główny powód, dla którego cieszę się, że jadę właśnie z nim.

– Czyli?

– Oszczędzałam na tę wyprawę, ciężko pracowałam, żeby wszystko dopiąć na ostatni guzik i nie chcę teraz wszystkiego zepsuć czymś lekkomyślnym.

Sarah uraczyła mnie uśmiechem zarezerwowanym dla grymaszących dzieci. Czułam, że mi nie wierzy, ale odpuściła.

– W każdym razie, nawet jeśli ty go tak nie odbierasz, to wcale nie byłabym taka pewna, jak jest z nim.

– No cóż, na pewno nie taki mam plan – zapewniłam ją i zmieniłam temat. – Będzie mi cię brakowało, naprawdę.

– Oczywiście, jestem pewna, że jadąc uwieszona na drzwiach jakiegoś pociągu, myślami będziesz ze mną, siedzącą przy moim biurku w East Acton naprzeciw seksisty Chrisa rozprawiającego o swoich podbojach. – Opróżniła do dna swój kufel i uścisnęła mnie wylewnie. – Baw się tam szampańsko, kochanie.

W miarę jak upływał wieczór, przez pub przewijali się przyjaciele i starzy znajomi, wychylając wielkie szklanice malbeca. Zanim wybiła godzina zamknięcia i razem z grupką niedobitków, moich najwierniejszych kompanów, wytoczyłam się na śnieg na zewnątrz, wszyscy byliśmy mniej lub bardziej podchmieleni. Lodowate powietrze kąsało mnie w czubek nosa, kiedy radośnie zataczałam się ulicą pośród krzyków, pohukiwań i sporów na temat najbliższego lokalu z kebabem. Część towarzystwa powlokła się w górę Dean Street w stronę klubu, gdzie podobno ktoś mógł wpuścić nas wszystkich za darmo. Pozostali obrali kurs na stację metra. Passepartout postanowił wracać do domu.

– Zatem do zobaczenia na lotnisku – powiedział z uśmiechem.

Śnieg chrzęścił pod stopami, a niebo żarzyło się już na pomarańczowo. Odchyliłam się na piętach, po czym wyciągnęłam ramiona i szybko go uścisnęłam. Czerwone wino buzowało mi w żyłach, a na rzęsach osiadały płatki śniegu. I wtedy mnie pocałował. Poczułam na ustach smak papierosów.

Osłupiała, cofnęłam się, a on uśmiechnął się kącikiem ust, po czym odwrócił się i ruszył w głąb ulicy. Nagle trzeźwa, zamknęłam oczy. Z nieba sypały się wielkie płatki śniegu. W głowie tłukło mi się jedno słowo – shit.

Shit. Shit. Shit.

1. Od zmierzchu do świtu

Jedenastego stycznia, dokładnie o 17.33, ekspres z Ćennaju[4] do Kanjakumari odjechał z dworca Ćennaj Egmore, rozpoczynając trzynastogodzinną podróż na wysunięty najdalej na południe kraniec Indii. Nas w nim nie było.

Nie kupiliśmy na czas miejscówek i teraz siedzieliśmy przy kuchennym stole w domu moich przyjaciół w dzielnicy Chetpet, kilka kilometrów od dworca, ściskając w dłoniach butelki napoju Thums Up i zastanawiając się, co robić dalej. W tym kraju jeżdżenie koleją wygląda zupełnie inaczej niż w Anglii. Tam można wpaść na dworzec Euston w Londynie dziesięć minut przed odjazdem Pendolino linii Virgin do stacji Birmingham New Street, wsunąć kartę kredytową do automatu, złapać bagietkę z szynką i serem z Upper Crust i wskoczyć do pociągu ze zniżkowym biletem powrotnym w ręce. W Indiach miejscówki można kupować z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, a popyt na nie jest tak wielki, że natychmiast powstają niekończące się listy kolejkowe, szczególnie w okresie świąt i sezonie ślubnym.

Tyle wiedzieliśmy.

Niemniej jednak naszym planem na najbliższe miesiące było obywać się bez planu. Indie nie są miejscem, gdzie ktoś zorganizowany i poukładany łatwo się odnajduje, dlatego forsowanie rozwiązań nieprzystających do tutejszej rzeczywistości byłoby wpychaniem kwadratowego kołka do okrągłego otworu i skończyłoby się tylko frustracją albo zatorem tętniczym. Problem polegał na tym, że właśnie trwało święto Pongal, tamilski odpowiednik dożynek, dlatego na południu wszystkie bilety były zabukowane już od tygodni. Na szczęście Indian Railways mają użyteczny system na wypadek tak zwanych wydarzeń losowych oraz dla spóźnialskich i niezorganizowanych. My podpadaliśmy pod tę ostatnią kategorię. Dwa dni przed odjazdem pociągu, o ósmej rano, udostępnia się pulę biletów zwanych tatkal, sprzedawanych na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy. Ich cena uwzględnia niewielką dopłatę, ale są tak rozchwytywane, że ludzie koczują przed kasami całą noc albo o godzinie 7.59 czyhają przed komputerami z kursorem wycelowanym w przycisk „szybka rezerwacja”.

Numerem jeden na naszej liście był przylądek Komoryn, najdalej wysunięty na południe kraniec Indii – miejsce, gdzie stykają się Ocean Indyjski, Morze Arabskie i Zatoka Bengalska. W południe 15 stycznia miało nastąpić całkowite zaćmienie słońca i astronomowie przewidywali, że z przylądka będzie je świetnie widać. Passepartout rozpaczliwie chciał sfotografować to zjawisko, co oznaczało, że za kilka godzin musieliśmy udać się na dworzec i ustawić w kolejce po bilety, których nie mieliśmy nadziei zdobyć.

[...]

Przypisy
[1]Vide glosariusz na końcu książki.
[2] Tłum. Zbigniew Florczak, Kraków 2009, s. 56 (przyp. red.).
[3] W polskim przekładzie – Obieżyświat (przyp. red.).
[4] Do 2000 roku Madras (przyp. tłum.).