W 27 dni - Alison Gervais - ebook
Opis

Opowieść o odkupieniu, pierwszej miłości i ogromnej sile potrzebnej, by zmienić przyszłość… Hadley Jamison jest zszokowana, gdy dowiaduje się, że kolega z klasy – Archer Morales – popełnił samobójstwo. Mimo że nie znała zbyt dobrze tego cichego i wyalienowanego chłopca, w głębi duszy czuje, że mogła coś zrobić, by zapobiec tragedii. Na pogrzebie Archera zaczepia ją mężczyzna przedstawiający się jako Śmierć i oferuje jej pewien układ. Hadley może cofnąć się w czasie o 27 dni i spróbować powstrzymać Archera przed samobójstwem... Niesamowicie wciągająca! Pełna napięcia historia, od której nie można się oderwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 378

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

IN 27 DAYS

Copyright © 2017 by Alison Gervais

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit, Młody Book

Copyright © 2019 for the Polish translation by Weronika Różycka

(under exclusive license to Wydawnictwo Debit Młody Book)

Published by arrangement with The Zondervan Corporation L.L.C., a division of HarperCollins Christian Publishing, Inc.

Niniejsza powieść to fikcja literacka i jakiekolwiek podobieństwo do osób

żyjących lub zmarłych jest całkowicie przypadkowe.

Redakcja: Alicja Kaszyńska

Korekta: Marta Stasińska, Aneta Iwan

Projekt okładki: Brand Navigation

Skład i wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

ISBN 978-83-8057-349-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści

i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO DEBIT Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

email:mlodybook@soniadraga.com.pl

www.mlodybook.com.pl

www.facebook.com/BookMlody

www.instagram.com/mlodybook

Zapraszamy do księgarni internetowej na naszej stronie:

www.wydawnictwo-debit.pl

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

ROZDZIAŁ 1Dzień, w którym…

Coś było nie tak. Nie mogłam dojść, co, ale coś wyraźnie się nie zgadzało.

Tak, coś zdecydowanie zaburza harmonię świata, pomyślałam, wysiadając z autobusu pod szkołą imienia Johna F. Kennedy’ego. Wszystko niby wyglądało jak każdego innego dnia – wszędzie czerwona cegła, kolorowe i krzykliwe banery oraz tłum uczniów kotłujący się na chodniku i przy schodach do szkoły. Budynek liczył ponad sto lat i miał ten niezaprzeczalny urok starego Nowego Jorku. Tutaj nigdy nic się nie zmieniało.

A jednak szare chmury przetaczające się po niebie wyglądały dziś jakoś przytłaczająco, wzbudzając uczucie nieufności i… smutku. Duszącego smutku. Nowy Jork to miasto, które nigdy nie śpi i ma tysiące twarzy. Jednak jeszcze nigdy tak się tu nie czułam.

– Hadley, rusz się, zawadzasz.

Szybko odsunęłam się na bok, żeby moja najlepsza przyjaciółka Taylor Lewis mogła wysiąść ze szkolnego autobusu.

Poznałyśmy się z Taylor pierwszego dnia szkoły. Błąkałam się samotnie po korytarzach, szukając swojej klasy. W tym dniu miałyśmy na sobie identyczne koszulki. Obie lubiłyśmy ten sam sklep. To nas połączyło. Taylor postanowiła przygarnąć mnie pod swoje skrzydła i nauczyć wszystkiego, co jest potrzebne, żeby prowadzić życie towarzyskie w szkole JFK. Bez niej byłabym całkiem zagubiona – dosłownie i w przenośni, a na pewno towarzysko. Od tego czasu minęły już dwa lata, a my nadal jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Dobrze mi w cieniu pięknego motyla, jakim jest Taylor.

– Co masz taką dziwną minę? – zapytała Taylor, gdy wraz z tłumem uczniów wchodziłyśmy głównym wejściem do szkoły.

Rzuciłam okiem w stronę grupki nauczycieli zebranych pod pokojem nauczycielskim. Stali w ciasnym kółku i szeptali o czymś przejęci.

– Jaką minę?

– Ech, nieważne. – Taylor przewróciła oczami i szturchnęła mnie łokciem. – Obryta na sprawdzian o rządzie amerykańskim? Bo ja nie za bardzo. Ledwo jarzę, o czym ględzi pan Monroe. Nie wiem, po co mam pamiętać takie bzdety, jak to, ilu członków rządu zasiada w… Hadley! Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

W tym momencie rzeczywiście jej nie słuchałam. Przyglądałam się uważnie parze umundurowanych policjantów. Stali na końcu korytarza, w którym była moja szafka, i rozmawiali z naszą dyrektorką – panią Greene. Patrząc na ich poważne miny, domyślałam się, że mówią o czymś raczej nieprzyjemnym. Co takiego mogło się stać, że w naszej szkole pojawiła się policja?

– Sorki, Taylor, ja tylko… – Nie mogłam znaleźć słowa, które odpowiednio opisałoby mój dziwny stan. – Sama nie wiem… Chyba też się stresuję tym sprawdzianem.

Taylor parsknęła śmiechem, a ja grzebałam w szafce w poszukiwaniu podręcznika do chemii.

– Hadley, spoko! Przecież jesteś jedyną osobą, której udaje się nie kimnąć, jak Monroe przynudza.

– E tam, po prostu mam szczęście. Albo mój tata jest genialnym prawnikiem, który by mnie zabił, gdybym oblała test z wiedzy o rządzie.

Zostawiłam Taylor na korytarzu i ruszyłam do klasy, w której mieliśmy lekcję wychowawczą. Idąc, miałam wrażenie, że ktoś cały czas mnie obserwuje, wręcz dyszy mi w kark. Szybkim krokiem weszłam do sali, usiadłam w pierwszym rzędzie i skupiłam się na uspokojeniu oddechu i tętna. Udało mi się dojść do siebie. Zadzwonił dzwonek, ale nasza wychowawczyni nie przyszła.

Pani Anderson, nauczycielka języka niemieckiego, która miała wychowawstwo w naszej klasie, była chyba najmilszą osobą, jaką znałam. Prawie zawsze nuciła coś wesołego pod nosem i każdą osobę, która akurat na nią spojrzała, obdarzała szerokim i jasnym uśmiechem. Nigdy nie miałam cierpliwości, żeby uczyć się języków – ledwo przebrnęłam przez obowiązkowe dwa lata hiszpańskiego. Lekcje wychowawcze to było jednak co innego. Pani Anderson potrafiła sprawić, że wydawały się znośne pomimo nieludzko wczesnej pory.

Niezwykłe spóźnienie pani Anderson spowodowało, że powrócił mój niepokój. Chelsea, koleżanka z klasy, była święcie przekonana, że pani Anderson mieszka w szkole, bo o każdej porze dnia można było się na nią natknąć gdzieś w budynku, zawsze z kawą w jednej ręce i lukrowanym pączkiem w drugiej. Nasza wychowawczyni poza lekcjami opiekowała się wszystkimi kółkami zainteresowań i była na każdym szkolnym meczu futbolowym. Więc gdzie się teraz podziewała? Spóźnienie było do niej niepodobne.

Minęło ponad pięć minut, zanim w końcu drzwi klasy się otworzyły i weszła pani Anderson. Miała sweter zaplamiony kawą i przekrzywione okulary. Podeszła do biurka i położyła na nim stos teczek.

– Przepraszam za spóźnienie, moi drodzy… Przepraszam, zdarzyło się coś… – Głos jej się lekko załamał, przygryzła wargę i na chwilę skoncentrowała się na wycieraniu swetra papierową serwetką. – Wydarzyło się coś… bardzo przykrego.

W trakcie kilkusekundowej przerwy między jej słowami moje serce znowu przyspieszyło i poczułam jego niespokojny rytm. Nie miałam bladego pojęcia, cóż to za przykra rzecz mogła się zdarzyć, ale intuicyjnie czułam, że musiało to być coś strasznego.

Nauczycielka westchnęła ciężko, zmięła i wyrzuciła do kosza papierową serwetkę, wsparła się lekko o biurko i skrzyżowała ręce na piersi. A potem odezwała się cicho i poważnie:

– Wczoraj w nocy jeden z uczniów naszej szkoły popełnił samobójstwo.

Opadłam plecami na oparcie krzesła i wypuściłam gwałtownie powietrze z płuc. Miałam wrażenie, że ktoś mi je całkowicie wypompował.

Co?

Gdy dwadzieścia minut temu wysiadałam z autobusu, przeczuwałam, że coś jest nie tak. Ale to? Chciałam zapytać, kto tak gwałtownie zakończył swoje życie, ale nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. W ustach zrobiło mi się sucho jak na Saharze, a język zamienił się w kołek.

– Kto to był? – zapytał ktoś z ławki obok po kilku chwilach pełnej napięcia ciszy.

 – Archer Morales – odpowiedziała pani Anderson, skubiąc lekko brzeg swetra.

To nazwisko… coś mi mówiło. Słyszałam je już wcześniej, ale nie potrafiłam dopasować do niego żadnej twarzy.

Chwila, chwila, odezwał się cichy głos w mojej głowie, angielski w pierwszej klasie.

Tak, właśnie. Angielski w pierwszej klasie, z panią Casey. Archer Morales to był ten chłopak, obok którego siedziałam w pierwszym semestrze. Nie skojarzyłam od razu, gdy pani Anderson wymówiła jego nazwisko, bo poza pracą na lekcji odezwał się do mnie może trzy razy.

Głos nauczycielki odpływał gdzieś w dal. Dotarło do mnie jeszcze, że szkolni psychologowie będą dostępni przez cały tydzień dla każdego, kto potrzebowałby z nimi porozmawiać o tym, co się zdarzyło. Po chwili już w ogóle jej nie słyszałam, bo skupiłam się na wygrzebywaniu z pamięci wszystkich wspomnień związanych z Archerem Moralesem.

Zawsze siedział skupiony nad książką, którą akurat przerabialiśmy. Pochylał się nad nią bardzo nisko, gdy czytaliśmy fragmenty w trakcie lekcji. Miałam okazję tylko raz porządnie przyjrzeć się jego twarzy. Było to wtedy, kiedy zostaliśmy zmuszeni do odpowiedzi na serię pytań na temat Frankensteina.

Mogłoby się wydawać, że takiego milczka trudno będzie sobie przypomnieć, ale tym razem było inaczej. Wszystko przez jego bystre orzechowe oczy. Ile razy spojrzał w moją stronę, czułam się jak prześwietlana rentgenem i nie byłam w stanie się odezwać.

Przypomniałam sobie poirytowany wyraz atrakcyjnej twarzy Archera podczas naszej wspólnej pracy. Jaka dziewczyna chciałaby zachować w pamięci chwile, w których chłopak dawał jej aż nadto wyraźnie do zrozumienia, że wolałby robić cokolwiek, byle tylko na nią nie patrzeć?

Uzmysłowiłam sobie jeszcze, że Archer Morales w taki sposób reagował zawsze. Szkoła JFK była duża, ale czasami widywałam go na korytarzu. Z daleka rzucała się w oczy jego wysoka sylwetka i zmierzwione czarne włosy. Zawsze był sam, wszyscy omijali go szerokim łukiem.

Archer Morales jest – był – czarną owcą w szkole JFK. A teraz nie żyje.

Dzwonek kończący lekcję gwałtownie przerwał moje zamyślenie. Zerwałam się z krzesła. Pozostali uczniowie także powstawali z miejsc. Wychodzili z sali, prowadząc przyciszone rozmowy, które mocno kontrastowały ze zwykłymi krzykami i śmiechami. Zmiana atmosfery była oczywista i dobrze widoczna. Szłam na lekcję chemii jak w transie. Nadal nie potrafiłam przyjąć faktu, że jeden z moich szkolnych kolegów jest martwy.

A przecież nie przyjaźniłam się z Archerem Moralesem. Nie można było nas nawet nazwać znajomymi. Szczerze mówiąc był mi zupełnie obcy. Dlaczego więc miałam wrażenie, że za chwilę rozpadnę się na milion kawałków?

Podczas mojego pobytu w szkole temperatura na zewnątrz zdążyła spaść o kilka stopni. Powietrze stało się mroźne i nieprzyjemne. Zmierzałam w stronę jednego z autobusów zaparkowanych przy krawężniku. Bardzo potrzebowałam zagrzebać się w moim łóżku pod ciepłą kołdrą i zapomnieć, że ten dzień się w ogóle wydarzył.

Usiadłam z tyłu autobusu, oparłam czoło o zimną szybę i zamknęłam oczy, chyba po raz pierwszy wdzięczna losowi za to, że Taylor postanowiła wcześniej urwać się ze szkoły, żeby spotkać się ze swoim obecnym chłopakiem. A ponieważ żadna z naszych koleżanek nie jeździła tym autobusem co my, mogłam zatopić się myślach. Rytmiczne kołysanie autobusu trochę pomagało w uspokojeniu szalejącego w mojej głowie huraganu myśli, ale jazda szybko się skończyła i musiałam wysiąść.

Podniosłam kołnierz płaszcza, wtuliłam głowę w ramiona i ruszyłam w stronę apartamentowca, w którym mieszkaliśmy przez większość mojego życia. Budynek stał na obrzeżach dzielnicy Upper East Side i wyglądał bardziej ostentacyjnie niż budynki na Manhattanie.

Czasami czułam się samotna w naszym pustym apartamencie, gdy rodzice pracowali o nieludzkich porach, ale akurat tego dnia cieszyła mnie wizja pustego mieszkania. Przyjazny bałagan w moim pokoju i wygodne łóżko nigdy przedtem nie wydawały mi się aż tak atrakcyjne.

– Dobry wieczór, Hadley – przywitał mnie Hanson, nasz portier, gdy podeszłam do szklanych drzwi. – Jak tam w szkole?

Przemknęło mi przez myśl, żeby przekazać mu tę tragiczną wiadomość. Hanson był bardzo miły i zawsze szczerze zainteresowany mną i tym, jak minął mi dzień. Ale nie mogłam powiedzieć na głos, że jeden z moich kolegów ze szkoły odebrał sobie życie, bo sama nadal nie bardzo w to wierzyłam.

– W porządku – odpowiedziałam w końcu, gdy przechodziłam przez drzwi, które przytrzymywał.

– Ach, pamiętam jeszcze, jak to było – zwrócił się do mnie, gdy przekroczyłam próg domu. – W murach szkolnych świat jest dużo lepszy.

Miałam co do tego wątpliwości, ale miło, że tak mówił.

Przeszłam przez marmurowe lobby, na środku którego stała fontanna. Wsiadłam do windy i wjechałam na siódme piętro. Przechodząc przez bogato zdobiony korytarz, wyciągnęłam z plecaka pęk kluczy. Jednym z nich otworzyłam drzwi do apartamentu 7E.

Moi rodzice nigdy nie grzeszyli skromnością.

Nasze mieszkanie pełne było nieskazitelnych mebli obitych skórą, kremowych perskich dywanów oraz eleganckich obrazów, które pięknie komponowały się z wysokimi oknami w salonie i jadalni. Kuchnia, urządzona gustownie i wykończona chromami, była kolejnym dziełem sztuki. Moja mama przebywała w niej rzadko, więc naprawdę nie wiadomo, dlaczego tyle czasu poświęciła na jej wykończenie.

Tata był prawnikiem, a mama wicedyrektorem finansowym. Oboje mieli kalendarz wypełniony po brzegi i raczej nie zastanawiali się nad tym, czy zostawianie córki samej na tydzień lub dwa z powodu wyjazdu służbowego jest dobrym pomysłem. Kiedy to się zdarzało, pani Ellis, nasza osiemdziesięciosiedmioletnia sąsiadka, zaglądała do mnie co drugi dzień, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Nie mogło to jednak w żaden sposób zastąpić mi obecności rodziców.

Zdawałam sobie sprawę, że w sumie mam niesamowite szczęście. Mieszkaliśmy w pięknym apartamencie i mieliśmy mnóstwo pieniędzy. Niestety, całe to bycie bogatą, do którego dawno powinnam już się przyzwyczaić, sprawiało, że czułam się jakoś nieswojo. Rodzice nie zawsze zarabiali zawrotne sumy i chwilami tęskniłam do czasów, kiedy mieszkaliśmy w małym domku w Chelsea. Mama była jeszcze przed awansem, a tata nie przejął firmy prawniczej. Wtedy przynajmniej popołudniami spędzaliśmy czas razem, jak prawdziwa rodzina, i codziennie razem jedliśmy kolację.

Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi swojego pokoju i przekręciłam klucz, odetchnęłam głęboko.

Mój pokój był moim bezpiecznym zaciszem. Okno zdobiły światełka choinkowe, na ścianach wisiały plakaty z musicali na Broadwayu, a do tablicy korkowej nad biurkiem były przyczepione zdjęcia moje, Taylor i całej naszej paczki. Na półkach stały rzędy płyt DVD i CD, które zbierałam od wielu lat. Wszystko to stanowiło cichą przystań, azyl, do którego mogłam uciec od modnych skórzanych foteli w salonie oraz dzieł sztuki przedstawiających miasto nocą, rozwieszonych w jadalni.

Otworzyłam książkę i bez przekonania próbowałam zapamiętać kilka wzorów chemicznych, ale po jakichś pięciu minutach dałam sobie spokój. Zrezygnowana walnęłam podręcznikiem o ścianę i rzuciłam się na łóżko. Schowałam twarz w poduszkę.

Miałam wrażenie, jakby teraz, gdy na świecie nie było już Archera Moralesa, zabrakło jakiejś cząstki mnie. Desperacko pragnęłam, żeby jednak nie był martwy, mimo że tak mało go znałam. Jakoś nie mogłam pojąć, że wczoraj jeszcze tutaj był, a dzisiaj już nie, i że zniknął… tak na zawsze. Trzeba przyznać co prawda, że jeszcze nie miałam szansy oswojenia się ze śmiercią. Jedyną w jakiś sposób znaną mi osobą, której pogrzeb pamiętam, była prababcia Louise. Gdy umarła, miałam sześć lat. Ale tak jak wtedy nie chciałam patrzeć na jej ciało w trumnie, tak teraz nie chciałam nawet myśleć o samotnym ciele Archera, leżącym w jakimś zimnym miejscu.

Zakopałam się pod kołdrą, wcisnęłam twarz jeszcze mocniej w poduszkę i w końcu się rozpłakałam.

ROZDZIAŁ 2Dwa dni po…

Dwa dni, jeden krótki reportaż, a potem nekrolog w gazecie lokalnej bezprzecznie potwierdzały, że Archer Morales nie żyje. Nieważne, jak bardzo nie mogłam pogodzić się z tą myślą. To była prawda, której nic nie mogło zmienić: jeden z moich kolegów pogrążył się w takiej rozpaczy, że za jedyne wyjście uznał odebranie sobie życia. W ciągu tych dwóch dni niezliczoną ilość razy zdarzało mi się stawać na palcach na szkolnych korytarzach i rozglądać za Archerem, mimo że było to całkowicie bezsensowne. Do tej pory zawsze gdzieś tam był, pojawiał się w tle, ale to się skończyło.

Stałam w moim pokoju przed wysokim lustrem i poprawiałam na sobie czarną koronkową sukienkę, którą znalazłam na dnie szafy. Było mi niewygodnie. W sukience czułam się dziwnie, bo normalnie nosiłam jeansy i zwykłe t-shirty, ale na pogrzebie Archera chciałam wyglądać trochę bardziej elegancko. Poprzedniego dnia pani Anderson powiedziała, że każdy uczeń, który chciałby pożegnać Archera, może czuć się zaproszony na pogrzeb. Ja nie uważałam, że mam prawo się tam pojawić. Jednak nadzieja, że dzisiejszy wieczór pozwoli mi zamknąć ten rozdział i przestać obsesyjnie myśleć o Archerze, przewyższała mój stres wynikający z tego, że wybierałam się nieproszona na pogrzeb.

Gdy w końcu uznałam, że wyglądam okej, narzuciłam kurtkę, wzięłam torebkę i opuściłam pokój. Wcześniej zamówiłam taksówkę. Pomyślałam jednak, że przed wyjściem powinnam jeszcze coś zjeść.

Ruszyłam do kuchni. Przechodząc przez korytarz prowadzący do salonu, usłyszałam dochodzący z niego głos. Byłam zszokowana, kiedy zobaczyłam mojego tatę, który z iPhone’em w ręku siedział rozparty na kanapie i z kimś rozmawiał.

Co wielki i wspaniały Kenneth Jamison robił w domu tak wcześnie? Było zaledwie piętnaście po szóstej. Sytuacja bez precedensu. Przez ostatnie trzy lata, jak pamiętam, najwcześniej wracał po ósmej.

– Rick, muszę kończyć – powiedział do telefonu, gdy zobaczył mnie przechodzącą przez salon. – Hadley zbiera się właśnie do wyjścia.

Rozłączył się i odłożył iPhone’a na stolik kawowy, po czym wstał z kanapy i ziewnął, przeciągając się szeroko, z ramionami rozłożonymi na boki.

– Tato, co ty tu robisz? – zapytałam. – Nigdy nie wracasz do domu tak wcześnie.

– Wiem, wiem – odpowiedział, idąc za mną do kuchni. – Ale udało nam się z Rickiem zamknąć dzisiaj sprawę Blancharda i Emilie, więc żeby to uczcić, postanowiliśmy wyjść z pracy wcześniej.

– Aha. To miło.

Zapadła niezręczna cisza, która była mi nawet w pewien sposób na rękę. Otworzyłam lodówkę i zaczęłam szukać jakiejś szybkiej przekąski.

Moje spotkania z tatą zawsze tak się kończyły.

Oczywiście, był moim tatą i go kochałam, ale praca pochłaniała go całkowicie. Nie mieliśmy żadnych szans na wspólne spędzanie czasu. Wieczór w domu z rodziną był zdecydowanie na końcu listy obowiązków jednego z najsłynniejszych i najbardziej rozchwytywanych prawników w mieście.

– Więc…

Wynurzyłam się z lodówki z kiścią winogron w jednej ręce i butelką wody w drugiej, patrząc na tatę z pewnym zdziwieniem.

– Tak…?

– Więc… – Odchrząknął i oparł się o blat, krzyżując ręce. – Idziesz na pogrzeb tego chłopaka?

– No… tak – odpowiedziałam. – Archera Moralesa.

– Moralesa… – Tata na moment zmarszczył czoło, jakby nad czymś się zastanawiał. – Skąd ja znam to nazwisko?

– Nie mam pojęcia. – Wzruszyłam ramionami, wrzucając dwie winogronowe kulki do ust. – W mieście jest pewnie mnóstwo ludzi o tym nazwisku.

– Możliwe.

Zjadłam jeszcze kilka owoców, w duszy modląc się, żeby domofon wreszcie zadzwonił i obwieścił, że dotarła moja taksówka. Zamierzałam jak najszybciej uciec od tej nie przyjemnej rozmowy.

Nie chciałam rozmawiać z tatą o Archerze Moralesie.

Chciałam za to zdobyć się na odwagę i pożegnać z chłopakiem, którego praktycznie nie znałam. Jemu pozwolić ostatecznie odejść, a z siebie zrzucić poczucie winy. Przeprosić go w ten sposób, że nie zwracałam na niego uwagi i mu nie pomogłam.

– Taylor idzie z tobą na pogrzeb? – zapytał tata po chwili.

– Nie, idę sama – powiedziałam. – Taylor jest zajęta.

– Na pewno chcesz iść sama? – Tata ponownie zmarszczył czoło. – Nie bardzo… podoba mi się to, że będziesz sama się włóczyć po nocy. Może ja, hmm… poszedłbym z…

– Tato, weź… – przerwałam mu szybko, zanim dokończył to zupełnie nikomu niepotrzebne zdanie. – Poradzę sobie. Wiem, jak się zachować. Nic mi się nie stanie. Obiecuję.

– No dobrze. Ale telefon miej cały czas przy sobie i włączony, okej? I nie wracaj zbyt późno.

Na szczęście w tym momencie odezwał się domofon.

– To moja taksówka – oznajmiłam i wypiłam resztę wody. – Muszę już iść.

– Aha, tak.

Wymamrotałam pa, pa, przelotnie pocałowałam tatę i zręcznie go wymijając, ruszyłam do wyjścia, wdzięczna za możliwość ucieczki.

Była wczesna grudniowa noc. Poczułam mroźne powietrze szczypiące mnie lekko w odkrytą skórę twarzy. Hanson uśmiechnął się i puścił do mnie oczko, otwierając i przytrzymując drzwi taksówki, która czekała przy krawężniku.

– Wybierasz się gdzieś?

– Na… pogrzeb – przyznałam po sekundzie zawahania. – Kolega z klasy… hm… popełnił samobójstwo.

Hanson milczał przez moment. Nie powiedział, że przykro mu to słyszeć. Wyciągnął tylko rękę i lekko uścisnął moje ramię. Chyba właśnie tego potrzebowałam najbardziej.

Usiadłam na tylnym siedzeniu i zapięłam pasy, a Hanson zamknął za mną drzwi samochodu.

– Dokąd jedziemy? – zapytał z ciężkim brooklyńskim akcentem taksówkarz.

Podałam mu adres kościoła, o którym wczoraj mówiła pani Anderson. Samochód odbił od krawężnika i włączył się w wieczorny ruch trochę zbyt gwałtownie jak na mój gust. Oparłam głowę o zagłówek i zamknęłam oczy. Zaczęłam powoli wciągać powietrze przez nos i wypuszczać je ustami.

Nie miałam pojęcia, czego się spodziewać na miejscu. Ten jedyny pogrzeb, na jakim byłam, ledwo pamiętałam. Czy wszyscy będą ubrani na czarno i będą płakać? Czy będzie smutna muzyka? Czy ktoś z rodziny Archera powie coś nie na miejscu i zaczną się kłótnie? Tak wyglądały pogrzeby, które widziałam w telewizji, ale miałam wrażenie, że to nic nie znaczy w realnym świecie.

Taksówka bez problemu podjechała pod wskazany adres. Wyciągnęłam z torebki pieniądze i zapłaciłam kierowcy. Szybko wyskoczyłam z samochodu, żeby nie dać sobie czasu na zmianę decyzji i nie poprosić taksówkarza o odwiezienie mnie z powrotem do domu.

Gdy zimny wiatr uderzył we mnie i postawił mi wszystkie włoski na karku, otuliłam się ciasno ramionami. Spodziewałam się, że przed kościołem zastanę tłumy ludzi pocieszających się wzajemnie, ale było tu pusto jak na półkach sklepowych po totalnej wyprzedaży. Wchodząc po schodach do kościoła, znowu miałam uczucie, że ktoś mnie obserwuje.

Weszłam do środka. Od razu owionął mnie zapach kadzidła używanego podczas mszy. Już od dłuższego czasu nie byłam w kościele – przestaliśmy tam chodzić, gdy kariery rodziców nabrały rozpędu. Mimo to poczułam się jak u siebie. Odrobinę się uspokoiłam.

Przedsionek, w którym się zatrzymałam, był równie pusty jak schody na zewnątrz, co ponownie dało mi do myślenia. Gdzie są wszyscy? Wyciągnęłam telefon z torebki, żeby upewnić się, czy nie pomyliłam godziny.

Osiemnasta pięćdziesiąt osiem.

Nie mogłam teraz tak po prostu stąd wyjść.

Wzięłam więc głęboki oddech, umoczyłam palce w święconej wodzie, przeżegnałam się i przeszłam do wewnętrznej części kościoła. Główny ołtarz był udekorowany bukietami białych kwiatów i suknem, prawie jak na Boże Narodzenie, ale wyglądał dużo poważniej. Pod ołtarzem na katafalku stała skromna trumna, którą także otaczały białe bukiety.

Sam kościół, z marmurowymi kolumnami i ogromnymi witrażami w oknach, wyglądał przepięknie. Sprawiał wrażenie ogromnego. Tylko w dwóch pierwszych rzędach siedzieli ludzie. Zauważyłam wśród nich kilkoro nauczycieli – pana Gage, nauczyciela matematyki, i panią Keller, nauczycielkę literatury, oraz małą grupkę uczniów z JFK, ale żadnego z nich nie znałam z imienia, kojarzyłam tylko ich twarze.

Jakaś część mnie spodziewała się, że skoro na zewnątrz było pusto, kościół będzie pękał w szwach. Serce mi się krajało na myśl, że tak mało ludzi przyszło pożegnać Archera Moralesa. Wbiłam wzrok w ołtarz i szybkim krokiem przeszłam przez środek budowli, z mocnym postanowieniem, by nie rozglądać się na boki i nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego. Byłam boleśnie świadoma, że zjawiłam się dopiero dwie minuty przed rozpoczęciem uroczystości. Nie chcąc zwracać na siebie uwagi, wśliznęłam się do wolnej ławki kilka rzędów za resztą żałobników. Zacisnęłam dłonie na torebce leżącej na moich kolanach i czekałam na nabożeństwo.

Msza żałobna rozpoczęła się punktualnie o dziewiętnastej. Ludzie wstali z miejsc, a niewielki chór zaintonował spokojną i smutną pieśń. Ksiądz z dwójką diakonów i ministrantem wyszli z zakrystii i stanęli przed ołtarzem. Ledwie duchowny zdążył powiedzieć kilka zdań o tragicznej utracie tak młodego życia, usłyszałam płacz. Dźwięk dochodził gdzieś z przodu. W pierwszym rzędzie zobaczyłam kobietę, która szlochała w ramię obejmującego ją mężczyzny. Nie widziałam jej twarzy, ale byłam przekonana, że widzę ją po raz pierwszy. Ta kobieta musiała być matką Archera Moralesa.

W tym momencie uświadomiłam sobie, że niewiele rzeczy na świecie jest tak przerażająco smutnych jak widok matki płaczącej po stracie dziecka. Młody chłopak nie żył, a przecież miał przed sobą całe życie. Uznałam, że ja również mogę płakać.

Łzy zaczęły mi płynąć szerokim strumieniem, kiedy pan Gage podszedł do ambony, żeby powiedzieć kilka słów o Archerze i o tym, jakim był przykładnym uczniem. Płakałam dalej, gdy chłopak z oczami Archera jako kolejny podszedł do ambony i wygłosił przejmującą mowę żałobną. Szlochałam także, gdy dostałam do ręki białą różę, aby ją położyć na trumnie Archera.

Może stałam tam zbyt długo, ale nie bardzo wiedziałam, co tak naprawdę mam mu powiedzieć na pożegnanie. Przepraszam, że w sumie nigdy z tobą nie rozmawiałam? Przepraszam, że nie widziałeś innego wyjścia i musiałeś odebrać sobie życie? Żałuję, że ciebie już tu nie ma?

– Archer, ja…

– Znasz mojego brata?

Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam małą dziewczynkę z jasnobłękitnymi oczami i pięknymi ciemnymi lokami, która patrzyła na mnie skonsternowana. Wyglądała na jakieś pięć lat. Fakt, że Archer miał tak małą siostrzyczkę, tylko pogarszał sprawę, jeśli to w ogóle było możliwe.

– Yyy… tak – odpowiedziałam, szybko wycierając łzy. – Chodziliśmy razem do szkoły.

– On jest super, nie? – Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie szeroko, a ja poczułam kolejną falę smutku.

Powiedziała jest. Nie powiedziała był. Mówiła, jakby jej brat nadal żył. Miała zaledwie kilka lat i na pewno była za mała, żeby rozumieć pojęcie śmierci. Nie zazdrościłam osobie, której przypadnie w udziale wytłumaczenie małej, że starszy brat już nigdy nie wróci do domu.

– Zdecydowanie – potwierdziłam i spróbowałam się uśmiechnąć.

– Jestem Rosie – przedstawiła się i podała mi rękę w wyjątkowo dorosły sposób.

– Cześć, Rosie – powiedziałam, chwytając małą rączkę i ściskając ją lekko. – Ja jestem Hadley.

– Mamusia mówi, że nie wolno mi rozmawiać z obcymi, ale skoro znasz Archera i jesteś ładna, to wszystko okej – wyrzuciła z siebie Rosie.

– Aha… – Nie potrafiłam na to jakoś mądrzej odpowiedzieć. – Dzięki.

– Chodź, musisz poznać moją mamusię!

Zanim się zorientowałam, Rosie chwyciła mnie mocno za rękę i pociągnęła w stronę pierwszego rzędu ławek, gdzie zgromadziła się grupka osób rozmawiających ze sobą przyciszonymi głosami.

– Mamo! Mamo! – wykrzykiwała Rosie, przeciskając się wśród nóg ludzi stojących jej na drodze. – Poznałaś już Hadley?

Kobieta z długimi, ciemnymi włosami przetykanymi kilkoma pasemkami siwizny i z dużymi, brązowymi oczami przerwała rozmowę z jakąś znacznie starszą od niej kobietą i popatrzyła karcącym wzrokiem na Rosie.

– Rosie, ile razy ci mówiłam, żebyś się nigdzie nie oddalała? – zbeształa córeczkę. – Umieram ze strachu, gdy to robisz!

– Mamusiu, a poznałaś już Hadley? – Rosie nie przejęła się słowami matki i wskazała rączką na mnie.

Zaskoczona kobieta popatrzyła w moim kierunku. Chociaż nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy, tego byłam pewna, w wyrazie jej twarzy dostrzegłam coś dziwnie znajomego. Była bardzo ładna, jednak cienie pod oczami zdradzały, że prawdopodobnie od kilku dni w ogóle nie spała.

– Hadley, tak? – Uśmiechnęła się blado, podając mi rękę. – Dziękuję za przyprowadzenie mojej córki.

– Nie ma problemu – odpowiedziałam szybko. – Żadnego problemu. Ja właśnie…

– Chodziłaś do szkoły razem z Archerem?

– Hmm… Tak. – Odchrząknęłam nerwowo. Kobieta patrzyła na mnie zaskakująco łagodnym wzrokiem.. – Tak, chodziliśmy razem na angielski w pierwszej klasie.

– To miło, że przyszłaś – powiedziała cicho. – Mam na imię Regina, jestem… m… mamą Archera.

Głos jej się łamał, gdy to mówiła, a oczy zaszkliły, ale się nie rozpłakała. Wzięła głębszy wdech i podniosła Rosie do góry, żeby ucałować ją w policzek. Chciała najwyraźniej czymś rozproszyć ciężkie myśli. Oczywiście, że wyglądała znajomo. Jej oczy. Takich oczu nie można zapomnieć.

Regina Morales była chyba najsilniejszą psychicznie kobietą, jaką w życiu spotkałam. Jej syn umarł, a ona starała się uśmiechać do córki. Nie miałam pojęcia, co w tej sytuacji powiedzieć. To i tak nie mogło nic zmienić. W niczym nie mogłam jej pomóc. Więc mimo że byłyśmy sobie zupełnie obce, zamiast pocieszać, po prostu ją objęłam. Chyba przyjęła to z ulgą.

Piętnaście minut później wyszłam z kościoła. Teraz było już tak zimno, że powietrze, które wydychałam, od razu zamieniało się w białe obłoczki. Zeszłam schodami na chodnik i machałam ręką, próbując złapać taksówkę, ale żółte auta mijały mnie, jakbym była niewidzialna.

– Nie uważasz, że taka młoda dziewczyna nie powinna o tej porze włóczyć się sama po mieście?

Odwróciłam się gwałtownie w stronę zachrypniętego głosu.

Uliczna latarnia nie oświetlała schodów kościoła na tyle, bym mogła się przyjrzeć dokładnie osobie siedzącej na ich najniższym stopniu, ale zdołałam zauważyć, że był to mężczyzna z długimi nogami, które wyciągnął przed siebie.

Jak mogłam go przegapić? Czy cały czas tu siedział?

– Kim… – zająknęłam się. – Czego pan chce?

– Niewiele.

Mężczyzna wstał i zrobił krok w kierunku światła lampy, a ja instynktownie się cofnęłam.

Zaczęłam żałować, że w ogóle wyszłam z mieszkania. Mężczyzna wyglądał jakoś dziwnie, choć na pozór bardzo zwyczajnie. Był wysoki, miał długie, proste, prawie czarne włosy. Był ubrany w skórzaną kurtkę, jeansy i znoszone buty – wszystko w kolorze czarnym. Nie miał jakichś szczególnych rysów twarzy. Głęboko osadzone oczy i zapadnięte policzki zdawały się sugerować, że nigdy w życiu nic nie jadł.

Nie to jednak w nim przerażało, tylko jego oczy, czarne i bezdenne. Patrzyły teraz wprost na mnie. Miałam wrażenie, że on zna każdą myśl, która kiedykolwiek pojawiła się w mojej głowie.

– Ja… ja nie szukam kłopotów – powiedziałam drżącym głosem. – Myślę, że powinien pan…

– A ja nie chcę ci sprawiać kłopotów, Hadley Jamison – odpowiedział mężczyzna i się uśmiechnął. Dreszcz przebiegł mi wzdłuż kręgosłupa.

Co to za facet?

– Skąd…

– …wiem, jak się nazywasz? Ja wiem wszystko, Hadley. Taka praca.

Może i nie byłam geniuszem, ale miałam wystarczająco dużo oleju w głowie, żeby zdawać sobie sprawę, że z tym facetem było coś nie tak. Coś mocno nie tak.

– Proszę posłuchać. Nie wiem, kim pan jest – odezwałam się głosem pełnym napięcia – ale lepiej niech pan się trzyma ode mnie z daleka.

Mężczyzna pogrzebał w kieszeniach. Z jednej z nich wyciągnął papierosa, którego od razu zapalił. Zaciągnął się nim głęboko. Gdy dym dostał mi się do nosa, nie mogłam powstrzymać ataku kaszlu.

– A jeśli nie, to co? – zapytał, gdy przestałam kaszleć. Uniósł przy tym jedną brew. – Będziesz krzyczeć?

Serce waliło mi mocno. Bałam się, że zaraz zemdleję. Szybko przekalkulowałam swoje szanse. Niestety, miałam buty na obcasach. To zdecydowanie ograniczało moje możliwości. Wątpliwe było, że dam radę wskoczyć do jakiejś przejeżdżającej taksówki. Odpadało również to, że zdążę ściągnąć buty i uciec na bosaka na tyle daleko, żeby mnie nie dogonił.

I co miałam teraz zrobić?

– Kim pan jest? – zażądałam odpowiedzi najbardziej pewnym siebie głosem, na jaki mnie było stać.

– Właściwie to mam wiele imion – powiedział mężczyzna, wzruszając ramionami i układając usta w kolejny upiorny uśmiech. Zaciągnął się jeszcze raz głęboko papierosem i zaczął wyliczać: – Kostucha. Anioł Azrael. Mefistofeles. Ale myślę, że dla uproszczenia możesz używać mojego najpopularniejszego imienia. Śmierć.

ROZDZIAŁ 3Umowa

Gdy miałam cztery lata, wpadłam na nie-taki-znowu-genialny pomysł, żeby wskoczyć do basenu ciotki Teresy, mimo że nie potrafiłam pływać. Doznałam szoku. Lodowata woda, która niemiłosiernie szczypała moją skórę, przemroziła mnie do szpiku kości. Kiedy w końcu znalazłam się na brzegu, nie mogłam opanować dreszczy i przez kilka kolejnych minut z trudem łapałam powietrze.

To samo nieprzyjemne i przerażające uczucie ogarnęło mnie, gdy stałam przed kościołem i patrzyłam w puste i czarne oczy mężczyzny, który twierdził, że jest Śmiercią.

– Yyy… – Zacisnęłam usta, żeby powstrzymać szczękanie zębów. – Yyy… Ja myślę… Jaa…

Każda komórka w moim ciele krzyczała, żebym stamtąd uciekała, żebym wyrywała ile sił w nogach i nie oglądała się za siebie, ale nie mogłam wykonać żadnego ruchu.

– Hadley Jamison, wygląda na to, że jesteś twardsza, niż zakładałem – powiedział Śmierć z rozbawionym wyrazem twarzy. – Myślałem, że od razu uciekniesz z krzykiem.

– Niech pan mi da jeszcze sekundę, a faktycznie to zrobię. – Udało mi się z siebie wydusić, ale nie mogłam uspokoić dreszczy.

– Eee… Nie wydaje mi się, żebyś mówiła poważnie – skwitował Śmierć, lekko kręcąc głową. Rzucił wypalonego papierosa na chodnik i zgasił go butem. – Myślę, że w sumie jesteś ciekawa, co mam ci do powiedzenia.

– J… ja… wcale nie…

– Może się przejdziemy?

Śmierć w mgnieniu oka złapał mnie za rękę i zaczął ciągnąć wprost pod koła pędzących samochodów.

– Czy pan zwariował? – krzyknęłam, próbując wyrwać rękę z jego uchwytu. – Pan nas zabije!

– Uspokój się! – Śmierć westchnął poirytowany i mocniej wbił palce w moje ramię. – Wiem, kiedy umrzesz, i zapewniam cię, że nie będzie to dzisiaj.

Nie brzmiało to ani przekonująco, ani pocieszająco.

Śmierć wszedł na chodnik po drugiej stronie ulicy i ruszył szybkim krokiem, praktycznie wlokąc mnie za sobą. Próbowałam go zatrzymać. Wbijałam obcasy w ziemię i wyszarpywałam rękę z jego uścisku. Po chwili jednak zaprzestałam tych prób. Bałam się, że coś sobie złamię, jeśli dalej będę się szarpać. W pewnym momencie pomyślałam, że mogłabym zacząć wrzeszczeć albo nawet złapać się jakiegoś przechodnia i błagać o pomoc, ale żadna z mijanych osób nawet na nas nie spojrzała. Wszyscy całkowicie obojętnie przyjmowali fakt, że mężczyzna wyglądający jak postać z Wywiadu z wampirem ciągnie opierającą się dziewczynę.

Przeszliśmy dwie przecznice, kiedy Śmierć nagle odwrócił się w moją stronę i szepnął:

– Oboje dobrze wiemy, że jeśli nawet uda ci się uciec, to i tak cię złapię i za włosy zaciągnę tam, gdzie chcę. Więc może po prostu zachowuj się grzecznie, co?

Przełknęłam głośno ślinę, chcąc pozbyć się rosnącej w gardle guli strachu. Nie uważałam się za mięczaka. Byłam nowojorczanką i potrafiłam o siebie zadbać. Ale w takiej sytuacji? Chyba nigdy w życiu nie bałam się bardziej.

– Dobrze – wyskrzeczałam przez zaciśnięte gardło.

– Grzeczna dziewczynka.

Teraz już całkiem przestałam się szarpać i próbować uciekać, chociaż pragnęłam tego bardziej niż czegokolwiek innego na świecie.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił Śmierć po jakimś czasie, kiedy już stopy rozbolały mnie od maszerowania za nim. Staliśmy przed Starbucksem.

Na sztywnych nogach weszłam za nim do kafejki, mocno otulając się ramionami. To jakiś koszmar. Czy naprawdę mężczyzna, który twierdził, że nazywa się Śmierć, pojawił się na pogrzebie mojego szkolnego kolegi tylko po to, żeby zaprowadzić mnie do Starbucksa? Śmierć zatrzymał się, stanął za mną i położył obie dłonie na moich ramionach. Pokierował mnie w kierunku kasy. Dziewczyna za ladą odwróciła się w naszą stronę. Szeroki uśmiech zniknął jej z twarzy, gdy natrafiła wzrokiem na Śmierć.

– Yym…

– Dobry wieczór – odezwał się Śmierć, a ton jego głosu był z jakiegoś powodu bardzo oficjalny. – Poprosimy dwie kawy. Czarne.

Dziewczyna kiwnęła głową mechanicznie jak robot i trzęsącymi się dłońmi sięgnęła po kubki. Śmierć wyciągnął z kieszeni banknot dziesięciodolarowy, położył go na ladzie i uśmiechnął się uprzejmie.

– Reszty nie trzeba.

– Yyy… dziękuję.

Dziewczyna starała się jak najszybciej podać nam kawę. Nie spoglądała w naszą stronę, co zniweczyło mój plan, żeby samym tylko ruchem warg próbować poprosić o pomoc. Gdy postawiła kubki z kawą na ladzie, chwyciłam je i znowu sterowana przez Śmierć ruszyłam do stolika przy oknie, nad którym wisiała papierowa śnieżynka. Poczułam, jak kurczy mi się żołądek, gdy Śmierć usiadł przy stoliku i w jasnym świetle kawiarni pokazała się cała jego postać.

Wyglądał jak ktoś, kto niedługo umrze. Skórę miał białą jak papier, zapadnięte policzki i oczy. Nic dziwnego, że nazywał się Śmierć. Był jej chodzącym wcieleniem. Zauważyłam na jego dłoniach tajemnicze czarne znaczki, które chowały się w mankietach rękawów i ujawniały ponownie nad kołnierzem koszuli. Dopiero po chwili zorientowałam się, że były to malutkie zegary.

– Siadaj – odezwał się Śmierć, patrząc na mnie z ponurym uśmiechem na twarzy i wskazując krzesło naprzeciwko. Mogłabym przysiąc, że gdy poruszył ręką, maleńkie wskazówki na wszystkich zegareczkach też się poruszyły. Postawiłam jego kubek na stole.

– Okej. – Odchrząknęłam i usiadłam, ściskając mocno mój kubek w dłoniach. Wzięłam głębszy oddech, żeby zebrać resztki odwagi. – O co tu chodzi?

– Pomyślałem, że moglibyśmy porozmawiać o Archerze Moralesie – odpowiedział Śmierć i pochylił się lekko w moją stronę.

Zbyt szybko przełknęłam duży łyk kawy. Poparzyła mi gardło i wypełniła usta goryczą.

– Ja nie… – Mocniej zacisnęłam dłonie na kubku. – Myślę, że pan… – Nie wiedziałam, czy nie mogę się wysłowić, dlatego że Śmierć ze mną siedzi, czy dlatego że chce ze mną rozmawiać o Archerze Moralesie. – Ja… Ja naprawdę myślę, że nie powinnam…

Dłoń Śmierci spoczęła na moim ramieniu i przytrzymała mnie na krześle, zanim jeszcze myśl, żeby wstać i wyjść, zdążyła się zmienić w polecenie dla mięśni.

– Hadley, posłuchaj mnie teraz uważnie, bo powiem to tylko raz. Chcę ci zaoferować przeniesienie się w czasie o dwadzieścia siedem dni wstecz, żebyś miała szansę zapobiec samobójstwu Archera Moralesa.

Możliwe, że nawet moje serce przestało bić, taka cisza zapadła na moment po tym, co powiedział Śmierć. On chciał, żebym co zrobiła?!

– Przepraszam, ale czy mógłby pan powtórzyć?

– Właśnie mówiłem, że powiem to tylko raz.

– Czy to żart? – Jakimś sposobem wstałam z krzesła. Pochyliłam się do przodu, by być jak najbliżej oblicza Śmierci. – Jeden z moich kolegów popełnił samobójstwo. Uważasz to za śmieszne?!

Przez chwilę Śmierć patrzył na mnie z pustym wyrazem oczu. Nagle wybuchnął śmiechem.

Z całych sił powstrzymywałam się, żeby nie chlusnąć mu kawą prosto w twarz.

– Ależ wręcz przeciwnie, Hadley – powiedział po chwili, wciąż lekko chichocząc. – Uważam, że jest to bardzo poważna sprawa.

Pstryknął palcami.

To, co teraz nastąpiło, było najdziwniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziałam. Efekt tego pstryknięcia rozchodził się po sali powoli jak wieczorna mgła. Bezruch stopniowo obejmował wszystko i wszystkich. Strumień kawy płynący z ekspresu zastygł w połowie drogi do kubka. Kobieta wydmuchująca nos w chusteczkę zamarła z niefortunnym wyrazem twarzy. Rodzice, którzy właśnie wchodzili do Starbucksa, trzymając za ręce małego chłopczyka, znieruchomieli w pół kroku w otwartych drzwiach. Do środka dostawały się fale mroźnego powietrza.

– Co…

– Zapewniam cię, że traktuję tę sprawę całkiem poważnie – przerwał mi Śmierć, opierając brodę na splecionych rękach. – Czy teraz już usiądziesz z powrotem, żebyśmy mogli przeprowadzić spokojną i racjonalną dyskusję?

Opadłam ciężko na krzesło, bo nogi i tak mnie nie słuchały. Chciałam się uszczypnąć, ale nie byłam w stanie zmusić ręki do jakiegokolwiek ruchu.

– Jak… – Ponownie przełknęłam ślinę, zastanawiając się, co powiedzieć.

– …zatrzymałem czas? – dokończył za mnie Śmierć. – Cóż, taka praca. – Wzruszył ramionami i wypił łyk kawy. – Czyż to nie ogromna strata? Archer Morales był takim dobrym dzieckiem. Pochodził z miłej rodziny. Był ukochanym synem swojej matki. Kochał młodszą siostrzyczkę. A ty, Hadley Jamison, nie chcesz, żeby on pozostał martwy.

– Oczywiście, że nie chcę! – powiedziałam wzburzona.

– Dar życia jest bardzo cenny, należy go szanować – ciągnął Śmierć. – To doprawdy prawdziwa tragedia, kiedy ktoś tak młodo odchodzi. Przeżyłem tysiące lat i widziałem tysiące różnych sytuacji, ale nie ma nic smutniejszego i bardziej przejmującego niż dusza, która odchodzi za szybko, choć wcale nie musiało się tak stać. Więc powiedz mi, Hadley, jeśli miałabyś szansę powstrzymać coś strasznego, zanim to się stanie, czy pomimo wszelkich obaw i nieprzewidywalności zdarzeń… podjęłabyś się takiego zadania?

Pomyślałam o Archerze Moralesie i o wszystkim, co traci. Nigdy nie pójdzie na bal maturalny, nie skończy liceum, nie będzie studiował, nie pozna miłości swego życia, nie weźmie ślubu, nie będzie miał dzieci, nie zwiedzi świata albo nie zmieni świata.

Pomyślałam o Reginie, mamie Archera, i o jego młodszej siostrzyczce Rosie, która jeszcze nie rozumiała, że jej brat już nigdy nie wróci. Pomyślałam o tym, jak bardzo będą za nim tęsknić.

Jak mogłabym się tego nie podjąć? Nawet jeśli tylko grałam w jakąś dziwną gierkę szalonego człowieka, który posiadał moc zatrzymywania czasu.

– Okej.

– Okej… co? – Śmierć popatrzył na mnie uważnie.

– Zrobię… zrobię wszystko, żeby… uratować Archera.

– Czyżby?

Pokiwałam tylko głową twierdząco, bo nie ufałam swojemu głosowi w tym momencie.

Śmierć wpatrywał się we mnie przez kilka minut, a ja po prostu siedziałam po drugiej stronie stolika i przekonywałam samą siebie, że to się dzieje w realu i że właśnie dostałam szansę na uratowanie Archera.

– Nie obiecuję, że to będzie proste.

– Nie jestem głupia, zdaję sobie z tego sprawę.

– Mądra dziewczynka.

Sięgnął do wnętrza skórzanej kurtki, wyciągnął z niej rulon ciasno zwiniętych papierów i położył między nami na stoliku.

– Kontrakt? – Ten frazes filmowy wydał mi się w tej więcej-niż-poważnej sytuacji wyjątkowo niedorzeczny. – Myślałam…

– Wystarczy, że rzucisz okiem.

– Niby jak mam zapoznać się z tym kontraktem, jeśli nie wiem, co tu jest napisane? – zapytałam, gdy zobaczyłam pierwszą stronę. Wskazałam palcem na kartkę. – W szkole nie uczyli nas odczytywać takich dziwnych czarnych symboli.

– Angielski nie jest jedynym językiem na świecie. A cały ten kontrakt to tylko formalność – zapewnił mnie Śmierć. – Zaufaj mi.

– A niby czemu miałabym panu zaufać?

– Musisz mi uwierzyć na słowo – powiedział Śmierć, wyciągając z kurtki i podając mi długopis.

Zaczynało do mnie docierać, że będę musiała mu uwierzyć na więcej niż jedno słowo, jeśli podpiszę się pod kontraktem.

– Mój ojciec jest prawnikiem – oznajmiłam. – Nie jestem na tyle głupia, żeby podpisywać cokolwiek bez uprzedniego sprawdzenia, co napisano drobnym drukiem.

– Tutaj nie ma żadnego drobnego druku – odpowiedział Śmierć, unosząc wysoko brwi, jak gdyby nie mógł uwierzyć, że w ogóle coś takiego zasugerowałam. – Nigdy w życiu bym nie skłamał.

Był to jawny sarkazm, ale darowałam sobie komentarz. Może nic nie wiedziałam o Śmierci, ale na pewno nie był człowiekiem. A jego próby udawania, że jest inaczej, były po prostu śmieszne.

– Im dłużej będziesz to przeciągać, tym trudniej będzie cię odesłać w przeszłość. Archer nie żyje już od dwóch dni.

Gdy tylko wspomniał o Archerze, wyrwałam mu długopis i przerzuciłam kartki kontraktu do ostatniej strony. Przez ułamek sekundy przytrzymałam długopis w powietrzu, ale w końcu wpisałam swoje imię i nazwisko we wskazanym miejscu i odsunęłam papiery w stronę Śmierci.

– I co się teraz stanie? – zapytałam stanowczo. – I dlaczego mam tylko dwadzieścia siedem dni?

Dwadzieścia siedem dni nie wydawało mi się wystarczająco długim czasem, żeby przekonać kogoś, że wcale nie musi popełniać samobójstwa. Pomyślałam nawet, że w ogóle nie można określić, ile czasu potrzeba, żeby ktoś zrezygnował z zamiaru odebrania sobie życia.

– Czas przydzielony jest inny w każdym kontrakcie – wyjaśnił Śmierć i schował kontrakt z powrotem do skórzanej kurtki. – W tym wypadku to dwadzieścia siedem dni. Tyle zajęło Archerowi Moralesowi przejście od pierwszej myśli o samobójstwie do jej realizacji.

Mocno zabiło mi serce. Żeby się nie rozpłakać, skupiłam się na oddechu. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, co musiał czuć Archer.

– Ale muszę cię ostrzec – odezwał się Śmierć, odciągając mnie od bolesnych rozważań.

Oczywiście, że musiało być coś jeszcze, drobny szczegół, o którym nie wspomniał, zanim nie podpisałam kontraktu.

– Ostrzec przed czym? – zapytałam z wahaniem w głosie.

– Na tym świecie są rzeczy, które mają… pewien określony porządek – powiedział ostrożnie, bardzo skrupulatnie dobierając słowa. – I czasami są niezadowolone, jeśli ten porządek zostaje zaburzony. Czasami im się to nie podoba.

Było jasne jak słońce, że to, przed czym Śmierć mnie ostrzega, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Zaniepokoiłam się. Jeśli Śmierć był jedną z tych rzeczy, to co jeszcze na mnie czekało?

– Trzeba było powiedzieć, zanim podpisałam kontrakt.

– No, tak… Cóż… Na twoim miejscu nie zaprzątałbym sobie ślicznej główki takim szczegółem – oznajmił Śmierć. – Powodzenia, młoda.

Zanim zdążyłam zaprotestować, znowu pstryknął palcami i wszystko okryła nieprzenikniona ciemność.

ROZDZIAŁ 4Grę czas zacząć. Pozostało 27 dni

Przepraszam, panno Jamison? Panno Jamison? Panno Jamison!

Poderwałam się z krzykiem i omal nie spadłam z krzesła.

Pan Monroe, nasz wkurzający i łysiejący nauczyciel nauk społecznych, stał nade mną z karcącym wyrazem twarzy.

– Jak miło, że postanowiłaś się obudzić i zaszczycić nas swoją świadomą obecnością – powiedział.

– Przepraszam, proszę pana, nie chciałam zasnąć, ja…

Urwałam w pół zdania, gdy się zorientowałam, że siedzę na lekcji nauk społecznych wśród chichoczących kolegów i koleżanek. Na tablicy zobaczyłam datę zapisaną zielonym markerem.

11 listopada.

Rzeczywistość nagle jakby eksplodowała. 11 listopada? Jakim cudem? Ostatnią datą, jaką zapamiętałam, był 9 grudnia. Dopiero co byłam na pogrzebie Archera Moralesa, bo popełnił samobójstwo, a później… podpisałam kontrakt ze Śmiercią.

Podpisałam kontrakt ze Śmiercią. Archer Morales odebrał sobie życie, a ja podpisałam kontrakt ze Śmiercią, żeby go powstrzymać. Czy naprawdę siedziałam właśnie na lekcji nauk społecznych, która odbyła się dwadzieścia siedem dni temu?

– Prze… przepraszam, proszę pana. Ja muszę… – Wstałam, chwyciłam płaszcz i torbę, po czym chwiejnym krokiem ruszyłam do wyjścia. – Ja muszę…

Uciec stąd? Zwymiotować? Zemdleć? Wszystko było lepsze niż siedzenie w tej klasie.

Pobiegłam pustym korytarzem wzdłuż szafek aż do damskiej toalety. Sprawdziłam, czy wszystkie kabiny są puste, i oparłam się ciężko o umywalkę. Oddychałam z trudem, łapiąc powietrze małymi haustami.

Odkręciłam zimną wodę i ochlapałam sobie twarz, ciesząc się z braku makijażu. W końcu wzięłam głębszy oddech i spojrzałam na swoje odbicie w brudnym lustrze wiszącym przede mną. Nie byłam pewna, czy się rozpoznam.

Na szczęście w lustrze zobaczyłam siebie, brunetkę z brązowymi oczami, prostym nosem i wąskimi brwiami. Byłam blada, jakbym przeżyła szok. Miałam na sobie jeansy i bluzę, która, jak pamiętałam, leżała na dnie mojej szafy i czekała w kolejce do prania. Ostatnio włożyłam ją kilka tygodni temu.

Pamiętałam wyraźnie to dziwne poczucie przytłaczającego smutku zawisłe nad szkołą w dniu, kiedy dowiedzieliśmy się, że Archer się zabił. Pamiętałam też, jak pusto i smutno było na jego pogrzebie, i wiedziałam na pewno, że poznałam mamę Archera, Reginę, i jego młodszą siostrzyczkę Rosie.

Nie przypuszczałam wtedy, nawet w moich najgorszych koszmarach, że może pojawić się ktoś taki jak Śmierć. Nigdy nie zapomnę jego wychudłej twarzy, niepokojącego uśmiechu i sposobu, w jaki patrzył na mnie swoimi pustymi czarnymi oczami, a także zwoju kartek zapisanych pokracznymi symbolami – kontraktu, który kazał mi podpisać.

– Dobra, Hadley – odezwałam się na głos do odbicia w lustrze. – Albo miałaś najbardziej dziwaczny sen na świecie, albo to wszystko jest prawdą i właśnie przeniosłaś się w przeszłość.

Czułam się kretyńsko, wypowiadając to na głos. Dobrze, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć, że gadam z własnym odbiciem. Wyszłam z łazienki i oparłam się o ścianę na korytarzu. Na chwilę zamknęłam oczy. Musiałam wymyślić jakiś plan działania, ale mój mózg przestał normalnie funkcjonować. Nie byłam fanką science fiction, więc mogłam tylko zakładać, że istniały jakieś reguły podróży w czasie, których prawdopodobnie powinnam przestrzegać. Na dobrą sprawę już przez te pięć minut pobytu w przeszłości mogłam złamać przynajmniej połowę z nich.

Czy mam wrócić do kościoła? A może do tego Starbucksa, by sprawdzić, czy Śmierć nadal tam jest? Może powinnam jakoś się z nim skontaktować?

I nagle odpowiedź na pytanie, co mam teraz zrobić, pojawiła się sama. Była oczywista. Nie mogłam uwierzyć, że nie przyszła mi wcześniej do głowy.

Muszę znaleźć Archera.

Nawet jeśli to był tylko sen – a nagle zapragnęłam, żeby nie był i żeby się okazało, że Archer nadal żyje – musiałam spróbować go odszukać. Zanim zdążyłam ułożyć jakiś sensowny plan, już szłam korytarzem. Po kilku zakrętach dotarłam do biblioteki. Google! Tak, zamierzałam skorzystać z przeglądarki wymyślonej nie bez powodu.

Niedaleko działu z literaturą piękną znalazłam wolny komputer. Usiadłam, wyjęłam legitymację szkolną i się zalogowałam.