41 osób interesuje się tą książką

Opis

Co zrobiłyby kobiety, gdyby nagle liczba słów, które wypowiadają każdego dnia, uległa drastycznemu ograniczeniu?

Feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko 100 słów dziennie. Mocna, wzbudzająca emocje książka, ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet.

Czarna bransoletka zaciśnięta na nadgarstku. Cyfrowe znaczki układają się w liczbę 15. Liczba wypowiedzianych słów nie może przekroczyć 100, każde kolejne słowo oznacza coraz silniejszy ładunek elektryczny. Licznik zresetuje się o północy.

Zasady są proste: najlepiej usunąć wszystkie językowe ozdobniki, ograniczyć pytania do tych, na które wystarczy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Nie pytać dzieci, jak poszło w szkole. Nie rozmawiać z mężem, nie wdawać się w dyskusje. Ważyć każde słowo.

Neurolingwistka dr Jean McClellan wciąż nie potrafi powiedzieć, jak się znalazła w tej utopistycznej rzeczywistości, gdzie rola wszystkich kobiet została ograniczona do milczącej obecności, do zapewniania rodzinie ciepłego posiłku na stole i czystego lokum. Jak do tego doszło? Kiedy, dosłownie i w przenośni, kobiety zostały zakute w kajdany?

Recenzenci podkreślają, że Vox to „kawał dobrej literatury. Porusza, skłania do refleksji, inspiruje, rozpala emocje. Jest fenomenalna i niebagatelna. To jedna z tych książek, o których chce się opowiedzieć wszystkim dookoła”.

"Szokuje, trzyma w napięciu, prowokuje do myślenia."

Lee Child

"Niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze. Spędza sen z powiek i rozpala gniew bez względu na płeć."

"Starburst Magazine"

"Opowiedziana błyskotliwym stylem historia, która przemawia do wyobraźni, alarmująca i fascynująca zarazem. Przywodzi na myśl prozę Margaret Atwood, George’a Orwella i Aldousa Huxleya. To dystopijna wizja teraźniejszości. Ta książka otworzyła mi oczy."

Melissa Broder, autorka "The Pisces"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 25 min

Lektor: Czyta Paulina Holtz

Popularność


Tytuł oryginału: Vox

Projekt okładki: Steve Meditz

Typografia: Doctor Letters/Shutterstock

Zdjęcia: Juanmonino/Getty Images,Karan Kapoor/Stone/Getty Images

Redakcja: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Maczkowska

VOX © 2018 by Christina Dalcher

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-1137-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

FRAGMENT

Pamięci Charliego Jonesa,

lingwisty, nauczyciela i przyjaciela

ROZDZIAŁ 1

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że w ciągu tygodnia pokonam prezydenta, Ligę Cnoty i tego niekompetentnego gnojka Morgana LeBrona. Ale nie dyskutowałabym. Nic bym nie powiedziała.

Muszę ważyć każde słowo.

Przy kolacji, zanim wypowiem ostatnie sylaby tego dnia, Patrick sięga nad stołem i stuka palcem w połyskujące srebrzyście urządzenie na moim nadgarstku. Robi to delikatnie, jakby cierpiał razem ze mną, a może chce mi przypomnieć, żebym milczała, dopóki licznik słów nie zresetuje się o północy. Kiedy będę spała, spadnie ze mnie zaklęcie i we wtorek rano zacznę dzień z czystym kontem. To samo stanie się z licznikiem mojej córki Soni.

Moi synowie nie noszą liczników.

Podczas wspólnych posiłków chłopcy zazwyczaj gawędzą o szkole.

Sonia również chodzi do szkoły, ale nigdy nie trwoni słów na opowiadanie o tym, jak jej minął dzień. Między kęsami niewyszukanego gulaszu, który przyrządziłam na kolację, odtwarzając przepis z pamięci, Patrick wypytuje ją o postępy na zajęciach z prowadzenia domu, wychowania fizycznego i nowego przedmiotu o nazwie podstawy rachunkowości w gospodarstwie domowym. Czy słucha się nauczycieli? Czy będzie miała dobre oceny w tym semestrze? Wie, jak powinien formułować pytania, żeby wystarczyło odpowiedzieć na nie ruchem głowy.

Przyglądam się temu, zaciskając dłonie tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w ciało. Sonia przytakuje i marszczy nos, kiedy bliźniacy nieświadomi wagi prostych pytań i ograniczonego zestawu odpowiedzi, proszą siostrę, żeby opowiedziała im o swoich nauczycielach, lekcjach i ulubionych przedmiotach. Nie dopuszczam do siebie myśli, że wszystko rozumieją, że ją podpuszczają i próbują wywabić z niej słowa. Ale w wieku jedenastu lat są na tyle domyślni, aby już wiedzieć, czym to grozi. Widzieli, co się dzieje, kiedy używamy zbyt wielu słów.

Sonia przenosi wzrok z jednego brata na drugiego i jej usta drżą, a różowy koniuszek języka, tej części ciała obdarzonej własnym umysłem, porusza się niespokojnie, dotykając zębów albo dolnej wargi. Steven, mój najstarszy syn, wyciąga rękę i przykłada palec do jej ust.

Mogłabym zaspokoić ich ciekawość. Teraz w szkołach pracują tylko mężczyźni. Lekcje mają formę wykładów. Nauczyciele mówią, uczniowie słuchają. To by mnie kosztowało czternaście słów.

Zostało mi pięć.

– Jak z jej słownictwem? – pyta Patrick, obracając podbródek w moją stronę. – Uczy się?

Wzruszam ramionami. W wieku sześciu lat Sonia powinna dowodzić armią złożoną z dziesięciu tysięcy leksemów, gotowych formować szyki i przegrupowywać siły niczym żołnierze na rozkaz jej małego, wciąż jeszcze podatnego na zmiany mózgu. Powinna, ale trzy podstawowe umiejętności w programie nauczania zredukowano do jednej – uproszczonej arytmetyki. Przecież i tak przyjdzie czas, kiedy moja córka będzie musiała zajmować się robieniem zakupów i prowadzeniem domu. Do tego potrzeba matematyki, a nie retoryki. Literatury też nie. Ani głosu.

– Jesteś lingwistką – mówi Patrick i zaczyna zbierać ze stołu puste naczynia, dając znak Stevenowi, żeby się do niego przyłączył.

– Byłam.

– Jesteś.

Mimo roku ćwiczeń nadliczbowe słowa wyciekają mi z ust, zanim udaje mi się je zatrzymać.

– Już nie. Byłam.

Mój licznik rejestruje kolejne trzy punkty. Za każdym razem czuję impuls, który rozchodzi się po mojej skórze niczym złowieszcze uderzenie bębna. Patrick przygląda mi się.

– Już wystarczy, Jean – mówi.

Chłopcy wymieniają spojrzenia i widzę w ich oczach niepokój wynikający ze świadomości, co się stanie, kiedy na wyświetlaczu pojawią się trzy cyfry. Jeden, zero, zero. Dochodzi do tego, kiedy wypowiadam moje ostatnie poniedziałkowe słowo. Gdy szepczę przeznaczone dla mojej córki „dobranoc”, Patrick wbija we mnie błagalny wzrok.

Zanoszę Sonię do łóżka. Jest coraz cięższa, już prawie zbyt ciężka dla mnie, i muszę użyć obu rąk, żeby ją podnieść. Uśmiecha się, kiedy przykrywam ją kołdrą. Jak zwykle musimy się obyć bez bajki na dobranoc, więc nie ma Dory, która poznaje świat, nie ma Kubusia Puchatka i Prosiaczka ani perypetii Piotrusia Królika w ogrodzie pana McGregora. To przerażające, do jakich rzeczy przywykła moja córka, uznając je za normalne.

Nucę jej do snu melodię kołysanki o ptaku przedrzeźniaczu, pierścionku z diamentem i koziołku, a przed oczami wyobraźni przesuwają mi się martwe rymy i zastygłe w bezruchu sceny.

Patrick przygląda się nam, stojąc w drzwiach. Jego ramiona, niegdyś mocne i rozłożyste, teraz zwisają niczym odwrócona litera V. Na czole ma zmarszczki w tym samym kształcie. Cały wydaje się obwisły.

ROZDZIAŁ 2

Leżę w sypialni i jak co noc otulam się kocem utkanym z niewidzialnych słów, udając, że czytam, i pozwalając moim oczom tańczyć po wyimaginowanych stronach Szekspira. Gdyby naszła mnie ochota na coś bardziej wyszukanego, byłby to Dante w monumentalnym włoskim oryginale. Język Dantego tak niewiele się zmienił przez stulecia, ale dziś wybrałam niełatwą wędrówkę przez gąszcz zapomnianych słów. Zastanawiam się, jak Włoszki poradzą sobie z nową sytuacją, jeśli kiedyś nasze porządki rozprzestrzenią się po całym świecie.

Może więcej będą mówiły rękami.

Jednak prawdopodobieństwo, że ta zaraza ogarnie inne kraje, jest nikłe. Zanim telewizja stała się upaństwowionym monopolem i zanim na naszych nadgarstkach pojawiły się liczniki, śledziłam wiadomości. Al-Dżazira, BBC, trzy kanały włoskiej RAI i inne stacje od czasu do czasu emitowały jakiś talk-show. Oglądaliśmy te programy z Patrickiem i Stevenem, kiedy młodsze dzieci już spały.

– Musimy? – jęknął Steven.

Rozparty w swoim ulubionym fotelu jedną rękę zanurzył w misce z popcornem, a w drugiej trzymał komórkę i pisał esemesy.

Pogłośniłam telewizor.

– Nie, nie musimy. Ale możemy – odparłam, chociaż nikt nie wiedział, jak długo to jeszcze potrwa. Patrick już wtedy mówił, że koncesje prywatnych stacji wiszą na włosku. – Nie każdy to ma, Stevenie.

A może powinnam była powiedzieć: „Ciesz się, póki możesz”?

Tylko że nie za bardzo mieliśmy powody do radości.

Każdy z tych programów był taki sam. Wszyscy się z nas śmiali. Al-Dżazira nazwała nas „neoekstremistami”. Wzbudziłoby to mój uśmiech, gdybym nie mogła przyznać im racji. Brytyjscy spece od polityki kręcili głowami, jakby chcieli powiedzieć: „Ech, ci durni jankesi. Co oni znowu wyprawiają?”. Włoscy eksperci, których wprowadzały do studia skąpo odziane i zbyt mocno umalowane modelki, podnosili głos, gestykulowali i parskali śmiechem.

Nabijali się z nas. Mówili, że powinniśmy wrzucić na luz, zanim zaczniemy nosić czarczafy i workowate szaty do samej ziemi. W sprośnym skeczu na jednym z włoskich kanałów dwaj mężczyźni w purytańskich strojach uprawiali sodomię. Czy naprawdę tak postrzegano Stany Zjednoczone?

Nie wiem. Ostatni raz byłam za granicą jeszcze przed narodzinami Soni, a teraz już nigdzie nie mogę wyjechać.

Odebrano nam paszporty, zanim jeszcze zmuszono nas do milczenia.

Chociaż powinnam uściślić – odebrano je tylko niektórym z nas.

Przekonałam się o tym w najbardziej przyziemnych okolicznościach. W grudniu zorientowałam się, że paszporty Stevena i bliźniaków straciły ważność, więc pobrałam z sieci trzy wnioski o wznowienie. Dla Soni, która nie miała jeszcze żadnych dokumentów oprócz świadectwa urodzenia i karty szczepień, potrzebny był inny formularz.

W przypadku chłopców procedura była prosta, tak jak zawsze. Kiedy kliknęłam w link, żeby pobrać wniosek o nowy paszport, system przekierował mnie na stronę, której nigdy wcześniej nie widziałam. Na monitorze pojawiło się tylko jedno pytanie: Wniosek składa mężczyzna czy kobieta?

Zerknęłam na Sonię, która bawiła się kolorowymi klockami na dywanie w moim domowym biurze, i zaznaczyłam okienko z podpisem kobieta.

– Czerwony! – zawołała moja córeczka, patrząc na monitor.

– Tak, skarbie – powiedziałam. – Bardzo dobrze, to jest kolor czerwony. Albo jak inaczej?

– Szkarłatny!

– Jeszcze lepiej.

– Karmazynowy! Wiśniowy! – dodała sama od siebie.

– Doskonale, kochanie. Tak trzymaj. – Pogłaskałam ją i rzuciłam na dywan jeszcze trochę klocków. – A teraz spróbuj z niebieskimi.

Kiedy obróciłam się z powrotem do biurka, okazało się, że Sonia miała rację za pierwszym razem. Monitor był najzwyczajniej czerwony. Czerwony jak cholerna krew.

Prosimy o kontakt z podanym niżej numerem. Możecie również napisać do nas na applications.state.gov. Dziękujemy!

Po kilkunastu nieudanych próbach dałam sobie spokój z telefonem i wysłałam mejl, a potem czekałam półtora tygodnia, zanim przyszła odpowiedź. O ile można to nazwać odpowiedzią. Po prostu kazano mi przyjść do urzędu.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytał urzędnik, kiedy zgodnie z instrukcją, którą mi przysłano, stawiłam się w najbliższym biurze paszportowym.

– Owszem, jeśli rozpatruje pan wnioski o paszport – odparłam, wsuwając świadectwo urodzenia Soni i wypełniony formularz przez szparę w pleksiglasowym okienku.

Urzędnik, który wyglądał na nie więcej niż dziewiętnaście lat, energicznym ruchem zabrał wszystkie papiery i kazał mi czekać. Po chwili wrócił pośpiesznie.

– Aha, będę jeszcze potrzebował pani paszportu – powiedział. – Tylko żeby zrobić kopię.

Poinformował mnie, że wyrobienie paszportu Soni zajmie kilka tygodni. Nie wspomniał za to, że mój paszport został unieważniony. Dowiedziałam się o tym dużo później, a Sonia nigdy nie doczekała się swojego.

Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a ponieważ mur wzdłuż granicy z Meksykiem był już gotowy, exodus skończył się stosunkowo szybko.

– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i nasi ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień.

Wciąż myślę, że nam też by się udało, gdyby chodziło tylko o Patricka i mnie. Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać „Kanada!” do strażników na granicy – nie mieliśmy szans.

Więc dziś wieczorem nie czuję się wybornie, nie po tym, jak właśnie naszła mnie refleksja, że tak łatwo udało się z nas zrobić więźniów w naszym własnym kraju; nie po tym, jak Patrick wziął mnie w ramiona i powiedział, żebym starała się nie rozmyślać o tym, jak było.

Było, minęło.

A było tak, że kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś zapraszaliśmy gości na koktajle i kolacje, a kiedy robiło się ciepło, urządzaliśmy przyjęcia przy grillu. Kiedyś grywaliśmy w karty – w makao, piki i brydża, a później, kiedy chłopcy byli na tyle duzi, żeby odróżnić piątkę od szóstki, w wojnę i kwartet.

A jeśli chodzi o mnie, kiedyś miałam przyjaciółki. Patrick nazywał nasze wieczorne spotkania spędami kwok, ale wiem, że nie mówił tego pogardliwe. To była tylko jedna z tych męskich odzywek. Zresztą sama używałam tego określenia.

Chodziłyśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowałyśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania Lolity w Teheranie. Patrick nigdy nie miał nic przeciwko moim cotygodniowym wypadom, chociaż czasami z nas żartował, dopóki jeszcze było nam do śmiechu. Mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić.

No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka.

ROZDZIAŁ 3

Kiedy to się zaczęło, zanim jeszcze ktokolwiek z nas się domyślał, co niesie przyszłość, głos zabrała pewna kobieta, jedna z tych bardziej krzykliwych. Nazywała się Jackie Juarez.

Nie chcę rozmyślać o Jackie, ale nagle cofam się we wspomnieniach o półtora roku i jest tuż po zaprzysiężeniu prezydenta, a ja siedzę w salonie z chłopcami i uciszam ich, kiedy parskają śmiechem, żeby nie obudzili Soni. Steven wraca z kuchni, niosąc trzy pucharki lodów, i zauważa, że kobieta w telewizji zachowuje się histerycznie.

Histerycznie. Nie znoszę tego słowa.

– Co?

– Kobiety to wariatki – ciągnie mój najstarszy syn. – To nic nowego, mamo. Znasz to powiedzenie o histeryczkach i katarze macicy.

– Co? – powtarzam. – Gdzie to słyszałeś?

– Dzisiaj w szkole. Facet nazywał się Cooke albo jakoś tak. – Steven wręcza mi deser. – Kurde, jedna porcja jest mniejsza. Mamo, chcesz mniejszą czy większą?

– Mniejszą – odpowiadam.

Po ostatniej ciąży cały czas pilnuję, by nie przybrać na wadze.

Steven wywraca oczami.

– Tak, sam zobaczysz, co się stanie z twoim metabolizmem po czterdziestce – dodaję. – A kiedy zacząłeś czytać Crooke’a? Nie sądzę, aby Opis ciała ludzkiego stał się lekturą obowiązkową w liceum. – Dziobię łyżeczką jedną z trzech mikroskopijnych gałek przypominających lody czekoladowe z kawałkami orzechów. – Nawet na zajęciach z literatury na poziomie zaawansowanym.

– To zobacz sobie nasz rozszerzony program religioznawstwa – mówi Steven. – W każdym razie Cooke czy Crooke, co za różnica?

– Taka, że albo jest „r”, albo go nie ma, chłopcze.

Z powrotem odwracam wzrok w stronę wzburzonej kobiety na ekranie, która nadal utyskuje na różnice płac i blokowanie awansu zawodowego kobiet, co chwilę nawiązując do swojej najnowszej książki. Jej tytuł, Chcą nas zakneblować, jest wezwaniem do oporu i przepowiednią katastrofy. Podtytuł brzmi Co musicie wiedzieć o patriarchacie i swoim prawie głosu. Na okładce siedzą w szeregu lalki różnego rodzaju, od szmacianek poprzez gumowe bobaski po barbie, a wszystkie mają w ustach wklejone w Photoshopie kulkowe kneble.

– Obleśne – mówię do Patricka.

– To przesada, nie sądzisz? – odpowiada i spogląda odrobinę zbyt pożądliwie na moje topniejące lody. – Będziesz to jadła?

Wręczam mu pucharek, nie odrywając oczu od telewizora. W tych kneblach jest coś niepokojącego, co przeszkadza mi jeszcze bardziej niż sam widok czerwonej kulki w ustach dziecięcej zabawki. Myślę, że chodzi o te paski. Twarz każdej z lalek przekreśla czarny krzyż z krwistym punktem pośrodku, zasłaniając niczym woalka wszystko oprócz oczu. Może właśnie o to chodziło.

Jackie Juarez jest także autorką kilku innych książek, które noszą równie bulwersujące tytuły, jak Zamknij się i siadaj, Boso i w ciąży, Co zrobi z ciebie religia oraz Chodząca macica, najlepsza zdaniem Patricka i Stevena. Okładka tej ostatniej wywołuje ciarki.

Jackie właśnie krzyczy na gospodarza programu, który chyba trochę się zagalopował, używając słowa „feminazistki”.

– A wiesz, co zostanie, kiedy usuniesz feminizm z tego wyrazu? – Jackie nie czeka na odpowiedź. – Nazizm, oto co zostanie. To ci się bardziej podoba?

Dziennikarz jest skonsternowany.

Nie zwracając na niego uwagi, Jackie wbija szalone spojrzenie w kamerę i mam wrażenie, że jej podkreślone grubą kreską oczy patrzą wprost na mnie.

– Nie macie zielonego pojęcia, drogie panie, co się dzieje. Dziewczyny, nasz świat cofa się w rozwoju. Przemyślcie to. Wyobraźcie sobie, co z wami będzie, jaki los czeka wasze córki, kiedy sądy przeniosą nas z powrotem w czasy prehistoryczne. Zastanówcie się, co oznaczają słowa: „wola męża” i „ojcowskie przyzwolenie”. – Przerywa na chwilę, a potem dodaje, cedząc ostatnie słowa przez zaciśnięte zęby: – Wyobraźcie sobie, że budzicie się pewnego ranka, żeby odkryć, że nie macie już prawa głosu.

Patrick całuje mnie na dobranoc.

– Muszę wstać bladym świtem – mówi. – Mam rano spotkanie z jednym takim ważniakiem, wiesz gdzie.

– Dobranoc, kochanie.

– Ona powinna łyknąć coś na uspokojenie – odzywa się Steven, wciąż wpatrzony w telewizor.

Trzyma paczkę doritosów i chrupie je po pięć naraz, jakby chciał udowodnić, że wiek dojrzewania wcale nie jest najgorszy.

– Lody i doritosy? Twoja cera się zemści.

– To jest deser mistrzów, mamo. Możemy obejrzeć coś innego? Ta laska jest naprawdę dołująca.

– Jasne.

Wręczam mu pilota i Jackie Juarez milknie, żeby ustąpić miejsca powtórce Duck Dynasty.

– Jesteś pewien, Steve? – pytam, przyglądając się, jak zgraja brodatych wielkoludów w wojskowych kurtkach filozofuje o polityce.

– Tak. Oni są zajebiści.

– Są obłąkani, a ty licz się ze słowami.

– Jezu, mamo, to tylko żarty. Naprawdę tacy ludzie nie istnieją.

– Byłeś kiedyś w Luizjanie? – Zabieram mu paczkę chipsów. – Podziel się. Ojciec zjadł moje lody.

– Na Mardi Gras dwa lata temu. Mamo, zaczynam się martwić o twoją pamięć.

– Nowy Orlean to nie jest Luizjana.

A może jest, myślę sobie. Gdyby się nad tym zastanowić, czy jest jakaś różnica między dupkami z prowincji przekonanymi, że najlepiej żenić się z nastolatkami, a bandą pijanych przebierańców rzucających paciorkami w każdą kobietę, która pokaże cycki na St Charles Avenue?

Chyba niewielka.

Oto cały nasz kraj w pięciominutowych spotach – Jackie Juarez w eleganckim kostiumie i z wyrazistym makijażem rozpętuje psychozę strachu, a brodacze z mokradeł sieją nienawiść. A może jest na odwrót? Brodacze z mokradeł przynajmniej nie gapią się na mnie z ekranu i nie rzucają oskarżeń.

Steve, który pochłania drugą puszkę coli i drugą porcję lodów – tym razem odpuszcza sobie pucharek i wygrzebuje łyżką resztki z pojemnika – oświadcza, że idzie spać.

– Jutro mam test z religioznawstwa.

Od kiedy drugoklasiści uczą się religioznawstwa? I dlaczego mój syn nie zajmuje się czymś bardziej pożytecznym, na przykład biologią czy historią? Zadaję mu oba te pytania.

– To jest nowy przedmiot i proponują go wszystkim, nawet pierwszoroczniakom. Myślę, że od przyszłego roku wejdzie na stałe do programu. W każdym razie – woła Steven z kuchni – to oznacza, że nie ma już czasu na biologię i historię.

– Ale co to jest dokładnie? Teologia porównawcza? To bym chyba jeszcze zniosła… nawet w szkole państwowej.

Mój syn wraca do salonu z ciastkiem czekoladowym. To jego ostatnia przekąska przed snem.

– Nie, to coś bardziej jak… sam nie wiem, filozofia chrześcijaństwa. No to dobranoc, mamo. Kocham cię.

Cmoka mnie w policzek i znika w korytarzu.

Przełączam z powrotem na Jackie Juarez.

Na żywo jest dużo ładniejsza i nie sposób ocenić, czy przybrała na wadze od czasu studiów, czy kamera dodała jej te iluzoryczne pięć kilo. Spod profesjonalnego makijażu i stylowej fryzury Jackie wyziera zmęczenie, jakby każdy rok z tych dwudziestu lat gniewu wyrył na jej twarzy osobną bruzdę.

Przeżuwam ostatniego chipsa, a potem zlizuję z palców słone chemikalia, żeby zamknąć paczkę i położyć ją poza zasięgiem ręki.

Jackie wbija we mnie oskarżycielskie spojrzenie tych swoich zimnych oczu, które nie zmieniły się ani trochę.

Nie potrzebuję jej oskarżeń. Nie potrzebowałam ich już dwadzieścia lat temu, ale wciąż pamiętam dzień, w którym się zaczęły. Dzień, w którym moja przyjaźń z Jackie zaczęła się kruszyć.

– Wybierasz się na marsz, prawda? – Jackie bez stanika i makijażu stanęła w drzwiach mojego pokoju, gdzie leżałam otoczona połową zasobów naszej biblioteki z działu neurolingwistyki.

– Nie mogę. Jestem zajęta.

– Do kurwy nędzy, Jean, to jest ważniejsze od jakichś głupich badań nad afazją! Może poświęcisz trochę uwagi tym, którzy jeszcze żyją?

Spojrzałam na nią, przechylając głowę w niemym pytaniu.

– Dobrze już, dobrze. – Jackie gwałtownie uniosła ręce. – Pewnie jeszcze pożyją. Wybacz, chciałam tylko powiedzieć, że sprawa Sądu Najwyższego… że to się dzieje właśnie teraz.

Wszystkie wydarzenia polityczne – wybory, nominacje, zatwierdzenia, przemówienia, cokolwiek by to było – Jackie zawsze nazywała „sprawami”. Sprawa sądu. Sprawa przemówienia. Sprawa wyborów. To mnie doprowadzało do szału. Jakiś socjolingwista mógłby od czasu do czasu poświęcić chwilę, żeby popracować nad jej słownictwem.

– Tak czy siak, ja tam idę – oświadczyła. – Możesz mi potem podziękować, kiedy senat przyklepie kandydaturę Grace Murray. To w tej chwili jedyna kobieta w Sądzie Najwyższym, gdybyś przypadkiem była zainteresowana.

Potem znów zaczęła o „tych jebanych mizoginach, którzy zasiadali w komisji senackiej dwa lata temu”.

– Dzięki, Jackie – powiedziałam, nie mogąc zamaskować rozbawienia w swoim głosie.

Ale jej nie było do śmiechu.

– No dobra. – Odsunęłam na bok notatnik i wepchnęłam sobie ołówek między spięte w kucyk włosy. – Przestaniesz mi wciskać kit? Te neuronauki mnie wykańczają, a profesor Wu w tym semestrze nie bierze jeńców. Joe oblał. Mark oblał. Hannah oblała. Te dwie panienki z New Delhi, te, które zawsze chodzą pod rękę i przesiadują obok siebie w czytelni, też oblały. Nie myśl sobie, że co wtorek wymieniamy się historyjkami o wrednych mężach i pognębionych żonach albo dopatrujemy się powiewu przyszłości w esemesowych skrótach nastolatków.

Jackie wzięła jedną z książek leżących na łóżku, otworzyła ją i spojrzała na stronę tytułową.

– Etiologia udaru mózgu u pacjentów z afazją Wernickego. Pasjonujące. – Odrzuciła tom, który wylądował na kocu z głuchym odgłosem.

– To prawda.

– Nie ma sprawy. W takim razie siedź sobie pod laboratoryjnym kloszem, a my wszyscy pójdziemy. – Jackie sięgnęła znów po książkę i napisała coś na wewnętrznej stronie tylnej okładki. – To na wypadek, gdybyś jednak znalazła chwilę, żeby zaapelować do swoich senatorów.

– Dobrze mi pod tym kloszem – odparłam. – A to jest książka z biblioteki.

Jackie nie przejęłaby się zbytnio, nawet gdyby pomalowała sprejem kamień z Rosetty.

– Jasne, że ci dobrze, tak samo jak wszystkim białym feministkom. Mam nadzieję, że nikt nie przekłuje tej bańki mydlanej.

To powiedziawszy, odwróciła się i wyszła, dźwigając naręcze kolorowych transparentów.

Kiedy skończył się okres naszej umowy najmu, Jackie oświadczyła, że nie będzie dłużej ze mną mieszkać. Wraz z innymi dziewczynami znalazła jakąś stancję w Adams Morgan.

– Tam są lepsze wibracje – wyjaśniła mi. – Swoją drogą, wszystkiego najlepszego. Za rok minie ćwierć wieku, od kiedy chodzisz po tym świecie. Marylin Monroe mówiła, że to daje kobiecie do myślenia. Trzymaj się i pomyśl, co musisz zrobić, żeby zachować wolność.

Na urodziny podarowała mi kilka dobranych tematycznie upominków, z których każdy stanowił żartobliwą aluzję. Dostałam paczkę gum do żucia, takich z głupkowatymi historyjkami obrazkowymi, różową buteleczkę z płynem do puszczania baniek mydlanych, wino musujące i komplet dwudziestu pięciu balonów. Wszystko to zawinięte w folię bąbelkową.

Tamtego wieczoru wypiłam wino prosto z butelki i rozgniotłam wszystkie pęcherzyki folii bąbelkowej, w którą był zapakowany cały zestaw. Reszta prezentów trafiła do kosza.

Od tamtego czasu nie zamieniłam z Jackie ani słowa. Teraz tego żałuję. W takie noce jak ta myślę sobie, że sprawy – sprawa wyborów, sprawa nominacji, sprawa zatwierdzenia, sprawa rozporządzenia wykonawczego – mogłyby potoczyć się inaczej, gdybyśmy jeszcze porozmawiały.

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz