Vox - Christina Dalcher - ebook
Opis

 

Co zrobiłyby kobiety, gdyby nagle liczba słów, które wypowiadają każdego dnia, uległa drastycznemu ograniczeniu?

Feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn, w którym kobiety mogą wypowiedzieć tylko 100 słów dziennie. Mocna, wzbudzająca emocje książka, ważny głos w epoce ruchu #MeToo i w świetle ogólnoświatowych dyskusji o prawach kobiet.

Czarna bransoletka zaciśnięta na nadgarstku. Cyfrowe znaczki układają się w liczbę 15. Liczba wypowiedzianych słów nie może przekroczyć 100, każde kolejne słowo oznacza coraz silniejszy ładunek elektryczny. Licznik zresetuje się o północy.

Zasady są proste: najlepiej usunąć wszystkie językowe ozdobniki, ograniczyć pytania do tych, na które wystarczy odpowiedzieć „tak” lub „nie”. Nie pytać dzieci, jak poszło w szkole. Nie rozmawiać z mężem, nie wdawać się w dyskusje. Ważyć każde słowo.

Neurolingwistka dr Jean McClellan wciąż nie potrafi powiedzieć, jak się znalazła w tej utopistycznej rzeczywistości, gdzie rola wszystkich kobiet została ograniczona do milczącej obecności, do zapewniania rodzinie ciepłego posiłku na stole i czystego lokum. Jak do tego doszło? Kiedy, dosłownie i w przenośni, kobiety zostały zakute w kajdany?

Recenzenci podkreślają, że Vox to „kawał dobrej literatury. Porusza, skłania do refleksji, inspiruje, rozpala emocje. Jest fenomenalna i niebagatelna. To jedna z tych książek, o których chce się opowiedzieć wszystkim dookoła”.

"Szokuje, trzyma w napięciu, prowokuje do myślenia."

Lee Child

"Niepokojąco prorocza opowieść ku przestrodze. Spędza sen z powiek i rozpala gniew bez względu na płeć."

"Starburst Magazine"

"Opowiedziana błyskotliwym stylem historia, która przemawia do wyobraźni, alarmująca i fascynująca zarazem. Przywodzi na myśl prozę Margaret Atwood, George’a Orwella i Aldousa Huxleya. To dystopijna wizja teraźniejszości. Ta książka otworzyła mi oczy."

Melissa Broder, autorka "The Pisces"

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 402

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Vox

Projekt okładki: Steve Meditz

Typografia:Doctor Letters/Shutterstock

Zdjęcia: Juanmonino/Getty Images,Karan Kapoor/Stone/Getty Images

Redakcja:Ewa Orzeszek-Szmytko

Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Katarzyna Maczkowska

VOX © 2018 by Christina Dalcher

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2019

© for the Polish translation by Radosław Madejski

ISBN 978-83-287-1137-2

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Pamięci Charliego Jonesa,

lingwisty, nauczyciela i przyjaciela

ROZDZIAŁ 1

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że w ciągu tygodnia pokonam prezydenta, Ligę Cnoty i tego niekompetentnego gnojka Morgana LeBrona. Ale nie dyskutowałabym. Nic bym nie powiedziała.

Muszę ważyć każde słowo.

Przy kolacji, zanim wypowiem ostatnie sylaby tego dnia, Patrick sięga nad stołem i stuka palcem w połyskujące srebrzyście urządzenie na moim nadgarstku. Robi to delikatnie, jakby cierpiał razem ze mną, a może chce mi przypomnieć, żebym milczała, dopóki licznik słów nie zresetuje się o północy. Kiedy będę spała, spadnie ze mnie zaklęcie i we wtorek rano zacznę dzień z czystym kontem. To samo stanie się z licznikiem mojej córki Soni.

Moi synowie nie noszą liczników.

Podczas wspólnych posiłków chłopcy zazwyczaj gawędzą o szkole.

Sonia również chodzi do szkoły, ale nigdy nie trwoni słów na opowiadanie o tym, jak jej minął dzień. Między kęsami niewyszukanego gulaszu, który przyrządziłam na kolację, odtwarzając przepis z pamięci, Patrick wypytuje ją o postępy na zajęciach z prowadzenia domu, wychowania fizycznego i nowego przedmiotu o nazwie podstawy rachunkowości w gospodarstwie domowym. Czy słucha się nauczycieli? Czy będzie miała dobre oceny w tym semestrze? Wie, jak powinien formułować pytania, żeby wystarczyło odpowiedzieć na nie ruchem głowy.

Przyglądam się temu, zaciskając dłonie tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w ciało. Sonia przytakuje i marszczy nos, kiedy bliźniacy nieświadomi wagi prostych pytań i ograniczonego zestawu odpowiedzi, proszą siostrę, żeby opowiedziała im o swoich nauczycielach, lekcjach i ulubionych przedmiotach. Nie dopuszczam do siebie myśli, że wszystko rozumieją, że ją podpuszczają i próbują wywabić z niej słowa. Ale w wieku jedenastu lat są na tyle domyślni, aby już wiedzieć, czym to grozi. Widzieli, co się dzieje, kiedy używamy zbyt wielu słów.

Sonia przenosi wzrok z jednego brata na drugiego i jej usta drżą, a różowy koniuszek języka, tej części ciała obdarzonej własnym umysłem, porusza się niespokojnie, dotykając zębów albo dolnej wargi. Steven, mój najstarszy syn, wyciąga rękę i przykłada palec do jej ust.

Mogłabym zaspokoić ich ciekawość. Teraz w szkołach pracują tylko mężczyźni. Lekcje mają formę wykładów. Nauczyciele mówią, uczniowie słuchają. To by mnie kosztowało czternaście słów.

Zostało mi pięć.

– Jak z jej słownictwem? – pyta Patrick, obracając podbródek w moją stronę. – Uczy się?

Wzruszam ramionami. W wieku sześciu lat Sonia powinna dowodzić armią złożoną z dziesięciu tysięcy leksemów, gotowych formować szyki i przegrupowywać siły niczym żołnierze na rozkaz jej małego, wciąż jeszcze podatnego na zmiany mózgu. Powinna, ale trzy podstawowe umiejętności w programie nauczania zredukowano do jednej – uproszczonej arytmetyki. Przecież i tak przyjdzie czas, kiedy moja córka będzie musiała zajmować się robieniem zakupów i prowadzeniem domu. Do tego potrzeba matematyki, a nie retoryki. Literatury też nie. Ani głosu.

– Jesteś lingwistką – mówi Patrick i zaczyna zbierać ze stołu puste naczynia, dając znak Stevenowi, żeby się do niego przyłączył.

– Byłam.

– Jesteś.

Mimo roku ćwiczeń nadliczbowe słowa wyciekają mi z ust, zanim udaje mi się je zatrzymać.

– Już nie. Byłam.

Mój licznik rejestruje kolejne trzy punkty. Za każdym razem czuję impuls, który rozchodzi się po mojej skórze niczym złowieszcze uderzenie bębna. Patrick przygląda mi się.

– Już wystarczy, Jean – mówi.

Chłopcy wymieniają spojrzenia i widzę w ich oczach niepokój wynikający ze świadomości, co się stanie, kiedy na wyświetlaczu pojawią się trzy cyfry. Jeden, zero, zero. Dochodzi do tego, kiedy wypowiadam moje ostatnie poniedziałkowe słowo. Gdy szepczę przeznaczone dla mojej córki „dobranoc”, Patrick wbija we mnie błagalny wzrok.

Zanoszę Sonię do łóżka. Jest coraz cięższa, już prawie zbyt ciężka dla mnie, i muszę użyć obu rąk, żeby ją podnieść. Uśmiecha się, kiedy przykrywam ją kołdrą. Jak zwykle musimy się obyć bez bajki na dobranoc, więc nie ma Dory, która poznaje świat, nie ma Kubusia Puchatka i Prosiaczka ani perypetii Piotrusia Królika w ogrodzie pana McGregora. To przerażające, do jakich rzeczy przywykła moja córka, uznając je za normalne.

Nucę jej do snu melodię kołysanki o ptaku przedrzeźniaczu, pierścionku z diamentem i koziołku, a przed oczami wyobraźni przesuwają mi się martwe rymy i zastygłe w bezruchu sceny.

Patrick przygląda się nam, stojąc w drzwiach. Jego ramiona, niegdyś mocne i rozłożyste, teraz zwisają niczym odwrócona litera V. Na czole ma zmarszczki w tym samym kształcie. Cały wydaje się obwisły.

ROZDZIAŁ 2

Leżę w sypialni i jak co noc otulam się kocem utkanym z niewidzialnych słów, udając, że czytam, i pozwalając moim oczom tańczyć po wyimaginowanych stronach Szekspira. Gdyby naszła mnie ochota na coś bardziej wyszukanego, byłby to Dante w monumentalnym włoskim oryginale. Język Dantego tak niewiele się zmienił przez stulecia, ale dziś wybrałam niełatwą wędrówkę przez gąszcz zapomnianych słów. Zastanawiam się, jak Włoszki poradzą sobie z nową sytuacją, jeśli kiedyś nasze porządki rozprzestrzenią się po całym świecie.

Może więcej będą mówiły rękami.

Jednak prawdopodobieństwo, że ta zaraza ogarnie inne kraje, jest nikłe. Zanim telewizja stała się upaństwowionym monopolem i zanim na naszych nadgarstkach pojawiły się liczniki, śledziłam wiadomości. Al-Dżazira, BBC, trzy kanały włoskiej RAI i inne stacje od czasu do czasu emitowały jakiś talk-show. Oglądaliśmy te programy z Patrickiem i Stevenem, kiedy młodsze dzieci już spały.

– Musimy? – jęknął Steven.

Rozparty w swoim ulubionym fotelu jedną rękę zanurzył w misce z popcornem, a w drugiej trzymał komórkę i pisał esemesy.

Pogłośniłam telewizor.

– Nie, nie musimy. Ale możemy – odparłam, chociaż nikt nie wiedział, jak długo to jeszcze potrwa. Patrick już wtedy mówił, że koncesje prywatnych stacji wiszą na włosku. – Nie każdy to ma, Stevenie.

A może powinnam była powiedzieć: „Ciesz się, póki możesz”?

Tylko że nie za bardzo mieliśmy powody do radości.

Każdy z tych programów był taki sam. Wszyscy się z nas śmiali. Al-Dżazira nazwała nas „neoekstremistami”. Wzbudziłoby to mój uśmiech, gdybym nie mogła przyznać im racji. Brytyjscy spece od polityki kręcili głowami, jakby chcieli powiedzieć: „Ech, ci durni jankesi. Co oni znowu wyprawiają?”. Włoscy eksperci, których wprowadzały do studia skąpo odziane i zbyt mocno umalowane modelki, podnosili głos, gestykulowali i parskali śmiechem.

Nabijali się z nas. Mówili, że powinniśmy wrzucić na luz, zanim zaczniemy nosić czarczafy i workowate szaty do samej ziemi. W sprośnym skeczu na jednym z włoskich kanałów dwaj mężczyźni w purytańskich strojach uprawiali sodomię. Czy naprawdę tak postrzegano Stany Zjednoczone?

Nie wiem. Ostatni raz byłam za granicą jeszcze przed narodzinami Soni, a teraz już nigdzie nie mogę wyjechać.

Odebrano nam paszporty, zanim jeszcze zmuszono nas do milczenia.

Chociaż powinnam uściślić – odebrano je tylko niektórym z nas.

Przekonałam się o tym w najbardziej przyziemnych okolicznościach. W grudniu zorientowałam się, że paszporty Stevena i bliźniaków straciły ważność, więc pobrałam z sieci trzy wnioski o wznowienie. Dla Soni, która nie miała jeszcze żadnych dokumentów oprócz świadectwa urodzenia i karty szczepień, potrzebny był inny formularz.

W przypadku chłopców procedura była prosta, tak jak zawsze. Kiedy kliknęłam w link, żeby pobrać wniosek o nowy paszport, system przekierował mnie na stronę, której nigdy wcześniej nie widziałam. Na monitorze pojawiło się tylko jedno pytanie: Wniosek składa mężczyzna czy kobieta?

Zerknęłam na Sonię, która bawiła się kolorowymi klockami na dywanie w moim domowym biurze, i zaznaczyłam okienko z podpisem kobieta.

– Czerwony! – zawołała moja córeczka, patrząc na monitor.

– Tak, skarbie – powiedziałam. – Bardzo dobrze, to jest kolor czerwony. Albo jak inaczej?

– Szkarłatny!

– Jeszcze lepiej.

– Karmazynowy! Wiśniowy! – dodała sama od siebie.

– Doskonale, kochanie. Tak trzymaj. – Pogłaskałam ją i rzuciłam na dywan jeszcze trochę klocków. – A teraz spróbuj z niebieskimi.

Kiedy obróciłam się z powrotem do biurka, okazało się, że Sonia miała rację za pierwszym razem. Monitor był najzwyczajniej czerwony. Czerwony jak cholerna krew.

Prosimy o kontakt z podanym niżej numerem. Możecie również napisać do nas na applications.state.gov. Dziękujemy!

Po kilkunastu nieudanych próbach dałam sobie spokój z telefonem i wysłałam mejl, a potem czekałam półtora tygodnia, zanim przyszła odpowiedź. O ile można to nazwać odpowiedzią. Po prostu kazano mi przyjść do urzędu.

– Mogę w czymś pomóc? – zapytał urzędnik, kiedy zgodnie z instrukcją, którą mi przysłano, stawiłam się w najbliższym biurze paszportowym.

– Owszem, jeśli rozpatruje pan wnioski o paszport – odparłam, wsuwając świadectwo urodzenia Soni i wypełniony formularz przez szparę w pleksiglasowym okienku.

Urzędnik, który wyglądał na nie więcej niż dziewiętnaście lat, energicznym ruchem zabrał wszystkie papiery i kazał mi czekać. Po chwili wrócił pośpiesznie.

– Aha, będę jeszcze potrzebował pani paszportu – powiedział. – Tylko żeby zrobić kopię.

Poinformował mnie, że wyrobienie paszportu Soni zajmie kilka tygodni. Nie wspomniał za to, że mój paszport został unieważniony. Dowiedziałam się o tym dużo później, a Sonia nigdy nie doczekała się swojego.

Na początku trochę ludzi zdołało się stąd wyrwać. Niektórzy przedostali się do Kanady, inni popłynęli na Kubę, do Meksyku albo na Karaiby. Wkrótce potem władze wprowadziły posterunki kontrolne, a ponieważ mur wzdłuż granicy z Meksykiem był już gotowy, exodus skończył się stosunkowo szybko.

– Nie możemy pozwolić, aby nasi obywatele, nasze rodziny, nasze matki i nasi ojcowie opuszczali kraj – oświadczył prezydent w jednym z pierwszych przemówień.

Wciąż myślę, że nam też by się udało, gdyby chodziło tylko o Patricka i mnie. Ale z czwórką dzieci – z których najmłodsze w najmniej odpowiednim momencie zaczęłoby podskakiwać w swoim foteliku i szczebiotać „Kanada!” do strażników na granicy – nie mieliśmy szans.

Więc dziś wieczorem nie czuję się wybornie, nie po tym, jak właśnie naszła mnie refleksja, że tak łatwo udało się z nas zrobić więźniów w naszym własnym kraju; nie po tym, jak Patrick wziął mnie w ramiona i powiedział, żebym starała się nie rozmyślać o tym, jak było.

Było, minęło.

A było tak, że kiedyś rozmawialiśmy do późnej nocy. Kiedyś w weekendy leżeliśmy długo w łóżku i czytaliśmy gazety, odkładając domowe obowiązki na potem. Kiedyś zapraszaliśmy gości na koktajle i kolacje, a kiedy robiło się ciepło, urządzaliśmy przyjęcia przy grillu. Kiedyś grywaliśmy w karty – w makao, piki i brydża, a później, kiedy chłopcy byli na tyle duzi, żeby odróżnić piątkę od szóstki, w wojnę i kwartet.

A jeśli chodzi o mnie, kiedyś miałam przyjaciółki. Patrick nazywał nasze wieczorne spotkania spędami kwok, ale wiem, że nie mówił tego pogardliwe. To była tylko jedna z tych męskich odzywek. Zresztą sama używałam tego określenia.

Chodziłyśmy do klubu książki i do kawiarni na ploteczki, dyskutowałyśmy o polityce w barze przy kieliszku wina, a potem w piwnicy, kiedy stało się to dla nas odpowiednikiem czytania Lolityw Teheranie. Patrick nigdy nie miał nic przeciwko moim cotygodniowym wypadom, chociaż czasami z nas żartował, dopóki jeszcze było nam do śmiechu. Mówił, że jesteśmy głosami, których nie da się stłumić.

No cóż, to tyle w kwestii nieomylności Patricka.

ROZDZIAŁ 3

Kiedy to się zaczęło, zanim jeszcze ktokolwiek z nas się domyślał, co niesie przyszłość, głos zabrała pewna kobieta, jedna z tych bardziej krzykliwych. Nazywała się Jackie Juarez.

Nie chcę rozmyślać o Jackie, ale nagle cofam się we wspomnieniach o półtora roku i jest tuż po zaprzysiężeniu prezydenta, a ja siedzę w salonie z chłopcami i uciszam ich, kiedy parskają śmiechem, żeby nie obudzili Soni. Steven wraca z kuchni, niosąc trzy pucharki lodów, i zauważa, że kobieta w telewizji zachowuje się histerycznie.

Histerycznie. Nie znoszę tego słowa.

– Co?

– Kobiety to wariatki – ciągnie mój najstarszy syn. – To nic nowego, mamo. Znasz to powiedzenie o histeryczkach i katarze macicy.

– Co? – powtarzam. – Gdzie to słyszałeś?

– Dzisiaj w szkole. Facet nazywał się Cooke albo jakoś tak. – Steven wręcza mi deser. – Kurde, jedna porcja jest mniejsza. Mamo, chcesz mniejszą czy większą?

– Mniejszą – odpowiadam.

Po ostatniej ciąży cały czas pilnuję, by nie przybrać na wadze.

Steven wywraca oczami.

– Tak, sam zobaczysz, co się stanie z twoim metabolizmem po czterdziestce – dodaję. – A kiedy zacząłeś czytać Crooke’a? Nie sądzę, aby Opis ciała ludzkiego stał się lekturą obowiązkową w liceum. – Dziobię łyżeczką jedną z trzech mikroskopijnych gałek przypominających lody czekoladowe z kawałkami orzechów. – Nawet na zajęciach z literatury na poziomie zaawansowanym.

– To zobacz sobie nasz rozszerzony program religioznawstwa – mówi Steven. – W każdym razie Cooke czy Crooke, co za różnica?

– Taka, że albo jest „r”, albo go nie ma, chłopcze.

Z powrotem odwracam wzrok w stronę wzburzonej kobiety na ekranie, która nadal utyskuje na różnice płac i blokowanie awansu zawodowego kobiet, co chwilę nawiązując do swojej najnowszej książki. Jej tytuł, Chcą nas zakneblować, jest wezwaniem do oporu i przepowiednią katastrofy. Podtytuł brzmi Co musicie wiedzieć o patriarchacie i swoim prawie głosu. Na okładce siedzą w szeregu lalki różnego rodzaju, od szmacianek poprzez gumowe bobaski po barbie, a wszystkie mają w ustach wklejone w Photoshopie kulkowe kneble.

– Obleśne – mówię do Patricka.

– To przesada, nie sądzisz? – odpowiada i spogląda odrobinę zbyt pożądliwie na moje topniejące lody. – Będziesz to jadła?

Wręczam mu pucharek, nie odrywając oczu od telewizora. W tych kneblach jest coś niepokojącego, co przeszkadza mi jeszcze bardziej niż sam widok czerwonej kulki w ustach dziecięcej zabawki. Myślę, że chodzi o te paski. Twarz każdej z lalek przekreśla czarny krzyż z krwistym punktem pośrodku, zasłaniając niczym woalka wszystko oprócz oczu. Może właśnie o to chodziło.

Jackie Juarez jest także autorką kilku innych książek, które noszą równie bulwersujące tytuły, jak Zamknij się i siadaj, Boso i w ciąży, Co zrobi z ciebie religia oraz Chodząca macica, najlepsza zdaniem Patricka i Stevena. Okładka tej ostatniej wywołuje ciarki.

Jackie właśnie krzyczy na gospodarza programu, który chyba trochę się zagalopował, używając słowa „feminazistki”.

– A wiesz, co zostanie, kiedy usuniesz feminizm z tego wyrazu? – Jackie nie czeka na odpowiedź. – Nazizm, oto co zostanie. To ci się bardziej podoba?

Dziennikarz jest skonsternowany.

Nie zwracając na niego uwagi, Jackie wbija szalone spojrzenie w kamerę i mam wrażenie, że jej podkreślone grubą kreską oczy patrzą wprost na mnie.

– Nie macie zielonego pojęcia, drogie panie, co się dzieje. Dziewczyny, nasz świat cofa się w rozwoju. Przemyślcie to. Wyobraźcie sobie, co z wami będzie, jaki los czeka wasze córki, kiedy sądy przeniosą nas z powrotem w czasy prehistoryczne. Zastanówcie się, co oznaczają słowa: „wola męża” i „ojcowskie przyzwolenie”. – Przerywa na chwilę, a potem dodaje, cedząc ostatnie słowa przez zaciśnięte zęby: – Wyobraźcie sobie, że budzicie się pewnego ranka, żeby odkryć, że nie macie już prawa głosu.

Patrick całuje mnie na dobranoc.

– Muszę wstać bladym świtem – mówi. – Mam rano spotkanie z jednym takim ważniakiem, wiesz gdzie.

– Dobranoc, kochanie.

– Ona powinna łyknąć coś na uspokojenie – odzywa się Steven, wciąż wpatrzony w telewizor.

Trzyma paczkę doritosów i chrupie je po pięć naraz, jakby chciał udowodnić, że wiek dojrzewania wcale nie jest najgorszy.

– Lody i doritosy? Twoja cera się zemści.

– To jest deser mistrzów, mamo. Możemy obejrzeć coś innego? Ta laska jest naprawdę dołująca.

– Jasne.

Wręczam mu pilota i Jackie Juarez milknie, żeby ustąpić miejsca powtórce Duck Dynasty.

– Jesteś pewien, Steve? – pytam, przyglądając się, jak zgraja brodatych wielkoludów w wojskowych kurtkach filozofuje o polityce.

– Tak. Oni są zajebiści.

– Są obłąkani, a ty licz się ze słowami.

– Jezu, mamo, to tylko żarty. Naprawdę tacy ludzie nie istnieją.

– Byłeś kiedyś w Luizjanie? – Zabieram mu paczkę chipsów. – Podziel się. Ojciec zjadł moje lody.

– Na Mardi Gras dwa lata temu. Mamo, zaczynam się martwić o twoją pamięć.

– Nowy Orlean to nie jest Luizjana.

A może jest, myślę sobie. Gdyby się nad tym zastanowić, czy jest jakaś różnica między dupkami z prowincji przekonanymi, że najlepiej żenić się z nastolatkami, a bandą pijanych przebierańców rzucających paciorkami w każdą kobietę, która pokaże cycki na St Charles Avenue?

Chyba niewielka.

Oto cały nasz kraj w pięciominutowych spotach – Jackie Juarez w eleganckim kostiumie i z wyrazistym makijażem rozpętuje psychozę strachu, a brodacze z mokradeł sieją nienawiść. A może jest na odwrót? Brodacze z mokradeł przynajmniej nie gapią się na mnie z ekranu i nie rzucają oskarżeń.

Steve, który pochłania drugą puszkę coli i drugą porcję lodów – tym razem odpuszcza sobie pucharek i wygrzebuje łyżką resztki z pojemnika – oświadcza, że idzie spać.

– Jutro mam test z religioznawstwa.

Od kiedy drugoklasiści uczą się religioznawstwa? I dlaczego mój syn nie zajmuje się czymś bardziej pożytecznym, na przykład biologią czy historią? Zadaję mu oba te pytania.

– To jest nowy przedmiot i proponują go wszystkim, nawet pierwszoroczniakom. Myślę, że od przyszłego roku wejdzie na stałe do programu. W każdym razie – woła Steven z kuchni – to oznacza, że nie ma już czasu na biologię i historię.

– Ale co to jest dokładnie? Teologia porównawcza? To bym chyba jeszcze zniosła… nawet w szkole państwowej.

Mój syn wraca do salonu z ciastkiem czekoladowym. To jego ostatnia przekąska przed snem.

– Nie, to coś bardziej jak… sam nie wiem, filozofia chrześcijaństwa. No to dobranoc, mamo. Kocham cię.

Cmoka mnie w policzek i znika w korytarzu.

Przełączam z powrotem na Jackie Juarez.

Na żywo jest dużo ładniejsza i nie sposób ocenić, czy przybrała na wadze od czasu studiów, czy kamera dodała jej te iluzoryczne pięć kilo. Spod profesjonalnego makijażu i stylowej fryzury Jackie wyziera zmęczenie, jakby każdy rok z tych dwudziestu lat gniewu wyrył na jej twarzy osobną bruzdę.

Przeżuwam ostatniego chipsa, a potem zlizuję z palców słone chemikalia, żeby zamknąć paczkę i położyć ją poza zasięgiem ręki.

Jackie wbija we mnie oskarżycielskie spojrzenie tych swoich zimnych oczu, które nie zmieniły się ani trochę.

Nie potrzebuję jej oskarżeń. Nie potrzebowałam ich już dwadzieścia lat temu, ale wciąż pamiętam dzień, w którym się zaczęły. Dzień, w którym moja przyjaźń z Jackie zaczęła się kruszyć.

– Wybierasz się na marsz, prawda? – Jackie bez stanika i makijażu stanęła w drzwiach mojego pokoju, gdzie leżałam otoczona połową zasobów naszej biblioteki z działu neurolingwistyki.

– Nie mogę. Jestem zajęta.

– Do kurwy nędzy, Jean, to jest ważniejsze od jakichś głupich badań nad afazją! Może poświęcisz trochę uwagi tym, którzy jeszcze żyją?

Spojrzałam na nią, przechylając głowę w niemym pytaniu.

– Dobrze już, dobrze. – Jackie gwałtownie uniosła ręce. – Pewnie jeszcze pożyją. Wybacz, chciałam tylko powiedzieć, że sprawa Sądu Najwyższego… że to się dzieje właśnie teraz.

Wszystkie wydarzenia polityczne – wybory, nominacje, zatwierdzenia, przemówienia, cokolwiek by to było – Jackie zawsze nazywała „sprawami”. Sprawa sądu. Sprawa przemówienia. Sprawa wyborów. To mnie doprowadzało do szału. Jakiś socjolingwista mógłby od czasu do czasu poświęcić chwilę, żeby popracować nad jej słownictwem.

– Tak czy siak, ja tam idę – oświadczyła. – Możesz mi potem podziękować, kiedy senat przyklepie kandydaturę Grace Murray. To w tej chwili jedyna kobieta w Sądzie Najwyższym, gdybyś przypadkiem była zainteresowana.

Potem znów zaczęła o „tych jebanych mizoginach, którzy zasiadali w komisji senackiej dwa lata temu”.

– Dzięki, Jackie – powiedziałam, nie mogąc zamaskować rozbawienia w swoim głosie.

Ale jej nie było do śmiechu.

– No dobra. – Odsunęłam na bok notatnik i wepchnęłam sobie ołówek między spięte w kucyk włosy. – Przestaniesz mi wciskać kit? Te neuronauki mnie wykańczają, a profesor Wu w tym semestrze nie bierze jeńców. Joe oblał. Mark oblał. Hannah oblała. Te dwie panienki z New Delhi, te, które zawsze chodzą pod rękę i przesiadują obok siebie w czytelni, też oblały. Nie myśl sobie, że co wtorek wymieniamy się historyjkami o wrednych mężach i pognębionych żonach albo dopatrujemy się powiewu przyszłości w esemesowych skrótach nastolatków.

Jackie wzięła jedną z książek leżących na łóżku, otworzyła ją i spojrzała na stronę tytułową.

– Etiologia udaru mózgu u pacjentów z afazją Wernickego. Pasjonujące. – Odrzuciła tom, który wylądował na kocu z głuchym odgłosem.

– To prawda.

– Nie ma sprawy. W takim razie siedź sobie pod laboratoryjnym kloszem, a my wszyscy pójdziemy. – Jackie sięgnęła znów po książkę i napisała coś na wewnętrznej stronie tylnej okładki. – To na wypadek, gdybyś jednak znalazła chwilę, żeby zaapelować do swoich senatorów.

– Dobrze mi pod tym kloszem – odparłam. – A to jest książka z biblioteki.

Jackie nie przejęłaby się zbytnio, nawet gdyby pomalowała sprejem kamień z Rosetty.

– Jasne, że ci dobrze, tak samo jak wszystkim białym feministkom. Mam nadzieję, że nikt nie przekłuje tej bańki mydlanej.

To powiedziawszy, odwróciła się i wyszła, dźwigając naręcze kolorowych transparentów.

Kiedy skończył się okres naszej umowy najmu, Jackie oświadczyła, że nie będzie dłużej ze mną mieszkać. Wraz z innymi dziewczynami znalazła jakąś stancję w Adams Morgan.

– Tam są lepsze wibracje – wyjaśniła mi. – Swoją drogą, wszystkiego najlepszego. Za rok minie ćwierć wieku, od kiedy chodzisz po tym świecie. Marylin Monroe mówiła, że to daje kobiecie do myślenia. Trzymaj się i pomyśl, co musisz zrobić, żeby zachować wolność.

Na urodziny podarowała mi kilka dobranych tematycznie upominków, z których każdy stanowił żartobliwą aluzję. Dostałam paczkę gum do żucia, takich z głupkowatymi historyjkami obrazkowymi, różową buteleczkę z płynem do puszczania baniek mydlanych, wino musujące i komplet dwudziestu pięciu balonów. Wszystko to zawinięte w folię bąbelkową.

Tamtego wieczoru wypiłam wino prosto z butelki i rozgniotłam wszystkie pęcherzyki folii bąbelkowej, w którą był zapakowany cały zestaw. Reszta prezentów trafiła do kosza.

Od tamtego czasu nie zamieniłam z Jackie ani słowa. Teraz tego żałuję. W takie noce jak ta myślę sobie, że sprawy – sprawa wyborów, sprawa nominacji, sprawa zatwierdzenia, sprawa rozporządzenia wykonawczego – mogłyby potoczyć się inaczej, gdybyśmy jeszcze porozmawiały.

ROZDZIAŁ 4

Czasami kreślę na wewnętrznej stronie dłoni niewidzialne litery. Podczas gdy Patrick i Steven porozumiewają się, poruszając językami, ja do mówienia używam palców. Krzyczę, lamentuję i przeklinam, rozpamiętując to, co Patrick określił słowami „jak było”.

A oto jak jest – wyznaczono nam limit stu słów dziennie. Cała zawartość mojej biblioteczki, nawet stare książki kucharskie Julii Child i, jak na ironię, kolekcja przepisów Better Homes and Gardens w wyświechtanej okładce w biało-czerwoną kratkę – prezent ślubny od przyjaciółki, która uznała to za uroczy żart – leżą poupychane w szafach i schowkach, żeby nie dostały się w ręce Soni. Patrick nosi przy sobie klucze niczym przytłaczające brzemię i czasem myślę, że to ich ciężar tak go postarza.

Najbardziej brakuje mi takich drobiazgów jak kubki z ołówkami i długopisami stojące w kącie każdego pokoju, notatniki powtykane między książki i wisząca na ścianie obok szafki z przyprawami ścieralna tablica, na której zapisywałam listy zakupów. Albo magnesy na lodówkę ze słowami, z których Steven układał zabawne angielsko-włoskie zdania, zaśmiewając się do rozpuku. Wszystko to zniknęło. Tak jak moje konto mejlowe.

Tak jak wszystko.

Niektóre błahostki, z których składa się codzienność, pozostały niezmienione. Nadal jeżdżę samochodem, wstępuję do sklepu spożywczego we wtorki i piątki, kupuję sobie sukienki i torebki, a raz w miesiącu chodzę na czesanie do Iannuzziego. Nie zdecydowałam się na nową fryzurę, bo musiałabym poświęcić zbyt wiele bezcennych słów, żeby Stefano wiedział, ile ma przystrzyc tu, a ile zostawić tam. Dla rozrywki mogę sobie przeczytać slogan na billboardzie reklamującym najnowszy napój energetyczny, listę składników na butelce keczupu i instrukcje na metkach ubrań. Nie wybielać.

Zaiste pasjonująca lektura.

Co niedzielę zabieramy dzieciaki do kina, gdzie kupujemy popcorn, colę i czekoladki z białą posypką w małych prostokątnych bombonierkach, których nie ma w żadnym sklepie. Sonia zawsze śmieje się z kreskówek wyświetlanych przed seansem. Filmy to odskocznia od rzeczywistości i jedyna okazja, żeby usłyszeć kobiecy głos bez ograniczeń. Aktorki dostają specjalne zezwolenia, kiedy pracują na planie. Oczywiście ich kwestie piszą mężczyźni.

Przez kilka pierwszych miesięcy od czasu do czasu zdarzało mi się zajrzeć do jakiejś książki, skreślić kilka słów na pudełku płatków śniadaniowych albo napisać szminką na lustrze w łazience list miłosny do Patricka. Miałam swoje powody, bardzo poważne – nie myśl o nich, Jean. Nie myśl o tych kobietach, które widziałaś w sklepie – żeby porozumiewać się tak wyłącznie w domu. Aż pewnego ranka Sonia weszła do łazienki, gdzie odkryła wiadomość, której nie potrafiła odczytać, i krzyknęła: „Litery! Niedobre!”.

Od tamtego czasu zaczęłam jeszcze bardziej się ograniczać. Wieczorami, kiedy dzieci już spały, pisywałam do Patricka na skrawkach papieru, które potem paliłam w blaszanej puszce. Teraz, kiedy Steven tak się zmienił, wolę nie ryzykować nawet w ten sposób.

Na ganku tuż przy moim oknie Patrick i chłopcy rozmawiają o szkole, polityce i najnowszych wydarzeniach, a w ciemności otaczającej nasz bungalow cykają świerszcze. To cykanie i te rozmowy są takie głośne. Ogłuchnąć można.

Kiedy ich słucham, wszystkie słowa, które cisną mi się na usta, rykoszetują w mojej głowie i ulatują pod postacią ciężkiego, pozbawionego treści westchnienia. Nie potrafię myśleć o niczym innym oprócz tego ostatniego zdania, jakie skierowała do mnie Jackie: „Pomyśl, co musisz zrobić, żeby zachować wolność”.

No cóż, na dobry początek mogłam zrobić cokolwiek, byle tylko nie wypinać się na to wszystko.

ROZDZIAŁ 5

Patrick nie jest niczemu winien. Powtarzam to sobie dzisiejszej nocy.

Próbował się sprzeciwiać, kiedy cała ta koncepcja po raz pierwszy odbiła się echem od wklęsłych ścian niebieskiego gabinetu w białym gmachu przy Pennsylvania Avenue. Jestem tego pewna. Trudno nie zauważyć skruchy w jego oczach, ale wyrażanie sprzeciwu nigdy nie było mocną stroną Patricka.

W końcu to nie on przed ostatnimi wyborami pozyskał mnóstwo głosów dla Sama Myersa i obiecał mu jeszcze większe poparcie, kiedy będzie startował w wyborach do następnej kadencji. Dokonał tego ktoś, kogo przed laty Jackie nazywała Świątobliwym Carlem.

Prezydent musiał jedynie słuchać, wykonywać polecenia i podpisywać bzdurne dokumenty – niewielka cena za osiem lat na stanowisku najpotężniejszego człowieka świata. Ale kiedy wygrał wybory, jego podpis przestał być potrzebny. Ktoś już zadbał o wszystkie szczegóły szatańskiego planu.

W międzyczasie region zwany „pasem biblijnym”, zlepek południowych stanów, w których religia wyznacza styl życia, zaczął się rozrastać. Z pasa przeobraził się w gorset, który ogarnął cały tułów, pozostawiając tylko kończyny – utopijne przyczółki demokracji jak: Kalifornia, Nowa Anglia, Wybrzeże Północno-Zachodnie, Dystrykt Kolumbii oraz południowe obszary Teksasu i Florydy; położone tak blisko niebieskiego krańca spektrum, że wydawały się nietykalne. Ale gorset zamienił się w garnitur i wchłonął cały kraj aż po Hawaje.

A my nie zauważyliśmy, co się święci.

Za to kobiety pokroju Jackie wszystko przewidziały. Jackie poprowadziła nawet demonstrację dziesięcioosobowej grupy Ateistycznych Anarchistek, które chodziły po kampusie, wykrzykując komiczne przepowiednie w rodzaju: „Dziś Alabama, jutro Vermont!” albo „Twoje ciało – własność państwa!”. Miała w dupie to, że ludzie się z niej śmieją.

– Tylko popatrz, Jeanie – powiedziała kiedyś. – W zeszłym roku w senacie zasiadało dwadzieścia jeden kobiet. Teraz zostało ich tylko piętnaście w tym pieprzonym świętym przybytku. – Uniosła dłoń i zaczęła po kolei odginać palce. – Wirginia Zachodnia, Iowa i Dakota Północna. Koniec kadencji. Missouri, Minnesota i Arkansas. Rezygnacja z „nieznanych przyczyn”. W jednej chwili nasze wpływy z dwudziestu jeden procent skurczyły się do piętnastu. A krążą pogłoski, że Nebraska i Wisconsin skłaniają się ku kandydatom, którzy, cytuję: „mają na uwadze najwyższe dobro kraju”.

Zanim zdążyłam ją powstrzymać, zaczęła przedstawiać sytuację w Izbie Reprezentantów.

– Spadek z dziewiętnastu procent do dziesięciu i to tylko przez Kalifornię, Nowy Jork i Florydę. – Jackie przerwała, żeby upewnić się, czy wciąż jej słucham. – Teksas? Zapomnij. Ohio? Pozamiatane. Wszystkie stany Południa? Przeminęło z wiatrem i tyle. I myślisz, że to jakiś nagły kryzys? Po następnych wyborach do Kongresu cofniemy się do początku lat dziewięćdziesiątych. A jeśli potem jeszcze raz zredukują nas o połowę, wrócą mroczne czasy sprzed trzydziestu lat.

– Szczerze mówiąc, Jacko, podchodzisz do tego histerycznie.

– No bo ktoś powinien histeryzować – odparła, a jej słowa pomknęły ku mnie jak zatrute strzały.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że Jackie się pomyliła. Liczba kobiet w Kongresie nie skurczyła się z dwudziestu procent do pięciu. W ciągu piętnastu lat zmalała prawie do zera.

Po ostatnich wyborach doszło wreszcie do tego, co wydawało się nie do pomyślenia, a przepowiednia Jackie o powrocie do lat dziewięćdziesiątych okazała się trafiona – o ile miała na myśli lata dziewięćdziesiąte dziewiętnastego wieku. Kongres był tak różnorodny jak miska lodów waniliowych, a ostatnie dwie kobiety, które wciąż piastowały stanowiska w rządzie, szybko musiały ustąpić miejsca mężczyznom, którzy, jak to ujęła moja przyjaciółka, mieli na uwadze najwyższe dobro kraju.

Pas biblijny rozprzestrzenił się, rozrósł i przybrał postać żelaznej dziewicy. Teraz brakowało mu tylko żelaznej pięści, zbrojnego ramienia. Również w tym przypadku Jackie wykazała się zdolnością jasnowidzenia.

– To tylko kwestia czasu – powiedziała, kiedy paliłyśmy tanie kreteki w jedynym oknie naszego mieszkania. – Widzisz tych chłopaków? – Wskazała na studentów z Korpusu Szkolenia Oficerów Rezerwy, którzy maszerowali równym krokiem w pięciu kolumnach.

Wydmuchałam dym za okno, cały czas trzymając w pogotowiu odświeżacz powietrza na wypadek niespodziewanej wizyty właścicielki domu.

– Widzę. No i co?

– Piętnaście procent z nich reprezentuje różne odłamy baptyzmu. Dwadzieścia procent to katolicy obrządku rzymskiego. Prawie pięć procent uważa się za bezwyznaniowych chrześcijan, cokolwiek to oznacza.

Jackie wypuściła kilka kółek z dymu i śledziła je wzrokiem, kiedy ulatywały w powietrze.

– I co nam zostaje? Prawie połowa oscyluje wokół agnostycyzmu.

Moja przyjaciółka parsknęła śmiechem.

– Wyczerpał ci się koncept? Nawet nie wspomniałam o mormonach, metodystach, luteranach czy o Kongregacji Chrześcijan z Tiogi.

– Z Tiogi? A ilu ich tu jest?

– Jeden. Myślę, że służy w siłach powietrznych.

Tym razem to ja się roześmiałam. Zaciągnęłam się głęboko, po czym zdusiłam niedopałek i spryskałam się odświeżaczem.

– Więc nie stanowi wielkiego problemu.

– On nie, ale inni owszem. To jest instytucja o silnym zabarwieniu religijnym. Zrzeszająca głównie mężczyzn, konserwatystów, którzy kochają swojego Boga i swój kraj. – Jackie sięgnęła po kolejnego papierosa, żeby podwędzić sobie drugie płuco. – Ale kobiet już tak bardzo nie kochają – dodała z westchnieniem.

– To niedorzeczne – odparłam. – Przecież oni nie mogą zwalczać kobiet.

– Powinnaś częściej wychodzić z domu, moje dziecko. Jak myślisz, z których stanów pochodzi najwięcej rekrutów? Podpowiadam, że Nową Anglię możesz pominąć. Tam uchowali się jeszcze porządni chłopcy.

– No i co z tego?

Doprowadzałam ją do rozpaczy i wiedziałam o tym, ale nie miałam pojęcia, dokąd zmierza jej rozumowanie.

– To, że w armii dominują konserwatyści. Przeważnie biali i heteroseksualni. – Jackie zgasiła wypalonego do połowy papierosa, którego schowała do plastikowej torebeczki, i odwróciła się do mnie z rękami skrzyżowanymi na piersi. – Kto według ciebie jest w tej chwili najbardziej wkurzony? Znaczy w naszym kraju.

Wzruszyłam ramionami.

– Afroamerykanie?

Jackie zabuczała, naśladując dźwięk, który informuje uczestnika teleturnieju, że odpadł z gry, ale może odebrać za kulisami nagrodę pocieszenia.

– Zgaduj dalej.

– Geje?

– Pudło. Odpowiedź brzmi: biały heteryk. Jest wściekły jak cholera, bo czuje się wykastrowany.

– Przesadzasz, Jacko.

– Nie wierzysz? – zapytała, celując we mnie polakierowanym na czerwono paznokciem. – Tylko poczekaj. Za kilka lat obudzimy się w całkiem innym świecie, jeśli nie zrobimy nic, żeby to zmienić. Ci zasrańcy z pasa biblijnego, którzy rosną w siłę w Kongresie, i banda żądnych władzy chłoptasiów mają dość słuchania, że powinni być bardziej wrażliwi. – Z ust Jackie wydobył się szyderczy śmiech, który zatrząsł całym jej ciałem. – I nie łudź się, że to będą sami faceci. Frakcja garkotłuków stanie po ich stronie.

– Kto?

Jackie wskazała głową na mój dres i zmierzwione włosy, potem na piętrzącą się w zlewie stertę brudnych naczyń i wreszcie na własny strój. Była to jedna z ciekawszych kreacji, w jakich miałam okazję ją oglądać – legginsy w turecki wzór, o kilka rozmiarów za duży sweter, który kiedyś był beżowy, ale w praniu przybrał kolory innych części garderoby, i czerwone szpilki.

– Kury domowe. Wszystkie te wystrojone babki, które doktoryzują się w gotowaniu i sprzątaniu. Myślisz, że pałają sympatią do takich jak my? Zastanów się.

– Daj spokój, Jackie.

– Tylko poczekaj, Jeanie.

No to poczekałam. Wszystko potoczyło się tak, jak przewidziała moja przyjaciółka. A nawet gorzej. Zaatakowali nas z tylu stron i tak dyskretnie, że nie zdążyłyśmy zewrzeć szyków.

Od Jackie nauczyłam się jednego – jeśli nie widzisz nadciągającego zagrożenia, nie możesz stawić mu czoła.

Rok temu wzbogaciłam się o kolejne doświadczenia. Przekonałam się, jak trudno jest napisać list do kongresmana, nie mając długopisu, i jak trudno jest go wysłać bez znaczka. Przekonałam się, jak niewiele trzeba było, żeby sprzedawca w sklepie papierniczym oznajmił: „Przykro mi, ale nie mogę pani tego sprzedać” i żeby urzędnik na poczcie pokręcił głową, kiedy osoba bez chromosomu Y poprosiła go o znaczki. Przekonałam się, jak szybko można zlikwidować numer komórki i jak sprawnie idzie młodym rekrutom instalowanie kamer.

Przekonałam się, że jeśli istnieje gotowy plan, wszystko może się zmienić z dnia na dzień.

ROZDZIAŁ 6

Patrick jest dziś napalony, chociaż ja nie mam ochoty. A może tylko potrzebuje rozładować napięcie przed kolejnym dniem kolejnego tygodnia w pracy, dzięki której stać nas na napełnienie baku i opłacenie wizyt naszych dzieci u dentysty. Ale teraz, kiedy stałam się bezrobotna, nawet przy jego zarobkach na wysokim stanowisku w administracji państwowej nie jest nam łatwo związać koniec z końcem.

Światło na ganku gaśnie i chłopcy idą spać, a Patrick kładzie się obok mnie.

– Kocham cię – mówi.

Jego błądzące po moim ciele dłonie dają mi do zrozumienia, że nie chce mu się spać. Jeszcze nie. Zresztą minęło trochę czasu od ostatniego razu. Kilka miesięcy, o ile dobrze pamiętam. A może nawet więcej.

Więc zabieramy się do dzieła.

Nigdy nie byłam gadatliwa podczas uprawiania seksu. Słowa wydawały mi się czymś niezręcznym, zaburzały naturalny rytm i przeszkadzały w zespoleniu. Nie mówiąc już o tych głupkowatych mantrach rodem z filmów porno: „Włóż mi go. Już, już dochodzę. Pieprz mnie mocniej”. Coś takiego nadawało się do kuchennych umizgów albo do sprośnych żartów w gronie przyjaciółek, ale w łóżku nie miało racji bytu. Nie przy Patricku.

Ale i tak nie robiliśmy tego w milczeniu. Mówiliśmy do siebie przedtem i potem. I w trakcie. Powtarzaliśmy zamknięte w trzech sylabach miłosne wyznania, zbitki głosek artykułowanych z różnym natężeniem w zależności od nastroju chwili. Wypowiadaliśmy szeptem nasze imiona.

Tej nocy, kiedy dzieci już śpią, a Patrick jest we mnie i czuję w uchu jego ciężki miarowy oddech, kiedy leżę z zamkniętymi oczami, bo razi mnie blask księżyca odbity od lustra toaletki, zastanawiam się, co bym wolała. Czy byłabym szczęśliwsza, gdyby milczał wraz ze mną? Czy byłoby mi łatwiej? Czy tak naprawdę pragnę, aby jego słowa wypełniły pustkę w naszej sypialni i w moim wnętrzu?

Mój mąż nieruchomieje.

– Coś jest nie tak, kochanie?

Mówi tonem pełnym troski, ale wydaje mi się, że w jego głosie pobrzmiewa również inna nuta, której nigdy więcej nie chciałabym usłyszeć. Nuta litości.

Unoszę ręce, ujmuję w dłonie jego głowę i przyciągam do siebie. Przemawiam do niego tym pocałunkiem, dodaję mu otuchy i zapewniam, że wszystko, absolutnie wszystko będzie dobrze. To kłamstwo, ale w takich okolicznościach jest jak najbardziej na miejscu, a Patrick już więcej się nie odzywa.

Tej nocy niech to się odbędzie w ciszy. W zupełnym milczeniu. W próżni.

Mam wrażenie, jakbym była w dwóch miejscach jednocześnie. Leżę tutaj i czuję, jak Patrick unosi się nade mną jako cząstka mnie i zarazem ciało obce. A moje drugie ja siedzi obok Jimmy’ego Reeda na tylnej kanapie jego seksownego buicka grand national, jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak seksowny samochód. Odurzona ponczem na balu maturalnym gmeram nieporadnie przy guzikach sukienki, dysząc i chichocząc, kiedy Jimmy mnie obmacuje. A potem śpiewam na występie chóru, zagrzewam do boju naszą przegrywającą drużynę futbolową, wygłaszam mowę pożegnalną podczas uroczystości wręczenia dyplomów i obrzucam plugastwami Patricka, który każe mi oddychać i przeć, kiedy już prawie widać główkę. A potem cofam się o dwa miesiące, żeby znaleźć się znów w wynajętym domku za miastem, gdzie leżę obok mężczyzny, którego rozpaczliwie pragnę znów zobaczyć, i wciąż czuję na sobie dotyk jego dłoni.

„Lorenzo”, szepczę w myślach i zaraz odpędzam te trzy rozkoszne sylaby, zanim sprawią mi zbyt silny ból.

Moje ja oddala się ode mnie coraz bardziej.

W chwilach takich jak ta myślę o innych kobietach. Na przykład o doktor Claudii. Podczas jednej z wizyt zapytałam ją, czy jako ginekolog czerpie z seksu większą przyjemność niż inni, czy rozprasza ją medyczny aspekt tej czynności. Czy leży tak sobie i myśli, że właśnie teraz jej pochwa rozszerza się i wydłuża, teraz łechtaczka chowa się pod kapturkiem, a teraz ściany pochwy kurczą się rytmicznie co osiem dziesiątych sekundy.

– Kiedy zaczęłam studiować medycynę, dokładnie tak do tego podchodziłam – odpowiedziała i jednym płynnym ruchem wyjęła wziernik. – Nic nie mogłam na to poradzić. Na szczęście mój ówczesny chłopak też był studentem medycyny, bo ktoś inny wziąłby nogi za pas, widząc, jak tarzam się ze śmiechu w pościeli. – Doktor Claudia poklepała mnie po kolanie i zdjęła moje nogi ze strzemion wyłożonych puszystą różową podściółką. – Teraz po prostu sprawia mi to radość, tak jak wszystkim.

Kiedy rozmyślam o niej i jej lśniącym wzierniku ze stali nierdzewnej, Patrick dochodzi i osuwa się na mnie, całując moje uszy i szyję.

Zastanawiam się, jak to robią inne kobiety. Jak sobie radzą? Czy wciąż odnajdują w tym coś przyjemnego? Czy kochają swoich mężów chociaż trochę? Czy trochę ich nienawidzą?

ROZDZIAŁ 7

Kiedy jej krzyk rozlega się po raz pierwszy, myślę, że coś mi się przyśniło. Patrick chrapie obok mnie. Zawsze miał twardy sen, a rozkład zajęć w ostatnim miesiącu wyjątkowo go wyczerpał. Dlatego chrapie.

Już mu nie współczuję. Pracują po dwanaście godzin dziennie, żeby doprowadzić do nieuchronnego przestoju, który wyeliminuje prawie połowę kadr. Zagrzebują się w papierkowej robocie i biurokratycznych absurdach, a potem resztką sił człapią do domu, gdzie śpią jak zabici, żeby rano zacząć wszystko od nowa. Czego się spodziewali?

To nie jest wina Patricka. Jestem o tym przekonana i czuję to w głębi serca. Mając czwórkę dzieci na utrzymaniu, potrzebujemy pieniędzy, które zarabia. Mimo to nie potrafię zdobyć się na współczucie.

Znów ją słyszę i nie jest to nieartykułowany krzyk, ale mrożący krew w żyłach wodospad słów.

– Mamo, ratuj mnie, ratuj mnie, ratuj mnie, ratuj mnie…

Wyskakuję z łóżka zaplątana w prześcieradło i kołdrę, koszula owija mi się wokół nóg. Uderzam piszczelą w kant szafki nocnej, nabijając sobie potężnego siniaka. Z rozciętej skóry cieknie krew i będę miała bliznę, ale nie myślę teraz o tym. Myślę o bólu, który poczuję, jeśli nie dobiegnę na czas do sypialni Soni, żeby ją uciszyć.

Słowa wciąż wydobywają się z jej ust i lecą w moją stronę niczym chmara zatrutych strzał. Każde z nich trafia we mnie, wbija się w moją niegdyś twardą skórę z precyzją chirurgicznego skalpela i przenika w głąb trzewi. Ile słów zdążyła wypowiedzieć? Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? Więcej?

Więcej.

O boże.

Patrick też jest już na nogach, ma szeroko otwarte oczy i pobladłą twarz przejętego grozą bohatera filmowego, który otworzył szafę i zobaczył potwora. Słyszę za plecami tupot jego stóp, które uderzają o podłogę w rytmie mojego rozszalałego tętna.

– Szybciej, Jean! Pośpiesz się! – krzyczy, ale nie oglądam się na niego.

Drzwi sypialni Stevena, a potem bliźniaków otwierają się, kiedy mijam je w pędzie. Ktoś – może Patrick, a może ja – w biegu uderza włącznik światła w korytarzu i przed oczami przemykają mi trzy rozmazane, upiornie blade twarze. Oczywiście pokój Soni jest najdalej.

– Mamo, proszę, ratuj mnie, ratuj mnie, ratuj…

Sam i Leo zaczynają płakać. Wyrodna matka, przemyka mi przez myśl. Moi synowie są przerażeni, a ja ich mijam, nieczuła i obojętna. Ale nimi będę się martwiła później, o ile jeszcze będę w stanie o cokolwiek się martwić.

Wpadam do małego pokoju Soni, rzucam się na łóżko, które dzielą od drzwi tylko dwa kroki. Odnajduję w ciemności usta mojej córki i zasłaniam je, a drugą rękę wsuwam pod kołdrę w poszukiwaniu metalowego licznika na jej nadgarstku.

Spod mojej dłoni wydobywają się stłumione jęki. Kątem oka dostrzegam wyświetlacz zegara na szafce: dwudziesta trzecia trzydzieści.

Przez najbliższe pół godziny nie mogę wypowiedzieć ani jednego słowa.

– Patrick… – poruszam bezgłośnie ustami, kiedy mój mąż włącza światło.

Obydwoje ogarniamy wzrokiem scenę rozgrywającą się w małym pokoju. Na pierwszy rzut oka wygląda to zapewne na akt przemocy albo jakąś groteskową inscenizację – moja córka wije się na łóżku w mokrej od potu koszuli, a ja leżę na niej, tłumiąc jej krzyki i przyciskając ją do materaca. Cóż za okropny widok musimy teraz sobą przedstawiać. Alegorię dzieciobójstwa.

Tuż przy ustach Soni na moim liczniku jarzy się jedynka i dwa zera. Obracam twarz do Patricka w niemym błaganiu, zdając sobie sprawę, że jeśli się odezwę, jeśli na wyświetlaczu pojawi się 101, nasze dziecko również doświadczy nieuchronnego wstrząsu.

Patrick przysiada na łóżku, odsuwa moją dłoń i sam zatyka usta Soni.

– Ciii, córeczko, ciii – szepcze. – Tatuś jest przy tobie. Tatuś nie pozwoli, żeby coś ci się stało.

W drzwiach stają Sam, Leo i Steve. Przepychając się, wchodzą do środka i nagle odkrywam, że w pokoju nie ma już dla mnie miejsca. Wyrodna matka staje się zbyteczną matką. Te dwa słowa odbijają się w mojej głowie jak piłeczka. Dzięki, Patricku. Dzięki, chłopcy.

Nie czuję do nich nienawiści. Powtarzam sobie, że nie.

Ale czasami to nieprawda.

Nienawidzę, kiedy mój mąż i synowie mówią Soni, że jest piękna. Nienawidzę, kiedy to oni ją pocieszają po upadku z rowerka, kiedy to oni opowiadają jej historie o księżniczkach i syrenkach. Nienawidzę na to patrzeć i tego słuchać.

I bardzo wiele mnie kosztuje, żeby przypomnieć sobie, że to nie oni zrobili mi to wszystko.

Pierdolę to.

Sonia jest już spokojna; udało się zażegnać niebezpieczeństwo. Ale wycofując się na korytarz, zauważam, że bracia starają się jej nie dotykać. Na wszelki wypadek, żeby nie dostała kolejnego ataku.

W kącie salonu stoi nasz barek, przysadzisty drewniany stoliczek na kółkach zastawiony butelkami płynnych środków znieczulających. Przejrzysty gin, bursztynowa whisky i kobaltowa reszta curaçao na dnie butelki, którą kupiliśmy wiele lat temu na piknik w stylu polinezyjskim. Nieco głębiej kryje się to, czego szukam – grappa, zwana również włoską księżycówką. Wychodzę z butelką i małym kieliszkiem na ganek, żeby zaczekać, aż zegar wybije północ.

Teraz już nieczęsto zdarza mi się pić. Byłoby to cholernie dołujące popijać sobie zimny gin z tonikiem i wspominać, jak w letnie wieczory zasiadałam z Patrickiem na ciasnym bal­koniku naszego pierwszego mieszkania i opowiadałam mu o swoich publikacja i grantach, na które liczyłam, a on narzekał na trudy swojej rezydentury w szpitalu uniwersyteckim w Georgetown. Nie chcę też się upić, bo obawiam się, że gdyby mnie poniosło, mogłabym zapomnieć o zasadach. Albo je złamać. Pierwszy kieliszek grappy wypala mój przełyk, ale drugi jest już łagodniejszy, wręcz kojący. Kiedy nalewam sobie trzeci, bicie zegara obwieszcza koniec dnia i wraz ze stłumionym sygnałem dobiegającym z mojego lewego nadgarstka dostaję sto kolejnych słów.

Jak je wykorzystam?

Otwieram siatkowe drzwi i stąpając bezgłośnie po grubym dywanie, podchodzę do barku, żeby odstawić butelkę. Sonia siedzi na łóżku, kiedy wchodzę do jej pokoju, i obejmuje dłońmi szklankę mleka, którą Patrick podtrzymuje od dołu. Chłopcy są z powrotem u siebie.

– Wszystko jest w porządku, kochanie – mówię. – Mamusia jest przy tobie.

Sonia unosi głowę i uśmiecha się do mnie.

Ale wybieram inny scenariusz.

Z butelką w ręku schodzę na trawnik, mijam róże, które pieczołowicie wybrała i zasadziła pani Ray, i pogrążam się w ciemności wypełnionej zapachem kwitnącego bzu. Podobno trzeba mówić do roślin, żeby były zdrowsze. Jeżeli to prawda, mój ogród dogorywa. Ale tej nocy mam głęboko w dupie bzy i róże, i w ogóle wszystko. Moje myśli krążą wokół istot innego gatunku.

– Jebane skurwiele! – krzyczę. – Wy sukinsyny!

W domu Kingów zapalają się światła i ktoś rozchyla pionowe żaluzje w jednym z okien. Gówno mnie to obchodzi. Co mi tam, mogę obudzić całą dzielnicę, i niech mnie usłyszą na samym Kapitolu. Krzyczę, krzyczę bez przerwy, aż zasycha mi w gardle, a wtedy pociągam łyk grappy prosto z butelki, wylewając trochę na koszulę nocną.

– Jean!

Słyszę za plecami głos Patricka i trzaśnięcie drzwi.

– Odpierdol się – mówię. – Bo dalej będę gadała.

Nagle perspektywa wstrząsu i bólu przestaje mnie odstraszać. Czy prąd płynąłby nadal, gdybym go zakrzyczała swoim gniewem, gdybym utopiła ból w alkoholu i potoku słów? Czy to by mnie zabiło?

Chyba nie. Nie pozabijają nas z tego samego powodu, dla którego zabraniają aborcji. Stałyśmy się złem koniecznym, pozbawionymi głosu przedmiotami służącymi do pieprzenia.

– Jean! – krzyczy Patrick. – Kochanie, przestań! Proszę cię, przestań!

W domu Kingów zapala się kolejne światło. Słyszę skrzypienie otwieranych drzwi i kroki.

– Co się tam, do cholery, dzieje, McClellan? Ludzie chcą spać!

To oczywiście Evan. Olivia wciąż ogląda zza żaluzji mój nocny występ.

– Pierdol się, Evan – mówię.

Nasz sąsiad oświadcza, że zadzwoni po policję, chociaż wyraża to bardziej dosadnie. Potem światło w pokoju Olivii gaśnie.

Dociera do mnie krzyk – również mój własny – i Patrick przygniata mnie do wilgotnej trawy. Przemawia do mnie na przemian błagalnym i przymilnym tonem, a kiedy próbuje zamknąć mi usta pocałunkiem, czuję słony posmak łez na jego wargach. Z początku zastanawiam się, czy ktoś uczy mężczyzn takich technik obezwładniania; czy mężowie, synowie, ojcowie i bracia dostali specjalne broszurki, kiedy zakuto nas w te lśniące stalowe bransoletki. Potem dochodzę do wniosku, że aż tak bardzo by się nami nie przejmowali.

– Puszczaj mnie.

Wiję się pod nim na trawniku, a mokra koszula przywiera do mnie jak wężowa skóra. Wtedy uzmysławiam sobie, że syczę jak wąż.

Uświadamiam sobie również, że ostrzegawcze impulsy licznika mają większą częstotliwość.

Patrick łapie mnie za lewy nadgarstek i patrzy na wyświetlacz.

– Wyczerpałaś limit, Jean.

Próbuję mu się wyrwać, ale ta szamotanina jest równie beznadziejna jak całe moje położenie. Czuję w ustach coś gorzkiego i dociera do mnie, że wgryzłam się w darń. Wiem, o co chodzi Patrickowi – domyślam się, że chce przyjąć wstrząs razem ze mną. A więc milczę i pozwalam mu zaprowadzić się do domu.

Gdzieś w oddali narasta wycie syren. Patrick może porozmawiać z tymi, co przyjadą. Mnie już nie zostało ani jedno słowo.

ROZDZIAŁ 8

Głupia, głupia, głupia…

W deszczu odprowadzam Sonię na przystanek autobusowy. Jej puste spojrzenie jest najgorszą karą za mój podlany grappą nocny wybryk. Na pewno gorszą niż pouczenie na temat zakłócania ciszy nocnej, którego udzielili mi funkcjonariusze policji.

Po raz pierwszy nie mogę jej powiedzieć, że ją kocham, zanim odjedzie do szkoły. Zdmuchuję pocałunek z dłoni i natychmiast zaczynam tego żałować, kiedy Sonia unosi rączkę do ust, żeby odwzajemnić mój gest.

Z otwartych drzwi autobusu patrzy na mnie czarne oko kamery.

Kamery są teraz wszędzie – w supermarketach, szkołach, salonach fryzjerskich i restauracjach – i czyhają na każdy ruch, który mógłby być znakiem języka migowego, nawet na najprostsze formy komunikacji niewerbalnej.

Bo koniec końców całe to gówno, jakim nas raczą, nie ma nic wspólnego z mową.

To się wydarzyło jakoś miesiąc po tym, jak wprowadzono liczniki. W Safewayu na dziale warzywnym. Nie znałam tych kobiet, ale widziałam je wcześniej na zakupach. Wszystkie młode matki, które mieszkają w okolicy od niedawna, wybierają się do sklepów parami albo w grupkach, wspólnie załat­wiając sprawunki, zawsze gotowe służyć sobie nawzajem pomocą, gdyby któreś z ich dzieci nagle zrobiło się marudne w kolejce do kasy. Ale te dwie były ze sobą wyjątkowo zżyte i jedna nie odstępowała drugiej na krok. Teraz rozumiem, że to właśnie ich bliskość stanowiła problem.

Można nam odebrać wiele rzeczy – pieniądze, pracę, bodźce intelektualne; prawie wszystko. Można nam odebrać nawet słowa, chociaż nie zmieni to naszej osobowości.

Jednak pozbawienie kogoś przyjaźni to już zupełnie inna sprawa.

Patrzyłam na nie, jak na przemian podziwiały swoje dzieci, muskając palcami serca i skronie w jakimś niemym narzeczu. Patrzyłam, jak stojąc obok ułożonych w piramidę pomarańczy, przemawiają do siebie dłońmi, jak się śmieją, kiedy zdarzyło im się pomylić jedną z liter, których ostatnio używały w szóstej klasie do przekazywania wiadomości o Kevinie, Tommym albo Carlu. Patrzyłam, jak na twarzach tych kobiet maluje się przerażenie, kiedy podeszło do nich trzech umundurowanych mężczyzn. Patrzyłam, jak pomarańcze rozsypują się po podłodze, kiedy kobiety próbują się opierać, i jak tamci trzej wyprowadzają je na zewnątrz przez automatycznie rozsuwane drzwi razem z ich małymi córeczkami, które tak samo jak matki miały na nadgarstkach szerokie metalowe bransoletki.

Oczywiście nie wypytywałam o to, co się z nimi stało. Ale nie musiałam. Już nigdy więcej nie widziałam tych kobiet ani ich dzieci.

– Cześć – mówi Sonia i wskakuje do autobusu.

Wracam do domu, otrzepuję parasol przed drzwiami i zostawiam go na ganku. Wąska szczelina zamkniętej na klucz skrzynki pocztowej zdaje się rozciągać w szyderczym uśmiechu i mówić: „No i co narobiłaś, Jean?”.

Listonosz parkuje na rogu i wysiada z samochodu, opatulony w przezroczystą pelerynę, którą dostał w ramach służbowego przydziału na wypadek niesprzyjającej pogody. Wygląda, jakby miał na sobie wielki kondom.

Kiedyś wraz z moją przyjaciółką Ann Marie śmiałyśmy się z listonoszy, którzy przemykali w szortach i w śmiesznych hełmach korkowych podczas letnich burz, a w zimie rozchlapywali kaloszami błotnistą breję. Ale głównie śmiałyśmy się z tych peleryn, bo kojarzyły się nam z dziwacznymi strojami, które nosiły zdziecinniałe staruszki. Nadal noszą. Niektóre rzeczy pozostały niezmienione, chociaż na poczcie już nie pracują kobiety. Myślę, że to akurat radykalna zmiana.

– Dzień dobry, pani McClellan – odzywa się listonosz, brnąc przez kałuże w stronę domu. – Dużo listów dzisiaj.