Opis

Jan Stanisław Witkiewicz w rozmowie z Vladimirem Malakhovem ujawnia istotę fenomenu artysty – zwraca uwagę na to, co stanowi o wyjątkowości tancerza, co sprawia, że jego nazwisko pojawiające się na plakatach działa na publiczność niczym magnes. Nie jest to jednak wyłącznie opowieść o życiu baletmistrza. To przede wszystkim historia odsłaniająca głęboko ludzki wymiar osobowości Malakhova, który nieustannie wątpi w swe możliwości, choć jest ceniony na równi z Niżyńskim, Lifarem, Nurejewem czy Barysznikowem, a przez krytyków oraz wielbicieli określany mianem „tancerza stulecia”.
Książka bogato ilustrowana zdjęciami prywatnymi i teatralnymi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 86

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne:

Ja­nusz ‌Ba­rec­ki

Re­dak­cja:

Mag­da­le­na Pa­bich

Ko­rek­ta:

Prze­my­sław ‌Kut­nyj

Na ob­wo­lu­cie ‌wy­ko­rzy­sta­no: zdję­cie Vla­di­mi­ra Ma­la­kho­va ‌ze spek­ta­klu

„Czaj­kow­ski” ‌w Te­atrze ‌Wiel­kim ‌w War­sza­wie w 2006 ‌roku, ‌

wy­ko­na­ne przez Ju­liu­sza ‌Mul­ta­rzyń­skie­go

Au­to­rzy i źró­dła ‌zdjęć: Ar­chi­wum ‌Vla­di­mi­ra ‌Ma­la­kho­va ‌str.: 10, ‌14-15, ‌19, 20, 22, ‌23, 24, ‌27, 29, ‌30, ‌31, 33, 34, ‌38-39, 41, ‌42-43, 44, 47, 50, ‌51, 53, 54-55, 67, ‌68-69, 72, 75, ‌78, 81, ‌84, 85, 88, ‌91, ‌93, ‌94, 98, 100, 101, ‌103, ‌104, ‌106, ‌107, 111, 112-113, 114, ‌117, 153, ‌Gun­del ‌Ki­lian ‌str.: 86, Ju­liusz Mul­ta­rzyń­ski ‌str.: 120, 121, ‌122, 124, ‌Susi Sey­del­mann str.: 58, ‌59, ‌60, 63, 64, Jan ‌Sta­ni­sław Wit­kie­wicz str.: ‌127, 129, ‌130-131, ‌135, ‌136, ‌140, 142, ‌143, 145, ‌148-149, 153, 154, 158

Co­py­ri­ght ‌© by ‌Jan Sta­ni­sław Wit­kie­wicz

Co­py­ri­ght ‌© ‌by Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa ‌2008

ISBN ‌978-83-244-0300-4

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. ‌Smol­na ‌11, 00-375 ‌War­sza­wa

[email protected]

www.iskry.com.pl

Skład wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Wstęp

Pierw­szy ‌raz usły­sza­łem ‌o Vla­di­mi­rze Ma­la­kho­vie ‌kil­ka­na­ście ‌lat temu od Ma­rii ‌Krzysz­kow­skiej, któ­ra w 1988 ‌roku była ‌wi­ce­prze­wod­ni­czą­cą ‌jury na Kon­kur­sie Ba­le­to­wym ‌w Mo­skwie. Z za­chwy­tem opo­wia­da­ła o mło­dym ‌tan­ce­rzu, ‌któ­ry wszyst­kich ocza­ro­wał ‌swo­im ‌tań­cem i za­słu­że­nie zdo­był pierw­szą na­gro­dę i zło­ty me­dal. Ma­ria Krzysz­kow­ska do dziś pa­mię­ta do­sko­na­le jego wy­stę­py pod­czas tego kon­kur­su, bo oto ob­ja­wił się ta­lent wy­jąt­ko­wy. Po­wie­dzia­ła wów­czas Ju­ri­jo­wi Gri­go­ro­wi­czo­wi, któ­ry był prze­wod­ni­czą­cym jury i dy­rek­to­rem ze­spo­łu ba­le­to­we­go w Te­atrze Wiel­kim w Mo­skwie, że musi on po­zy­skać tego tan­ce­rza. Sta­ło się jed­nak in­a­czej i dziś Ma­la­khov twier­dzi, że gdy­by rze­czy­wi­ście zo­stał wów­czas za­an­ga­żo­wa­ny przez Gri­go­ro­wi­cza, to być może nie zro­bił­by wiel­kiej mię­dzy­na­ro­do­wej ka­rie­ry.

Parę lat póź­niej za­czą­łem by­wać na wy­stę­pach Ma­la­kho­va, czy to w Me­tro­po­li­tan Ope­ra w No­wym Jor­ku, czy na wie­lu sce­nach eu­ro­pej­skich. Jego na­zwi­sko po­ja­wia­ją­ce się na pla­ka­tach dzia­ła­ło na pu­blicz­ność jak ma­gnes. Tak jest do dziś. Kie­dy na przy­kład jego wy­stęp za­po­wia­da Sta­at­so­per w Wied­niu, to kil­ka dni póź­niej bi­le­ty moż­na na­być już tyl­ko u ko­ni­ków lub na au­kcjach in­ter­ne­to­wych za wie­lo­krot­ność nor­mal­nej ceny. Po­dob­nie jest w wy­pad­ku wy­stę­pów w te­atrach ber­liń­skich czy gdzie­kol­wiek na świe­cie, gdzie nadal czę­sto wy­stę­pu­je. Fa­scy­no­wał i cią­gle fa­scy­nu­je pu­blicz­ność swo­ją sztu­ką. Po­nad­to pod­cho­dzi do niej z wy­jąt­ko­wym sza­cun­kiem. Nig­dy nie od­wo­łu­je spek­ta­kli, nig­dy też nie lek­ce­wa­ży lu­dzi, któ­rzy przy­cho­dzą na jego wy­stę­py. Za­wsze daje z sie­bie wszyst­ko. Mówi, że na­le­ży tań­czyć tak, by za­in­te­re­so­wać wi­dzów swo­im tań­cem, by ze­chcie­li przyjść ko­lej­ny raz.

Ma­ria Krzysz­kow­ska za­pa­mię­ta­ła z kon­kur­so­we­go wy­stę­pu jego do­sko­na­łą tech­ni­kę. Sko­ki, któ­re za­pie­ra­ły dech w pier­siach i wpra­wia­ły w osłu­pie­nie. To jest fi­zycz­nie wprost nie­moż­li­we, ale Ma­la­khov do­słow­nie za­sty­ga w po­wie­trzu, by póź­niej spaść na sce­nę jak kot – bez­sze­lest­nie. To do­wód nie­prze­cięt­ne­go ta­len­tu, ale też wspa­nia­łej, naj­wspa­nial­szej szko­ły. Pod­czas na­szych spo­tkań Ma­la­khov nie­jed­no­krot­nie mó­wił, że trze­ba mieć wy­pra­co­wa­ną tech­ni­kę i ona nig­dy w ni­czym nie po­win­na tan­ce­rza ogra­ni­czać. Ma słu­żyć kre­owa­niu po­sta­ci na sce­nie. On opa­no­wał tech­ni­kę w stop­niu per­fek­cyj­nym i być może dla­te­go nadal tań­czy. I jak przed laty, tak i te­raz wzbu­dza en­tu­zjazm pu­blicz­no­ści na wszyst­kich kon­ty­nen­tach świa­ta.

Vla­di­mi­ra Ma­la­kho­va oso­bi­ście po­zna­łem parę lat temu. Oka­za­ło się, że jest czło­wie­kiem nie­zwy­kle skrom­nym – a to wy­róż­nia lu­dzi wy­bit­nych! – wy­jąt­ko­wo życz­li­wym i bar­dzo przy­jaź­nie na­sta­wio­nym do lu­dzi i świa­ta.

Kie­dy nie­jed­no­krot­nie wy­cho­dzi­li­śmy po spek­ta­klu z te­atru, z po­dzi­wem pa­trzy­łem, jak mimo zmę­cze­nia po­świę­cał czas na roz­da­wa­nie au­to­gra­fów, po­zo­wa­nie do zdjęć czy zwy­kłe roz­mo­wy z licz­nie ocze­ku­ją­cy­mi na nie­go fa­na­mi. Gdzie­kol­wiek się po­ja­wia – co mia­łem oka­zję za­ob­ser­wo­wać, czy to pod­czas na­szych spa­ce­rów na przy­kład po Wied­niu lub Ber­li­nie, czy w re­stau­ra­cjach – wszę­dzie jest pro­szo­ny o au­to­graf lub wspól­ne zdję­cie. Nie­któ­rzy zaś pod­cho­dzą tyl­ko po to, aby uści­snąć mu dłoń i po­wie­dzieć: dzię­ku­ję. Tak trak­to­wa­ne są praw­dzi­we gwiaz­dy. Za­dzi­wia­ją­ce, że stał się tak zna­ny i po­pu­lar­ny jako ar­ty­sta dość – wy­da­wa­ło­by się – eli­tar­nej dzie­dzi­ny sztu­ki, za jaką ucho­dzi ba­let. Musi za­tem być w jego sztu­ce coś wy­jąt­ko­we­go, co wzbu­dza tak sil­ne emo­cje u lu­dzi. Trud­no to na­zwać. Może rze­czy­wi­ście wszyst­ko wy­ja­śnia okre­śle­nie, któ­re od wie­lu lat zwią­za­ne jest z jego na­zwi­skiem: tan­cerz stu­le­cia.

Ar­ty­stów wy­bit­nych wy­róż­nia rów­nież to, że nie­ustan­nie bar­dzo cięż­ko pra­cu­ją, do­sko­na­ląc swo­ją sztu­kę. Tak wła­śnie jest z Ma­la­kho­vem. Cza­sa­mi, wi­dząc, jak jest zmę­czo­ny po wie­lu go­dzi­nach tre­nin­gów, prób i spek­ta­kli, py­ta­łem, dla­cze­go nadal tyle cza­su po­świę­ca na pra­cę. Bo za­wsze może być le­piej – od­po­wia­dał – bo nig­dy nie je­stem za­do­wo­lo­ny z wy­stę­pu i za­wsze od­no­szę wra­że­nie, że wszyst­ko ro­bię źle. Cią­gle też pod­kre­śla, że chce tań­czyć tak, jak śpie­wa­ła Ma­ria Cal­las. Są­dząc po re­ak­cjach pu­blicz­no­ści i opi­niach kry­ty­ki, uda­je mu się to w peł­ni. Każ­de­go wie­czo­ru na sce­nie wła­śnie tań­cem po­tra­fi prze­ka­zać emo­cje, któ­re jak się wy­da­je, do­tąd były za­re­zer­wo­wa­ne dla in­nych dzie­dzin sztu­ki. Za­pew­ne z tego wy­ni­ka fe­no­men Vla­di­mi­ra Ma­la­kho­va, tan­ce­rza pod każ­dym wzglę­dem wy­jąt­ko­we­go – tan­ce­rza stu­le­cia wła­śnie.

JAN STA­NI­SŁAW WIT­KIE­WICZ

– Od wie­lu lat jest pan po­wszech­nie okre­śla­ny mia­nem tan­ce­rza stu­le­cia. Co to dla pana ozna­cza?

– Nie my­ślę o tym. Naj­waż­niej­sze to być czło­wie­kiem. Na­to­miast cała resz­ta to in­ter­pre­ta­cje in­nych – pu­blicz­no­ści, kry­ty­ków – któ­rzy na­da­ją ta­kie lub inne zna­cze­nie na­szej pra­cy. Je­stem nor­mal­nym czło­wie­kiem, któ­ry zaj­mu­je się tro­chę inną i mniej po­wszech­ną dzie­dzi­ną na­sze­go ży­cia. Nie mia­łem am­bi­cji stać się tan­ce­rzem stu­le­cia – tak wy­szło i to inni mnie tak zo­ba­czy­li. Kształ­ci­łem się, tań­czy­łem, wy­stę­po­wa­łem i wy­stę­pu­ję na ca­łym świe­cie, tań­czę w naj­lep­szych ze­spo­łach z naj­lep­szy­mi tan­cer­ka­mi i tan­ce­rza­mi, naj­wy­bit­niej­si cho­re­ogra­fo­wie ukła­da­ją spe­cjal­nie dla mnie ba­le­ty. I to jest dla mnie waż­ne. Na­to­miast sy­tu­owa­nie mo­jej sztu­ki w hi­sto­rii ba­le­tu jest wpraw­dzie bar­dzo po­chleb­ne, ale nie to jest naj­waż­niej­sze.

O tym rze­czy­wi­ście nie my­ślę. Chcia­łem zro­bić ka­rie­rę, ale przede wszyst­kim pra­gną­łem być do­brym ar­ty­stą, do­brym tan­ce­rzem. To był cel, do któ­re­go dą­ży­łem.

– To w ta­kim ra­zie jak pan sam sie­bie sy­tu­uje w hi­sto­rii tań­ca?

– Je­stem tan­ce­rzem kla­sycz­nym, tak zo­sta­łem wy­kształ­co­ny. Po wy­jeź­dzie na Za­chód mu­sia­łem jed­nak, i bar­dzo tego chcia­łem, wzbo­ga­cić swo­ją tech­ni­kę o tech­ni­ki tań­ca współ­cze­sne­go. Chcia­łem tań­czyć – zgod­nie z du­chem cza­su i ocze­ki­wa­nia­mi cho­re­ogra­fów, ale tak­że z wła­sny­mi pra­gnie­nia­mi – w tech­ni­kach tań­ca neo­kla­sycz­ne­go, współ­cze­sne­go czy na­wet jaz­zu. Mu­sia­łem szyb­ko się tych tech­nik na­uczyć. Nie było to ta­kie pro­ste, bo kon­ku­ren­cja wśród tan­ce­rzy jest dość sil­na, a pra­ca na pół gwizd­ka nig­dy nie le­ża­ła w moim cha­rak­te­rze. W każ­dym ra­zie ta­niec był i jest dla mnie naj­waż­niej­szy; ta­niec na naj­wyż­szym po­zio­mie. My­ślę przede wszyst­kim o tym i to sta­ram się usil­nie re­ali­zo­wać. Na­to­miast na pew­no nie za­sta­na­wiam się nad tym, w ja­kim miej­scu hi­sto­rii tań­ca się znaj­du­ję.

„W WIE­KU SZE­ŚCIU MIE­SIĘ­CY I TRZECH DNI” – ZA­PI­SA­ŁA NA OD­WRO­CIE ZDJĘ­CIA MAT­KA MA­LA­KHO­VA

– Jed­nak wi­dzi się pan w roli kon­ty­nu­ato­ra tra­dy­cji Wa­cła­wa Ni­żyń­skie­go i Ru­dol­fa Nu­re­je­wa?

– To na pew­no, ale Ni­żyń­ski był Ni­żyń­skim, Nu­re­jew – Nu­re­je­wem, a ja je­stem Ma­la­kho­vem.

Nig­dy nie sta­ra­łem się ni­ko­go z mo­ich wiel­kich po­przed­ni­ków – tych na­zwisk jest wie­le – na­śla­do­wać. Na­to­miast w du­żym stop­niu je­stem na pew­no kon­ty­nu­ato­rem tej tra­dy­cji. To wiel­ka od­po­wie­dzial­ność. Efek­ty mo­ich sta­rań oce­nia pu­blicz­ność i kry­ty­cy.

Dla mnie są to opi­nie po­chleb­ne, ale też mo­bi­li­zu­ją­ce do jesz­cze bar­dziej wy­tę­żo­nej pra­cy.

– Kie­dy osią­ga się pe­wien pu­łap, do­stęp­ny tyl­ko dla wy­bra­nych, chce się w na­tu­ral­ny spo­sób być w gro­nie naj­lep­szych – wła­śnie ta­kich jak Ni­żyń­ski lub Nu­re­jew.

– W ich cza­sach było ła­twiej zro­bić ka­rie­rę niż obec­nie. Dziś jest mnó­stwo wspa­nia­łych tan­ce­rzy i prze­bić się wśród nich jest nie­zwy­kle cięż­ko. Ni­żyń­skie­go stwo­rzył Dia­gi­lew. Nu­re­jew zaś był pierw­szym tan­ce­rzem, któ­ry uciekł z Ro­sji, co otwo­rzy­ło mu dro­gę do naj­lep­szych ze­spo­łów i przy­spo­rzy­ło ol­brzy­miej po­pu­lar­no­ści.

Po­dob­nie było z Na­ta­lią Ma­ka­ro­wą czy Mi­cha­iłem Ba­rysz­ni­ko­wem. W moim wy­pad­ku było in­a­czej, bo wszyst­ko, co osią­gną­łem, zdo­by­łem cięż­ką pra­cą.

– Jak jest na sa­mym szczy­cie?

– Bar­dzo trud­no! Cały czas trze­ba cięż­ko pra­co­wać, by po­zo­stać na tym miej­scu. Bar­dzo ła­two spaść, na­to­miast pod­nieść się bar­dzo trud­no. I z każ­dym mi­ja­ją­cym ro­kiem co­raz trud­niej po­zo­stać na tym miej­scu. Lata mi­ja­ją, sił co­raz mniej i trze­ba się chwy­tać róż­nych spo­so­bów, aby nadal za­chwy­cać pu­blicz­ność. Kie­dy by­łem mło­dy, w ogó­le o ta­kich rze­czach nie my­śla­łem – po pro­stu tań­czy­łem i spra­wia­ło mi to ol­brzy­mią ra­dość. Dziś za­sta­na­wiam się nad każ­dą rolą – jak ją wy­ko­nać – cza­sa­mi na­wet nad po­szcze­gól­ny­mi fi­gu­ra­mi ba­le­to­wy­mi, aby sku­pić uwa­gę pu­blicz­no­ści na moim tań­cu. Więk­sze­go zna­cze­nia na­bra­ła tech­nicz­na czy­stość i wy­raz ak­tor­ski.

W grun­cie rze­czy więk­szość wi­dzów przy­cho­dzą­cych do te­atru nie ma zbyt du­że­go po­ję­cia o tech­nicz­nej stro­nie tań­ca – i prze­cież nie musi – a waż­ne są dla nich emo­cje, któ­re ar­ty­sta prze­ka­zu­je na sce­nie.

– Rze­czy­wi­ście, epa­to­wa­nie tech­ni­ką – co jest nie­ste­ty dość czę­ste w dzi­siej­szych cza­sach – czy­li krę­ce­nie wie­lu pi­ru­etów czy też sko­ki jak na za­wo­dach spor­to­wych, ze sztu­ką tań­ca nie­wie­le ma wspól­ne­go.

– Oczy­wi­ście. I je­śli chcę to oglą­dać, to po­wi­nie­nem pójść do cyr­ku lub na za­wo­dy gim­na­sty­ki ar­ty­stycz­nej. Kie­dy oglą­dam wy­stę­py cyr­kow­ców lub gim­na­sty­ków, to mam cza­sa­mi kom­plek­sy, bo ich wy­czy­ny prze­ra­sta­ją moż­li­wo­ści tan­ce­rzy. Tan­ce­rze zaś, któ­rzy sta­wia­ją na – na­zwij­my to – cyr­ko­wą stro­nę tań­ca, maja bar­dzo krót­ki ży­wot sce­nicz­ny. Są jak ko­me­ty, któ­re na krót­ko roz­bły­ska­ją i spa­da­ją. Trze­ba nie­zwy­kle roz­waż­nie i świa­do­mie bu­do­wać swo­ją ka­rie­rę, wła­śnie przez szu­ka­nie róż­nych moż­li­wo­ści i środ­ków wy­ra­zu. Przede wszyst­kim jed­nak po­wo­li i cier­pli­wie do­ra­stać do róż­nych za­dań. Mło­dzi tan­ce­rze chcą tań­czyć wszyst­ko, i to na­tych­miast. I je­śli im się to umoż­li­wi, ich ży­wot sce­nicz­ny jest bar­dzo krót­ki. Na po­cząt­ku dro­gi za­wo­do­wej na­le­ży zna­leźć ze­spół, w któ­rym po­ko­nu­je się po­szcze­gól­ne stop­nie wta­jem­ni­cze­nia: do­ra­sta w na­tu­ral­ny spo­sób do co­raz trud­niej­szych za­dań. Kie­dy już w jed­nym miej­scu po­ka­za­ło się swo­je moż­li­wo­ści, na­le­ży roz­po­cząć wy­stę­py go­ścin­ne w in­nych miej­scach. Trze­ba tak­że pra­co­wać z róż­ny­mi cho­re­ogra­fa­mi. Ta­necz­ny świat jest nie­zwy­kle mały i wszy­scy się zna­ją. Stąd też je­śli gdzie­kol­wiek się po­ja­wi ktoś wy­jąt­ko­wy, to w krót­kim cza­sie wszy­scy o nim usły­szą. To ozna­cza tak­że, że na­le­ży zwra­cać bacz­ną uwa­gę na to, z kim i o czym się roz­ma­wia, co i z kim się tań­czy i tak da­lej. W moim wy­pad­ku w zro­bie­niu mię­dzy­na­ro­do­wej ka­rie­ry po­mógł mi też mój me­na­żer, Yuri Vi­der. Wszak­że kie­dy zo­sta­łem na Za­cho­dzie, mu­sia­łem roz­po­czy­nać nie­omal od zera. To, co osią­gną­łem w Ro­sji, tu­taj nie mia­ło zna­cze­nia. Jed­nak w sto­sun­ko­wo krót­kim cza­sie zdo­by­łem taką po­zy­cję, że mo­głem wy­bie­rać, z kim, gdzie i w czym będę tań­czył. To jest zaś sy­tu­acja nie­zwy­kle luk­su­so­wa i dana nie­wie­lu ar­ty­stom.

Z RO­DZI­CA­MI, JE­LE­NĄ I ANA­TO­LI­JEM, ORAZ MŁOD­SZYM BRA­TEM MAK­SI­MEM

– Od wie­lu lat jest pan po­wszech­nie uwa­ża­ny za naj­wy­bit­niej­sze­go tan­ce­rza na­szych cza­sów. Co pan dziś robi, aby za­cho­wać tę po­zy­cję?

– Pra­cu­ję zde­cy­do­wa­nie wię­cej, niż pra­co­wa­łem wcze­śniej, bez ja­kich­kol­wiek ustępstw. To jest też zwią­za­ne z moim cha­rak­te­rem. Kie­dy by­łem w szko­le ba­le­to­wej i spo­co­ny po­wta­rza­łem swo­je ćwi­cze­nia przy drąż­ku, a przez okno wi­dzia­łem ba­wią­cych się ró­wie­śni­ków, to oczy­wi­ście zda­rza­ły się mo­men­ty, w któ­rych wąt­pi­łem w sens tego wszyst­kie­go. Chcia­łem być z nimi. Coś mnie jed­nak po­wstrzy­my­wa­ło, bo w prze­ci­wień­stwie do nich wie­dzia­łem, że chcę zo­stać tan­ce­rzem. Chcia­łem być tan­ce­rzem! To pra­gnie­nie nig­dy mnie nie opusz­cza­ło. Wte­dy jed­nak nie wie­dzia­łem, jak po­to­czy się moje ży­cie za­wo­do­we. Nie my­śla­łem o tym, a je­śli już, to chcia­łem tań­czyć w du­żym te­atrze, naj­le­piej w Te­atrze Wiel­kim w Mo­skwie. Moje losy po­to­czy­ły się jed­nak in­a­czej i nie zo­sta­łem za­an­ga­żo­wa­ny do tego te­atru. Z dru­giej stro­ny może to i do­brze, może Bóg nade mną czu­wał.