Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 253 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Vis-a-vis Twojego okna - Dariusz Grabowski

""Vis-a-vis Twojego okna"" to opowieść z happy endem o życiu i śmierci, lojalności i zdradzie, poświęceniu, marzeniach, podstępie i konsekwencji nieprzemyślanych decyzji. Opowieść o miłości dwojga dojrzałych ludzi „po przejściach”, walce z uczuciem i o uczucie.

Magda spotyka na swojej życiowej drodze dwóch mężczyzn – Roberta, który chce ją zniewolić i wykorzystać do własnych celów i Adama, który skradnie Magdy serce. Jest jeszcze przyjaciółka Magdy, Agnieszka, która popada w dramatyczne kłopoty, kończące się śmiercią jej i męża. Pozostaje jeszcze dziecko tych dwojga, o które Magda postanawia walczyć, nawet kosztem miłości do Adama.

Dariusz Grabowski - prawnik, dziennikarz, pisarz, scenarzysta. Zjechał pół świata, drugie pół przed nim. Człowiek wielu zainteresowań, ciekawy świata i ludzi. Pasję pisania odkrył w sobie kilkanaście lat temu.

Opinie o ebooku Vis-a-vis Twojego okna - Dariusz Grabowski

Fragment ebooka Vis-a-vis Twojego okna - Dariusz Grabowski

Dariusz Grabowski "Vis-a-vis Twojego okna"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2013Copyright © by Dariusz Grabowski, 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Wydawnictwo Psychoskok

Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok

Zdjęcie okładki: baykanur - fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-038-8

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

wydawnictwo.psychoskok.pl

http://ebooki123.pl

e-mail:wydawnictwo@psychoskok.pl

Dariusz Grabowski

VIS-A-VISTWOJEGO OKNA

Wydawnictwo Psychoskok 2013 Konin

1

 - Nareszcie w domu – westchnęła głęboko, opadając na ulubiony fotel. Poczuła ulgę po trzygodzinnej podróży w upale. Szczęśliwie obyło się bez przymusowej przerwy w warsztacie. Mikra tym razem jej nie zawiodła. Lubiła swój samochodzik. Czuła się w nim bezpiecznie. 

 - Ona też już odpoczywa na parkingu – myślała i uśmiechnęła się do myśli, że traktuje przedmiot jak człowieka. Ale w końcu są ze sobą już ponad pięć lat. Rok temu, koło Płońska, samochód odmówił posłuszeństwa. Musiała korzystać z pomocy mechanika. Zabrało jej to ponad pięć godzin i wściekła wróciła do Warszawy, dobrze po północy. Padała ze zmęczenia, a jeszcze trzeba było odprowadzić samochód na parking i przynajmniej odrobinę się rozpakować. No i w poniedziałek do pracy. Samo wspomnienie psuło jej humor. Teraz, nauczona przykrym doświadczeniem, nie ryzykowała. Wróciła w sobotę i miała cały następny dzień na rozpakowanie i słodkie lenistwo. Nie będzie się nigdzie śpieszyć, nic robić na siłę.

Leżała jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami. Było jej dobrze, Boże, jak dobrze. Jest w swoim ulubionym mieszkanku, ulubionym bujanym fotelu. Niech to trwa. Przeciągnęła się, wyciągnęła nogi i uśmiechnęła do siebie. Żałowała, że urlop się skończył, ale przecież lubiła swoją pracę i chętnie do niej wracała. Pojutrze znów wróci do swoich pacjentów, problemów, rozmów, zapachu gabinetu, odgłosów wiertła, brzęku narzędzi. Wszystko to lubiła i nie znudziło jej, mimo dwudziestu lat zajmowania się cudzym uzębieniem.

 - Boże, to już tyle lat? – pomyślała. - Tyle w tym czasie się zmieniło. Nowy sprzęt, nowe materiały, nowe techniki. Teraz leczyła już dzieci swoich pierwszych małych pacjentów.

 - Dość, dość! – złapała się na tym, że już myśli o pracy, a przecież obiecała sobie na dziś słodkie lenistwo. Rozejrzała się po mieszkaniu. Wszystko było tak, jak zostawiła. Tylko na środku stały dwie walizki i torba, które przywiozła. Zaraz się za to weźmie, ale jeszcze nie teraz. Teraz musi powiedzieć dozorczyni, że już jest i podziękować za opiekę nad mieszkaniem. Pani Bożenka to taka sympatyczna kobieta. Biedna, zapracowana, obarczona dwójką dzieci i mężem niezdarą, leniem i pijakiem. Jak ona to znosi? Tyle upokorzenia, tyle pracy. Pomagała jej, lecząc bezpłatnie zęby jej i dzieci. Mężowi nie, bo nie zniosłaby jego alkoholowego oddechu. Zresztą on wcale nie miał zamiaru dbać o zęby.

 - Agnieszka? – zdawkowo zapytała, chociaż poznała głos od razu, kiedy przyjaciółka podniosła słuchawkę i rzuciła swoim altem 

 - Halo. – No więc, już jestem... Urlop? - doskonały. Pogoda jak drut – nie zastanawiała się nawet, dlaczego drut miał kojarzyć się z dobrą pogodą... Towarzystwo? – No wiesz, szukałam raczej ciszy i spokoju. Moje ukochane Ciche to idealne miejsce do odpoczynku. Chociaż wiesz, był tam jeden taki – no zaraz – moment, nie poganiaj mnie, wszystko ci opowiem. – Robert – takie pretensjonalne imię, ale facet niczego sobie... Trochę młodszy ode mnie, jakieś pięć lat. Dość przystojny. Niezbyt wysoki, szczupły, czysty, pachnący. Lowelasek, a zalotny... ho! ho! Wyraźnie miał ochotę mnie poderwać... Nie, nie doszło do niczego. Do niczego poważniejszego. Raz dałam się zaprosić na kawę i wieczorny spacer... No tak, całowaliśmy się. Ale kiedy jego ręce stały się bardzo niespokojne – odmówiłam... Coś ty, nie może facet brać się tak bezceremonialnie do dzieła. Ja nie jestem nastolatką, żeby traktować mnie jak towar na jedną noc. Nie, nie. Potem przepraszał, ale popsuł sprawę i koniec... Z Łodzi... Nie wiem, gdzieś w jakiejś prywatnej firmie... Nie wydaje mi się, żeby chciał imponować na siłę. Nie ze mną te numery. Facet z pięciocyfrową pensją nie jeździ do Cichego tylko na Majorkę... Mówię ci, że nie. Czterdziestolatek to jeszcze ogier, ale im bardziej się napalał, tym bardziej mnie to chłodziło. Czułam przyjemność przy pocałunkach, ale z tym – nie... Wiesz, głównie spacerowałam. Trochę jeździłam na rowerze... Tak, od gospodarzy. I kąpałam się. Nawet parę razy nago... Mam takie swoje miejsce... O Boże, a nawet gdyby ktoś zobaczył... Figurę mam całkiem, całkiem. Nie mam się czego wstydzić... Nie, nic nie przytyłam. Nawet chyba trochę schudłam. Taka kąpiel ma w sobie coś podniecającego. Dodatkowa atrakcja... Nie, nie opalałam się, chociaż chyba trochę się opaliłam... Nie lubię. Poza tym to wysusza skórę, a ja dbam o siebie... Ty możesz, a ja nie... No to jedź ze mną w przyszłym roku. Jak ci mężulek pozwoli... Nie, nie jestem sarkastyczna. Twój wybór... Tak, a moja samotność, to mój wybór... Co, Jacuś woła? No to pędź dopieścić mężulka... Nie, przepraszam, nie jestem złośliwa. No, może trochę... Ależ lubię go... -...nie lubię – dokończyła do siebie po odłożeniu słuchawki. Nie lubiła za jego egoizm i Agnieszki służalczość. Traktowała go jak panicza, a on ją jak służącą. Nie przeszkadzało mu to próbować podrywać wszystkie znajome. Wzdrygnęła się na wspomnienie jego obleśnej propozycji.

 - Jacek, ilu jest pełnoletnich mężczyzn na Ziemi? Jakiś miliard, nie? No to ty jesteś na końcu tej kolejki – odpowiedziała, patrząc mu z pogardą w oczy. Od tego czasu już nie próbował, chociaż ostentacyjnie w jej obecności znęcał się nad żoną, wiedząc, że ją to wścieka.

 - Zgiń, przepadnij maro nieczysta – odgoniła myśli o mężu najbliższej przyjaciółki. Jakie to banalne, ale jakie powszechne. To między innymi dlatego i po swoich doświadczeniach z dwoma eksmężami, postanowiła żyć sama. Z okazji ostatniego rozwodu kupiła sobie Mikrę. Teraz taki wybór jej odpowiadał. W ciągu tych pięciu lat miała kilka romansów (Boże, jakie staroświeckie słowo). Tak, spała z kilkoma facetami. Za każdym razem, każdy z nich chciał sobie zrobić z niej stałą kochankę. Nie pozwoliła. Nie interesowało ją to, czy byli żonaci, jakie mieli zamiary, czy może byliby dla niej dobrymi partnerami na życie. Nie! Nie! Nie! To już jej nie interesowało. Wybierała starannie. Każdy z nich musiał być kimś interesującym, czystym i zadbanym. Nie znosiła u mężczyzn niechlujstwa, chamstwa i agresywności. Z tych spotkań pozostały jakieś mniej lub bardziej przyjemne wspomnienia. Umawiała się w hotelach, na wakacjach, ale nigdy w domu. To był jej azyl. Tu chciała być sobą i u siebie.

 - I tak już zostanie – powiedziała do siebie, wstając z fotela. Dzwonek do drzwi oderwał ją od tych myśli. W drzwiach stała dozorczyni.

 - Dzień dobry, pani doktor.

 - Dzień dobry, pani Bożenko. Właśnie miałam się do pani wybrać. Skąd pani wiedziała, że już jestem?

 - Widziałam samochód. Przyniosłam korespondencję i powiedzieć, że wszystko było w porządku. Kwiatki podlane, spokój i cisza. A jak tam na urlopie?

 - Dziękuję, w porządku, wypoczęłam i już przygotowuję się do pracy. Jeszcze tylko rozpakuję rzeczy, przepiorę, przeczytam, co mi tu pani przyniosła i w poniedziałek znów zaczynam.

 - No to już nie przeszkadzam. Do widzenia, pani doktor.

 - Do widzenia. W przyszłym tygodniu przejrzę pani i dzieciom uzębienie, bo dawno nie byliście u mnie.

 - Dziękuję, pani doktor.

Włączyła swoje ulubione radio z muzyką symfoniczną. Koiło ją swoją muzyką. Nie było w nim tragicznych, katastroficznych i kryminalnych wiadomości. Wiedziała, że to codzienność, ale nie chciała być karmiona tylko takimi wiadomościami. Nie było to jej potrzebne. Płynące dźwięki były czystą sztuką. Tego było jej brak tam, w Cichym. Wyszła na balkon. To miejsce zawsze powodowało, że chciało jej się napić kawy. – „Odruch Pawłowa” – pomyślała z rozbawieniem. Weszła do kuchni, włączyła ekspres. Po chwili kawa była zrobiona. Pijąc, wyszła znów na balkon i usiadła w fotelu.

 - To samo podwórko, te same widoki, ten sam blok naprzeciwko. Trochę za blisko, bo można było zaglądać sąsiadom w okna. Zresztą oni mogli też zaglądać do jej mieszkania. Nic się nie zmieniło. Pani Maria na balkonie ze swoim kotem... Nie wie, dlaczego nazwała tę starą kobietę Marią. Nie znała jej prawdziwego imienia, ale tak jakoś, zupełnie odruchowo, skojarzyła ją z imieniem Maria – i tak pozostało. Pan Edward siedzi na ławeczce przed domem i przygląda się gołębiom. Prawdziwego imienia pana Edwarda też nie znała. Nadała mu takie imię sama. Zabawa w nadawanie imion pozostała jej z dzieciństwa. Lubiła obserwować ludzi i do ich cech charakteru dopasowywać imiona. Maria – to imię kobiety spokojnej, statecznej, mądrej, kochającej; Edward – spokojny, stateczny, rozważny, praktyczny pan; Beata – rozpieszczona, trochę szalona, Agnieszka – wrażliwa, uległa, odpowiedzialna, oddana innym; Małgorzata – mądra, spokojna, z wielką klasą.

W dzieciństwie chciała mieć na imię Małgorzata. Magda – zastanawiała się nad swoim imieniem – jaka ona właściwie jest? Nie wiedziała, dlaczego rodzice nadali jej takie imię. Nie Magdalena, a właśnie Magda? Siebie najtrudniej scharakteryzować – za dużo danych – śmiała się w duchu. Jej „dopasowania” bardzo często pokrywały się z cechami osób. Dlatego bawiła się w to nadal.

Piła kawę małymi łyczkami. Nic się nie zmieniło. Jak mogło się coś zmienić, przecież nie było jej zaledwie dwa tygodnie? Ile to razy całymi miesiącami nic się nie zmieniało? Chociaż nie, na pierwszym piętrze w bloku naprzeciwko, od co najmniej roku pustym, ktoś chyba zamieszkał. Przez otwarte okno widać sterty paczek i worków. Ciekawe kto? – zastanawiała się chwilę - a w końcu, co to ją obchodzi?

Wróciła do pokoju. Otworzyła walizki i torbę. Powoli zaczęła wypakowywać. Rzeczy pachniały jeszcze lasem, jeziorami – słowem – jej ukochanym Cichym.

2

Pani Krystyna wyglądała na szczerze ucieszoną.

 - Och, jak to dobrze, pani doktor, że już po urlopie. Przyznam, że trochę się stęskniłam za panią, za pracą. No, jak tam było w tym pani Cichym; bo była pani nad swoimi jeziorami, prawda?

 - Tak. Było wspaniale. Wypoczęłam i, tak jak pani, pani Krystyno, też już chciałam wrócić. Wszędzie dobrze, ale... pani wie. A jak pani spędziła urlop?

 - Och, pani doktor, z moim chłopem to ja nie mam życia. On tylko ryby i ryby. Nic nie złapie, ale uwielbia siedzieć z kijem i patrzeć na wodę. A ja się nudzę. Próbował mnie namówić na łowienie, kupił mi wędkę, ale mnie to nie bawi. No więc wynudziłam się. Chociaż nie do końca, bo było tam paru facetów…

Przestała słuchać szczebiotu asystentki. Znała jej zalotny charakter. Taka, to żadnemu facetowi nie przepuści. Nie żeby włazić mu od razu do łóżka, ale uwielbia flirtować. Jej mąż to chodząca łagodność. Mimo różnic charakterów, a może właśnie dlatego kochali się bardzo i jedynym ich zmartwieniem był brak dziecka. Starali się jak mogli, ale od dziesięciu lat nic im nie wychodziło, a to już – jak mówiła pani Krysia „ostatnie okrążenie”. Zakładając fartuch, wpadła w słowo swojej asystentce.

 - Ilu dzisiaj mamy pacjentów?

 - Drobiazg, pani doktor. Tylko sześciu.

 - To proszę przygotować mi ich karty. – Wolno przeglądała dokumenty pacjentów i starała się przypomnieć sobie ich twarze.

Dzień przebiegał tak, jak od dwudziestu lat. Co prawda przewijały się jeszcze od czasu do czasu wspomnienia z urlopu, pani Krystyna szczebiotała o swoich przygodach, ale powoli wracała codzienność. Właśnie myła ręce, po wyjściu pacjenta, kiedy z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Miała krótką przerwę między pacjentami, podniosła słuchawkę. Zaskoczył ją znajomy głos, choć z początku nie mogła go zidentyfikować.

 - Robert?.. Miło cię słyszeć, skąd dzwonisz?.. Tak dojechałam szczęśliwie i już jestem w pracy. A jak znalazłeś mój telefon?.. No tak, jak detektyw... Pewnie, że nietrudno. A ty jak dojechałeś?.. Dobrze... Miło... Kiedy przyjeżdżasz?.. Tak, możemy się spotkać. Wpadniemy gdzieś na kawę, chociaż ja wolę herbatę. Zaproszę cię do moich ulubionych „Samych fusów”... Taka nazwa herbaciarni... Przyjeżdżasz w interesach?.. Jak to u mnie?.. Gdzie?.. To wykluczone... Robert, nie zatrzymasz się u mnie... Wybacz, ta rozmowa mnie krępuje... Przepraszam, jestem w pracy. – Zaczynała być zła. Bała się, że zacznie być dla niego niemiła, a nie chciała. W końcu facet był nawet do rzeczy, ale wyraźnie posuwał się za daleko. Co on sobie wyobraża? Tak bezczelnie się narzucać. Czuła narastającą wściekłość.

 - Przepraszam cię, Robert. Nic z tego, co sobie planujesz, nie będzie. Nie. W tej sytuacji nie mam ochoty nawet na spotkanie. Do widzenia. – Odłożyła słuchawkę. Czuła jak serce jej wali. Kolejny stres. Przez takiego... O nie, zakończy to definitywnie.

Musiała się opanować, bo byli następni pacjenci, ale nie mogła przestać myśleć o rozmowie z Robertem. Coś było w jego głosie, coś nieuchwytnego, coś, co kazało jej bać się tego człowieka. Czuła to intuicyjnie. Groził jej? Nie, ale...

 - Co to za facet, pani doktor? Jakiś natręt? – asystentka była bardzo ciekawa.

 - Poznany w Cichym. Miły, ale nie aż tak, żebym go zapraszała do domu. – Nie chciała o tym rozmawiać, bo pogłębiało jej irytację. – Jak odbierze pani telefon i facet przedstawi się imieniem Robert, proszę powiedzieć, że jestem zajęta i nie mogę podejść do telefonu.

 - Niech się pani nie martwi, pani doktor. Już ja go spławię. Teraz poproszę pacjenta.

***

Powrót do domu, zakupy, zdawkowe rozmowy pozwoliły jej zapomnieć o rozmowie z Robertem. Dopiero wieczorem przypomniała sobie i poczuła na poły złość, na poły rozbawienie spowodowane bezczelnością Roberta. Kiedy teraz myślała spokojniej, doszła do wniosku, że facet naprawdę miał u niej szanse, przynajmniej na krótki romans, parę wspólnych nocy, ale po tym, co się stało wiedziała, że je stracił. Był nawet przystojny, elokwentny, inteligentny. Mógł kobietom imponować. Co za bezczelność - „przyjeżdżam do Warszawy, zatrzymam się u ciebie; chyba mi nie odmówisz.” Przecież to było jasne, do czego zmierzał. Nie udało mu się w Cichym, chce w Warszawie. Nie, nie. Tak ze mną nie można – myślała intensywnie. I to coś w głosie, co ją zaniepokoiło. Co to było? – Och, przestać myśleć. Koniecznie. - Przypomniała sobie techniki „samokontroli umysłu metodą Silvy” i radzenia sobie ze stresem i wewnętrznym niepokojem. Dzisiaj to zastosuje. Musi się wyciszyć. Robert zburzył jej spokój. Nie pozwoli, żeby mu się udało.

Wyszła na balkon. Pan Edward siedział na ławce przed domem i bawił się z gołębiami. Pani Marii nie było na balkonie. Pewnie karmi kota w domu albo śpi. Dzieci strasznie hałasują. - O, nowy sąsiad naprzeciwko rozpakowuje kartony. Boże, jaki bałagan, ale to normalne przy przeprowadzce. Przypomniała sobie swoją. Koszmar. Już nie chciałaby tego powtórzyć. – Ciekawe, co to za ludzie tam się wprowadzili? – Widziała tylko mężczyznę. Około pięćdziesiątki, szpakowaty. Skonstatowała nagle, że zagląda komuś obcemu do domu i podgląda jego życie. Nigdy tego nie robiła. Poczuła się nieswojo i szybko wróciła do pokoju. Postanowiła zrobić sobie kawę i – jak uwielbiała – chciała ją wypić na balkonie. Wtuliła się w wygodny fotel. – Co za pech – była na wprost mieszkania, w którym nowy lokator rozpakowywał kartony. Nie chciała go podglądać, ale siłą rzeczy trudno jej było odwracać wzrok. Widok miała idealny. Mieszkanie w bloku naprzeciwko było akurat na wprost o piętro niżej. A, co tam, będzie patrzeć. W końcu nie ona stawiała te bloki tak blisko. Poza tym wiedziała, że jeżeli będzie specjalnie unikać patrzenia – będzie o tym myślała intensywniej i zwracała uwagę bardziej, niż by chciała.

Mężczyzna przerwał rozpakowywanie, czegoś szukał, po czym wyjął elektryczny czajnik. Wszedł do kuchni. - Pewnie zaraz zrobi sobie kawę - pomyślała. Rzeczywiście. Widocznie rozpakowywanie tak go zmęczyło, że postanowił odpocząć. Zupełnie nie zwracał uwagi na blok naprzeciwko. Nie czuł się obserwowany. Magdzie spodobało się odgadywanie, co ten facet robi lub zrobi. Najpierw postanowiła, swoim zwyczajem – nadać mu imię. Zastanawiała się jaki jest, jakie imię pasowałoby do niego. - Jan - nie, może Piotr, och nie, Adam - tak, da mu imię Adam. Teraz już ma zapisane miejsce w gronie jej nieznajomych „znajomych”. No więc, co pan Adam teraz zrobi? Usiądzie na kanapie i będzie pił kawę. Teraz odłoży filiżankę... weźmie gazetę... popije kawę... odłoży gazetę... odniesie filiżankę do kuchni. Adam jak pod dyktando wykonywał jej „polecenia”. O mało nie parsknęła śmiechem. Świetna zabawa. - Teraz wróci do rozpakowywania. – Miała doskonały widok, żadnych firanek, żadnych zasłon. Adam czuł się zresztą swobodnie, jak gdyby nie miał za oknem, w bezpośredniej odległości, ściany okien przeciwległego bloku. Nic sobie widocznie z tego nie robił. Nawet gdyby oglądał go cały blok. No, Adonisem nie był, ale widocznie pochłonięty pracą, nie zwracał na to uwagi, jak wygląda.

Ostry dzwonek telefonu odwołał ją do mieszkania. - No cześć. Agnieszka, co się stało, czemu płaczesz?.. No tak, ten twój mężulek. Rzuć go w cholerę... Wydaje mi się, że on szuka pretekstu, żeby wyjść z domu. Ty też wyjdź... No to co? Przyjdź do mnie. Pokażę ci mojego nowego znajomego... Tak „nieznajomego znajomego”... Mieszka naprzeciwko. No, nie, nie dla ciebie. Raczej dla mnie... Koło pięćdziesiątki... Tak, przystojny. Po co pytasz, wsiądź w samochód i przyjedź, sama zobaczysz... No to nie, czekaj na to swoje szczęście, które raczy się pojawić pewnie około północy.

Telefon Agnieszki zmącił jej spokój. Czemu ona jest taka głupia? Zakochana? Wciąż, po tylu latach? Pewnie tak, ale czy miłość może usprawiedliwiać takie poddaństwo? Tym bardziej, że to nic nie zmieniło. Jacek nadal traktował ją podle, a ona myślała, że jeżeli będzie mu okazywała swoje głębokie uczucie i traktowała jak pana i władcę, będzie dla niej lepszy. Z litości? Boże, co za naiwność. A jednak... ile kobiet tak właśnie sądzi? I, co gorsze – robi?

***

Przypomniała sobie swoje małżeństwa. Pierwsze było trochę podobne do małżeństwa Agnieszki i Jacka. Magda również postanowiła poświęcić się dla ukochanego człowieka. Pawła poznała, będąc jeszcze na studiach. On, student filozofii, ona - studentka akademii medycznej. Od początku była nim zauroczona. Inteligentny, błyskotliwy, mądry. Imponował jej wszystkim. Była dumna, że ma takiego chłopaka. Po kilku miesiącach „chodzenia” zorientowała się, że Paweł „ćpa”. Przeraziło ją to, ale ambitna młoda dziewczyna postanowiła walczyć o niego. Wierzyła, że jej miłość zmieni go, że odciągnie od narkotyków. Tym bardziej, że Paweł zapewniał, że w każdej chwili może to rzucić. Narkotyki – jak twierdził – potrzebne mu są, żeby przetrwać tę ówczesną beznadzieję. Zaangażował się w „latające uniwersytety” i podziemną działalność. Narkotyki pomagały mu zwalczyć stres i strach z tym związane. Tak przynajmniej tłumaczył Magdzie. Brał coraz więcej, coraz częściej, coraz mocniejsze. Przestał się kontrolować. Głód narkotyczny doprowadzał go do stanu, który Magdę przerażał. Kiedyś przyszedł do niej, do akademika. Była w pokoju sama. Niespodziewanie zaczął odzywać się do Magdy obraźliwie. Krzyczał, posądzał o zdradę. W końcu zaczął szarpać, próbował zgwałcić. Przerażona broniła się. Nie chciała w ten sposób przeżyć tego „pierwszego razu”. W marzeniach było zupełnie inaczej – z Pawłem, ale romantycznie, czule, delikatnie. W końcu udało jej się uciec z pokoju. Bezsenną noc spędziła w pokoju koleżanek, płacząc. Na drugi dzień Paweł niczego nie pamiętał. Wręcz nie wierzył, że mógł w stosunku do Magdy tak się zachować. Przepraszał.

Mimo całej tej sytuacji, a może właśnie dlatego, Magda była na tyle zdeterminowana, że dla ratowania swojego chłopaka i miłości, wyszła za niego za mąż. Wierzyła, że teraz będzie miała na niego większy wpływ, wyciągnie go z nałogu, wygra. Przegrała. Najpierw, za działalność podziemną i kilka niezdanych egzaminów, Paweł został wyrzucony z uczelni. Do pracy też nie za bardzo się nadawał. Teraz dla niego istniały już tylko narkotyki. Pogrążał się. Magda walczyła z determinacją, ale już wiedziała, że przegrała. Całymi miesiącami szukała go po melinach. W końcu znalazła, ale nie zdążyła. Przedawkował i nie zdołano go uratować.

Przeżyła ciężko stratę ukochanego chłopaka i swoją porażkę. Bała się, że popadnie w depresję. Praca, propozycja pracy naukowej na uczelni trzymały ją przy życiu. Zaangażowała się w nie całkowicie. Koleżanki radziły odreagować Pawła. Minęły dwa lata.

Michała, pracownika naukowego akademii medycznej znała jeszcze z czasów studenckich, ale nigdy nie traktowała jako potencjalnego życiowego partnera. Takich ludzi środowisko studenckie określało mianem „laluś” lub „maminsynek”. Był przeciwieństwem Pawła w wielu aspektach. Wymuskany, czyściutki, wyprasowany, zawsze punktualny, pewnie nigdy nie powiedział słowa: „dupa”. Nie uczestniczył w żadnych studenckich balangach. Mamusia nie pozwalała. Mieszkał sam z matką. Magda nie pamięta, kiedy zgodziła się na pierwszą randkę. Było to jakieś kino, potem kawiarnia. Po straszliwej, wyniszczającej burzy z Pawłem, cicha, spokojna przystań u Michała była jej potrzebna. Nie kochała go, ale lubiła, nawet bardzo i wierzyła, że im się ułoży. Z czasem. Pierwsza wizyta u matki Michała zmroziła Magdę. Poczuła chłód bijący od niej, spowodowany pewnie chorobliwą zazdrością matki o syna. Nie rozumiała tego. Przecież nie chciała rywalizować.

Ślub odbył się w „Pałacu Ślubów” i państwo młodzi, po powrocie z podróży poślubnej do Zakopanego (mamusia wybrała), zamieszkali z matką Michała. Na samo wspomnienie Magdę przeszedł dreszcz po plecach. Jędza. Ten czas wspominała jak koszmarny sen. Wszystko, co robiła, było źle, nie tak, nie na czas, nie we właściwy sposób, nie na swoim miejscu. Z „życzliwym” uśmiechem i jadowitym tonem była instruowana, jak to należy robić. Poza tym matka dyrygowała życiem młodych w każdej dziedzinie. Magda czuła jej obecność nawet w ich małżeńskim łóżku. Przynajmniej Michał zachowywał się tak, jakby mama instruowała go, co ma robić i jak. O radosnej zabawie w łóżku, czy najmniejszym nawet orgazmie, nie było mowy. „Po bożemu”, jedynie dla prokreacji. Koszmar. Na nieśmiałe uwagi i propozycje wyprowadzenia się od mamy Michał najpierw wzruszał ramionami, potem mówił, że Magda przesadza, a na końcu stwierdził, że winien jest mamie opiekę na starość, bo ona całe swoje życie poświęciła synowi.

Czuła, że stara (tylko tak mogła teraz o teściowej myśleć) podsłuchuje ich rozmowy. Po jednej z nich na temat wyprowadzenia się, pod nieobecność Michała, zrobiła synowej karczemną awanturę. Wyrzucała jej niechlujstwo, zaniedbywanie męża, rozpustę, brak dziecka, że „popsuł” ją jej narkoman, że sama jest narkomanką, że chwyciła porządnego chłopaka, jakim jest jej syn i wykorzystuje. Było tego znacznie więcej. Magda najpierw była przerażona, próbowała się bronić, tłumaczyć, zaprzeczać, potem umilkła, słuchała z narastającym rozbawieniem, a następnie wybuchła śmiechem. Stara dostała histerii i gdyby był Michał, z całą pewnością umierałaby, albo przynajmniej zemdlała. Ponieważ nie mogła liczyć na niczyje współczucie i żal, wyszła z pokoju z krzykiem: „Wynoś się z mojego domu, ty dziwko - narkomanko.”

Było to jedyne, co Magda zrobiła zgodnie z życzeniem teściowej, a nawet z pewną dozą entuzjazmu. Spakowała walizkę i wyszła. Kilka dni mieszkała u Agnieszki, a potem wynajęła pokój. Michał próbował łagodzić konflikt, tłumaczyć mamusię, dzielić winę, ale na stanowczy warunek wyprowadzenia się od jego matki, odpowiedział niepewnie: „no, wiesz...”

 - Tak, wiem. – Nie była nawet rozczarowana. Zastanawiała się potem wielokrotnie, jak w takich warunkach wytrzymała 5 lat?

Separacja trwała dwa lata. Rozwód odbył się spokojnie, przy całkowitej zgodności stron i euforycznej radości mamusi.

Była wolna, ale jednocześnie nachodziła ją smutna refleksja, że nie umie sobie ułożyć życia z mężczyznami. Jej wina, czy jakieś fatum? Postanowiła nie robić nic na siłę i organizować sobie życie bez stałego partnera. Pojawi się, będzie ostrożna i nie wpadnie mu w ramiona natychmiast.

Na razie postanowiła zmienić coś w swoim życiu zawodowym. Pojawiła się możliwość zorganizowania własnego, prywatnego gabinetu i skorzystała z niej. Z początku było ciężko, ale po kilku latach stanęła na nogi. Miała własne mieszkanie, swój intymny mały świat, do którego wpuszczała tylko tych, których naprawdę chciała. Czuła się w nim wyśmienicie. Wracała chętnie z pracy i z każdego wyjazdu. Przeprowadziła remont i zaaranżowała mieszkanie tak, że mimo niewielkiego metrażu miało się wrażenie, że mieszkanie ma dużą przestrzeń. Agnieszka, architekt wnętrz, zaprojektowała jej likwidację przedpokoju i połączenie kuchni z salonem. Wchodziło się, co prawda, bezpośrednio do salonu, ale wcale to nie przeszkadzało. Mieszkanie za to zyskało znacznie.

Wewnętrzny spokój osiągnęła dzięki „Silvie”. Ukończyła kurs samokontroli umysłu „Silvy”. Dzięki niemu pozbyła się także poczucia winy, jeżeli chodzi o kontakty z partnerami. Poczuła w sobie siłę, która pomoże jej przeżyć każdy stres, każdą porażkę. Teraz sama organizowała sobie czas wolny, urlopy, wyjazdy. Jednym słowem komfort fizyczny, psychiczny i sielanka. Czyżby? Nieraz łapała się na myśli, że brak jej kogoś bliskiego, kogoś z kim mogłaby dzielić kłopoty i radości. Komu mogłaby wypłakać się w klapy i poczuć jak mała dziewczynka, kiedy tata głaskał po główce, scałowywał łzy i dmuchał na stłuczone kolanko. Taty już dawno nie ma, mamy zresztą też. Brat wyjechał do Niemiec i tam już pozostał. Kontakt z nim miała sporadyczny. Nie czuła takiej bliskości jak oczekiwała.

***

Sięgnęła po filiżankę. Łyk zimnej kawy wrócił ją do rzeczywistości. Skonstatowała nagle, że snując te swoje życiowe refleksje, cały czas przygląda się, co robi Adam. Co ją interesuje w tym człowieku? Może znalazła sobie nową rozrywkę? Nie, nie była w nastroju. Weszła do mieszkania.

3

Jesień zbliżała się nieuchronnie. Noce już bywały chłodne; trzeba było coraz cieplej się ubierać, pijąc kawę na balkonie. Wykorzystywała każdą chwilę dobrej pogody, żeby trochę jeszcze tam posiedzieć. Coraz częściej jednak piła kawę w mieszkaniu przy zamkniętym balkonie. Nie przeszkadzało jej to podglądać Adama. Już nie tak często i z mniejszą nieraz ciekawością, ale zawsze była to dla niej rozrywka. Bawiła się w odgadywanie, co sąsiad z naprzeciwka będzie robił, lub „kazała” mu wykonywać pewne czynności. Bawiła się przy tym świetnie. Z czasem doskonale znała jego zwyczaje, kiedy wracał z pracy, kiedy i gdzie jadał posiłki, kiedy szedł spać, jak często oglądał telewizję lub czytał książki. Próbowała odgadywać jego zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu. Bawiło ją przyłapanie Adama na jakimś „przestępstwie”, jak pił wodę z butelki lub oblizywał łyżeczkę. Dziwiło ją, że sąsiad z naprzeciwka nie zasłania okien. Jej byłoby trudno funkcjonować w mieszkaniu całkiem odkrytym, będąc narażoną na wścibstwo sąsiadów. Po miesiącu pojawiły się, co prawda zasłonki w oknach, ale zazwyczaj były odsłonięte.

Po raz pierwszy pojawiła się również kobieta. Wzbudziło to żywsze zainteresowanie Magdy. Kim jest, kim jest dla Adama? Jak zjawiła się w jego życiu? Czy to nowa znajomość, czy stara? W pewnym momencie stwierdziła, że twarz jej chyba gdzieś widziała. Nie mogła przypomnieć sobie gdzie. Kobieta była elegancka, młodsza od Adama. Gospodarz był uprzedzająco grzeczny i starał się traktować swojego gościa z wielką atencją. Kobieta natomiast była dość wyniosła, chłodna. Natychmiast otrzymała od Magdy imię „Kamila” – niestała kokietka, uwielbiająca imprezy i zmieniająca partnerów jak rękawiczki. Chyba jednak coś łączyło tych dwoje, bo Adam objął ją, przytulił, chciał pocałować. Śmiejąc się, kobieta wymknęła się z jego objęć. Nie ponawiał prób. Siedząc naprzeciw siebie, rozmawiali o czymś poważnie. W pewnym momencie ktoś zadzwonił na jej telefon komórkowy. Rozmawiała chwilę, po czym wstała i pożegnała się z gospodarzem. Z gestu wynikało, że nie chce aby ją odprowadzał. Wyszła. Ze swojego balkonu Magda widziała drzwi do klatki schodowej. Postanowiła przyjrzeć się kobiecie. Poznała ją. Widziała ją w telewizji, w jakimś filmie. No, no, no! Magda rzadko oglądała telewizję i nie mogła skojarzyć w jakim, ani jak się ta aktorka nazywa. Nieważne. Kobieta wsiadła do samochodu, który właśnie podjechał.

Magda spojrzała w okno Adama. Siedział na kanapie wyraźnie przybity i smutny. Zrobiło jej się żal sąsiada. No, ale cóż, tak to jest z popularnymi kobietami. Adam powoli wstał i posprzątał filiżanki. Stał w kuchni wpatrzony w okno. I wtedy, wydawało się Magdzie, że zobaczył ją w oknie. Cofnęła się natychmiast w głąb mieszkania. Głupia sprawa. Postanowiła oduczyć się tego podglądania. Wiedziała, że postępuje źle i musi z tym skończyć. Udało jej się na kilka dni.

***

W październikową sobotę zwlokła się z łóżka rano. Nie chciało jej się za bardzo wstawać, ale wiedziała, że długie leżenie spowoduje ból głowy i będzie miała zepsuty cały dzień. Na dodatek stwierdziła, że musi wyjść do sklepu, bo nie ma nic na śniadanie. Była zła. Postanowiła szybko zrobić zakupy.

Weszła do sklepu i skierowała się do znajomych regałów. Mleko, bułki, ser, odwróciła się i... wpadła prosto na mężczyznę, właśnie sięgającego, tak jak ona, po ser. Stanęła jak wryta.

 - Bardzo przepraszam – Adam uśmiechnął się. – Przepraszam.

 - Nic się nie stało. To moja wina. – Stała naprzeciwko Adama pierwszy raz. Pierwszy raz tak blisko człowieka, którego właściwie znała, ale nigdy jeszcze nie widziała z takiej odległości. Odwróciła się szybko, żeby ukryć zmieszanie. Przysięgła sobie, że już nigdy nie będzie go podglądać. To wstrętne i teraz głupio się czuje. Bo jeżeli on widział ją, kiedy gapiła się na niego...

Na nieszczęście w kolejce do kasy stanął tuż za nią. Postanowiła udawać, że go nie widzi. Wróciła do domu podekscytowana. - Widziała Adama z bliska. Jaki jest? Zupełnie normalny. Trochę od niej wyższy i taki... inny niż przez okno. W końcu zaczęła się śmiać z siebie, swojej reakcji i z całej tej sytuacji.

***

Jesień opanowała już całą pogodę. Plucha, zimno. Nie sposób było wychodzić na balkon, a już na pewno pić tam kawy. Trzeba zaczekać na przyjemniejszą pogodę lub w ogóle na wiosnę. Coraz częściej spotykała Adama w sklepie. Już przestała tak reagować, jak pierwszy raz. Bywało, że rozglądała się za nim specjalnie i była rozczarowana, nie spotkawszy go. Nie kłaniał się jej, ale z całą pewnością poznawał. Wydawało się jej nawet, że uśmiecha się delikatnie do niej. Ale może miała tylko takie wrażenie.

Jeszcze kilka razy Kamila odwiedziła Adama. Były to różne spotkania, ale nie wyglądały na spotkania bliskich, czy zakochanych w sobie osób. Chociaż raz...

Magda zwróciła uwagę, że Kamila jest wesoła, kokieteryjna. Adam wyraźnie był podekscytowany i radosny. W pewnym momencie podszedł do siedzącej w fotelu kobiety. Ta wstała, objęła Adama i zaczęli się całować. Po chwili zgasło w domu światło.

Magda poczuła się nieswojo. Nie wolno jej było bawić się w podglądanie. Miała poczucie, że zrobiła coś złego. Chyba Adam zbyt mocno przykuwał jej uwagę. Traktowała go jak część swojej rzeczywistości. Teraz on tam, z bliską mu pewnie kobietą kochają się, a ona... ona odczuwa... zazdrość (?). Była zła. Nie mogła sobie znaleźć miejsca. Co chwila podchodziła do okna. U Adama wciąż było ciemno. - Co oni tam robią? Głupia jestem. Co może robić dwoje dorosłych ludzi po ciemku. Dlaczego mnie to tak złości? Przecież nie jest moim facetem – myśli biegały po jej głowie jak opętane. – Co mnie on obchodzi? Ot, przyzwyczaiłam się. Mam teraz za swoje podglądanie. – Nie wytrzymała. Zadzwoniła do Agnieszki i umówiła się na herbatę w „Samych fusach”. To powinno zmienić tok uporczywych myśli i uspokoić.

Przyjaciółka była jeszcze bardziej rozszczebiotana niż zwykle. Jakaś radosna, podekscytowana. Magdę to trochę irytowało.

 - Słuchaj, czy ty nie jesteś czasem zakochana? A może Jacuś uszczęśliwił cię pogłaskaniem po głowie gestem pana i władcy – mruknęła tonem ociekającym sarkazmem.

 - Och, wiesz przecież, co Jacek by mi zrobił, gdybym zainteresowała się innym facetem. Po prostu by mnie rzucił. Nie przeżyłabym tego. Słuchaj, kiedyś – mówiłam ci to już chyba – na jakimś przyjęciu podszedł do mnie facet i chwilę rozmawiał. Jacek wyszedł i zostawił mnie. Musiałam wracać taksówką. Wrócił nad ranem, a ja umierałam ze strachu, bo nie wiedziałam, dlaczego. Dopiero w domu powiedział mi, że myślał, że pójdę z tym facetem i nie chciał mi przeszkadzać.

 - Aga, on jest po prostu o ciebie zazdrosny. To była typowa reakcja faceta, który będąc pewnym swojej partnerki, chce jej udowodnić, że mu nie zależy. Demonstruje wtedy postawę luzaka albo, jak to teraz młodzież mówi, „cool”. Zapewniam cię, że stał za rogiem ulicy i pilnował. Kiedy upewnił się, że odjechałaś sama do domu, spokojny o swoją „własność”, poszedł „w tango”.

 - Ty zwariowałaś! Jacek?! On tylko szuka pretekstu, żeby mnie zostawić. Poszedłby natychmiast. A baby to się na niego rzucają.

 - Aga, nie przesadzaj. Ten twój Jacek to żaden Adonis.

 - Posłuchaj, Magda – Agnieszka ściszyła głos - ja chyba... chyba jestem w ciąży.

 - Z kim?