Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 654 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Vineland - Thomas Pynchon

Czwarta powieść czołowego postmodernisty wśród amerykańskich pisarzy.

Wydana w 1990 roku, dwadzieścia lat po legendarnej TĘCZY GRAWITACJI.

Akcja książki rozgrywa się w 1984 roku w Kalifornii w fikcyjnym miasteczku Vineland. Poprzez retrospekcje sięga jednak wstecz, do lat sześćdziesiątych – czasów młodości bohaterów, wtedy wolnych i zbuntowanych. Przez pryzmat losów głównych postaci Pynchon opisuje dwadzieścia lat największych przemian społecznych w Stanach Zjednoczonych, poczynając od niemal faszystowskich rządów Nixona, a na reelekcji Ronalda Reagana kończąc.

VINELANDJEST BEZKOMPROMISOWĄ SATYRĄ NA AMERYKAŃSKIE SPOŁECZEŃSTWO XX WIEKU

Opinie o ebooku Vineland - Thomas Pynchon

Fragment ebooka Vineland - Thomas Pynchon

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Vineland

O książce

Kalifornia, rok 1984

Frenesi Gates, która z hipiski stała się informatorką FBI, postanawia uciec od swego dotychczasowego życia. Jej były mąż, Zoyd Wheeler, szykuje się do dorocznego skoku przez okno, żeby zachować świadczenia socjalne przysługujące mu jako osobie chorej psychicznie, podczas gdy detektyw Hector Zuniga po raz kolejny próbuje zrobić z niego donosiciela, a psychopatyczny prokurator Brock Vond chce wykorzystać córkę Zoyda, by dopaść jego eksżonę. DL, mistrzyni japońskich sztuk walki, musi odpokutować za potraktowanie „dotykiem śmierci” niewłaściwego człowieka, wiążąc się z nim „bez uprawiania seksu”.

Wszyscy oni, zmagając się z konsekwencjami swoich wyborów z lat sześćdziesiątych, z nostalgią myślą o czasach dzieci-kwiatów, o z góry skazanej na zagładę enklawie wolności, jaką w tamtych czasach była Kalifornia.

Thomas Pynchon(ur. 1937 r.)

Jeden z najwybitniejszych współczesnych amerykańskich pisarzy, jest regularnie wymieniany wśród kandydatów do Nagrody Nobla. Do najbardziej znanych z jego ośmiu powieści należą Tęcza grawitacji, Wada ukryta i W sieci. Jako człowiek Pynchon, który obsesyjnie strzeże swojej prywatności, jest dla dziennikarzy i czytelników wielką zagadką.

www.thomaspynchon.com

Tego autora

WADA UKRYTAW SIECIVINELAND

Tytuł oryginału:VINELAND

Copyright © Thomas Pynchon 1990All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Jędrzej Polak 2015

Redakcja: Katarzyna Dziedzic

Ilustracja na okładce: Jacek Kawalerowicz

Cover illustration copyright © Marzena Kawalerowicz

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-264-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Mojej matce i ojcu

Każdy pies ma swój dzień,dobry piesnawet dwa.

Johnny Copeland

Pewnego letniego poranka w roku 1984, później niż zazwyczaj, Zoyd Wheeler wychynął ze snu w słońcu sączącym się przez zwisający w oknie pnący fikus, przy wtórze szwadronu tupiących po dachu sójek. Śniło mu się, że sójki są gołębiami pocztowymi skądś zza oceanu, lądującymi jeden za drugim i znów zrywającymi się do lotu, przynoszącymi wiadomości, których, pośród rozedrganych światłem skrzydeł, odebrać na czas nie był w stanie. Pojmował, że to kolejny bolesny kuksaniec od wiadomych sił niemal na pewno powiązanych z listem, który nadszedł wraz z psychiatrycznym świadczeniem rentowym i przypominał mu, że jeśli przed upływem tygodnia nie odstawi publicznie jakiegoś wyskoku, przestanie się kwalifikować do renty. Wyjękolił się z łóżka. Gdzieś w dole wzgórza pracowały młoty i piły, a w radiu czyjejś furgonetki grała muzyka country. Skończyły mu się fajki.

Na kuchennym stole, obok pudełka płatków Count Chocula – jak się okazało pustego – znalazł wiadomość od Prairie. Tato, znów zmienili mi zmianę, więc pojechałam z Thapsią. Dzwonili z Kanału 86, mówili, że to pilne, powiedziałam im: spróbujcie go kiedyś dobudzić. I tak Cię kocham. Prairie.

– Znowu Fruit Loops – mruknął do liściku. Nie są takie złe, kiedy posypie się je nesquikiem, w dodatku w różnych popielniczkach walało się kilka dających się dopalić petów. Spędziwszy w łazience tyle czasu, że więcej się nie dało, zabrał się za szukanie telefonu, dzwonienie do lokalnej stacji telewizyjnej i recytowanie tegorocznego komunikatu prasowego. Ale…

– Niech pan to lepiej sprawdzi jeszcze raz, panie Wheeler. Powiedziano nam, że zmieniono panu harmonogram.

– U kogo mam sprawdzić? Przecież sam to robię, nie?

– Wszyscy mamy się zameldować w Cucumber Lounge.

– Ale beze mnie, bo ja będę w Log Jam w Del Norte.

Co się dzieje z tymi ludźmi? Przecież Zoyd planował to od wielu tygodni.

Desmond leżał na ganku w okolicy miski, która za sprawą sójek, zrywających się z sekwoi i porywających psu jedzenie kawałek po kawałku, zawsze była pusta. Od jakiegoś czasu psia karma zmieniła nastawienie sójek do świata; niektóre, jak mówiono, ganiały za samochodami osobowymi i pick-upami przez całe kilometry i dziobały każdego, komu się to nie podobało. Kiedy Zoyd wyszedł, Desmond obrzucił go pytającym spojrzeniem.

– Kombinuj dalej. – Zoyd pokręcił głową, widząc czekoladowe okruszki na pysku psa. – Wiem, że cię nakarmiła, Desmond, i wiem też, czym cię nakarmiła. – Pies odprowadził go aż do bierwion na opał, machając ogonem na znak, że nie czuje urazy, wpatrywał się w swojego wyjeżdżającego tyłem na leśny dukt pana, a w końcu odwrócił się i zajął własnymi sprawami.

Zoyd pojechał do Galerii Vineland i krążył przez chwilę po parkingu, wypalając połowę skręta, którego znalazł w kieszeni, po czym zaparkował furę i poszedł do More Is Less, dyskontu dla obfitszych kobiet, kupił barwną sukienkę koktajlową w dobrze wyglądających w telewizji kolorach, płacąc za nią czekiem, który – jak przeczuwali oboje z ekspedientką – był bez pokrycia i wyląduje przylepiony do kasy; następnie udał się do męskiej toalety na stacji benzynowej Breez-Thru, gdzie przebrał się w sukienkę i damskim grzebyczkiem utapirował to, co miał na głowie i na policzkach w kłębowisko, które – jak miał nadzieję – specjalistom od zdrowia psychicznego wyda się należycie zaburzone. Wrócił do samochodu, nalał do baku benzyny za pięć dolarów, wyjął ćwierć galonu oleju z trzymanej na tylnym siedzeniu skrzynki, znalazł lejek, wbił go w puszkę i dolał większość do silnika, z wyjątkiem odrobiny, którą zmieszał z benzyną i przelał do zbiorniczka maleńkiej eleganckiej, zapewne importowanej piły łańcuchowej wielkości karabinka maszynowego Mini-Mac, a potem ukrył piłę w płóciennej torbie plażowej. Znajomy Prairie, Slide, wyszedł z kantorka, żeby popatrzeć.

– O-o, czy to już pora?

– W tym roku też mnie to zaskoczyło. Chyba robię się na to za stary.

– Znam to uczucie. – Slide pokiwał głową.

– Masz piętnaście lat, chłopie.

– I wszystko widziałem. Na czyje okno padnie w tym roku?

– Niczyje. Daję za wygraną, wyskakiwanie przez okna to przeszłość, w tym roku biorę małą piłę łańcuchową do Log Jam i przekonam się, co będzie dalej.

– Eee… może lepiej nie, panie Wheeler. Był pan tam ostatnio?

– No, wiem, że siedzą tam twardzi hombre, same skurczybyki, którym przez cały dzień drzewa zwalają się na łby, więc nie mają za bardzo cierpliwości do wygłupów, ale przemawia za mną element zaskoczenia, nie?

– Przekona się pan – rzucił znudzony Slide.

Jasne, że tak, ale dopiero po zmarnowaniu mnóstwa czasu – o wiele więcej, niż mogło znieść jego mocno nadwerężone poczucie humoru – na stojedynce, a to z powodu konwoju przybyłych z innego stanu i objeżdżających ospale sekwoje kamperów Winnebago, pośród których na dwupasmowych odcinkach musiał hamować, redukować bieg i znosić multum nie zawsze przyjemnych uwag.

– Odwalcie się! – wrzeszczał, przekrzykując silnik. – Tak, to… eee… oryginalny Calvin Klein!

– Calvin nie szyje rozmiarów większych od czternastki! – wołała do niego przez okno dziewczynka młodsza od Prairie. – A ciebie trzeba zamknąć!

Była już pora lunchu, kiedy w końcu dojechał do Log Jam, gdzie z rozczarowaniem stwierdził, że brakuje mediów, bo na świeżo wyasfaltowanym parkingu stały tylko maszyny z wyższej półki dla zamożniejszych klientów. Była to pierwsza z kilku nieprzyjemnych wiadomości z ostatniej chwili. Starając się myśleć pogodnie – przyjmować, na przykład, że ekipy telewizyjne zwyczajnie się spóźnią – Zoyd zabrał torbę z piłą, poprawił raz jeszcze fryzurę i wpadł do Log Jam, gdzie z miejsca zauważył, że wszystko – począwszy od kuchni, aż po klientelę – pachnie inaczej.

O-o. Czy nie powinien przypadkiem stać gdzieś tutaj bar dla drwali? Wszyscy wiedzieli, że nadeszły wspaniałe czasy dla sztywniaków z lasów – choć nie dla tych z tartaków, bo Japończycy kupowali na pniu nieprzerobione na tarcicę drewno – ale mimo wszystko widok był zaskakujący. Niebezpieczni mężczyźni o pogardliwym nastawieniu, szczególnie wobec śmierci, siedzieli na dizajnerskich stołkach barowych, sącząc mimozy z kiwi. Szafa grająca słynna niegdyś na odcinku setek zjazdów z nadbrzeżnej autostrady dzięki gigantycznej kolekcji country-and-western, wśród której było sześć coverów So Lonesome I Could Cry, została przeformatowana na lekką muzykę klasyczną i new age ciurkający taktownie na granicy słyszalności, spowalniający i usypiający całą salę drwali i pilarzy, którzy obecnie przypominali modeli z reklam na Dzień Ojca. Jako pierwszy zwrócił na Zoyda uwagę jeden z wyższych spośród tych osobników i postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Miał stylowe okulary przeciwsłoneczne, koszulę Turnbull & Asser w pastelową kratę, warte kilkaset dolarów dżinsy od Mme. Gris i buty après-rąbanie z przygaszonego, lecz niezaprzeczalnie błękitnego zamszu.

– Dzień dobry, śliczna panienko, wystrzałowo panienka wygląda, w innych okolicznościach i innym nastroju wszyscy zechcielibyśmy poznać panienkę i jej rozliczne zalety bliżej, bo modowy komunikat panienki wskazuje, iż należy panienka do wrażliwych osób, które potrafią ocenić problem, który nam się zarysował w kwestii orientacyjnych drgań, jeśli panienka nadą…

Mocno skonfundowany Zoyd, którego instynkt samozachowawczy nie spisywał się od jakiegoś czasu najlepiej, postanowił wyjąć z torby piłę.

– Buster! – zawołał błagalnie do właściciela za barem. – Gdzie są media? – Urządzenie natychmiast przykuło uwagę gości w sali, i to nie tylko ze względu na nowinkarstwo techniczne. Widzieli przed sobą wykonane na zamówienie damskie narzędzie łańcuchowe, „wystarczająco mocne do drewna” – jak głosiła reklama – lecz na tyle małe, by zmieścić się w torebce”. Prowadnicę, uchwyty i obudowę wyłożono prawdziwą macicą perłową, a nad łańcuchem gotowym w każdej chwili zazgrzytać zębami wypisano górskim kryształem imię młodej damy, od której pożyczył instrument – CHERYL – potraktowane przez wszystkich obecnych jako przebierankowy przydomek Zoyda.

– Spokojnie, kowbojko, wszystko jest w porząsiu. – Drwal cofnął się, Zoyd pociągnął ostrożnie za jedwabny sznureczek misternego rozruszniczka, i damska perłowa piła łańcuchowa zgrzytnęła i ożyła.

– Posłuchaj, jak mruczy to maleństwo.

– Zoyd, co ty tu, do kurwy nędzy, wyprawiasz tak daleko od domu? – Buster doszedł do wniosku, że czas interweniować. – Żaden kanał nie przyśle ci jebanej ekipy taki kawał od miasta. Czemu nie jesteś w Eurece albo gdzieś w Arcacie?

Drwal spojrzał uważniej.

– Znasz tę osobę?

– Graliśmy razem w starej Six Rivers Conference – odparł Buster cały w uśmiechach. – To były czasy, nie, Zoyd?

– Nie słyszę cię! – wrzasnął Zoyd, starając się zachować szybko blednący groźny image. Niechętnie skręcił przepustnicę ślicznej perłowej piły, najpierw do damskiego basu, a potem całkiem. I rzucił w niosące się po sali echo: – Widzę, że zmieniliście wystrój.

– Jakbyście wpadli w zeszłym miesiącu, ty i ta twoja piłka, pomoglibyście nam wybebeszyć knajpę.

– Wybacz, Buster, chyba rzeczywiście wybrałem zły lokal, nie mogę ci przecież nic odpiłować, bo wpakowałeś w to kupę forsy… Przyjechałem tu tylko z powodu gentryfikacji South Spooner, Two Street i innych kiedyś podejrzanych okolic, na której cierpi moja kieszeń, bo teraz mieszkają tam ludzie lubiący się procesować, i to o grubą kasę, i mają takich prawników od odszkodowań z miasta, że wystarczy, że się wysmarkam w ich designerską chusteczkę, i siedzę po uszy w gównie.

– No, mówiąc szczerze, my też nie jesteśmy już tacy ostatni, Zoyd, jak nas pamiętają. Odkąd odwiedził nas George Lucas z ekipą, dokonała się tu, powiadam ci, prawdziwa zmiana światopoglądowa.

– Taa, zauważyłem… Słuchaj, nalejesz mi małe damskie piwko… Wiesz, że jeszcze nie widziałem tego filmu?

Mówili o Powrocie Jedi (1983), kręconym częściowo w tej okolicy, co, zdaniem Bustera, zmieniło tutejsze życie na zawsze. Barman oparł tłuste łokcie na jedynej rzeczy, której nie zmieniono: oryginalnym barze z przełomu wieków, arcydziele snycerki wykonanym z jednego gigantycznego pnia sekwoi.

– Pod spodem wciąż jesteśmy chłopakami ze wsi.

– Sądząc po parkingu, z niemieckiej.

– Ty i ja, Zoyd, jesteśmy jak Wielka Stopa. Czas płynie, a my się nie zmieniamy. Posłuchaj mnie teraz: odkrywam w tobie pragnienie nowych doświadczeń, ale nie jesteś zwykłym barowym zabijaką, więc lepiej trzymaj się swojej specjalności, którą jest chyba w zasadzie… transfenestracja?

– Mmm… tak przypuszczałem – szepnął niemal niesłyszalnie jakiś drwal, przysuwając się i kładąc rękę na udzie Zoyda.

– Poza tym – ciągnął niewzruszony Buster, wbijając wzrok w dłoń drwala – wyskakiwanie przez okna to twój modus operandi. Zaczniesz z czymś nowym w tak późnym wieku, a stan będzie musiał grzebać ci w danych w komputerze, co nie nastawi ich do ciebie przychylnie. „Aha, zbuntował się, nie?”, powiedzą sobie i zaraz renta zacznie ci się spóźniać, może się nawet gdzieś zapodzieje na poczcie… No, spójrz na mnie, Lemay! Pokaż mnie tę rękę, dobry człowieku, pokaż mnie, kochanieńki, wnętrze dłoni na barze. Na chwilę, bo chcę ci powróżyć, co ty na to? – Dłoń drwala, która równie dobrze mogła zacisnąć się w pięść, przymuszona dziwnym jowialnym magnetyzmem Bustera zsunęła się natychmiast z uda psychicznie sparaliżowanego Zoyda, czy raczej Cheryl, jak nazywał go oczarowany (jak się wydaje) Lemay. – Będziesz długo żył. – Buster patrzył prosto w oczy Lemaya, a nie na jego dłoń. – Dzięki zdrowemu rozsądkowi i trzeźwemu spojrzeniu na rzeczywistość. Pięć dolców.

– Hę?

– No, dobra, postaw nam kolejkę. Ten tu Zoyd wygląda trochę dziwnie, ale odwala robotę dla rządu.

– Wiedziałem! – wykrzyknął Lemay. – Tajniak!

– Świr – wyznał Zoyd.

– Och, no cóż… to też interesująca praca…

Właśnie wtedy zadzwonił telefon, szukano Zoyda. Z Cucumber Lounge, zajazdu znanego w całym okręgu Vineland, dzwonił poruszony Van Meter, przyjaciel Zoyda z dawnych lat. – Mamy sześć telewizyjnych wozów transmisyjnych, jeden z samego miasta, plus karetkę i furgonetkę z przekąskami. Wszyscy czekają, wszyscy zastanawiają się, gdzie jesteś.

– Tutaj. Dzwonisz do mnie. Pamiętasz?

– Aha. Celny strzał. Ale dziś masz wyskakiwać przez okno w Cuke!

– Nie! Dzwoniłem wszędzie i powiedziałem im, że jestem tutaj. Co się stało?

– Mówią, że zmienili harmonogram.

– Kurwa. Wiedziałem, że któregoś dnia mnie to przerośnie.

– Lepiej tu przyjedź – poradził Van Meter.

Zoyd odłożył słuchawkę, schował piłę do torby, dokończył piwo i wyszedł, przesławszy wszystkim w powietrzu całusy i przypomniawszy, żeby oglądali wieczorne wiadomości.

□ □ □

Zajazd Cucumber Lounge rozciągał się od cieszącego się złą sławą motelu z charakterystycznym neonem w głąb kilku hektarów dziewiczego sekwojowego lasu. W cieniu ogromnych majaczących czerwonawo drzew stało ze dwadzieścia karłowatych domków kempingowych opalanych drewnem z gankami, grillami, łóżkami wodnymi i kablówkami. Podczas krótkiego na północy Zachodniego Wybrzeża lata domki te służyły turystom i podróżnym, a przez deszczową resztę roku mieszkali w nich przeważnie miejscowi, płacący tygodniowy czynsz. Opalane drewnem kozy nadawały się do gotowania, smażenia, a nawet pieczenia, a w niektórych domkach stały kuchenki gazowe, więc oprócz dymu z bierwion i surowego zapachu drzew, w powietrzu unosiła się przez cały dzień woń gotowania.

Parking, na którym Zoyd usiłował znaleźć wolne miejsce, nie został utwardzony, a natura od lat żłobiła na nim wąwozy. Dziś parking ten zaszczyciły wozy mediów oraz pojazdy policyjnych sił specjalnych – stanowych i okręgowych – migoczące światłami i odgrywające syrenami motyw muzyczny z teleturnieju Va banque. Ekipy telewizyjne, światła, kable, kamery były wszędzie, parę przyjechało nawet znad zatoki San Francisco. Zoyd poczuł tremę. „Może jednak powinienem odpiłować coś taniego Busterowi…”, mruczał pod nosem. W końcu musiał zawrócić i zaparkować tyłem na jednym z miejsc Van Metera. Jego stary basista i kumpel od wyskoków mieszkał tutaj od lat w czymś, co nadal nazywał komuną i co składało się ze zdumiewającej liczby aktualnych i byłych starych, byłych chłopaków starych, dzieci zrodzonych z aktualnych i nieaktualnych kombinacji rodziców oraz rozmaitych ludzi wpadających na noc. Zoyd oglądał kiedyś w telewizji film o Japonii, o takim, chyba, Tokio, gdzie żyjący w niewyobrażalnym ścisku ludzie, nauczyli się wskutek dziejowej konieczności odnosić się do siebie kulturalnie, więc mimo przeludnienia świetnie dawali sobie ze sobą radę. Kiedy Van Meter – odwieczny poszukiwacz sensu – wprowadził się do bungalowu w Cucumber Lounge, Zoyd miał nadzieję, że w efekcie ubocznym uzyska japoński spokój ducha, ale nic z tego. Zamiast cichego rozwiązania kwestii przeludnienia, „komuna” Van Metera wybrała wyjście wysokoenergetyczne – ciągłą zwadę. Nieustanne wielodecybelowe kłótnie wyniesione do poziomu ceremoniału, opisywane w wewnętrznym biuletynie „The Blind-Side Gazette”, słyszane nawet na autostradzie przez kierowców rozpędzonych ciężarówek, z których część brała je za zakłócenia radiowe, a inni za nawiedzające okolicę niespokojne duchy.

Lecz oto zza rogu Cuke wyszedł sam Van Meter z firmowym grymasem zranionej niewinności na twarzy.

– Jesteś gotów? Zaraz zacznie się ściemniać, wyjdzie mgła, i co ty, do cholery, robiłeś w Log Jam?

– Nie, Van Meter, powiedz mi, dlaczego wszyscy są tutaj?

Szli ścieżką na tyłach Cuke, a Van Meter marszczył i odmarszczał czoło.

– Chyba mogę ci powiedzieć, skoro już tu przyjechałeś, że właśnie zjawił się twój stary kumpel.

Zoyd natychmiast się spocił i przeżył napad strachu – taki, od którego od razu chce się srać. Czy to postrzeganie pozazmysłowe, czy tylko reakcja na ton głosu przyjaciela? Ale wiedział, o kogo chodzi. I zamiast skupić się na skoku przez okno, zaczął się bać przybysza z dawnych czasów. Nie bez powodu, bo był nim stary prześladowca Zoyda, agent DEA, Hector Zuñiga, który wrócił niczym błędna federalna kometa ciągnąca za sobą podczas każdego przelotu przez orbitę Zoyda nowe klątwy i złowrogie oddziaływania. Minęło już sporo czasu od ich ostatniego spotkania, w zasadzie widzieli się po raz ostatni tak dawno, że Zoyd zaczynał mieć nadzieję, że Hector znalazł sobie inne żerowisko i przepadł na zawsze. Możesz sobie pomarzyć, Zoyd. Hector czekał obok toalet, udając, że gra na automacie Zaxxon, i licząc bez wątpienia na to, że zostanie na nowo wprowadzony do towarzystwa – honor ten miał przypaść w udziale menadżerowi Cuke, Ralphowi Wayvone’owi Juniorowi, młodemu utracjuszowi z San Francisco, gdzie ojciec Ralpha, dorobiwszy się w takich gałęziach przedsiębiorczości, w których rozliczenia dokonywane są zazwyczaj gotówką, wiele znaczył. Dzisiaj Ralph Junior odpicował się w garnitur od Cerrutiego, białą koszulę ze spinkami, zagraniczne półbuty „nadepnij je, a zginiesz” na podwójnej podeszwie i całą resztę. Jak wszyscy wokół wydawał się niezwykle spięty i podekscytowany.

– Cześć, Ralph, rozluźnij się, to ja odwalam całą brudną robotę.

– Nie gadaj… W przyszły weekend mam ślub siostry, orkiestra odwołała przyjazd, a ja jestem koordynatorem weselnym, więc muszę znaleźć zastępstwo. Znasz kogoś?

– Taa, może… Lepiej tego nie spieprz, Ralph, bo wiesz, co się stanie.

– Żarty się ciebie trzymają, hę? Dobra, dobra, chodź, pokażę ci okno, przez które wyskoczysz. Każę chłopakom zrobić ci drinka. A przy okazji, Zoyd, przyjechał twój stary kumpel, żeby trzymać za ciebie kciuki.

– Oo… – Zoyd wymienił z Hectorem najkrótszy uścisk kciuka.

– Wspaniały garnitur, Wheeler.

Zoyd ostrożnie jak saper wyciągnął przed siebie rękę, żeby poklepać Hectora po brzuchu.

– A ty nieźle poruszasz wąsami, amigo.

– Większy, ale nie miększy, ése. A skoro już mowa o lunchu, co powiesz na jutro w kręgielni Vineland Lanes?

– Nie dam rady, zarabiam na czynsz i mam już opóźnienie.

– To ważne! – rzucił z naciskiem Hector. – Spójrz na to tak: jeśli ci udowodnię, że wciąż potrafię być takim samym złym desperado jak zawsze, pozwolisz mi postawić sobie lunch?

– Takim samym złym… – Jak to? Dlaczego Zoyd zawsze daje się nabierać na te sztuczki Hectora? Najlepsze, co mu z tego kiedykolwiek przyszło, to wielki dyskomfort. – Hector, jesteśmy już na to za starzy.

– Po tylu radościach i po tylu łzach…

– No, dobra, przestań, umowa stoi. Ty jesteś zły, a ja przyjadę na lunch, ale pozwól mi teraz wyskoczyć przez to okno, okay? Dasz mi parę sekund…

Kierownicy produkcji szepnęli coś do walkie-talkie, techniczni za wyznaczonym oknem machali światłomierzami i nastawiali mikrofony, a Zoyd, oddychając spokojnie, powtarzał w duchu mantrę, którą Van Meter pod koniec zeszłorocznej fascynacji jogą sprzedał mu za dwadzieścia dolarów – niezupełnie do wyłącznej dyspozycji Zoyda – twierdząc przy tym, że kosztowała go aż sto. Wszystko było gotowe. Van Meter przekazał mu wolkańskie pozdrowienia Spocka.

– Gotowym na twój znak, Zet Wuj!

Zoyd przyjrzał się sobie w lustrze za barem, poprawił fryzurę i odwrócił się opanowany, by z wrzaskiem i czystym umysłem podbiec prosto ku oknu i wyskoczyć przez nie na zewnątrz. Od razu wiedział, że coś poszło nie tak. W ogóle nie poczuł siły uderzenia, szkło w zetknięciu z jego ciałem zabrzmiało i zachowało się inaczej niż zwykle, nie stawiało oporu i nie rezonowało, nie pękło z trzaskiem i tylko mlasnęło jakoś tak pokrętnie.

Po obowiązkowej szarży z obłąkanym grymasem na ustach na każdą z telewizyjnych kamer oraz po zakończeniu przez policję papierkowej roboty Zoyd dostrzegł kątem oka Hectora, który przykucnąwszy wśród leżących na ziemi błyszczących odłamków wybitej szyby, podniósł ostry wyszczerbiony wielokąt okiennego szkła.

– Czas na złe wieści! – zawołał, uśmiechając się złośliwie w dobrze znany Zoydowi sposób. – Jesteś gotów? – Wysunął szybko głowę jak atakująca żmija i odgryzł spory kawał szyby.

Kurwa mać, Zoyd zamarł. Odjebało mu…, ale nie, chyba nie, bo Hector żuł spokojnie szkło i zgrzytał obślinionymi zębami z tym samym złośliwym uśmieszkiem na ustach, mrucząc z zadowoleniem:

„Mmmm!” oraz „¡Qué rico, qué sabroso!”. Van Meter puścił się pędem za odjeżdżającą karetką, wrzeszcząc: „Sanitariusz!”, a Zoyd załapał, bo nie był przecież medialną dziewicą i czytywał „Tele Tydzień”, więc przypomniał sobie artykuł o kaskaderskich oknach wykonywanych z przejrzystego arkusza cukru, który pęka i łamie się, nie raniąc i nie wyrządzając szkód. To dlatego okno od razu wydało mu się dziwne: młody Wayvone wyjął z niego normalną szybę i zastąpił ją cukrową.

– Znów mnie wyruchałeś, Hector, wielkie dzięki.

Ale Hector zniknął już w wielkim szarym sedanie z federalną rejestracją. Niedobitki kamerzystów filmowały krajobrazowe przebitki w Cuke i słynny obracający się neon, który Ralph Junior z radością włączył wcześniej niż zwykle: zielony neonowy ogórek z mrugającymi pryszczami, wzniesiony pod kątem graniczącym plus minus o jeden czy dwa stopnie z obscenicznością. Czy następnego dnia Zoyd powinien pojechać do kręgielni? Technicznie rzecz ujmując, nie. Ale w oczach agenta pojawił się błysk, który dało się widzieć i teraz – mimo przyciemnianych szyb federalnego auta, mimo przedwieczornej mgły kłębiącej się na szerokim poboczu, w którą wjechał Hector, mknąc ku stojedynce. Zoyd czuł w kościach, że znów zostanie wkręcony. Hector od lat chciał zrobić z niego TW, ale do tej pory – znów z technicznego punktu widzenia – Zoyd zachował dziewictwo. Ale skurwysynek nie chciał dać za wygraną. Wracał, ciągle wracał, za każdym razem przywożąc ze sobą nowy, coraz bardziej obłąkany plan, a Zoyd wiedział, że któregoś dnia dla świętego spokoju powie „pieprzę to” i przejdzie na drugą stronę. Pytanie brzmi, czy zrobi to teraz, czy może kiedy indziej? Czy ma czekać na kolejny obrót? Bo czuł się jak w Kole fortuny, choć w okolicy nie było Pata Sajaka, który by go po przyjacielsku pocieszył, ani opalonej i pięknej Vanny White w rogu ekranu, która zaczarowałaby koło, życzyła mu szczęścia i odkryła przed nim kolejne litery wiadomości, której za nic w świecie nie chciał przeczytać.

Zdążył dojechać do domu, żeby obejrzeć siebie w Pudle, ale musiał zaczekać, aż córka skończy oglądać film o czwartej trzydzieści: Pia Zadorę w The Clara Bow Story. Prairie pomacała materiał jaskrawej sukienki.

– Piękny wzór, tatusiu. Nówka, chiba. Dasz mi ją, jak już nie będzie ci potrzebna. Rzucę ją na futon.

– Ej, spotykasz się z drwalami, pilarzami, rębaczami i takimi tam?

– Zoy-oyd…

– Nie obrażaj się, paru takich gości dało mi dzisiaj swoje telefony, pojmujesz? Razem z banknotami o różnych nominałach.

– Po co?

Zmrużył oczy i przyjrzał się jej uważniej. Czy to jakieś podchwytliwe pytanie?

– Poczekaj, mamy rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty, tak? To znaczy, że masz ile… czternaście lat?

– Prawidłowa odpowiedź. Grasz o samochód?

– No, nie złość się, to nic osobistego. – Zdejmował sutą kolorową suknię.

Prairie odwróciła wzrok; udając zawstydzenie, zakrywała usta dłonią i zrobiła wielkie oczy. Pod spodem Zoyd miał na sobie stare szorty do surfowania i porwany podkoszulek z baru Hussong’s przy plaży.

– Masz, sukienka jest twoja, mogę sprawdzić, jak wypadłem w wiadomościach?

Usiedli razem na podłodze przed Pudłem z torbą cheetos wielkości taboretu i sześciopakiem gazowanego napoju grapefruitowego ze sklepu ze zdrową żywnością. Oglądali wiadomości sportowe, reklamy i pogodę – znów bezdeszczową – aż nadszedł czas na kończące program duperele. „No, cóż… – prowadzący wiadomości Skip Tromblay zachichotał – w Vinelandzie jak co roku doszło do mrożących krew w żyłach scen, kiedy leczony ambulatoryjnie pacjent tutejszego domu bez klamek, Zoyd Wheeler, wykonał swój popisowy numer, wyskakując przez kolejne okno. Tym razem padło na niesławny Cucumber Lounge przy drodze numer sto jeden, widoczny na ekranie. Ekipa filmowa Hot Shot News Kanału 86, powiadomiona przez anonimowego informatora, znalazła się na miejscu, by udokumentować wyczyn pana Wheelera, który w zeszłym roku o mało nie trafił do Good Morning America”.

– Nieźle ci poszło, tatku.

W Pudle Zoyd wypadał właśnie przez okno przy wtórze podłożonego prawdziwego trzasku tłuczonego szkła. Policyjne wozy patrolowe i sprzęt gaśniczy błyskały chromowanymi ozdobami. Zoyd przyglądał się sobie padającemu na orsztyn, koziołkującemu, zrywającemu się na równe nogi i szarżującemu z wrzaskiem i obnażonymi zębami na kamerę. Materiał nie zawierał zdjęć z zatrzymania pro forma i uwolnienia przez policję, ale z radością stwierdził, że sukienka – neonowopomarańczowa, niemal ultrafioletowofiołkowa, wściekle seledynowa oraz tu i tam karmazynowa, szczególnie w obrębie retrohawajskiego nadruku z papugami i dziewczętami tańczącymi hula – naprawdę przykuwa w Pudle uwagę. Na jednym z kanałów nadających z San Francisco nagranie powtarzano w zwolnionym tempie, dzięki czemu na ekranie pojawiły się miliony kryształowych trajektorii, eleganckich jak krople wody, a wiszący w powietrzu Zoyd obracał się w przeróżnych pozycjach, których, z tego, co pamiętał, w ogóle nie przyjmował i które – jako stop-klatki – mogłyby wygrywać nagrody w konkursach fotograficznych. Później pojawił się przegląd jego wcześniejszych wyczynów, a przy każdym kroku wstecz kolory i walory produkcyjne zmieniały się na gorsze. Po tym wszystkim pokazano zorganizowany w studiu panel, w którym wziął udział profesor fizyki, psychiatra oraz trener lekkiej atletyki, biorący udział w dyskusji ze studia olimpijskiego w LA. Uczestnicy panelu rozmawiali o ewolucji techniki Zoyda na przestrzeni lat, przeprowadzając przy okazji konieczne rozróżnienie między osobowością defenestracyjną, wyskakującą z otwartych okien, a transfenestracyjną, rozbijającą w drodze ku ziemi szyby. Każda z tych osobowości odzwierciedla, zdaniem panelistów, zupełnie inny podtekst psychiczny, a słuchający tego Zoyd i Prairie zaczęli tracić zainteresowanie.

– Przyznaję ci, tatku, dziewięć koma pięć punktu, twój najlepszy wynik! Szkoda, że magnetowid się zepsuł, bo moglibyśmy to nagrać.

– Naprawiam go.

Spojrzała na niego spokojnie.

– Potrzebny jest nam nowy.

– Potrzebne są nam pieniądze, żołnierzu, bo brakuje nam nawet na jedzenie.

– O, nie! Wiem, co to oznacza. Gadanie o odchudzaniu! Co mam zrobić? To nie ja zostawiam wszędzie ciastka, ciasteczka, a w lodówce czekoladowe batoniki, to nie ja używam nesquika do słodzenia! Ej! Nie mam z tobą szans!

– Ale ja mówiłem tylko o pieniądzach, córeczko. Kto bez przerwy gada o odchudzaniu?

Głowa Prairie obróciła się powoli i precyzyjnie na długiej szyi i zajęła pozycję odpowiednią do rozmowy z ojcem.

– Nooo… kilka razy wspomniał o tym Wielki I.

– Cudownie! Znany na całym świecie punkowy dietetyk! Który teraz ma ksywę po kim? Po jakimś robocie?

– Nie po robocie, tylko po Isaiahu Dwa Cztery, wersecie z Biblii – sprostowała, kręcąc wolno głową na znak, że się poddaje – który, przypominam, mówi o przekuwaniu mieczy na lemiesze i włóczni na sierpy oraz tym podobnych peacenikowskich bredniach, które w sześćdziesiątym siódmym zrzucili na Wielkiego I jego rodzice, a twoi powaleni przyjaciele hipisi.

– Lepiej oboje uważajcie z tym pieprzonym odchudzaniem. Nie przyszło ci nigdy do głowy, że twój R2D2 jest zwyczajnie skąpy i żałuje ci żarcia? Co on robi? Co pozwala ci jeść?

– Miłość nie wybiera, tato, może już o tym zapomniałeś.

– Wiem, że miłość nie wybiera, wiem o tym od roku pięćdziesiątego szóstego, kiedy nauczyłem się nowych chwytów. Jesteś zakochana w tym typie, więc może nie pamiętasz, że go znam, że pamiętam, jak nie tak dawno temu chodziliście oboje z cukierkiem i psikusem, zatem pozwól mi sobie powiedzieć, że każdy facet, który pojawia się w drzwiach jako Jason z Piątku, trzynastego (1980) jest… uwierz staremu wariatowi… mocno zaburzony.

Prairie westchnęła.

– Wtedy każdy był Jasonem. Ten film to już klasyk, jak Frankenstein, więc co w tym złego… nie rozumiem, w czym ci to przeszkadza. Isaiah zawsze cię, no wiesz, podziwiał.

– Że co?

– Za to wyskakiwanie przez okna. Oglądał wszystkie nagrania, klatka po klatce. Mówił, że parę razy o mało się nie nadziałeś.

– O mało! A niech mnie…

– Jak szyba wypada z framugi – tłumaczyła – pęka w takie długie ostre kliny, no nie? Na tyle długie, żeby cię przebić na wylot. Isaiah mówi, że wszyscy jego kumple zawsze podziwiali twój niebiański spokój, jakbyś miał w nosie niebezpieczeństwo.

Zoyd pobladł i zrobiło mu się niedobrze, ale nie przestał z niedowierzaniem zerkać na córkę jednym okiem. Nie ma sensu opowiadać o dzisiejszym cukrowym szkle, Prairie wyglądała na bardzo, nawet nienaturalnie przejętą, podziwia go, lepiej nic jej nie mówić. Ale czy to możliwe, czy prawdą jest, że był tak bliski śmierci, a przynajmniej poważnej operacji chirurgicznej, za każdym poprzednim przezabawnym razem? Jak ma więc dalej zarabiać na życie, jeśli nie zaczną mu wstawiać wszędzie cukrowych szyb? Cholera, powinien już dawno zatrudnić się w jakimś kaskaderskim cyrku, takiego na ten przykład Joeya Chitwooda, i zgarniać prawdziwą kasę.

– …i myślę, że ty i Isaiah moglibyście się w końcu dogadać, a może nawet zrobić razem jakiś interes – tak bez wątpienia powiedziała Prairie – bo wiem, że on by chciał, i wystarczyłoby, żebyś zachował otwarty umysł.

Zoyd nie miał pojęcia, o czym Prairie mówi, ale zmusił się do beztroski.

– Lepiej, żeby Wielki I nie otwierał mi głowy. – Unik przed trampkiem, na szczęście bez stopy Prairie w środku, przelatującym obok ucha.

– Oceniasz go po fryzurze, wyłącznie po fryzurze. – Grozi mu palcem jak poirytowany sąsiad albo ordynator oddziału psychiatrycznego z opery mydlanej. – Zamieniłeś się dokładnie w takiego samego ojca, jak ten, który cię dręczył, kiedy byłeś hipisowskim świrem.

– Jasne, stanowiłem takie samo zagrożenie dla ogółu jak twój chłopak, ale nikt z nas, zapewniam cię, nikt z całego mojego pokolenia nie przychodził do czyjegoś domu w samym środku nocy w masce hokejowej, z nożami i nawet, zdaje się, z sierpem. I ty mi mówisz, że mam z nim zrobić interes. Jaki, pytam? Remont letniego obozu dla chłopców? – Rzucał w nią cheetosami, zasypując podłogę.

– Wpadł na dobry pomysł, gdybyś tylko zechciał go wysłuchać, papo.

– Mówi się „papu”. – Wrzucił sobie do ust chrupkę, którą wcześniej celował w Prairie. – Oczywiście, że mogę go wysłuchać, mam nadzieję, że tyle jeszcze potrafię, za kogo ty mnie bierzesz, za jakiegoś sztywniaka, może się okazać, że to fajny gość, choć dowody wskazują na co innego, ale weźmy, na przykład, takiego Moondoggiego z Gidget (1959)…

– Isaiah! – wrzasnęła Prairie. – Rusz tyłek, człowieku, bo nie wiadomo, jak długo będzie w dobrym nastroju…

I z innego wymiaru, w którym akurat orbitował, wyłonił się Isaiah Dwa Cztery, który dziś, jak zauważył Zoyd, miał irokeza pofarbowanego na wściekle seledynowy kolor, z wyjątkiem końcówek, pryśniętych na karmazynowo. Tak się składało, że były to dwa ulubione kolory Zoyda, a Prairie, od której dostał w prezencie mnóstwo popielniczek i podkoszulków z lat sześćdziesiątych w tych fantazyjnych barwach, doskonale o tym wiedziała. Czy ktoś tu sili się, żeby być miły?

Isaiah na powitanie przybił z Zoydem górną i dolną piątkę, wierząc, zdaje się, od zawsze, że Wheeler walczył w Wietnamie. Ruchy chłopaka – te, które rozpoznał Zoyd – pochodziły z buszu, inne z kicia, a jeszcze inne – te, za którymi nie nadążał, choć bardzo chciał – były choreografią Isaiaha do mruczanego pod nosem Purple Haze Jimiego Hendrixa.

– Jest git, panie Wheeler – rzucił w końcu chłopak. – Jak leci?

– Jak to „panie Wheeler”, a co się stało z „ty mielone ścierwo”? – Ten epitet zakończył ich ostatnie spotkanie, podczas którego powściągliwa początkowo rozmowa o zapatrywaniach muzycznych eskalowała do obopólnego zanegowania w dosyć szerokim zakresie systemów wartości obu stron.

– No, wtedy, proszę pana… – odrzekł orędownik przemocy na co dzień, postury i wielkości gracza NBA, sypiający albo niesypiający z jego córką – …chodziło mi o „mielone ścierwo” wyłącznie w kategoriach naszego splatającego się przedziwnie losu jako doczesnej karmy na łasce lub niełasce szczęk przeznaczenia, więc z tej perspektywy to chiba bez różnicy, czy pan lubi muzyczne wypowiedzi Septic Tank i Fascist Toejam – wijąc się jak piskorz w tak oczywisty sposób, że Zoyd nie mógł mu nie odpuścić.

– Na tej samej zasadzie powinienem uznać za nieistotne twoje natchnione poparcie dla uzi jako sposobu rozwiązywania większości naszych konfliktów społecznych.

– Jest pan bardzo wspaniałomyślny, proszę pana.

– Jedzenie, chłopaki. – Prairie weszła z galonem guacamole i gigantyczną paczką tortillowych chipsów, a Zoyd zastanawiał się, czy przypadkiem wkrótce się nie pojawi… ha!, oto i ono: zimny sześciopak dos equis, tak jest! Otwierając z szerokim uśmiechem piwo, po raz kolejny zauważył u córki sprytną, choć jeszcze nie w pełni profesjonalnie rozwiniętą umiejętność kombinowania, którą musiała odziedziczyć po nim, więc oblał się rumieńcem dumy, no, chyba że to przez guacamole, do którego dodała dziś trochę za dużo marnej salsy.

Wspomniany przez Zoyda wcześniej pistolet maszynowy Uzi, nazywany w ojczystym Izraelu „Bandytą Pustyni”, okazał się rekwizytem jak najbardziej na miejscu. Gdyż pomysł Isaiaha sprowadzał się z grubsza do założenia pierwszego z wielu Centrów Bezprawia, z których każde, zakrojone na skalę małego parku tematycznego, wyposażono by w strzelnice do broni automatycznej, wojskowe tory przeszkód, sklepy z pamiątkami oraz bary i automaty do gier wideo dla dzieciarni, albowiem Izajasz prorokował wzrost zainteresowania tego rodzaju atrakcjami wśród rodzinnej klienteli. Pomysł obejmował także standardowy rozkład powierzchni oraz logo, co mogło znacznie ułatwiać franszyzę. Isaiah siedział przy okrągłym, przypominającym szpulę do kabla stoliku i rysował diagramy tortillowymi chipsami, puszczając wodze fantazji.

– Dreszcz Trzeciego Świata: tor przeszkód w dżungli, który pokonuje się po linach, wpada do wody, strzela do wyskakujących z zasadzki celów przypominających autochtoniczne elementy partyzanckie… Miejskie Szumowiny: goście ścierają z powierzchni ziemi niepożądany margines miejski, w tym Alfonsów, Zboczeńców, Handlarzy Narkotyków i Ulicznych Bandytów, z założenia wielorasowych, żeby nikogo nie obrazić. Margines będzie się pojawiał we właściwym dla siebie środowisku ciemnych zaułków, krzykliwych neonów i sączącej się zewsząd muzyki saksofonowej… A dla koneserów Czarna Lista, na której znajdą się wybrane na zamówienie i odtwarzane z magnetowidu najbardziej znienawidzone osobistości życia publicznego, pokazywane pojedynczo na ekranach starych telewizorów kupowanych po cenie złomu i stawianych na taśmociągach jak kaczki w wesołym miasteczku, przez co przyjemność rozwalenia znienawidzonych gadających podobizn ulegnie wzmożeniu dzięki implozjom kineskopów…

Zoyd ledwo nadążał przed spienionym bałwanem, który zalewał go i topił w demograficznych danych statystycznych i prognozowanych wpływach. Zupełnie nie uświadamiał sobie, że opadła mu szczęka i długo nie był w stanie zamknąć ust. A kiedy mu się to udało, zrobił to tak gwałtownie, że przygryzł sobie język, dokładnie wtedy, kiedy Isaiah rzucił:

– A najlepsze jest to, że nie straci pan ani centa.

– O-o. Ile ci trzeba?

Isaiah ukazał w szerokim uśmiechu pięciocyfrową kalifornijską ortodoncję i spojrzał mu głęboko w oczy. Wkład Zoyda polegałby na podżyrowaniu pożyczki…

Zoyd pozwolił sobie na długi wymuszony chichot.

– A kto będzie pożyczkodawcą? – zapytał, spodziewając się adresu z odległego stanu, uzyskanego z pudełka po zapałkach. Okazało się jednak, że kredytu może udzielić im ni mniej, ni więcej tylko Bank Vineland. – Ty… hm… nie groziłeś im bronią ani nic z tych rzeczy? – Zwrócił się uszczypliwie do rzucającego długi cień młodzieńca.

Isaiah wzruszył ramionami i odpowiedział:

– Po zastanowieniu oddam panu prace budowlane i kształtowanie terenu naszych inwestycji.

– Chwileczkę, dlaczego nie podżyrują ci rodzice?

– No… chiba dlatego, że zawsze byli, wie pan, przeciwni przemocy? – W głosie Isaiaha dał się słyszeć jakiś smutny ton. Nie chodziło mu już nawet o to, że jego starzy są wegetarianami, ale bardziej o to, że z czasem stali się wymagający nawet wobec warzyw, wyrzucając z menu, dajmy na to, wszystko, co czerwone, bo czerwień to kolor gniewu. Chleb w większości odmian był zakazany ze względu na mordercze drożdże. Zoyd, choć nie był świrologiem, zastanawiał się, czy chłopak przypadkiem nie odgrywa się na Prairie za to, co robią mu w domu w aspekcie zaburzeń dietetycznych.

– To… twoi starzy jeszcze o tym nie wiedzą?

– Chciałem, żeby to była niespodzianka.

Zoyd zachichotał.

– Rodzice uwielbiają niespodzianki. – Kątem oka dostrzegł dziwne spojrzenie Prairie, coś jakby „Naprawdę? No, to się przekonasz…”. Lecz zamiast tego usłyszał:

– Jedziemy wszyscy na kemping na parę dni, okay? Znaczy się zespół i parę innych dziewczyn…

Isaiah grał w miejscowym heavymetalowym składzie, który nazywał się Billy Barf and the Vomitones i miał ostatnio kłopoty ze znalezieniem pracy.

– Idź, pogadaj z Ralphem Wayvone’em Juniorem z Cuke – poradził mu teraz Zoyd. – W przyszły weekend jego siostra bierze ślub w mieście, orkiestra odwołała nagle przyjazd, a Ralph jest zrozpaczony, że nie znajdzie zastępstwa.

– Naprawdę? Od razu to załatwię, mogę skorzystać z telefonu?

– Jest chyba w łazience, był tam, kiedy ostatni raz zaglądałem.

Gdy zostali z Prairie sami, udało im się jakoś nawiązać kontakt wzrokowy. Nigdy nie była wiercipiętą, nawet jako dziecko. W końcu zapytała:

– I co myślisz?

– On jest okay, ale spokój, żaden bank nie zaakceptuje mnie jako żyranta pożyczki!

– Jesteś lokalnym biznesmenem.

– Pracuję na czarno jako dekarz, a oprócz tego jestem wszystkim winny pieniądze.

– Uwielbiają, kiedy ktoś jest im winien pieniądze!

– Uwielbiają, Prairie, kiedy wszyscy inni są im winni pieniądze, lecz nie ja. Jeśli ten projekt trafi szlag, zabiorą nam dom.

Ten argument mógłby nawet do niej trafić, ale z łazienki wypadł Isaiah, krzycząc:

– Mamy fuchę! Mamy! Niesamowite! Nie mogę uwierzyć!

– Ja też nie – mruknął Zoyd. – Zagracie na tradycyjnym włoskim weselu, tylko co? Największe przeboje Fascist Toejam?

– To wymaga dogłębnej analizy – przyznał Isaiah. – Bo dałem mu jakby do zrozumienia, że jesteśmy Włochami. Na początek.

– Nauczycie się paru sycylijskich melodii, dacie radę, nie martw się.

Chichotał pod nosem, kiedy Prairie i Isaiah wychodzili na dwór: tak jest, zawsze do usług, mój chłopcze, występ przed ludźmi z miasta, czemu nie, nie musisz mi dziękować… W swej muzycznej karierze Zoyd parokrotnie grywał na mafijnych weselach i wiedział, że dzieciakowi nie stanie się krzywda, a dobre żarcie zrekompensuje weselnym gościom wszelkie muzyczne potknięcia, więc to nie tak, że celowo wpuszcza chłopaka córki – na którego punkcie jeszcze stuprocentowo nie oszalał – na minę, ani nic w tym rodzaju. Isaiah Dwa Cztery jako problem do rozwiązania jest małym piwem w porównaniu z prawdziwymi zmartwieniami, z których najważniejszym stał się nagle nawrót biegunki znanej jako Hector Zuñiga – przypadłości, ku której, kiedy zapalał skręta i siadał przed grającym bezgłośnie Pudłem, nieuchronnie wracała jego myśl.