Wydawca: Burda Książki Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 210 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Vegenerata sposób na zdrowie - Przemysław Ignaszewski

Przemysław „Vegenerat” Ignaszewski opisuje biegowe i kulinarne eksperymenty, które przeprowadził na własnym organizmie. Pierwsza część książki skierowana jest do biegaczy i ludzi ciekawych, jak np. pozbyć się nawet pięćdziesięciu kilogramów. Druga część zainteresuje zwolenników prostej kuchni roślinnej. Być może historia autora stanie się inspiracją do tego, aby podnieść się z kanapy i zrobić krok w kierunku lepszego życia opartego na ćwiczeniach i zdrowej diecie.

W książce znajdziesz łatwe przepisy na:

  • przekąski dla aktywnych,
  • wegańskie śniadania  i obiady,
  • zupy,
  • koktajle,
  • słodycze i ciasta,
  • wegańskie święta.

Opinie o ebooku Vegenerata sposób na zdrowie - Przemysław Ignaszewski

Fragment ebooka Vegenerata sposób na zdrowie - Przemysław Ignaszewski

Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

ul. Marynarska 15, 02-674 Warszawa

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Text, Images & Drawings © 2017 Przemysław Ignaszewski

Redakcja: Anna Maria Thor

Korekta: erte

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz / PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN www.panczakiewicz.pl

Skład i łamanie: Marek Klimek / Studio Corner www.marekklimek.eu

Redaktor prowadzący: Małgorzata Zemsta

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Zdjęcie na okładce: Antonina Dolani; rysunek na okładce: Shutterstock

Zdjęcia wewnątrz: Zdjęcia wewnątrz: prywatne archiwum Przemysława Ignaszewskiego: s. 12, 15–16, 22–23, 27, 29, 31, 35, 41, 45–46, 50; Katarzyna Klebba: s. 48; Antonina Dolani: s. 7, 9–10, 53; Fotolia: s. 56, 59, 76, 78, 90, 96, 108, 114, 124, 128, 134, 152, 166, 170, 174, 188, 212, 220, 238, 282, 286, 310; Przemysław Ignaszewski: s. 55, 57, 61, 63, 65, 67, 69, 71, 73, 75, 77, 81, 83, 85, 87, 89, 91, 93, 95, 97, 99, 101, 103, 105, 107, 109, 111, 113, 115, 117, 119, 121, 123, 125, 127, 129, 131, 133, 135, 137, 139, 141, 143, 145, 147, 149, 151, 153, 155, 157, 159, 161, 163, 165, 167, 169, 171, 173, 175, 177, 179, 181, 183, 185, 187, 189, 191, 193, 195, 197, 199, 201, 203, 205, 207, 209, 211, 215, 217, 219, 221, 223, 225, 227, 229, 231, 233, 235, 237, 239, 241, 243, 245, 247, 249, 251, 253, 255, 257, 259, 261, 263, 265, 267, 269, 271, 273, 275, 277, 279, 281, 283, 285, 287, 291, 293, 295, 297, 299, 301, 303, 305, 307, 309, 311; Shutterstock: s. 9 (rysunek), 53 (rysunek).

Copyright for Polish edition © 2017 Burda Publishing Polska Sp. z o.o. All rights reserved.

ISBN 978-83-8053-181-9

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Tomasz Szymański

Autor

WSTĘP

Kilka lat temu byłem błogo leniuchującym grubasem i nawet przez myśl mi nie przeszło, że kiedyś stanę się aktywnym, wysportowanym facetem piszącym książkę. Jednak pewnego dnia oprzytomniałem, a mój aparat wzroku, dalej zwany okiem, zarejestrował brutalną prawdę. Tłusty 35-letni facet, bez wigoru, energii, twarzy, uśmiechu czy choć krztyny życia.

Od tamtego czasu minęło niespełna pięć lat, a moje życie za sprawą podjętych decyzji przewróciło się do góry nogami i zaprowadziło mnie do miejsca, w którym obecnie się znajduję. Książka, której napisania się podjąłem, nie jest żadnym fachowym poradnikiem ani gotowym planem dietetycznym. Staram się w niej przedstawić mój eksperymentalny świat biegowo-kulinarny i zarazić optymizmem wypełniającym moje życie. Potrawy, które prezentuję, nie są rozbite na czynniki pierwsze po to, by wypełnić cyframi tabele z kaloriami. Wszystko, co robię, podpieram obserwacjami organizmu, który przez te pięć lat podpowiadał mi, co jest dla mnie dobre, a po czym czuję się fatalnie.

Nie chciałem, żeby treść rozbijała się o schemat kolejnej wymuskanej książki z przepisami, która odstrasza tysiącem egzotycznych składników. Wszystko, z czym się tutaj spotkacie, powstało w warsztacie kucharza amatora, któremu – tak jak wam – czasem coś nie wychodzi. Oprócz przepisów, które przez te kilka lat zawładnęły moimi kubkami smakowymi, będziecie się mogli zapoznać z historią mojego dotychczas największego osiągnięcia, jakim było przebiegnięcie 800 kilometrów z Morskiego Oka do Helu. Chyba czułem, że muszę to przelać na papier, by nie zginęło w gąszczu opowieści zamieszczanych w Internecie. Pierwsza część skierowana jest do biegaczy i ciekawych recepty na zrzucenie 50 kilogramów. W drugiej części ze spokojem będą mogli zatrzymać się zwolennicy prostej, czasem banalnej kuchni roślinnej. Być może ktoś w tych treściach odnajdzie część siebie, a może zainspiruje go moja historia, podniesie się z kanapy, robiąc krok w lepsze, ciekawsze i barwniejsze życie biegowo-roślinożercze.

Zdjęcie z czasów dzieciństwa

GRUBSZA SPRAWA

Od kiedy pamiętam, moje ciało nigdy nie mieściło się w ramach lustra, a poruszając się po chodniku, pozostawiałem ślady w postaci pęknięć na płytkach. W pewnym momencie zacząłem się obawiać, że zgłosi się do mnie zarząd dróg, żebym zapłacił za zniszczenia, lecz na szczęście do niczego takiego nie doszło. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, skąd się wzięły moja tusza i tendencja do tycia, być może dlatego, że moi rodzice też nie należeli do najszczuplejszych, a jedzenie w domu niewiele miało wspólnego ze zdrowymi kanonami.

Jako dziecko byłem małym słodkim chłopcem o bujnej blond fryzurze, która sprawiała, że moja głowa wydawała się jeszcze większa, a zdjęcia z plaży, których wtedy nie unikałem, śmiało by mogły posłużyć jako reklama opon Michelin.

Chciałbym sobie przypomnieć okres, kiedy chodziłem do przedszkola, ale chyba nie wydarzyło się tam nic ważnego, bo mam w głowie pustkę. To tak, jakby ktoś zresetował tamten okres, wymazując jednocześnie wszystkie wydarzenia. Jeśli chodzi o szkołę podstawową, kojarzę kilka faktów, które są ściśle powiązane z moją tuszą i na pewno nie pozostawiły żadnych przyjemnych reminiscencji.

Mogłoby się zdawać, że młodzi chłopcy powinni uwielbiać zajęcia wychowania fizycznego. W moim przypadku było wręcz przeciwnie – za każdym razem, kiedy trzeba było zabrać do szkoły worek z trampkami i strojem gimnastycznym, dostawałem drgawek, a potem starałem się unikać ćwiczeń. Myślę, że ci, którzy mieli problemy z tuszą, a każdy przejaw aktywności kończył się dla nich zalaniem potem, wiedzą, o czym mówię. Przewrót w przód jeszcze jakoś ogarniałem, ale wykonanie tego ćwiczenia w odwrotnym kierunku skutkowało salwą śmiechu ze strony rówieśników, gdyż moje ciało zawsze opadało gdzieś na bok. O kozłach, skrzyniach i innych urządzeniach nawet nie wspomnę – z nimi też sobie nie radziłem.

Największym jednak ciosem okazywała się piłka nożna. Drużyny kompletowali dwaj najlepsi zawodnicy, którzy dobierali sobie kolegów. A ja… zostawałem na końcu lub w jego pobliżu – pewnie dlatego, że mnie nie doceniali, że grubas zawsze był gdzieś z tyłu. Do dziś pamiętam swojego pierwszego gola, którego udało mi się strzelić na boisku szkolnym. Nie wiem, jak to się stało, ale gdy się znalazłem przy bramce przeciwnika, chyba zupełnie przypadkiem piłka zaplątała się w okolicy mojej nogi i uderzyłem. Wpadła do siatki. Prawdą jest, że dobre wspomnienia pozostają człowiekowi w głowie przez długie lata. Od tego momentu minęło ponad trzy dekady, a ja pamiętam siebie biegnącego przez boisko z rękami uniesionymi w geście triumfu. Czułem się wtedy, jakbyśmy wygrali co najmniej mistrzostwa świata, a to był jeden z setek goli, które padły w tamtym roku szkolnym.

W szkole podstawowej chyba jeszcze nie do końca zdawałem sobie sprawę, że objadając się słodyczami, nieuchronnie zmierzam w ślepy zaułek. Posiłki w domu ociekały tłuszczem, a ponieważ moja mama była mistrzynią wypieków, po niedzielnych obiadach nie mogło zabraknąć ciasta naszpikowanego cukrem do granic możliwości. Od kiedy pamiętam, zawsze towarzyszyłem mojej mamie w kuchni, podglądałem, smakowałem i starałem się mieszać w garach, za każdym razem licząc na oblizanie michy z polewą czekoladową czy skubnięcie kremu, który za chwilę miał się znaleźć na cieście. Dużo później odbiło się to na moim wyglądzie, ale zanim do tego doszło, przez moje ciało przelało się morze tłuszczu i przesypały się tony cukru, za każdym razem pozostawiając wyraźny ślad.

Chwilowy przełom z moją wagą nastąpił, kiedy ukończyłem szkołę podstawową. Z małego, krępego, najniższego w klasie grubaska nagle zacząłem się zmieniać w nieco szczuplejszego chłopca. Świeżo zdobyty wzrost nie miał jednak wpływu na obwód pasa, gdyż moja miłość do jedzenia nie minęła. Wręcz przeciwnie – nasiliła się i po pewnym czasie moje gabaryty zaczęły się dopasowywać do wzrostu.

Lata dziewięćdziesiąte nie obfitowały jeszcze w kluby fitness, a wszelkiej maści siłownie kojarzyły się z hermetycznie zamkniętym środowiskiem zbirów, których jako nastolatek starałem się unikać. Już wtedy zaczynałem zauważać, że moja waga może stanowić problem w kontaktach z innymi osobami, więc w porywach w domowym zaciszu machałem ciężarkami. Nie mam pojęcia, co próbowałem osiągnąć, dzierżąc w dłoni dwukilogramowe hantle, którymi ciupałem bez opamiętania. Trudno mi określić, czy starałem się wyrzeźbić biceps, czy może zagłuszyć wyrzuty sumienia i zamazać obraz mojego coraz większego brzucha. Nie ukrywam, że stosowałem diety, które przynosiły efekty na kilka dni, a gdy już udawało mi się zrzucić kilogram lub dwa, powracałem do starych nawyków ze świadomością, że w każdej chwili mogę znów pozbyć się zbędnego balastu. Z dnia na dzień przybierałem na wadze, co sprawiało, że zacząłem wyglądać jak beczka, grubas czy ponton – takimi też epitetami mnie określano.

Po szkole średniej przyszedł czas na zasadniczą służbę wojskową, która miała ze mnie zrobić faceta. Chyba coś nie wyszło z tą próbą, ponieważ regularne posiłki i brak ruchu sprawiły, że wyglądałem jeszcze masywniej. Co prawda codziennie rano powinienem był uczestniczyć w zaprawie, ale niemal zawsze znajdowałem jakąś wymówkę, by pozostać w budynku. Jeśli już wychodziłem, nigdy mi się nie zdarzyło zrobić założonych 3 kilometrów, gdyż wolałem schować się za krzakiem i wypalić papierosa na śniadanie.

Zdjęcie z czasów skrajnej otyłości

Okres wojska wspominam bardzo dobrze, choćby dlatego że była to niekończąca się impreza. Miesiące beztroskiego balowania, regularnego jedzenia i totalnego nieróbstwa, które skończyło się wraz z upływem roku. I oto byłem – młody chłopak z uregulowaną służbą wojskową, z fachem, który nic mu nie mówi, a tym bardziej nie zachęca pracodawcy. W zawodzie technika mechanika o specjalności obróbka skrawaniem raczej ciężko jest znaleźć pracę, więc wykorzystałem moją największą zmorę, czyli balast, i zatrudniłem się jako pracownik ochrony fizycznej.

Moja kariera ochroniarza rozwijała się błyskawicznie, a zajęcia, których się podejmowałem, zmieniały się dynamicznie jak w filmie o Jamesie Bondzie. Jednego dnia byłem zwykłym fizycznym strażnikiem, a kilka dni później kierownikiem zmiany. W następnych tygodniach pracowałem jako konwojent, a chwilę potem stałem jako marketowy strażnik kasjerek. Dreptałem po placu pełnym skrzynek z piwem, przewijałem się przez dyskoteki, imprezy masowe i inne dziwne miejsca, które w żaden sposób mnie nie zadowalały.

Zdjęcie z czasów skrajnej otyłości

Pewnego dnia wpadłem na pomysł, by wykorzystać tę masę, którą już dysponowałem, i rozbudować ją jeszcze bardziej, dokładając do tego mięśnie. Przełamałem się i w końcu odwiedziłem profesjonalną siłownię, w której zacząłem dopompowywać moje spuchnięte ciało. Oczywiście po kilku tygodniach trenowania wiedziałem już prawie wszystko – stałem się samozwańczym ekspertem, który bez większego skrępowania posługiwał się takimi pojęciami, jak kreatyna, L-karnityna czy gainer, a do tego sięgał po inne wynalazki, które mogły choć w małym stopniu poprawić sylwetkę. Moje ciało zaczęło się w ekspresowym tempie rozrastać. Czego bowiem innego może chcieć chłopak pracujący w ochronie?

Masa stała się moim jedynym celem. Po kilkunastu lub kilkudziesięciu porażkach, które poniosłem w trakcie prób odchudzania, postanowiłem, że pójdę w drugą stronę. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z odżywaniem mającym na celu poprawienie sylwetki. Co prawda przyjmowałem sporo białka, by zbudować mięśnie, ale nie rozstałem się z węglowodanami, dzięki którym mój pas nadal okalała opona. Na siłowni udało mi się rozbudować górne partie mięśniowe, co – jak mi się wydawało – skutecznie zakamuflowało mój problem, czyli brzuch. Nie widziałem nic złego w tym, że pomimo poprawiania sprawności, siły i kondycji, zawiązując buty, zalewałem się potem, a wejście na trzecie piętro stanowiło nie lada wyczyn, również skutkujący wodospadem zmywającym moje czoło. Nie zdawałem sobie sprawy, że to, co robiłem, było jak próba leczenia choroby wenerycznej poprzez zasypywanie jej pudrem.

Gdy ważyłem już grubo ponad sto kilogramów, przyszedł czas na związane z zatrudnieniem radykalne zmiany w moim życiu. Pojawiła się szansa, by ponownie wcisnąć się w mundur i rozpocząć pracę jako zawodowy żołnierz. Nie trudno chyba zgadnąć, że nie było lekko, gdy z żołnierzami służby zasadniczej trzeba było przeprowadzić zaprawę, której kilka lat temu sam unikałem. Nie mogłem sobie jednak pozwolić na utratę autorytetu, więc zbliżając się do zejścia na tamten świat, przemierzałem co jakiś czas 3 kilometry. Coraz częściej myślałem o tym, żeby schudnąć, bo poza samym bieganiem nad moją głową wisiało widmo egzaminów sprawnościowych, które musiałem zaliczać. Drążek, brzuszki, bieg wahadłowy – to wszystko dałem radę wytrenować, ale do wypracowania kondycji biegowej jakoś brakowało mi zacięcia i konsekwencji. Starałem się zaliczać obowiązkowe egzaminy, które były gwarancją na przedłużenie dalszych kontraktów. Udawało mi się to, ale nierzadko na pograniczu porażki.

Przemierzając morze hamburgerów popychanych hektolitrami piwa, przyglądałem się kolegom, którzy biegali na bieżni przez kwadrans, dwa czy trzy, i nie mogłem zrozumieć, o co im chodzi. Zadawałem sobie pytanie, jak wielkim trzeba być kosmitą, by pokonywać dystans 5 lub 10 kilometrów. Gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że będę biegał na po stokroć dłuższych dystansach, zapewne bym go opluł i na odchodne kopnął w miejsce, gdzie kończą się plecy.

Sytuacja przybrała nagle inny wymiar, gdy w związku z przeniesieniem służbowym trafiłem w inne miejsce, pomiędzy nowych ludzi, w zupełnie nieznane mi otoczenie. Na domiar złego moje prywatne życie nie należało do najbardziej poukładanych, dlatego, można rzec, znalazłem się na zakręcie. Zamieszkałem w hotelu, gdzie bez żadnych znajomych, bez bliskich mi osób samotnie spędzałem popołudnia, wieczory i weekendy. Początkowo starałem się często wyjeżdżać do domu i odwiedzać rodzinę, ale podróż okazywała się zbyt czasochłonna i kosztowna, by wyruszać w nią co tydzień. Próbowałem wychodzić do ludzi, nawiązywać nowe znajomości, ale szło mi to nieudolnie, może za sprawą gabarytów, a może dlatego, że moja mina nie była zbyt wyjściowa i raczej nie zachęcała do konwersacji. Zaszyłem się w pokoju hotelowym i coraz częściej moje życie towarzyskie ograniczało się do spędzania czasu przed monitorem, gdzie komunikując się ze znajomymi, pochłaniałem kilogramy fast foodów i wlewałem w siebie hektolitry alkoholu. Gdy zostawałem na cały weekend w hotelu, zdarzało się, że zasiadałem do piwa w piątek wieczorem, a sprawność fizyczną i umysłową odzyskiwałem dopiero w poniedziałek rano, kiedy trzeba było pójść do pracy. Staczałem się, wiedziałem, że to nie jest dobra droga, ale nieuchronnie spadałem w dół, coraz wyraźniej widząc dno.

DECYZJA I PIERWSZE KROKI

Pewnego dnia dowiedziałem się, że jeden z moich znajomych wybiera się do Gdańska i w drodze powrotnej mógłby mnie zabrać z Malborka, gdzie mieszkałem, co bardzo ułatwiłoby mi podróż w rodzinne strony. Kolega ten – jak się okazało – rozpoczął swoją przygodę z bieganiem, opowiadał o samopoczuciu po treningu, o tym, co w niego wstępuje, gdy zakłada buty biegowe i nabija kilometry.

Chcąc zwrócić uwagę na mój problem, bez ogródek oznajmił, że gdy wsiadam do samochodu, ten dziwnie przechyla się na prawą stronę. Z przykrością musiałem przyznać mu rację, choć starałem się bronić, przekonując, że moja waga leci w dół, a brzuch mi spadł. Jedyne, co w tamtym okresie mi spadło, to butelka z piwem, która roztrzaskała się z hukiem po wyjściu ze sklepu, a brzuch – owszem – regularnie spadał… na moje kolana w trakcie siadania. Podejrzewam, że ta sytuacja zmusiła mnie do myślenia, do analizy swojego postępowania. Po powrocie do hotelu stanąłem przed lustrem, a ono – jak nigdy przedtem – przestało kłamać, pokazując obleśnego, tłustego faceta, którego odbicie nie mieści się w kadrze wyznaczonym ramą. Zdałem sobie sprawę, że dno, które kiedyś oglądałem z góry, nagle stało się moim sufitem. W dodatku zaczynam desperacko w niego pukać, szukając pomocy. Wyszperałem z czeluści szafy ciuchy, które choć w małym stopniu przypominały set biegowy, i zdecydowałem, że następnego dnia pójdę biegać.

W ten sposób 30 stycznia 2012 od wczesnych godzin porannych rozpoczęło się planowanie pierwszego wyjścia z cienia. Używając najpopularniejszej przeglądarki internetowej, palcem przemierzałem mapy, by poznać ulice miasta, w którym mieszkałem, i wytyczyć sobie szlak do pokonania. Plan nie był zbyt ambitny, ale biorąc pod uwagę moją wagę, która grubo odbiegała od normy, podjęcie tej próby już na wstępie wydawało się czymś wielkim. Zamierzałem przebiec 4 kilometry zaśnieżonymi ulicami miasta i wdrożyć system marszobiegowy, by wytrzymać jak najdłużej w biegu na wyznaczonej pętli. W godzinach późnopopołudniowych wcisnąłem się w swój improwizowany strój biegacza składający się z polarowych dresów, bezliku koszulek i wełnianej czapki. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, z jak wielkim skokiem temperatury wiąże się bieganie, i pomimo tylu warstw trząsłem się jak osika.

Najważniejsza w tym pierwszym kroku była ogromna determinacja. W mojej głowie szalała jedna myśl: „chcę schudnąć”. Podjęcie tej próby musiało nastąpić, dlatego nie zastanawiając się, ruszyłem przed siebie i zacząłem przebierać nogami, przesuwając się do przodu. Po pierwszych stu metrach myślałem, że pokonałem już około kilometra, choć doskonale wiedziałem, iż odległości są nieco inne, gdyż mapy przestudiowałem setki razy. Przesuwałem się jak amfibia, sapiąc przy tym niczym przeładowany parowóz ciągnący dziesiątki wagonów, ale wiedziałem – nie mogę przestać. Wszystkim swoim znajomym powiedziałem, że idę biegać i zamierzam coś zrobić ze swoją tuszą, dlatego głupio by było nie zrealizować założonego planu już pierwszego dnia.

Po pierwszym kilometrze mimika mojej twarzy była już znacznie rozluźniona, więc musiałem uważać, by nie przydeptywać sobie języka, który zwisał jak krawat fordansera pod koniec imprezy. Przyszedł czas na pierwsze spacerowanie i delikatne schłodzenie organizmu, który już się gotował pod kilkoma warstwami odzieży. Ambicja jednak nie pozwalała na zbyt długie spacery, biegłem zatem dalej. Podejrzewam, że gdy ktoś na mnie patrzył z boku, widział okrągły balon, który przemieszcza się, wykonując śmieszne ruchy nogami. Już nie pamiętam, czy myślałem o ludziach zerkających na mnie. Chyba nie odczuwałem żadnego skrępowania, ponieważ uskuteczniałem toporny slalom pomiędzy przechodniami i jakimś cudem wzniosłem się ponad ich opinię na mój temat.

Na odcinku niespełna 4-kilometrowym zrobiłem trzy krótkie przerwy spacerowe, które – nie ukrywam – nie dawały powodu do zadowolenia. Pomimo mej atletycznej masy chciałem biec. Gdy dotarłem do hotelu, nie mogłem pokonać pięciu schodów, które dzieliły mnie od drzwi wejściowych. Popatrzyłem na nie jak na Mount Everest, aż postanowiłem spocząć u ich podnóża, by złapać oddech. Nie za bardzo wiedziałem, co się ze mną dzieje. Moje ciało pulsowało tak bardzo, że nawet oczy, delikatnie przymknięte ze zmęczenia, chciały wyskoczyć z oczodołów. Stopy w tamtym momencie chyba były ściśle połączone z końcówkami rzęs, gdyż nawet je dziwnie odczuwałem, tak jakby naciągała je magiczna siła. Bolało mnie wszystko, a gdyby ktoś dał mi do ręki jakikolwiek przedmiot, pewnie on też by mnie zabolał. Na wzywanie karetki było za wcześnie, a na samodzielne poruszanie się za późno, jakoś jednak musiałem się dostać do pokoju. Pierwsze piętro mnie nie pokonało i znalazłem się w upragnionym, ciepłym pomieszczeniu, gdzie mogłem leżeć z uniesionymi nogami, na których już nie spoczywał ciężar mojego ciała.

Upłynęło sporo czasu, zanim zacząłem zrzucać z siebie odzież, która, nasączona potem, stała się kilka razy cięższa. Jednak gdy na podłogę spadały kolejne warstwy, zrozumiałem, że wraz z nimi spadają moje kilogramy. Powodowany ciekawością aż podskoczyłem (nie mam pojęcia, skąd miałem tyle siły) i wygrzebałem spod łóżka wagę, której wcześniej starałem się unikać. Wchodząc na nią, nie spodziewałem się cudu, ale chciałem wiedzieć, czy woda, która ze mnie wypłynęła, pozostawiła jakieś odzwierciedlenie w liczbach. Z lekko przymrużonym okiem obserwowałem zmieniające się na wyświetlaczu cyferki, oczekując ostatecznego wyniku. Choć trwało to ledwie ułamki sekund, miałem wrażenie, że waga droczy się ze mną, przeciągając pomiar w nieskończoność. W końcu licznik zatrzymał się leniwie i oznajmił mi, że jestem szczuplejszy o niespełna kilogram. Choć zdawałem sobie sprawę, że to tylko woda, którą za chwilę i tak uzupełnię, wiedziałem już, że chcę więcej. Myśl, że mogę zrzucić odrobinę balastu, wypchnęła mnie po raz kolejny na mroźną ścieżkę i w ten sam sposób pokonałem znaną mi już trasę.

Zacząłem biegać w miarę regularnie, robiąc sobie pomiędzy treningami maksymalnie dwa–trzy dni przerwy, by nie obciążać kolan, które z każdym krokiem dostawały strzał, jakby ktoś w nie uderzał młotem. Nie poddawałem się. Zacząłem czytać o bieganiu, identyfikować się z tym sportem i żyć jak na biegacza przystało. W związku z tym, że ze środowiska biegowego nie znałem zbyt wielu osób, wiedzę zdobywałem zazwyczaj na forach internetowych. Zdarzały się również pomysły ekstremalne, które – oczywiście – wdrażałem w życie, eksperymentując ze swoim ciałem.

Jednym z nich było owijanie folią (stretchem) brzucha, który za każdym razem radośnie podskakiwał, gdy wychodziłem pobiegać. Przemieszczając się owinięty jak mumia od pasa po samą klatę, walczyłem i przekraczałem granice komfortu tylko po to, by po uwolnieniu się stwierdzić, że strugi potu płyną niczym rzeka. Cały czas nie miałem świadomości, że odzież, którą na siebie wciskałem, była nieodpowiednia. Informacje, które pochłaniałem po omacku, raczej omijały ten temat, więc nadal zasuwałem w swych nieprzepuszczających powietrza dresach i czapce, która po każdym biegu stawała się ciężka i przypominała wydrążoną połowę arbuza.

DLACZEGO BIEGAM?

» Nie wyobrażam sobie życia bez biegania.

» Życie to nie jest pasmo sukcesów i radości, niejednokrotnie dopadają mnie proza życia i szara rzeczywistość. W takich chwilach najlepszym rozwiązaniem jest bieganie – mój prywatny, legalny, ogólnodostępny prozac.

» Przez całe życie miałem nadwagę, czasem przeradzała się ona w otyłość spowodowaną obżarstwem. Od kiedy biegam, moje nawyki żywieniowe przeszły rewolucję, nauczyłem się jeść mądrze. Szukając składników, kieruję się swoim zdrowiem i, jeśli mam możliwość wyboru, zawsze pada na zdrową żywność.

» Bieganie sprawiło, że zacząłem się uśmiechać i dostrzegać wokół siebie rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia. Źródłem dobrego nastroju może być zielona trawa czy niebieskie niebo albo to, że obok przeleciała pszczoła. Pozytywna energia jest naszym sąsiadem, wystarczy wyciągnąć do niej dłoń, przywitać się i zaprzyjaźnić.

» Wybiegane kilometry rosną wprost proporcjonalnie do liczby fantastycznych ludzi, których poznałem na ścieżkach biegowych, zawodach lub w jakikolwiek inny sposób.

» Dzięki bieganiu mam w głowie najwspanialszy pakiet wspomnień ociekający szczęściem.

» Bieganie pozwoliło mi poznać smak zwycięstwa, poczuć magię rywalizacji – coś, czego nigdy bym nie doświadczył, siedząc w fotelu z piwem w dłoni i papierosem w ustach.

» Od dnia, kiedy zacząłem biegać, z mojego słownika zniknęło słowo „niemożliwe”. Wszystko, co kiedyś wydawało mi się nieosiągalne, teraz wydaje mi się kwestią konsekwencji i znalezienia odpowiednich środków.

» Bieganie daje mi poczucie wolności, niezależności, samoakceptacji i realizacji. Oczyszcza głowę ze złych myśli i pozwala z uśmiechem iść do przodu.

» Bieganie korzystnie wpływa na rozwój mięśni nóg, ale przede wszystkim poprawia funkcjonowanie najważniejszego organu – mózgu.

JAK ŚLIWKA W KOMPOT

Z dnia na dzień chłonąłem coraz więcej wiedzy biegowej z Internetu, a moje ciało z każdym krokiem zostawiało balast za moimi plecami. Czułem, że jestem gotowy, by zrobić krok dalej i jeszcze bardziej przybliżyć się do świata biegowego.

Przy okazji wizyty w rodzinnym domu postanowiłem zapisać się na swój pierwszy oficjalny bieg, na dystansie 10 kilometrów. Moją wagę – co prawda – nadal opisywała trzycyfrowa liczba, ale nie miałem wątpliwości, że dam radę pokonać taki dystans. W oczekiwaniu na dzień startu chodziłem naładowany emocjami i wizjami, jak będzie wyglądał mój debiut. Co prawda nie wyobrażałem sobie siebie na żadnym podium, nie liczyłem na fanfary, ale wiedziałem, że stając na starcie, będę zwycięzcą. Pamiętam, że nie mogłem zasnąć w noc poprzedzającą zawody. Myśli snuły się w głowie niby pajęczyna, która nie przepuszczała snu próbującego zawładnąć ciałem. Czułem się jak przed najważniejszym egzaminem, jakby od tego zależała moja przyszłość.

Moje pierwsze zawody

Gdańsk 2012 – mój pierwszy maraton

Do Poznania pojechałem wraz z bratem i chrześniakiem, który – tak samo jak ja – stawiał pierwsze kroki w tej dyscyplinie sportowej. Postanowiliśmy wspólnie wystartować, choć mieliśmy inne cele. Pierwszy tak ciepły dzień, tłum ludzi i mnóstwo pozytywnych emocji lawirujących w powietrzu – jeszcze nigdy nie widziałem tak wielu biegaczy w jednym miejscu i tak potężnego przedsięwzięcia sportowego. Wiedząc, że za chwilę wystartuję, czułem się częścią czegoś wielkiego, czułem się sportowcem.

Na miejscu spotkaliśmy się z mnóstwem ludzi, którzy wymieniali się spostrzeżeniami i radami, chwalili się swoimi życiówkami w różnych biegach. Stojąc lekko na uboczu, starałem się chłonąć każde słowo, rejestrowałem każdą informację, która mogła mi się przydać w przyszłości. Czułem się wspaniale. Przed samym startem stałem się posiadaczem najcenniejszej porady, do której staram się stosować do dziś.

Jeden z moich kolegów podszedł do mnie i zaproponował, bym rozpoczął zawody, ustawiając się na końcu tłumu biegaczy, co zagwarantuje mi płynny bieg z nieustannym wyprzedzaniem. Poczułem pewien niesmak, ponieważ moja męska duma ubrana w ducha rywalizacji nakazywała wciśnięcie się gdzieś w środek stawki. Ambicja jednak została schowana do kieszeni i posłusznie, z pokorą stanąłem na samym końcu. Za mną był już tylko wóz policyjny i karetka, które zamykały bieg. Gwar, szum i ruch tysiąca rozpalonych ciał sprawiły, że nie za bardzo wiedziałem, kiedy bieg wystartował. Tłum ruszył powoli z miejsca, a ja wraz z nim pomknąłem po swój pierwszy medal. Przez pierwsze kilometry trzymałem się z ekipą, która – tak jak ja – obstawiała tyły, ale gdy poczułem, że biegnę o wiele poniżej swoich ambitnych możliwości, wyrwałem do przodu. Z każdym metrem mijałem kolejnych zawodników. Jak gepard przesuwałem się do przodu, łaknąc pierwszego trofeum. Choć moja technika daleka była od prawidłowej, czułem się jak wytrawny biegacz, który z gracją zdobywa kolejne medale i puchary. Byłem przeszczęśliwy. Gdy przekraczałem linię mety, w moich uszach dźwięczało tylko moje nazwisko wypowiadane przez komentatora, a wzrok skupił się na medalu, który zawisł na mojej szyi.

Wracając do domu, wiedziałem już, że przepadłem. Kolejne tygodnie upłynęły na przeglądaniu kalendarza biegów w całej Polsce i średnio trzy razy w miesiącu pojawiałem się na linii startu, spijając za każdym razem cudowną atmosferę sportową. Poprzez wielkopolskie biegi i imprezy na Pomorzu nabierałem coraz większego doświadczenia i poznawałem kolejne osoby. Każdy był inny, a jednocześnie tak samo sfiksowany na punkcie biegania. Zacząłem zauważać, że wszystkie dyskusje prędzej czy później uciekały na tory biegowe. Niezbyt aktywni ludzie, z którymi przebywałem na co dzień, patrzyli na mnie jak na kosmitę, ostro pokręconego gościa, który niczym szaleniec powtarza w kółko to samo.

Po niespełna półrocznej przygodzie biegowej, zapadła decyzja o wzięciu udziału w maratonie w Gdańsku. Sześć miesięcy intensywnych przygotowań utwierdziło mnie w przekonaniu, że to jest dobry czas na dopisanie przed nazwiskiem wyrazu „maratończyk”. Piętnasty sierpnia 2012, to data, która pozostawiła niezatarty ślad w mojej pamięci i utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie pogoń za czasem jest ważna. Tamtego dnia miałem się przekonać, iż najbardziej liczy się czas spędzony w biegu, a nie jak najlepszy wynik. Podobnie jak pierwszy, tak i ten bieg rozegrałem rozsądnie. Trzymałem się osób, które były doświadczone, a gdy już wiedziałem, że dam radę pociągnąć sam do przodu, zerwałem się jak z łańcucha i biegłem po swoje pierwsze maratońskie trofeum.

Jesienią tego samego roku, dzięki moim intensywnym poczynaniom biegowym, władze klubu, do którego się zapisałem, ufundowały mi wyjazd na profesjonalny obóz biegowy do Zakopanego. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z profesjonalistami i dzięki nim zacząłem inaczej postrzegać pojęcie treningu. Trenerzy, pod których opieką się znaleźliśmy, wskazywali nam nasze błędy i sprowadzali na ziemię, rozwiewając mgliste poczucie wyimaginowanego profesjonalizmu. Cieszę się, że zapisuję wspomnienia, bo teraz spokojnie mogę zaprezentować emocjonalny przekaz, sporządzony bezpośrednio po powrocie.

Jadąc tam, nie miałem pojęcia, co mnie czeka i z czym będę musiał się zmagać. Głowa pełna pytań i obaw nie pozwalała usiedzieć spokojnie na miejscu. Czy sprostam potencjalnym zadaniom? Wróciłem mądrzejszy o mnóstwo nowych doświadczeń, informacji i porad, które z pewnością wprowadzę w życie. Te pięć dni w sercu polskich Tatr były dla mnie lekcją pokory i walki z własnymi lękami. Nie wiem, czy potrafię ubrać w słowa emocje i odczucia, które mi towarzyszyły, ale spróbuję się nimi z wami podzielić.

Środa

Już pierwszego dnia dotarło do mnie, że nie ma taryfy ulgowej. Praca na najwyższych obrotach miała doprowadzić do sukcesu, czyli realizacji założeń obozu. Wraz z trenerami udaliśmy się na stadion Centralnego Ośrodka Sportu, gdzie formę szlifowała między innymi Justyna Kowalczyk. Na bieżni wykonaliśmy kilka ćwiczeń i zaprezentowaliśmy nasze możliwości biegowe, a całość treningu została nagrana, by później poddać go szczegółowej analizie. Po kolacji spotkaliśmy się wszyscy w salce konferencyjnej, żeby obejrzeć nagrania z przebieżek i omówić technikę biegu każdego uczestnika. Dzięki temu doświadczeniu mogłem zobaczyć siebie z perspektywy obserwatora, a fachowa opinia pozwoliła wyłuskać błędy popełnione podczas treningu. Analiza nagrania uświadomiła mi, że moja wiedza teoretyczna w zakresie biegania jest naprawdę minimalna, pokazała również kwestie wymagające poprawy po to, by każdy kolejny trening zwiększał moją efektywność.

Czwartek

Pierwsza wycieczka biegowa doprowadziła nas na Nosal (1206 m n.p.m.) – wzniesienie reglowe w Tatrach Zachodnich. Do tej pory starałem się ignorować swój lęk wysokości – jednak rzeczywistość mnie dopadła. Zaczęła się wewnętrzna walka ze słabościami i lękami. Jeszcze tego samego dnia nogi zaprowadziły nas nieco wyżej i wbiegliśmy na Wielki Kopieniec (1328 m n.p.m.). Rewelacyjna atmosfera niwelowała zmęczenie fizyczne i powodowała przypływ nowych sił. Popołudnie minęło nam na ćwiczeniach na stadionie COS, a wieczór w towarzystwie dr. Jakuba Czai – dietetyka sportowego. Dowiedzieliśmy się, jak mamy jeść, kiedy, a przede wszystkim co, aby organizm otrzymywał jak najwięcej wartościowych substancji wraz z pokarmem. Głowa zapełniła mi się cennymi poradami i kolejny dzień obozu dobiegł końca.

Piątek

Następne wyzwania, poprzeczka podniosła się jeszcze wyżej. W godzinach porannych wsiedliśmy do przygotowanych dla nas busów i wyjechaliśmy do Kuźnic. Stamtąd biegliśmy do hotelu przez Dolinę Kościeliską, Ścieżką nad Reglami i Dolinę Strążyską. Trasa licząca przeszło 17 kilometrów dała się wszystkim we znaki. Pierwsze objawy zmęczenia i niedociągnięcia treningowe bezlitośnie towarzyszyły nam w biegu. Na szczęście przepiękna panorama Zakopanego i niesamowite widoki sukcesywnie odwracały naszą uwagę od bolących nóg.

W godzinach popołudniowych udaliśmy się na wycieczkę biegową po Zakopanem, by później ostro wymęczyć się na sali podczas ćwiczeń wzmacniających. Wieczorem spotkaliśmy się z kolejnym trenerem. Tym razem wiedzę przekazywał nam człowiek wulkan – Jakub Wiśniewski, który żyje w biegu, dla biegu… wszystko wokół niego jest zabiegane. Kuba radził nam, jak prawidłowo trenować i jakie konsekwencje niesie źle dobrany plan treningowy.

Sobota

Czwarty dzień obozu okazał się dla mnie najbardziej wymagający. Mieliśmy przed sobą 20-kilometrową trasę przez Morskie Oko, Świstówkę, Dolinę Pięciu Stawów, Krzyżne, Murowaniec i Kuźnice. Odcinek bardzo wymagający – jak się szybko okazało – u niejednego z uczestników obozu wywołał skrajne emocje. Zachwyt przeplatał się ze strachem, euforia z przerażeniem, a na samym końcu duma ze zmęczeniem. Jakichkolwiek słów bym użył, nie dam rady opisać tego, co przeżyłem podczas tej wycieczki biegowej. Zrodziła się we mnie jednak myśl, że kiedy czujemy się najsłabsi, częstokroć okazujemy najwięcej siły.

Na obozie Tatra Running

W godzinach wieczornych odbyło się spotkanie z Magdaleną Derezińską-Osiecką, wicemistrzynią świata i wielokrotną mistrzynią Polski w skialpinizmie. Magda okazała się kobietą pełną pozytywnej energii, w 100% poświęconą swojej pasji. W ciągu kilkudziesięciu minut przybliżyła nam dyscyplinę sportu, która tak bardzo ją fascynuje.

Pomimo późnej pory moje zmęczone nogi zaprowadziły mnie jeszcze na masaż. Jarosław Dymek, fizjoterapeuta, swoją fachową ręką w kilkanaście minut wprowadził mnie w stan relaksu i odciążenia stóp.

Niedziela

Nadszedł ostatni dzień obozu. Na pożegnanie z Zakopanem odbyliśmy 10-kilometrowy bieg uliczkami tego pięknego miasteczka, chwila refleksji i przyszedł czas powrotu do domów. Każdemu, kto kiedyś stanie przed dylematem, czy jechać na obóz organizowany przez Tatra Running Team, mogę podpowiedzieć bez zastanowienia: „tak”.

Co wniósł w moje życie ten tydzień spędzony w Zakopanem? Przede wszystkim przybliżył mnie do lepszego, zdrowszego, prawidłowego, a zarazem rozsądnego biegania. Nabrałem pokory i dystansu do swoich możliwości. Już teraz wiem, że każdy trening wymaga odpowiedniego przygotowania fizycznego i psychicznego.

Dzięki tym kilku dniom spędzonych w Tatrach oddaliłem się znacznie od lęku wysokości, który siedział we mnie od lat. Spotkałem tam fantastycznych ludzi, którzy podzielają moją pasję, miałem okazję zwiedzić Tatrzański Park Narodowy i zachłysnąć się urokiem naszych pięknych gór.

SZALEŃSTWO

Po wszystkich startach na biegach krótszych przyszedł czas na podjęcie wyzwania, które dotychczas nie mieściło się w granicach mojej wyobraźni. Nieosiągalny niegdyś dla mnie szczyt, jakim okazał się dystans maratonu, zdobyłem już kilka razy, więc nie budził u mnie szczególnych emocji. Zacząłem się zastanawiać, rozważać wszystkie opcje, jednocześnie biegając setki kilometrów miesięcznie i podświadomie przygotowując się do startu, o którym jeszcze nic nie wiedziałem. Mój organizm potrzebował mocnego zmęczenia, pracy na podwyższonych, jeśli nie na najwyższych obrotach. Zacząłem szukać planów treningowych, które by cokolwiek mówiły o przygotowaniach do dystansu 100 kilometrów, bo tylko taki wchodził w rachubę. Tylko trzycyfrowy dystans mógł zaspokoić moje kilometrażowe łaknienie i sprawić, że poczuję się spełniony. Trenując z ludźmi z Grupy „Malbork”, nie wiedziałem, że jest wśród nich osoba, która na swoim koncie ma już niejeden bieg na ultradystansie.

Jeszcze tego samego dnia nawiązałem kontakt z Wiolą Jedynak, która okazała się jeszcze bardziej szalona niż ja. Żaden ze znanych mi biegaczy nie pokonywał takich dystansów jak moja mentorka, dlatego ubrany w szacunek dla niej spijałem każde jej słowo niczym motywacyjny nektar. Zanim się spotkaliśmy, przeprowadziliśmy dziesiątki rozmów telefonicznych. Spędzałem długie godziny z telefonem przy uchu, gdyż chciałem pochłonąć jak najwięcej informacji, które przybliżyłyby mnie do upragnionego startu. Zacząłem trenować pod wirtualnym okiem Wioli, która bardzo chętnie udzielała mi wskazówek dotyczących tempa, dystansu czy sposobu odżywiania. Mówiła, jak spać lub jak zawiązywać buty. Wszystkie informacje były dla mnie przydatne, gdyż w czasie gdy zacząłem się interesować ultramaratonami, nikt w sieci nawet o nich nie wspominał. Plany treningowe, które udało mi się ściągnąć, były w języku francuskim, więc chcąc je rozszyfrować, musiałem spędzić trochę czasu na ich wklejaniu do translatora. Rozpoczęło się moje szaleństwo, które w tempie ekspresowym zaczęło przybierać rozmiary opętania. Na początku swoich przygotowań dostałem informacyjny strzał w potylicę i – nie wiedzieć dlaczego – pierwsza korekta dotyczyła tempa, w którym przeprowadzałem treningi.

Wycieczka biegowa na Śnieżkę

Myślałem, że im szybciej biegam, tym lepszym jestem biegaczem, ale Wiola bardzo brutalnie sprowadziła mnie do parteru, gdzie moje dotychczasowe założenia rozbiły się o ziemię jak porcelanowy talerz. „Żeby biegać szybko, najpierw musisz się nauczyć biegać wolno” – takim testem zostałem poczęstowany, gdy domagałem się instruktażu do kolejnych treningów. Wtedy to brzmiało dla mnie jak jakiś absurdalny bełkot i kpina. Żeby biegać szybciej, muszę trenować wolniej? Nie potrafiłem tego ogarnąć, zastanawiałem się, czy to jest jakiś żart. Może ukryta kamera czai się gdzieś za rogiem? Po pewnym czasie, gdy zacząłem się stosować do tej rady, dostrzegłem, jak trudno jest utrzymać tempo, które oscyluje poniżej moich możliwości. Choć przemieszczałem się biegiem, wydawało mi się, że stoję w miejscu, a świat i ludzie wokół mnie gnają bez opamiętania.

Niekiedy miałem wrażenie, że przechodnie zerkający na mnie w biegu obrzucają mnie spojrzeniem pełnym litości, zastanawiając się, co ja za cyrk odstawiam. Z każdym pokonanym kilometrem zacząłem nabierać coraz więcej pokory i darzyć coraz większym szacunkiem osoby, które przebiegały maraton w 5 lub 6 godzin. Dotychczas 30 kilometrów przebiegałem grubo poniżej 3 godzin, teraz zdarzało mi się ten sam dystans pokonywać w trzy i pół godziny lub cztery. Wszystko za sprawą tego, że gdy nie potrafiłem utrzymać właściwego tempa, obciążałem się karnym kilometrem, który pokonywałem marszem. Nie ma chyba nic bardziej miażdżącego dla człowieka żądnego biegania niż maszerowanie przez środek miasta.

Choćbym chciał oszukać, a nawet nie przechodziło mi to przez myśl, musiałem się stosować do ogólnie przyjętych zasad. Wiola miała wgląd do aplikacji rejestrującej moje treningi i rozliczała mnie z każdej sekundy, minuty, godziny i każdego kilometra. Przygotowania do mojego pierwszego ultramaratonu były rozpędzone jak kolej transsyberyjska, a ja nadal nie wiedziałem nic o moim pierwszym starcie. Nie miałem pojęcia, gdzie przyjdzie mi wystartować i przekroczyć tę magiczną dla mnie barierę 100 kilometrów.

W styczniu 2013 po raz pierwszy udało nam się z Wiolą spotkać. Podsumowanie sezonu biegowego sprawiło, że moja trenerka mieszkająca w Warszawie i ja trenujący w Malborku mogliśmy w końcu odrzucić telefony i porozmawiać twarzą w twarz. Nasze pierwsze spotkanie wyglądało tak, jakbyśmy znali się od najmłodszych lat – nie wiem, czy to za sprawą naszych konsultacji telefonicznych, czy może nasze zakręcenie było na takim samym poziomie. Stawiam jednak na to drugie, co późniejsze wydarzenia tylko potwierdziły.

Po kilku tygodniach od naszego pierwszego spotkania dostałem propozycję nie do odrzucenia. Co prawda nie był to jeszcze żaden ultradystans, ale takiego manewru jeszcze nigdy nie ćwiczyłem. W Bydgoszczy organizowane były dwumaratony, w ramach których zawodnicy w sobotę przebiegają jeden maraton, a w niedzielę drugi. Choć kilometrów miałem już wybieganych więcej niż niejeden z moich bardziej doświadczonych kolegów klubowych, w mojej głowie pojawiały się wątpliwości. Brałem już udział w maratonach, ale nigdy nie zdarzyło mi się przebiec 84 kilometry w ciągu dwóch dni. Pomyślałem sobie: „szaleństwo”, ale bezgranicznie ufałem Wioli, która przekonywała mnie, że dam radę. Najlepszym opisem tego wydarzenia, będzie relacja, którą napisałem zaraz po starcie.