Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego - Piotr Głuchowski,Bożena Aksamit - ebook

48 osób właśnie czyta

Opis

W latach 80. ksiądz Henryk Jankowski był bohaterem Polaków. Jego kazania gdańszczanie przegrywali z kasety na kasetę – jak pieśni Jacka Kaczmarskiego – i handlowali nimi na targowisku. Poważni ludzie stawiali go obok Piotra Skargi i Jerzego Popiełuszki. Podawali mu ręce, a nawet się z nim ściskali wielcy tego świata: księżna Anna z Windsorów, senator Edward Kennedy, Margaret Thatcher. Gdy mu się powodziło, był szczodry. Brał pieniądze od bogatych i rozdawał biednym. Dzięki temu dorobił się tysięcy oddanych wielbicieli.
Jednocześnie panowała zmowa milczenia wokół tego, co się dzieje na plebanii kościoła Świętej Brygidy, choć to, że prałat prowadzi drugie życie, było powszechnie wiadome. Ta zmowa jest tematem niniejszej książki. Tak samo jak kapłan, który jedne dzieci wysyłał na zagraniczne kuracje i wczasy, a inne krzywdził. I który przebył drogę z małomiasteczkowej nicości na szczyty, by umrzeć w samotności i biedzie.

„Znakomicie napisana, wstrząsająca i do bólu prawdziwa książka. Autorzy rozprawiają się z mitem «niezłomnego kapelana »Solidarności«» oraz „pobożnego kapłana”, który wzniesiony został na kłamstwie i pysze za przyzwoleniem tych, którzy znali prawdę, ale przez lata milczeli. To oni przyczynili się do zbudowania legendy prałata, czyniąc go nietykalnym, byli ślepi na to, co robił. Dlatego żyjący w świecie przepychu i deprawacji Henryk Jankowski mógł się czuć bezkarny. Ta książka wywoła burzę, gdyż wciąż wiele osób nie chce dopuścić do siebie prawdy, woląc kultywować w swojej głowie nieprawdziwy mit” – Tomasz Sekielski

„Bóg strzegł, że to nie Mel Gibson sportretował prałata Jankowskiego, tylko duet Aksamit – Głuchowski. Bez retuszu, ze zrozumieniem, bez usprawiedliwienia.
To nie tylko opowieść o wzlocie i upadku kapelana «Solidarności», ale też o Kościele i Polsce za komuny i za wolności, a więc także o nas samych. Fascynująca” – Adam Szostkiewicz

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 871

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Wojciech Górnaś

Korekta: Teresa Kruszona

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Fotoedycja: Rafał Szczepankowski

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki):

okładka: Jacek Kucharczyk/FORUM;

środek książki: fotografia z Dariusz Burliński, Dwa oblicza prałata. Henryk Jankowski od „Solidarności” do skandalu, wyd. Fakt/Ringier Axel Springer Polska Sp. z o.o., 2019 s. 16; Österreichische Nationalbibliothek s. 21; Archiwum s. 22, 41, 547; PAP: Ryszard Rzepecki s. 32, 53; 59, 133; Jan Morek s. 167, Adam Urbanek s. 510; KFP: Zbigniew Kosycarz s. 34, Janusz Uklejewski s. 36, Leszek Biernacki s. 185, Maciej Kosycarz s. 216, 236, 242, 272, 294, Łukasz Głowala s. 305, Wojciech Jakubowski s. 369, 454; East News: Sipa s. 73, Wojtek Łaski s. 88, 119, 146, 200, 486, Osservatore Romano s. 366; Forum: Wacław Rymko s. 104, Wojciech Kryński s. 188; zbiory Ośrodka KARTA: Leszek Pękalski s. 123, Stanisław Składanowski s. 184; Agencja Gazeta: Jacek Piotrowski s. 174, 214, Tomasz Wierzejski s. 209, Krzysztof Miller s. 225, Mirosław Dominek s. 249, Kamil Gozdan s. 283, Roman Jocher s. 288, Dominik Sadowski s. 411, 434, 515, Damian Kramski s. 424, 440, 466, 495, 498, 553, Wojciech Stróżyk s. 432, Renata Dąbrowska s. 504, 505, 552, 562, Rafał Malko s. 521, 534, Michał Ryniak s. 582, Bartek Sabela s. 606; Fotografia Felici s. 367; Reporter: Maciej Macierzyński s. 181; archiwum prywatne Barbary Borowieckiej s. 622.

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Katarzyna Kubicka

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

Copyright © Agora SA, 2019

Copyright © Bożena Aksamit

Copyright © Piotr Głuchowski

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-268-2943-7 (epub), 978-83-268-2944-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dziękuję za pomoc Małgorzacie Głuchowskiej i Piotrowi Szelągowi

PAMIĘCI BOŻENY

– Dawno temu niemieccy gdańszczanie opowiadali mi o tym, co ksiądz Henryk Jankowski robił dzieciom. Jedna z kobiet mówiła o gwałtach. Wiedziała o nich, bo na plebanii Świętej Brygidy podszedł do niej ministrant. Miał trzynaście lat. Opowiedział, co mu robi Jankowski. Ona nic z tym nie zrobiła. Ja też nie. Nic nie zrobiłam i z tym tchórzostwem bardzo źle się dziś czuję – przyznała w połowie grudnia 2018 roku gdańszczanka Lidia Makowska. – Nikt nie miał wątpliwości, że w Brygidzie dochodzi do wykorzystywania seksualnego. Panowała jednak zmowa milczenia.

Ta zmowa będzie tematem naszej książki, tak jak sam kapłan, który przebył drogę z małomiasteczkowej nicości na szczyty i z powrotem – by umrzeć w samotności i w biedzie. Który jedne dzieci wysyłał na zagraniczne kuracje i wczasy, a inne krzywdził. Od 2004 roku prokuratorzy z Pomorza mieli w rękach wiarygodne zeznania dotyczące wymuszonego seksu z chłopcami poniżej lat piętnastu. A jednak dwa śledztwa zostały umorzone. Bo przez trzydzieści lat wszystko księdzu umarzano. Najpierw niczym kończyły się dochodzenia w sprawie kazań antysocjalistycznych, potem w sprawie kazań antysemickich, a później śledztwa w sprawach o molestowanie trzynasto- i czternastolatków. Przy okazji umarzano także różne drobiazgi: samowole budowlane, posiadanie amunicji bez zezwolenia, fałszowanie dokumentacji lekarskiej ministranta. Gdy świadek/poszkodowany w sekssprawie zeznał, że prałat go zastrasza – prokuratura nie dała świadkowi wiary. Gdy ksiądz rezydent z plebanii Brygidy zeznał, że dzień przed rewizją w 2004 roku Jankowski niszczył dowody – prokuratura nie ustaliła, kto ostrzegł proboszcza. Gdy inny świadek/poszkodowany zeznał, że oficer policji w rozmowie na plebanii instruował go, jak ma unikać przesłuchania, nikt ze śledczych tym tropem nie poszedł. Najsłynniejszy gdański pleban kłamał w niejednym śledztwie – ale podejrzanemu wolno kłamać we własnej sprawie. Pełnomocnicy Jankowskiego instruowali świadków – i co z tego? Gdańsk słusznie mawiał, że „nie ma bata na prałata”.

Spotkaliśmy się z Henrykiem Jankowskim w czerwcu 2007 roku. Miał wówczas 71 lat, mieszkał na poddaszu niegdyś własnej plebanii przy kościele Świętej Brygidy w Śródmieściu. Po odebraniu probostwa – za demoralizowanie ministrantów, antysemickie mowy i niesubordynację – zesłał go tam arcybiskup metropolita gdański Tadeusz Gocłowski. Prałat – podstarzały elegant w białej sutannie ze złotymi guzami, nadmiernie wypachniony i pretensjonalny – wydawał się niegroźny pod własnymi olejnymi portretami i na wielkim łożu, którego miękkość polecił sprawdzić Głuchowskiemu. Między sobą mówiliśmy o nim „Jankes”; dziś żadne z nas nie pamięta, gdzie pierwszy raz usłyszeliśmy to określenie. Było w Gdańsku popularne, tak samo jak słowo „ranczo” określające plebanię Brygidy.

Ksiądz pokazywał nam szkatułę z biżuterią, prezentował ułożone w kryształowej serwantce ordery. Na aksamitnych i batystowych poduszkach leżały francuskie Palmy Akademickie i Złoty Krzyż Najświętszej Marii Panny Królowej Polski, który poza nim dostali tylko Jan Paweł II oraz Lech Wałęsa. Na pytanie, za co dostał Virtuti Militari – bo najstarsze i najwyższe polskie odznaczenie bojowe też nam pokazał – odparł niezrażony:

– Za wojnę polsko-jaruzelską.

Tak samo sprytnie (we własnym mniemaniu) odpowiadał na pytania o swe niemieckie korzenie, których się latami wypierał, o wykształcenie, którego nie miał, i o współpracę z bezpieką, której donosił między innymi na Annę Walentynowicz. Pytany przez nas wprost, czy był kontaktem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie „Delegat”, oburzył się:

– Oczywiście, że nie! Przecież to na mnie donosili! Jak nie molestowanie, to antysemita, jak nie, wtedy tajny donosiciel. Co oni jeszcze wymyślą, żeby mnie wykończyć?

„Oni” odgrywali kluczową rolę w świadomości i kaznodziejstwie Henryka Jankowskiego. W różnych latach „onymi” były różne grupy. Komuniści, postkomuniści, liberałowie, „Gazeta Wyborcza”, „Trybuna” i tygodnik „NIE”, ateiści, zwolennicy integracji europejskiej i/lub dostępu do legalnej aborcji, pisarz Paweł Huelle, który go krytykował, dziennikarze „Rzeczpospolitej”, którzy go zlustrowali, wreszcie drapieżna światowa finansjera, która czyha na Polskę i last but not least – Żydzi.

Ksiądz Henryk, gdy mu się powodziło, był szczodry. Brał pieniądze od bogatych i rozdawał biednym. Dzięki temu dorobił się tysięcy oddanych wielbicieli. Zagrożony – stawał się niebezpieczny. Kiedy w 2006 roku wypłynęły meldunki „Delegata”, zmontował prowokację, by rzucić podejrzenie na osiemdziesięciopięcioletniego kombatanta Armii Krajowej, który był delegatem Episkopatu Polski przy władzach pierwszej „Solidarności”. Wydawało mu się to niesłychanie sprytne: delegat – „Delegatem”.

Potrafił spytać nieznajomą kobietę: „Laskę już zrobiłaś?” albo rzucić do dziennikarza: „Pokazać fiuta?”. Po polsku mówił słabo, książek nie czytał, znał Trylogię i Żywoty świętych – to wszystko. Homilie pisali mu ghostwriterzy, w tym były ministrant. Były tak odważne, że w latach osiemdziesiątych gdańszczanie przegrywali je sobie z kasety na kasetę – jak pieśni Jacka Kaczmarskiego – i handlowali nimi na targowisku. Poważni ludzie stawiali prałata „[...] obok Stanisława ze Szczepanowa, Jakuba Świnki, Mikołaja Trąby i Piotra Skargi, Józefa Tischnera czy zgoła świętej pamięci Jerzego Popiełuszki”. Z tym ostatnim znał się osobiście, podobnie jak ze wszystkimi najważniejszymi Polakami: Janem Pawłem II, Stefanem Wyszyńskim, Lechem Wałęsą, Tadeuszem Mazowieckim, Janem Olszewskim, braćmi Kaczyńskimi, Tadeuszem Rydzykiem, Wojciechem Jaruzelskim, Józefem Glempem, Jackiem Kuroniem i tak dalej. Jadł i pił również z Aleksandrem Kwaśniewskim, Leszkiem Millerem, Józefem Oleksym. Polityczna wrogość nie przeszkadzała mu brać od nich pieniędzy.

Podawali mu ręce, a nawet się z nim ściskali wielcy tego świata: księżna Anna z Windsorów, senator Edward Kennedy, Jane Fonda, Margaret Thatcher, Richard von Weizsäcker, Ronald Reagan, Sigmund Nissenbaum, Zbigniew Brzeziński.

Jego watykańskimi protektorami byli: najpotężniejsza kobieta Rzymu, przełożona zakonu brygidek matka Tekla Famiglietti i osobisty sekretarz polskiego papieża ksiądz Stanisław Dziwisz, który oskarżany jest o chronienie sprawców wielkich skandali pedofilskich w Kościele – od Meksykanina Marciala Maciela, który molestował nawet własnego syna, po Kolumbijczyka Alfonsa Lopeza Trujillo, który szalał sportowym ferrari i podróżował po świecie ze świtą kochanków. W porównaniu z tamtymi ksiądz Henryk w mercedesie czy jaguarze – z paroma raptem ministrantami – był aniołem. Jednak Polska to nie Kolumbia. Tutaj ujawnienie współpracy z SB lub romansów z chłopcami zatapiało duchownych większego kalibru. Nawet potężni i ustosunkowani arcybiskupi metropolici Warszawy i Poznania (Wielgus, Paetz) musieli odejść w niesławie. Jankowski się ostał. Choć to, że prowadzi drugie życie, było powszechnie wiadome. Efektem naszej pierwszej wizyty na plebanii Brygidy był reportaż pod takim właśnie tytułem: Podwójne życie prałata.

Potem napisaliśmy wspólnie i osobno kilka innych tekstów o Jankowskim. Aż wreszcie 3 grudnia 2018 roku Bożena Aksamit opublikowała w magazynie „Duży Format” swój ostatni w życiu reportaż, Sekret Świętej Brygidy. Rozpętała się burza, której finału Bożena nie dożyła. Zmarła na raka w trakcie pracy nad tą książką.

Dziś, kiedy oddaję ją do druku sam, prałat przestał już być honorowym obywatelem Gdańska i patronem skweru przy Świętej Brygidzie. Pomnik księdza – obalony, potem znów ustawiony i jeszcze raz usunięty ze skweru – tkwi w magazynie. Przeciwnicy zmarłego przed dziewięciu laty duchownego chcą, by gdański Kościół za niego przeprosił, a może i zapłacił ofiarom. Zwolennicy nie wierzą, że był pedofilem. Siostry księdza już wytoczyły proces naszemu wydawcy – Agorze. Obie strony szykują się do próby sił.

część pierwsza
BRUDNOPIS

Siedmioletni Henryk z siostrą bliźniaczką Ireną. Zdjęcie pochodzi z książki Dariusza Burlińskiego Dwa oblicza prałata. Henryk Jankowski od „Solidarności” do skandalu. Fotografię zrobiono albo w roku 1944, gdy Heinrich i Irene zaczynali naukę w Grundschule, albo jesienią 1945, gdy szli do polskiej szkoły. Tyty (wypełnione cukierkami rogi obfitości) wręczano pierwszoklasistom w całych Niemczech co najmniej od początku XX wieku. Zwyczaj funkcjonował także w Wielkopolsce, na Pomorzu Gdańskim i Kaszubach, a także Górnym Śląsku.

Rozdział I
PIEKŁO W STAROGARDZIE
1.

„Urodziłem się 18 grudnia 1936 roku w Starogardzie Gdańskim – taką relację z ust prałata zapisze jego nadworny biograf, historyk indyjskiego pochodzenia, Peter (a właściwie Preduman) Raina. – Mój ojciec, Antoni Jankowski, był kupcem, podobnie jak wszyscy jego bracia. Był bardzo antyniemiecki, za co aresztowano go już 1 września 1939 r. w nocy. Kiedy wybuchła wojna, siedział w Victoriaschule w Gdańsku, później w Stutthofie. Tylko dzięki mojej matce, która miała obywatelstwo [Wolnego Miasta] i prowadziła zakład kosmetyczny, a jej klientkami były żony gestapowców, udało się ojca wyciągnąć. [Dostał nakaz zatrudnienia w Bydgoszczy], musiał się co 24 godziny meldować na policji. To były trudne czasy”.

Nic się w tej opowieści nie zgadza. 1 września Starogard Gdański, miasto w województwie pomorskim, był jeszcze w polskich rękach – bronił go 2. Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich. Sześć niemieckich czołgów wjechało 2 (według źródeł niemieckich) lub 3 września po południu (według źródeł polskich). Nazajutrz przybyła do miasta Einsatzgruppe, czyli kilkunastoosobowy oddział SS plus kilku funkcjonariuszy Gestapo pod komendą SS-Unterscharführera Wilhelma Fasta. Grupa rozpoczęła aresztowania Polaków 6 września. Trzydziestu zatrzymanych nie odesłano do Victoriaschule (miejsca kaźni Polaków przy obecnej ulicy Kładki obok Muzeum Narodowego w Gdańsku), ale do Zivilgefangenenlager Neufahrwasser – obozu dla jeńców cywilnych w Nowym Porcie. Antoni Jankowski siedział tam, a nie w Stutthofie, bo tego obozu jeszcze wówczas nie zbudowano. Zwolniono go z Neufahrwasser z numerem 1965 jako „ajngedojcza”. Eingedeutschte była to trzecia kategoria dobrowolnie deklarowanej niemieckości, usytuowana pomiędzy Deutschstämmige – osobą niemieckojęzyczną kultywującą germańską kulturę – a Rückgedeutschte – spolonizowanym Niemcem, ewentualnie Polakiem, którego pomiar czaszki klasyfikował jako wartościowego.

Wbrew rozpowszechnionej w powojennej Polsce opinii volkslista nie była fizycznie podpisywana – sama deklaracja nie wystarczyła. Uzyskanie stosownej kategorii wymagało przejścia kilkustopniowego postępowania administracyjnego. Wszczynano je na wniosek zainteresowanego. Urodzony w Lubawie na granicy Prus Wschodnich i II Rzeczypospolitej dwujęzyczny Antoni Jankowski, dla którego przepustką do grona ajngedojczów była żona – stuprocentowa Niemka z westfalskiej rodziny Jeschwitzów – musiał udowodnić, że zależy mu na przyjęciu do szeroko rozumianego Volk. Nie był raczej „bardzo antyniemiecki”, ale z drugiej strony jego decyzja była zupełnie typowa, jeśli chodzi o zachowania Kaszubów w tamtym czasie. Polska, która w 1918 roku pojawiła się nagle na mapie, po wybuchu II wojny zdawała się zamkniętym na zawsze rozdziałem. Rzesza miała przetrwać tysiąc lat.

Po około półrocznym okresie dojazdów do pracy w Bydgoszczy, gdzie kształcił się na kelnera, Jankowski senior został kierownikiem sali w starogardzkiej restauracji, a potem jej współwłaścicielem. W 1942 roku wcielono go do Wehrmachtu – zgodnie z dekretem gauleitera okręgu Rzeszy Gdańsk-Prusy Zachodnie. Albert Forster zobowiązał do służby wszystkich folksdojczów, ajngedojczów i Deutschstämmige. Jako że wpisani na listę narodowościową podlegali prawu niemieckiemu, odmowa pójścia w kamasze oznaczałaby wyrok śmierci za zdradę. Jankowski pojechał na front wschodni walczyć w szeregach Grupy Armii Południe feldmarszałka Ericha von Mansteina. Jego syn miał wówczas sześć lat.

Prałat po latach:

– Słabo pamiętam ojca. Przez mgłę widzę, jak ostatni raz wychodzi z domu.

Latem 1943 roku gefrajter (odpowiednik starszego szeregowego) Jankowski walczył na prawobrzeżnej Ukrainie, Grupa Armii Południe wraz z rumuńskimi towarzyszami broniła linii Dniepru i Bohu. Zginął 20 lipca pod Pierwomajskiem, najprawdopodobniej z rąk żołnierzy Frontu Ukraińskiego, choć jego syn opowie później Peterowi Rainie, że ojca zabiła „niemiecka artyleria, która za blisko strzelała i rozbiła swój własny front”. Źródła milczą o takim wydarzeniu w rejonie Pierwomajska w tym dniu.

Wiadomość o śmierci Antoniego przyszła do Urzędu Stanu Cywilnego w Starogardzie Gdańskim (zwanym podczas wojny Preussisch Stargard) dopiero w czerwcu 1944, gdy Sowieci zajęli już pół przedwojennej Polski i doszli do granicy Prus Wschodnich. Hedwig Jankowska została sama z ośmiorgiem dzieci. Z siedmiu jej córek wojnę przeżyją trzy: Ulle, Renate i Irene plus rodzynek Heinrich, bliźniak tej ostatniej, urodzony kilka godzin po niej.

Bliźniaki zostały ochrzczone jeszcze przed Bożym Narodzeniem 1936 roku w starym kościele Świętego Mateusza, gdzie proboszczem był od czterech lat ksiądz Antoni Henryk Szuman, używający na co dzień drugiego imienia. Kapłan został po wojnie uznany za męczennika, bo wypędzony przez Niemców z macierzystej parafii zginął w podbydgoskim miasteczku Fordon (obecnie dzielnica Bydgoszczy) przed drzwiami kościoła. Prawdopodobnie zastrzelili go hitlerowcy. Być może mały Heini Jankowski dostał imię po nim, czy raczej na jego cześć. Ojcem chrzestnym Heinricha został kościelny Antoni Łukaszewski.

Rodzina rozmawiała ze sobą wyłącznie po niemiecku. Jedynak – jasnooki i blondwłosy aryjski ideał – był rozpieszczany przez wszystkich dookoła. Siostry stroiły małego w ręcznie szyte ubranka, nakładały mu na głowę kapelusiki ze wstążkami. Heini lubił pomagać mamie w kuchni, już jako kilkulatek nauczył się gotować.

Jankowscy zajmowali parter stojącej do dziś kamienicy przy ulicy Gdańskiej. Pani domu miała do pomocy Polkę, która małego Heinricha nazywała Heńkiem.

Zakład fryzjerski Hedwig Jankowskiej mieścił się w największym pokoju. Po wyjściu ostatnich klientek dzieci odrabiały tu lekcje, czasem salonik służył za dodatkową sypialnię.

Ksiądz Henryk po latach:

– Mama miała niesamowite powodzenie w mieście, dlatego biedy w domu nie było. Przeciwnie, wiodło nam się bardzo dobrze.

Bogdan Kruszona, emerytowany nauczyciel ze Starogardu i pasjonat historii Pomorza:

– Jankowska miała talent fryzjerski. Z włosami chodziły do niej wszystkie panie z sąsiedztwa.

Chodziła żona zamożnego lekarza i małżonki urzędników Rzeszy. Kruszona zapamiętał nazwiska sąsiadek: Gajdus, Peters, Albrecht, Lerwitz.

Siostry Heinricha – wzorowe niemieckie dziewczęta z fryzurami z przedziałkiem – czas przed obiadem spędzały w szkole powszechnej, po obiedzie pomagały mamie przy klientkach.

Kruszona:

– Jankowskie były śliczne, zadbane i ciągle uśmiechnięte. Henia pamiętam, jak prasował koszule. Prał, krochmalił i prasował. Wyniósł z domu zamiłowanie do schludności i porządku.

Bliźniaczka Irena, w dzieciństwie zwana Iką, jako dorosła kobieta wyjdzie za mężczyznę o nazwisku Jankowski i zostanie hafciarką. Nie ruszy się ze Starogardu do późnej starości. W 2010 roku powie:

– Henryk lubił bawić się w wojsko, a my wolałyśmy lale.

Ksiądz Jankowski:

– Miałem ciągotki militarne. Wojsko mi imponowało. W Starogardzie zawsze stacjonowały jednostki. Widziałem przedwojennych rotmistrzów.

To niemożliwe, aby ich pamiętał, skoro ledwo pamięta ojca. Gdy tato poszedł na front w drugiej połowie 1942 roku, Heinrich był już uczniem Grundschule. W 1939, kiedy polskie oddziały uciekały ze Starogardu szosami na Chojnice i Toruń, miał dwa lata i dziewięć miesięcy. Widzieć musiał natomiast – o czym już nie będzie wspominał w wywiadach – paradujących po mieście esesmanów w mundurach od Hugo Bossa, oficerów Luftwaffe i Waffen-SS na urlopach, żołnierzy Wehrmachtu na koniach i na baczność przy trumnach poległych towarzyszy, które wystawiano na centralnym placu miejskim. Widzieć musiał oddziały na co dzień kwaterujące w ogromnych koszarach zbudowanych tu jeszcze za Fryderyka II. Między trzecim i dziewiątym rokiem życia małego Jankowskiego – a zatem w czasie, gdy kształtuje się chłopięca osobowość – podoficerowie jednostek pomocniczych sił Rzeszy – Volksdeutscher Selbstschutz, Ordnungspolizei i Schutzpolizei – ożywiają miasto wielobarwnymi mundurami. Stacjonują tu między innymi: 717. batalion Landschutzu, odwód taboru konnego, oddziały rezerwowe zwiadu kawaleryjskiego, jest armijna szkoła jazdy konnej i lazaret dla koni plus ośrodek wypoczynkowy dla wojska z letnią kawiarnią i salą taneczną. Jest nawet niewielki obóz pracy przymusowej dla Żydów strzeżony przez pluton SS.

Zamalowywanie polskich napisów w Preussisch Stargard. W latach 1939–1945 polsko-niemiecko-kaszubsko-borowiackie miasto zostało całkowicie zniemczone. Ci, którzy nie przyjęli niemieckiej grupy narodowościowej (Jankowski senior ją przyjął), byli wywożeni na roboty w głąb Rzeszy, wysiedlani do Generalnego Gubernatorstwa lub zamykani w obozach pracy. Na trzynaście tysięcy mieszkańców Starogardu do 1945 roku uchowało się sto polskich rodzin.

Młodzież demonstruje patriotyzm na rynku w Preussisch Stargard. Starsi koledzy Heiniego z Grundschule tworzyli szczepy, chorągwie i plemiona Jungvolku. Ci, którzy skończyli 14 lat, wstępowali do Hitlerjugend.

Starsi koledzy ze szkoły – w pięknych piaskowych uniformach Jungvolku i Hitlerjugend – głośno hajlują podczas uroczystych apeli na centralnym rynku. Mają czarne krawaty i błyszczące koalicyjki na piersiach, czapki ze złoconymi znaczkami plus biało-czerwone przepaski na ramionach. Na każdej przepasce – swastyka. Podobnie jak na budynku magistratu, na dworcu i na murze szkoły Heinricha, gdzie hakenkreuzom wpisanym w biało-czerwone romby towarzyszy dumnie brzmiące hasło: Blut und Ehre (Krew i Honor – zawołanie młodzieży hitlerowskiej).

Irena Jankowska:

– Poza wojskiem ciągnęło brata do Kościoła. W czasie postu nigdy nie jadał słodyczy, chociaż je uwielbiał. Od małego był ministrantem. Tak mu zależało na służeniu przy ołtarzu, że wstawał wcześnie i budził księży, by nie zaspali na poranną mszę.

Henryk Jankowski: – Wojsko i Kościół katolicki jednakowo mnie fascynowały.

2.

W latach 1943–1944 Heini służy jako ministrant w kilku miejscach naraz: u sióstr, które prowadzą w Starogardzie Gdańskim szpital Świętej Elżbiety, dalej w kościele Świętego Wojciecha i jeszcze u Świętego Mateusza, gdzie został ochrzczony. Tymczasem III Rzesza chwieje się pod ciosami aliantów. Niemcy kapitulują w Afryce, Sowieci przejmują inicjatywę na froncie wschodnim. Jesienią 1944, podczas farbowania i nawijania włosów na wałki, Hedwig i jej klientki rozmawiają o racjonowaniu żywności, przerwach w dostawie prądu, wprowadzonym zaciemnieniu, o niepokojach wśród polskich robotników przymusowych (bo Żydów już wywieziono) i o uciekinierach spod Rygi, którzy zmierzają przez miasto na południowy zachód.

Razem z pierwszym śniegiem padają najtrudniejsze pytania: ewakuować się czy liczyć na obiecywaną kontrofensywę przeciw bolszewizmowi? W styczniu i lutym 1945 przez miasto jadą pociągi, ciężarówki i wozy konne z uciekinierami spod Bydgoszczy, Ostródy, Iławy. Nocujący na dworcu ludzie opowiadają przerażające rzeczy o czerwonych. O ich okrucieństwie, o gwałtach, o paleniu całych miast – choćby Allensteinu (późniejszy Olsztyn).

Heini nie chodzi w tym czasie do szkoły. Jego Grundschule została przekształcona w szpital wojskowy dla rannych z frontu, który dosięgnął już odległego o pięćdziesiąt kilometrów Schwetz (potem Świecie). Żandarmeria wojskowa i Feldpolizei wyłapują chłopców powyżej czternastu lat, by wcielić ich do Volkssturmu. Kto nie służy, kopie rowy przeciwczołgowe. Dziewięcioletni Heinrich – za młody nawet na Jungvolk – tylko patrzy.

20 lutego nadlatują radzieckie bombowce, niski warkot silników miesza się z terkotem artylerii przeciwlotniczej średniego kalibru i hukiem wielkiego działa ustawionego tuż przy gmachu Kreisamtu na Gdańskiej. Potem wszystko zagłusza grzmot wybuchów bomb. Do 6 marca radziecki 116. Korpus Armijny Drugiego Frontu Białoruskiego wdziera się do Starogardu od strony Grudziądza. Czołgi i piechota, a nad nimi samoloty zwiadowcze. Niemcy bronią się w garnizonie i wokół dworca. Na terenie miasta ginie ich tylko kilku, straty po stronie radzieckiej to dwudziestu kilku czerwonoarmistów. Zdobyte miasto jest niemal nietknięte – bomby i kule naruszyły zaledwie kilka procent domów. Piekło wybucha dopiero teraz. Polskie powiaty wcielone w 1939 roku do Rzeszy – wszystko na północny zachód od Torunia, Wąbrzeźna i Brodnicy – to dla żołnierzy sowieckich priaklataja Giermanija – przeklęte Niemcy. A Starogard w 1945 roku jest miastem czysto niemieckim. Na trzynaście tysięcy mieszkańców jest tu sto polskich rodzin.

Sowieci gwałcą zbiorowo Niemki, Kaszubki, Borowiaczki, Kociewiaczki, Mazurki. Nie odpuszczają ani starym kobietom, ani dziewczynkom. Jeżeli któraś nie umie się wytłumaczyć po polsku (co i tak nie zawsze pomaga), to znaczy, że jest łupem wojennym.

Młoda Hedwig Jankowska i jej siedem córek mieszkają na parterze przy głównej ulicy miasta. Nie znają polskiego, a jedynym mężczyzną w rodzinie jest teraz dziewięcioletni Heini, uczeń drugiej klasy Grundschule.

3.

Pierwszej nocy na opanowany przez czerwonych Starogard znowu spadają bomby. Z powodu bałaganu w sztabie radzieckie lotnictwo atakuje zdobyty przez siebie teren. To jeszcze wzmaga wściekłość i szaleństwo tych, którzy są już w mieście. Przez kolejne dni słychać strzały, karabinowe serie i kobiece krzyki. Za dnia niebo zasnuwają dymy pożarów, nocą widać łunę płonącego Gdańska. Koszmar się pogłębia, gdy wkraczają jednostki drugiego rzutu. Okradają do cna mieszkania, potem je podpalają, a jeśli coś jest niepalne – niszczą.

Na ulicy Gdańskiej zawala się w pożarze co czwarty dom. „Pretekstem do podpaleń i zniszczeń było natrafienie na jakiekolwiek ślady zamieszkiwania [obywateli] niemieckich” – napisze po pół wieku historyk regionalista. A że Niemcy stanowią ponad 99 procent ludności, niszczony jest każdy budynek.

Najładniejsze kobiety Sowieci porywają jako seksualne niewolnice, które będą towarzyszyć wojsku aż do Berlina i z powrotem. Pozostałe wykorzystują na wszelkie możliwe sposoby. W maju okaże się, że co najmniej trzy tysiące mieszkanek Starogardu i najbliższej okolicy zostało zarażonych chorobami wenerycznymi. Relacja Kaszubki: „Wszędzie zajrzeli, w każdą dziurę [...] zwierzaki. Dużo dziewczyn pozabijali. Rzeź tu była. Drugich takich ludzi w życiu się nie spotka. Jakby wypuścić dziką, głodną zwierzynę, żeby szarpała ludzi. [...] Jedni odchodzili, następni przychodzili. Pieszo, konno, na armatach. Szukali kobiet, gonili za nimi, gwałcili”. Mieszkańcy Starogardu tworzą w marcu uzbrojone w pałki oddziały samoobrony, ale Sowieci zabijają na miejscu tych, którzy bronią im dostępu do kobiet.

Pod koniec zimy 1945 dziewięcioletni Heini widzi potworności, które zaciążą na całym jego życiu.

– Byłem świadkiem, jak ruski żołnierz bez ostrzeżenia strzelił w tył głowy człowiekowi – powie po latach. I to wszystko. O seksualnych napaściach czerwonych się nie zająknie. Nie zdradzi też, jak zginęły cztery z jego siedmiu sióstr. Sowieci je zgwałcili, a potem zastrzelili? Zgwałcili i zostawili konające? Porwali jako niewolnice? A może dziewczynki z jakiegoś innego powodu nie przetrwały potwornego lutego, marca i kwietnia 1945 roku, tych kilkunastu strasznych zimnych tygodni, które komunistyczna propaganda nazywała później „czasem wyzwolenia”? Ksiądz nigdy tego nie opowie, bo nikt go nie zapyta. Informacja o dziewczynkach, że „zmarły w dzieciństwie” wszystkich zadowoli. My oboje też – w 2007 roku – nie spytamy. Będą ważniejsze tematy: molestowany ministrant Sławek, agent „Delegat”, film Mela Gibsona o księdzu. Rodzinna tajemnica pozostanie zakryta. Ale trudno się będzie (nam – autorom) opędzić od myśli, że jeśli Jankowskie zostały jakoś skrzywdzone przez Sowietów (czyli wedle nomenklatury niemieckiej z lat 1941–1945: żydobolszewików), to pewne późniejsze słowa i czyny prałata ukazują się w innym świetle.

– [W 1945 roku] zmieniło się moje wcześniej wyidealizowane wyobrażenie o wojsku – powie biografowi. – Wtedy postanowiłem, że będę żołnierzem, ale w sutannie.

Faktycznie jednak decyzję o wstąpieniu do seminarium podejmie dużo później. Wiosną 1945 roku główna zmiana w jego życiu polega na tym, że gdy otwierają znów Szkołę numer 1, zaczyna uczyć się polskiego. Już nie będzie Heinim. Ulle będzie Urszulką, dwie pozostałe siostry – Renatą i Ireną. Hedwig Jankowska zostanie Jadwigą. Jako Niemka przejdzie upokarzającą procedurę rehabilitacyjną, by otrzymać polskie obywatelstwo. Do końca życia będzie mówiła po niemiecku.

A w szkole już nie będą straszyć dzieci żydobolszewikami, tylko rewanżystami, podżegaczami wojennymi i zaplutym karłem reakcji.

4.

Siedmioklasową podstawówkę Henryk Jankowski, półsierota, kończy w maju 1952 roku. Inni chłopcy wołają na niego „Pic” lub „Picuś”, co na Kociewiu oznacza osobę przesadnie dbającą o wygląd. Dużo później zyska w Starogardzie przydomek „Henio Pycha”.

Na świadectwie z ostatniej klasy ma trójki i czwórki; piątki tylko z religii, prac ręcznych i z zachowania. W gimnazjum idzie mu jeszcze gorzej. Musi się przenieść do szkoły wieczorowej i podjąć pracę. Potem będzie mówił w wywiadach, że usunięto go za krytykę Związku Młodzieży Polskiej, a nawet za wytarcie butów czerwoną flagą.

– Miałem ogromne kłopoty za prawdę. Szczególnie z ZMP, które wtedy dominowało. Jego działacze chodzili, namawiali, mieli więcej do powiedzenia niż dyrektor szkoły.

Żadne relacje nie potwierdzają antykomunistycznej aktywności młodego Jankowskiego. Wśród starogardzkiej młodzieży działała konspiracja założona w 1951 roku przez Teresę Blockównę i Kazimierza Niemczyka, ale przyszły prałat do niej nie należał. Wiadomo o tym, bo grupa została zinfiltrowana i rozbita przez Urząd Bezpieczeństwa, zachowały się akta sprawy. Proces zaczął się we wrześniu 1952. Za produkcję ulotek i afiszów z hasłem „Precz ze Stalinem – podżegaczem wojennym!” młodzi ludzie dostali wyroki od dwóch do dziewięciu lat więzienia. Jankowski pracował już wtedy jako goniec w Państwowym Zakładzie Dezynfekcji i Deratyzacji. Popołudniami się uczył.

Tadeusz Kubiszewski, polonista z wieczorówki:

– Z nauką miał poważne problemy. Nikt go nie podejrzewał o lenistwo. Po prostu brak uzdolnień. Przeczytał książkę i zapytany nie potrafił nic o niej powiedzieć. Trudno było coś z niego wyciągnąć, już nie mówiąc o jakiejkolwiek dyskusji. Dopuszczono go do matury z naciągniętymi ocenami. Chociaż poziom w liceum dla pracujących i tak był słabiutki.

W marcu 1954, po roku biegania po zakładzie deratyzacyjnym, osiemnastoletni goniec Jankowski, przystojny szatyn i wciąż kawaler mieszkający z mamą i siostrami, składa podanie do Prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Starogardzie: „Proszę o przyjęcie mnie do pracy w charakterze pracownika umysłowego”. Rada odpowiada pozytywnie: uczeń wieczorowy dostaje posadę w Izbie Skarbowej jako egzekutor podatków. Dziesiąta grupa uposażenia, pensja głodowa, ale ściąganie należności od rzemieślników, rolników i drobnych handlarzy daje inne możliwości. Kwitnie korupcja i czarny rynek, a Jankowski wkrótce zasłynie jako człowiek, który potrafi wszystko załatwić, sprzedać, kupić, wymienić.

Kruszona:

– Mój tata trzymał z prywaciarzami, którzy mieli jakieś sklepy rybne, handlowali mydłem. Henio zapukał do nas wieczorem. Jego rozmowę z ojcem słyszałem, bo drzwi były otwarte. „Jutro o szóstej przyjdzie do was kontrola”. I faktycznie, rano puk, puk, weszło pięciu.

Jankowski:

– Zajmowałem się przygotowywaniem papierów na egzekucje długów. Niektóre musiały zniknąć.

Kruszona:

– Faktycznie, opowiadali, że Henio ostrzegł w ten sposób kilka rodzin.

Ksiądz:

– W ówczesnych, stalinowskich czasach zabierano ludziom ostatnią krowę. Zginęło wtedy dużo ludzi. Zapamiętałem upokorzonych, bitych, więzionych. [...] Widziałem, jak młodzi funkcjonariusze UB bili kolbami gospodarzy. Po cichu gubiłem nakazy wykonawcze. Rósł we mnie wewnętrzny bunt, że się muszę temu przyglądać. [...] Pomagałem ludziom. Wiele dokumentów wzywających do egzekucji poniszczyłem.

Kubiszewski:

– Obowiązywała przysługa za przysługę. Pomagał i wyrabiał kontakty. Gdy trzeba było coś zdobyć spod lady, dyrektor szkoły wieczorowej wysyłał Henia. I ten załatwiał. To potrafił znakomicie.

Talenty organizacyjne nie wystarczają, aby zdać maturę za pierwszym podejściem. Na temat Stefana Żeromskiego i Przedwiośnia egzaminowany pisze ledwo ponad pół strony. Za mało i zbyt banalnie. Powtarza klasę – być może nawet dwukrotnie – bo z dokumentów w archiwum gdańskiego kuratorium oświaty wynika, że abiturientem został w roku 1958, jako dwudziestodwulatek. Inni koledzy z ostatniej klasy są jeszcze starsi. Jest wśród nich członek PZPR, późniejszy przewodniczący prezydium powiatowej rady narodowej, jest milicjant i jest przyszły naczelnik więzienia. Mało kto z nich zasługuje na czwórkę. Jankowski na ustnym z polskiego dostaje niedostateczny, lecz z pisemnego wyciska trzy i tyle mu ostatecznie wpisują. Matematyka, historia i rosyjski – też dostatecznie. Ważniejsze od ocen są jednak wyrobione kontakty z młodymi partyjniakami. Grono znajomych Jankowskiego już rośnie.

Rozdział II
POLOWANIE NA DZIECI
1.

W 1956 roku znajomi towarzysze partyjni zapraszają Heńka na wspólne mikołajki zorganizowane dla urzędników prezydium powiatowej rady i urzędu gminnego PZPR. Jankowski ma być Dziadkiem Mrozem. Dzieci pytają: co ze Świętym Mikołajem? Henryk odpowiada, że Święty Mikołaj jest na Syberii, a on go zastępuje. Krótko potem wzywają go na komendę MO. Przesłuchuje ubek. Co to za wybryk z tą Syberią? Może chcesz się, gówniarzu, tam znaleźć? My ci to możemy załatwić!

– To wtedy, po przesłuchaniu w UB, zdecydowałem się pójść do seminarium duchownego – powie prałat niemal czterdzieści lat później. I znów minie się z prawdą.

W rzeczywistości po maturze stara się o przyjęcie do szkoły oficerskiej w Trójmieście. Nie przyjmują go. Uwadze władz nie umyka, że ojciec zginął w mundurze Wehrmachtu. Próba odwołania się od negatywnej decyzji spełza na niczym. W tej sprawie żadne starogardzkie znajomości nie mogą pomóc. I dopiero wówczas pojawia się na horyzoncie uczelnia drugiego wyboru – seminarium duchowne w Pelplinie, dziesięć kilometrów od Starogardu. Prawie wszyscy znani Jankowskiemu księża kształcili się właśnie tutaj. Kandydat dostaje zaświadczenie, że był gorliwym ministrantem, i przed dwudziestymi drugimi urodzinami składa podanie w sekretariacie rozłożystego pruskiego gmachu z czerwonej cegły. Niestety – znowu mu odmawiają. Ma zbyt słabe oceny maturalne i nie robi dobrego wrażenia podczas rozmowy wstępnej. Jego polszczyzna jest uboga, a do Pelplina zgłasza się w 1958 roku ponad setka kandydatów na księży. Co trzeci musi odpaść w trakcie wstępnej selekcji. Ojcowie duchowni proponują Henrykowi nowo powołane seminarium w Gdańsku-Oliwie.

W pocysterskim kompleksie na zapleczu katedry oliwskiej – zniszczonej jak wszystko w Gdańsku – podania zostawiło tylko dwudziestu czterech młodych mężczyzn. Jankowski jest dwudziesty piąty i zostaje przyjęty.

– Mama nie sprzeciwiła się mojej decyzji. Powiedziała: „Idziesz, ale pamiętaj: jakbyś się źle czuł – masz wracać. Masz być dobrym księdzem, bo jak będziesz taką świecą kopcącą, to lepiej od nich wystąp”. Ona nie wchodziła z kaloszami w cudze sprawy, nawet w sprawy dzieci.

Do święceń na piątym roku dotrwa raptem jedenastu alumnów, w tym Jankowski, który (jak przyznaje kolegom seminarzystom) żadnej książki do końca nie przeczytał. Przeszło ćwierć wieku później pochwali się dziennikarzom „Wyborczej”, że już przeczytał dwie: Żywoty świętych i Trylogię.

Ksiądz Bernard Zieliński, kolega z seminarium:

– Tłumaczenia z łaciny i nauki teoretyczne przychodziły mu z najwyższą trudnością. Ale jakoś zaliczał rok po roku. Za to w organizowaniu wszelkich spraw miał niesamowite sukcesy.

Gdy brakuje materiału na sutanny, alumn Jankowski załatwia belę, z której miały być uszyte spodnie dla milicjantów. Jest tak obrotny, że mimo intelektualnych braków zostaje sekretarzem księdza rektora Antoniego Bacińskiego.

– Pamiętam, jak przyjechali do nas klerycy z Łomży z rektorem, księdzem Mikołajem Sasinowskim, potem biskupem. Chcieli popłynąć na Hel, a wieczorem iść do opery. Nie mieli biletów – opowie w 2004 roku arcybiskup Tadeusz Gocłowski, który w oliwskim seminarium (w latach 1960–1968) wykładał prawo kanoniczne. – Przypomniałem sobie o kleryku Jankowskim, który zaraz gdzieś poszedł i przyniósł tyle biletów, ile było trzeba.

2.

W latach sześćdziesiątych klerycy z seminarium zarabiają, oprowadzając wycieczki po gotycko-barokowej katedrze pod wezwaniem Trójcy Świętej, Najświętszej Maryi Panny i Świętego Bernarda. Bazylika wygląda ponuro: wieże pozbawione hełmów, elewacja wciąż jeszcze okopcona. Wewnątrz jednak można podziwiać przeszło dwadzieścia, głównie barokowych, ołtarzy, wielkie i małe organy, obrazy gdańskich mistrzów, kapiącą od złota ambonę. W czasie gdy miesięczna średnia krajowa wynosi około 1100 złotych, oprowadzani goście – notable z wojewódzkich rad narodowych, wysocy urzędnicy ministerstw, a nawet partyjni bonzowie – dają czasem nawet 500 złotych za godzinne wyjaśnienia, a bywa, że więcej.

Henryk, dla którego niemiecki jest pierwszym językiem, ma jeszcze większe możliwości. Oprowadza przybyszów zza Odry, którzy płacą markami. Nawet Niemcy wschodni płacą tymi prawdziwymi – zachodnimi. A czarnorynkowy przelicznik jest szalony. Sto marek zachodnioniemieckich (dla dobrze sytuowanego obywatela Republiki Federalnej Niemiec tyle, co dniówka) można wymienić u cinkciarzy na pięć do siedmiu krajowych pensji. Równowartość półrocznych zarobków stoczniowca kleryk Jankowski zgarnia – gdy ma fart – za jedno dwugodzinne oprowadzanie. Eldorado kończy się wraz ze święceniami, które otrzymuje – warunkowo i bez tytułu magistra – w czerwcu 1964 roku. Właściwie nie powinien zostać wyświęcony, ponieważ ma wciąż niezdane egzaminy z najtrudniejszych przedmiotów, tak zwane rigorosum. A ordynariusz gdański Edmund Nowicki żywi co do niego złe przeczucia. Wydaje mu się, że Henryk nie wytrwa w celibacie. Sześćdziesięciodwuletni purpurat ma długie doświadczenie nauczycielskie. Po wojnie stworzył niższe seminaria duchowne w Gorzowie Wielkopolskim i we Wschowie. Zakładał szkołę w Słupsku, prowadził wykłady i był ojcem duchownym alumnów. Wykształcił ich setki. Widział już takich jak Jankowski i wie, co za kłopoty potrafią ściągnąć na siebie i Kościół. Lecz co z tego, kiedy rektor, dużo młodszy i mniej doświadczony ksiądz Antoni Baciński, się uparł? Henryk zdążył już wyświadczyć mu dziesiątki przysług, przeszli na ty. Teraz rektor męczy arcypasterza, aby jednak młodzieńca wyświęcił. Gdy o tym rozmawiają, Jankowski jest akurat chory. Leży w łóżku u mamy, przy Gdańskiej 7 w Starogardzie. Słysząc o tym, biskup ordynariusz stwierdza:

– To palec boży. Pokazuje, by go nie święcić.

Biskup diecezjalny gdański Edmund Nowicki (stoi), pierwszy z ordynariuszy – przełożonych księdza Jankowskiego. Siedzący zakonnik to generał zakonu dominikanów Aniceto Fernández Alonso. Biskup Nowicki początkowo władał diecezją gdańską jako koadiutor, w zastępstwie wygnanego na emigrację Niemca Karola Marii Spletta (formalnie biskupa gdańskiego do 1964 roku). Zdjęcie zrobione we wrześniu 1970, pół roku przed śmiercią Nowickiego.

Rektor się jednak nie poddaje. Wsiada w samochód i jedzie pięćdziesiąt kilometrów do Henryka do domu. Zabiera go ze sobą mimo choroby. Gdy obaj wracają do Oliwy, melduje biskupowi:

– Jankowski szczęśliwie wyzdrowiał. Jednak palec boży pokazał, żeby go święcić!

Namaszczony neoprezbiter Henryk już nigdy nie wróci do zdawania egzaminów składających się na rigorosum. Przez życie przejdzie bez magisterki. Na razie zaczyna jako pomoc duszpasterska u księdza Józefa Zator-Przytockiego, proboszcza w konkatedrze Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Gdańsku, czyli w bazylice Mariackiej.

Zator-Przytocki jest legendą. Ten były podpułkownik Armii Krajowej, torturowany przez komunistów w więzieniu mokotowskim, w 1955 roku po amnestii wyszedł na wolność jako półkaleka i wstąpił w stan duchowny. Swoim wikariuszom zaszczepia kult męstwa i radykalny antykomunizm. Powtarza:

– Jesteście rycerzami Chrystusa. Walczycie ze smokiem bolszewizmu.

Olbrzymia gotycka świątynia, symbol Gdańska i wiecznie zimne miejsce, w którym ksiądz Jankowski odprawia nabożeństwa pod okiem proboszcza, została zniszczona wiosną 1945 roku, podobnie jak całe otaczające ją Główne Miasto. Sowieci przez trzy tygodnie metodycznie burzyli i podpalali centrum, aż większość zrównali z ziemią. Jeden z kościołów spalili razem z modlącymi się w środku cywilami. Pod bazylikę Mariacką też podłożyli ogień. Spłonęła więźba dachowa, runęła połowa sklepień, na wieży stopiły się dzwony. Trójnawową halę rekonsekrowano dopiero w 1955 roku. Gdy Jankowski wprowadza się na plebanię, trwa odbudowa. Szwankuje instalacja elektryczna, łóżko jest twarde, a posiłki – skromne. Zator-Przytocki żyje po spartańsku. Lecz neoprezbiter Henryk nawet w tych warunkach potrafi zadbać o siebie. Organizuje w bazylice stoisko z dewocjonaliami i znowu oprowadza turystów zza Odry. Zarabia kasę. Proboszcz spogląda na to niechętnie, tym bardziej że język niemiecki ciągle wywołuje w nim złe emocje. Jankowski nie budzi jego sympatii. I wzajemnie. Przyszły prałat stara się o przeniesienie. Dostanie zgodę, ale i tym razem trafia na trudny odcinek. Będzie wikariuszem za Motławą – w Dolnym Mieście. W kościele pod wezwaniem Świętej Barbary, czy raczej w tym, co z niego zostało.

3.

Do wejścia Sowietów Dolne Miasto i ciągnąca się przez nie centralna aleja – Długie Ogrody – wyglądały lepiej niż Trakt Królewski w Warszawie. Stojące ciasno pięcio- i sześciokondygnacyjne kamienice, między nimi dwa rzędy drzew i linia tramwajowa. Po przejściu czerwonych ta część miasta właściwie zniknęła. Z kościoła Świętej Barbary zostały cztery gołe ściany zewnętrzne i dwie wewnątrz. Zawaliły się szczyty, zawaliła się wieża zakończona romantycznym hełmem, runęły dachy i sklepienia. W połowie lat sześćdziesiątych obstawiony rusztowaniami ogryzek kościoła nadal stoi w przerażającej pustce. Wzdłuż ulic Łąkowej, Krowoderskiej, Angielskiej Grobli, Sadowej i Elbląskiej ciągną się zgliszcza, sterty gruzów są porośnięte chaszczami. Tu i ówdzie powstają nowe, brzydkie bloki. W nielicznych zachowanych murowankach, które cudem przetrwały burzę ognia – czarne od sadzy, obdarte z tynków – mieszkają ludzie biedni, dużo tu patologii. Podziurawione wciąż radzieckimi kulami czynszówki nie mają toalet, nie wszędzie dochodzą prąd i woda. Dzieci spędzają czas wokół trzepaków, wokół pomp i na gruzowiskach. Młody Jankowski szuka tutaj seksu.

W 1964 roku zniszczony przez Sowietów Gdańsk jest odbudowany mniej więcej w połowie. Na pierwszym planie Dolne Miasto i ulica Długie Ogrody (Langgarten), która do 1945 roku była reprezentacyjną, zadrzewioną aleją oflankowaną przez bogate kamienice. Ruina w środku to kościół Świętej Barbary – będzie odbudowywany (m.in. za niemieckie pieniądze) aż do roku 1987. Henryk Jankowski był wikariuszem tej parafii w latach 1967–1970. Uczył religii i – według relacji Barbary Borowieckiej, wtedy nastoletniej parafianki – polował na dzieci.

– Gdy ktoś zauważał, że wikary wychodzi z kościoła, podnosił alarm. Wszyscy się od razu rozpierzchali, jedni na klatkę schodową i do mieszkania, inni przez murek – opowie Bożenie w 2018 roku Barbara Borowiecka, w późnych latach sześćdziesiątych jedna z dziewczynek robiących fikołki na trzepaku za kamienicą przy Łąkowej 62. – On dobierał się do pierwszej osoby, którą dorwał. Nie rozmawialiśmy o tym na podwórku w sposób otwarty, ale wszyscyśmy wiedzieli, w czym rzecz, tylko nikt nie puszczał pary z ust. Kiedyś mój młodszy o cztery lata brat Boguś powiedział, że Jankowski „próbował wsadzić Jankowi”. „Co wsadzić?”, zapytałam. „No wiesz”, odparł. Tak to wyglądało.

Prałat w wywiadzie udzielonym w 1998 roku:

– Pracując jako wikariusz [w parafii Świętej Barbary], miałem dobre kontakty z młodzieżą.

Borowiecka:

– Uciekałam przed nim ile sił w nogach, a on biegł za mną i w biegu się onanizował. Sądzę, że to doganianie dziecka go podniecało. Dopadł mnie dziesięć, może dwadzieścia razy. To było ciało o ciało. Członkiem wodził mi na przykład po piersiach czy po plecach. Czy po pupie. Czasami zakrywał mi usta, czasami szczypał. Ocierał się członkiem, wytrysk był na mój brzuch, na plecy. Jak miałam szczęście i zdążyłam się przykryć ubraniem, to udawało mi się nie mieć jego nasienia na ciele, tylko na sukience. [...] Pewnym razem złapał mnie za buzię i próbował otworzyć usta. Pomyślałam, że jak mi wsadzi, to go ugryzę. Ale pojawiła się sąsiadka i krzyknęła: „Kto tutaj tak tarabani?!”. Ksiądz zakrył mi buzię i groził drugą dłonią, nakazując milczenie. Ta kobieta mieszkała na pierwszym piętrze. Bardzo często siedziała w oknie, właściwie nas przed Jankowskim ratowała. A on, zapytany, po co tu lata za dziećmi, zazwyczaj odpowiadał, że przyszedł sprawdzić, dlaczego nie chodzą na religię.

Maj 1966 roku. Uroczystości tysiąclecia chrztu Polski w gdańskiej bazylice Mariackiej. W świątyni i wokół niej zebrało się wówczas około trzydziestu tysięcy osób. Dzieci deklamują wiersze dedykowane obecnemu na święcie prymasowi Polski kardynałowi Stefanowi Wyszyńskiemu. Mikrofon trzyma trzydziestoletni wikary Henryk Jankowski.

Lekcje religii w tych latach odbywają się także w prywatnych mieszkaniach. Wikary widzi z bliska fatalne warunki życia parafian, wie, które dzieci mają rodziców pijaków, które są półsierotami, które są zaniedbane i na pewno nikt się nie będzie o nie upominał.

Borowiecka:

– Ojciec był alkoholikiem, pracował w Stoczni imienia Lenina i tygodniami nie pokazywał się w domu.

Córka widuje tatę najczęściej pierwszego dnia miesiąca, gdy matka wysyła ją po pieniądze. Szuka go wtedy pod bramą stoczniową, po mieszkaniach jego kochanek, w spelunach przy torach kolejowych i tych za stoczniowym murem – przy Jana z Kolna.

– To nie było tak, że Jankowski sobie mnie wybrał. Myślę, że kto [się na podwórku nawinął] pierwszy, to był lepszy. Za pierwszym razem chciałam uciec przez strych i wybiec drugim wyjściem z kamienicy. Drzwi na poddasze zawsze były otwarte, ale tym razem ktoś je zamknął. Jankowski dopadł mnie, gdy szarpałam się z klamką. Dotykał piersi, powiedział, że pokaże mi, co to znaczy od tyłu. Wkładał ręce w majtki i próbował je zdjąć. Nie udało mu się. Pamiętam, że miałam spódniczkę na gumce, wzięłam w dłonie majtki, naciągnęłam je na tyle, że trzymałam w zębach i odpychałam się rękoma. Byłam przerażona, nie rozumiałam, co to znaczy „od tyłu”. A on mówił: „Ja ci pokażę, jak się spuścić”.

– Ksiądz wikary był bardzo towarzyski, dobrze się czuł wśród ludzi młodych. Nie opuścił żadnej osiemnastki. Na weselach zawsze pierwszy do tańca z panną młodą. Młodzież po prostu uwielbiała księdza Henryka – powie w 2014 roku zaufany pracownik i kierowca prałata Jankowskiego Marek Mężyk. Mieszkał przy Angielskiej Grobli, chodził na religię do wikarego Henryka, więc powinien wiedzieć to samo co sąsiadka z pierwszego piętra i reszta dzieci.

Barbara Borowiecka:

– Raz, gdy Jankowski zbliżał się do naszej kamienicy, grupka młodszych schowała się przed nim w piwnicy. Był tam mój braciszek. Przeraziłam się, że [Jankowski] zrobi mu krzywdę. Boguś pobiegł do kotłowni, szukał pomocy u palacza, ale tego dnia go nie było. Zeszłam za nim do piwnicy, trzymaliśmy się za ręce, lecz Jankowski szarpnął mnie i puściliśmy swoje dłonie. Boguś zdążył schować się za murek, leżała tam hałda węgla. Jankowski, który już się onanizował, pchnął mnie na ścianę i spuścił mi się na sukienkę. Pamiętam, że już w mieszkaniu chciałam ją wyprać, ale strasznie wymiotowałam. Boguś przynosił mi wodę i powiedział: „Jak dorosnę, to go zabiję”.

Dwunastoletnia Basia nie skarży się nawet mamie.

– Wiedziałam, że zleje mnie i tyle. W tamtych czasach dzieciom się nie wierzyło, a moja mama, sekretarka, uważała, że jestem beznadziejna. Byłam bita i karana za byle co. Nie mogłam na nią liczyć.

Z powodu tego, co jej zrobił wikary Jankowski, dziewczynka myśli o samobójstwie.

– Chciałam się utopić. Dobrze, że nie umiem pływać, wskoczę do Motławy jak zapadnie zmierzch i nie będzie ludzi. Potem pojawiała się wątpliwość: A może ktoś mnie uratuje i co wtedy? Myślałam, żeby rzucić się pod samochód, ale jak zostanę kaleką, to będę z matką do końca życia. Brałam pod uwagę odkręcenie gazu. Zrezygnowałam, bo bałam się, że Boguś wejdzie i jeszcze się zatruje. Dopóki mieszkałam przy Łąkowej, nigdy nie weszłam do kościoła Świętej Barbary. Potem, mając dwadzieścia trzy lata, wyjechałam, czy raczej uciekłam od matki, od Gdańska, od złych wspomnień. Z Australijczykiem, który oświadczył mi się po kilku dniach znajomości.

Marek Mężyk:

– W moim mieszkaniu na komodzie cały czas pali się świeczka przed zdjęciem księdza Henryka. On uczył nas, organizował nam wycieczki i wspólne wyjazdy. Tym, których nie było stać na opłacenie podróży, pomagał finansowo.

Parafianka, która w trakcie trwania wikariatu Jankowskiego w Świętej Barbarze była sześciolatką:

– W trakcie jakiejś uroczystości kościelnej każde dziecko podchodziło, ksiądz Jankowski niektóre sadzał sobie na kolano, głaskał. Pamiętam, że mi wtedy włożył rękę pod sukieneczkę, miałam taką krótką [...] a on ściskał i dotykał moich pośladków. Mam ogromną złość do tych wszystkich ludzi, którzy o tym wiedzieli.

4.

Trzynastoletnia Basia skarży się na bóle w klatce piersiowej. Efektem wizyty w szpitalu jest rozpoznanie guza między sercem a kręgosłupem. Po zabiegu lekarz zostawia w opłucnej igłę chirurgiczną. Gdy błąd wychodzi na jaw, każą dziewczynce unikać aktywności fizycznej i jeść tłuste rzeczy, „żeby to się otorbiło”.

Dorosła Barbara:

– W czasie moich problemów zdrowotnych [Jankowski] odpuścił. Jakieś dwa lata później znów próbował, ale w inny sposób. Zagadywał, jak to do podlotka. [...] Pytał, czy może się gdzieś spotkamy na zewnątrz. Oczywiście się nie zgadzałam. Pamiętam, jak raz po takiej odmowie zaczaił się na klatce [...] złapał od tyłu i wepchnął do mieszkania. Zaczęłam tak głośno płakać, że do gwałtu nie doszło, ale pobrudził spermą moje ubranie. Płacz usłyszała sąsiadka z naprzeciwka [...] opowiedziałam [jej] wszystko. Upewniała się: „Kto?”. Wymieniłam jego nazwisko [...] „Niech pani zobaczy, jak ja z tyłu wyglądam”. Zobaczyła. Nie wiem, czy poszła do kościoła na skargę, ale to się urwało. Już go nie widziałam.

Basia nie musi więcej oglądać wikarego, ponieważ ten dostaje za zadanie odbudowę kościoła Świętej Brygidy. Dziewczyny i kobiety zajmują go coraz mniej. Przez kolejne dekady będzie często powtarzał publicznie, że „nadają się głównie do noszenia kapeluszy”. W bardziej zaufanym gronie – choćby wśród ministrantów – powie nieraz, że „śmierdzą”. Wiele z nich obrazi przy różnych okazjach.

Jerzy Borowczak, wieloletni przyjaciel księdza:

– Przyszedł [do Jankowskiego] kolega ze swoją narzeczoną, a ksiądz zagaduje: „Laskę mu już zrobiłaś?”.

Danuta Wałęsa: „Najbardziej bolały mnie zachowania księdza w obecności kobiet i dorastających dzieci. Potrafił wypowiadać obleśne słowa. Niestety, sama musiałam tego doświadczyć. Byłam oburzona”.

Rozdział III
ZWERBOWANY SZANTAŻEM
1.

W 1374 roku, w drodze z Rzymu do Szwecji, zatrzymał się w Gdańsku kondukt żałobny ze szczątkami założycielki Zakonu Najświętszego Zbawiciela świętej Brygidy Szwedzkiej. Mieszkańcy Pomorza oddali zmarłej tak szczery hołd, że Szwedzi zostawili im część relikwii. Umieszczono je najpierw w głównej farze, następnie przeniesiono do kaplicy pokutnic – skromnej siedziby kobiet zwanych magdalenkami, które wiodły pobożny żywot wokół studni z cudownie uzdrawiającą wodą. Kaplicę z czasem rozbudowano w kościół i klasztor Świętej Brygidy. Po reformacji była to jedna z nielicznych katolickich świątyń w protestanckim mieście. W XIX wieku król Prus sekularyzował klasztor, siostry wymarły, budynki zgromadzenia rozebrano, na ich miejscu stanęła plebania.

Przed II wojną światową – i w jej trakcie – do świętobrygidowej parafii katolickiej należeli stoczniowcy, portowcy oraz mieszkańcy Przeróbki, Starego Miasta, Osieka i Zielonego Trójkąta. To biedne, robotnicze dzielnice. Przeróbka ciągnie się od Westerplatte na południe wzdłuż prawego brzegu Martwej Wisły, Osiek jest ponurym zakątkiem w zakolu Kanału Raduni, Zielony Trójkąt, jak i całe Młyniska (lewy brzeg Martwej) to miejsca, gdzie najłatwiej dostać w zęby. Sterczące z ziemi rury, bocznice kolejowe, ruiny i rozbabrane budowy – kiedyś staną tu bloki.

Zniszczony przez Sowietów kościół pod wezwaniem Świętej Brygidy przy ul. Profesorskiej, elewacja wschodnia, rok 1970. W tym czasie wikary Jankowski odchodzi ze Świętej Barbary i zostaje mianowany administratorem tej ruiny. Razem z nią otrzymuje w zarząd sąsiadującą z kościołem plebanię, która jest zniszczona niewiele mniej niż sama świątynia. Ksiądz Henryk zaczyna odbudowę – głównie za niemieckie pieniądze.

Sam kościół Świętej Brygidy, położony na północnym krańcu Śródmieścia, nad Kanałem Raduni, stoi pomiędzy dużym klepiskiem – jesienią błoto, wiosną kurz – a zniszczoną plebanią, której podwórze wypełnia gruz. Świątynia została zrujnowana przez Sowietów, tak jak bazylika Mariacka i Święta Barbara. Jest nawet gorzej, bo dzieła zniszczenia dopełniły dwa pożary – w 1957 i 1969 roku. Kilka okopconych ścian, które pozostały z trójnawowej hali, i resztki sklepień nad nimi służą za magazyn dekoracji przydatnych na obchody świąt 1 Maja i 22 Lipca. Na bezładnej stercie leżą transparenty z hasłami wychwalającymi wieczną przyjaźń z ZSRR i tego typu badziewie.

Na kupach gruzu wypełniających trzy nawy, prezbiterium i kaplicę pod resztką renesansowej wieży wyrosły już młode brzozy. Gmach nadaje się w zasadzie do rozbiórki i komunistyczna władza na to właśnie liczy – po co tyle kościołów w mieście? Jeżeli kuria remontuje Świętą Barbarę, to niech przynajmniej rozbierze Brygidę oraz równie zniszczoną świątynię Świętych Piotra i Pawła przy ulicy Żabi Kruk – na przeciwległym, południowym krańcu Śródmieścia.

Biskup ordynariusz Edmund Nowicki nie chce słyszeć o rozbiórce. Stanowczo, choć bezskutecznie, domaga się od władz pozwolenia na odbudowę dwóch sanktuariów.

„Biorąc pod uwagę konieczność realizacji pilnych inwestycji w zakresie budownictwa mieszkaniowego i socjalnego, co powoduje poważny deficyt materiałów budowlanych i brak dostatecznej mocy przerobowej, wnioski załatwia się odmownie” – odpowiada mu przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej Piotr Stolarek.

Kolejną próbę podejmują zainspirowani przez kurię parafianie Świętej Brygidy, którzy teraz modlą się głównie w bazylice Mariackiej. Gdańszczanie mieszkający przy Gnilnej, Olejarnej, Tartacznej, Stajennej i Sierocej ślą pisma do towarzysza posła Zenona Kliszki i towarzysza pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Stanisława Kociołka.

Zwracamy się z gorącą prośbą do Szanownego Towarzysza [...] o pomoc w odzyskaniu naszej świątyni parafialnej, która od 25 lat stoi w gruzach. [...] Dochodzą nas głosy, że siły reakcyjne NRF działające na szkodę naszego kraju podważają nasz autorytet [jako] mieszkańców Gdańska, głosząc, iż czujemy się gośćmi, dlatego nie usuwamy i nie odbudowujemy zniszczeń wojennych. [...] Ufamy, że dzięki interwencji Szanownego Towarzysza odzyskamy swój kościół.

Odpowiedź obu komunistów jest odmowna. Brygida powinna zniknąć. Ale kuria nie ustępuje. Biskup chce osadzić na zrujnowanej parafii jakiegoś księdza, żeby przynajmniej administrował nieruchomością, uprzątał, co się da, zlikwidował magazyn komunistycznych rupieci – a potem się zobaczy. Jankowski wydaje się właściwym wyborem. Plotki o jego niezdrowym zainteresowaniu dziećmi już krążą. Tutaj – przy Profesorskiej 17 – nie będzie żadnego chodzenia na osiemnastki i wesela, koniec z nauczaniem religii i ściganiem tych, co rzekomo na nią nie chodzą. Dekret o przeniesieniu w ruiny biskup ordynariusz podpisuje na początku 1970 roku. By wprowadzić się na plebanię, ksiądz Henryk musi jeszcze dostać zgodę Wydziału do spraw Wyznań Wojewódzkiej Rady Narodowej (WRN). Początkowo mu odmawiają. W notatce ze stycznia urzędnik pisze:

Biorąc pod uwagę całokształt postawy i działalności ks. Jankowskiego Henryka, a szczególnie jego aktywność oraz swoisty sposób bycia, zachodzi obawa przed mianowaniem go na parafię.

Już nawet w WRN wiedzą, że z księdzem coś jest nie w porządku.

Kuria biskupia wysyła jednak odwołanie, które – o dziwo – zostaje rozpatrzone pozytywnie. Tyle że duchowny nie zostanie na razie proboszczem, ale jedynie administratorem ruin z prawem do zamieszkania na plebanii przy Profesorskiej. Bez prawa odbudowy bazyliki. Prezydium WRN przypomina jednocześnie, że:

ks. Jankowski zgodnie z artykułem 6. Dekretu o organizacji i obsadzaniu stanowisk kościelnych przed objęciem stanowiska [administratora] winien złożyć ślubowanie w tutejszym Wydziale do spraw Wyznań.

W połowie marca duchowny ślubuje „dochować wierności Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, przestrzegać jej porządku prawnego i nie przedsiębrać niczego, co mogłoby zagrażać dobru PRL”, po czym wprowadza się do trzykondygnacyjnego pruskiego budynku z szachulca, opartego plecami o Kanał Raduni. Z jednej strony sterczy kilkusetletni ceglany mur, z drugiej ruina Brygidy, z trzeciej ściana (również wymagającego odbudowy) kościoła rektorskiego Ojców Karmelitów pod wezwaniem Świętej Katarzyny.

Marek Mężyk:

– Po plebanii, zamieszkanej jeszcze przez kilka rodzin lokatorów, biegały ogromne szczury. Wielkie jak psy, wychodziły z sedesu. [Gdy zaczynałem tam remont] moje robocze ubranie, zostawione na noc, rano znajdowałem pogryzione. Ksiądz Henryk wprowadził się do niewielkich pomieszczeń, największe mieszkanie zajmował ówczesny dyrektor Muzeum Stutthof, który zresztą przez długi czas nie zamierzał opuścić budynku.

W roku 2009, gdy jego kontakty z SB staną się tematem w mediach, prałat „przypomni sobie”, że przy Profesorskiej mieszkał także oficer gdańskiej bezpieki o nazwisku zaczynającym się na literę B:

– Zamieszkaliśmy obok siebie. Na parterze. On po lewej stronie, a ja po prawej. Jego żona była lekarką. Rozmawialiśmy o tyle, o ile. O niczym konkretnym. [Wiedziałem, że to esbek] od sióstr [zakonnych], które mieszkały tam wcześniej. On się wyprowadził dopiero w stanie wojennym.

To nieprawda. Późniejszy zastępca naczelnika Wydziału IV (kościelnego) Komendy Wojewódzkiej MO w Gdańsku, kapitan Ryszard Berdys, był od 1964 do 1973 roku zameldowany przy ulicy Generała de Gaulle’a we Wrzeszczu. Przy Profesorskiej 17 mieszkały (na piętrze) cztery zakonnice ze zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Marii Panny Niepokalanego Poczęcia. Pod nimi, w czterech małych mieszkaniach: dyrektor muzeum z rodziną (nazwisko rzeczywiście na literę B, zawód żony – lekarka), dwie mieszkające ze sobą rencistki, samotna matka z czwórką dzieci i stary Kaszuba, ksiądz Gwidon Bach-Żelewski, krewny SS-Obergruppenführera Ericha von dem Bacha i Teodory Sławińskiej-Żelewskiej, nauczycielki i harcerki z Pucka aresztowanej w październiku 1939 r. i zamordowanej przez hitlerowców w lasach piaśnickich. Wielebny Gwidon, nękany przez ubecję, wyjechał niedawno na stałe do Niemiec zachodnich i to jego mieszkanie, właściwie kawalerkę, zajmuje teraz Jankowski.

Istnieje oczywiście możliwość, choć nikła, że na plebanii przy Świętej Brygidzie funkcjonował lokal operacyjny SB i że kapitan Berdys tam bywał. Tak czy inaczej, rozmawiając z nim „o tyle, o ile”, ksiądz Henryk dorobi się szybko własnej teczki personalnej i pseudonimu – „Delegat”. Berdys najpierw go rozpracuje, a potem zarejestruje jako kontakt operacyjny. Teczka zostanie zniszczona w styczniu 1990 roku wraz ze wszystkimi teczkami księży z Trójmiasta. Ponieważ rękopisy nie płoną, część dokumentów uda się odtworzyć – głównie na podstawie meldunków sporządzanych po odbyciu kolejnych rozmów operacyjnych z „Delegatem”. Meldunków, które Berdys i jego szef wysyłali do Departamentu IV Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Warszawie.

2.

Kontakt operacyjny (KO) – nie mylić z tajnym współpracownikiem (TW) – został zdefiniowany jako kwalifikowane osobowe źródło informacji zarządzeniem ministra spraw wewnętrznych Kazimierza Świtały z 1 lutego 1970 roku. Instrukcja pracy operacyjnej SB stanowiąca załącznik do zarządzenia mówi: „kontakty operacyjne z obywatelami nawiązuje się w celu organizowania dopływu wstępnych informacji interesujących SB w tych wszystkich przypadkach, gdy nie zachodzi potrzeba angażowania tajnych współpracowników”. Kontakty te miały być nawiązywane z osobami, które „wyrażają chęć i możliwość informowania SB o dostrzeganych wrogich i szkodliwych społecznie faktach i zjawiskach”.

„Właściwa, systematyczna i pogłębiana praca z niektórymi KO” – jak to ujmują esbeckie podręczniki – ma szansę w sprzyjających warunkach „przerodzić się w kontakt agenturalny”. W zachowanych przepisach wewnątrzresortowych (wiele z nich spłonęło w latach 1989–1990) nie uregulowano takich kwestii, jak: pisemne zobowiązanie do współpracy KO, nadawanie KO pseudonimów czy sposób nawiązywania łączności. W praktyce niektóre KO określa się inicjałami, inne – zazwyczaj cenniejsze – pseudonimami. Zdarzało się, że KO był informowany o nadanym mu pseudonimie. Łączność oficer prowadzący utrzymywał osobiście.

KO pracowali na rzecz bezpieki „w obrębie swych normalnych możliwości”. To ich odróżniało od TW, których można było zadaniować, czyli żądać działań „wymagających wypracowania sobie dogodnych sytuacji do ich realizacji”. Funkcjonariusz SB powinien ukrywać faktyczne pola zainteresowania przed swym informatorem.

Zdaniem Filipa Musiała, autora pracy Podręcznik bezpieki (IPN, Kraków 2007), oficer prowadzący źródło zakwalifikowane jako KO „zwykle nie pobierał pisemnej deklaracji o współdziałaniu i zachowaniu poufności, gdyż osoby te, udzielając pomocy SB, zainteresowane [były] w zachowaniu faktu współpracy w tajemnicy przed otoczeniem”.

Historyk Sławomir Cenckiewicz:

– Wydział IV, czyli pion IV Służby Bezpieczeństwa, miał nieco inne [od pozostałych pionów] zasady rejestrowania, prowadzenia, dyscyplinowania i ewidencjonowania źródeł osobowych. Miał po prostu luźniejsze zasady rejestracji. W różnego typu teoretycznych rozważaniach i dyskusjach funkcjonariuszy pionu IV pojawiał się problem typu: „no ale, towarzysze, jeśli my od księży będziemy wymagali podpisania zobowiązań do współpracy, to istnieje zagrożenie, że im się to skojarzy z jakimś cyrografem, paktem z diabłem. Musimy od sztywnych zasad, które są opisane w instrukcjach pracy operacyjnej, odejść”.

Praca funkcjonariuszy SB z kontaktami operacyjnymi miała być – zgodnie ze wspomnianymi instrukcjami – dokumentowana w teczce zawierającej po pierwsze: „pisemne informacje oraz notatki służbowe” ze spotkań, po drugie: „rozliczenia z ewentualnych kosztów utrzymywania kontaktu z KO”. Prawdopodobnie pierwsze notatki w teczce personalnej Henryka Jankowskiego „Delegata” zawierały informację o kulisach pozyskania agenta. Emerytowany major Berdys, który (w czasie gdy piszemy tę książkę) jeszcze żyje, nie chce rozmawiać. Bogdan Borusewicz, rocznik 1949, w PRL zawodowy konspirator, w 1980 roku inicjator strajku w Stoczni Gdańskiej, a w wolnej Polsce parlamentarzysta, człowiek doskonale znający Henryka Jankowskiego, uważa, że ksiądz został zidentyfikowany przez SB jako pedofil, potem zaś zwerbowano go szantażem na tle obyczajowym:

– Moim zdaniem to szantaż był podstawą werbunku. Bo tak to się robiło. Przecież księży trudno było pozyskać, jak to oni mówili, na bazie miłości do PRL.

Także Sławomir Cenckiewicz, po opublikowaniu przez Bożenę reportażu Sekret Świętej Brygidy („Gazeta Wyborcza”, „Duży Format”, 03.12.2018), napisze na Twitterze: „Jego [prałata] skłonności znała już Służba Bezpieczeństwa”. Poproszony przez Andrzeja Stankiewicza z Onetu o rozwinięcie myśli powie:

– Dawni funkcjonariusze SB mówili mi w rozmowach, że [we wczesnych] relacjach z księdzem Jankowskim wątki dotyczące sfery obyczajowej się pojawiały. Ale nie dotyczyły [jeszcze] pedofilii i homoseksualizmu.

Stankiewicz:

– Czyli dotyczyły relacji z kobietami?

Cenckiewicz:

– Tak. Jeden z funkcjonariuszy w dość zabawnych słowach powiedział mi, że on nie wie, co się Henrykowi stało później, bo „za naszych czasów interesował się jeszcze babkami”.

Jak się zdaje, Borusewicz ma rację, a Cenckiewicza esbek wprowadził w błąd. Bezpieka wiedziała, że „Jankowski maca dzieci” już przed rokiem 1970, czego dowodzi relacja Elżbiety z domu Rytel, mieszkanki powiatu wejherowskiego, w latach sześćdziesiątych parafianki Świętej Barbary z ulicy Chłodnej:

– W drugiej połowie lat sześćdziesiątych mój ojciec, Romuald Rytel, był solistą chóru w Świętej Barbarze. Popadł w konflikt z wikarym Jankowskim i ten przesunął go do roli szeregowego chórzysty. Sytuacja zmieniła się, gdy esbecy zaczęli chodzić po mieszkaniach w parafii i pytać o dziwny stosunek księdza do chłopców i dziewczynek. Jankowski szybko się o wszystkim dowiedział i sam zaczął nagabywać parafian, skłaniając ich do milczenia lub do kłamania. Mówił, że władze chcą znaleźć na niego jakiegoś haka, że chcą mu zrobić krzywdę. Mojemu ojcu obiecał, że jeśli zapewni esbeków, iż plotki na temat wikarego i dzieci to tylko pomówienia, zostanie przywrócony do funkcji solisty chóru. I tak się stało. Mnie samą Jankowski gonił po podwórku tak samo jak Basię Borowiecką, którą zresztą dobrze znałam, bo byłyśmy rówieśnicami.

Rozdział IV
KILKU UKOCHANYCH KLERYKÓW
1.

W sobotę 12 grudnia 1970 władze PRL wprowadzają podwyżkę cen detalicznych mięsa i innych artykułów spożywczych. Decyzję podjęło Biuro Polityczne KC PZPR, czyli faktyczny rząd. Od lat pięćdziesiątych mięso w Polsce jest trudno dostępnym towarem o znaczeniu strategicznym. Naród nie może pojąć, jak to jest, że i przed wojną, i za okupacji, i nawet krótko po wojnie szynka była, a teraz jej nie ma. Mnożą się plotki o wywożeniu polskich krów i świń do ZSRR. Władza wie, czym grozi podwyżka, dlatego wojsko, milicja i SB są już od 11 grudnia w stanie podwyższonej gotowości. W niedzielę w wielu miastach ludzie zbierają się na spontanicznych wiecach protestacyjnych. Donosiciele SB i MO meldują o pojawiających się żądaniach odsunięcia od władzy pierwszego sekretarza PZPR Władysława Gomułki, premiera Józefa Cyrankiewicza i świeżo upieczonego wicepremiera nadzorującego resorty siłowe Stanisława Kociołka, który wkrótce dorobi się przydomku Kat Trójmiasta.

W poniedziałek 14 grudnia robotnicy ze Stoczni Gdańskiej imienia Lenina odmawiają pracy. Żądają cofnięcia podwyżki albo podniesienia pensji. Wychodzą na ulicę. Milicja bije ich, oblewa lodowatą wodą, używa gazu i aresztuje. Nazajutrz do strajku przyłączają się Stocznia Gdynia i elbląski Zamech. A stoczniowcy z Gdańska idą pod czteropiętrowy gmach Komitetu Wojewódzkiego PZPR przy Wałach Jagiellońskich. Ksiądz Henryk jest wtedy w tysięcznej rzeszy gapiów, która stoi wzdłuż pokrytej rozjeżdżonym śniegiem jezdni. Ludzie zajmują chodniki od Dworca Głównego aż po Hucisko. Obserwują robotniczy pochód. Jankowski też się przygląda. Po latach powie z ambony:

– W stoczniowych hełmach i roboczych kombinezonach ruszyli gęstym, lecz zdyscyplinowanym tłumem pod gmach komitetu. Poszli w nadziei, że ktoś z nimi porozmawia i potraktuje tak, jak na to zasługuje w państwie ludowym klasa robotnicza. Nikt do nich nie wyszedł, a wysłaną później kilkuosobową delegację brutalnie aresztowano. Zrozpaczonym stoczniowcom, którzy domagali się zwolnienia swoich towarzyszy, odpowiedziano strzałami. Od bratobójczych kul zginęło wówczas dwudziestu siedmiu mężczyzn i chłopców.

W rzeczywistości liczba zamordowanych na ulicach Gdańska jest nieznana. Oficjalny dokument IPN wymienia siedmiu robotników (w tym pięciu stoczniowców) oraz jednego studenta. Ale prokurator Bogdan Szegda, oskarżający później Wojciecha Jaruzelskiego i jedenaście innych osób, powie:

– Mam przekonanie, że ofiar było więcej.

2.

Walki uliczne w Gdańsku kończą się podpaleniem Komitetu Wojewódzkiego PZPR i pożarem w miejskiej komendzie milicji przy Świerczewskiego. Do tego jacyś ludzie rozszabrowują sklepy. Komuniści wysyłają czołgi. Wojsko otacza obie największe stocznie. Wieczorem w środę 16 grudnia w gdańskiej telewizji występuje wicepremier Kociołek, wcześniej pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Trójmieście. Wzywa wszystkich, aby powrócili do pracy. Następnego dnia wojsko i milicja – za jego zgodą – otwierają ogień do gdyńskich robotników spieszących karnie na poranną zmianę. Strzelają między innymi z helikoptera. Tego samego dnia władza masakruje ludzi w strajkującym Szczecinie.

Jankowski w 1999 roku:

– Po dramacie tego dnia, jakim był dla Gdańska 16 grudnia, w następnym dniu [czyli już po porannej masakrze w Gdyni] władza poprosiła mnie, żebym, mając ogromny wpływ na młodzież, sprawił, by nastał spokój. Powiedzieli, że oni mogą też coś dobrego zrobić dla mnie. Wiedząc o wielkich zabiegach biskupa Nowickiego, poprosiłem o wydanie decyzji o odbudowie kościoła Świętej Brygidy. I tego dnia otrzymałem decyzję. Kiedy zaniosłem decyzję do księdza biskupa, jego radość była ogromna. Bo on walczył o ten kościół niesamowicie, zabiegał, robił wszystko, żeby go odzyskać [...] bo tu, w centrum Gdańska, są same [kościoły] zakonne [...] karmelici, oblaci, pallotyni, jezuici i kapucyni.

Peter Raina zapisze relację księdza bez zadawania pytań. Nie podaje w wątpliwość twierdzenia, że świeżo mianowany administrator kościelnej ruiny przy Profesorskiej, duchowny niewygodny nawet dla swoich zwierzchników, miał „ogromny wpływ” na całą gdańską młodzież i że władza dobijała z nim targu bez obecności ordynariusza. Nie zastanawia się, czy ktokolwiek mógł zawrzeć taki układ właśnie 17 grudnia, w dniu gdyńskiej masakry, w środku wprowadzonego na całym Wybrzeżu stanu wyjątkowego, gdy komitet wojewódzki jeszcze się dopalał, gdy na ulicach Trójmiasta trwały starcia, gdy zakłady Warszawy, Wrocławia i Białegostoku przyłączały się kolejno do strajku stoczniowców. Jeżeli w ogóle ktoś ze strony komunistów cokolwiek Jankowskiemu obiecał, to najpewniej Ryszard Berdys w ramach gry operacyjnej ze swoim KO. W zachowanym przez IPN wniosku o nadanie mu stopnia majora MO z 1977 roku przełożony napisze: „W rozwiązywaniu problemów zawodowych [kapitan Berdys] wykazuje wiele pomysłowości, inicjatywy i konsekwencji w działaniu. Posiada wysoką umiejętność w prowadzeniu dialogów operacyjnych z osobami w środowisku [duchownych]”.

Decyzja o zgodzie na odbudowę kościoła Świętej Brygidy nie mogła być oczywiście wydana za darmo. Jeśli oficerowi prowadzącemu nie chodziło o uspokojenie młodzieży, to o co? Być może o ciche pogrzebanie ofiar grudniowej masakry. Władzy zależało na szybkim i okrytym tajemnicą pochówku zamordowanych, bo ich pogrzeby – z tłumami za każdą trumną – mogłyby się stać zarzewiem nowego buntu. Profesor Jerzy Eisler, historyk specjalizujący się w dwudziestowiecznych dziejach Polski, powie potem, że nigdy nie udało się ani jemu, ani nikomu innemu odkryć nazwisk kapłanów, którzy podjęli się pochowania pod osłoną ciemności zmasakrowanych robotników:

– Znalazłem jedynie w archiwach w Gdańsku dokument [świadczący o tym, że] w nocnych pogrzebach ofiar tragedii uczestniczyli duchowni wywodzący się z ruchu księży patriotów.

Chodzi o grupę kapłanów współpracujących z PRL-owską władzą i bezpieką. Początkowo afiliowani przy komunistycznym Związku Bojowników o Wolność i Demokrację, splamieni kolaboracją ze stalinowcami w latach pięćdziesiątych, krótko później stworzyli Zrzeszenie Katolików Caritas. Episkopat surowo zabrania księżom uczestnictwa w tym ruchu, w roku 1970 pseudopatriotów jest już ledwo garstka. Być może ani towarzyszom z WRN, ani esbekom nie udaje się znaleźć w całym Trójmieście wystarczającej liczby kolaborantów gotowych ukradkiem pogrzebać zabitych stoczniowców. Godzi się za to Jankowski i po latach sam o tym powie Peterowi Rainie:

– Brałem udział w tych pogrzebach. Szczególnie utkwił mi w pamięci pogrzeb pana Stojeckiego [piaskarza ze Stoczni Gdańskiej], którego przejechał czołg przy dworcu. Namaszczałem tych ludzi przy bramie [cmentarza, prawdopodobnie przy ulicy Kartuskiej]. To wszystko były dramatyczne, wstrząsające sceny.

Przy latarkach, w zamarzającym deszczu ze śniegiem pochowano wszystkich zabitych przez władze, także Zbyszka Godlewskiego, którego piosenka uczyniła Jankiem Wiśniewskim. Trumny były albo zabite gwoździami, albo zaspawane, dlatego wątpliwe, by Henryk Jankowski mógł kogokolwiek namaszczać. Prawdopodobnie tylko odmawiał modlitwy nad dołami, w których ukryto ciała ofiar.

3.

Osiem dni po masakrze, w wigilię Bożego Narodzenia, ksiądz administrator odprawia w ruinach Świętej Brygidy pierwsze nabożeństwo dla swoich parafian.

– Podczas całego remontu odprawiałem tam msze, bez względu na pogodę – powie później.

30 grudnia 1970 składa wizytę nowemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi. Fakt, że ten były politruk ze stopniem generała dywizji przyjmuje nikomu nieznanego młodego kapłana, jest co najmniej zastanawiający. Nie wiemy jednak, czy i kto ewentualnie Jankowskiego polecił.