Wydawca: HarperCollins Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uzdrowiciel - Sharon Sala

Jonah Grey Wolf jest człowiekiem znikąd - jako roczne dziecko pojawił się w zagadkowy sposób w małej osadzie na Alasce, gdzie przygarnął go miejscowy lekarz. Gdy Jonah dorasta, odkrywa, że ma moce uzdrowicielskie i niezwykły kontakt ze zwierzętami. Kiedy ktoś próbuje go porwać i wykorzystać dla zysku jego talent, Jonah postanawia prowadzić życie wędrowca. Przemierza kraj, nigdzie nie zatrzymując się na dłużej. Wierzy, że w ten sposób zgubi pościg. W górach poznaje tajemniczą Luce. Oboje są samotnikami, ale szybko odnajdują wspólny język, zaczynają nawet snuć marzenia o przyszłości. Niestety prześladowcy Jonaha nadal podążają jego tropem, są coraz bliżej – zdesperowani i gotowi na wszystko....

Opinie o ebooku Uzdrowiciel - Sharon Sala

Fragment ebooka Uzdrowiciel - Sharon Sala

Sharon Sala

Uzdrowiciel

Przełożyła: Klaryssa

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Snow Valley, Alaska, 1977

Drobna, szara wilczyca zatrzymała się na granicy lasu, podniosła łeb, poruszyła nozdrzami. Czuła niebezpieczeństwo, ale musiała ryzykować, sama nie była już w stanie zadbać o potrzeby swojego malca.

Właśnie zapłakał. Polizała go czule po główce, a on natychmiast się uspokoił. Najchętniej położyłaby się teraz gdzieś w zaroślach, odpoczęła, ale czas naglił. Pchnęła malucha nosem i zaczęła schodzić w dolinę.

Wiosenne słońce w Snow Valley było miłą odmianą po długich miesiącach zimy. Trzeba mieć dużą odporność, by wytrzymać tak długi czas bez słońca i bez ciemności. Białe noce potrafią doprowadzić człowieka do szału, ale miejscowi umieli z tym żyć, od wieków nawykli do swojego świata.

Lekki wiatr schodził ze wzgórz do maleńkiej osady, i kobiety, korzystając z ładnej pogody, powywieszały pranie na podwórkach.

Harley Dubois, pilot helikoptera, pochodzący z Biloxi w Mississippi, mieszkał w skromnym domku na południowym skraju osady. Przeniósł się tutaj przed dwunastu laty i teraz uważał się za najprawdziwszego tubylca. W sezonie polowań latał swoim bellem, a kiedy myśliwi wracali do domów, spędzał czas przy whisky i tanich thrillerach.

Doktor Adam Lawson mieszkał na drugim krańcu osady. Przybył tu sześć lat temu, jako lekarz pogotowia. Trzeba było ratować pechowca, któremu zaciął się spust w strzelbie. Miś, potencjalna ofiara pechowego poszukiwacza przygód, też się zaciął i dość paskudnie okaleczył myśliwego. Doktor udzielił rannemu pierwszej pomocy, ekspediował go do szpitala, ale trwało to na tyle długo, że zdążył pokochać miejsce i ludzi. Wrócił do osady wiosną i już tutaj został.

Natomiast Silas Parker, do którego należała cała maleńka osada, mieszkał w piętrowym domu w „centrum”. Na dole był sklepik z mydłem i powidłem, zaś na pięterku małe mieszkanie.

Reszta mieszkańców Snow Valley tutaj się urodziła. Powiadano, że ich przodkowie pojawili się w tej okolicy wcześniej od Boga, ale Adam Lawson miał inne zdanie. To Bóg dał ludziom to miejsce, a oni byli na tyle przytomni, żeby już nie szukać innego. Przyjmowali myśliwych, chodzili z nimi po zaśnieżonych lasach, a wtedy w domach zostawały tylko kobiety z dziećmi.

Teraz, gdy pogoda dopisywała, znowu zostały same i mogły zająć się wiosennymi porządkami. Było ciepło, słonecznie, dzieci wyległy na podwórka, by bawić się na świeżym powietrzu.

Kilkoro grało w piłkę, inne w chowanego, bliźniaki Mały i Buba siedziały na środku drogi i rysowały coś na piasku. Zawiał wiatr. Mały przetarł oczy, próbując usunąć z nich nawiany pył. Buba odwrócił głowę i zerwał się na równe nogi. Nie wierzył własnym oczom. Chwycił brata za włosy, pociągnął.

– Uciekamy, Mały! – wrzasnął w popłochu.

Mały poderwał się błyskawicznie i obaj chłopcy runęli z krzykiem w stronę domu, od którego dzieliło ich może pięćdziesiąt metrów.

– Mama, wilk! – Buba pokazywał rodzicielce groźne zwierzę. Willa też już je dostrzegła.

– Wilk! – krzyknęła, zagarniając dzieci do domu. Inne kobiety też wybiegły po dzieci.

Wilczyca zatrzymała się. Słyszała przerażone krzyki, czuła nosem emanujący z ludzi strach. Rozumiała ostrzeżenie, powinna uciekać, ale maluch wczepiał się z całych sił w jej futro. Zwiesiła głowę i powoli ruszyła dalej.

Silas Parker coś usłyszał. Zaciekawiony zostawił kanki, które miał postawić pod ścianą, i podszedł do frontowych drzwi. Ulicą szła wilczyca.

Mógł być tylko jeden powód takiego niezwykłego zachowania.

Wścieklizna.

Kiedyś widział człowieka umierającego na wściekliznę i nigdy więcej nie chciał oglądać czegoś podobnego.

Chwycił strzelbę leżącą pod ladą, naboje i wrócił na ulicę.

– Chowajcie się do domów! – krzyknął. Nigdy nie był dobrym strzelcem, co oznaczało, że musi podejść bliżej. Jakaś kobieta z bronią pojawiła się na ulicy, minął ją, zbliżył się do wilczycy, podniósł strzelbę.

– Nie strzelaj!

Odwrócił się oszołomiony.

– Co z tobą, Marie?

– Popatrz. – Kobieta wskazała na wilczycę.

– Rany boskie... – zabrakło mu słów. Miał wrażenie, że śni. – Niemożliwe. Matko Przenajświętsza... Dziecko? Marie, też je widzisz czy ja zwariowałem?

Marie wydała jakiś nieartykułowany pomruk, odwróciła się i uciekła. Silas miał ochotę uczynić to samo, ale nie mógł oderwać oczu od dziecka.

Wilczyca szczeknęła.

Silasowi strzelba wypadła z ręki i huknęła o ziemię. Od wilczycy dzieliło go kilkanaście kroków. Podniosła głowę i wpatrywała się w niego.

– Jezu miłosierny... – szepnął i nogi się pod nim ugięły. Dziecko ledwie mogło chodzić, było chudziutkie. Coś trzeba było zrobić. Zaczął krzyczeć, odganiać wilczycę. Zwierzę zrozumiało, że najwyższa pora wycofać się. Popchnęła jeszcze malucha, ten zrobił krok i upadł na ziemię.

Instynkt kazał jej uciekać, ale mały zapłakał. Chciała zbliżyć się do niego, spojrzała na człowieka, odwróciła się i pobiegła w stronę lasu. Teraz zostawiony samemu sobie malec rozpłakał się na dobre. Słyszała jego szlochy, ale zatrzymała się i obejrzała, dopiero gdy dotarła do pierwszych drzew. Podniosła łeb, zawyła przeciągle. Smutny odgłos poniósł się po całej dolinie, odbił echem o stoki wzgórz.

Silas chwycił dziecko w ramiona i najszybciej jak mógł ruszył do domu doktora Lawsona. A dziecko... Dziecko zawyło tak samo jak wilczyca. Silas omal nie wypuścił malca z ramion. Gdyby dzieciak nie trzymał się mocno jego brody, wylądowałby na ziemi.

– Nie płacz mi tylko, mały, nie płacz – uspokoił chłopca Silas. Przyjrzał się uważniej malcowi. Dzieciak miał oczy w kolorze bursztynu, złote oczy z iskierkami światła, prawie takie same jak wilczyca. – A niech cię. Skąd ty się wziąłeś?

Dwa lata później

Adam Lawson siedział na ganku ze swoimi sąsiadami, Wilsonem i Patty Umluck, i obserwował bawiące się dzieci, trójkę sąsiadów i jego małego. Nigdy nie przypuszczał, że on, czterdziestotrzyletni kawaler, będzie wychowywał dziecko i że ten maluch stanie się dla niego taki ważny.

Nazwał go Jonahem Szarym Wilkiem. Teraz chłopiec mógł mieć, jak Adam oceniał, cztery lata i był niezwykle bystrym dzieciakiem, pewnym siebie, rezolutnym i odważnym.

Czując spojrzenie ojca, zaprzestał zabawy i podniósł wzrok. Przez chwilę patrzyli na siebie, a potem wymienili uśmiechy, jakby dzielili ważny sekret, po czym Jonah wrócił do zabawy, buszując w trawie. Podleciał do niego ptak, potem drugi, a mały karmił je ziarnami słonecznika.

Mieszkańców Snow Valley onieśmielał, jego pojawienie się w osadzie było już legendą, tak jak jego relacje z lgnącymi do niego zwierzętami. Miejscowe psy, ale i dzikie zwierzęta, właściwie każda istota szła do niego bez wahania, bez lęku. Zawsze było przy nim jakieś stworzenie, jakby należał do świata natury. To dziecko bez rodziców, bez korzeni, które zjawiło się nie wiadomo skąd i jak, nigdy nie było samo.

Adam nie wiedział, jak to wyjaśnić, i nawet nie próbował, ale dzieciak był wyjątkowy, niezwykły. Powinien przecież umrzeć w górach, pożarty przez wilki, tymczasem przeżył. Władze przez wiele miesięcy próbowały rozwikłać zagadkę jego pochodzenia, odnaleźć rodziców, dojść jego tożsamości, na próżno. Nie rozbił się w okolicy żaden samolot, nie zaginęli żadni turyści czy myśliwi. Nikt nie potrafił wyjaśnić, skąd pojawiło się dziecko przyprowadzone do osady przez wilczycę.

Dorośli siedzieli na ganku, obserwowali zabawę dzieci, a stary pies Adama, Catcher, wpadł do ogrodu, niosąc coś w pysku. Zanim Adam zdążył zareagować, Jonah krzyknął i podskoczył do Catchera.

Pies zatrzymał się, jakby natrafił na niewidzialną ścianę, opuścił łeb, otworzył pysk, rzucając na trawę krwawiącą wiewiórkę.

– O nie – szepnął Adam, wiedząc, jak smutna będzie dla małego konfrontacja z martwym zwierzątkiem. – Jonah, zaczekaj – zawołał i podbiegł do synka, ale ten już trzymał stworzenie w dłoniach.

Wilson i Patty podnieśli się, przygarnęli do siebie swoje dzieci, a Catcher położył się w trawie, oparł pysk na łapach i obserwował pilnie każdy ruch Jonaha.

Adam położył dłoń na ramieniu syna.

– To maleństwo nie żyje. Catcher to tylko pies, upolował je. Psy tak się właśnie zachowują. Zostaw je, połóż na trawie i...

– Nie, tatusiu, ja pomogę tej wiewiórce.

Adamowi kroiło się serce.

– Nie możesz jej już pomóc, Jonah.

Jonah wciągnął głęboko powietrze, a potem dmuchnął. Adama ogarnęła panika. Nie wiedział, co właściwie się dzieje, widział tylko traumę dziecka.

Syn położył zwierzątko na ziemi i zaczął masować małe ciałko. Przegryziona szyja, poharatany brzuszek...

– Jonah, dość tego, to maleństwo... – Słowa zamarły w ustach Adama. Miał do czynienia z czymś niezwykle trudnym, mrocznym, tajemniczym. Dzwoniło mu w uszach, nie słyszał już ptaków, nie słyszał dzięcioła, który siedział na pobliskim drzewie. Patrzył z niedowierzaniem, jak jego syn nachyla się nad wiewiórką.

W pierwszej chwili Adam pomyślał, że zerwał się wietrzyk, ale była to raczej wibracja przechodząca przez całe ciało, jakby ziemia zadrżała pod jego stopami. A może to świat się kończył?

Od Jonaha biło światło, kiedy dotykał brzuszka wiewiórki. Łapki zwierzątka drgnęły. A potem maleństwo zaczęło oddychać. Żona Wilsona, Patty, jęknęła i zmówiła krótką modlitwę, ale Adam nie rozumiał słów, słyszał tylko ich melodię. To zresztą nie miało znaczenia, bo modlitwa wypowiedziana w tej sekundzie w jakimkolwiek języku była jak najbardziej właściwa i odpowiednia.

Jonah zakołysał się na piętach, spojrzał na ojca i uśmiechnął się radośnie. Coś zmieniło się w powietrzu, światło opromieniające małego zniknęło.

– Popatrz, tatusiu, pomogłem jej. Fajnie, prawda?

Adam zdał sobie sprawę, że płacze, dopiero gdy poczuł dłonie syna na policzku.

– Nie bądź smutny, tatku. Z wiewiórką wszystko dobrze. Widzisz? Żyje.

Zwierzątko podniosło się i uciekło, a Adam długo jeszcze nie mógł dojść do siebie. Catcher odprowadził je wzrokiem, a potem spojrzał na Jonaha, jakby czekał na przyzwolenie, że może się ruszyć.

– Żadnych więcej wiewiórek, piesku – oznajmił mały.

Catcher podniósł się, a Adam chwycił syna w ramiona i przygarnął do siebie.

Wilson i Patty przyglądali się chłopcu bez słów, potem zabrali swoje dzieci i zniknęli zdjęci trwogą. Adam nie próbował zatrzymywać znajomych, rozumiał ich reakcję.

– Co to było, Jonah? Coś ty zrobił? – wyszeptał tylko.

– Zrobiłem coś złego, tato?

Adam westchnął. Głos małego drżał, w oczach pojawiły się łzy. Nie chciał, żeby dzieciak teraz cierpiał, wszystko, tylko nie to. Widział, że mały jest przerażony, sam był przerażony jak jeszcze nigdy w życiu.

– Nie, synku, nie zrobiłeś nic złego.

Jonah uspokoił się, otarł łzy, wdrapał się na jego kolana i przytulił mocno.

Siedzieli tak długą chwilę w milczeniu, a Adam szukał słów na to, czego był właśnie świadkiem.

– Jonah?

Mały odchylił głowę i spojrzał ojcu w oczy.

– Tak, tatusiu?

– Jak ty to zrobiłeś?

– Co, tatusiu?

– Jak uratowałeś tę wiewiórkę?

Mały uniósł brwi jakby zdziwiony pytaniem.

– Catcher ją złapał, a ja jej pomogłem, to wszystko.

Adamowi zrobiło się niedobrze. Ciągle nie mógł otrząsnąć się ze zdumienia.

– Robiłeś już coś takiego wcześniej? Pomagałeś zwierzętom?

– Pewnie, ciągle pomagam. Tak jak ty pomagasz ludziom, tatku.

ROZDZIAŁ DRUGI

Wirginia Zachodnia, dziś

Z dogasającego ogniska szedł w niebo dym. Nad ranem powinien chwycić mróz, pojawi się śnieżna szadź.

Przy ognisku pod skałą spał mężczyzna, a na skale powyżej kuguar pożerał upolowanego wcześniej jelenia. W pewnym momencie podniósł łeb, zaczął węszyć, położył uszy po sobie, a z jego gardła wydobył się cichy pomruk.

Mężczyzna obudził się momentalnie, odrzucił pled i zerwał się na równe nogi.

– Spokojnie, mały. Ja też słyszę.

Kuguar mruknął ponownie, właściwie jakby syknął.

Mężczyzna odwrócił się, spojrzał mu w oczy. Przez moment człowiek i wielki kot byli właściwie jednością.

– Idź. Znikaj.

Kuguar chwycił nogę jelenia i odbiegł w las.

Mężczyzna rozejrzał się po niewielkiej polanie, na której spał, poruszył nozdrzami, chwytając wyczuwalne w wieczornym powietrzu zapachy.

Myśliwy, pies, strzelba... Proch, psi zapach, ludzki pot. Człowiek musiał niedawno wypalić ze strzelby.

Mężczyzna zagasił resztki ogniska i zniknął w mroku.

Chock Barrett zatrzymał się pod sosnami i odetchnął głęboko. Wyjął z kieszeni małą latarkę i podświetlił ręczny kompas. Trudno było zachować dokładny kierunek, gdy wędrowało się przez las, wśród wzgórz, w tej dzikiej, słabo zaludnionej części Appalachów, ale chciał za wszelką cenę odszukać człowieka znanego jako Jonah Szary Wilk, a to było warte każdego wysiłku. Należało tylko postępować ostrożnie, nie rzucać się ludziom w oczy, bo odnalezienie Wilka mogłoby zostać potraktowane jako uprowadzenie, a Wilka chciał odnaleźć za wszelką cenę niejaki Bourdain.

Jedyny człowiek, którego uzdrowienia Jonah potem żałował, bo od tamtej pory Bourdain go poszukiwał. Nie szczędził pieniędzy, wynajmował ludzi, jednym słowem robił wszystko, by natrafić na ślad Jonaha Szarego Wilka, uzdrowiciela o cudownych dłoniach.

Barrett schował latarkę, przełożył strzelbę do drugiej ręki i ruszył dalej. Coś raptem poczuł...

Dym? Pies pisnął cicho.

Mężczyzna uśmiechnął się, ukazując pożółkłe od tytoniu zęby. Może wreszcie trafił na ślad, może tym razem będzie miał szczęście. Sięgnął do plecaka, wymacał nabój usypiający, załadował do strzelby, drugi schował do kieszeni. Szedł teraz ostrożnie, cicho w świetle księżyca, między drzewami.

Intruz był blisko. Jonah czuł kwaśny zapach niemytego ciała. Minęła chwila i usłyszał trzask gałęzi, bardzo blisko. Poruszył nozdrzami. Ktoś jest na jego tropie, szuka go.

Zaszeleścił jakiś suchy liść.

Kuguar. Wyczuł, że coś jest nie tak i wrócił.

Jonah nie rozumiał, skąd ten jego kontakt ze zwierzętami, ale akceptował go bez prób wyjaśniania, tak jak akceptował swoją zdolność uzdrawiania. Wszystko to było niezwykłe, dziwne i skomplikowane.

Kuguar wydał cichy dźwięk, sapnięcie, jakby chciał powiedzieć Jonahowi, że jest obok. Dla niewprawnego ucha mogło to zabrzmieć jak leciutkie wionięcie wiatru między drzewami, poruszenie liści.

Jonah spojrzał na swoje obozowisko. Myśliwy, który poczułby dym z wygaszonego ogniska, po prostu poszedłby dalej, jeśli jednak był to ktoś nasłany przez Bourdaina...

Minęła jeszcze chwila i na polanie, w ciemnościach rozświetlanych blaskiem księżyca dojrzał sylwetkę mężczyzny ze strzelbą. Każdy myśliwy nosi strzelbę, zwykła rzecz, pytanie tylko, na co polował akurat ten nocny przybysz.

Mężczyzna zatrzymał się, jego pies szczeknął piskliwie i uciekł między drzewa. Najwyraźniej musiał zwęszyć kuguara. Szkoda, że mężczyzna nie miał równie dobrego węchu, zaoszczędziłoby mu to kłopotów.

Kiedy pies uciekł, mężczyzna zaklął cicho. Jonah przez moment sądził, że i on się wycofa, ale uniósł strzelbę i wycelował w śpiwór Jonaha, pewny, że celuje do śpiącego w nim człowieka.

Jonah drgnął, ale stał bez ruchu. Teraz miał już odpowiedź: w śpiworze, tam gdzie powinna być jego pierś, tkwił pocisk usypiający.

Mężczyzna opuścił strzelbę i podszedł do śpiwora, rozgarnął go lufą, po to tylko, by przekonać się, że jest pusty.

– Co za...

Jonah wyszedł z cienia.

– Nie trafiłeś.

Barrett szarpnął się, jakby to on dostał kulkę, po czym próbował nabić ponownie strzelbę.

– Nie podchodź! – zawołał i wycelował strzelbę w pierś Jonaha. – Ja do ciebie osobiście nic nie mam, ale milion dolarów to duża kasa, takiej okazji nie można przepuścić.

– Nigdy nie dostaniesz tego miliona – powiedział Jonah.

Barrett wyszczerzył zęby.

– Moja strzelba mówi coś innego.

W tej samej chwili odezwał się przyczajony na skale kuguar i jego groźny głos przeszył nocne powietrze. Jonah nie raz już słyszał ten dźwięk, ale zawsze przyprawiał go o ciarki.

Przerażony Barrett uskoczył do tyłu i teraz dopiero zobaczył zwierzę, zaklął straszliwie i skierował strzelbę na wielkiego kota.

– Jeśli go zastrzelisz, zabiję cię.

Barrett ponownie wycelował broń w Jonaha, a wielki kot sprężył się do skoku.

– Jeśli strzelisz do mnie, on cię zabije – dodał Jonah.

– Zamknij się i nie pierdol! – wrzasnął Barrett.

Kot obnażył kły.

Barrett spocił się, trząsł się ze strachu. Nie tak to miało wyglądać. Milion dolarów nie wydawał się już tak nęcący jak jeszcze przed chwilą. Przełknął nerwowo ślinę. Powinien był wyczuć niebezpieczeństwo i wycofać się razem z psem. Nawet w słabej poświacie księżyca mógł dostrzec obnażone zęby kuguara, jego wielką głowę, pazury. Cofnął się, opuścił strzelbę.

– Pójdę już – wyjąkał. – Ja nic do ciebie nie mam – powtórzył. – Bez urazy.

– Przykro mi, ale jest uraza. Skąd mam wiedzieć, że nie wrócisz i nie ponowisz próby?

Barrett już miał coś odpowiedzieć, ale słowa uwięzły mu w gardle, bo oto kuguar zeskoczył ze skalnej półki, przysiadł koło Jonaha i wbił w amatora nagród nieruchome spojrzenie.

– Nie, nie. Na litość boską, nie pozwól mu, żeby się na mnie rzucił. Proszę, nie.

– Jak się nazywasz?

– Chock Barrett.

– Zamknij się już, Barrett.

I Barrett, przerażony, posłusznie zamilkł. Czuł, jak jego krew buzuje w żyłach. Przyrzekł sobie, że jeśli uda się mu wyjść z tego spotkania cało, radykalnie odmieni swoje życie, stanie się innym człowiekiem.

– Rzuć broń – nakazał mu Jonah.

Barrett odrzucił strzelbę, która upadła obok śpiwora.

– A teraz opróżnij kieszenie.

Naboje usypiające znalazły się przy strzelbie.

– Wszystko, co masz – komenderował Jonah.

Barrett zaczął wyjmować kolejne przedmioty, z wyjątkiem kluczyków do samochodu. Kluczyków nie odda za żadne skarby świata.

– To wszystko. Teraz mogę już iść? Nikomu nie powiem, że cię znalazłem, przysięgam.

– Kłamiesz – powiedział Jonah cicho i rozgniótł po kolei wszystkie pociski.

– Ja nie wiedziałem... Mówili, że zwierzęta cię bronią, ale nie myślałem... – Wstrząsnął się. – Jesteś uzdrowicielem, nie pozwolisz, bym zginął – przemawiał błagalnie.

– Pozwolę.

Kuguar wydał ciche, ostrzegawcze prychnięcie.

Barrett trząsł się ze strachu.

– Nie, nie. Przecież ty leczysz ludzi, pomagasz im – skamlał.

– Tylko gdy tego naprawdę chcę.

Po nosie Barretta skapywał teraz pot. Jego ciałem wstrząsały kolejne gwałtowne dreszcze.

Jonah zaczął zbierać swoje rzeczy, pakował się powoli i Barrett pomyślał, że może to już koniec udręki. Chciał podnieść strzelbę, ale kuguar wydał ostrzegawczy pomruk.

– Uspokój go, uspokój – krzyknął Barrett.

Jonah przerwał zwijanie śpiwora, spojrzał na kota.

– Jest wściekły. Na twoim miejscu nie ruszałbym się.

– Ale ty przecież możesz go uspokoić...

Jonah wzruszył ramionami.

– Powiedziałem ci, tylko jeśli zechcę. – Wyjął nabój usypiający wbity w śpiwór i zmiażdżył butem. – A dla ciebie nie mam żadnych ciepłych uczuć, cienia sympatii.

Barrett znowu zadrżał.

– Co zamierzasz?

– Odchodzę stąd. – Jonah zasypał do końca ognisko, założył plecak i ruszył przed siebie.

Barrett nie mógł oddychać z przerażenia, serce podeszło mu do gardła. Drań chce go zostawić z dzikim kotem. O nie!

– Zaczekaj! Zaczekaj! Kuguar! Co z tym kuguarem?

Jonah zatrzymał się, odwrócił.

Wielki kot przywarł do ziemi, gotów w każdej chwili skoczyć.

– Już ci mówiłem, lepiej się nie ruszaj – poradził Jonah i odszedł.

Barrett nie mógł uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Bał się sięgnąć po strzelbę, której mógłby użyć jako pałki, bo przecież nie miał już ani jednego naboju. Kuguar tkwił bez ruchu, on także ani drgnął.

Kiedy Jonah zszedł z góry na autostradę, zaczynało świtać. Natrafił na furgonetkę. Domyślając się, że należy do Barretta, spuścił powietrze ze wszystkich kół.

O ile Barrett nie zrobi nic głupiego, kot go wreszcie zostawi i pójdzie upolować coś do jedzenia. Być może już poszedł i teraz Barrett też schodzi na dół, by wznowić swoje polowanie. Opony bez powietrza będą stanowić spore utrudnienie, ale Jonah wolał nie ryzykować. Milion dolarów to jednak bardzo kusząca suma. Był potwornie zmęczony faktem, że jest ofiarą, zwierzyną łowną.

Mylił się, zakładając, że Barrett podejmie na nowo polowanie. Barrett bowiem był tak przerażony, że niemal skończyło się to zawałem serca. Z drugiej strony to właśnie przerażenie dodawało mu sił. Gdyby stracił przytomność, kuguar zapewne potraktowałby go jako kolację. Od czego zacząłby ucztę? Cała ta sytuacja była niczym koszmarny sen, z którego chciał się obudzić. Kiedy po dwóch długich godzinach kuguar wreszcie się podniósł, Barrett był niemal pewien, że to jego ostatnie chwile. Ale kot okazał mu najwyższe lekceważenie. Zamiast rzucić mu się do gardła, obsikał strzelbę, po czym zniknął. Barrett został sam, nie wierząc, że niebezpieczeństwo minęło. Stał jeszcze dobrą chwilę bez ruchu i nasłuchiwał, czy nie dojdą go jakieś odgłosy.

Błogosławiona cisza.

Zaczął schodzić z góry tą samą drogą, którą przyszedł. Nogi się jeszcze pod nim uginały, a pierś paliła ogniem, ale nie zwalniał tempa. Raz tylko zawadził o jakiś korzeń i wyłożył się jak długi, ryjąc twarzą w jesiennych liściach. Podniósł się szybko i szedł dalej, wypluwając ziemię z ust i płacząc jak dziecko. Dotarł do furgonetki i tu zobaczył, że powietrze we wszystkich oponach jest spuszczone, ale specjalnie się tym nie przejął, ważne, że wydostał się z przeklętych gór. Był gotów pojechać nawet niesprawnym samochodem. Wskoczył za kierownicę, zatrzasnął drzwi. Trząsł się jeszcze, nie mógł uspokoić, nie mógł złapać oddechu. Przypomniał sobie, że w schowku powinien mieć jakiś alkohol. Przydałby mu się porządny łyk czegoś mocniejszego, ale nie znalazł nic poza papierami.

– Cholera – mruknął, otarł łzy rękawem i wyjął komórkę. Marzył teraz, by gdzieś wyjechać, odpocząć, zrobić sobie długie, długie wakacje, ale najpierw musiał wywiązać się z różnych zobowiązań.

Major Bourdain był właśnie zajęty uprawianiem seksualnej gimnastyki z wynajętą długonogą panienką, gdy zadzwonił telefon. Skrzywił się, ale nie przerywał, szkoda mu było tracić interesująco zapowiadający się orgazm. Przy drugim dzwonku jego przywiązana do wezgłowia łóżka dama odruchowo spojrzała na aparat i Bourdain zły, że dama się rozprasza, zamiast skupić całą uwagę na nim i jego działaniach, zwiądł w jednej chwili. Trzeci dzwonek oznaczał, że żadnych rozkoszy nie będzie i należy podnieść słuchawkę. Przy czwartym dzwonku zaklął i stoczył się z partnerki.

– Kto tam? – warknął.

Barrett drgnął. Co on taki wściekły, pomyślał. Gdyby przeżył to, co ja dzisiaj, miałby prawdziwe powody do wściekłości.

– Ja się wycofuję – oznajmił bez wstępów.

Bourdain poderwał się i usiadł na brzegu łóżka.

– Wykluczone – huknął. – Nie będziesz mi się wycofywał.

– Rezygnuję – powtórzył Barrett.

– Mówiłeś przecież...

– Mówiłem, zanim ten drań zabrał mi wszystkie naboje usypiające i podeptał, a potem postraszył kuguarem. Nie dzwoń do mnie więcej. Nigdy. Nie chcę mieć do czynienia z kimś, kto jest bardziej zwierzęciem niż człowiekiem.

Barrett się rozłączył. A zatem mówił jak najbardziej poważnie i nie zamierzał prowadzić żadnych dyskusji.

– Niech to jasna cholera! – Bourdain odwrócił się, rozwiązał ręce panience. – Wynoś się!

Przeszedł do łazienki i zamknął drzwi. Słyszał, jak dziewczyna wstaje, kręci się, szukając swojego ubrania. Stracił wszelką ochotę na seks. Stanął przed wielkim lustrem i przesunął palcem po bliznach na torsie.

Dziesięć lat temu był trupem. Kiedy w czasie wyprawy łowieckiej na Alaskę spotkał się z niedźwiedziem grizzly, sprawy potoczyły się fatalnie. Niedźwiedź rzucił się na niego z dziką furią, potężną łapą wyrwał mu kawał brzucha i Bourdain stracił przytomność. Kiedy się ocknął, zobaczył pochylającego się nad nim młodego Indianina i poczuł przenikający całe ciało żar.

Próbował coś powiedzieć, ale nie mógł dobyć głosu.

Potem w zasięgu wzroku pojawił się jego przyjaciel Dennis Henry. Często polowali razem, jeździli na safari do Afryki, łowili ryby w Zatoce Meksykańskiej, a dzień przed wypadkiem przylecieli z dwoma jeszcze innymi przyjaciółmi na Alaskę, do Snow Valley, żeby zapolować na karibu.

Teraz Dennis patrzył na przyjaciela z takim przerażeniem w oczach, że nagle wszystko wydało się jasne. A więc to już koniec, tak właśnie wygląda śmierć.

Stracił ponownie przytomność i ocknął się dopiero w helikopterze, którym przylecieli wcześniej do Snow Valley. Dennis i pozostali dwaj myśliwi patrzyli na niego, jakby nigdy wcześniej go nie widzieli.

– Dennis?

– Jestem.

– Czy my nie żyjemy? – zapytał Bourdain, a Dennis aż się wzdrygnął na te słowa.

– Żyjemy. Wracamy do Seattle.

– Ale przecież niedźwiedź...?

– Już po niedźwiedziu.

Ostrożnie dotknął brzucha, spodziewając się bandaży, ale brzuch był prawie gładki.

– Zatem żyję, ale nic nie rozumiem. Gdzie rany? Krew? Ból? Boże wielki, nigdy w życiu nie czułem takiego bólu.

Dennis spojrzał na niego jakoś dziwnie i odwrócił wzrok.

– Co jest, do diabła? Dlaczego wszyscy milczycie?

Dennis spuścił głowę, dwaj pozostali zaczęli jakąś banalną rozmowę, ale Major był uparty.

– Cholera, niech ktoś mi wreszcie powie, co się dzieje! Pamiętam, jak mnie tak bestia rozrywała. Trafiłem do piekła?

– Wszystko jest w porządku – odezwał się Dennis. – Zamknij się, Major.

Major odrzucił pled. Ubranie miał zakrwawione, w strzępach, ale rana zniknęła, zostało tylko kilka blizn, które wyglądały, jakby zasklepiły się przed laty.

– O Boże.

– Bóg tu nie ma nic do rzeczy. Doktor akurat był nieosiągalny, więc pojawił się ten Indianin.

– Kto się pojawił? I co się właściwie stało?

– Umierałeś. Nie dało się ściągnąć lekarza, więc pilot helikoptera przywiózł tego młodego człowieka. – Dennis wpatrywał się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem, jakby miał przed oczami nadal tamten obraz. Przesunął dłonią po twarzy i zadrżał. – Podszedł do ciebie bez słowa, Wyciągnął ręce. I... I...

– I co? – dociekał Major.

– Obaj się zajarzyliście jakimś niezwykłym światłem. Patrzyłem, przyglądałem się i ciągle nie wierzę w to, co zobaczyłem.

– Do cholery, Dennis, przestań mówić o świetle, tylko wyduś to wreszcie z siebie.

– On cię uzdrowił. Własnymi rękoma. Bez żadnych instrumentów, bez zakładania szwów, bez transfuzji krwi. Ot tak, po prostu. Miałeś bebechy na wierzchu, a zostało zaledwie parę blizn. Więc zamknij się wreszcie i bądź wdzięczny, że uratował ci życie.

Major nie wiedział, co myśleć, jedno było pewne: rana zniknęła. Usłyszał jeszcze, że za chwilę wylądują.

I rzeczywiście siadali już na lądowisku w Seattle. Na lekko drżących nogach podszedł do swojego samochodu, poczekał, aż przyjaciele zbiorą sprzęt myśliwski. Zanim zdążył pomyśleć, by zapytać pilota o młodego Indianina, helikopter odleciał.

Niezwykłe zdarzenie. Miał wrażenie, że to wszystko mu się przyśniło, że zaraz się obudzi. Spojrzał na zegarek. Polecieli na Alaskę w czwartek, wrócili w sobotę. Nikt nie śni trzy dni bez przerwy.

Myśl, myśl. Polowali na łosia, dobrze to pamiętał. Nabijał właśnie broń i wtedy usłyszał coś za plecami.

Zadrżał na to wspomnienie.

Niedźwiedź. Realny, prawdziwy. A potem rozdzierający ból. Taki ból nie może się przyśnić. Dotknął ponownie blizn. One też były realne.

Przełknął nerwowo ślinę. To nie był sen. Jak zatem wytłumaczyć to, co się zdarzyło? Obejrzał się, szukając wzrokiem Dennisa.

– Dennis.

Przyjaciel pakował właśnie sprzęt do samochodu. Nie był religijny, nie wierzył w nic, czego nie mógłby zobaczyć na własne oczy. Jednak teraz chciał jak najszybciej zapomnieć o tym, co widział na Alasce. Zapomnieć, że znał kiedykolwiek Majora Bourdaina.

– Tak? – odezwał się.

– Ten człowiek, który mnie uzdrowił. Wiadomo może, jak się nazywa?

– Pilot zwracał się do niego Jonah.

– Coś jeszcze?

Dennis wzruszył ramionami.

– Młody, może dwudziestoletni. Długie czarne włosy, ciemna karnacja. Chyba Indianin.

Potem Dennis nigdy już nie chciał rozmawiać na ten temat.

Major wzdrygnął się i odwrócił od lustra. Szukając swojego uzdrowiciela, zabił człowieka. Raz, dawno temu, już go dostał w swoje ręce, ale zwierzęta pomogły mu się wymknąć. Musi być jakiś sposób, żeby go pochwycić. Szary Wilk musi mieć jakieś słabości... Major je odkryje, nie bacząc na cenę. Dopadnie w końcu Jonaha. I będzie żył wiecznie.

Od spotkania Jonaha i Chocka Barretta w lesie minęły dwa dni. Jonah przez dwa dni uważał na każdym kroku, w końcu się upewnił, że Barrett zaprzestał polowania. Mógł znowu poruszać się swobodnie. Kończyło mu się jedzenie, pieniądze. Nie miał najmniejszej ochoty, ale powinien jednak poszukać jakiejś pracy. I miejsca, gdzie mógłby przezimować. Spędzał już niejedną zimę bez stałego schronienia, ale to ciężkie życie. Kiedy spadnie śnieg, dobrze jest mieć dach nad głową, wygodne łóżko i ogień na kominku. Pamiętając o tym, trafił do Little Top w Wirginii Zachodniej, małego miasteczka liczącego trochę ponad dwa tysiące mieszkańców. Zapomniana przez Boga dziura, gdzie powinien być bezpieczny. Jeśli jeszcze znajdzie pracę i jakiś pokój, osiągnie pełnię szczęścia.

Slug Marten napełniał właśnie bak starego forda należącego do Idy Mae Coley, gdy zobaczył obcego. Stacja leżała na skraju miasteczka i Slug przez ostatnich dwadzieścia dziewięć lat widywał wielu ludzi drogi, ale ten był inny, trzymał się prosto, szedł długim równym krokiem, ubrany niepozornie, w zniszczone dżinsy i skórę, mocno zakurzone buty, z gołą głową mimo zimna. Miał ciemną karnację i długie czarne włosy, co Slug odnotował z pewną zazdrością, bo sam od czterech lat był zupełnie łysy.

Odwiesił wąż i ruszył do środka, gdzie czekała już Ida, żeby zapłacić za benzynę. Drogą przejechał listonosz Mark Ahern, który pozdrowił Sluga sygnałem klaksonu. Pracował w miasteczku, ale obsługiwał też okolicę. Było trochę po czwartej, Mark zwykle wcześniej kończył pracę, ale tego dnia miał wyjątkowo dużo listów do rozwiezienia. Slug mu pomachał i wrócił na stację, by przyjąć pieniądze od Idy Mae, a potem odprowadził ją do samochodu. Ida utykała i słabo widziała. Gdyby mieszkała gdzie indziej, już by pewnie nie prowadziła, ale w Little Top, gdzie wszyscy się znali, wszyscy zjeżdżali jej z drogi i przezornie zatrzymywali się na skrzyżowaniach, nawet jeśli mieli pierwszeństwo, ponieważ Ida Mae nie zwracała uwagi na takie drobiazgi.

– Jedź ostrożnie, Ido – powiedział Slug, pomagając jej usadowić się za kierownicą.

– Nie musisz się o mnie martwić, ale dziękuję – mruknęła i wyjechała na drogę, nie patrząc, czy jest pusto. Minęła obcego, który nie zwrócił uwagi na starego forda, bo przyglądał się stacji benzynowej oraz mężczyźnie stojącemu koło dystrybutora, próbując ocenić, czy zostanie dobrze przyjęty. Miał nadzieję, że tak, bo w tej górskiej okolicy miasteczek jest niewiele, a on był zdrożony.

Slug skinął mu głową.

– Co słychać? – zagadnął.

– Trochę dziś zimno. – Jonah podszedł do Sluga.

– Wejdź, napijesz się gorącej kawy.

– Nie mam pieniędzy – odparł Jonah.

Slug nie wahał się ani sekundy.

– Na mój rachunek.

Jonah wszedł za nim do środka i trochę skrzywił się na mieszaninę zapachów: benzyny, tłuszczu i starej kawy, ale w obecnej sytuacji nie wypadało wybrzydzać.

– Jestem Slug Marten – przedstawił się stary i postawił przed Jonahem kubek gorącej kawy, który Jonah przyjął z wdzięcznością.

– Jonah – powiedział miękko i podniósł kubek do ust.

Kawa była gorzka, zawiesista, ale rozgrzewała.

Slug podał mu jeszcze paczkę babeczek.

– Do kawy trzeba zjeść coś słodkiego.

I one zostały przyjęte z wdzięcznością i szybko pochłonięte. Kiedy skończył, wyrzucił opakowanie do kosza, otarł usta.

– Szukam pracy. Nie wiesz, czy u was coś by się nie znalazło?

Slug się zasępił.

– Nie wiem, synu. Tu wszędzie trudno o pracę. Ciężko się ludziom żyje.

Zanim Jonah zdążył cokolwiek powiedzieć, na stację wpadła zadyszana drobna kobieta w czerwonej flanelowej koszuli i dżinsach. Podbiegła do Sluga i chwyciła go za ramię.

– Slug, Slug, musisz mi pomóc. Hobo wpadł w potrzask, nie mogę go uwolnić.

Slug pobladł.

– A niech to, Luce, strasznie mi przykro, ale przecież ten twój potwór nie da mi się do siebie zbliżyć.

Kobieta była zupełnie wytrącona z równowagi, Jonah słyszał to w jej głosie, widział w zachowaniu.

– Ja pomogę – zaofiarował się Jonah.

Lucia Maria Andahar podskoczyła. Była tak zdenerwowana, że wcześniej nie zauważyła Jonaha. Spojrzała na obcego o złotych oczach, brązowej skórze i ciemnych włosach.

– Nie znam cię – rzuciła.

– Ja ciebie też nie znam – odparł spokojnie. – Chcesz pomocy czy nie?

– Jak się nazywasz?

– Jonah.

Luce sięgnęła do kieszeni spodni.

– Mam składany nóż.

Jonah uśmiechnął się.

– Czuję się ostrzeżony.

– Jeśli spróbujesz mnie zaczepiać, już nie żyjesz.

W Luce desperacja walczyła o lepsze z lękiem, ale Hobo tkwił w potrzasku i ktoś musiał go uwolnić. Potrzebowała pomocy.

– Nie zrobię ci krzywdy, możesz mi wierzyć.

Ton jego głosu uspokoił ją.

– Chodź ze mną.

Jonah wziął plecak i ruszył za nią.

Szła szybko w kierunku lasu na zboczu góry. Była drobna, ale biła z niej niezwykła siła. Wspaniała kobieta.

ROZDZIAŁ TRZECI

Starała się nie myśleć, jakie zagrożenie może stanowić ten obcy mężczyzna. Teraz najważniejszy był jej pies, któremu groziło, że wykrwawi się na śmierć. Przedzierali się przez gęste zarośla, pnąc się po stromym zboczu. Nie dało się biec, mimo to Jonah przyspieszył kroku, wyprzedził zaskoczoną Luce.

Co on robi, przecież nie wie, dokąd iść? – pomyślała zdenerwowana. A jednak przekonała się po chwili, że nieznajomy bezbłędnie obiera drogę.

Z daleka było słychać skomlenie Hobo. Obcy musiał usłyszeć je znacznie wcześniej niż ona i szedł w kierunku, z którego dobiegał dźwięk.

Jonah czuł ból rannego zwierzaka. Nie myślał już o tym, że jest zimno, a jego męczy głód i pragnienie. To nie miało żadnego znaczenia, nie teraz. Im bliżej był psa, tym lepiej rozumiał, jak poważna jest sytuacja. Pies płakał, umierał.

W kilka sekund Jonah był już przy nim. Wszędzie wokół było pełno krwi, bo nieszczęsny Hobo usiłował uwolnić się z pułapki. Kiedy zobaczył obcego, szarpnął się i opadł bez sił.

– Spokojnie, mały – przemówił do niego Jonah i pies prawie natychmiast się uspokoił.

Jonah odłożył plecak i uklęknął na skrwawionej ziemi. Hobo usiłował odgryźć sobie tylną łapę, byle się tylko uwolnić.

Na moment ich oczy się spotkały. W psich było tyle bólu, że Jonahowi ścisnęło się serce.

– Wiem – powiedział cicho i ujął głowę psa w dłonie. – Wiem.

Pies zadrżał, ale zaraz polizał rękę Jonaha, wyciszył się, jakby dotyk obcego uśmierzał ból.

– Dasz sobie radę, mały. Trzymaj się, wydostanę cię z potrzasku.

Chwycił metal z obu stron i próbował rozewrzeć. Ogarnęło go dziwne uczucie. Ktokolwiek zastawił tę pułapkę, musiał być podłym człowiekiem, ale teraz nie było czasu o tym myśleć.

Luce po chwili dobiegła na miejsce i opadła na kolana obok Jonaha. Nie rozumiała, dlaczego Hobo, który był prawdziwą zakałą miasteczka, leży tak spokojnie, nie próbuje pokazywać zębów ani kąsać tego obcego człowieka.

– Mogę ci jakoś pomóc?

– Poszukaj czegoś do podważenia zapadki, jakiejś mocnej gałęzi.

Luce natychmiast się zerwała, przez chwilę przeszukiwała poszycie pod drzewami i wróciła z odpowiednią gałęzią.

– Nada się?

Jonah zerknął przez ramię.

– Tak. Chodź tutaj. Kiedy ci powiem, wsuniesz gałąź do potrzasku.

Jonah napiął wszystkie mięśnie, wziął głęboki oddech i pociągnął z całych sił.

– Teraz! – zawołał.

Metalowe zęby wbijały się w palce, raniły do kości.

Kiedy solidna gałąź była już na miejscu, mógł uwolnić psią łapę.

– O, mój Boże – zawołała przerażona Luce. – Twoje palce, strasznie to wygląda, krwawisz.

– To nic takiego.

– Ale ta krew...

Luce wyczuła jakąś zmianę w powietrzu i po chwili usłyszała wycie wilka. Dziwne, bo wilki to raczej nocne zwierzęta. Nie potrzebowali teraz spotkania z wilkiem, kiedy Hobo nie mógł się bronić.

Spojrzała na dłonie Jonaha. Po ranach nie było śladu, skóra znowu była nienaruszona. Luce zaczęła wątpić, czy to wszystko dzieje się naprawdę.

Hobo leżał z przeraźliwie poharataną łapą, nie przestawał krwawić.

Luce zrobiło się niedobrze. Jeszcze nigdy w życiu tak się o nikogo nie bała. Miała tylko jego jednego na świecie i nie wyobrażała sobie życia bez niego.

Położyła mu dłoń na głowie, a on poskarżył się cicho, zaskomlił. Krew nadal nie krzepła, oczy były szkliste na skutek bólu i szoku. Oczy Jonaha wydawały się dziwnie roziskrzone. Luce zaparło dech w piersiach, przez moment miała wrażenie, że patrzy w oczy dzikiego zwierzęcia, nie człowieka. Potem odwrócił głowę i świat jakby stanął w miejscu, las zamarł, ucichł. Powietrze, chłodne i rześkie, zrobiło się ciężkie, tak że rudno było oddychać. Zobaczyła, jak mężczyzna kładzie dłonie na ranie. Ciągle głaskała głowę Hobo, gdy poczuła nieznośny, parzący żar. Gwałtownie cofnęła rękę. Grunt zadrżał. Jonah zrozumiał, że przekazuje jej w jakiś sposób swoją energię. Odepchnął ją i Luce, zaskoczona, przewróciła się na plecy. Nie powinna tego widzieć, a jednak patrzyła, widziała aurę otaczającą Jonaha, czuła wibrację drzew. A potem spojrzała na Hobo. Wielkie biało-rude psisko było całe i zdrowe, tylko mocno oszołomione tym, co się wydarzyło. Luce wsparła dłonie na biodrach, przeszły ją ciarki.

– Jak mówiłeś, że się nazywasz?

– Jonah Szary Wilk. A ty, mała wojowniczko?

Luce zaczerwieniła się.

– Lucia Maria Andahar, ale wszyscy mówią do mnie Luce.

Tak, była twarda, to się czuło. Twarda, dzielna, spokojna.

Dotknęła medalika ze świętym Krzysztofem, który nosiła na szyi, ale nie spuszczała wzroku z twarzy Jonaha. Dopiero teraz mogła mu się lepiej przyjrzeć. Regularne, wyraziste rysy, czarne, lśniące włosy, podobna jak u niej ciemna cera, ale musiał być Indianinem, nie Latynosem. Wargi lekko drgnęły, jakby miał ochotę się uśmiechnąć. Złoto-bursztynowe oczy, napawające ją wcześniej lękiem, teraz spoglądały łagodnie. No i to, co zrobił dla Hobo...

Luce przemknęła przez głowę niezwykła myśl.

– Jesteś aniołem, prawda? – zagadnęła.

– Nie jestem aniołem – odpowiedział łagodnie. – Nie spadłem z nieba. Jestem znikąd – dodał po chwili zastanowienia.

– Jak się tego nauczyłeś?

– Nie wiem – odparł Jonah i rozejrzał się za swoim plecakiem. Dojrzał go, podniósł i zarzucił na ramiona.

– Odchodzisz? – zapytała Luce.

– Nie jestem ci już potrzebny.

Czy to było przeczucie, czy ostrzeżenie? Luce po prostu święcie wierzyła, że jeśli nigdy już nie zobaczy tego człowieka, nie przeboleje tej straty. Spojrzała na niebo. Słońce już zachodziło, zapadał zmierzch.

– Zanim zejdziesz do miasta, zrobi się ciemno.

– Ja zawsze sypiam pod ciemnym niebem – odpowiedział miękko.

Luce przestąpiła z nogi na nogę, westchnęła głęboko.

– Nie wiem, dlaczego to mówię, bo instynkt i intuicja podpowiadają mi, że powinnam pozwolić ci odejść.

Jonahowi drgnęło serce, wiedział, co Luce powie, widział to w jej oczach. Co byłoby z nimi dwojgiem za parę lat, za wiele lat? Jak by żyli? Czy mógł ryzykować jej bezpieczeństwo i swoją niezależność? Czekał, to ona musiała przemówić.

Spojrzała w jego oczy i nagle odniosła wrażenie, że śni. Widziała ich razem, w łóżku i przy stole. Dzielących łzy i śmiech. Te sceny emanowały poczuciem niebezpieczeństwa. Ocknęła się, czar prysł.

Jonah był zdumiony, że na milczenie Luce zareagował zawodem, rozczarowaniem. Skinął powoli głową, jakby akceptował jej decyzję, i odwrócił się, by odejść.

– Zaczekaj – zawołała za nim. – Dokąd idziesz?

– Nigdzie.

– Co cię sprowadziło do miasteczka?

– Szukam pracy, miejsca, gdzie mógłbym złożyć głowę.

Luce ogarnęła panika, ale musiała to powiedzieć.

– Chyba wiem o czymś, ale musiałbyś zaczekać do jutra. Jeśli przyjmiesz zaproszenie, możesz przenocować, dostaniesz kolację i ciepłe łóżko.

To było znacznie więcej, niż oczekiwał.

– Przyjmę zaproszenie.

– Chodź za mną. – Gwizdnęła na Hobo i zaczęła się piąć po zboczu, z psem u nogi. Jonah szedł za nimi.

Po kilku minutach wyszli na polanę.

– Jesteśmy.

Jonah patrzył zachwycony na mały słodki domek, z ganeczkiem, okiennicami, stromym dachem. Do drzwi wiodła kamienna ścieżka, po bokach stały skrzynki, teraz oczywiście pozbawione kwiatów.

– To twój dom?

– Nie. Ja mam tylko to, co na grzbiecie. Nawet Hobo jest panem samego siebie. Mieszka ze mną, bo tak wybrał, a nie dlatego, że jestem jego właścicielką. Domek należy do Bridie Tuesday, starszej pani, która mieszka jeszcze trochę wyżej. Pozwala mi tu mieszkać, a ja jej pomagam, w czym mogę i kiedy mogę. A pracuję jako kelnerka w skromnej knajpce, na dole, w Little Top.

Luce zadrżała pod powiewem zimnego wiatru.

– Chodźmy do środka, nie stójmy na tym chłodzie.

Ktoś, kto zbudował ten dom, zadbał o wygodny rozkład pomieszczeń. W pokojach były lampki oliwne i świece, ale Luce zapaliła światła.

– Masz elektryczność?

– Mam też bieżącą wodę, termę elektryczną.

– Ślicznie tutaj.

– Prawda? Bridie mieszkała tutaj trzydzieści lat, a potem zbudowała większy dom, wyżej na stoku. Chodź za mną – powiedziała, trochę skrępowana obecnością zupełnie obcego człowieka w domu. – Pokażę ci, gdzie będziesz spać.

Luce poprowadziła go z bawialni do małego przedpokoju. Otworzyła jedne drzwi, zapaliła światło i cofnęła się. Jonah wyczuwał jej skrępowanie, ale nie wiedział, co powiedzieć, żeby poczuła się swobodniej. Wszedł do pokoju. Było tu metalowe łóżko, staroświecka szafa i niewielki stolik. Na podłodze leżał szmaciany dywanik mieniący się wszystkimi kolorami, na ścianie nad stolikiem półka z niewielkim zbiorem książek.

Luce włożyła ręce do kieszeni, ale zaraz je wyjęła i splotła z tyłu.

– Nikt tu nie sypia. Pościel jest czysta, chociaż zmieniana już jakiś czas temu. Gdyby było ci zimno w nocy, w szafie jest dodatkowa kapa. Rozgość się, a ja tymczasem przygotuję kolację.

– Bardzo ci dziękuję za gościnę.

– Też żyłam kiedyś w drodze, jak ty. Pomogłeś mi, chciałam się jakoś odwdzięczyć. Łazienka jest obok, gdybyś chciał się odświeżyć. W szafie znajdziesz ręczniki i myjkę. Czuj się jak u siebie.

Jonah chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił. Co właściwie mógłby jeszcze dodać?

Postawił plecak na podłodze koło szafy, wyjął czyste ubranie, ręczniki, myjkę i poszedł do niewielkiej łazienki ze staroświecką wanną na wygiętych nogach, długą i głęboką, w której świetnie się wypoczywa po trudach całego dnia. Po chwili moczył się w wodzie, wdychając miły zapach mydła Luce. Skorzystał też z jej szamponu. Taki to był luksus, że nie chciało mu się wychodzić z wody, ale czekał na niego ciepły posiłek, a on już nie pamiętał, kiedy ktoś zaprosił go do stołu.

Wypuścił wodę z wanny i wstał. Kiedy zaczął się wycierać, Luce zapukała do drzwi.

– Kolacja będzie za pięć minut.

– Zaraz wychodzę – zawołał.

Z kuchni dochodziły już apetyczne zapachy i Jonahowi z głodu zaburczało w żołądku. Znowu pomyślał, że od wieków nie jadł porządnego ciepłego posiłku. Odwiesił ręcznik, myjkę, zabrał brudne ubranie i rzucił na podłogę w swoim pokoju. Przeszedł do głównego pokoju, gdy Luce wyjmowała właśnie jedzenie z piekarnika.

– Pomogę ci. – Odebrał od niej duży garnek i postawił na stole. – Jeśli to smakuje tak samo jak pachnie, jestem w niebie.

Luce ta pochwała sprawiła prawdziwą przyjemność. Nie pamiętała już, kiedy ktoś ją chwalił, nie próbując wskoczyć do jej łóżka. Zaraz się zachmurzyła, bo kto powiedział, że jej gość jest inny? Zaprosiła go do domu, chociaż nic o nim nie wiedziała. Poza tym, że uratował Hobo, który teraz wygrzewał się przy kominku. Jednak człowiek, który ma dar życia w dłoniach, nie może być zły.

– To tylko zupa jarzynowa. Siadaj, przyniosę chleb i miód. – Wyjęła z piekarnika formę z chlebem kukurydzianym, a Jonah na chwilę zamknął oczy, rozkoszując się zapachami i ciepłem domu Luce.

Zapytała go, czy jest aniołem, ale to ona miała skrzydła. To jedzenie, ten przytulny mały domek... Czuł się jak w niebie.

Kiedy otworzył oczy, Luce napełniała jego miskę zupą.

Drżącą dłonią sięgnął po kawałek ciepłego chleba, ugryzł pierwszy kęs i zadrżał.

– Dobrze się czujesz? – zaniepokoiła się Luce i zaraz zmieszała. – Przepraszam, idiotyczne pytanie do człowieka, który jest cudotwórcą.

Jonah podniósł wzrok.

– Nie... ja tylko... od dawna... – Nie rozklejaj się, nie dukaj, mów jasno. – Od bardzo dawna nie byłem w prawdziwym domu.

Luce była ciekawa, co go wypchnęło na drogę, skazało na tułaczkę, ale nie śmiała pytać. Nalała sobie zupy i posmarowała chleb.

Hobo przeprowadził inspekcję stołu, potem zajął się swoją kością. Od czasu do czasu dotykał nosem rozharatanej po południu nogi, choć nie było to już konieczne. Nie było rany, minął ból, została tylko pamięć. I człowiek, który go uratował. Dla psa to naprawdę dużo.

Jedli w milczeniu, do rozmowy wrócili, kiedy już zaspokoili pierwszy głód.

– Skąd jesteś? – zagadnęła Luce.

Na wspomnienie maleńkiej osady na Alasce, w której się wychował, wrócił dawny ból.

– Z Alaski.

Oczy Luce rozszerzyły się.

– To prawda, że przez pół roku mają tam białe noce?

Jonah uśmiechnął się.

– Mniej więcej.

– Masz tam rodzinę?

Wrócił myślami do Adama. Kiedy go widział po raz ostatni, leżał na podłodze w kuchni w kałuży krwi.

– Mój ojciec, właściwie przybrany ojciec, był lekarzem. Nie żyje już.

Przybrany ojciec? To zaintrygowało Luce.

– A twoi naturalni rodzice?

– Nie mam pojęcia, kim byli. – Nie chciał opowiadać, że wykarmiła go wilczyca i w jaki sposób się o tym dowiedział. W obawie, że pytania za chwilę staną się zbyt osobiste, szybko przejął inicjatywę.

– A ty? Skąd jesteś i jak się znalazłaś w Little Top? Sama jedna...

– Nie jestem sama. Dzięki tobie mam ciągle mojego Hobo.

Jonah wyczuł, że Luce coś ukrywa. Czyżby uciekała przed kimś lub przed czymś?

– Gdzie się wychowałaś?

Twarz Luce rozpogodziła się.

– W barrio w Los Angeles. Tata prowadził kafejkę, a mama sprzątała w bogatych domach. Byłam najmłodsza z czwórki rodzeństwa. Żyliśmy skromnie, ale to było wspaniałe życie.

Jonah wyczuł jej smutek, zanim jeszcze Luce zdążyła dokończyć swoją opowieść.

– Latem zawsze jeździliśmy do Teksasu, do rodziny mamy. Kiedy miałam czternaście lat... Byliśmy w drodze na wakacje i jechaliśmy właśnie przez Nowy Meksyk. Wszyscy zasnęliśmy. Wiem tyle, ile mi opowiedziano. Zderzyliśmy się czołowo z ciężarówką. Wszyscy zginęli, tylko ja przeżyłam – dokończyła ze ściśniętym gardłem i upiła łyk wody.

Jonah westchnął. Do tej pory nie mogła zapomnieć. Jej cierpienie było tak głębokie i tak świeże jak w tamtych strasznych dniach.

– Przykro mi – powiedział cicho.

Luce wzruszyła ramionami.

– Mnie też. – Uniosła brodę. – Mieszkałam u ciotki i wuja. Odeszłam na swoje, kiedy miałam szesnaście lat i od tamtego czasu ich nie widziałam.

– Dlaczego zerwałaś z rodziną?

Twarz Luce na moment stężała.

– Powiedzmy, że miałam dość zalotów wuja.

Jonah drgnął.

– Jeszcze raz... bardzo mi przykro.

– Daj spokój. Dość rozmów o przeszłości. – Podniosła się gwałtownie. – Zmyję naczynia.

– W czym ci pomóc?

– Możesz przynieść trochę drzewa do kominka. Znajdziesz je na lewo od ganku.

Rozmowa otworzyła stare rany, jej i jego. Resztę wieczoru spędzili w milczeniu. Za każdym razem, gdy Jonah szedł po naręcze polan, Hobo wiernie mu towarzyszył.

Jonah wnosił właśnie ostatnie naręcze drewna, gdy zaczęło padać.

– Myślałam, że deszcz nas ominie. Będę jutro brnęła do pracy w potwornym błocie.

– Nie masz samochodu?

Luce wzruszyła ramionami

– Nie na wiele by mi się przydał. Nigdy nie nauczyłam się prowadzić.

Jonah spochmurniał, przypomniał sobie, że Luce jest kelnerką w taniej restauracji w Little Top. Ułożył ostatnie polana koło kominka i rozejrzał się po wnętrzu pełniącym rolę i pokoju dziennego, i kuchni. Meble były stare, ale funkcjonalne, panował idealny porządek, wszystko lśniło czystością. Nigdzie nie dostrzegł jednak pralki ani suszarki.

– Nosisz pranie do pralni w miasteczku? – zainteresował się.

– Na szczęście nie. Za tą niebieską kotarą w kuchni stoi pralka z suszarką. Jeśli masz coś do uprania, proszę bardzo, nie krępuj się.

– Dziękuję.

Luce westchnęła.

– Nie, to ja ci dziękuję za Hobo – powiedziała i wiedziona odruchem położyła mu dłoń na piersi.

Najpierw słyszała tylko równe bicie serca, a potem jakby w nią piorun strzelił. Nie mogła oddychać, zaczerpnąć powietrza. Przed oczami zawirowały wszystkie kolory tęczy, potem miała wrażenie, że tonie, zanurza się w otchłań. Chciała coś powiedzieć, ale język był jak kołek. Wydawało jej się, że traci zmysły, całe ciało przeszył dreszcz orgazmu, nogi się pod nią ugięły... Gdyby Jonah jej nie chwycił, upadłaby.

Był wstrząśnięty jej gwałtowną reakcją. Żadne z nich nie wiedziało, co się właściwie stało, co jest między nimi. Jonah miewał kobiety, ale nigdy nie było to nic więcej poza zaspokojeniem potrzeb seksualnych. Teraz natomiast miał wrażenie, że na moment przestał być sobą. Oboje trwali w oszołomieniu, nie mogli uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę. Luce nie wiedziała, czy ma czuć zakłopotanie czy też prosić o więcej.

– Co się stało? – szepnęła.

Jonah pokręcił głową.

– Nie wiem... Ja nigdy... Wybacz. Nie zrobiłem tego rozmyślnie.

Luce przegarnęła włosy, wygładziła spódnicę. Całe ciało było tak pobudzone, że materiał sprawiał jej ból.

Cofnęła się o krok, potem o jeszcze jeden.

– Dobry Boże.

Jonah nie mógł dojść do siebie. Nigdy nie był człowiekiem trapionym wątpliwościami, widział więcej niż inni, miał jakąś zwierzęcą intuicję i akceptował tę część swojej osoby. Ale coś takiego...

Luce była przerażona, a on uniósł dłonie, jakby prosił o wybaczenie.

– Proszę, nie musisz się mnie bać. Ja nigdy bym... – Przesunął drżącą dłonią po twarzy. – Jeśli nie ma nic więcej do roboty, pójdę już do swojego pokoju. I jeszcze raz ci dziękuję, że nie muszę spędzać nocy pod gołym niebem.

Odszedł pospiesznie, zanim Luce mogła go zatrzymać. Nie wiedziała, co zaszło między nimi, ale miało to potęgę burzy.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kładł się do łóżka rozbity, wytrącony z równowagi. Nigdy tak nie reagował na żadną kobietę, dopiero teraz na Luce. To było coś więcej niż energia fizyczna czy chemia. Nigdy nie wierzył w pokrewieństwo dusz, ale teraz już nie był taki pewien. Dziwne, ale zastanawianie się nad przyszłością cofało jego myśli w przeszłość. Nieczęsto wspominał Snow Valley, niektóre sprawy były zbyt bolesne, wolał do nich nie wracać. Jednak dzisiaj przyśnił mu się tamten dzień, kiedy jego świat runął.

Gdyby można było cofnąć czas, nigdy nie wsiadłby do helikoptera z Harleyem Dubois i nie poleciał do obozu myśliwskiego Wilsona Tinglinga. Wiadomość od Wilsona była nagląca, a sprawa wyglądała poważnie. Jeden z myśliwych, których był przewodnikiem, został zaatakowany przez niedźwiedzia grizzly, a doktor Adam Lawson znajdował się daleko, odbierał właśnie poród o dwie godziny drogi od miejsca wypadku.

Gdyby Jonah wiedział, co go czeka, nie wsiadłby do helikoptera, żeby ratować koszmarnie pokiereszowanego turystę. Przywrócił temu człowiekowi życie, przyczyniając się do śmierci ojca, ale skąd mógł wiedzieć, co się stanie? Zresztą Adam był pierwszym, który nalegał, by Jonah poleciał. Wspomnienie powracało w snach, tragiczne, straszne, trudne do zniesienia.

Zaczynało się od chmary much na siatkowych drzwiach prowadzących do kuchni. Potem krew. Jej metaliczny zapach. Gęsta, lepka, zakrzepła kałuża. Ojciec leżący na podłodze i jedno słowo wypisane w kałuży jego krwi.

UCIEKAJ

Nie musiał nawet sprawdzać, wiedział, że ojciec nie żyje od pewnego czasu i już nikt nie może mu pomóc.

Zanim zdołał ogarnąć myślą koszmar, który miał przed oczami, usłyszał kroki. Odwrócił się i zobaczył wchodzących z salonu trzech zamaskowanych, ubranych na czarno mężczyzn.

Nie miał pojęcia, kim są, po co przyszli, ale instynkt samozachowawczy i ostatnie ostrzeżenie Adama podpowiedziały mu, co robić. Rzucił się ku drzwiom. Uderzył dłonią w drzwi siatkowe, chmara much wzbiła się w powietrze. Wypadł jak oszalały na ganek. Jego serce krwawiło, jego świat runął.

Za sobą słyszał głosy morderców. Krzyczeli, by go pochwycić.

Nie pobiegł do bramy, tylko przerzucił się przez wysoki na metr drewniany płot i gnał dalej. Nie miał pojęcia, jak wyczuły, że jest w niebezpieczeństwie, ale zobaczył watahę wilków. Miał nadzieję, że pomogą mu umknąć.

Kiedy przebiegał koło otwartych drzwi kuchennych sąsiada, usłyszał wołanie:

– Jonah, co się stało?

Thomas Klingkit, z którym Jonah często wybierał się na ryby. Zdążył mu tylko krzyknąć:

– Padnij!

Nawet nie miał czasu spojrzeć, czy Thomas go usłuchał, biegł dalej. Ku swemu przerażeniu usłyszał strzał i głośny krzyk.

Serce podeszło mu do gardła, Thomas dostał kulę, a on nie mógł mu pomóc, musiał biec dalej.

Wilki były już blisko.

Wiedział, że one zaatakują każdego, nie dbając o własne bezpieczeństwo, ale ci mężczyźni byli uzbrojeni, dlatego mieli przewagę.

Rozległ się kolejny strzał, i Jonah poczuł przeszywający ból w ramieniu. Zachwiał się, upadł. Wilki natychmiast go otoczyły. Przetoczył się na plecy, chciał wstać, ale wilki otoczyły go tak ciasnym kręgiem, że nie mógł się ruszyć.

Mordercy go dogonili, ale widząc wilki, nie wiedzieli, co robić. Jeśli zaczną strzelać do zwierząt, zginie i Jonah, a był wart dla ich szefa ogromne pieniądze, musiał przeżyć. Jeden z morderców po prostu spieprzył sprawę, celując do niego.

Kiedy jeden z wilków ruszył do ataku, któryś z napastników strzelił. Wielki basior padł na ziemię. Jonah poczuł jego krew na twarzy.

– Nie strzelać, nie strzelać – zawołał, ale ten mężczyzna znowu uniósł broń, na szczęście kompan chwycił go za rękę.

– Do diabła, Hicks, słyszałeś, co mówił Bourdain? Mamy przywieźć go bez jednego zadrapania. Jak myślisz, co ci powie, kiedy usłyszy, że rozwaliłeś chłopakowi ramię?

– Odwołaj te wilki! Każ im odejść! – Hicks wpadł już w panikę. – Każ im odejść albo wybiję całą watahę.

– Idźcie – poprosił Jonah.

Wilki jeszcze się ociągały, wahały, w końcu jednak usłuchały Jonaha i zwartą gromadą odeszły do lasu.

– Kim jesteście? – zwrócił się do morderców. – Czego ode mnie chcecie?

– Nie zadawaj pytań.

– Zabiliście mojego ojca.

– Nie chciał współpracować.

Ludzie bezradnie przyglądali się z okien, jak Jonah jest wrzucany do helikoptera.

Kiedy helikopter się uniósł, pobiegli do domu Adama Lawsona, ale nikt już nie mógł pomóc Adamowi. Dopiero teraz zdali sobie sprawę, że przez swoją bierność stracili lekarza i uzdrowiciela.

Sen spychał Jonaha w coraz głębsze kręgi piekła. Hobo to wyczuł, bo zaskomlał, podniósł się ze swojego posłania przy kominku i ułożył pod drzwiami Jonaha.

Luce nie mogła spać. Kręciła się, rzucała, wreszcie wstała i wyszła na ganek. Deszcz przestał już padać, pojawiła się mgła. Luce zadrżała, objęła się ramionami, spojrzała ku pobliskim drzewom. Nigdy nie mogła wiedzieć, czy on tam nie stoi i nie patrzy...

Od pięciu miesięcy żyła w ustawicznym strachu, a to odciskało ślad na psychice. Była coraz bardziej rozstrojona, coraz bardziej podatna na stres.