Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 208

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Uzdrowiciel - Antti Tuomainen

Przyszłość. Na świecie nastąpiły nieodwracalne zmiany klimatyczne i jedynym możliwym jeszcze miejscem do życia jest daleka północ. Helsinki nęka półroczna pora deszczowa. Wiele dzielnic zdewastowały powodzie, powoli kończą się zapasy wody pitnej i jedzenia, a po mieście grasuje morderca o pseudonimie Uzdrowiciel, który w ramach zemsty za zmiany klimatyczne zabija prezesów korporacji i ich rodziny.

Podczas zbierania materiałów do reportażu na ten temat, na dwa dni przed Wigilią znika dziennikarka helsińskiej gazety, Johanna Lehtinen. Jej zaginięcie niepokoi jedynie jej męża, mało znanego poetę, Tapio Lehtinena. Ponieważ zarówno przełożony Johanny, jak i policja mają związane ręce, mężczyzna samotnie wyrusza na poszukiwania. Po nitce do kłębka odkrywa, że jego ukochaną i głównego podejrzanego – uznanego za zmarłego studenta medycyny Pasiego Tarkiainena, łączyło kiedyś uczucie, a najlepsi przyjaciele coś ukrywają…

Opinie o ebooku Uzdrowiciel - Antti Tuomainen

Fragment ebooka Uzdrowiciel - Antti Tuomainen

Wydanie elektroniczne

O książce

Nieodległa przyszłość. Świat chyli się ku upadkowi powodowanemu przez nieodwracalne zmiany klimatyczne. Helsinki nęka półroczna pora deszczowa. Tunele metra są zalane wodą, wiele dzielnic zdewastowały powodzie, stopniowo kończą się zapasy wody pitnej i jedzenia. Miasto terroryzuje nieuchwytny seryjny morderca używający pseudonimu Uzdrowiciel, który w ramach zemsty za globalną katastrofę ekologiczną zabija prezesów korporacji przemysłowych oraz ich rodziny. Z powodu braków kadrowych policja nie jest w stanie prowadzić większości najważniejszych śledztw; jej rolę w zapewnianiu bezpieczeństwa obywatelom przejmują prywatne firmy ochroniarskie.

Dwa dni przed Wigilią w niejasnych okolicznościach znika Johanna Lehtinen, dziennikarka helsińskiej gazety, która zbierała materiał do artykułu o Uzdrowicielu. Zaginięcie kobiety niepokoi jedynie jej męża, mało znanego poetę, Tapio Lehtinena. Zarówno przełożony Johanny, jak policja mają związane ręce. Poeta wyrusza więc sam na poszukiwanie ukochanej. Po nitce do kłębka odkrywa nieznane fakty z przeszłości żony. Johannę i człowieka uważanego przez policję za głównego podejrzanego w śledztwie dotyczącym Uzdrowiciela – studenta medycyny Pasiego Tarkiainena, przed pięcioma laty uznanego za zmarłego, którego ślady genetyczne odkryto na miejscach zbrodni – łączyło kiedyś uczucie. Wbrew wszelkim przeciwnościom i niebezpieczeństwu na jakie się naraża, Tapio nie traci nadziei, że odzyska Johannę. W upadającym świecie nadzieja to jedyne, co mu pozostało…

ANTTI TUOMAINEN

Pisarz fiński. Zanim poświęcił się karierze literackiej był copywriterem w agencji reklamowej. Debiutował w 2006 powieścią Tappaja, toivoakseni; potem opublikował jeszcze 3 książki: Veljeni vartija, Uzdrowiciel i Synkkä niin kuin sydämeni (Czarne jak moje serce). W 2011 Uzdrowiciel zdobył tytuł Najlepszej Fińskiej Powieści Kryminalnej oraz nominację do prestiżowej skandynawskiej Nagrody Szklanego Klucza.

www.anttituomainen.com

Tego autora

UZDROWICIEL

CZARNE JAKO MOJE SERCE

Tytuł oryginału:

PARANTAJA

Copyright © Antti Tuomainen 2010

All rights reserved

Published by arrangement with Salomonsson Agency, Sweden

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2013

Polish translation copyright © Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher 2013

Książka wydana przy wsparciu finansowym FILI – Finnish Literature Exchange

Redakcja: Anna Magierska

Zdjęcie na okładce: InnervisionArt/Shutterstock

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-194-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Anu

DWA DNI DO WIGILII

1

Wybór miałem niewielki: całkowitą pewność, że najgorsze już się zdarzyło, albo narastający z każdą chwilą strach? Szybkie załamanie lub powolne, dręczące kruszenie?

Autobus gwałtownie zmienił pas, otrząsnąłem się z zadumy i podniosłem wzrok.

Żółto-czarne płomienie lizały filar, wokół którego zawinął się minibus. Wyglądało na to, że samochód pękł na pół i oplótł słup niczym żebrząca o odrobinę uczucia kochanka. Żaden samochód nawet nie zwolnił, nie wspominając o zatrzymaniu się: w locie zmieniały pas, aby z daleka ominąć płonące auto.

Podobnie postąpił kierowca mojego autobusu.

Rozpiąłem przemoczoną od deszczu pikowaną kurtkę i z kieszeni na piersi wyjąłem paczkę chusteczek. Skostniałymi palcami wyciągnąłem jedną i wytarłem twarz oraz włosy. W mgnieniu oka zrobiła się całkiem mokra. Zmiętą wcisnąłem do kieszeni, strząsnąłem krople wody z kurtki i wyciągnąłem komórkę z kieszeni spodni. Znów spróbowałem połączyć się z Johanną.

Abonent czasowo niedostępny.

Tunel metra zamknięto z powodu zalania na odcinku Sörnäinen – Keilaniemi. Pociąg zatrzymał się na wcześniejszej stacji, więc po dwudziestu minutach moknięcia w strugach deszczu wsiadłem do autobusu.

Płonący samochód został w tyle, a ja znów spojrzałem na wiadomości, które pojawiały się na ekranie wyświetlacza przyczepionego do pancernej szyby kabiny kierowcy. Hiszpania i południowe Włochy oficjalnie pozostawione samym sobie. W zalewanym przez morze Bangladeszu wybuchła epidemia dżumy, która mogła się rozprzestrzenić na całą Azję. Spór Indii i Chin o zasoby wodne Himalajów przekształcił się w wojnę. W odpowiedzi na zamknięcie przez Stany Zjednoczone granicy meksykańskie kartele narkotykowe wycelowały pociski odrzutowe w Los Angeles i San Diego. Wciąż nie udało się ugasić pożaru lasów amazońskich, chociaż za pomocą ładunków wybuchowych zmieniono koryta rzek, by odizolować płonące tereny od pozostałych obszarów.

Liczba wojen i konfliktów zbrojnych na terenie Unii Europejskiej: 13, większość na granicach.

Szacowana liczba uchodźców klimatycznych na całej kuli ziemskiej: 650–800 milionów.

Ostrzeżenia przed pandemiami: H3N3, malaria, gruźlica, ebola, dżuma.

Na pocieszenie: nowa Miss Finlandii wierzy, że wiosną wszystko się ułoży.

Popatrzyłem za okno, gdzie od kilku miesięcy niezmiennie padał deszcz. Od września opady nie ustawały. Nadmorskie dzielnice Helsinek raz po raz zalewała woda, wielu mieszkańców poddało się i ostatecznie opuściło swoje domy.

Mieszkania nie stały jednak długo puste. Zgniłe, wilgotne i zalane, doskonale nadały się na schronienie dla setek tysięcy uchodźców. Choć odcięto im prąd, nocą rozbłyskiwały od ognisk i palenisk, na których przygotowywano jedzenie.

Wysiadłem przy dworcu kolejowym. Droga przez park byłaby krótsza, jednak postanowiłem obejść dworzec z drugiej strony. Policji nie wystarczało ludzi do patroli miejskich. Wędrówka w okolicy dworca oznaczała nieustanne przebijanie się przez tłum. Ludzie w panice opuszczali miasto i pękającymi w szwach pociągami podróżowali na północ z całym dobytkiem upakowanym do plecaków i walizek.

Przed wejściem na stację, pod plastikowym daszkiem, spały postacie owinięte śpiworami. Trudno powiedzieć, czy byli to podróżni, czy może stali mieszkańcy tego miejsca. Światła ogromnych reflektorów mieniły się na wysokości oczu żółcią, zielenią i czerwienią. Był to efekt piorunującej mieszanki spalin, blasku latarni i neonów reklamowych.

Do połowy spalony główny budynek poczty naprzeciwko stacji przypominał szaro-czarny szkielet. Mijając go, spróbowałem znowu zadzwonić do Johanny.

Dotarłem do redakcji, postałem kwadrans w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, ściągnąłem płaszcz, buty i pasek, a potem z powrotem je włożyłem, po czym podszedłem do recepcji.

Poprosiłem, żeby połączono mnie z przełożonym Johanny, który z jakiegoś powodu nie odpowiadał na moje telefony. Widziałem go już kilka razy i domyślałem się, że odebrałby, gdyby numer pochodził z tego samego budynku, a usłyszawszy, kim jestem, na pewno pozwoliłby mi przedstawić moją sprawę.

Trzydziestoletnia recepcjonistka o mrożącym krew spojrzeniu – sądząc po krótkich włosach i opanowanym głosie, była wojskowa – strzegła z bronią u pasa fizycznej nietykalności ostatniej gazety codziennej na świecie.

Patrzyła mi prosto w oczy i jednocześnie mówiła do słuchawki:

– Mężczyzna, nazywa się Tapio Lehtinen… Tak, sprawdziłam dowód tożsamości… Tak… Chwileczkę.

Kobieta skinęła na mnie, ruch głowy przypominał cios siekierą.

– W jakiej sprawie?

– Nie mogę się skontaktować z moją żoną Johanną Lehtinen.

2

Zupełnie przypadkiem nagrałem naszą ostatnią rozmowę i nawet nauczyłem się jej już na pamięć:

– Zostanę dzisiaj dłużej w pracy – zaczęła Johanna.

– Jak długo trwa dłużej?

– Co najmniej na noc.

– W terenie czy w biurze?

– W terenie. Mam ze sobą fotografa. Nie martw się. Porobimy wywiady, będziemy zatrzymywać ludzi na ulicy.

Szum, warkot silników, szum, niski pomruk i znów szum.

– Jesteś tam jeszcze? – spytała.

– A gdzie miałbym być, jeśli nie tutaj, przy biurku. Milczenie.

– Jestem z ciebie dumna – wyznała wreszcie. – Że dalej to robisz.

– Tak jak i ty – odparłem.

– No chyba tak – przyznała cicho, niemal szeptem.

– Kocham cię. Wracaj do domu cała i zdrowa.

– No pewnie, że wrócę – wyszeptała prędko, niemal jednym tchem. – Do zobaczenia najpóźniej rano. Kocham cię.

Szum. Trzask. Cichy pstryk. Cisza.

3

Na twarzy Lassiego Uuteli, mniej więcej czterdziestoletniego kierownika redakcji, widoczny był kilkudniowy zarost, a w oczach rozdrażnienie, którego nie umiał albo wcale nie chciał ukrywać.

Kiedy drzwi windy otworzyły się na piątym piętrze, stał na wprost mnie. Miał na sobie czarną koszulę z kołnierzykiem, cienki, obcisły szary sweterek, ciemne dżinsy i adidasy. Ręce skrzyżował na piersi, a kiedy zrobiłem krok w jego kierunku, rozplótł je z wyraźnym ociąganiem.

Niezbyt pochlebne cechy Lassiego Uuteli – zazdrość w stosunku do lepszych dziennikarzy, skłonność do unikania odpowiedzialności, pamiętliwość i wieczna potrzeba stawiania na swoim – były mi bardzo dobrze znane z relacji Johanny. Ostatnimi czasy coraz częściej dochodziło między nimi do kłótni z powodu odmiennych poglądów na pracę dziennikarza i sposób prowadzenia gazety. Echo tych sprzeczek docierało nawet do naszego domu.

Wymieniliśmy szybki uścisk i chociaż się znaliśmy, przedstawiliśmy się sobie. Przez moment pomyślałem, że gram w jakiejś kiepskiej sztuce. Lassi odwrócił się, gdy tylko zdołał wyswobodzić rękę, i muśnięciem dłoni otworzył drzwi. Patrzyłem, jak kopie się w nogi, jakby był niezadowolony z ich zdolności motorycznych. Poszliśmy długim korytarzem, w narożnym pokoju Lassi miał swój pokój.

Mężczyzna usiadł za biurkiem na czarnym fotelu z wysokim oparciem i wbrew sobie wskazał mi jedyne w tym pokoju białe krzesło gościnne w kształcie plastikowej filiżanki.

– Myślałem, że Johanna pisze dzisiaj w domu – zdziwił się.

Pokręciłem głową.

– Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że zastanę ją tutaj.

Teraz przyszła kolej na przeczący gest z drugiej strony biurka – krótki i zniecierpliwiony.

– Ostatnio widziałem ją na wczorajszym zebraniu całej redakcji. Zaczęliśmy jak zwykle o szóstej. Omówiliśmy wszystkie bieżące sprawy, a potem towarzystwo się rozeszło, każdy w swoją stronę.

– Rozmawiałem z Johanną wczoraj o dziewiątej wieczorem.

– Gdzie wtedy była? – zapytał Lassi bez cienia entuzjazmu.

– Gdzieś w mieście – stwierdziłem, a po krótkiej chwili milczenia dodałem: – Tylko nie przyszło mi do głowy zapytać gdzie dokładnie.

– Czyli już dobę nie miałeś z nią kontaktu?

Kiwnąłem głową, nie odrywając wzroku od Lassiego.

Odchylona do tyłu, niedbała poza, sztuczny wyraz twarzy i przerwy między wypowiadanymi słowami zdradzały jego prawdziwe myśli: to wszystko strata czasu.

– Co takiego? – Zapytałem, jakbym nie zauważał lub nie rozumiał tej mowy ciała.

– Tak się tylko zastanawiałem – powiedział. – Może coś podobnego już się kiedyś zdarzyło.

– Nie. Czemu?

Redaktor wykrzywił usta, uniósł brwi, zupełnie jakby każda ważyła tonę, a jemu należała się nagroda za ten wysiłek. Wreszcie wymruczał:

– A tak tylko. W dzisiejszych czasach… wszystko jest możliwe.

– Nie w naszym przypadku – odparłem. – To długa historia, ale nie u nas.

– Oczywiście, że nie – przytaknął Lassi, jednak nie brzmiało to zbyt szczerze. Nie fatygował się nawet, by patrzeć mi prosto w oczy. – Naturalnie, że nie.

– O czym pisała artykuł? – zapytałem.

Lassi nie odpowiedział od razu, ważył długopis w ręce i może coś w myślach.

– O czym miał być artykuł? – powtórzyłem pytanie, widząc, że Lassi nie kwapi się do odpowiedzi.

– To nie tylko głupie, ale przede wszystkim poufne.

Zresztą ten cały artykuł nie ma sensu – burknął Lassi, oparł łokcie na blacie stołu i popatrzył na mnie z ukosa, jakby próbował ocenić moją reakcję.

– Jasne – powiedziałem w oczekiwaniu.

– O tym Uzdrowicielu.

Całkiem możliwe, że zadrżałem. Johanna opowiadała mi o tej postaci.

Pierwszą wiadomość dostała zaraz po morderstwie rodziny w Tapioli. Ktoś podpisany jedynie pseudonimem Uzdrowiciel przypisywał sobie tę zbrodnię. Twierdził, że mści się w imieniu zwykłych ludzi i jako ostatni niesie prawdę na chylącym się ku upadkowi świecie, jest uzdrowicielem chorej Ziemi. Z tego powodu zamordował prezesa przedsiębiorstwa i jego rodzinę. I dlatego zamierza nadal zabijać ludzi, których uzna za winnych przyspieszenia zmian klimatycznych. Johanna złożyła doniesienie na policję. Ta wszczęła śledztwo i robiła, co było w jej mocy. Do tej chwili martwych rodzin prezesów i polityków naliczono dziewięć.

Westchnąłem. Lassi wzruszył ramionami, ale jego mina zdradzała zadowolenie z wywołanego efektu.

– Mówiłem, że to do niczego nie prowadzi – powiedział i nie dało się nie zauważyć odrobiny zadowolenia w jego głosie. – Tłumaczyłem jej, że nie znajdzie niczego, na co nie wpadłaby policja. A poza tym malejące grono naszych czytelników wcale nie chce o tym czytać. To takie przygnębiające. Przecież i tak wszyscy wiedzą, że wkrótce będzie tu jak w piekle.

Spojrzałem przez okno na ciemniejącą zatokę. Wiedziałem, że wokół niej są budynki, lecz nie mogłem ich dojrzeć.

– Czy artykuł Johanny jest już gotowy? – spytałem, kiedy zirytowała mnie krępująca cisza.

Lassi znów opadł na fotel, oparł głowę o zagłówek i przyglądał mi się zmrużonymi oczami, jakbym był gdzieś daleko na horyzoncie, a nie tuż po drugiej stronie biurka.

– Czemu pytasz?

– Ja i Johanna zawsze jesteśmy w kontakcie – wyjaśniłem.

Już wtedy wiedziałem, że Lassiego zupełnie to wszystko nie obchodzi. Pomyślałem, że nieraz człowiek powtarza pewne rzeczy w kółko nie tylko po to, żeby przekonać innych.

– To znaczy nie cały czas, ale co kilka godzin wysyłamy sobie esemesy albo e-maile. Nawet jeżeli nie mamy sobie nic szczególnego do powiedzenia. Często to tylko dwa, trzy słowa. Coś śmiesznego, odprężającego. Taki mamy zwyczaj.

Na ostatnie zdanie położyłem szczególny nacisk. Lassi słuchał z głową odchyloną do tyłu, bez cienia emocji na twarzy i o ile dobrze rozumiałem, bez zainteresowania.

– Nie miałem od niej żadnej wiadomości już dobę – kontynuowałem, ale słowa trafiały wyłącznie do mojego odbicia w oknie. – To najdłuższy okres milczenia w ciągu tych dziesięciu lat, które razem spędziliśmy.

Zrobiłem małą przerwę, a potem, zachowując wszelkie konwenanse i jednocześnie kompletnie o nie nie dbając, oświadczyłem:

– Jestem przekonany, że stało się coś złego.

– Coś się musiało stać? – zapytał Lassi po kilku sekundach. Takie zagranie miało tylko jeden cel: odebrać rozmówcy pewność siebie i sprawić, by wszystko, co mówi, brzmiało głupio i bezsensownie.

– No tak – potwierdziłam kwaśno.

Lassi milczał przez chwilę. Potem pochylił się do przodu i powiedział:

– Załóżmy, że masz rację. Co zamierzasz zrobić?

Nie musiałem udawać, że się zastanawiam. Odparłem prędko:

– Nie ma sensu iść z tym na policję. Zarejestrują to jako zaginięcie numer pięć tysięcy dwadzieścia dwa.

– To prawda – przyznał Lassi. – A doba to niezbyt długo.

Podniosłem rękę, jakbym chciał stawić również fizyczny opór temu bezpośredniemu stwierdzeniu.

– Jak już mówiłem, zawsze jesteśmy w kontakcie. Doba to dla nas bardzo długo.

Rozdrażnienie Lassiego widoczne było gołym okiem. Mówił teraz podniesionym głosem, w którym słychać było wcześniejszy pośpiech, wyrzucał z siebie słowa jak karabin maszynowy:

– Niektórzy z naszych redaktorów spędzają i tydzień w terenie, a potem wracają z gotowym materiałem. Tak to już jest.

– Czy Johanna była kiedyś tydzień w terenie, nic o tym nie meldując?

Lassi wbił we mnie spojrzenie, stukał palcami w oparcie fotela i wykrzywiał usta.

– Przyznam, że nie.

– To po prostu nie w jej stylu – dodałem. Zniecierpliwienie rozsadzało redaktora. Skręcił się na krześle i powiedział szybko, jakby się bardzo spieszył i jednocześnie chciał mnie przekonać, że to on ma rację:

– Tapio, my tu próbujemy wydawać gazetę. Nie mamy właściwie żadnych dochodów z reklam, a nasza maksyma brzmi: nikogo nic już nie interesuje. Z wyjątkiem, rzecz jasna, seksu, porno oraz związanych z nimi skandali. Od bardzo dawna nie sprzedaliśmy tylu egzemplarzy co wczoraj. A w tym wydaniu nie było nawet jednego reportażu o tysiącach zaginionych głowic atomowych ani wzmianki o tym, jak długo jeszcze woda z kranu będzie nadawała się do picia. Nawiasem mówiąc, mija już pół godziny. Natomiast artykuł, który przyciągnął czytelników, dotyczył wideo, gdzie pewna piosenkarka uprawia seks ze zwierzęciem. Tego chcą ludzie, za to nam płacą.

Lassi wziął głęboki oddech, po czym mówił jeszcze szybciej, o ile to w ogóle było możliwe:

– Az drugiej strony mam dziennikarzy takich jak Johanna, którzy za wszelką cenę chcą powiedzieć prawdę. Zawsze ich pytam, jaką, do cholery, prawdę. I nigdy nie mają na to dobrej odpowiedzi. Oprócz tego, rzecz jasna, że ludzie powinni wiedzieć. Aja pytam, czy oni chcą wiedzieć.

1 przede wszystkim, czy są gotowi zapłacić więcej za tę wiedzę.

Upewniłem się, że Lassi już skończył, i spytałem:

– Zatem teraz ludzi informuje się o niezbyt uzdolnionej śpiewaczce i kłusakach.

Lassi posłał mi spojrzenie z bardzo daleka, gdzie tacy niekumaci idioci jak ja nie mieli wstępu.

– My próbujemy się utrzymać przy życiu – wyznał kwaśno.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy. Wreszcie Lassi otworzył usta:

– Mogę o coś spytać?

Skinąłem głową.

– Dalej piszesz te swoje wiersze?

A zatem się nie przeliczyłem. Lassi nie mógł się oprzeć pokusie. Swoim pytaniem przechodził właściwie do sedna sprawy. Chciał mi pokazać, że błądzę zarówno w kwestii Johanny, jak i w całym moim życiu. A co mi tam. Postanowiłem pozwolić Lassiemu kontynuować wybraną linię ataku. Odpowiedziałem szczerze:

– Tak.

– Kiedy ostatnio coś wydałeś?

Nie potrzebowałem nawet chwili do namysłu.

– Cztery lata temu.

Lassi o nic już więcej nie pytał, popatrzył tylko przekrwionymi, zadowolonymi oczami, jakby właśnie udowodnił chwiejną teorię. Nie byłem w nastroju, żeby ciągnąć ten temat. Czas mijał nieubłaganie.

– Gdzie jest biurko Johanny? – zapytałem.

– Czemu pytasz?

– Chciałbym obejrzeć jej stanowisko pracy.

– Normalnie nigdy bym się na to nie zgodził – wyznał, powoli tracąc zainteresowanie całą sprawą. Beztrosko spojrzał na biuro za moimi plecami. Oddzielała nas od niego tylko przezroczysta ściana. – Ale teraz nie jest normalnie, a na piętrze nikogo nie ma. Zatem droga wolna.

Wstałem, podziękowałem jeszcze, lecz Lassi już mnie nie słuchał, tylko zaczął w takim skupieniu stukać coś na komputerze, jakby od tego zależało jego życie.

Stanowisko pracy Johanny znalazłem bez trudu po prawej stronie otwartego biura. Podpowiedziała mi własna fotografia.

Coś we mnie drgnęło, kiedy popatrzyłem na ujęcie sprzed kilku lat i wyobraziłem sobie, jak ogląda je moja żona. Czy dostrzega w spojrzeniu tę samą różnicę co ja?

Mimo ogromnych stert papierów na biurku panował porządek. Środek blatu zajmował wyłączony laptop. Usiadłem przy stole i rozejrzałem się dokoła. W sali było dwadzieścia boksów, które składały się z czterech stanowisk pracy kształtem przypominających koniczynę. Biurko Johanny stało pod oknem, był z niego widok także na pokój Lassiego. Jednak nie na cały, ponieważ szklaną ścianę zastawiono kartonami, odsłonięty pozostał tylko jeden metr pod sufitem. Pejzaż za oknem wcale nie prezentował się lepiej. Wielokrotnie łatany dach muzeum sztuki współczesnej Kiasma w deszczu przypominał wrak dużego czarnego statku, który osiadł na mieliźnie.

Powierzchnia stołu była chłodna w dotyku, jednak łatwo wilgotniała pod dłonią. Spojrzałem badawczo na gabinet Lassiego Uuteli, dla pewności rozejrzałem się jeszcze raz dookoła. Wszędzie pusto. Wsunąłem do torby komputer Johanny.

Na stole leżały dziesiątki karteczek, na niektórych zapisano tylko numery telefonów albo imiona i dane kontaktowe; zapełniało je schludne, równe pismo Johanny.

Przejrzałem je po kolei. Jedna z ostatnich szczególnie mnie zainteresowała: „U – Zachód–Wschód/Północ–Południe – sprawdź dzielnice: Tapiola–Lauttasaari–Kamppi–Kulosaari lub Tuomarinkyla, Pakila, Kumpula, Kluuvi, Punavuori – daty”.

U oznaczało na pewno Uzdrowiciela. Wepchnąłem kartkę do kieszeni.

Następnie przejrzałem sterty papierów. Większość z nich stanowiły materiały do różnych artykułów, które Johanna już dawno napisała: o rosyjskich elektrowniach atomowych, które rzekomo zamknięto, o topniejących dochodach państwa z podatków, o pogarszającej się jakości jedzenia.

Jedna sterta w całości poświęcona była Uzdrowicielowi. Johanna wydrukowała wszystkie e-maile, a na kartkach porobiła notatki, które miejscami kompletnie przykryły oryginalny tekst. Bez czytania wcisnąłem wszystko do torby. Wstałem i popatrzyłem na puste biurko. Wyglądało jak zwykłe stanowisko pracy, całkowicie pozbawione osobowości, niemożliwe do odróżnienia spośród miliona jemu podobnych. A jednak miałem nadzieję, że znajdę tu odpowiedź na pytanie, co się właściwie wydarzyło. Odczekałem chwilę, ale biurko pozostało jedynie biurkiem.

Jeszcze dobę temu siedziała przy nim Johanna.

I siedziałaby tu teraz, gdyby coś się nie stało.

Nie umiałem wyjaśnić swojej pewności. Tak samo trudno było wytłumaczyć więź między mną a żoną. Wiedziałem, że gdyby tylko miała szansę, zadzwoniłaby.

Stanąłem o krok od biurka, ale jakoś nie potrafiłem oderwać wzroku od papierów Johanny, jej charakteru pisma i różnych przedmiotów leżących na stole. Nagle coś mi się przypomniało.

Zatrzymałem się w drzwiach gabinetu Lassiego Uuteli. Nie zwrócił na mnie uwagi, toteż zastukałem we framugę. Rozległo się plastikowo brzmiące bębnienie. Ten głuchy dźwięk zaskoczył nawet mnie samego. Lassi zastygł nad klawiaturą i odwrócił głowę. Czerwone otoczki podrażnionych oczu nie zmniejszyły się ani o jotę.

Zapytałem go, jak nazywał się fotograf, który towarzyszył Johannie, chociaż domyślałem się, jaka będzie odpowiedź.

– Gromow – wymruczał Lassi.

Znałem go, rzecz jasna. Spotkaliśmy się kiedyś. Wysoki, ciemny, przystojny typ. Zdaniem Johanny babiarz, w pracy maniak, w innych sprawach chyba też. Żona ceniła profesjonalne podejście fotografa i lubiła z nim pracować. Wiele czasu spędzili razem na przygotowywaniu reportaży w kraju i za granicą. Jeżeli ktoś mógł coś wiedzieć o Johannie, to tylko on.

Spytałem Lassiego, czy widział Gromowa. W jednej chwili pojął, o co mi chodzi. Wziął telefon, wybrał numer, odczekał chwilę i odłożył aparat z powrotem na biurko.

– Wybrany abonent jest w tej chwili niedostępny? – spytałem retorycznie.

Lassi najpierw pokiwał głową, potem pokręcił, położył ręce na oparciach fotela i odchylił głowę. Popatrzył w sufit, a może na rury wentylacyjne lub niebo.

– Niech ten świat diabli wezmą – wyszeptał.