Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 473 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uwodzicielki - Mingmei Yip

Nowa powieść autorki bestsellerowej „Pieśni Jedwabnego Szlaku” i „Pawilonu Kwiatu Brzoskwini” o kobietach w dawnych Chinach, rasowych femmes fatales, które potrafiły rzucić mężczyznę na kolana lub doprowadzić go do zguby.

Camilla, młoda sierota z Szanghaju, zostaje adoptowana i trafia do bogatego domu. Jednak gdy z dziewczynki zamienia się w kobietę, pojmuje, że jej adoptowanie to nie uśmiech losu, ale część intrygi uknutej przez szefa gangu, Starszego Brata Wanga. Camilla szkoli się w śpiewie, tańcu, rzucaniu nożami i akrobatyce – wszystko po to, by przyciągnąć uwagę wroga Wanga, bezwzględnego Mistrza Lunga. Zostawszy jego kochanką, Camilla poznaje dwie intrygujące kobiety: Cień i Tęczę Chang. Obie stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa i pozycji Camilli. Jednak jeszcze większe niebezpieczeństwo grozi jej ze strony najstarszego syna Mistrza Lunga, Jinyinga, który gardzi ojcem, lecz kocha Camillę. Szansą ucieczki może być tylko eliminacja Lunga, ale za jaką cenę?

Opinie o ebooku Uwodzicielki - Mingmei Yip

Fragment ebooka Uwodzicielki - Mingmei Yip

Tytuł oryginału SKELETON WOMEN

WydawcaGrażyna Smosna

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaMaria Wirchanowska

KorektaEwa Grabowska Jadwiga Przeczek

Copyright © 2012 by Mingmei Yip Copyright © for the Polish translation by Joanna Hryniewska, 2014

Świat Książki Warszawa 2014

Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Księgarnia internetowa: Fabryka.pl

Skład i łamanieJoanna Duchnowska

Dystrybucja Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o., sp. k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 email: hurt@olesiejuk.pl tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl

ISBN 9788379438198

Dla Geoffreya,

Nigdy nie ustawaj w próbach pokonania wroga. Rządź jego losem. Wykorzystaj jego brak przygotowania i zaatakuj, gdy się tego nie spodziewa.

Sztuka wojny, Sunzi (ok. 544–496 p.n.e.)

Zmąć wodę, żeby chwycić rybę – czerp korzyści z wywołania zamętu.

Trzydzieści sześć forteli – zbiór popularnych starożytnych chińskich przysłów mówiących o tym, jak przechytrzyć wroga; wspomniany po raz pierwszy w okresie Południowej Dynastii Qi (479–502 n.e.)

Jak długo jest tu moje ciało, tak długo będzie i moja miłość do ciebie.

Li Shangyin (ok. 813–858 n.e.), poeta okresu dynastii Tang

  Prolog

Wszystko to wydarzyło się, ponieważ uznano mnie za idealny materiał na szpiega – piękna, bystra i, co najważniejsze, sierota.

Doskonale wiem, jak ludzie nazywają mnie za moimi plecami: władczyni szkieletów!

Tak naprawdę wcale się tym nie przejmuję. Niech sobie złorzeczą, zazdroszczą, nienawidzą. Czasami odczuwam z tego powodu tajemną, mrowiącą wesołość.

Jestem kobietą, która potrafi dotykiem zmieniać mężczyzn w szkielety, choć dotyk ten jest lekki jak płatek i delikatny jak jedwab.

Mam na imię Camilla. Już w wieku dziewiętnastu lat zostałam główną piosenkarką Jasnego Księżyca, najpopularniejszego i najwytworniejszego nocnego klubu w Szanghaju. Zdobyłam tę pozycję w tak młodym wieku dzięki znakomitym koneksjom, stając się na dodatek przedmiotem pożądania wielu mężczyzn oraz obiektem zazdrości i nienawiści niezliczonych kobiet. Potem pojawiły się Cień i Tęcza Chang.

Inne władczynie szkieletów.

W przeciwieństwie do mnie, Tęcza i Cień nie śpiewały w nocnym klubie. Tęcza, najpopularniejsza w Szanghaju redaktorka rubryki towarzyskiej, zbiła fortunę na tropieniu sekretów i brudów dla „Beztroskich Nowin”. Nosiła wprawdzie kobiece imię, lecz emanowała czarem właściwym obu płciom, balansując na ich granicy. Krótka fryzura, jedwabne krawaty i skandalicznie drogie, idealnie dopasowane garnitury kontrastowały z jej upudrowaną na biało twarzą, uróżowanymi policzkami, karminowymi wargami, srebrzystoróżowym cieniem na powiekach i długimi sztucznymi rzęsami. Tęcza ani nie ubierała się jak kobieta, ani nie wyglądała jak mężczyzna. W swojej rubryce obnażała cudze sekrety, lecz sama się maskowała, zarówno w kwestii własnej płci, jak i życia osobistego. Dlaczego? Tego trzeba się było dopiero dowiedzieć.

Tęcza Chang roztaczała aurę tajemniczości, Cień natomiast była całkowicie nieprzewidywalna. Wszystko w niej było zainscenizowane niczym zadziwiające wyczyny iluzjonisty – unoszenie się w powietrzu, uwalnianie z łańcuchów pod wodą, ćwiartowanie ochotniczki na kawałeczki, by następnie przywrócić jej życie w ciągu kilku chwil. Nosiła skąpe sukienki, poruszała się z wężową gracją, a jej olśniewająco piękna twarz była całkowicie pozbawiona wyrazu. Kim była? Umierałam z ciekawości.

Używałyśmy przydomków artystycznych; nikt nie znał naszych prawdziwych imion. Stanowiłyśmy najpikantniejsze składniki we wrzącym kotle zwanym Szanghajem. Mężczyźni za nami szaleli, a kobiety usiłowały zgłębić nasze nieuchwytne metody działania.

Ludzie podziwiali lub nienawidzili mnie jako rasową femme fatale. Ja nie miałam jednak pojęcia, kim jestem. Byłam nikim. Dosłownie. Sierotą adoptowaną przez pewnego mężczyznę i jego gang, ich narzędziem. Później dowiedziałam się, że ów mężczyzna to Starszy Brat Wang, a jego szajka to Szkarłatne Demony. Pod ich stałą opieką, rozpieszczana i surowo pilnowana, gdy miałam czternaście lat, wyrosłam na piękność o twarzy w kształcie pestki arbuza, wydatnym biuście, wąskiej talii i długich nogach. Posiadałam cechy, które uczyniły ze mnie przedmiot pożądania mężczyzn i zawiści kobiet.

Oczywiście nie wychowywano mnie i nie szkolono na wytworną, dobrze ułożoną damę po to, by wydać mnie za potomka zamożnego rodu. Sposobiono mnie, bym uwiodła Mistrza Lunga, przywódcę gangu Latających Smoków. Miałam doprowadzić do jego śmierci. Szybko zorientowałam się, że dachu nad głową, wymyślnych strojów i wyśmienitych potraw nie dano mi bezinteresownie.

Wychowano mnie i wyuczono na szpiega.

Miałam zostać tajną bronią Szkarłatnych Demonów w drobiazgowo opracowanym planie zniszczenia ich najzacieklejszego wroga, gangu Latających Smoków. Szanghaj lat trzydziestych stanowił bowiem pole bitwy, na którym toczyły się nieustające wojny pomiędzy triadami; wojny, w których miałam być tylko pionkiem.

Spędziwszy większość mojego dziewiętnastoletniego życia wśród intryg przepełniających ten mroczny światek, zdążyłam już zmienić kilkoro mężczyzn i kobiet w grzechoczące w piekle szkielety – w mniej lub bardziej dosłownym sensie. Nie czułam się winna. Znałam tylko takie życie, tylko takie zajęcia.

Tak mnie wyszkolono – bez więzi, bez uczuć, bez sumienia. Byłam kobietą, która w razie potrzeby zniszczy dowolnego mężczyznę lub dowolną kobietę w mgnieniu podmalowanego oka.

Tak było do dnia, w którym poznałam syna Mistrza Lunga, Jinyinga, i ochroniarza Mistrza Lunga, Gao. To nie było częścią planu opracowanego przez Szkarłatne Demony...

1 Naga dziewczyna rzuca się ku wieczności

Pod szafirowym nocnym niebem młoda kobieta balansowała na gzymsie wieży szanghajskiej komory celnej jak cyrkówka na rozpiętej linie.

I była kompletnie naga.

Szanghajczycy mawiają, że nic ich nie zdziwi, że wszystko już widzieli. Teraz byli jednak zaskoczeni. Żaden z gapiów nie był nigdy świadkiem niczego podobnego.

Czegoś takiego nie widział nawet mój nowy kochanek, Mistrz Lung, przywódca najpotężniejszego w Szanghaju stowarzyszenia przestępczego, Latających Smoków, ani gromada jego ochroniarzy rozproszonych w tłumie, wyczulonych na niebezpieczeństwo i odpychających każdego, kto mógłby się zbytnio zbliżyć do ich szefa.

Lung i ja oderwaliśmy od siebie lubieżne spojrzenia i skierowaliśmy wzrok ku niebu – na wieżę zegarową komory celnej, wybudowaną w podrabianym europejskim stylu, wysoko ponad Bundem i rzeką Huangpu.

Tłum zbiorowo wstrzymał oddech. Jego ciekawskie, pożądliwe oczy śledziły nagie, umięśnione ciało o krągłych piersiach, oczekując w każdej chwili samobójczego skoku. Wyobrażałam sobie wzburzone myśli gapiów:

Czy ona naprawdę zamierza skoczyć?

Dlaczego nie chce żyć?

Skaczże! Chcę bryzgającej krwi, zmiażdżonego ciała, połamanych kończyn!

Co za szkoda, że ta piękna dziewczyna niebawem zmieni się w mokrą plamę.

Tej nocy powietrze było ciepłe, lecz widok nagiej dziewczyny igrającej ze śmiercią setki stóp nad ziemią zmroził nas wszystkich, zarówno tych przerażonych spodziewanym upadkiem, jak i zwyrodnialców potajemnie łaknących makabrycznego widoku krwi i rozrzuconych szczątków ludzkich. Przygryzłam wargę, jedną dłonią kurczowo chwyciłam ramię Mistrza Lunga, a moje serce łomotało jak plemienny bęben odstraszający demony.

Nie żebym się przejmowała rozbitą twarzą i połamanymi kończynami. Przecież od najmłodszych lat wykorzeniano ze mnie wszelkie ludzkie uczucia. Ukształtowano mnie w jednym jedynym celu – bym była szpiegiem. Chociaż jak na ironię zarabiałam na życie, śpiewając sentymentalne piosenki w nocnym klubie.

Patrzyłam dalej, aż dwie wskazówki zegara połączyły się w jedną, wycelowaną w niebo, uruchamiając imitację westminsterskich kurantów, które niespodziewanie zalały nas radosną melodyjką. Lecz wówczas huknął grzmot, środek czystego nieba przecięła błyskawica...

I naga postać skoczyła!

Gapie westchnęli jednocześnie, wyraz ich twarzy wahał się od przerażenia przez żal aż po nieskrywaną ekscytację...

Wszystkie szyje się wyciągnęły, niektóre kobiety patrzyły przez szparki pomiędzy upierścienionymi palcami o paznokciach pokrytych szkarłatnym lakierem. Chwila przerwy i kolejny wstrząs. Nie było ciała. Tylko para czerwonych szpilek na środku kałuży krwi!

– Co się stało? Gdzie ona jest? – Pod nocnym niebem wybuchło zbiorowe pytanie.

Przybyła grupa policjantów, aby zbadać miejsce zdarzenia. Towarzyszyło im kilku dziennikarzy pstrykających zdjęcia i zadających oszołomionym gapiom pytania, na które nikt nie znajdował odpowiedzi.

Nic więcej się nie działo, lecz tłum wciąż szumiał rozgorączkowany. Mistrz Lung szarpnął mnie za łokieć.

– Chodźmy, Camillo.

– Nie chcesz się dowiedzieć, gdzie się podziała?

– Na pewno nie żyje.

– To gdzie jest ciało?

– Może dowiesz się z jutrzejszych „Beztroskich Nowin”. Redaktorka rubryki towarzyskiej, Tęcza Chang, na pewno wie. – Wzruszył ramionami. – Ja tam wszystko to już widziałem.

Oczywiście. Mistrz Lung widział już wszystko. Przewodził najpotężniejszemu stowarzyszeniu przestępczemu w całym Szanghaju. Nie tylko wszystko już widział – on już wszystko robił. Strzelanie, dźganie, duszenie, trucie, dekapitacja i inne czyny, których wolałam sobie nie wyobrażać. A to tylko metody zabijania. Przed wielkim finałem często odbywały się tortury: bicie, rażenie prądem, miażdżenie palców, wydłubywanie oczu, krojenie, karmienie ofiarą tygrysa, wpychanie jej do klatki pełnej węży, więzienie w trumnie na nawiedzonym cmentarzu...

Gapie zaczęli się rozchodzić, ale jakaś para młodych ludzi nadal pożerała nas wzrokiem, prawdopodobnie rozpoznając we mnie słynną piosenkarkę, a w Lungu znanego szefa gangu. Jeden z ochroniarzy Lunga natychmiast podszedł do nich i rozsunął marynarkę, ukazując broń. Tamtych dwoje uciekło, jakby zagadnął ich duch nagiej dziewczyny, która skoczyła z wieży. W tym samym momencie podjechał szofer Mistrza Lunga. Wsiedliśmy do ogromnego, czarnego auta i ruszyliśmy w drogę powrotną do jego rezydencji przy alei Junfu.

Już wkrótce sączyłam wino, siedząc na sofie przy swoim opiekunie, a w moim umyśle nadal krążyło pytanie, kim była ta piękna, tajemnicza dziewczyna, która skoczyła, by następnie zniknąć. Moje szpiegowskie wyszkolenie zmuszało mnie do szukania przyczyn i nie dawało mi spokoju.

– Camillo, co się teraz dzieje w twojej głowie? – Lung obrzucił mnie surowym spojrzeniem.

Wpatrywałam się w bliznę, która dzieliła jego prawą brew na dwie przypominające jaszczurki połowy.

– Mistrzu Lung, ta dziewczyna, która skoczyła... co się stało?

– Ty ciągle o niej myślisz? – Uśmiechnął się z wyższością. – Dlaczego jesteś taka ciekawa? – Lung wetknął grube cygaro pomiędzy wąskie wargi, a po chwili wydmuchał dym z ciężkim, astmatycznym sapnięciem.

– A ty, Mistrzu Lung?

– Mam inne ważne sprawy na głowie niż takie błahostki. – Przyglądał mi się wyłupiastymi oczami tkwiącymi w małpiej twarzy.

Właśnie te „ważne sprawy” ja, szpieg gangu Szkarłatnych Demonów, usiłowałam odkryć.

Zapytałam jednak:

– Dziewczyna skacząca z wieży to dla ciebie błahostka?

– Tak! – Pociągnął wielki łyk drogiej whisky i odstawił szklankę z groźnym trzaskiem. – Chyba że tą dziewczyną byłabyś ty, moja mała ślicznotko. Czy teraz możesz już skończyć z tymi głupimi myślami i przyjść do łóżka?

Następnego dnia wczesnym rankiem opuściłam dom Mistrza Lunga i u jakiegoś ulicznika zaopatrzyłam się w egzemplarz „Beztroskich Nowin”. Stojąc na chodniku, niecierpliwie przewracałam strony, aż ujrzałam ogromny nagłówek:

NAGA DZIEWCZYNA SKACZE I ZNIKA

Tłum zgromadzony ostatniej nocy pod komorą celną na Bundzie zdumiał się widokiem nagiej młodej kobiety, która spacerowała po gzymsie wieży zegarowej, a następnie skoczyła. O dziwo jednak nie znaleziono ciała, a tylko kałużę krwi i parę czerwonych szpilek. Policja bada ten tajemniczy, niewytłumaczalny incydent.

Niektórzy twierdzą, że była to próba porwania, lecz młoda kobieta zdołała uciec. Nikt nie potrafi powiedzieć, dokąd się udała. Niektórzy uważają, że się zabiła – nie odnaleziono jednak ciała.

Obecnie coraz głośniej mówi się, że w rzeczywistości dziewczyna była duchem. Podobno przed wybudowaniem komory celnej w tym miejscu znajdował się cmentarz, na którym członkowie stowarzyszeń przestępczych porzucali zgwałcone i zamordowane kobiety.

Policja informuje, że pracuje intensywnie nad rozwiązaniem tej sprawy, aby położyć kres obawie mieszkańców Szanghaju przed zemstą z zaświatów.

Tymczasem ja i dziewczęta z Różowego Imperium mamy własne źródła.

Ciąg dalszy nastąpi...

Tęcza Chang

Mało brakowało, żebym po przeczytaniu artykułu parsknęła śmiechem. Niewątpliwie było to dziwne. Ale zaraz duch?

Naga dziewczyna z całą pewnością nie była duchem, tylko żywym człowiekiem.

To było gorsze, niż gdyby okazała się duchem, ponieważ pojawiła się kobieta, która mogła prześcignąć mnie w liczbie nagłówków u Tęczy Chang. Przywykłam do tego, że znajdowałam się w centrum uwagi jako najsłynniejsza szansonistka Jasnego Księżyca, najbardziej znanego nocnego klubu w Szanghaju. A jednak żaden z moich patronów ani klientów nie wiedział o mnie nic poza znajomością mojego śpiewu, wdzięków i imienia „Camilla”, które i tak było fałszywe. Od najwcześniejszych lat uczono mnie, jak być w centrum zainteresowania, zachowując w tajemnicy swoje prawdziwe zamiary.

Teraz moja pozycja towarzyska była zagrożona. Ktoś wkroczył na moje pilnie strzeżone terytorium. Bo ja nie uwierzyłam, że Naga Dziewczyna zginęła. Gdzieś była, a ja musiałam się dowiedzieć, gdzie jest i jak dokonała tego wyczynu. Nie miałam pojęcia, kim jest ta kobieta, ale wiedziałam, że stała się moim wrogiem.

Snując te rozważania w chłodnym porannym powietrzu, zdałam sobie sprawę, że należy się pospieszyć z powrotem do domu Lunga, by ogrzać jego łoże.

2 Nocny klub Jasny Księżyc

Cztery razy w tygodniu o godzinie osiemnastej limuzyna zabierała mnie do klubu Jasny Księżyc. Było to najmodniejsze – i najdroższe – miejsce rozrywki w Szanghaju. Znajdowało się na terenie międzynarodowej koncesji pomiędzy ulicami Yuyuan – Ogrodem Głupca – a Fanhuangdu – Cesarską Przeprawą. Ulice te nosiły bardzo trafne nazwy, bo choć cesarzy już nie było, to głupców wciąż nie brakowało.

Jaskrawo oświetloną półkolistą fasadę klubu wieńczyła cylindryczna wieża przypominająca pochodnię. Kogo wpuszczono do środka, ten mógł ujrzeć ogromną salę z wieloma stolikami otaczającymi wyfroterowany parkiet. Powyżej znajdowała się antresola, z której Bardzo Ważne Osoby mogły obserwować te równie zamożne, lecz mniej ważne. Na jej całkowicie przeszklonej podłodze wszechpotężni mężczyźni uzależniali się od kręcenia piruetów ze swoimi ponętnymi wynajętymi partnerkami w rytmie walca, fokstrota, rumby, samby, tanga, a nawet marsza wygrywanych przez znakomity zespół z Filipin. Diamenty i perły lśniły w blasku żyrandoli, a młode kobiece ciała kołysały się u boku odzianych w smokingi partnerów, podsycając pragnienie klientów klubu, by jednego wieczoru przepuścić jeszcze więcej pieniędzy na dekadenckie przyjemności.

Jasny Księżyc nie zawsze jednak okazywał się rajem; w ciągu paru chwil mógł przeistoczyć się w piekło. Często słyszano tu strzały, a ciosy nożami plamiły krwią kosztowne suknie. Nawet pomieszczenia prywatne i toalety nie stanowiły bezpiecznego schronienia przed wyrównywaniem rachunków. Ofiarą zabójstwa mógł paść niemal każdy, od gwiazd przez polityków po członków społeczności przestępczej, a nawet domniemanych hanjian, zdrajców szpiegujących dla Japończyków.

Najszerzej omawiano zabójstwo jednego z szefów gangu, które zdarzyło się kilka lat wcześniej. Czterech mężczyzn zbliżyło się do niego, gdy radośnie wirował na parkiecie, podnosząc i opuszczając swoją dziewczynę. Wyczuwszy kłopoty, mocno popchnął partnerkę w stronę napastników i próbował uciekać. Ich długie noże szybko zabarwiła krew nieszczęsnej dziewczyny, którą mu odrzucili. To był jednak szef gangu, a nie płaczliwy tchórz. Dobył broni, zastrzelił dwóch spośród zabójców i padł, dopiero gdy odrąbano mu obie ręce. Wykrwawił się prędko pod spojrzeniami przerażonych gości klubu. Martwe ciało legło na jego ulubionym szklanym parkiecie, zalanym tym razem nie krwią przeciwników, lecz tą bezcenną – jego własną.

Ludzie widzieli w mojej pracy tylko prestiż, niewielu zastanawiało się nad tym, jak pierze się pieniądze we krwi. W każdym razie tylko bogatych i wpływowych szanghajczyków stać było na odwiedzanie Jasnego Księżyca, gdzie czekała ich rozrywka – lub śmierć.

Mogłam z dumą powiedzieć, że – oglądając i będąc oglądana – byłam największą atrakcją nocnego klubu. Nie stałam się nią jednak z dnia na dzień. Mimo że miałam zaledwie dziewiętnaście lat, przebyłam długą drogę.

Jako czterolatka straciłam rodziców i zostałam odesłana do Sierocińca Litościwej Łaski. Niestety, nie mam wielu wspomnień o rodzicach z wyjątkiem rozmytych obrazów ich twarzy. W dodatku nie miałam rodzeństwa, krewnych ani przyjaciół, których mogłabym o nich wypytać.

Do sierocińca przychodziły wolontariuszki, które uczyły dzieci śpiewać i tańczyć, dzięki czemu wychowankowie mogli brać udział w występach, na przykład podczas święta Środka Jesieni, wyścigów Smoczych Łodzi i chińskiego Nowego Roku. Nauczyłam się oczarowywać publiczność, jeszcze zanim zostałam najpopularniejszą piosenkarką Szanghaju.

Tych darmowych lekcji nie udzielano nam jednak z dobrego serca. Ich celem było odkrycie piękna i talentu, a uzdolnione dzieci sprzedawano jako tanią siłę roboczą do nocnych klubów, tancbud i, rzecz jasna, domów publicznych. Ciężkiej i najczęściej przymusowej pracy było w sierocińcu pod dostatkiem, talenty były zaś rzadkie, a piękno – niespotykane. Wydawało się, że dla gości jestem atrakcyjna, więc zawsze zastanawiałam się, dlaczego nie adoptowano mnie znacznie wcześniej. Od dziewcząt, które wracały nas odwiedzać, słyszałam, że na zewnątrz czeka lepsze życie od tego w sierocińcu. Wielokrotnie z goryczą patrzyłam, jak inne dziewczęta – nie tak ładne i uzdolnione jak ja – odprowadzano do czekających na nie riksz i samochodów.

Potem sierociniec zaczął odwiedzać pan Ho, właściciel klubu Jasny Księżyc, który przynosił dzieciom zabawki, cukierki, jedzenie i ubrania. Gdy miałam czternaście lat, pan Ho postanowił wyrwać mnie z tego słynącego z okrucieństwa i zaniedbań przybytku. Natychmiast skierował mnie do pracy z innymi dziewczętami, śpiewającymi i tańczącymi w nocnym klubie. Chociaż razem mieszkałyśmy i ćwiczyłyśmy, nie wolno nam było się zaprzyjaźnić, a nawet zbyt wiele ze sobą rozmawiać. Gdy któraś z nas złamała te zasady, zamykano ją w odosobnieniu, żeby z pustym żołądkiem rozmyślała o swoim nieposłuszeństwie.

Wszystkie dziewczęta były sierotami, jak ja, lub dziećmi sprzedanymi z powodu nędzy przez rodziców, którzy, wysyłając córki do klubu nocnego, mogli zachować dach nad głową i zapewnić sobie odrobinę ciepłej zupy.

Niekiedy jednak los się uśmiechał do tych dziewczyn. Czasem któraś z nich zyskiwała sławę i z prędkością wichury wyrywała z ubóstwa całą rodzinę. My, pozostałe dziewczęta, nikomu nieznane, mieszkałyśmy razem w jednym dużym pomieszczeniu i nie otrzymywałyśmy zapłaty.

Poczucie wolności, które miałam po opuszczeniu sierocińca, szybko zniknęło. Pewnego dnia pan Ho wziął mnie na bok i poinformował, że moim prawdziwym szefem nie jest on, lecz Starszy Brat Wang, przywódca gangu Szkarłatnych Demonów. Przedstawił mnie Wangowi, który oświadczył, że jest starym znajomym moich rodziców. Zginęli oni w wypadku samochodowym, a on i jego podwładny, Ho, poszukiwali mnie przez całe lata. Dodał z uśmiechem, że ocalając mnie z sierocińca, wypełnił swoje zobowiązanie wobec najlepszego przyjaciela, który odszedł z tego świata. Jednak przestał się uśmiechać, gdy zaczął tłumaczyć, że odnalezienie mnie było kosztowne, i wyjaśniać, jak powinnam mu się odwdzięczyć. Miałam nadal śpiewać, ale teraz była to tylko przykrywka dla mojego prawdziwego zadania – szpiegowania Mistrza Lunga z Latających Smoków.

Zanim zdążyłam się zastanowić czy zaprotestować, rozpoczęło się moje szkolenie ze Starszym Bratem Wangiem. Po raz kolejny zdałam sobie sprawę, że kiedy się nie ma nic, nie można wybrzydzać. Musiałam robić, co mi kazano, żeby zachować dach nad głową, kleik ryżowy w brzuchu, a przede wszystkim głowę na swoim miejscu.

Większa część mojego szkolenia skupiała się na doskonaleniu sztuki uwodzenia mężczyzn. Uczono mnie tańca towarzyskiego, który był w Szanghaju ostatnim krzykiem mody. Tańcząc z opiekunem, oplatałam ramionami jego szyję i owiewałam wonnym oddechem jego twarz. Przyciskałam do niego pachnące ciało, czując żar bijący z jego krocza. Niekiedy obejmował moją pięćdziesięciotrzycentymetrową talię, będącą przedmiotem zazdrości innych kobiet, przesuwał dłoń niczym windę między moim karkiem a pośladkami lub unosił mnie wysoko do nieba, by następnie opuścić wprost do piekła. Wcześnie nauczyłam się, że powinnam lgnąć tylko do najważniejszych, jak Mistrz Lung, i trzymać się z daleka od pionków. Czy mi się to podobało? Mogę tylko powiedzieć, że dzięki temu trwałam, obserwując życie innych ludzi.

Świetnie rozumiałam, że jestem tylko cieniem cudzego istnienia.

Pobierałam lekcje śpiewu u mniej więcej pięćdziesięcioletniej Rosjanki, madame Lewinsky. Pan Ho wybrał ją, ponieważ jako słynna nauczycielka z niejednej panny-nikt zrobiła pannę-ktoś. Poza tym miała zbyt wiele zajęć, żeby znaleźć czas na wściubianie nosa w nie swoje sprawy. W dodatku jako cudzoziemka była bezpieczna, zupełnie nie orientując się w złożoności chińskiego społeczeństwa, a już szczególnie społeczności przestępczych.

Madame Lewinsky wkładała w moją edukację mnóstwo czasu i wysiłku. Wzięłam sobie do serca ostrzeżenia Starszego Brata Wanga i niczego jej o sobie nie opowiadałam. Przypuszczała zapewne, że pochodzę z bogatej rodziny lub mam zamożnego patrona, skoro stać mnie na jej wygórowaną stawkę.

Lewinsky przybyła z mężem z Rosji, skąd uciekli przed rewolucją. On jednak zginął w przedziwnym wypadku na budowie, zanim doczekali się dzieci. Pozostała na świecie całkiem sama. Być może z powodu tej samotności często usiłowała zachowywać się jak moja matka.

Miała typowo rosyjskie rysy twarzy – wydatne kości policzkowe i mocną szczękę – lecz jej figura była ponętna jak u greckiej bogini. Gdy zaczynała śpiewać, wydawało się, że to skowronek rozpostarł skrzydełka, by wznieść się ponad chmury.

Czy ją lubiłam? Nie. Doceniałam jednak jej metody nauczania. Uczyła mnie również odczuwania – czegoś absolutnie zakazanego w moim szpiegowskim szkoleniu.

We wszystkich piosenkach, które wybierała dla mnie Lewinsky, pobrzmiewały smutne nuty. Powiedziała, że mój głos – wysoki, delikatny, niewinny – jest idealny do takich pełnych nostalgii, sentymentalnych melodii. Czasami, wbrew mojemu szkoleniu, czułam, że muzyka po prostu rozrywa mi serce. Niezależnie od tego, czy te emocje były prawdziwe, czy udawane, publiczność w Jasnym Księżycu szalała za „uczuciami” rozbrzmiewającymi w moim głosie.

Nie można powiedzieć, że w ogóle nie miałam uczuć, chociaż celem mojego treningu było ich zdławienie. Skoro nie wolno mi było żywić uczuć do ludzi, to potajemnie emocjonowałam się śpiewem. Zastanawiałam się czy mój szef, Starszy Brat Wang, pojmował sprzeczność ukrytą w tym fakcie: skoro uczono mnie braku uczuć, to jak mogłam zostać wielką śpiewaczką? Może nie wybiegał myślami tak daleko, a może stwierdził, że to jeden z nieuniknionych paradoksów życia. A może ten surowy trening umożliwił mi, niczym sztukmistrzowi, dokonywanie wszelkich czynów, od nasycania śpiewu głębokim uczuciem po krzywdzenie ludzi bez krzty poczucia winy.

Przez cztery lata pracowałam jako szansonistka w nocnym klubie Jasny Księżyc, potajemnie szkoląc się na szpiega. Latem zeszłego roku, gdy skończyłam osiemnaście lat, zdobyłam upragniony tytuł Ptaszyny Niebiańskiego Śpiewu w konkursie Nagrywająca Piosenkarka, organizowanym przez „Największe Wiadomości Wieczorne”, gazetę sponsorowaną w sekrecie przez gang Szkarłatnych Demonów. Madame Lewinsky urządziła z tej okazji wystawne przyjęcie i obsypała mnie prezentami – otrzymałam cukierki, tort, ubrania, drobną biżuterię, urocze drobiazgi.

Wkrótce nadeszły przywileje. Zaczęłam śpiewać solo i dostałam własne mieszkanie. Miałam jeszcze więcej szczęścia, jako że Lung, człowiek na ogół wybitnie nieufny, nigdy nie podał w wątpliwość mojej pozycji. Sieroce pochodzenie było po prostu zbyt pospolite, by wzbudzać jakiekolwiek podejrzenia.

Pewnego wieczoru siedziałam w prywatnej garderobie, przyglądając się swojemu złudnemu ja w ogromnym zwierciadle o złoconych ramach. Obok mnie stała Stara Cioteczka, której zadaniem było robienie mi makijażu i układanie fryzury.

Stara Cioteczka właśnie kończyła zabiegi na mojej twarzy w kształcie pestki arbuza.

– Panno Camillo, gdyby nie była pani artystką, nie potrzebowałaby pani makijażu. Na pewno zna pani powiedzenie: ubolewam, nakładając makijaż, który szpeci moje naturalne piękno.

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Robię tylko to, czego się ode mnie oczekuje.

Pokiwała głową ze zrozumieniem i przypięła nad moim prawym uchem kwiat, ostatni element wizerunku Ptaszyny Niebiańskiego Śpiewu.

– Panno Camillo, wygląda pani idealnie. Proszę oczarować Szanghaj.

– Dziękuję, Stara Cioteczko.

Wstałam i po raz ostatni zerknęłam w lustro. Tego wieczoru miałam na sobie obcisłą, turkusową suknię qipao z głębokimi rozcięciami po bokach. Z przodu wyhaftowano bladozłote kamelie, które podkreśliłam sięgającymi łokci rękawiczkami w podobnym kolorze i długimi złotymi kolczykami. Podczas szkolenia stale mi powtarzano: „Ludzie szanują twój ubiór, zanim zaczną szanować ciebie”. A także: „Kobiety potrzebują pięknych strojów, tak jak Budda potrzebuje złotych szat”. Przesłanie było oczywiste – jeżeli chcesz być przyjęta do socjety, ubieraj się jak dama z towarzystwa. Jeśli pragniesz szacunku, dbaj o elegancję. Jeżeli chcesz zwabić licznych wyznawców, noś złoto.

Głównym celem mojego strojenia się było jednak skłonienie Mistrza Lunga do kolejnych wizyt w moim łóżku, dzięki czemu mogłabym wypełniać swoją misję, czyli odkryć wszystkie jego tajemnice, a następnie go wyeliminować.

Wzięłam głęboki oddech, rozluźniłam mięśnie twarzy, wypięłam pierś i weszłam na scenę drobnymi kroczkami „złotego lotosu”. Delikatny jedwab ocierał się o moje uda, a chłodne powietrze pieściło raz ukryte, raz obnażone nogi.

Gdy tylko publiczność mnie dostrzegła, zatłoczoną salę wypełniły gromkie wiwaty. Zajęłam miejsce na środku sceny, pod transparentem, na którym duże złote znaki na szkarłatnym tle głosiły: „Jasny Księżyc świętuje występ Camilli, Ptaszyny Niebiańskiego Śpiewu”.

Mój wzrok lustrował widownię, aż spoczął na siedzącym z przodu wychudłym mężczyźnie o włosach obciętych na jeża i małpiej twarzy – Mistrzu Lungu. Przez kilka ostatnich tygodni Lung regularnie przychodził na moje występy, nieodmiennie w otoczeniu swoich podwładnych i ochroniarzy. Ze względu na jego fatalną reputację, był, wraz ze swoją świtą, bezustannie obskakiwany przez zestresowanych kelnerów i służalczego gospodarza.

Lung na przemian popijał kosztowne wino i obracał w kościstych palcach cygaro, które wkładał pomiędzy wąskie wargi. Jego palce i usta oddawały się tym maniakalnym czynnościom, jego oczy zaś obserwowały mnie z niesłabnącym uporem. Z zadowoleniem patrzyłam, jak rytmicznie uderza pięścią w udo, okazując ekscytację moją osobą.

Tego wieczoru jednak coś się zmieniło, choć początkowo nie umiałam określić co.

Postanowiłam potrzymać publiczność w napięciu i dać sobie czas na przyjrzenie się jej. Stały skład: odnoszący sukcesy biznesmeni, wpływowi politycy, urzędnicy państwowi wysokiego szczebla, członkowie świata przestępczego. A także poeci, artyści, pisarze, kilku profesorów, niewątpliwie wszyscy bez wyjątku zepsuci potomkowie zamożnych rodów. I towarzyszące im kobiety: starsze, prawdopodobnie żony, i młodsze, bez wątpienia konkubiny, kochanki, kurtyzany albo zwykłe prostytutki wynajęte na jeden wieczór. Nie każdy jednak był tym, kim się wydawał. W tłumie hulaków mógł się ukrywać rewolucjonista z bombą, może nawet nie jeden.

Ekskluzywne kluby nocne były wielkim Szanghajem w miniaturze. Zdawałam sobie sprawę, że drogie stroje, uprzejme rozmowy i wytworne maniery są jedynie parawanem, za którym skrywa się żądza krwi i pieniędzy. Odziani w białe koszule i czarne garnitury kelnerzy, jakby nieświadomi napięcia wiszącego w powietrzu, zajmowali się dolewaniem wina do kieliszków, podgrzewaniem imbryków z herbatą, podawaniem gorących ręczników, prezentowaniem papierosów wyłożonych na tacach oraz donoszeniem mnóstwa potraw i darmowych przekąsek.

Każdego wieczoru zaczynałam od Nocnego Szanghaju, ckliwej piosenki, ulubionej przez bogaczy i dekadentów. Niewielka orkiestra, złożona z pianisty, skrzypka, perkusisty, trębacza, puzonisty i dwóch kontrabasistów, patrzyła na mnie, gotowa rozpocząć grę.

Na ogół miałam przy sobie jakiś rekwizyt – haftowaną chusteczkę, malowany wachlarz – a czasem tylko swoje długie, polakierowane na czerwono paznokcie, naśladujące orchideę rozkołysaną na lekkim wietrze. Tej nocy rekwizytem był złoty wachlarz ozdobiony czerwoną kamelią, prezent od Mistrza Lunga. Trzymałam wachlarz tak, że przesłaniał moje usta, i namyślałam się jeszcze przez chwilę, po czym opuściłam go, by wydać pierwszy dźwięk, starając się, by zabrzmiał tak miękko, jakby wydobył się z ust dziecka.

Nocny Szanghaju, nocny Szanghaju, Miasto bezsennych nocy, Światła oślepiają, samochody gnają, Dźwięki piosenek, zalotne tańce wypełniają noc...

Przymknęłam oczy, pozwalając, żeby melodia, kojąca atmosfera i niema uwaga widowni otuliły mnie jak jedwabny kokon. Nie wiem, o czym myślałam, o ile w ogóle myślałam o czymkolwiek. Z pewnością natomiast czułam: może odrobinę nostalgii, a nawet melancholii. Nie miałam pojęcia dlaczego.

Nucąc, kołysałam się i poruszałam wachlarzem w takt muzyki; namalowany na nim kwiat zdawał się nieśmiało kiwać główką, jakby z aprobatą.

Widzą tylko uśmiech na mej twarzy, Nigdy nie dojrzą bólu w moim sercu. Śpiewam, by żyć, To nie wino mnie upaja, ale szalone nocne życie. Trwonię lata w rozpuście, Lecz gdy w końcu się obudzę, Będę nadal zakochana w nocnym Szanghaju.

Mogłabym się identyfikować z sentymentalną bohaterką tej piosenki. Ale czy trwoniłam czas na rozpustę? Czy nadal kochałam nocny Szanghaj? Rozmyślając o tym, pozwoliłam ostatniemu dźwiękowi zakończyć dekadencki żywot w powietrzu.

Na widowni, jakby zbudzonej z drzemki dawnego życia, wybuchł aplauz.

– Cudownie!

– Niebiański głos!

– Po prostu pieszczota dla uszu!

Mój wzrok podążył obowiązkową trasą, na prawo, na lewo, do środka i w głąb sali. I nagle zatrzymał się na nowej twarzy w grupie wytwornych młodych mężczyzn. Młodzieniec wyglądał na onieśmielonego, pozornie skrępowanego, jakby dorastał w innym otoczeniu i los rzucił go do klubu nocnego pierwszy raz w życiu. Ludzie, z którymi się wychowałam, żyli bez wyjątku z przebiegłości i okrucieństwa, więc niewinność musiała mnie zaskoczyć.

Musnęłam młodzieńca obojętnym spojrzeniem, ukłoniłam się nisko i rzuciłam w jego stronę wachlarz, po czym oddaliłam się za kulisy, kołysząc się na złotych szpilkach.

Dziesięć minut później, gdy tłum ucichł, opuściłam garderobę i – odprowadzana bacznymi spojrzeniami gości – podeszłam prosto do stolika Lunga. Ze względu na moją popularność oczekiwano zazwyczaj, że obejdę stoliki, zatrzymując się co chwila i zabawiając klientów zalotną pogawędką. Jednak w ciągu kilku minionych tygodni siadałam tylko przy stoliku Lunga. Kiedy inni mężczyźni zorientowali się, że jestem jego ulubienicą, a pewnego dnia mogę zostać jego kochanką, wycofali się po cichu, ponieważ ani Lung, ani żaden z jego zbirów nie zawahaliby się przed uduszeniem kogokolwiek – nie tylko mężczyzny, lecz także kalekiego staruszka, ciężarnej kobiety czy noworodka.

*

Ludzie za plecami Lunga nazywali go „Pół Brwi”, gdyż, jak powiadano, wiele lat temu jego prawą brew rozpłatał brzytwą niedoszły zabójca. Zamierzał zapewne przeciąć arterię szyjną, ale Lung podczas walki pochylił głowę w odruchu obronnym i zabójca trafił w brew. Obcokrajowiec mógłby nosić tę bliznę jako dowód męstwa, lecz dla Lunga była ona piętnem hańby i nikt nie odważyłby się go zapytać, jak ją zdobył.

Dla Chińczyka określenie „zgolona brew” równa się największej zniewadze; to obelga gorsza nawet od nazwania czyjejś matki „kurwą spółkującą z kundlem” czy ojca „żrącym gówno żółwim łbem”. Panuje przekonanie, że rozpłatanie komuś brwi oznacza odcięcie tej osoby od energii witalnej, życiodajnego tchnienia i pomyślności losu.

Jak wszyscy chińscy gangsterzy, Lung obawiał się pecha, dlatego po przecięciu brwi stał się niezwykle przesądny. Nigdy nie rozstawał się ze swoimi talizmanami, nawet szykując się do kąpieli. Na grubym złotym łańcuchu na jego szyi wisiały wizerunki Guanyin, bogini współczucia, generała Guana, wiernego opiekuna i niepowstrzymanego mordercy w jednej osobie, wszechobecnego bożka mamony, i najnowszy dodatek – szybujący smok z przejrzystego nefrytu, znak zodiaku Lunga. Był to prezent ode mnie na pięćdziesiąte piąte urodziny, które niedawno obchodził.

W niespełna dwadzieścia lat Lung przeistoczył się z pogardzanego pucybuta w człowieka budzącego szacunek i lęk u najpotężniejszych ludzi w Szanghaju, nawet u samego szefa policji. Ten przywódca gangsterów rozpoczął swoją wędrówkę na szczyt od pastowania butów gwiazd, biznesmenów, przestępców i polityków. Chodziły słuchy, że jego mrówcza, nienaganna praca zmiękczyła serca niektórych spośród jego wpływowych klientów. Polerował mocniej i dłużej, używał też więcej pasty niż pozostali. Uwijał się szybciej niż ktokolwiek inny i jakimś sposobem wiedział, komu się przypochlebić, nie przyjmując opłaty za swoje usługi. Gdy nadchodził właściwy moment, gawędził chwilę z dygnitarzami, lecz zawsze okazywał im szacunek i nigdy nie przekraczał granicy.

Wkrótce wciągnięto go do Latających Smoków. Był wprawdzie tylko chłopcem na posyłki, ale plotka głosiła, że kiedyś przyjął kulę przeznaczoną dla potężnego członka gangu. Przestępca, którego ocalił, był ważnym politykiem, i tak Lung błyskawicznie zdobył sławę, bogactwo i władzę. Drogę na szczyty ułatwiła mu również jego szczodrość. W przeciwieństwie do wielu mafiosów, Lung nie miał problemu z rozdawaniem czerwonych kopert wypchanych pieniędzmi. Obdarowywał nie tylko swoich podwładnych i hołubione w danym momencie kobiety, ale także policjantów i polityków. Czy to by ukoić wyrzuty sumienia, czy po prostu by ułatwić sobie dostęp do szanghajskiej socjety, wydawał wystawne przyjęcia i przekazywał miliony instytucjom dobroczynnym, w szczególności tym prowadzonym przez wpływowych ludzi. W swojej drodze na szczyt zdołał się jakimś sposobem pozbyć większości nawyków i języka czyścibuta. Chociaż jego sposobu wyrażania się nadal nie można było uznać za wytworny, pieniądze i sława brutala rekompensowały ten niedostatek z nawiązką.

Większość mojej wiedzy o Lungu opierała się oczywiście na plotkach. Sam nigdy mi o sobie nie opowiadał, a zadawanie zbyt osobistych pytań mogło się równać samobójstwu.

Zbliżając się do stolika i patrząc na Lunga, znów pomyślałam o małpie. Nie tylko z powodu jego twarzy, lecz także kończyn, które wydawały się stale poruszać, jak u małpy przeskakującej z gałęzi na gałąź. Gdy pracował jako pucybut, potrafił niezauważenie ukraść każdemu dowolną rzecz. Swoje łupy zazwyczaj sprzedawał, lecz jeśli ofiara mogła mu w jakiś sposób pomóc, oddawał przedmiot, mówiąc, że go znalazł.

Z wyjątkiem Mistrza Lunga i jego prawej ręki, pana Zhu, wszyscy dżentelmeni – czy też gangsterzy – wstali, żeby mnie przywitać.

Szef wpatrywał się we mnie dużymi, wyłupiastymi oczami, które według plotki stały się takie po tym, jak któryś z jego przeciwników niemal go udusił.

– Camillo, pięknie pachniesz. Śpiewasz też coraz lepiej. Czy pijesz specjalny wywar ziołowy dla ciała i głosu? – Głos Lunga był ochrypły po latach palenia, picia i wrzasków.

Uśmiechnęłam się, zajmując krzesło, które ktoś mi podsunął. Zakładając nogę na nogę, z poczuciem napięcia między nimi, odparłam seksownie niewinnym głosem:

– Mistrzu Lung, czy poza tobą może być coś specjalnego? – Uczono mnie, żeby mówić to, co jest korzystne w danej sytuacji. Jak powiada chińskie przysłowie, jeśli spotkasz człowieka, mów jak człowiek, jeśli spotkasz ducha, mów jak duch.

– Ha, ha! Moja Camillo, języczek też ci się wyostrza. – Roześmiał się, aż zatrząsł mu się brzuch.

Oczywiście ani jemu, ani nikomu innemu nigdy nie powiedziałam, jak ciężko pracowałam nad moim głosem. Wolałam, żeby myśleli, że wszystko to wynika z wrodzonego talentu. Nikt nie chce słuchać o gorzkich latach żmudnych, nużących ćwiczeń, każdego interesują tylko przyjemne efekty.

Nikt nie wiedział, że po zakończonym występie ucinałam sobie drzemkę, o ile udało mi się wymknąć z lepkich łap Mistrza Lunga, po czym szłam na Bund i śpiewałam wschodzącemu słońcu, a potem jego odbiciu w wodach rzeki Huangpu. W ten sposób mój głos miał wchłonąć potężną energię jang ze wschodzącego słońca i energię jin z miękko płynącej rzeki. Miałam nadzieję, że skala mojego głosu rozciągnie się od niebios po ziemię; że osiągnąwszy punkt szczytowy, mój śpiew nie załamie się, lecz stanie się kojący jak światło poranka, opadłszy zaś do najniższego punktu, nie zaniknie, lecz będzie głęboki i niezmierzony niczym ocean.

Znałam prawdę zawartą w dwóch chińskich powiedzeniach: minuta na scenie warta jest dziesięciu lat przygotowań za kulisami, i zasadzisz arbuza, to zbierzesz arbuza, zasadzisz fasolę, to zbierzesz fasolę. Sukces nie pojawi się sam z siebie u tych, którzy snują się z kąta w kąt, zamiast wyjść z domu i zacząć działać.

Nie sądziłam jednak, by któregokolwiek ze zgromadzonych tego wieczoru widzów obchodziły mozolne godziny, które spędziłam na doskonaleniu czterominutowego wykonania Nocnego Szanghaju. Chociaż był jeszcze ten niewinny, wyglądający na inteligentnego młody człowiek, którego dostrzegłam wcześniej przy sąsiednim stoliku; może on by to zrozumiał.

– Dziękuję, Mistrzu Lung. – Uśmiechnęłam się, delikatnie pociągając łyczek jego whisky, jakbym przełykała całą gorycz związaną z moim treningiem.

Gdy ostry smak alkoholu ukłuł mój język, kątem oka dostrzegłam parę oczu wpatrzonych we mnie, niczym wzrok kochanki utkwiony w jej opiekunie. W tej samej chwili Lung skinął w stronę sąsiedniego stolika i onieśmielony młodzieniec o chłopięcej twarzy natychmiast przy nas stanął. Wysoki i szczupły, ubrany był w szary garnitur w prążki, harmonizujący ze srebrnym krawatem spiętym szpilką z perłą.

Zastanawiałam się, co ten wytworny młody człowiek ma wspólnego z nieokrzesanym Lungiem.

Gao, najbardziej zaufany ochroniarz Mistrza Lunga, wstał, żeby przygotować miejsce tuż przy Lungu.

– Proszę, paniczu.

– Camillo, poznaj mojego syna, Jinyinga. – Lung uśmiechnął się, a jego oczy zmieniły się w szparki.

Czy to naprawdę mógł być syn Lunga? Może pasierb albo guoji, chłopiec podarowany bezdzietnemu mężczyźnie przez krewnego – dar podtrzymujący ciągłość rodu?

Uścisnęliśmy sobie z młodzieńcem dłonie. Jego ręka obejmująca moją była ciepła i przyjemna jak kokon. Jeżeli ja byłam typem jin – zdystansowanym, chłodnym, wyrachowanym, skrupulatnym – to on z pewnością reprezentował typ jang – serdeczny, bezpośredni, impulsywny.

Teraz Lung prezentował uśmiech pełen dumy, a w jego otwartych ustach błyszczało kilka złotych zębów. Po raz pierwszy w szefie półświatka odnalazłam coś przypominającego czułość czy dobroć.

– Mój syn wrócił dosłownie kilka dni temu ze studiów w Stanach.

– Godne podziwu. – Uśmiechnęłam się. – Czy można wiedzieć, jaką dziedzinę zgłębiał syn szefa?

– Prawo... – Młody człowiek uśmiechnął się, lekko czerwieniejąc.

– Na Ha Fak – przerwał mu Lung.

– Ojcze, to Harvard, a nie Ha Fak – poprawił go syn.

– Tak, Harr... fad. – Ojciec roześmiał się, patrząc na potomka z zachwytem, jakby stał się podwładnym własnego syna.

– Ojcze, wprawiasz mnie w zakłopotanie!

– So-ri, so-ri, synu – przeprosił Lung w łamanej angielszczyźnie. Najpotężniejszy mafioso w Szanghaju, który eliminował głupców bez mrugnięcia okiem, teraz sam wyglądał jak głupek.

Powstrzymałam uśmiech. Nawet ten bezwzględny szef gangu miał swój słaby punkt. Nie ma ludzi niezwyciężonych; trzeba tylko znaleźć ich słabości i czekać na odpowiedni moment, by uderzyć.

– Panno Camillo, ma pani najpiękniejszy i najbardziej intrygujący głos, jaki kiedykolwiek słyszałem. – Młody Lung zignorował ojca i zwrócił się do mnie.

– Dziękuję – powiedziałam, wcale w to nie wierząc.

Uczono mnie rezerwy wobec pochlebstw, ponieważ mogłyby mnie one rozproszyć, a tym samym zaprzepaścić moją misję. Nigdy nie zapominałam, że ludzie mogą mnie chwalić, ale jest mało prawdopodobne, by interesowało ich coś więcej poza moją urodą, sławą i umiejętnością dostarczania rozrywki.

Nieświadom mojego rozgoryczenia Lung rzucił synowi kolejne spojrzenie pełne zachwytu.

– Chcę, żeby Jinying pomagał mi w interesach, ale może się nie sprawdzić, bo tylko muzyka mu w głowie. – Przerwał, żeby uszczypnąć rękaw garnituru potomka. – Widzisz? Zamówiłem ten garnitur u Graya, żeby pasował do jego statusu prawnika z Hartfadu.

Gray był najdroższym krawcem w Szanghaju, ceny miał jeszcze bardziej szokujące niż te u słynnego Paramounta. Słyszałam, że garnitur kosztuje u niego trzy razy tyle co u Paramounta, czyli równo złotego taela.

Speszony młodzieniec odwrócił się od Lunga i powiedział do mnie:

– Panno Camillo, ojciec opowiadał mi o pani i jej legendarnym głosie. To dla mnie wielka przyjemność i zaszczyt, że dziś wieczorem wreszcie miałem okazję posłuchać pani śpiewu i poznać panią.

Byłam zaskoczona, że syn budzącego lęk w całych Chinach gangstera zachowuje się i rozmawia z taką elegancją i uprzejmością. Skoro miał tak potężnego ojca, to nikt nie pomyśli, że ten sposób bycia wynika ze słabości. Jego ojciec mógł to jednak tak odebrać, bo obrzucił syna ganiącym spojrzeniem.

Lung raptownie wstał i wyciągnął do mnie dłoń. Pozwoliłam zaprowadzić się na szklany parkiet, w sam środek szurających lakierków i szpilek. Objął mnie w pasie i popłynęliśmy w rytm kojących dźwięków walca Nad pięknym modrym Dunajem. Niektórzy mężczyźni, tańczący obok nas ze swoimi partnerkami, pochylali z szacunkiem głowy, mówiąc:

– Dobry wieczór, Mistrzu Lung.

Szef odpowiadał im krótkim skinieniem głowy.

Gdy tak wirowaliśmy, zataczając koła, zerkałam to na orkiestrę, to na widownię. Rzuciłam okiem w stronę Jinyinga, który wpatrywał się w nas intensywnie. Objęłam Lunga mocniej. Poznałam tego młodego człowieka dopiero przed chwilą; zastanawiałam się, dlaczego odczułam chęć wzbudzenia w nim zazdrości.

W końcu, kiedy już wystarczająco porysowaliśmy parkiet, wróciliśmy z Lungiem na nasze miejsca. Znajomi Jinyinga stale wzywali go, by wrócił do ich stolika, więc po chwili przeprosił nas i odszedł. Wówczas pan Zhu, prawa ręka Lunga, podniósł gazetę i podał mi ją, wskazując na jeden z artykułów. Chodziło o rubrykę towarzyską Tęczy Chang.

NAGI CIEŃ

Możemy już ujawnić tożsamość dziewczyny, która trzy dni temu skoczyła i zniknęła. Ta zadziwiająca sztuczka została przygotowana przez iluzjonistkę, pannę Cień.

Incydent był wstępem do promocji jej widowiska, które będzie można oglądać od tego czwartku w nocnym klubie Ciro, stającym się konkurentem starszego i szykowniejszego klubu nocnego Jasny Księżyc. Po takim preludium panna Cień natychmiast znalazła się na ustach wszystkich. Wnioskuję z tego, że nocny klub Ciro podkradnie Jasnemu Księżycowi wielu klientów.

Dowiedzieliśmy się również, że w noc swojego skoku panna Cień nie była naprawdę naga, lecz odziana w cielisty kostium. Oczywiście krew na chodniku nie była jej krwią, a pochodziła prawdopodobnie z zarżniętego kurczaka, świni lub psa.

Wielu czytelników, tak jak ja, zastanawia się zapewne, co się stanie z Camillą, naszą ukochaną Ptaszyną Niebiańskiego Śpiewu. Czy będzie w dalszym ciągu niepodzielnie panować w nocnym życiu Szanghaju, czy też zostanie zepchnięta we wzburzone wody oceanu? Która z nich będzie naszą królową rozrywki? Która z nich zostanie ostatecznie pierwszą uwodzicielką Szanghaju?

Cóż, wkrótce się tego dowiemy.

Mam jedno pytanie do panny Camilli: Co będziesz czuła, gdy w końcu spotkasz godną siebie przeciwniczkę?

Ciąg dalszy nastąpi...

Tęcza Chang

Przygryzłam wargę, ale szybko odzyskałam równowagę i przywołałam mój najbardziej zalotny uśmiech.

– Mistrzu Lung, czytałeś to?

– Sądzisz, że marnowałbym czas na plotki?

Dobrze.

– Będziesz tu w czwartek wieczorem?

– To zależy. A czemu pytasz? – Rzucił mi rozbawione spojrzenie.

Nagle moje serce stało się zimne jak lód w moim drinku. Nie umiałam zmusić się do zapytania go, czy pójdzie do Ciro, żeby zobaczyć nagą iluzjonistkę i jej pokaz.

Po powrocie do mieszkania nie mogłam zasnąć. Popijałam wino i potrafiłam myśleć tylko o tej nowej przeciwniczce, jej niesłychanej sztuczce i mistrzostwie w przyciąganiu uwagi. Dlaczego nazwała się Cieniem, czyżby nie istniała naprawdę? Czy była duchem? Oczywiście to imię było nieprawdziwe, tak jak moje. Czyżby ta cała Cień, oczarowawszy Szanghaj, czekała na jakiś odzew z mojej strony? Czy chciała zająć moje miejsce jako atrakcja numer jeden w nocnych klubach? A może Tęcza Chang się myli? Może celem Cień nie byłam ja, ale ktoś inny? Moje serce zamarło z niepokoju. Czy tym kimś mógł być... Mistrz Lung?

Byłam oczywiście na tyle bystra, żeby zdawać sobie sprawę, że Cień nie skoczyła na pewną śmierć i nie była duchem, lecz żywą rywalką.

Byłam więc również na tyle bystra, żeby sobie z nią poradzić. Przypomniał mi się fragment Sztuki wojny Sunzi:

Wiedz, kiedy atakować, a kiedy czekać.

Esencją rzemiosła wojennego jest nie atak, lecz strategia.

Znaj siebie, a swojego wroga jeszcze lepiej.

Tak! Otóż to. Znaj siebie, a swojego wroga jeszcze lepiej. Poznanie jej będzie pierwszym krokiem do usunięcia tego chwastu ze ścieżki, którą kroczę w jednym celu – by wyeliminować Mistrza Lunga.

Podjąwszy tę decyzję, sięgnęłam do włącznika radia. Pokój zalały dźwięki nagrania Nocnego Szanghaju w moim wykonaniu.

Widzą tylko uśmiech na mej twarzy, Nigdy nie dojrzą bólu w moim sercu...

Westchnęłam i wychyliłam duszkiem kieliszek wina.

3 Madame Lewinsky

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

4 Czerwone szpilki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

5 Młody pan Lung

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

6 Życie pomiędzy dwoma gangami

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

7 Uroczystości świątynne

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

8 Lwi tancerze

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

9 Wizyta w szpitalu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

10 Bankiet mandżursko-chiński i prywatny pokaz magii

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

11 Bund i park rozrywki

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

12 Zamek

13 Zaproszenie na prywatny pokaz

14 Ukryte w cieniu

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

15 Życie szpiega

16 Pawilon Peonii

17 Zbytkowna podróż

18 Fałszywy alarm

19 Plaza Athénée

20 Opera i myśl o śmierci

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

21 Zakupy na Polach Elizejskich

22 Magia i latające noże

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

23 Widowisko stulecia

24 Widmowy synek

25 Narodziny

26 Dwie ceremonie

27 Tułacze dziecko

28 Różowe Imperium

29 Wielka Ucieczka

30 Sekretna willa

31 Ogród

32 Zegar szafkowy

33 Powrót Mistrza

  Epilog

  Podziękowania

Chciałabym podziękować mojemu mężowi, Geoffreyowi Redmondowi, który – jak czarodziej – zamienia każde doświadczenie w przyjemność. Bez zachęty Geoffreya nigdy nie zaznałabym barwnego, twórczego życia pisarki, a jest to zawód, do którego aspirowałam już jako siedmiolatka.

Będąc troskliwym, pełnym współczucia i niebywale profesjonalnym endokrynologiem, Geoffrey jest również znakomitym pisarzem; spod jego pióra wyszło sześć książek. Ostatnio napisał publikację medyczną dla laików It’s Your Hormones (To twoje hormony) oraz dzieło o azjatyckiej religii i filozofii, Science and Asian Spiritual Tradition (Nauka i azjatycka tradycja duchowa).

Zanim zaczęłam publikować, a także później, zyskałam wiele, uczestnicząc w licznych konferencjach pisarskich. Chciałabym szczególnie podziękować Lewisowi Frumkesowi za doroczną konferencję w Hunter College, podczas której dzieliłam się doświadczeniami z pełnymi zapału czytelnikami i pisarzami. Za pośrednictwem Romantic Times Book Review i stowarzyszenia Romance Writers of America poznałam wspaniałych autorów, czytelników i pełnych poświęcenia pracowników, którzy zawsze służą mi pomocą i sprawiają, że pisząc, czuję się jak w domu.

Chciałabym również podziękować mojej agentce Susan Crawford z Crawford Literary Agency; profesorowi Jiayanowi Mi, który zaprosił mnie do College of New Jersey z prelekcją o mojej powieści Pieśń Jedwabnego Szlaku; Ellen Scordato i jej mężowi Markowi Rifkinowi, którzy mieli ogromny wkład w moją karierę pisarską.

Specjalne podziękowania niech przyjmą twórcy, którzy pomogli mi w mojej literackiej podróży: Kitty Griffin, Kate Douglas, Mary Jo Putney, Shobhan Bantwal, Marilyn Brant i Lisa Dale.

Oczywiście dziękuję również pracownikom Kensington Books, którzy udzielili mi ogromnej pomocy: mojej cudownej redaktorce Audrey LaFehr i jej współpracownikowi Martinowi Biro, specjalistkom do spraw promocji, Karen Auerbach i Vidzie Engstrand, oraz Kristine Mills-Noble, która zaprojektowała piękne okładki wszystkich moich książek.

Składam również podziękowania moim wspaniałym przyjaciołom, Teryle Ciacice, która nieodmiennie rozgrzewa moje serce swoim radosnym głosem i uśmiechem oraz Eugenii Oi Yan Yau i jej mężowi Josemu Santosowi, którzy są zawsze gotowi do pomocy.