Wydawca: Siedmioróg Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 455 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uwodziciel. Bel Ami - Guy de Maupassant

Podpisywać się pod nienapisanymi przez siebie artykułami, żyć kosztem własnych przyjaciół, przyjmować pieniądze od kochanki, przechwycić połowę cudzego spadku, uwieść żonę swojego zwierzchnika – by porzucić ją i poślubić jej posażną córkę, zbierać złote okruchy afery polityczno-finansowej, którą posłużyło się mimowolnie: oto sposób na życie, który z taką łatwością przyswaja sobie Uwodziciel. Powieść o brutalnym nadejściu nowoczesności, o przetasowaniu wszelkich wartości; powieść o nadejściu czasów, w których pieniądz i władza stają się najgłębszym marzeniem człowieka.


- Aktualnemu wydaniu powieści Maupassanta towarzyszy wejście na ekrany kin
jej inscenizacji filmowej. W amerykańskim filmie grają między innymi Robert Pattinson, Uma Thurman, Kristin Scott Thomas i Christina Ricci.

- Książka ukazuje się równocześnie w formie e-booka oraz w postaci papierowej.

Opinie o ebooku Uwodziciel. Bel Ami - Guy de Maupassant

Fragment ebooka Uwodziciel. Bel Ami - Guy de Maupassant

Przełożyła

Krystyna Dolatowska

Siedmioróg

Tytuł oryginału

Bel-Ami

Zdjęcia na okładce

© BEL AMI DISTRIBUTION LIMITED 2010

Skład

Andrzej Nowak

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-7568-962-4

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2012

CHRONOLOGIA

1850 5 sierpnia urodził się Henri René AlbertGuy de Maupassant. Nie wiadomo, czy przyszedł na świat w pałacu Miromesnil, koło Tour-ville-sur-Arques – jak utrzymywał, czy w miejscowości Fecamp, w której mieszkali wówczas jego rodzice. Trwająca do dzisiaj kontrowersja co do miejsca urodzenia Maupassanta jest przykładem licznych niejasności dotyczących życia pisarza, który przeinaczał swoją biografię i podkreślał szlacheckie pochodzenie.

1856 Narodziny brata Maupassanta, Hervé.

1859 Przeprowadzka rodziny do Paryża. Maupassant rozpoczyna naukę w prestiżowym liceum Napoleona. Rodzice rozchodzą się, a Guy wraz z bratem trafiają do posiadłości matki w nadmorskiej miejscowości Etreta, w Normandii. Maupassant kształci się pod okiem matki Laury, siostry poety Alberta Le Poittevin i przyjaciółki Flauberta, pragnącej przekazać swojemu synowi własne zamiłowanie do literatury. Dla młodego chłopca są to lata beztroski i fantazji, zabaw pod gołym niebem, spacerów po skalnym wybrzeżu i wypraw w morze na łodziach rybackich.

1863 Matka oddaje trzynastoletniego Maupassanta na pensje do seminarium w Yvetot. Brutalność kolegów i metody wychowawcze księży wywrą na nim nigdy nie zapomniane piętno: „Nazwałem licea, college i pensje zakładami tortur moralnych i biologicznych wyniszczeń. Jeżeli rasa ludzka jest wątła i chora, jeżeli nasze otumanione narządy dotknięte są stu tysiącami najróżniejszych dolegliwości, które prowadzą do przedwczesnej śmierci, jest to winą potwornego systemu edukacyjnego, który rozprzestrzenił się na całej ziemi” (felieton w Gil Blas, 9 czerwca 1885).

1867 Maupassant zdaje maturę w liceum w Rouen.

1870 Wojna francusko-pruska. Maupassant jako żołnierz uczestniczy w walkach o Normandię. Z czasem, wojna stanie się treścią wielu nowel i nie dokończonej powieści Angelus. Wyda mu się ona potworna i absurdalna. „Najbardziej zaskakujące jest, że społeczeństwo nie buntuje się na samo słowo wojna. Och! Żyjemy całe wieki pod ciężarem podłych i odrażających obyczajów, kryminalnych przesądów, zwierzęcych idei naszych barbarzyńskich przodków” (felieton w Gil Blas, 11 grudnia 1883).

1872 Pragnąc jak najszybciej rozpocząć życie w Paryżu, Maupassant podejmuje się marnie płatnej pracy w Ministerstwie Marynarki.

1873 Na prośbę matki Maupassanta, GustaveFlaubert podejmuje się wtajemniczyć początkującego pisarza w arkana swojej sztuki. Maupassant jest w szkole realizmu. Uczy się obserwować świat, dbać o precyzję opisu, powracać z drobiazgową dokładnością do przeżytych zdarzeń. Równocześnie korzysta z rozrywek wielkiej stolicy: przelotne miłostki, nocne kabarety i… sporty wodne na Sekwanie. „Jakże było to proste i dobre, i trudne tak żyć, pomiędzy biurem w Paryżu, a rzeką w Argenteuil. Moją wielką, moją jedyną, moją absorbującą pasją przez dziesięć lat była Sekwana. Piękna, spokojna, zmienna i śmierdząca rzeko! Kochałem Ciebie, bowiem ukazałaś mi, jak sądzę, sens życia” (Mouche, 1880).

1875 Pierwsze publikacje w czasopismach paryskich: La Main d’ecorche – nowela, A la feuille de rose, maison turque – sztuka pornograficzna, Une repetition – sztuka teatralna.

1877 Pierwsze objawy kiły.

1878 Flaubert wprowadza Maupassanta w środowisko literackie Paryża. Maupassant wiąże się z grupą naturalistów i staje częstym bywalcem domu Zoli, gdzie spotyka Céarda, Huysmansa, Hennique’a.

1879 Podróż do Bretanii i na Jersey. Skandal wokół wiersza Une filie, którego publikacja staje się powodem głośnego procesu. Maupassant oskarżony o obrazę dobrych obyczajów.

1880 Śmierć Flauberta zbiega się w czasie z początkami sławy literackiej Maupassanta. Des vers – tomik wierszy pisanych w latach 1872–1880. Publikacja i natychmiastowy sukces noweli Boule de Suif. Maupassant może porzucić pracę w Ministerstwie i całkowicie poświęcić się pisarstwu. W ciągu dziesięciu lat opublikuje sześć powieści, dwieście sześćdziesiąt nowel, trzy wspomnienia z podróży i setki artykułów do gazet i czasopism.

1881 Wielki sukces zbioru nowel La Maison Tellier. Maupassant staje się jednym z najmodniejszych i najlepiej opłacanych pisarzy epoki. Podróż do Algerii. Liczne związki z kobietami.

1882Mademoiselle Fiji – nowele kontynuujące niwę normandzką. Podróż do Saint-Raphaël. „Nie znam nic równie pięknego, jak życie tułacza, życie od przypadku do przypadku. Być wolnym, pozbawionym wszelkich ograniczeń, pozbawionym obowiązków, pozbawionym nawet myśli o dniu jutrzejszym” (Miss Harriet, 1884).

1882 Zbiory nowel Les Contes de la Becasse i Clair de lune. Powieść Une Vie. Maupassantkupuje dom w okolicach Etretat. Ze związku z JosephineLitzelman rodzi się pierwsze z trojga nieślubnych dzieci Maupassanta. „Mało który mężczyzna nie wie, co znaczy mieć dziecko zapomniane, dziecko, o którym mówi się »to bękart «, dziecko, które począł, jak mnożące się drzewo – bez świadomości” (Un fils, 1882).

1884Miss Harriett, Les soeurs Rondoli, Yvette – nowele. Au soleil – dziennik z podróży. Związek z hrabiną Potocką, która wywrze ogromny wpływ na pisarza.

1885Contes du jour et de la nuit, Monsieur Parent – nowele. Bel-Ami – powieść. Maupassantpodróżuje po Włoszech i Sycylii. Pobyt w Chatelgnyon, na kuracji zdrowotnej. Pisarz próbuje wszelkich metod, by walczyć z coraz to dokuczliwszymi skutkami choroby. Sięga po narkotyki, lecz nic nie przynosi mu ulgi. „Migrena, straszny ból, migrena, której tortury gorsze są od wszelkiego cierpienia, która kruszy umysł, rozprasza myśli, prowadzi do obłędu, owładnęła mną migrena” (Sur l’eau, 1888).

1886 Podróż po Morzu Śródziemnym na zakupionym jachcie „Bel-Ami”.

1887Mont-Oriol – powieść, Le Horla – nowele. Kilkumiesięczna podróż po Afryce Północnej.

1888Sur l’eau – wspomnienia z podróży, Le Rosier de Madame Husson – opowiadania. Maupassant jest u szczytu sławy. Jego dzieła, nieustannie wznawiane, są tłumaczone na rosyjski, niemiecki, angielski, hiszpański. Pisarz, który zawsze dbał o swoje interesy finansowe, staje się właścicielem jednej z największych fortun literackich historii.

1889 Brat Maupassanta, Hervé, umiera w obłędzie. Głęboko przejęty, pisarz odczytuje w tej śmierci własne przeznaczenie: „Myślę, że i ja skończę w szaleństwie”. W powieści Fortcomme la mortpisarz daje wyraz nurtującym go z coraz większą gwałtownością stanom niepokoju i melancholii.

1890 Przyjaciele spostrzegają wyraźne zmiany w wyglądzie Maupassanta, są świadkami pogłębiających się depresji, stanów irytacji, chwilowych utrat świadomości. Niezwykłą siłą woli pisarz kontynuuje pracę nad swoim dziełem – powieść Notre coeur, noweleL’Inutile Beauté, wspomnienia z podróży La Vie errante. Podróż na Lazurowe Wybrzeże i po Afryce Północnej. Maupassant odmawia przyjęcia Legii Honorowej.

1891Musette – sztuka teatralna. Rosnące cierpienia, postępujący paraliż, zaniki pamięci i nieustający niepokój. Maupassant rozumie, że jest stracony: „Śmierć jest bliska i jestem obłąkany”.

1892 1 stycznia, po krótkiej wizycie u matki, Maupassant podcina sobie gardło. Przewieziony przez przyjaciół do kliniki doktora Blanche w Passy, koło Paryża, przeżyje osiemnaście miesięcy w obłędzie i umrze 6 lipca 1893 roku.

„Dlaczego takie kontrasty – czarująca słodycz i bestialskość natury?” (L’Angelus, 1891).

WSTĘP

Maupassant nie tworzył świata, opisywał ten istniejący. „Idzie o to – uczył go Flaubert – by w obserwowanym świecie uchylić tajemnic, których nikt nie dostrzegł i nie opisał”. W powieści Maupassanta nic nie jest zmyślone. Nietrudno o rodowód machinacji polityczno-finansowych czy dziennikarskich intryg opisanych na stronach Bel-Ami. Fikcyjna wyprawa do Maroka jest transpozycją ekspedycji kolonialnej do Tunezji – a zarazem wielokrotnie powtórzonego modelu zamorskich ingerencji Francji. Dziennik Życie Francuskie – świadek i narzędzie manipulacji politycznych najwyższej finansiery – miał za wzór Gil Blas, pismo, w którym Bel-Ami ukazywał się w odcinkach!

Maupassant wyrósł w szkole realizmu i w szkole aktualności. Będąc dziennikarzem, poddany był pasjom swojego pokolenia. Francja, jaką znał – Francja Trzeciej Republiki – narodziła się z upadku Drugiego Cesarstwa, po przegranej wojnie z Prusami w 1871 roku. Powrót do demokracji dokonywał się na gruncie, który w niczym nie przypominał solidarności i entuzjazmu towarzyszących Rewolucji burżuazyjnej z 1789 roku. Rozwój zdawał się pogłębiać i utrwalać niesprawiedliwości. Obok luksusu, Paryż zamieszkiwany był przez biedotę, pozbawioną wszelkich nadziei na poprawę losu, chyba że na drodze nieuczciwości. Społeczeństwo przeżywało fazę kapitalizmu indywidualnego, gdzie nagromadzenie ogromnych fortun w rękach garstki ludzi faworyzowało flirt pieniądza z władzą. W chorej od skandali Francji lat 1870–1880 religia i moralność pozostawały obowiązującymi hasłami, lecz niczym więcej.

Maupassant nienawidził hipokryzji swojego społeczeństwa; nienawidził wojny, kolonii i korupcji, nienawidził Legii Honorowej; Akademii i instytucji małżeństwa. W Bel-Ami zrywa maskę, pod którą kryje się egoizm możnych panów, burzy teorię o sprawiedliwości, ufundowaną na morzu niesprawiedliwości. Odpowiada na własne wyzwanie, w którym domagał się, by „w pełni sceptyczny i obdarzony przenikliwym umysłem finansista opisał własne życie, opowiedział wszystko, niczego nie ukrywając, i tak dał świadectwo historii całego pokolenia”.

Maupassant pisał o polityce, lecz nie był politykiem. Byłoby okrutną pomyłką dopatrywać się w nim socjalisty czy anarchisty. Jego krytyka nie prowadzi do jakichkolwiek propozycji czy wizji społecznego ideału. Wręcz przeciwnie. Maupassant pogardzał tłumem i uważał się za wroga demokracji. Był on opozycjonistą na modłę opozycjonistów końca wieku, przekonanych o egoizmie wmontowanym w naturę człowieka, a domagających się ujawniania niebezpieczeństw z niego płynących. W pewnym sensie Maupassant był w swych przekonaniach politycznych niezwykle bliski nam, którzy dzisiaj wierzymy w korygujący charakter demokracji.

Maupassant był pisarzem, który – kierowany własnym sumieniem i odwołując się do sumienia czytelnika – nie zamykał oczu na mechanizmy społecznej nieuczciwości i publicznego zakłamania. Lecz polityka była dla niego tylko materiałem, obszarem życia dającym kształt ludzkim namiętnościom. Polityka Maupassanta to jego metafizyka, to odwieczny enigmat życia, w którym wszystko sprowadza się do tego, co niezmienne: miłość i samotność, zazdrość i zdrada, chciwość i wspaniałomyślność, erotyzm i śmierć – stosunki proste i podstawowe pomiędzy człowiekiem a jego ciałem, pomiędzy człowiekiem a jego bliźnim.

Tak jak autentyczne są ludzkie uczucia, tak i słowa Maupassanta pozbawione są wszelkiej maniery i kokieterii. Język służy spojrzeniu, język – jak przejrzysta woda – jest prosty, precyzyjny, konieczny. Słowa przejrzyste, poprzez które odczytujemy tragedię ludzi ograniczonych, kalekich, niezdolnych wyzbyć się zwierzęcego egoizmu, a jednakże nie pozbawionych uczuć, nie wyłączając tych najgłębszych.

Inscenizacja polityki wymaga pewnych uproszczeń, przedstawienia sytuacji i postaci typowych. Taką postacią jest Jerzy Duroy. W czasach burzliwych przemian w obyczajowości i moralności, kiedy nurt życia podważa tamę dotychczasowych zasad, trudno oprzeć się fascynacji bohaterem zrywającym wszelkie więzy krępujące w wypłynięciu na falę.

Bel-Ami kierowany jest jednym tylko pragnieniem – tytaniczną żądzą posiadania. Wykorzystując swoją urodę i nadarzające się sposobności, realizuje swój cel.

Jego pobudki są niskie, jego bezwzględność nieludzka, lecz sukces rozgrzesza go z wszelkich nieprawości, przynajmniej na płaszczyźnie społecznego uznania.

Maupassant nie pogardzał ambicjami swego bohatera. Dał mu wiele z samego siebie. Czyż on sam, zakochany w hrabiankach – pragnął mieć wszystkie! – marzący o wielkim świecie i publicznych honorach, nie był owładnięty ambicjami stojącymi w zupełnej sprzeczności z wrażliwością artysty? Maupassant zapłacił wielką cenę za wolę stania się „Balzakiem kobiet z belle société”. Bel-Ami, jego bohater, nieustannie przegląda się w lustrze, by upewnić się co do własnego sukcesu. Osiąga ten sukces. Jego imię staje się synonimem idących czasów. A zarazem uświadamia nam, jak łatwo można zapomnieć o innych.

Tomasz Michałowski

I

Jerzy Duroy poczekał, aż kasjerka wyda mu resztę z pięciu franków, i skierował się ku wyjściu.

Dawny podoficer, dbały przy tym o swój wygląd, w sposobie bycia zachował coś żołnierskiego. Wyprostował się, podkręcił wąsa i rzucił w stronę siedzących przy stolikach zapóźnionych gości szybkie spojrzenie, jedno z tych spojrzeń ładnego chłopca, które łowią jak sieć.

Kobiety obejrzały się za nim – trzy robotnice, starszawa nauczycielka muzyki, nie uczesana, zaniedbana, w zakurzonym kapeluszu, w źle uszytej sukni, i dwie mieszczki w towarzystwie małżonków – stali goście tej podrzędnej restauracji.

Znalazłszy się na ulicy, zatrzymał się na chwilę z wahaniem. Był dwudziesty ósmy czerwca. Jerzy Duroy miał w kieszeni trzy franki czterdzieści, które musiały wystarczyć mu do końca miesiąca. Trzy franki czterdzieści to znaczy dwa śniadania albo dwa obiady – do wyboru. Po namyśle doszedł do wniosku, że ponieważ śniadania są po dwadzieścia dwa su, a obiady po trzydzieści, więc zadowalając się śniadaniami zyska franka dwadzieścia i będzie mógł zafundować sobie dwie kolacje składające się z chleba z kiełbasą i dwa kufle piwa na bulwarze. Był to jedyny luksus, na jaki sobie pozwalał, a zarazem największa przyjemność jego nocy.

Skierował się w stronę ulicy Matki Boskiej Loretańskiej. Szedł w ten sam sposób, w jaki chodził wówczas, kiedy nosił jeszcze mundur huzara: z piersią podaną naprzód, rozstawiając nieco nogi, jakby dopiero przed chwilą zsiadł z konia. Brutalnie przepychał się zatłoczoną ulicą potrącając ludzi, którzy stanęli mu na drodze. Podniszczony cylinder zsunięty miał lekko na bok i głośno stukał obcasami o płyty chodnika. Wyglądem swym, postawą zdawał się rzucać wyzwanie przechodniom, kamienicom, całemu miastu, jak przystało na urodziwego wojaka, który przeszedł do cywila.

Mimo że ubrany w garnitur za sześćdziesiąt franków, oznaczał się pewną elegancją, krzykliwą i trochę w złym smaku, niemniej jednak była to elegancja. Wysoki, przystojny, z wąsem pieniącym się nad wargą, jasnoniebieskimi oczyma o małych źrenicach, falującą ciemnoblond czupryną o rudawym odcieniu, uczesany z przedziałkiem przez środek, przypominał uwodzicieli z brukowych romansów.

Był jeden z tych letnich wieczorów, kiedy w Paryżu nie ma czym oddychać. Miasto nagrzane jak pokój kąpielowy zdawało się ociekać potem. Granitowe otwory ścieków zionęły zatrutym oddechem, a przez niskie okienka mieszczących się w podziemiach kuchni dolatywał ohydny zapach pomyj i nieświeżych sosów.

Przed bramami siedzieli na trzcinowych krzesłach stróże bez marynarek, paląc fajki. Przechodnie szli ociężałym krokiem, z kapeluszami w ręku.

Doszedłszy do bulwaru, Jerzy Duroy zatrzymał się powtórnie, niezdecydowany. Miał ochotę udać się na Pola Elizejskie i w stronę Lasku Bulońskiego, aby odetchnąć trochę świeżym powietrzem; jednocześnie trawiło go pragnienie przeżycia jakiejś przygody miłosnej.

Jak się ona zacznie? Nie wiedział, lecz od trzech miesięcy każdego wieczoru żył oczekiwaniem. Ponieważ był ładny i umiał się podobać, udawało mu się od czasu do czasu uszczknąć nieco miłości, ale wciąż spodziewał się czegoś lepszego.

Miał puste kieszenie i war we krwi. Kiedy na rogach ulic prostytutki ocierały się o niego szepcząc: „Chodź do mnie, śliczny chłopczyku” – obejmował go płomień. Nie śmiał jednak iść za nimi, nie mając czym zapłacić. Innych pocałunków pragnął zresztą, nie tak wulgarnych.

Mimo to lubił miejsca uczęszczane przez prostytuki, ich bale, kawiarnie, ulice; lubił z nimi rozmawiać, wdychać ich ostre perfumy, czuć ich bliskość. To też były kobiety, kobiety biegłe w miłości. Nie czuł dla nich pogardy wrodzonej ludziom z towarzystwa.

Skręcił w stronę Madeleine. Przed nim płynął tłum znużonych upałem ludzi. Oświetlone ostrym światłem ogródki wielkich kawiarń, zajmujące część chodnika, pełne były gości. Przed nimi na małych stoliczkach kwadratowych lub okrągłych stały szklanki z napojami w najrozmaitszych kolorach, czerwonymi, żółtymi, zielonymi, brązowymi. Wewnątrz karafek połyskiwały przezroczyste kawałki lodu, ochładzające przejrzysty płyn.

Duroy zwolnił kroku. Czuł, że gardło ma wyschnięte.

Męczyło go piekące pragnienie, jakie odczuwamy w upalne dni, i wyobrażał sobie rozkoszny chłód zimnego napoju spływającego do przełyku. Ale gdyby pozwolił sobie na dwa kufle piwa tego wieczoru, żegnaj skromna kolacjo dnia jutrzejszego! Zbyt dobrze znał godziny głodu pod koniec miesiąca.

„Muszę wytrzymać do dziesiątej – postanowił – a wtedy wypiję mój kufel w Amerykańskim. Ale swoją drogą diabelnie chce mi się pić!” Objął wzrokiem mężczyzn siedzących przed pełnymi szklankami, wszystkich tych mężczyzn, którzy mogli swobodnie zaspokoić pragnienie. Z buńczuczną miną mijał kawiarnie, zerkał na gości i na podstawie ich ubioru i sposobu bycia taksował zawartość ich kieszeni. Ogarniał go gniew na tych ludzi wygodnie rozpartych, spokojnych. Musieli mieć przy sobie monety złote, srebrne i miedziaki. Każdy z nich musiał mieć przeciętnie około dwóch ludwików; w kawiarni było ich ze stu; sto razy po dwa ludwiki to cztery tysiące franków! – Łajdaki – szepnął kołysząc się przy tym z wdziękiem. Gdyby tak któryś z nich dostał się w jego ręce w ciemnej ulicy, ukręciłby mu szyję bez najmniejszych skrupułów, tak jak podczas manewrów ukręcał szyje kradzionym na wsi kurom i gęsiom.

Przypomniały mu się dwa lata spędzone w Afryce, sposób, w jaki wymuszał okup na Arabach, kiedy stacjonował w zapadłych miejscowościach na południu. Okrutny i wesoły uśmiech przemknął mu po wargach na wspomnienie pewnej eskapady, która trzech mężczyzn z plemienia Ouled-Alane kosztowała życie, a jemu i jego towarzyszom przyniosła dwadzieścia kur, dwa barany i temat do żartów na pół roku.

Winnych nie udało się znaleźć; nie szukano ich zresztą, gdyż Arabów traktuje się po trosze jako łup należny żołnierzom.

Niestety, w Paryżu sprawy przedstawiały się inaczej. Nie można było buszować z szablą u boku i rewolwerem w ręku, z dala od władz cywilnych i kodeksów, swobodnie. Czuł się jak podoficer w podbitym kraju – jego instynkty domagały się zaspokojenia. Jakże żałował, że nie jest już na pustyni! Dlaczegóż tam nie został! Spodziewał się, że w Paryżu czeka go coś lepszego. A tymczasem… To ma się nazywać życie?

Językiem przesunął po podniebieniu, mlaszcząc lekko. Stwierdził, że jest wyschłe.

Wokół niego przesuwał się tłum wycieńczony i powolny, a on myślał: „Co za zgraja! Wszyscy ci głupcy mają pieniądze w kieszeni!” Rozpychał ludzi ramieniem, pogwizdywał wesołe melodie. Potrącani mężczyźni odwracali się burcząc gniewnie, kobiety mówiły: „Gbur!”

Minął Wodewil i zatrzymał się przed barem Amerykańskim, zastanawiając się, czy nie wstąpić jednak na piwo, tak go męczyło pragnienie. Zanim powziął decyzję, spojrzał na oświetlony od wewnątrz zegar pośrodku jezdni. Było kwadrans po dziewiątej. Znał siebie; wiedział, że jak tylko znajdzie się przed nim pełen kufel, wychyli go do dna. I co będzie robił potem, do godziny jedenastej?

Ruszył dalej. „Dojdę do Madeleine – postanowił – a potem wrócę wolniutko”.

Dochodząc do placu Opery natknął się na jakiegoś tęgiego mężczyznę, którego twarz wydała mu się znajoma.

Zaczął iść za nim szukając w myśli i powtarzając półgłosem: – Skąd ja, u licha, znam tego gościa?

Szperał we wspomnieniach, ale nie mógł sobie przypomnieć. I nagle pamięć podsunęła mu obraz tego samego mężczyzny, tylko szczuplejszego, młodszego, ubranego w mundur huzara. – Ależ to Forestier! – zawołał na głos i wydłużając krok, dogonił idącego przed nim, i klepnął go po ramieniu. Tamten odwrócił się, spojrzał na niego i zapytał:

– Czego pan sobie życzy?

Duroy roześmiał się.

– Nie poznajesz mnie?

– Nie.

– Jerzy Duroy z szóstego pułku huzarów.

Forestier wyciągnął do niego obie ręce:

– Jak się masz, stary!

– Doskonale, a ty?

– Ja? Nie najlepiej. Wyobraź sobie, mam jakieś historie z płucami. Zaraz po powrocie do Paryża, cztery lata temu, nabawiłem się bronchitu w Bougival i od tej pory przynajmniej przez połowę roku kaszlę.

– Co ty powiesz! A wyglądasz zupełnie dobrze.

Forestier ujął dawnego kolegę pod ramię i opowiedział mu o swej chorobie, o poradach, jakich zasięgał, o opiniach lekarzy, o tym, jak trudno mu, w jego sytuacji, stosować się do ich wskazań. Zalecono mu spędzić zimę na Południu. Ale czy on może? Jest żonaty i zajmuje odpowiedzialne stanowisko w dziennikarstwie.

– Prowadzę dział polityki w Życiu Francuskim, pisuję sprawozdania z posiedzeń senatu dla Salut i od czasu do czasu kronikę literacką dla Planète. Doszedłem już do czegoś, jak widzisz.

Duroy spoglądał na niego, zaskoczony. Forestier zmienił się bardzo, dojrzał. Jego sposób bycia, strój wskazywały na człowieka statecznego, pewnego siebie; jego brzuch na obfite kolacje. Niegdyś ten sam Forestier był szczupły i zwinny, nierozważny i skłonny do bitki, hałaśliwy i zawsze gotów do zabawy. W przeciągu trzech lat Paryż zrobił zeń zupełnie innego człowieka, tęgiego i pełnego powagi, z paroma nitkami siwizny na skroniach, chociaż nie miał więcej niż dwadzieścia siedem lat.

– Dokąd idziesz? – zapytał tamten.

– Bez celu – odpowiedział Duroy. – Chciałem się przejść, zanim wrócę do siebie.

– To może pójdziesz ze mną do Życia Francuskiego, muszę przejrzeć kolumny, a potem wstąpimy gdzieś razem na piwo.

– Bardzo chętnie.

Szli, trzymając się pod rękę, bez trudu odnalazłszy dawną zażyłość, jaka łączy kolegów szkolnych i towarzyszy z tego samego pułku.

– Co robisz w Paryżu? – zapytał Forestier.

Duroy wzruszył ramionami:

– Zdycham z głodu. Przyjechałem tu po służbie, żeby… żeby zrobić karierę, a raczej żeby być w Paryżu, po prostu. I od pół roku jestem urzędnikiem w dyrekcji kolejowej okręgu północnego, z pensją raptem tysiąc pięćset franków rocznie.

– To rzeczywiście krucho – mruknął Forestier.

– Zupełnie się z tobą zgadzam. Ale co mam robić? Jestem sam, nie znam nikogo, nikomu nie mogę się polecić. Dobrej woli mi nie brak, ale brak mi środków.

Kolega zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, jak człowiek praktyczny, który ma wydać sąd, a potem powiedział z przekonaniem:

– Widzisz, mój kochany, tutaj wszystko zależy od tupetu. Jak się ma spryt, łatwiej jest zostać ministrem niż naczelnikiem wydziału. Trzeba umieć narzucić swoją osobę, a nie prosić. Skąd, u diabła, wytrzasnąłeś tę posadę w dyrekcji? Czy nie mogłeś znaleźć nic lepszego?

– Nie – odparł Duroy – chociaż szukałem na wszystkie strony. Ale w tej chwili mam właśnie coś na widoku. Proponują mi miejsce trenera w maneżu Pellerina. Miałbym tam, lekko licząc, jakieś trzy tysiące franków rocznie.

Forestier zatrzymał się gwałtownie:

– Nie rób tego głupstwa, nawet gdybyś miał zarabiać tam i dziesięć tysięcy! Zamykasz sobie przyszłość. Póki pracujesz w biurze, nikt cię przynajmniej nie zna, jesteś w ukryciu i jeżeli masz głowę na karku, możesz się stamtąd wydostać i zrobić karierę. Ale jak zostaniesz trenerem, już przepadło. To tak jakbyś był maîtred’hôtel w uczęszczanym przez cały Paryż lokalu. Ludzie z towarzystwa nigdy nie zapomnieliby, że udzielałeś lekcji konnej jazdy im i ich synom, nigdy już nie traktowaliby cię jak równego sobie.

Zamilkł i zastanawiał się przez chwilę, a następnie zapytał:

– Masz maturę?

– Nie. Dwa razy próbowałem i dwa razy mi się nie udało.

– Nic nie szkodzi, najważniejsze, że dobrnąłeś do ostatniej klasy. Wiesz mniej więcej, kto to był Cycero czy Tyberiusz?

– Mniej więcej.

– W porządku, nikt i tak nie orientuje się w tym dokładniej, oprócz może jakichś dwudziestu niedołęgów, którzy nie potrafią dać sobie rady w życiu. Powiadam ci, to żadna sztuka uchodzić za mądrego, wystarczy nie dać się nigdy przyłapać na gorącym uczynku nieuctwa. Trzeba umieć lawirować, obchodzić trudności, odwracać przeszkody, w odpowiedniej chwili zaimponować innym wiadomościami z encyklopedii. Ludzie są głupi jak but i ciemni jak tabaka w rogu.

Mówił jak pewny siebie spryciarz, który zna życie, i uśmiechał się przy tym spoglądając na mijających go przechodniów. Lecz nagle zaczął kasłać. Przystanął, aby przeczekać atak, a później dodał ze zniechęceniem:

– Czy to nie okropna rzecz, nie móc się pozbyć tego bronchitu? I to mimo lata! Och, tej zimy pojadę na kurację do Mentony. Trudno, zdrowie najważniejsze!

Znaleźli się na bulwarze Poissonnière, przed wysokimi, oszklonymi drzwiami. Od wewnętrznej strony do szyb przyklejona była rozpostarta na całą szerokość gazeta. Parę osób stało tam czytając.

Ponad drzwiami, niby wezwanie, widniał wielki ognisty napis: Życie Francuskie. Przechodzący ulicą ludzie wkraczali w obręb jasności, jaka biła od tych dwóch słów, ukazywali się w pełnym świetle, wyraźni, widoczni jak we dnie, a później znikali znów w mroku.

Forestier pchnął drzwi:

– Wejdź – powiedział.

Duroy wszedł, skierował się na schody, imponujące i brudne, widoczne z ulicy, minął korytarz, gdzie dwaj gońcy powitali jego towarzysza ukłonami, i dotarł do poczekalni, zakurzonej i nieświeżej, o ścianach wybitych imitacją aksamitu w kolorze żółtozielonym, upstrzonego plamami i postrzępionego tu i ówdzie, jakby nadgryzły go myszy.

– Siadaj – powiedział Forestier – za pięć minut wracam.

Zniknął w jednych z trojga drzwi, jakie prowadziły z poczekalni w głąb lokalu.

W powietrzu unosił się jakiś specjalny, dziwny, trudny do określenia zapach – zapach redakcji. Duroy siedział nieruchomo, trochę onieśmielony, a przede wszystkim zaskoczony. Od czasu do czasu mijali go pędem jacyś ludzie i zanim zdążył im się przyjrzeć, znikali za drzwiami.

Raz byli to młodzieńcy o zaaferowanym wyrazie twarzy, z powiewającą kartką w ręce, to znów zecerzy, którym spod poplamionej farbą płóciennej bluzy wyglądał nieskazitelnie biały kołnierzyk koszuli i sukienne spodnie, jakie noszą panowie z towarzystwa. Nieśli ostrożnie długie paski zadrukowanego papieru, odbitki wilgotne i świeże. Jeszcze innym razem zjawił się niski mężczyzna ubrany z przesadną elegancją, we wciętym surducie, obcisłych spodniach i spiczastych kamaszach – zapewne jakiś znany reporter przynoszący wieczorną kronikę.

Przychodzili i inni, poważni, godni, w cylindrach z płaskimi, rondami, jakby ten specjalny kształt kapelusza miał ich odróżnić od reszty ludzi.

Ukazał się Forestier pod rękę z jakimś wysokim, szczupłym mężczyzną między trzydziestką a czterdziestką, w czarnym ubraniu i białym krawacie. Brunet o ciemnej cerze, z podkręconymi do góry wąsikami, wyglądał na człowieka zadowolonego z siebie i przekonanego o własnej wyższości.

– Do widzenia, drogi mistrzu – pożegnał go Forestier.

Tamten uścisnął mu dłoń.

– Do widzenia, mój kochany – i zbiegł po schodach pogwizdując przez zęby, z laseczką pod pachą.

– Kto to jest? – zapytał Duroy.

– Jakub Rival, słynny reporter, specjalista od pojedynków. Przeglądał odbitki. Garin, Moutel i on to trzej najlepsi, najdowcipniejsi sprawozdawcy działu aktualności, jakich mamy w Paryżu. Rival zarabia u nas trzydzieści tysięcy franków rocznie za dwa artykuły tygodniowo.

Wychodząc spotkali niskiego, długowłosego mężczyznę o pokaźnej tuszy i zaniedbanym wyglądzie, który szedł po schodach sapiąc.

Forestier ukłonił mu się bardzo nisko.

– To Norbert de Varenne – powiedział – poeta, autor Martwych słońc, jeszcze jeden facet w cenie. Za każde opowiadanie, jakie nam przynosi, dostaje trzysta franków, a najdłuższe z nich nie przekraczają dwustu wierszy. Ale chodźmy do Neapolitańskiej, bo umieram z pragnienia.

Ledwo usiedli przy stoliku, Forestier zawołał: – Dwa duże jasne – i wychylił swój kufel jednym haustem, podczas gdy Duroy pił powoli, rozkoszując się smakiem piwa jak rzeczą bezcenną i rzadką.

Jego towarzysz milczał i zdawał się nad czymś zastanawiać, a po chwili zapytał znienacka:

– A może byś spróbował dziennikarstwa?

Duroy spojrzał na niego zaskoczony, a później odparł:

– Ależ… ależ ja jeszcze nigdy nic nie napisałem.

– Ba! Spróbować można zawsze. Mógłbyś zacząć jako mój pomocnik. Zbierałbyś dla mnie wiadomości, odwiedzał, kogo należy, załatwiał pewne sprawy. Dostałbyś na początek dwieście pięćdziesiąt franków i zwrot kosztów przejazdów. Chcesz, żebym pomówił o tym z dyrektorem?

– Oczywiście!

– W takim razie wiesz co? Przyjdź do mnie jutro na kolację. Będzie u nas pięć czy sześć osób tylko, szef z żoną, Jakub Rival i Norbert de Varenne, których widziałeś w redakcji, i przyjaciółka mojej żony. Więc jak, przyjdziesz?

Duroy zaczerwienił się, zakłopotany.

– Widzisz… ja nie bardzo mam się w co ubrać – szepnął po chwili.

– Jak to, nie masz fraka? – zdumiał się Forestier. – Psiakość, bez tego daleko nie zajedziesz. W Paryżu łatwiej obejść się bez łóżka niż bez fraka.

Nagle wsunął rękę do kieszeni kamizelki, wydobył z niej parę złotych monet, wziął dwa ludwiki, położył je przed dawnym kolegą i powiedział z serdeczną poufałością:

– Oddasz mi to, jak będziesz mógł. Wypożycz albo kup na raty wszystko, co potrzebne ci jest z ubrania. Musisz to jakoś urządzić, abyś mógł przyjść do mnie jutro o siódmej wieczorem na kolację. Mieszkam na ulicy Fontaine, pod siedemnastym.

Duroy, zmieszany, zgarnął monety jąkając:

– To naprawdę bardzo ładnie z twojej strony, dziękuję ci serdecznie, możesz być pewny, że nie zapomnę nigdy…

– Dobrze, dobrze – przerwał tamten. – Jeszcze jedno piwo, co?

I zawołał:

–Kelner, dwa piwa!

Kiedy już wypili, dziennikarz zapytał:

– Masz ochotę powłóczyć się trochę po mieście?

– Bardzo chętnie.

Skierowali się w stronę Madeleine.

– Dokąd pójdziemy? – zapytał Forestier. – Ludzie twierdzą, że w Paryżu zawsze da się znaleźć jakieś interesujące miejsce. Tymczasem ja, jak przyjdzie mi ochota rozerwać się trochę, nigdy nie wiem, gdzie pójść. Spacer po Lasku może być przyjemny tylko w towarzystwie kobiety, a nie zawsze ma się ją pod ręką; cafés-concerts to rozrywka w sam raz dla jakiegoś aptekarza z małżonką, ale nie dla mnie. Więc co robić? Doprawdy, nie wiadomo. Powinni by tu założyć jakiś park, coś w rodzaju parku Monceau, otwarty nocą, gdzie można by posłuchać dobrej muzyki i napić się czegoś orzeźwiającego, siedząc pod drzewami. Nie byłoby to miejsce zabaw, ale przechadzek. Odpowiednio wysoki wstęp przyciągałby piękne kobiety. Człowiek mógłby tam spacerować po wysypanych piaskiem alejach, oświetlonych elektrycznością, albo też usiąść sobie, gdyby chciał posłuchać muzyki. Coś takiego było kiedyś u Musarda, ale zalatywało podrzędnym lokalem. Za dużo tam było muzyki tanecznej, a za mało przestrzeni, cienia, zmroku. To musiałby być jakiś bardzo ładny, bardzo rozległy ogród. Mógłby być uroczy, co? Dokąd chcesz iść?

Duroy nie wiedział, co odpowiedzieć. Czuł się zakłopotany. Wreszcie zdecydował się:

– Nie byłem jeszcze nigdy w Folies-Bergère. Chętnie bym tam wstąpił.

– Do Folies-Bergère? – wykrzyknął jego towarzysz. – Ależ my się tam usmażymy! No, ale jak chcesz. To zresztą jeszcze nie najgorsze miejsce.

Zawrócili w stronę Montmartru.

Oświetlona fasada Folies-Bergère rzucała blask na zbiegające się przed nią cztery ulice. Rząd fiakrów czekał przed wejściem.

Duroy zatrzymał przyjaciela, który zmierzał prosto do środka:

– Nie mamy biletów.

– To zbyteczne, jak idziesz ze mną – odparł tamten wyniośle.

Kontrolerzy przywitali go ukłonami. Stojący pośrodku wyciągnął do niego rękę.

– Ma pan jakąś przyzwoitą lożę? – zapytał dziennikarz.

– Ależ oczywiście, proszę pana.

Forestier wziął bilet, który tamten mu podał, pchnął obite skórą drzwi i znaleźli się w sali.

Dym z papierosów i cygar przesłaniał, niby bardzo delikatna mgła, jej części bardziej odległe i scenę. Wznosił się białawymi smugami ku górze, zbierał pod kopulastym sklepieniem, tworząc wokół świecznika, nad pełną ludzi galerią pierwszego piętra, kłęby chmur jak na niebie.

W szerokim korytarzu wejściowym, prowadzącym do półokrągłego westybulu, po którym krążyły wystrojone prostytutki i ciemno ubrani mężczyźni, grupa kobiet czekała na przychodzących przed jednym z trzech kontuarów, za którymi królowały umalowane i zwiędłe trzy sprzedawczynie napojów orzeźwiających i miłości.

W wysokich lustrach za nimi odbijały się ich plecy i twarze przechodzących.

Forestier rozsuwał skupionych w grupki ludzi, szybko szedł naprzód jak ktoś, kto ma prawo do ogólnego poważania.

– Loża numer siedemnaście? – spytał jednej z bileterek.

– Tędy, proszę pana.

Znaleźli się w małej, drewnianej przegrodzie, odkrytej, wyściełanej czerwonym pluszem. Stały w niej cztery krzesła tego samego koloru, tak blisko siebie, że trudno się było między nimi prześliznąć. Usiedli: na prawo i na lewo od nich, po dwóch krańcach stykając się ze sceną, ciągnął się półkolem rząd takich samych przegród pełnych ludzi, którym widać było tylko górną część tułowia.

Na scenie trzech mężczyzn w obcisłych trykotach popisywało się kolejno ćwiczeniami na trapezie.

Najwyższy z nich wysuwał się na przód sceny szybkimi, drobnymi krokami, uśmiechał i pozdrawiał zebranych ruchem ręki, jakby przesyłał im pocałunek.

Pod trykotem rysowały się wyraźnie mięśnie ramion i nóg. Wypinał pierś, aby zatuszować zbytnią wypukłość brzucha. Uczesany ze starannym przedziałkiem pośrodku głowy, przypominał fryzjerczyka. Pełnym wdzięku krokiem dopadał trapezu i zawieszony na rękach opisywał w powietrzu wielkie koła lub też sztywno wyprostowany zastygał równolegle do podłogi, jedynie dłońmi trzymając się drążka.

Później zeskakiwał na scenę, kłaniał się od nowa, uśmiechem dziękując pierwszym rzędom za brawa, i usuwał w głąb, za każdym krokiem demonstrując umięśnione nogi.

Następny z trzech mężczyzn, nieco niższy, krępy, powtarzał to samo ćwiczenie, a w jego śłady szedł ostatni, najniższy, któremu publiczność okazywała najżywszą sympatię.

Duroy nie zwracał jednak uwagi na scenę. Odwrócony do tyłu patrzył na westybul pełen mężczyzn i prostytutek.

– Spójrz na pierwsze rzędy – powiedział Forestier – sami cnotliwi mieszczanie z małżonkami i dziećmi, poczciwe głuptasy, ciekawe widowiska; w lożach bywalcy bulwarów, paru artystów, parę dziwek trochę wyższej klasy. A za nami? Najdziwniejsza mieszanina, jaką można spotkać w Paryżu. Kim są ci mężczyźni? Przyjrzyj się im tylko. Kogo tam nie ma! Ale przeważają wszelkiego rodzaju męty. Masz, tu jacyś urzędnicy, tam reporterzy, oficerowie po cywilnemu, paru sutenerów, eleganci we frakach, którzy zjedli kolację w restauracji i wyszli z Opery, żeby pójść do Italiens. A oprócz tego cały tłum podejrzanych typów, o których chciałoby się dowiedzieć czegoś więcej. Co do kobiet, to wszystkie są jednego gatunku: takie, które jadają kolację w Amerykańskim, prostytutki po dwa albo trzy ludwiki, czyhające na cudzoziemców, bo ci płacą czasem po pięć, i dające znać swym stałym gościom, jak są wolne. Zna się je wszystkie od wielu lat, widuje każdego wieczora, w tych samych zawsze miejscach, chyba że odbywają kurację w Saint-Lazare albo w Lourcine.

Duroy nie słuchał. Jedna z kobiet oparła się o lożę i spoglądała na niego. Była to tęga brunetka o ramionach pociągniętych wybielającą masą, o czarnych, podłużnych oczach podcienionych szminką, ujętych w łuki namalowanych brwi. Ciemny jedwab sukni opinał się na zbyt obfitym biuście. Ukarminowane wargi, czerwone jak rana, nadawały jej powierzchowności coś zwierzęcego, drapieżnego, dyszącego namiętnością, co wzbudzało pożądanie.

Ruchem głowy przyzwała jedną z przyjaciółek, przechodzącą opodal, pulchną blondynkę o rudym odcieniu i powiedziała tak głośno, żeby Duroy mógł ją usłyszeć:

– Spójrz, jaki ładny chłopiec. Gdyby chciał przespać się ze mną za dziesięć ludwików, nie powiedziałabym: nie.

Forestier odwrócił się i z uśmiechem klepnął kolegę po kolanie:

– To pod twoim adresem. Masz powodzenie, gratuluję.

Były podoficer zaczerwienił się i machinalnie dotknął palcem dwóch złotych monet w kieszeni kamizelki. Kurtyna opadła; orkiestra grała teraz walca.

– Może byśmy się trochę przeszli po westybulu? – zaproponował Duroy.

– Jak chcesz.

Wyszli i od razu zagarnął ich strumień spacerujących. Popychani, stłoczeni, poszturchiwani posuwali się naprzód, mając przed oczyma ławicę kapeluszy. Trzymając się po dwie pod ręce, prostytutki przesuwały się bez trudu pomiędzy tłumem mężczyzn, prześlizgiwały się między ich łokciami, piersiami, plecami, widać było, że są w swoim żywiole, że pośród tej fali samców czują się jak u siebie.

Duroy, zachwycony, pozwalał się unosić prądowi i chłonął z upojeniem powietrze przesycone zapachem tytoniu, ludzkich ciał i perfum. Tymczasem Forestier oblewał się potem, sapał, kasłał.

– Chodźmy do ogrodu – powiedział.

Skręcili na lewo i znaleźli się w krytym ogrodzie, gdzie tryskały ku górze dwie fontanny w złym smaku. Umieszczone w drewnianych skrzynkach cisy i tuje rozpościerały gałęzie ponad metalowymi stolikami, przy których siedzieli mężczyźni i kobiety, popijając.

– Jeszcze jedno piwko – zaproponował Forestier.

– Chętnie.

Usiedli i obserwowali przechodzących.

Od czasu do czasu któraś z nocnych łowczyń zatrzymywała się koło nich i pytała ze stereotypowym uśmiechem:

– Może mnie pan czymś poczęstuje?

A słysząc odpowiedź Forestiera: „Szklanką wody z fontanny” – oddalała się, mrucząc:

– A to gbur!

W pewnej chwili ukazała się tęga brunetka, która opierała się przedtem o ich lożę. Szła wyzywającym krokiem, trzymając pod rękę pulchną blondynkę. Tworzyły dobraną parę.

Na widok Duroya uśmiechnęła się, jak gdyby ich oczy zdążyły już wyznać sobie jakieś intymne tajemnice. Przysunęła krzesło do ich stolika, drugie wskazała przyjaciółce, i siadając naprzeciw obu mężczyzn, rzuciła dźwięcznie:

– Kelner, dwie wody z sokiem!

– No, no, nie krępujesz się, widzę ! – powiedział Forestier ze zdziwieniem.

– Strasznie mi się spodobał twój przyjaciel – odparła. – To naprawdę śliczny chłopiec. Czuję, że mogłabym stracić dla niego głowę.

Duroy, onieśmielony, nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Podkręcał wąsy i uśmiechał się głupio. Kelner przyniósł zamówioną wodę, kobiety wypiły ją jednym haustem i wstały. Brunetka skinęła przyjaźnie głową Duroyowi, i uderzając go lekko wachlarzem po ramieniu, powiedziała:

– Dziękuję, kotku. Ale rozmowny to nie jesteś!

Odeszły, kołysząc się w biodrach.

– Ależ ty naprawdę masz powodzenie u kobiet, mój drogi! – roześmiał się Forestier. – Nie lekceważ tego. To ci się może bardzo przydać.

Zamilkł na chwilę, a później podjął, jakby dumając na głos:

– Dzięki nim najprędzej można dojść do czegoś w życiu.

Duroy uśmiechał się w milczeniu.

– Zostajesz tu jeszcze? – zapytał Forestier. – Ja pójdę już, na dzisiaj mam dość.

– Ja jeszcze chyba zostanę chwilę – szepnął Duroy. – Jest wcześnie.

– W takim razie do widzenia – podniósł się Forestier. – Do jutra. Nie zapomnisz? ulica Fontaine siedemnaście, o wpół do ósmej.

– Tak jest. Do jutra. Dziękuję ci.

Uścisnęli sobie dłonie i dziennikarz oddalił się.

Z chwilą jego zniknięcia Duroy poczuł się wolny i znów dotknął wesoło złotych monet w kieszonce. Później podniósł się i zaczął przechadzać, rozglądając się naokół.

Wkrótce dostrzegł obie kobiety, brunetkę i blondynkę, jak spacerowały w tłumie mężczyzn z pewną siebie miną żebraczek miłości.

Skierował się prosto w ich stronę, ale kiedy był tuż obok, zabrakło mu odwagi.

– Odzyskałeś już mowę? – zapytała go brunetka.

– Odzyskałem – bąknął i nie potrafił powiedzieć nic więcej.

Przystanęli wszyscy troje, tamując na chwilę ruch.

– Pójdziesz do mnie? – zapytała nagle kobieta.

– Chętnie, ale mam tylko jednego ludwika.

– To nic – uśmiechnęła się i wzięła go pod rękę na znak posiadania.

Kiedy wychodzili, przeszło mu przez myśl, że pozostałe dwadzieścia franków starczy, aby wypożyczyć strój wieczorowy na kolację u Forestierów.

II

– Przepraszam, gdzie mieszka pan Forestier?

– Trzecie piętro na lewo.

W uprzejmym tonie stróża wyczuwało się szacunek dla lokatora. Jerzy Duroy wszedł na schody.

Był skrępowany, onieśmielony, nieswój. Po raz pierwszy w życiu włożył frak i niepokoił się, jak przedstawia się całość jego stroju. Zdawał sobie sprawę z jej braków. Półbuciki były z cienkiej skórki, gdyż lubił elegancko obutą stopę, ale nie lakierowane. Koszulę kupił w Luwrze za cztery franki pięćdziesiąt i na gorsie widniały już załamania. Niestety, reszta jego koszul znajdowała się w takim stanie, że nawet najlepszej nie mógł włożyć na tę wizytę.

Trochę za szerokie spodnie zacierały linię nogi, zdawały plątać się wokół łydek i miały zmięty wygląd ubrań wypożyczanych i nie dopasowanych do figury tego, kto je wkłada. Tylko żakiet leżał mniej więcej dobrze.

Duroy wolno wstępował po stopniach, z bijącym sercem, niespokojny, dręczony przede wszystkim obawą, że wyda się śmieszny. Nagle ujrzał naprzeciwko siebie jakiegoś mężczyznę w stroju wieczorowym, który spoglądał na niego. Znajdowali się tak blisko, że młody człowiek cofnął się, a później znieruchomiał ze zdumienia: tamten mężczyzna to było jego własne odbicie; na półpiętrze znajdowało się duże lustro aż do samej ziemi, stwarzające złudzenie dalekiej perspektywy. Przeniknął go dreszcz radości: nigdy by nie przypuszczał, że tak dobrze się prezentuje.

W domu miał tylko małe lusterko ręczne i nie mógł przejrzeć się od stóp do głów. Nawet poszczególne części garderoby dostrzegał w nim z trudem i dlatego przesadnie wyolbrzymiał ich braki, poddając się panice, że będzie wyglądał groteskowo.

Ujrzawszy się nagle w dużym lustrze, w pierwszej chwili nie poznał samego siebie. Swoje odbicie wziął za kogoś innego, za jakiegoś pana z towarzystwa, który wydał mu się bardzo elegancki.

Przyjrzał się sobie z uwagą i doszedł do wniosku, że całość jest doprawdy zupełnie zadowalająca.

Jak aktor przygotowujący się do występu zaczął teraz studiować swoją rolę. Uśmiechnął się, wyciągnął rękę, zrobił parę gestów, przybierał kolejno różne wyrazy twarzy mające wyrazić zdziwienie, zadowolenie, aprobatę. Uczył się subtelnych odcieni uśmiechu i sposobu patrzenia, aby umieć znaleźć się wobec dam, dać im wyczuć, że wzbudzają podziw i pożądanie.

Otworzyły się jakieś drzwi. Duroy ruszył szybko po schodach przestraszony, że któryś z zaproszonych gości mógł go zobaczyć wdzięczącego się przed lustrem.

Na drugim piętrze dojrzał jeszcze jedno lustro i zwolnił kroku, aby raz jeszcze przyjrzeć się własnej postaci. Nie miał sobie nic do zarzucenia. Uznał, że porusza się swobodnie. Napełniło go bezgraniczne zaufanie do samego siebie. Jakże mogłoby nie powieść się w życiu człowiekowi z jego twarzą, jego pragnieniem zrobienia fortuny, jego wolą i jego niezależnością umysłu! Miał ochotę przebyć ostatnie piętro w podskokach. Po raz trzeci zatrzymał się przed lustrem, właściwym sobie gestem podkręcił wąsy, zdjął kapelusz, żeby przygładzić włosy, i jak to mu się nieraz zdarzało, mruknął do siebie półgłosem:

– Pierwszorzędny wynalazek te lustra – po czym zadzwonił.

Drzwi otworzyły się prawie natychmiast i Duroy znalazł się naprzeciwko gładko wygolonego lokaja we fraku, tak pełnego godności, że na nowo ogarnął go niepokój, którego przyczyny nie potrafił sobie wytłumaczyć. Może podświadomie porównywał krój obu fraków? Ten lokaj w lakierkach zapytał go, odbierając płaszcz, który Duroy miał przewieszony przez rękę, aby ukryć plamy:

– Kogo mam zaanonsować?

I uchyliwszy portiery, rzucił nazwisko w stronę salonu, gdzie gość miał wejść.

Duroy stracił nagle pewność siebie i stał, oddychając z trudem, przestraszony. Oto miał zrobić pierwszy krok w oczekiwaną, wymarzoną przyszłość. Przemógł jednak lęk i ruszył do salonu. W obszernym pokoju, pełnym światła i krzewów jak oranżeria, oczekiwała go jakaś młoda kobieta.

Zatrzymał się zmieszany. Kim była ta uśmiechnięta dama? Przypomniał sobie, że Forestier jest żonaty, i myśl, że ta ładna, elegancka blondynka jest zapewne żoną jego przyjaciela, do reszty zbiła go z tropu.

– Pani, jestem… – wyjąkał.

Wyciągnęła do niego rękę.

– Wiem; Karol opowiedział mi o wczorajszym spotkaniu. Cieszę się niezmiernie, że wpadł na ten dobry pomysł, aby poprosić pana do nas na kolację.

Duroy zaczerwienił się aż po uszy i nie wiedział, co ma odpowiedzieć. Czuł, że kobieta lustruje go od stóp do głów, waży każdy szczegół, osądza.

Miał chęć przeprosić ją za braki swego stroju, znaleźć coś na ich usprawiedliwienie, ale nic nie przychodziło mu do głowy i nie odważył się poruszyć tego przykrego tematu.

Usiadł w fotelu, który mu wskazała, i kiedy poczuł, jak ugina się pod nim elastyczne obicie, jak pieszczotliwy mebel obejmuje go delikatnym uściskiem swych miękkich oparć, wydało mu się, że wkracza w nowe życie, pełne uroku, że obejmuje w posiadanie coś rozkosznego, że staje się kimś, że dobija do brzegu. Spojrzał na panią Forestier, która nie spuszczała zeń wzroku.

Ubrana była w suknię z bladoniebieskiego kaszmiru, pod którą rysowała się wyraźnie jej zgrabna postać o obfitym biuście.

Ręce i dekolt wynurzały się z piany białych koronek zdobiących wycięcie sukni i krótkie rękawy. Włosy podczesane do góry wiły się lekko ponad karkiem, chmurką delikatnego blond puszku ocieniając szyję.

Duroy odzyskiwał pewność siebie. Spojrzenie tej kobiety przypominało mu, sam nie wiedział dlaczego, spojrzenie dziewczyny spotkanej poprzedniego dnia w Folies-Bergère. Szarobłękitny kolor oczu pani Forestier nadawał im dziwny wyraz. Nos miała wąski, wargi pełne, brodę dość mięsistą, rysy nieregularne. Tworzyło to całość pełną uroku i przebiegłości. Była to jedna z tych twarzy kobiecych, w których każda linia ma swoisty wdzięk i wymowę, a każde drgnienie zdaje się wyjawiać coś lub też ukrywać.

– Od dawna jest pan w Paryżu? – zapytała po chwili milczenia.

– Od paru miesięcy zaledwie – odparł, odzyskując powoli równowagę. – Pracuję w dyrekcji kolei, ale Forestier obiecał mi, że może uda mu się wciągnąć mnie do dziennikarstwa.

Uśmiechnęła się życzliwie i powiedziała, zniżając głos:

– Słyszałam o tym.

Zadźwięczał dzwonek. Lokaj zaanonsował:

– Pani de Marelle.

Była to niska brunetka. Weszła do salonu żwawym krokiem, ujęta od stóp do głów w obcisły pokrowiec ciemnej, prostej sukni.

Wpięta we włosy czerwona róża przyciągała gwałtownie wzrok, poddawała właściwą tej szczególnej urodzie żywą, niespokojną nutę.

Za panią de Marelle postępowała mała dziewczynka w krótkiej sukience. Pani Forestier poderwała się na przywitanie.

– Dzień dobry, Klotyldo.

Dzień dobry, Magdaleno.

Uściskały się. Dziewczynka, ze spokojną pewnością siebie osoby dorosłej, podała do pocałunku czoło, mówiąc:

– Dzień dobry, ciociu.

Pani Forestier ucałowała ją, a następnie przedstawiła sobie gości:

– Pan Jerzy Duroy, kolega Karola, pani de Marelle, moja przyjaciółka i daleka krewna.

– Proszę, niech się pan czuje jak u siebie w domu. Nasze zebrania mają charakter zupełnie swobodny – dorzuciła.

Młody człowiek skłonił się.

Lecz znowu otworzyły się drzwi i ukazał się w nich tęgi, okrągły mężczyzna, na którego ramieniu wspierała się wysoka, piękna kobieta, wyższa od niego i o wiele młodsza, o wyglądzie pełnym powagi i dystynkcji. Był to pan Walter, deputowany, finansista, człowiek interesów. Żyd z południa Francji, dyrektor Życia Francuskiego, i jego żona, z domu Basile-Ravalau, córka bankiera.

Następnie zjawili się jeden po drugim elegancki Jakub Rival i Norbert de Varenne, z wyświeconym kołnierzem fraka, na który opadały włosy sięgające aż do ramion, zostawiając tu i ówdzie białe ślady łupieżu.

Jego niedbale zawiązany krawat nie był już pierwszej świeżości. De Varenne podszedł do pani domu z wdziękiem podstarzałego eleganta i złożył pocałunek na jej dłoni. Jego długie włosy spłynęły na rękę młodej kobiety.

Nadszedł i Forestier, przepraszając za spóźnienie. Musiał zostać trochę dłużej w redakcji w związku ze sprawą Morela. Morel, deputowany radykalny, zainterpelował ministra odnośnie kredytów, których ten domagał się na kolonizację Algeru.

– Kolacja podana – oznajmił służący.

Towarzystwo przeszło do jadalni.

Duroy znalazł się pomiędzy panią de Marelle a jej córką. Od nowa czuł się zażenowany i bał się, że nie będzie wiedział, jak się posługiwać widelcem, łyżką i kieliszkami. Było ich aż cztery, jeden lekko zabarwiony na niebiesko. Do jakiego napoju mógł być przeznaczony?

W milczeniu spożyto zupę, a następnie Norbert de Varenne zapytał:

– Czytaliście państwo sprawozdanie z procesu Gauthiera? Co za zabawna historia!

Rozmowa zeszła na temat tego procesu o cudzołóstwo i szantaż. Mówiono o nim nie tak, jak roztrząsa się wiadomości z gazet w gronie rodziny, ale jak mówią lekarze o chorobach albo przekupki o jarzynach. Cytowane fakty nie wzbudzały oburzenia ani zdziwienia; z zawodową ciekawością starano się dociec ich głębokich, utajonych przyczyn, okazując przy tym całkowitą obojętność dla samej zbrodni. Usiłowano wyjaśnić źródła poszczególnych postępków, znaleźć wytłumaczenie dla procesów myślowych, które spowodowały dramat będący jedynie rezultatem pewnego stanu umysłu, dostępnym analizie naukowej. Również i kobiety brały żywy udział w tych rozważaniach. Następnie przyszła kolej na inne wydarzenia dnia. Omawiano je, komentowano, naświetlano z różnych stron i ustalano ich wagę, podchodząc do nich w ten specyficzny, właściwy dostawcom nowin, sprzedawcom komedii ludzkiej po tyle a tyle od wiersza, praktyczny sposób, w jaki kupcy oglądają, obracają w dłoniach i ważą przedmioty, które mają podsunąć konsumentom.

Wreszcie ktoś wspomniał o jakimś pojedynku i wtedy zabrał głos Jakub Rival. To była jego domena i nikt inny nie miał prawa mówić na ten temat.

Duroy nie śmiał wtrącić się do rozmowy. Od czasu do czasu spoglądał na sąsiadkę, której krągły biust przyciągał jego wzrok. Kolczyk z diamentem zawieszonym na złotej nitce spływał jej na szyję, jak kropla wody. Od czasu do czasu rzucała jakąś uwagę, która wywoływała uśmiech na jego usta. Jej dowcip pełen był świeżości, lekki, nieoczekiwany – dowcip figlarnej dziewczynki, która dobrze zna życie, podchodzi doń pogodnie i sądzi je z pobłażliwym sceptycyzmem.