Uwikłany - Kazimierz Jaśkiewicz - ebook

Uwikłany ebook

Kazimierz Jaśkiewicz

0,0

Opis

Koniec lat dziewięćdziesiątych. W Polsce szybko dojrzewa kapitalizm. To fantastyczny czas dla biznesowych odkryć, dla gwałtownych zmian i dla niezwykłych karier. Oraz dla przekrętów.
Niespełna 30-letni Jan Sawicki robi nieoczekiwaną i błyskawiczną karierę w dużym regionalnym banku. Jest pracowity, samodzielny, bystry i ambitny, więc pnie się w górę. Czy tylko dlatego?
Z wolna nad bohaterem gromadzą się ciemne chmury. Prosta i przewidywalna droga nagle wije się i plącze. Coraz bardziej dramatyczne wydarzenia wprowadzają swoje okrutne reguły. To, co było przyjazne teraz, staje się wrogie. Może nie wszystko, ale… A i życie osobiste bohatera skręca gdzieś na dziwne rozstaje. Sawicki wpada w korkociąg bolesnych doświadczeń,  a strach staje się nieodłącznym towarzyszem jego kolejnych poczynań...
Zawodowe dojrzewanie bohatera obserwujemy w barwnej scenerii korporacyjnych i  bankowych rytuałów. Wraz z rozwojem akcji poznajemy malownicze otoczenie bohatera: jego rodzinę, licznych współpracowników, charakterystycznych klientów banku i wreszcie jego narzeczoną – Julię Bławat wraz z jej oryginalną rodziną i znajomymi.
Czy rozrzucone puzzle dadzą się poskładać? Czy uda się uciec przed złym losem? Czy finał tej przygody będzie dla Sawickiego metą…  czy startem?

Najlepszy jest jednak bezruch. Co mi właściwie jest?  I dlaczego tu jestem?  Szum w uszach powoli tracił intensywność, a ćmiący ból głowy też jakby się cofał. Co ja tu robię? Teraz koniecznie muszę zebrać myśli, może coś mi się przypomni. Spokojnie oddychaj – przypomniały mi się nieśmiertelne porady ze szkolenia na temat stresu. Uspokój się i pomyśl. Leżałem na wznak. Kątem oka zobaczyłem czarną plamę przemieszczającą się wolno po białej pościeli. Spojrzałem na nią uważniej. Pająk wolno zmierzał w kierunku moich ust. Nie mogłem ruszyć rękoma. Głową też nie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 579

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0



OD AUTORA

To, o czym tu przeczytacie, jest fikcją. Żadna z występujących postaci w rzeczywistości nie istnieje, włącznie z narratorem. Jakiekolwiek podobieństwa do realnych postaci, wydarzeń i sytuacji są więc absolutnym przypadkiem. Prawdziwy jest za to kalendarz lat 1999 i 2000, odtworzony chociażby po to, żeby przywołać niebezpieczeństwo milenijnej pluskwy grożącej bankom i całej reszcie.

21 WRZEŚNIA 2000

Wielka przeszklona winda bezszelestnie pędziła w dół. Kilkunastu pasażerów czujnie warowało przy drzwiach. Wiedziałem, że jestem czwarty w kolejce. Bałem się. Miałem już dość i nie mogłem się doczekać końca tego szaleństwa. Nareszcie ja. Teraz! Skok! Co za ulga. Wreszcie byłem wolny.

Obudziłem się. Gdzie ja, do diabła, jestem? Leżałem, próbując to odgadnąć. Ciemno. Jakiś nieznośny, wysoki dźwięk wibrował wysoko nade mną. Z wysiłkiem dźwignąłem powieki. Ciemność przeszła z wolna w brudną szarość, a z jednolitej, gładkiej masy wyłoniły się bure, niekształtne plamy, przybierając w końcu postać, którą już mogłem jakoś zdefiniować. Natarczywy dźwięk znacznie się obniżył. To była mowa, mogłem już nawet rozróżnić słowa.

– Obudził się.

Głos był miły i niski. Kobiecy. Kto to i gdzie ja, do cholery, jestem? Spróbowałem podnieść głowę i coś powiedzieć. Paskudny ból rzucił mnie z powrotem, a z ust wydobył się tylko zduszony charkot.

– Spokojnie, niech pan leży i się nie rusza. – W niskim alcie zabrzmiała ostrzegawcza nutka.

– Dobrze, że tak szybko. Co teraz?

To chyba nie do mnie?

– Ciśnienie, temperatura? – Nowy głos, tym razem męski, przedarł się przez szum w moich uszach.

– Ciśnienie cały czas w normie. Temperatura trzydzieści siedem i pół.

– Nieźle. Teraz przewieziemy go na tomokomputer. Nie wydaje mi się, żeby to było coś poważnego. – W głosie brzmiała pewność i zdecydowanie.

– Mam nadzieję, że będziemy mogli zastosować zwykłą procedurę. I oczywiście cały czas kroplówka.

Lekarze! A więc jestem w szpitalu. Ale co mi się stało? Ponownie spróbowałem otworzyć usta. Znowu zabolało, mniej, ale jednak. Trudno, muszę się dowiedzieć, co tu jest grane. Przezwyciężając ból i opór drewnianych warg, starałem się wypchnąć tylko trzy słowa: dlaczego tu jestem? Zamiast słów usłyszałem jednak tylko jakiś nieartykułowany pomruk. Mój głos? To naprawdę ja? Przecież tego nikt nie usłyszy. Przez zmrużone oczy – dlaczego nie mogę ich otworzyć? – udało się dojrzeć dwa cienie. Obok kobiety wyższy o głowę chudy facet, na pewno ten energiczny. Chyba że ktoś trzeci czai się za nimi. Sylwetki poruszyły się, ich kontury zapląsały rozmytą smugą. Znikli. Usłyszałem cichy trzask. Klamka? Tak zwykle brzmią zamykane drzwi, więc chyba mam rację. Słuch wracał do swoich zadań. To bardzo dobrze, ale co z oczami? Otworzyć je? Może teraz? Znowu ból. Wyraźnie większy w okolicy lewego. Ale prawe oko jest chyba okej. Udało się. Muszę się rozejrzeć. To rzeczywiście łóżko. Po lewej skraj blatu szpitalnej szafki. Kawałek dalej pastelowy kolor ściany. Słoneczne światło padało gdzieś spoza mnie. Okno musi więc być z tyłu. Co z resztą ciała? Ostrożnie poruszyłem stopami. Podciągnąłem kolana. Lekki skurcz, ale poza tym w porządku. Teraz kolej na ręce. Lewa dziwnie obolała, palce w porządku, ale z podniesieniem ramienia gorzej. Nie dałem rady. Trochę lepiej z prawą, ale też bezwładna. A teraz obrót. O Boże! W moim gardle znowu coś zabulgotało, a przeszywający ból usadził mnie na miejscu. Najlepszy jest jednak bezruch. Co mi właściwie jest? I dlaczego tu jestem? Szum w uszach powoli tracił intensywność, a ćmiący ból głowy też jakby się cofał. Co ja robię? Teraz koniecznie muszę zebrać myśli, może coś mi się przypomni. Spokojnie oddychaj – przypomniały mi się nieśmiertelne porady ze szkolenia na temat stresu. Uspokój się i pomyśl. Leżałem na wznak. Kątem oka zobaczyłem czarną plamę przemieszczającą się wolno po białej pościeli. Spojrzałem na nią uważniej. Pająk wolno zmierzał w kierunku moich ust. Nie mogłem ruszyć rękoma. Głową też nie.

14 PAŹDZIERNIKA 1999

Narady były żelaznym punktem w życiu BHO Banku, a brak takiego kwartalnego spotkania byłby równie sensacyjny jak trzęsienie ziemi w Radomiu. Kolejna narada była wyznaczona na połowę października. Pomijając wszystko inne, to miał być mój debiut. Wiedziałem oczywiście, że w różnych wewnętrznych statystykach mój oddział ładnie się piął, w końcu premie dla mnie i moich ludzi nie pojawiły się przez przypadek. To bardzo wzmocniło moje morale, ale jednak nie wystarczało, żeby czuć się naprawdę dobrze. Nie sądziłem, że aż tak trudno będzie mi się zmierzyć z ponurą legendą czekającego mnie widowiska.

Wszedłem na salę. Nie musiałem się rozglądać, wręcz fizycznie poczułem mnogość ciekawskich spojrzeń. Zająłem wolne miejsce niedaleko stołu prezydialnego. Po obu stronach miałem nieznanych facetów. Obaj wąsaci. Dziwne.

– Lech Kowalczyk – odezwał się ten z lewej.

Podał mi grubą łapę. Boże, co za uścisk, omal nie wrzasnąłem.

– Jan Sawicki. Janek – odpowiedziałem.

– Janek. To jak ten z Rudego. No, z tego czołgu – dodał, widząc, że nie łapię żartu.

– Jestem Antoni Palecki – zabrzmiał bas gościa z prawej. Zamaszystym gestem wyciągnął rękę.

– A ty co, pierwszy raz w tym cyrku? – raczej stwierdził, niż spytał.

– Nie martw się, stary, przywykniesz. A zresztą, co ma być, to będzie – zakończył nieśmiertelną sentencją.

Nie znałem ich wcześniej, bo niby skąd, ale spodobał mi się zwyczaj mówienia sobie na ty bez żadnych wstępnych ceremonii. W końcu to byli dyrektorzy oddziałów, i to chyba od dawna, a ja, cóż, do niedawna skromny specjalista od analiz, dłubiący te swoje robótki, zatopiony w oceanach liczb i tabelek. Rozejrzałem się po sali. Mój były szef siedział po przeciwnej stronie podkowy, w jaką były ustawione stoły. Skinąłem mu głową na powitanie. Odpowiedział tym samym. Pomyślałem, że jego stosunek do mnie musi być teraz bardzo niejednoznaczny, i jeszcze ta różnica wieku… Musiał poczuć się głupio, gdy dotychczasowa bezpieczna relacja przełożony–podwładny nagle się zmieniła w relację koleżeńską. Nie miałem w tym względzie żadnych doświadczeń, ale czułem, że jest to chyba nie najmilsze wrażenie. Pomyśleć, że teraz obaj jesteśmy dyrektorami… Kto by się spodziewał? Ja na pewno nie.

W sali raptownie zapadła cisza, tylko gdzieś z oddali dobiegł czyjś nerwowy chichot.

W drzwiach pojawił się Prezes. Za nim weszło jeszcze parę osób, jego świta. Podszedł do prezydialnego stołu i zajął jedyne tam miejsce. Jego dwór rozgościł się przy dwóch bocznych stołach. Przy prawym jaśniała łysiną wielka głowa szefa Hery – dyrektora Leopolda Lebioda. Starałem się uważnie obserwować rozwój wydarzeń. Prezes przywitał wszystkich obecnych, potem – rzeczowo i sucho – zakreślił program narady. Szybko wyłapałem specyfikę jego przekazu – sarkazm i ironia to była ulubiona para ciągnąca ciężki wóz jego naradowych powinności. Od początku do końca to one właśnie królowały w zatłoczonej sali, budząc powszechny strach, a przynajmniej nerwowość.

Stało się też dla mnie jasne, że jednym z najważniejszych punktów programu była publiczna prezentacja wyników poszczególnych oddziałów. Wyczuwałem, że był to stary rytuał, a chyba także danie główne takiej narady. Rzecz polegała na tym, że każdy z dyrektorów oddziałów musiał doświadczyć wątpliwego zaszczytu publicznej spowiedzi. Jak już delikwent ujrzał na wielkim ekranie swoje nędzne wyniki, uwiecznione w PowerPoincie w postaci sennych krzywych ledwo wznoszących się nad osią iksów, to zwykle ogarniało go niekontrolowane drżenie, ręce nabierały niezwykłej autonomii, głos się łamał, na usta cisnęły się jawne idiotyzmy, a logika przekazu odpływała w siną dal. Prezes tylko na to czekał i teraz, w starannie dobranych słowach, ukazywał znikomość osiągnięć ofiary, czasem dobrotliwie proponując zastanowienie się nad zmianą dotychczasowej pracy na bardziej przydatną dla społeczeństwa, na przykład roznoszenie ulotek. Główny aktor widowiska wił się i kajał, przepraszając za grzechy przeszłe i przyszłe, całą postawą wyrażając chęć poprawy wszystkiego, co się da, a jego największym marzeniem było zniknąć, schować się, a najlepiej przestać istnieć.

Koniec katorgi był wyznaczany sakramentalnym hasłem „A teraz poprosimy…”, co Prezes ogłaszał w najlepszym dramaturgicznie momencie. Dla niedawnej ofiary oznaczało to wymodlony powrót do bezpiecznej kryjówki, skąd, po dojściu do siebie, delikwent mógł wreszcie odreagować, bawiąc się strachem następnego nieszczęśnika. Ciekawe, że mimo iż każdy z dyrektorów doskonale wiedział, że udział w spektaklu jest absolutnie nieunikniony (powiedzenie „jak śmierć i podatki” narzucało się wręcz automatycznie), większość szczerze nienawidziła momentu, gdy trzeba było wychylić się ze swojej niszy i stanąć w blasku reflektorów jak jakiś samotny Hamlet przed żądną krwi widownią.

Musiałem przyznać, że Prezes raczej rzadko odnosił się bezpośrednio do nieskładnych zeznań aktualnej ofiary, uważając chyba, że najważniejsze już zostało powiedziane w obowiązkowych komentarzach notabli z centrali. Mniej lub bardziej mądrze objaśniali oni znaczenie poszczególnych linii i tabel, pojawiających się na ekranie i obrazujących dokonania – a częściej ich brak – poszczególnych oddziałów banku. Zwykle też członkowie prezesowskiej świty dorzucali szczap do emocjonalnego ogniska, które buchało coraz to wyższym płomieniem. Jak już napięcie sięgało poziomu A-klasowego thrillera, a przepytywany dyrektor był bliski omdlenia, jakiś nadzwyczaj wrażliwy, albo po prostu znudzony, dworzanin podrzucał jakieś koło ratunkowe, co Prezes kwitował uniesieniem brwi albo sarkastycznym uśmieszkiem, niekiedy udając, że nie zauważył interwencji. Jego zimne oczy utkwione w ofierze były zwykle bez wyrazu, czasem tylko błysk okularów zdradzał delikwentowi obecność niebezpieczeństwa. Widowisko kończył na ogół jakiś ironiczny komentarz i odurzona ofiara z trudem wracała na swoje miejsce… I tak trwał ten odwieczny obyczaj, budujący jednak, jak to zrozumiałem później, podwaliny trwałości naszej szanownej instytucji. Na szkoleniach nazywali to „elementem kultury organizacyjnej”.

Pod koniec pierwszego dnia narady jednego byłem pewien: Prezes perfekcyjnie opanował sztukę zarządzania poprzez strach. I może dlatego był taki skuteczny? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że czarna legenda tych narad była uzasadniona, ale z drugiej strony nikt nas do tej roboty nie przymuszał. Poza tym kto nie lubi thrillerów? Musiałem też przyznać, że na tej mojej pierwszej naradzie zostałem potraktowany niezwykle łagodnie. Myślę, że był to normalny przywilej nowicjusza, ale mimo wszystko potrafiłem to docenić. Zamiast zwykłego opieprzu ze zdumieniem usłyszałem głosy prezesowskiej świty na temat moich obiecujących rezultatów w „wyciąganiu oddziału z dołka” i tym podobne bardzo miłe zdania. A co najważniejsze, Prezes nie protestował.

O moim poprzedniku, dyrektorze Władysławie Wilczku, nie padło ani jedno słowo. Na przerwie ludzie mówili, że podobno jest na długim zaległym urlopie, podobno się rozchorował, podobno szuka innej pracy. Niczego nie komentowałem, zresztą nikt mnie nie pytał.

15 PAŹDZIERNIKA 1999 I WCZEŚNIEJ

Narada skończyła się tradycyjnym obiadem. Teraz czekała mnie parogodzinna samotna jazda. Zaraz po wejściu do auta wpakowałem do odtwarzacza kasetę starych dobrych Stonsów z moim ulubionym albumem „Aftermath”. Kończący płytę „Going Home” był tu idealnym kawałkiem. Pomyślałem, że chociaż mój rodzinny dom jest daleko i nie do niego teraz zmierzam, to mam do czego i – co ważniejsze – do kogo wracać. Wcisnąłem pedał gazu i ostro ruszyłem na północ.

I właśnie wtedy przypomniała mi się inna podróż, ta sprzed kilku miesięcy. Poprzedziło ją kompletnie zaskakujące wezwanie do centrali. Wystartowałem wcześnie rano, na szczęście było już widno, w końcu był to koniec czerwca. Przez całą drogę towarzyszył mi stres. Nic dziwnego, pierwszy raz w moim krótkim życiu jechałem do Warszawy jako kierowca, ale gorsze było co innego: cel tej wyprawy. Jechałem na spotkanie z najważniejszym z ważnych, z samym Prezesem. Czego on mógł chcieć ode mnie, skromnego analityka z byle jakim stażem? Nie miałem pojęcia i tego się właśnie bałem. Sięgnąłem po kasetę. Nie ma. Cholera, zapomniałem wziąć moją bluesową składankę, a właśnie taki John Mayall byłby teraz najlepszym towarzyszem. No trudno. Włączyłem radio. Na Trójce dwóch facetów coś tam z rozbawieniem omawiało, a potem puścili jakąś polską sieczkę. Nie wytrzymałem. Na szczęście były inne stacje. Złapałem Złote Przeboje. Z głośników nagle buchnęło dramatyczne pytanie: „What’s new pussycat?”. Przez parę kilometrów stary Tom Jones wyraźnie nie chciał dać za wygraną, ale ja, niestety, nie znałem odpowiedzi na jego dylematy. Sam miałem swoje i podobnie jak on byłem ciekaw nowości, tyle że moich własnych.

Spojrzałem na licznik – Warszawa już blisko. Poczułem, że do głosu dochodzi kolejna fala paraliżującego niepokoju. Spojrzałem w lewo. Za oknem słońce oświetlało żółte pola. W tle, gdzieś daleko, ciemną krechą rysował się las. „No milk today…” dobiegło ostrzegawczo z głośnika. Jak ktoś może śpiewać o braku mleka? No chyba że w przedszkolu. Albo w żłobku. Zwariowany ten świat, chyba zawsze taki był. Spojrzałem na mijaną tablicę. Jest. Warszawa. Wjechałem w miasto. Pośpiech, tempo, światła co dwadzieścia metrów. Gdzie oni tak wszyscy pędzą? Oszalałe miasto. W Aleje omal nie wjechałem pod prąd, uratował mnie jakiś litościwy taksówkarz. Nawet nie trąbił, spojrzał tylko na mnie z wyraźną naganą. Poczułem się głupio, ale byłem mu wdzięczny. Prowincjusz w stolicy – pomyślałem o sobie bez życzliwości. Już jestem blisko. Rozglądam się niespokojnie. Tak, wreszcie jest. Szklane gmaszysko po lewej. Nad frontonem wielki błyszczący srebrem napis „BHO Bank”. Teraz jeszcze parkowanie w podziemnej hali z idiotycznymi zakrętami. Co za cyrkowiec to wymyślił? Sprawdziłem czas. Późno. Gorączkowe poszukiwanie wolnego miejsca. Wreszcie jest, w samym kącie. Jak ja stąd wyjadę? Będę się martwił później. Bicie serca wyraźnie przyspieszyło, ciśnienie z pewnością weszło na kolejną orbitę. Na szczęście szybko znalazłem windę. Jak dobrze, że prosto z garażu. Nacisnąłem trzynastkę. Cichy szum otwieranych drzwi. Wyszedłem na wprost sekretariatu. Za chwilę wejdę do jaskini – pomyślałem. Do jaskini lwa. Otwarłem drzwi.

– Dzień dobry – ze zdziwieniem usłyszałem swój zduszony głos.

Dwie panie siedzące przy biurkach odwróciły się do mnie.

– Dzień dobry – zabrzmiało jednogłośnie.

Ta bliżej mnie, wyraźnie starsza – jak się później okazało, pani Hanna – uśmiechnęła się. Poczułem się odrobinę lepiej. Wielkie, przestronne pomieszczenie. Dwa biurka, stolik kawowy, dwa fotele obok. Jakieś szafy, regał z oprawionymi na zielono i granatowo tomami.

– Pan Jan Sawicki? – spytała starsza.

Zadbana, w ciemnym kostiumie, krótkie ciemne włosy. Skierowała głowę w moją stronę znad przyokiennego biurka.

– Tak, to ja – powiedziałem dziarskim, jak sądziłem, głosem.

– Proszę chwilę poczekać. Prezes zaraz pana przyjmie. Czego się pan napije?

Najchętniej burbona z lodem – pomyślałem, ale poprosiłem o herbatę.

Usiadłem w fotelu. Nie jest źle, mogło być gorzej. Rozejrzałem się po wnętrzu. Nienarzucająca się elegancja. Wszystko w lekko archaicznym stylu. Na ścianach obrazy, z pewnością reprodukcje, ale niezłe. Na wprost mnie na siwym koniu jeździec w jakimś ciemnym, dziwnym stroju. To chyba surdut. Prawa ręka podparta pod bok. Głowa lekko skrzywiona w dół, na głowie czapka rogatywka, też ciemna, z czarnym daszkiem. Za nim jeszcze trzech jeźdźców, są bardziej kolorowi. Z prawej strony siwka myśliwski pies na długich silnych nogach. Wszyscy uchwyceni w nieśpiesznym ruchu. Pozują jak do fotografii. Uważnie spojrzałem w twarz głównego jeźdźca. W jego rysach dostrzegałem coś znajomego. Charakterystyczna twarz, spod czapki wyłażą niesforne włosy. No tak, to chyba Mickiewicz. Adam Mickiewicz na koniu. Zapewne umiał jeździć konno, taki był wymóg epoki. Poza tym w „Panu Tadeuszu” aż roi się od koni, psów i całego tego inwentarza. Ale mimo wszystko to jakieś dziwne: Mickiewicz na koniu w sekretariacie prezesa dużego banku.

– Proszę, herbata.

Pani Hanna uśmiechnęła się ponownie.

– Dziękuję.

Wsypałem łyżeczkę cukru. Ta druga, młodsza, zauważyła mój gest. Lekki grymas dezaprobaty na sekundę przemknął przez jej ładną buzię. No trudno, prowincja też ma swoje prawa. Ostrożnie wlałem w siebie łyk gorącego płynu. Lekkie odprężenie. Rozejrzałem się swobodniej i poczułem, że dotychczasowa obcość tego miejsca niepostrzeżenie przechodziła w niezbyt przykrą obojętność. Ponownie wzniosłem filiżankę. Poczułem się spokojniejszy. Będzie okej. Musi być. Wierzę w to.

– Pan Sawicki? – usłyszałem za sobą.

Głos był uprzejmy i rzeczowy. Odwróciłem się. Pierwszy raz zobaczyłem Prezesa z bliska. Szczupły, wyższy nawet ode mnie. Wysokie czoło, oczy błyskające za szkłami okularów z prawie niewidocznymi oprawkami. Dość długie czarne, po bokach szpakowate włosy. Starannie ogolony. Na twarzy biznesowy sympatyczny uśmiech. Energiczny, pewny uścisk dłoni.

– Tak. Dzień dobry, panie prezesie.

Na szczęście mój głos odzyskał już formę.

– Dzień dobry. Proszę do mnie. Zamówił pan coś do picia?

Rzuciłem się po niedopitą herbatę.

– Nie. To nie pana zadanie. Co do pana to mam zupełnie inne plany. – Uśmiechnął się. – Pani Beato, proszę przenieść herbatę pana Sawickiego, a dla mnie proszę kawę. Już czas.

Spojrzał wymownie na wielki piękny zegar stojący w rogu pokoju.

Wszedłem do gabinetu. Pomieszczenie było spore, ale mniejsze, niż mogłem sądzić. Meble stylizowane na dawne, a może rzeczywiście były to oryginały z przełomu ostatnich wieków. Na wprost drzwi wielkie okno. Pod ścianą po lewej szeroki fotel obity brązową skórą. Przed nim rozłożyste biurko z ciemnoczerwonego drewna. Po lewej stronie biurka lampa z szerokim kloszem. Oczywiście zielonym. Pod lampą srebrzyła się stojąca niewielka ramka, z pewnością jakaś rodzinna fotografia. Z prawej, na lśniącym blacie biurka, leżało kilka dokumentów. Na środku biurka widniała czarna cienka teczka z logo naszego banku z charakterystycznym trójkątem na górze. Na samym dole teczki jaśniał biały prostokąt, na nim czarnym drukiem był wypisany jakiś numer, pod nim jeszcze dwa słowa. Nad biurkiem pysznił się pięknie oprawiony obraz. Szeroką, panoramiczną ramą ujęta była jakaś historyczna scenka – pięć postaci, czterech konnych, w środku jakiś zaniedbany, podparty kijem biedak w długim płaszczu, w czarnym kapeluszu, stoi na polnej drodze. Stoi tyłem do widza i nie widać jego twarzy. Przed nim dwóch jeźdźców, widocznie o coś go wypytują. W najbliższym rogu, po lewej, kolejny jeździec, przepasany białym pasem. Ostatni z konnych, słabo widoczny, z oddalenia obserwuje sytuację. Chyba są uzbrojeni, u tego na białym koniu wyraźnie widać lufę strzelby. Po bokach drogi jakieś brudnozielone krzewy. W górze niewyraźne bladoniebieskie niebo powleczone szeroko maźniętymi chmurkami.

– Podoba się? – usłyszałem z tyłu.

– Tak.

Nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć.

– Lubi pan historię?

– Raczej tak.

– To dobrze. Historia jest naszą nauczycielką i ja w to wierzę. Zwłaszcza nasza, polska historia.

Milczałem.

– A to, co pan widzi, to kopia, przyzna pan, że doskonała, obrazu Gierymskiego „Patrol powstańczy”. Chodzi oczywiście o powstanie styczniowe.

Myślałem w panice. Boże, kiedy to było? Wiem, że w dziewiętnastym wieku, jak ten chorąży Wysocki, czy jakoś tak, wezwał warszawiaków do walki. A może to było listopadowe? Przez chwilę poczułem się jak na maturze. Serce przypomniało sobie, co to werbel, za to intuicja szepnęła: siedź cicho.

– Wie pan, czasem mnie pytają, jakiś dziennikarz albo gość z zagranicy, skąd ten obraz. Dlaczego wisi tu u mnie, prezesa banku, na honorowym miejscu? I dlaczego jacyś powstańcy, a nie jakiś obraz współczesny, chociażby na przykład Starowieyski? I wie pan, co ja im wtedy mówię?

Nie miałem najmniejszego pojęcia, zresztą nazwisko Starowieyskiego też mi się słabo kojarzyło z jakimś konkretnym dziełem. Wiedziałem, że to współczesny polski malarz i to już było wszystko. Zupełnie bez sensu przyszła mi za to na myśl ulica Starowiejska w Gdyni, którą jeszcze niedawno tak często przemierzałem.

Prezes najwyraźniej potraktował swoje pytanie jako czystą retorykę, bo ciągnął dalej.

– Otóż ja im mówię tak. Panowie, jesteście w polskim banku. To nie jest gigant typu PKO czy ten drugi Pekao, chociaż my też mamy w nazwie trzy duże litery. My nie mamy aż takich ambicji. Obsługujemy tylko połowę województw, ale z całym oddaniem służymy naszemu lokalnemu polskiemu biznesowi. Bo to jest polski bank z naszym, czysto polskim, kapitałem. Tak jest i tak będzie. A polski oznacza nasz, z całą naszą historią. A to nie tylko Grunwald, to także powstania, okupacja i cierpienie narodu. I o tym trzeba pamiętać także tu, gdzie mówimy o biznesie i o pieniądzach.

Przerwał. Kompletnie mnie zaskoczył tym patosem, ale w moich uszach zabrzmiało to zadziwiająco szczerze. Pani Beata weszła z tacą. Prezes skinął głową w stronę stolika stojącego niedaleko biurka, po lewej stronie gabinetu. Cztery rozłożyste skórzane fotele zachęcały do spoczynku.

– Siądźmy – zaprosił.

Porcelanowe filiżanki przycupnięte na cienkich spodeczkach znalazły się przed nami. Srebrna cukiernica, srebrne łyżeczki. Aromat kawy połaskotał nozdrza. Prezes wyciągnął lewą dłoń, błysnął srebrny sygnet. Promień słońca na moment ożywił jakiś skomplikowany wzór uwięziony w błyszczącym metalu. Wsypał łyżeczkę brązowego cukru, potem drugą. Znowu mnie zaskoczył. Z wyraźną przyjemnością upił duży łyk.

– Lubię słodkie.

Pani Beata dyskretnie opuściła pokój.

– Wie pan, obserwuję pana już od pewnego czasu.

Wstał i sięgnął do biurka po czarną chudą teczkę. Rozłożył ją przed sobą.

– Pracuje pan u nas nieco powyżej roku, wcześniej pracował pan w firmie ABC Start w Gdyni. Był tam pan challenge-specjalistą. Za chwilę pan wyjaśni, co to właściwie oznaczało. To była pana pierwsza praca po studiach? Nie. Jeszcze widzę tu rok i trochę w Wytwórni DWARF. Co to za cudo? Co dalej… – Odwrócił kartkę. – Tak… Skończył pan ekonomię ze specjalnością matematyka finansowa. Uniwersytet Gdański. Bardzo dobrze. Z tego ABC Startu zwolnił się pan sam. Tak… Co pan tam właściwie robił, w tym Starcie?

– To jest, a właściwie to była – bo nie wiem, czy jeszcze istnieją – mała gdyńska firma z bardzo ciekawą działalnością i to mnie do nich przyciągnęło. Moi szefowie, tylko trochę starsi ode mnie, wymyślili sobie, że będą pośredniczyć pomiędzy start-upami szukającymi kasy, przepraszam – środków, a kimś w rodzaju aniołów biznesu, krótko mówiąc, inwestorów, którzy gotowi byliby zaryzykować swój cash, licząc w przyszłości na zyski. Pomysł był dobry, tylko… – zawahałem się.

– Tylko?

– Tylko oni, ci moi szefowie, przecenili swoje siły. Tam powinien rządzić ktoś z dobrymi koneksjami, ktoś dobrze osadzony w różnych konfiguracjach, nie tylko biznesowych. A oni, cóż, sam zapał to było zdecydowanie za mało.

– A jaka była pańska rola?

– Można powiedzieć, że byłem na pierwszej linii frontu. Miałem wyszukiwać ludzi, studentów, młodych naukowców i różnych takich, którzy mieli świetne pomysły na biznes, ale nie mieli bogatych rodziców czy innych sponsorów – nie każdy rodzi się Kulczykiem. Nie załapali się też na pierwszą falę prywatyzacji. Ci ludzie musieli więc wydeptywać ścieżki najpierw po urzędach i różnych instytucjach pomocowych. Jak mieli trochę szczęścia, to pisali jakieś projekty i czasem udawało im się kogoś zaciekawić. Jednak na ogół to wszystko było mało skuteczne. A przez cały czas w ich głowach siedział ten genialny – według nich oczywiście – pomysł, który miał im przynieść pieniądze i sławę. W dodatku cały czas czuli na plecach oddech konkurentów, a tu czasu było coraz mniej. Wtedy rzucali się na oślep, przeglądali wszelkie, nawet jakieś niepoważne możliwości, no i w końcu musieli trafić także do nas. Więc umawiali się z nami, przychodzili, i potem długo rozmawialiśmy o ich pomysłach na biznes. Starałem się dowiedzieć jak najwięcej o samej idei, o sposobach jej realizacji i tak dalej. Jak już dla mnie było to okej, to prowadziłem ich do moich szefów, a oni decydowali, co dalej.

Prezes słuchał bardzo uważnie i odezwał się dopiero po chwili.

– To rzeczywiście ciekawe, ale zastanawia mnie, w jaki sposób mógł pan oceniać wiarygodność i szanse powodzenia tych projektów? Przecież nie miał pan żadnego doświadczenia. Chyba że ta pierwsza praca, ta z krasnalem w tytule…

– Nie, nie – przerwałem mu w popłochu, nie zważając na konwenanse. – Te krasnale, ta Wytwórnia DWARF, to jest nieduża rodzinna firma. Mój ojciec zawsze był prywaciarzem i szybko dostrzegł okazję w tym, że od początku lat dziewięćdziesiątych całe tabuny Niemców odwiedzały nasz kraj. Głupio byłoby nie wykorzystać takiej koniunktury, tym bardziej że mieszkaliśmy przy drodze do Kołbaskowa. Kolega ojca, hurtownik, podpowiedział mu interes ze sprzedażą krasnali ogrodowych. Ojciec najpierw to wyśmiał, ale jak sprzedał pierwszą partię krasnali w ciągu jednej doby, to kazał mi szybko wymyśleć jakąś nazwę, tylko chciał, żeby była europejska, stąd ten „dwarf”, czyli po angielsku krasnoludek. Najpierw pomagałem ojcu tak bardziej nieformalnie. Ale jak to się już rozkręciło, to zacząłem pracować oficjalnie. Rok to trwało, ale szczerze mówiąc, to nie ma się czym chwalić.

Prezes zamyślił się, patrząc na mnie uważnie.

– No dobrze, ale wracając do mojego pytania…

– Tak, z tym moim doświadczeniem to prawda, ma pan prezes rację. Mnie to też strasznie męczyło. Ale po pierwsze, to klientami w ABC Start byli na ogół młodzi ludzie, jak już mówiłem, studenci albo ludzie krótko po studiach, istniało więc coś w rodzaju wspólnoty pokoleniowej – byłem zdziwiony swoją elokwencją – a po drugie, to mogłem ocenić finansowy aspekt tych przedsięwzięć, w końcu na studiach specjalizowałem się w matematyce finansowej. Było zresztą jeszcze coś – szybko nauczyłem się pracować intuicją, czasem po prostu czułem jakieś zagrożenie, sam nie wiem skąd. Na ogół to się sprawdzało.

– Pracował pan tam prawie półtora roku. Dużo takich projektów przeszło przez pana ręce?

– Nie liczyłem dokładnie. Myślę, że około dziesięciu, może ze dwanaście. Najgorsze było to, że tak naprawdę nie bardzo mogliśmy tym ludziom pomóc. Właściciel, a także zarządzający ABC Start mieli za krótkie ręce, żeby dotrzeć do potencjalnych dużych sponsorów, zwłaszcza jak trzeba było więcej środków rozruchowych. I tu zaczynało się coś, czego nie cierpiałem. Obietnice, rozmowy, niekończące się spotkania. A sprawa najczęściej i tak stała w miejscu. Czasem ostatnim ratunkiem były obligacje korporacyjne, ale to też zwykle odpadało, bo przecież nie było możliwości, żeby pokryć jakieś znaczne koszty, na przykład emisyjne. Pamiętam jeden naprawdę fantastyczny pomysł z aparaturą do lokalnego monitoringu jakości powietrza. Proste, niedrogie rozwiązanie. I co? Nikt nie chciał dać pieniędzy na dość kosztowne testowanie. Tak jakby nikt nie wierzył, że to się u nas przyjmie. Pamiętam, byliśmy w Krakowie i…

– I to pana zniechęciło? – przerwał mi.

– No tak. Któregoś dnia powiedziałem moim szefom, że mam już dość tego szamotania, a właściwie tej beznadziejnej ściemy. Teraz wiem, że nie było to eleganckie, a na pewno niepotrzebne. Oni na pewno chcieli dobrze, ale myślę, że mocno się przeliczyli. Zresztą nie sądzę, żeby jeszcze działali. Nie mam teraz z nimi żadnego kontaktu.

– I przeprowadził się pan zaraz po odejściu stamtąd?

– Tak, chociaż, szczerze mówiąc, do tego odejścia przyczyniła się głównie moja sytuacja osobista. Chcę się żenić.

To ostatnie palnąłem zupełnie bez namysłu i czułem, że Prezes był też zaskoczony tym wyznaniem.

– Gratulacje – błysk okularów – rozumiem, że teraz narzeczona jest bliżej.

– Tak, znacznie bliżej, mieszkamy nieopodal. Jak pan prezes widzi, były więc dwa powody, żeby opuścić Gdynię. Powiem panu prezesowi szczerze, ważniejszy był ten osobisty, ale też ważna była ta nieoczekiwana możliwość prawie natychmiastowego zatrudnienia się w pańskim banku. To się naprawdę fantastycznie złożyło. Oczywiście mógłbym do pracy dojeżdżać z Gdyni, ale to jednak kilkadziesiąt kilometrów, i to codziennie razy dwa.

– No to już pana prywatna decyzja. A co do pracy, to w ten właśnie sposób został pan analitykiem, specjalistą w oddziale naszego banku i ma pan… – Zerknął w teczkę, odwrócił kolejną kartkę. Chwilę milczał, czytając. – I ma pan bardzo dobrą opinię. Miło zacytować… sumienny, kompetentny, pracowity…

Moja dusza wznosiła się do nieba.

– Panie Sawicki, myślę, że to się bardzo dobrze składa. Widzi pan, wezwałem tu pana, bo mam pewien kłopot. Tak się złożyło, że dyrektor jednego z naszych oddziałów, leżącego zresztą blisko pana obecnej pracy, kompletnie mnie zawiódł. Rozpuścił ludzi, wyniki ma bardzo słabe i z jego – szukał słowa – lojalnością i spolegliwością również nie wszystko jest w porządku. Nie mam wyjścia, muszę go odwołać, a pan go zastąpi.

Spojrzał na mnie, badając wrażenie. Nie zawiódł się. Musiałem wyglądać jak znalazca grubego portfela, i to na pustyni, bo uśmiechnął się rozbawiony.

– Widzę, że podoba się panu moja propozycja. To dobrze. Zacznie pan od poniedziałku. Najbliższego poniedziałku.

Zdumienie, szok. Przed oczami przewinął się obraz dyrektorskiego gabinetu. Mojego gabinetu. Podwyżka, awans, splendor… Może nawet służbowy wóz.

– Ale czy dam radę? Jestem tylko analitykiem – wykrztusiłem w końcu.

– Na pewno tak. – Głos Prezesa był jasny i pewny.

– Wie pan, ja zazwyczaj znam się na ludziach i rzadko popełniam błędy. Zresztą zobaczymy obaj, jak to będzie. Na razie mówimy o trzech miesiącach, a później, cóż, wszystko zależy od pana. Jeżeli wszystko będzie w porządku, to ma pan przed sobą niezakłóconą karierę i pańska przyszłość będzie pewna jak…

Wyraźnie szukał właściwego słowa.

– Jak w banku – pośpieszyłem z pomocą.

– No właśnie – ucieszył się – jak w banku. Ale musi pan pamiętać o jednym moim warunku: najmniejszy, ale poważny błąd i traci pan to stanowisko. Ja nie mam ani czasu, ani ochoty na przydługie eksperymenty. Czy to jasne?

– Tak, panie prezesie.

– To dobrze. Dla pańskiego spokoju dodam tylko, że będzie pan zarządzał naszym najmniejszym oddziałem. Jest to, można powiedzieć, taka nasza wysunięta placówka, niewielka, ale bardzo ważna na mapie naszej aktywności. Trzeba ją rozruszać, bo jest tam jeszcze sporo do zrobienia. Aha, jeszcze jedno – ma pan wolną rękę w sprawach personalnych, rozumiemy się? – Spojrzał na mnie znacząco. – A teraz proszę pójść do szefa Departamentu Kadr, pana dyrektora Leopolda Lebioda, który ma już moje instrukcje co do pana nowych warunków pracy, płacy i tak dalej. On też zapozna pana z procedurą przejęcia oddziału. Jak mówiłem, zrobimy to w najbliższy poniedziałek. Do nowej pracy będzie pan miał kilkanaście kilometrów, ale myślę, że w służbowym aucie to nie będzie problem. Z Hery pójdzie pan do Departamentu Administracji, do pani dyrektor Sylwii Bohusz. Tam przydzielą panu ten samochód i dadzą inne uprawnienia, zresztą pani Bohusz wszystko to panu dokładnie wyjaśni. To wszystko. Ma pan jakieś pytania?

– Nie mam, jestem kompletnie zaskoczony. Dziękuję, panie prezesie – wykrztusiłem.

– Zdradzę panu pewną tajemnicę, otóż nie był pan jedyny w tym wyścigu. Wygrał pan dosłownie na ostatnich metrach. Pana konkurencja była naprawdę bardzo mocna, a rodzaj żeński nie jest tu bez znaczenia. Tyle informacji musi panu wystarczyć, już chyba i tak za dużo powiedziałem. Myślę, że pan mnie nie zawiedzie.

– Na pewno nie, panie prezesie.

Wstał energicznie. Zrozumiałem, że audiencja była skończona. Podniosłem się z fotela. Odprowadził mnie do drzwi.

– Miłego weekendu. – Błysk okularów.

Obie sekretarki obrzuciły mnie badawczym wzrokiem.

– Gdzie urzęduje pan dyrektor Lebiod? – wykrztusiłem.

– Piętro niżej, pokój tysiąc dwieście dwanaście – odpowiedziała pani Hanna.

Do domu przyjechałem późno. Fala zmęczenia rzuciła mnie na łóżko. Pamiętam, że ktoś do mnie zadzwonił, ale nie miałem siły odebrać telefonu. Wyciągnąłem się wygodnie i zamknąłem oczy. To nie do wiary! Zostałem najmłodszym dyrektorem oddziału w całym BHO Banku. W wieku dwudziestu dziewięciu lat! No i ten Prezes… Zupełnie inny, niż o nim mówią. Leżałem na wznak, śledząc stiukowe naroża sufitu. Uświadomiłem sobie, że właściwie widzę je pierwszy raz w życiu, chociaż mieszkam tu już prawie trzy miesiące. Przeciągnąłem się. Było bardzo cicho. Powoli kończył się ten długi, zwariowany dzień.

18 PAŹDZIERNIKA 1999

Po przyjeździe z narady w oddziale czekała mnie niespodzianka. Sekretarka uśmiechnęła się tajemniczo, wnosząc poranną kawę. Znałem ten uśmiech. Czeka, aż ja zagadnę. Cóż, wszystko musi tu iść według ustalonej tradycji.

– Co się wydarzyło w ciągu tych dwóch dni, pani Bożeno?

– Nic specjalnego, panie dyrektorze, tylko… – zawiesiła głos.

– Tylko co?

To z kolei była moja kolejna żelazna kwestia. Wszystko według scenariusza.

– Tylko pani Anna zrobiła w piątek awanturę pani Krystynie. Podobno poszło o jakiś kredyt.

– Awantura? O kredyt? Co pani konkretnie wie?

– Konkretnie to tylko wiem, że pani Ania weszła do pokoju pani Krysi. Coś tam rozmawiały i pani Krysia kazała swoim ludziom wyjść z pokoju. Akurat przechodziłam korytarzem z pismem do Windykacji i słyszałam, jak się kłóciły.

– Kłóciły się?

– No może nawet nie, ale było głośno.

– A o czym tak głośno dyskutowały?

– Panie dyrektorze, przecież pan wie, że ja nigdy nie podsłuchuję.

– Pani Bożenko. Oczywiście, że wiem, ale przypadkowo coś jednak mogło do pani dotrzeć. Przypadkowo – podkreśliłem.

Bożenka spojrzała zrezygnowana.

– No tak, przypadkowo to chodziło o kredyt – zawahała się – tego Zalewskiego.

Pomyślałem chwilę. Zalewski… No tak, January Zalewski. Lokalny przedsiębiorca. Jego firma nazywała się dość banalnie, Zalpol, ale to oczywiście nie miało dla nas żadnego znaczenia. Zdaje się, że zajmowali się produkcją palet. U nas mieli główny rachunek bankowy, były też jakieś kredyty. Firma chyba nie sprawiała żadnych kłopotów, bo o tym bym pamiętał.

– To wszystko, pani Bożenko. Dziękuję.

– A, panie dyrektorze, kierowniczka Administracji czeka na podpis tego pisma do centrali. Tego o samochodach. Do pani dyrektor Sylwii Bohusz.

– Do Sylwii? – wyrwało mi się.

Bożenka zerknęła na mnie uważniej.

– No dobrze. Zaraz się tym zajmę.

O co więc tym moim paniom poszło? Musiałem spojrzeć w komputer. Firma Zalpol… mam. Po parunastu minutach znałem ich sytuację, Tak, rzeczywiście, milion kredytu w rachunku bieżącym i dwa miliony kredytu obrotowego. Kredyty obsługiwane bardzo dobrze. Zabezpieczenia spłaty są okej. A firma ma jeszcze gwarancję. Przetargowa. Nie pierwsza i chyba nie ostatnia u nas, mam nadzieję. To wszystko wyglądało solidnie i porządnie. To gdzie jest problem? Przypomniało mi się, że z panem Januarym Zalewskim poznaliśmy się na uroczystym spotkaniu z klientami, które centrala urządziła jeszcze we wrześniu w restauracji Zamkowa. Tak pamiętam. Zadbany starszy pan, trochę staroświecki, ale dobrze ubrany, co niekoniecznie było wyróżnikiem miejscowych elit. Firmę prowadził jeszcze za komuny. Zrównoważony, opanowany, dość sympatyczny. Więc skąd ta nagła awantura? Trzeba to koniecznie wyjaśnić – pomyślałem – ale najpierw bieżączka.

– Pani Bożenko, proszę poprosić panią Annę i panią Krystynę. Niech przyjdą na… – zerknąłem na zegarek, za dwadzieścia jedenasta – …na jedenastą.

Przejrzałem teczki do podpisu, na szczęście sama drobnica. Przeczytałem i podpisałem, co trzeba – niech idzie. Na piśmie do dyrektor Sylwii Bohusz podpis skreślił mi się szczególnie ozdobnie. No dobrze, to już załatwione. A teraz pogadamy z paniami kierowniczkami.

Jedenasta. Panie weszły równocześnie. Pierwsza, starsza, Krystyna Kraska. Malutka, ciemnowłosa, jak zwykle skupiona. Ciuchy to chyba kupuje sobie w dziecinnym – ta myśl zjawiała się zawsze, gdy ją widziałem. Za nią Anna Przygórska, atrakcyjna trzydziestolatka, energiczna, najczęściej uśmiechnięta. Chociaż nie teraz.

– Dobrze, że panie przyszły. Proszę usiąść.

Wskazałem krzesła przy okrągłym stoliku, nazywanym tu gościnnym.

– Kawa? Herbata? Ciasteczka?

– Kawa. Kawa – zabrzmiał dwugłos.

– Mamy więc dzień kawosza.

Nie wiedziałem czemu, ale czułem się znakomicie. Otwarłem drzwi do sekretariatu.

– Pani Bożenko, trzy kawy i ciasteczka proszę. Wie pani, tę mieszankę z wafelkami.

W odpowiedzi uśmiechnęła się tylko.

– No więc, drogie panie, proszę mi powiedzieć, o co wam w piątek poszło.

Spojrzały na mnie zdziwione.

– Już pan wie? – spytała Anna.

– Wywiad działa. – Uśmiechnąłem się. – Która zacznie?

Popatrzyły na siebie.

– Pani kierownik Anna przed dwoma tygodniami przekazała mi wniosek kredytowy do rozpatrzenia. Po analizie stwierdziłam, że musimy go odrzucić. No i Ania się wściekła – głos Krystyny zabrzmiał cicho i beznamiętnie.

– Przede wszystkim nie „wściekła”. Nie życzę sobie takich określeń.

Anna rzuciła lwią blond grzywą. W jej oczach pojawiły się złowrogie błyski.

– Możesz sobie nie życzyć, ale taka jest prawda, a przecież o prawdę tu chodzi, prawda? – sucho stwierdziła Krystyna i spojrzała na mnie, wyraźnie szukając poparcia.

Strasznie dużo tych prawd – pomyślałem. I nie wróży to dobrze.

– Prawda jest tylko jedna – mruknąłem.

Naprawdę nic mądrzejszego nie wpadło mi do głowy.

– Tak, jak matka – odmruknęła Anna.

Uśmiechnęliśmy się oboje. Twarz Krystyny trwała nadal w zaciętym grymasie.

– Prawda jest tylko jedna i właśnie ją chciałbym usłyszeć – lekko podniosłem głos. – Pani Anno, proszę powiedzieć, co to jest za wniosek?

– Już mówię. Kilkanaście dni temu firma Zalpol złożyła do mojego zespołu wniosek o kredyt inwestycyjny na trzy miliony osiemset tysięcy. Sami tak naprawdę do tej inwestycji dokładają siedemset tysięcy. Chcą okazyjnie kupić nową nieruchomość z dużą halą, w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Wie pan dyrektor, po tych Zielińskich, co mieli hurtownię chemii gospodarczej, a teraz sprzedają wszystko, i słyszałam, że jadą gdzieś w Bieszczady. Owce będą pasać. – Nie mogła powstrzymać cichego chichotu. – Hala jest podobno w doskonałym stanie, armatura, media, wyposażenie, wszystko jest. W takim samym stanie ma też być całe zaplecze, tak przynajmniej mówi pan Zalewski. My to oczywiście wszystko sprawdzimy. W zeszłym roku to Zielińscy podobno nawet klimatyzację zamontowali. Krótko mówiąc – taka nieruchomość to duża okazja. – Przerwała na chwilę. – Wszyscy wiemy, że Zalpol to nasz dobry stary klient. Pan Zalewski zobaczył bardzo dobrą okazję, więc chce ją wykorzystać i dla mnie nie ma w tym nic dziwnego. A że się niecierpliwi, to jest zupełnie jasne. Czas nagli, my męczymy się z odpowiedzią, a jemu okazja może uciec sprzed nosa. A tego nigdy by nam nie wybaczył, po prostu pójdzie sobie do konkurencji – dodała z przekonaniem.

– A więc sprawa i wniosek, w naszej, to jest Zespołu Kredytów, opinii, broni się tak naprawdę bardzo dobrze – podsumowała.

– No dobrze, ale okazja dla naszego klienta nie zawsze musi być okazją dla nas.

– Ma pan rację, panie dyrektorze. Więc dodam tylko, że Zalpol jest coraz większą i dużo bardziej stabilną firmą niż kiedyś, gdy dopiero zaczynaliśmy współpracę. Dzisiaj to całkiem spore przedsiębiorstwo i to z dobrymi wynikami. Trzeba też wiedzieć, że ich rynek zbytu ciągle rośnie, na przykład w tym miesiącu złapali długoletni kontrakt z dużym, poważnym odbiorcą ze Szczecina. Co do kredytu, to byłby on na pięć lat. Oni chcieli na cztery, ale uznaliśmy, że to za krótko. Pięć lat jest bezpieczniejsze i dla nich, i dla nas, a poza tym więcej zarobimy. Dzięki temu kredytowi Zalpol tak naprawdę zyskałby silny impuls rozwojowy, przychody powinny wzrosnąć o co najmniej piętnaście procent, podobnie zysk. Myślę więc, że chyba nam zależy na rozwoju naszego długoletniego klienta. – Przeniosła surowy wzrok na panią Krystynę.

– A jakie ma być zabezpieczenie spłaty kredytu? – spytałem.

– Hipoteka na nabywanej nieruchomości. Wyceniona jest na trochę ponad pięć milionów. Wyceniał Maliszewski i sprawdziłam, że jest on na liście ekspertów naszego banku. Hipoteka czysta – dodała, uprzedzając moje pytanie.

– Tego zabezpieczenia to jednak trochę mało – zauważyłem.

– Też tak pomyśleliśmy i dlatego dołożymy cesję z kontraktów na jakieś pięć milionów, głównie z tego Szczecina.

Zapadło milczenie. Jak na komendę sięgnęliśmy do filiżanek. Pani Krystyna przegryzła czwarty wafelek. Zamyśliłem się. Trzy osiemset kredytu pięknie by błysnęło w naszych statystykach. Zabezpieczenie jest w porządku. Konstrukcja całego dealu też mi się podobała.

– To co panią boli? – zwróciłem się do Krystyny.

– Mnie? Nic nie boli. – Nie zrozumiała.

– Przepraszam, chciałem spytać o pani obiekcje. W tej sprawie – dodałem na wszelki wypadek.

– Mamy parę zastrzeżeń, panie dyrektorze – stwierdziła spokojnie. – Po pierwsze, nikt nam, Zespołowi Oceny Ryzyka, nie wyjaśnił, dlaczego ktoś, kto ma w ręku oficjalną wycenę nieruchomości na pięć milionów pięćdziesiąt dziewięć tysięcy, chce ją sprzedać za cztery i pół miliona. To przecież nielogiczne, a nawet, muszę to powiedzieć, zastanawiam się, czy tu nie ma jakiegoś drugiego dna. Po drugie, uważamy, że udział własny Zalpola w tej inwestycji jest za mały. Po trzecie, przyszłe kontrakty mogą im nie wyjść, i co wtedy? I po czwarte, i może najważniejsze, przekroczony będzie współczynnik naszego zaangażowania w kredyty pana Zalewskiego, a tego nam robić nie wolno. Wiem, że nam wszystkim zależy na sprzedaży, ale na każdy wniosek trzeba patrzeć obiektywnie, a nie…

Przerwała, rzucając ostre spojrzenie na koleżankę. Babskie animozje – pomyślałem, ale musiałem jednak przyznać, że argumentacja pani Krystyny podana była jasno i rzeczowo. Tylko czy trafnie?

– Co pani o tym myśli? – zwróciłem się do Anny.

– Panie dyrektorze, o udziale własnym już rozmawiałam z panem Zalewskim. Można by go było rzeczywiście trochę zwiększyć, ale chyba niedużo, bo Zalewski zdecydowanie twierdzi, że po prostu nie może dać więcej gotówki.

– To niech sprzeda tego wypasionego mercedesa. Albo tę legendarną daczę, co to podobno jest warta półtora miliona – cicho wtrąciła Krystyna.

– Cesje kontraktów – Anna zignorowała ostatnią uwagę – można wzbogacić o zastaw na zapasach. A tego jest naprawdę sporo. – Spojrzała na Krystynę, badając jej reakcję. – A co do ceny, to rzeczywiście pani kierownik Krystyna ma rację, ale z tego, co wiem, to Zielińskim bardzo się z tą sprzedażą śpieszy. Poza tym to oni nie wiedzą, czy znajdą lepszego, to jest bardziej pewnego kupca. A oni wyraźnie nie chcą czekać. Dlaczego? Tak naprawdę to nie wiem, ale to już raczej ich biznes i nas to średnio obchodzi. Jak już mówiłam, hipoteka jest czysta. Nieruchomość jest za miastem – teraz zwróciła się bezpośrednio do mnie – pod samym lasem, i nie nadaje się na nic innego, tylko na działalność gospodarczą, tym bardziej że już teraz ulokowało się tam parę firm, a gmina nic tam nie planuje. A tu do Zielińskich przychodzi sąsiad, dosłownie zza płotu, solidny i dobrze im znany, który proponuje zakup tej nieruchomości i w dodatku przy pełnej płatności, bez żadnych rat. Dla każdego sprzedającego taki gość to po prostu marzenie. Zresztą jestem pewna, że dla obu stron to jest bardzo dobra okazja.

– A co z tym czwartym zastrzeżeniem pani Krystyny? – spytałem cicho.

– Ten współczynnik? No tak, muszę przyznać, że tu istotnie może być problem.

– Nie może, a jest – warknęła Krystyna.

– O ile przekraczamy wskaźnik? – spytałem.

– O pięć dziesiątych – odparła Krystyna.

– A moje kompetencje to jedna dziesiąta? – upewniałem się.

– Tak, panie dyrektorze.

Zastanowiłem się. Czułem, że jest to dobry deal, trzeba to tylko dobrze poukładać.

– Zrobimy tak.

Spojrzały na mnie, zaciekawione.

– Pani Anno, proszę jeszcze raz porozmawiać z panem Zalewskim. Proszę zrobić wszystko, żeby ściągnąć ten przeklęty wskaźnik w dół. Po prostu trzeba maksymalnie zdusić kwotę kredytu. Jak trzeba będzie, to jestem do dyspozycji, rozmowy możemy prowadzić w trójkę, tylko proszę mnie wcześniej uprzedzić o tym ewentualnym udziale. Oczywiście im szybciej się z nim dogadamy, tym lepiej. A zabezpieczenie zwiększamy tak, jak proponowałyście, pani Krystyna ma rację. Myślę, że to na razie wszystko. Bardzo paniom dziękuję.

Zgodnie wstały od stołu. W drodze do drzwi Krystyna schwyciła kolejny wafelek.

Panie wyszły i zostałem sam. Zadumałem się. Byłoby pięknie, gdyby się udało złożyć deal z tym Zalpolem, ale proste to nie będzie. A może rację ma Krystyna i jest w tym wszystkim jakieś drugie dno? Może chcą, żebym łyknął ten kredyt? Tylko kto to są ci „oni”? Muszę to wszystko dobrze przemyśleć. Spojrzałem w okno. Cholera, przecież w końcu takich właśnie rzeczy chciałem. Bycia kimś ważnym, móc zarządzać, decydować, wpływać. No to teraz mam. Życie miało być ciekawe? No to jest, więc do kogo te pretensje?

Podszedłem do ściany i popatrzyłem na obraz wiszący na ścianie. Sam go wybrałem. Idealna kopia starej akwaforty. Wczesny brzask. Brzeg bardzo spokojnego morza. Kilka łodzi blisko piaszczystego brzegu, a w głębi parę sylwetek nieruchomych żaglowców. Na pierwszym planie niewielka żaglowa łódź osiadła na piachu odsłoniętym przez odpływ. Na pokładzie kilku krzątających się marynarzy, a może to rybacy? Inna grupka siedzi przy prowizorycznych stolikach ustawionych wprost na plaży, w cieniu żaglowca. Odpoczywają, posilają się, zapewne to ich śniadanie. Wszystko jest tu spowite nierealnym, przygaszonym światłem, sączącym się z góry rozmazaną plamą. Całość nieodmiennie robi wrażenie staroświeckiej fotografii oglądanej przez spłowiały muślin. Od pierwszego wejrzenia czułem, że nierzeczywistość tego wyobrażonego świata i jego niezmienny szary spokój pozwala mi znaleźć dystans do codziennej gorączki. To jest mój prywatny OIOM. Jak dotąd działał bezbłędnie. Teraz też.

4 LIPCA 1999 I WCZEŚNIEJ

– Niemożliwe. – Julia nie kryła zaskoczenia. – To nie może być prawda.

– Nie powiem, żebym był zachwycony twoją niewiarą – udałem zawód.

– Nie, to nie tak, zawsze w ciebie wierzyłam, ale…

– Ale jak się spełnia, to masz wątpliwości – wszedłem jej w słowo.

– Nie, po prostu nie mogę uwierzyć w nasze szczęście! – wykrzyknęła.

Jej oczy błyszczały.

– Szczęście może i nasze, ale praca będzie tylko moja.

Odsunęła się urażona.

– No skoro tak to widzisz.

– Przepraszam, Julka. To tylko taki głupi żart. Nie chciałem tego tak powiedzieć.

– Nie chciałeś, ale powiedziałeś.

– Nie gniewaj się. To wszystko tak nagle na mnie spadło, stres i w ogóle. Naprawdę nie chciałem.

Przyciągnąłem ją do siebie. Jej opór miał świadczyć o trwaniu urażonej dumy, ale był zbyt słaby, żebym w to uwierzył.

– No chodź.

Poszukałem jej ust, z mocą oddała pocałunek.

– Chodź – szepnęła.

Znajome stiuki zatańczyły walca. Kochaliśmy się zachłannie. Jak nigdy dotąd. I długo potem. Wyczerpany spojrzałem na jej szczupłą nagą sylwetkę przemykającą do łazienki. Długie włosy poruszały się lekko w takt bosych kroków. Boże, jaka ona piękna!

– I co teraz dalej będzie? – spytała niepewnie.

Od paru minut siedzieliśmy przy stole, ona nad parującą kawą, a ja połykałem kolejny kawałek tureckiej chałwy kupionej na bazarku. Po moim espresso pozostał kopniak energii i pusta filiżanka.

– Co ma być? Dobrze będzie. – Dziarskim tonem starałem się pokryć niepokój czający się gdzieś w rogu świadomości. – W poniedziałek przejmuję oddział, a później powalczę, żeby mu pokazać, co jestem wart.

– Komu?

– Jak to komu? Prezesowi, oczywiście. Facet mi zawierzył. Wybrał mnie, nowego, a na pewno ma ludzi ze stażem, z praktyką, których zna dłużej i którym może ufać bardziej niż mnie…

– A może właśnie nie może.

– Jak to nie może, głupstwa gadasz. Słuchaj, gość rządzi tym bankiem chyba od początku, więc musi znać swoich ludzi i dobrze wie, co kto może.

– Ale do tej roli jakoś nikogo nie znalazł.

– Może znalazł, może nie, tego nie wiemy. Co mnie to w końcu obchodzi? Dla mnie najważniejsze jest to, że to właśnie mnie dał szansę. Zobaczysz, będzie dobrze.

– Jak tak mówisz… Chyba masz rację, chociaż to jednak dziwne.

– Jakie dziwne? Kobieto, dostałem awans, dostałem szansę, to jest potężny kop do przodu! Co tu jest do marudzenia?

Nie odpowiedziała.

– Ale właściwie czemu się nad tym zastanawiamy? Ważne, że awansuję i będę niezależny. Do kieszeni też wpadnie więcej, będziemy więc mogli przyspieszyć nasze plany, nie cieszy cię to? Julka, przecież tylko to się liczy!

Milczała.

– Myślę, że niepotrzebnie się czepiam – odezwała się po chwili. – Tylko wiesz, moja babska intuicja jakoś w ten cud nie do końca wierzy – dodała cicho.

– No teraz to pojechałaś po bandzie. Przecież ty wcale mojego szefa nie znasz, nawet go nigdy nie widziałaś, a to jest naprawdę mądry gość, mówię ci. Nie bez powodu rządzi tym bankiem chyba od początku. A może on po prostu chce wpuścić trochę świeżej krwi? Ta kadra, nawet tu, w moim dotychczasowym oddziale, czasem robi wrażenie zarosłego stawu. Nic, tylko muł i sitowie.

– Ichtiolog się znalazł – spojrzała z łobuzerskim, prowokującym uśmiechem.

Boże, jak tu jej nie kochać?

– Jeżeli już, to raczej biolog, a nie ichtiolog.

– Jeden pies.

– Nie wyrażaj się tak, Julka. Dyrektorowej nie wypada.

Roześmiała się.

– A jakie właściwie są teraz nasze plany?

Wyraz „nasze” zabrzmiał jak tłusto wypisany transparent.

– Takie jak były, tylko że szybciej.

– To znaczy?

– To znaczy, że ślub możemy wziąć już w święta.

– A potem zamieszkamy u moich rodziców? – Spojrzała przymilnie.

– No tego to nie wiem. Zobaczymy, nie musimy się śpieszyć, zawsze możemy mieszkać tutaj. Pani Kaczmarek tylko się ucieszy.

– Tutaj?

Rozejrzała się z niesmakiem po moim pokoju.

– A co ci tu przeszkadza? Jest ładny pokój, łazienka, kuchenka….

– No właśnie, kuchenka! Dwa na dwa.

– Ale jest i nikt ci w garnki nie będzie zaglądał, a u mamusi… – Przerwałem w porę.

– A co ty chcesz od mamusi? – spytała zaczepnie.

– Dobra. Zostawmy to. Rozstrzygniemy to, gdy już będzie trzeba. Na razie cieszmy się sobotą. Jeszcze wolną – dodałem proroczo.

– Powiesz im jutro?

– Oczywiście, Julka. Dobra nowina pasuje do niedzieli jak mało co. Jestem ciekawy jak to przyjmą.

– Na pewno się ucieszą. Wiesz, jak cię lubią.

– Tak, oczywiście, wiem.

– I po co ten sarkazm?

– No dobra. Jestem na sto procent przekonany, że mnie uwielbiają, a po jutrzejszym obiedzie będzie to dwieście procent.

– Wariat.

Od dnia mojej przeprowadzki niedzielny obiad u rodziców Julii był cotygodniowym obyczajem. Pojawiałem się w ich domu punktualnie o drugiej, ubrany po niedzielnemu, czyli w garniturze i pod krawatem. Po ceremonialnych powitaniach i tradycyjnym obszczekaniu mnie przez głupiego pekińczyka siadaliśmy przy dużym, solidnym stole. Moje stałe miejsce było naprzeciwko pięknej starej komody, skąd zza szybek dostojnie spoglądały rodzinne kryształy. Nad komodą pysznił się niewielki oryginalnie rzeźbiony drewniany krzyż. Ojciec – kierownik Wydziału Geodezji w miejscowym starostwie – uśmiechał się jowialnie ze swojego tradycyjnego szczytowego miejsca. Trochę przyciasny kremowy rozpinany sweterek nieznośnie opinał jego imponujący brzuch, na co mój przyszły teść (?) nie zwracał najmniejszej uwagi. Jego żona Halina przy powitaniach, a także pożegnaniach, zawsze dumnie prostowała ascetyczną sylwetkę, co niestety zupełnie nie pomagało jej płaskim piersiom. Ładną twarz psuły wąskie, zwykle zaciśnięte usta. Nawet gdy mówiła, co nie zdarzało się często, produkowane przez nią słowa wychodziły z pewnym trudem i widać było, że tego nie lubi. Trudno się dziwić. Właściwie to nie miałem pojęcia, czy ona lubi cokolwiek lub kogokolwiek. Na szczęście dla niej, a może też i dla reszty rodziny, pan Jan – mój imiennik – uwielbiał gadać. Najczęściej to właśnie jego tubalny glos unosił się nad stołem, zmuszając pozostałych do mniej lub bardziej zaangażowanego słuchania. Młodsza o dziesięć lat siostra Julii, Małgosia, na ogół milczała, ale zauważyłem, że bystro obserwuje rozwój niedzielnych wydarzeń i czasem miałem wrażenie, że świetnie się tym bawi.

Więc muszę im o nas powiedzieć – pomyślałem. Właściwie to nie sądziłem, że to będzie dla nich jakaś wielka niespodzianka. Wszystko układało się tu w logiczną – i co ważniejsze, zgodną z tradycją – całość. Najpierw moja przeprowadzka, no a potem konsekwentne tak zwane chodzenie z panną Julią Bławat, ich córką, i to często pod nieskrywanym nadzorem ciekawskich spojrzeń licznych cioć, kuzynek i sąsiadek. Niedzielne rodzinne obiadki były w tym kontekście nieuchronnym uzupełnieniem tej rytualnej gry i wiadomo było, że to wszystko prowadzi do znanego i jasno przewidywalnego finału. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że byłem dla nich jako przyszły zięć i szwagier niezłą partią. Kawaler po studiach, z dobrą pracą w banku, bez żadnych widocznych nałogów, no i chyba myślący poważnie, skoro sprowadził się tu specjalnie dla Julki. Tak, te atuty były mocne i przekonujące.

Obiad zaczął się punktualnie. Nieśmiertelny rosół z makaronem wylądował w pięknej wazie na środku stołu. Brzęknęły łyżki. Pan Jan pochylił się nisko nad głębokim talerzem. Już po minucie dyskretnie sięgnął po chusteczkę, żeby zatamować maleńki strumyk ściekający po wygolonym podbródku. Kołnierzyk jego białej koszuli zbliżał się niebezpiecznie do parującej zupy. Rosół był, jak zawsze, doskonały. Uśmiechnąłem się do pani Haliny.

– Delicje. Jak pani to robi?

– Nic wielkiego. Robię jak zawsze.

– I tak trzymaj, Halinko – pośpieszył z pochwałą pan Jan. – Bo wiecie, państwo…

Zauważyłem, że pan Jan bardzo lubił słowo „państwo”. Byłem ciekaw, czy używał go tu także w czasie mojej nieobecności.

– Wiecie, państwo – powtórzył – rosół musi być gorący. Tylko wtedy wydobywa się z niego właściwy aromat, który dociera do kubków…

– Aromat do kubków? – nie wytrzymała Małgosia.

– Nie przerywaj. Właśnie mówię, do kubków smakowych i oczywiście do nosa. To znaczy aromat do nosa, a do kubków smak.

– Bo smakowe – rzuciła Julia.

– No właśnie – pan Jan nie wyłapał kpiny – kubki są smakowe. No i rosół ma też olbrzymie wartości odżywcze i to nic dziwnego, że zawsze był stosowany jako kuracja na przeziębienia, grypy, a nawet jakieś poważniejsze choroby. A poza tym to rosół jest najlepszy z mięsa… – urwał i spojrzał z nadzieją na milczącą żonę.

– No z jakiego?

Jej pytanie trudno było nazwać deską ratunku.

– Ty już wiesz najlepiej z jakiego. – Pan Jan znowu wybrnął z niełatwej sytuacji. – W każdym razie rosół to tradycyjna polska potrawa, opisywana nawet w naszej literaturze. Pamiętacie, państwo, jak Sienkiewicz w „Potopie”…

– A nie był to Mickiewicz w „Panie Tadeuszu”? – przerwała mu Małgosia.

– A może i Mickiewicz, nie będę się spierał. No w każdym razie o rosole pisali wszyscy ważni polscy pisarze – zakończył triumfalnie.

– Oprócz Lema. – To była Julka.

– Lema? Nie wiem, ale może masz, córuś, rację. Chociaż nie… Pamiętam, że w „Solarisie” jest taka scena, jak siadają wszyscy do obiadu i wtedy…

Kaszel Małgosi strzelił głośno. Śmiech targnął jej chudym ciałem.

– Musiała się zakrztusić. Julka, stuknij ją w plecy – zagrzmiał pan Jan.

– To nic nie da – powiedziałem spokojnie.

Szybko wstałem z krzesła, stanąłem za dziewczyną, szarpnąłem mocno w okolicy przepony. Jeszcze kaszel, ale słabszy. Załzawione oczy spojrzały na mnie z dołu.

– Dzięki – cichy szept zakończył sprawę.

Drugie danie musiało być mięsne. Półmisek z gotowanymi udkami nieszczęsnych kurczaków, które nareszcie znalazły wyzwolenie, sąsiadował z pachnącymi klopsami. Fura ziemniaków rozlokowała się w pobliżu. Sosjerka z brązową zawartością dyskretnie przycupnęła obok. Pekińczyk warował na dole, zezując na mnie jak na głównego rywala do miski.

– Częstujcie się – ponuro zachęciła pani Halina.

– Ja zacznę od twoich wspaniałych klopsików – zadeklarował pan Jan, nakładając sobie trzy sztuki. Górkę ziemniaków obficie podlał sosem.

– Mamo, znowu nie ma żadnych warzyw. – Małgosia odzyskała głos, w którym teraz zabrzmiała wyraźna pretensja.

– Jakby Pan Bóg chciał, żebyśmy jedli zieleninę lub marchew, to stworzyłby nas królikami. A czy ja wyglądam na królika? – Pan Jan zaśmiał się radośnie.

– Tato, przestań. Wiesz, że warzywa są zdrowe. Janek też tak uważa. – Julia spróbowała nowej broni.

– Naprawdę, panie Janku?

Pan Jan spojrzał na mnie badawczo, nie przestając przeżuwać drugiego klopsika.

– Julia ma rację, są zdrowe, a poza tym ja naprawdę je lubię – odpowiedziałem.

Pomilczał chwilę.

– Halino, słyszysz, co młodzi mówią? Musimy to naprawić. Panie Janku, obiecuję, że następny obiad będzie inny. Damy trochę marchewki, pietruszki. Halinko, co tam jeszcze możemy dodać?

Pani Halina z wytężoną uwagą obgryzała udko.

– No tak, coś tam jeszcze dodamy. Coś zielonego. Młodzi to przyszłość narodu – dziarsko zapewnił gospodarz.

Deser nie był żadną tajemnicą. Pięć szklanek wypełnionych truskawkowym kompotem od samego początku obiadu stało na baczność przed każdym z nas. Ten zwyczaj to bym porzucił – pomyślałem i bez entuzjazmu wlałem w siebie słodką ciecz, przy okazji likwidując podtopione owoce.

– A teraz czas na kawę – zarządził pan Jan.

Oczywiście nie musiał tego robić. Scenariusz niedzielnych obiadów był w tym domu od dawna ustalony i nikt nie zamierzał go zmieniać. Pusty już stół znowu zalśnił bielą obrusa. Pani Halina z uwagą wniosła dzbanek z kawą. Filiżanki, spodki i łyżeczki były już rozstawione przez obie dziewczyny.

– Uwaga, kawa jest gorąca. – Pani Halina beznamiętnie przekazała odpowiedni komunikat.

Nie było to espresso, ale kawa była rzeczywiście gorąca i wystarczająco mocna, żeby towarzyszyć tortowemu ciastu. Gorzki aromat plus czekoladowa słodycz. Spełniało się moje kolejne małe marzenie.

– Mamy, a właściwie Janek ma wam coś do powiedzenia. – Głos Julii przywołał mnie do rzeczywistości. Fakt, tak to ustalaliśmy, moje wystąpienie było zaplanowane właśnie teraz, przy deserze. Rozejrzałem się po zaciekawionych twarzach.

– No więc chciałbym wam wszystkim powiedzieć, że od jutra awansuję w pracy – wypaliłem.

Tylko tyle. Przemówionko, które z takim mozołem przygotowywałem, idąc na ten obiad, szlag trafił. Sam nie wiedziałem, dlaczego tak to wyszło.

– Tak? Super! – Małgosia nie kryła radości.

Pan Jan zbierał myśli. Pani Halina w zamyśleniu oglądała swoją łyżeczkę.

– Awansuje pan, ale w jaki sposób? Prosimy jaśniej, panie Janku. Chodzi o pańską pracę w banku, tak?

Po krótkiej przerwie pan Jan doszedł do siebie.

– Tak, panie Janie. Mam zostać dyrektorem oddziału. Co prawda nie tutaj, ale te piętnaście kilometrów to żaden kłopot.

– Zwłaszcza służbowym autem. – Julka nie zdołała się powstrzymać.

– Służbowy samochód? – Pan Jan przez moment zapomniał o kolejnym ciastku. – No tak, dyrektor to musi… To i do kieszeni więcej pieniążków wpadnie, co? Panie Janku, tak się cieszę! Ale nowina, ale nowina. Szanowni państwo, musimy to uczcić! – huknął.

Zbudzony pekińczyk rozszczekał się nagle, niedwuznacznie zwracając się w moją stronę.

– Cicho, Brytan!

Zdaje się, że tylko Małgosia panowała nad tym głupim stworzeniem. Pies umilkł i nieufnie gapił się na mnie. Pan Jan nie miał zamiaru rezygnować z przemowy.

– Panie Janeczku drogi, zasłużył pan. Na sto procent pan zasłużył. Zawsze mówiłem, że pan… Pamiętasz, Halinko, nieraz rozmawialiśmy, że pan to marszałkowską buławę w plecaku nosi. A ja, wie pan, to się trochę na ludziach znam. Jak raz przyszedł do mnie taki jeden referent z wydziału komunikacji, taki cwaniaczek, co to niby zna się na wszystkim, to ja, wie pan…

– Daj spokój – rzuciła w przestrzeń pani Halina.

– Masz rację, Halinko. Ale zaraz… Halinko, przynieś lampki, te do koniaku, a ja wyciągnę napoleona. Ma pięć gwiazdek. – Spojrzał na mnie z dumą.

Pomyślałem, że właściwie to lubię przyszłego teścia z tą jego całą witalnością. Bursztynowy płyn zastygł w kieliszkach.

– Szanowni państwo! Za pański awans, panie Janku! – tubalny głos uniósł się nad wzniesionym szkłem. – Zawsze mówiłem, że Janki to porządne chłopaki. Miałem jednego kolegę, też Janka, i on po prostu szedł jak burza, znaczy się w pracy. Bez przerwy awansował. I wylądował jako burmistrz w Osiecznej! – Spojrzał triumfalnie. – Ale wracając do naszych spraw, wiecie, państwo, teraz wam się przyznam. Ja już od pierwszego dnia, jak tylko Julia pana do nas przyprowadziła… Halinko, kiedy to było? Już wiem, jakieś pół roku temu, to ja od razu mówiłem: Halinko, zobaczysz, ten chłopak to daleko zajdzie. Nie tak było, Halinko? – Kolejne retoryczne pytanie zawisło pod sufitem. – Ja to w pana zawsze wierzyłem, panie Janku. A wie pan, czym mnie pan wtedy do siebie przekonał? – Nie miałem pojęcia, zresztą pan Jan nie liczył na moją odpowiedź. – Tym, że pan przyjechał tu do nas z dużego jednak miasta i przyjechał pan specjalnie dla naszej Julii. Panie Janku, pan mi naprawdę zaimponował. Rzucić duże miasto i szukać pracy tutaj, i to z powodu mojej, naszej – zerknął na panią Halinę – córki! Pańskie zdrowie, panie Janeczku!

Czułem, jak miłe ciepło wolniutko spływa w dół.

– Wie pan, przepraszam bardzo, ale jako ojciec muszę spytać. Jak to jest z waszymi planami, młodzi? No bo na co tu czekać? Przecież u nas jest gdzie mieszkać. Na górze stoją dwa puste pokoje, tylko brać. Po co pan, panie Janku, ma wynajmować to pańskie mieszkanko? Przecież to tylko same koszty, a u nas, sam pan widzi, będzie wam jak w niebie. My z Halinką tu na dole, przy salonie, a na górze tylko Małgosia, a reszta jest wasza. Dwa duże pokoje, w jednym wy, a drugi to na przykład dziecinny.

– Tato! – fuknęła Julka.

– Tato, tato… Mówię, jak jest. Przecież to normalne, że rodzice troszczą się o przyszłość córki. Mamy tylko was dwie. To jest nasz święty obowiązek! – Potoczył wzrokiem, daremnie szukając sprzeciwu. – No więc jak, panie Janku?

– Myślimy o ślubie w święta. – Julka nie bawiła się w dyplomację.

– I to jest ta najważniejsza nowina, ważniejsza od mojego awansu – dodałem szybko.

– W święta? Matko Święta! – Pani Halina po raz pierwszy okazała zainteresowanie.

– I bardzo dobrze. To rozumiem, panie Janku. To jest mężczyzna! Nie jakieś tam nie wiem, zobaczymy… Konkrety to lubię! – Pan Jan trzepnął się z rozmachem w udo.

– To już za pół roku – głucho zabrzmiała Małgosia.

– No tak, niecałe – potwierdziła Julka.

– I bardzo dobrze, zdąży się przygotować to wasze gniazdko. A to nowina, a właściwie dwie nowiny. A patrzcie państwo, mówią o nieszczęściach, że to chodzą parami. No i jak tu wierzyć tym przysłowiom? A podobno mądrość narodów to jest. Ładna mi mądrość, prawda, Halinko? No to zdrowie młodych! – huknął pan Jan.

– Nie za wcześnie? – spytała bez przekonania pani Halina.

– Oj, Halinko, jakie za wcześnie? Przecież pamiętasz, jak myśmy… – Spojrzał na żonę i nie dokończył obiecującego zdania.

Z domu państwa Bławatów wyszedłem później niż zwykle. W głowie pogodnie szumiała brandy, ale ucisk w dołku nie dawał za wygraną. Jutro poniedziałek. Ten poniedziałek. Przejęcie oddziału. Świadomość dyrektorskich przywilejów mile łaskotała moją próżność, ale myśl o nowych, zupełnie dla mnie nowych, obowiązkach nie dawała spokoju. To się nazywa strach – przyznałem z rezygnacją.

5 LIPCA 1999

Przejęcie oddziału odbyło się szybko i sprawnie. Zgodnie z poleceniem Prezesa zjawiłem się tam o ósmej trzydzieści. Dyrektora Wilczka jeszcze nie było i zaniepokojona sekretarka tłumaczyła go gęsto. Była wyraźnie zdenerwowana, stawiana na malutkim stoliku kawa rozlała się na spodek.

– Bardzo pana przepraszam.

Skąd te nerwy? Czyżby już tu dotarły ploteczki?

– Nic się nie stało. – Uśmiechnąłem się do niej.

Była już raczej bliżej niż dalej do emerytury, a wyraźne ślady dawnej urody zastygły pod makijażem. Wyraziste duże oczy z trudem ukrywały niepokój. Nie mogła mnie oczywiście spytać wprost, po co właściwie przyjechałem, w końcu to interes jej szefa. A jego wciąż nie było.

– Może zadzwonię do pana dyrektora? – Spojrzała na mnie pytająco.

Zerknąłem na zegarek. Warszawskie towarzystwo miało tu być najpóźniej o dziewiątej. To już za kwadrans.

– To chyba dobry pomysł – odparłem.

Sięgnęła do telefonu i w tej samej chwili w progu sekretariatu stanął dyrektor Władysław Wilczek. Korpulentny, niewysoki, z szopą siwiejących włosów, w lekko podniszczonym granatowym garniturze. Zielony pulower, pod nim szara koszula i brązowy krawat w żółty rzucik. Spotkaliśmy się już raz na jakiejś naradzie, poznałem go od razu. Spojrzał na mnie zdziwiony.

– Pan na mnie czeka?

– Tak, zgadza się.

– Na mnie?

Musiał się upewnić, ale zabrzmiało to dość głupio.

– Tak. Mam do pana dyrektora sprawę.

– Sprawę? Do mnie?

Właściwie to się nie dziwiłem, że on się dziwi. Co jakiś szeregowy pracownik, nawet nie kierownik, mógł chcieć od dyrektora sąsiedniej placówki w ten piękny lipcowy poranek? Takie wydarzenie musiało odbiegać od codziennej rutyny.

– Proszę, proszę… – Otworzył szeroko drzwi do swojego – a ja wiedziałem, że do mojego! – gabinetu.