Uwierz w Mikołaja - Magdalena Witkiewicz - ebook

206 osób właśnie czyta

Opis

Każdy z nas ma marzenia.

Agnieszka pragnie spędzić Wigilię z babcią, ale ta ma zupełnie inne plany. Nie godząc się z tym, Agnieszka jedzie do domu babci położonego w samym środku lasu. Jednak jej tam nie zastaje. Jedna śnieżna noc powoduje, że droga do cywilizacji zostaje odcięta, na dodatek przez zaspy brnie do niej święty Mikołaj.
Pięcioletnia Zosia chciałaby mieć choinkę tak ogromną, jak w centrum handlowym, a pod nią mnóstwo prezentów. Jednak tym razem jej Wigilia zapowiada się zupełnie inaczej…
Robert, policjant, przyjmuje służbę w Święta, bo przecież wszyscy mają rodziny, a on jest samotny. Więc może się poświęcić.
Sam w wigilijny wieczór jest też pewien starszy pan z długą siwą brodą, ale mu w ogóle to nie przeszkadza. Jest przekonany, że lubi samotność, a ludzi lubi tylko z daleka.
Jego żona natomiast ma aż nadto towarzystwa zwariowanych pensjonariuszy pewnego domu opieki.

Jedna świąteczna opowieść, wielu bohaterów. I wiele marzeń do spełnienia. Bo może żeby pięknie spędzić Święta, trzeba uwierzyć w Mikołaja?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 351

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Kasi i Bartka Kobielów z Amalki.

Bartek, dzięki Tobie spełniło się moje marzenie

i mam swoje miejsce na ziemi!

Dziękuję i zapraszam Was nieustająco

– zawsze będziecie mile widzianymi gośćmi.

POCZĄTEK

Pewne historie zaczynają się od tańca w deszczu, a inne od tego, że przez zupełny przypadek wpada na siebie dwoje kompletnie nieznających się osób. I wtedy świat wiruje, a zegarki mierzące puls rejestrują przyspieszoną akcję serca. Jednak ta historia się od tego nie zacznie. Nie było pary nieznajomych, jednakże świat nieco zawirował, a serce o mało nie wyskoczyło z piersi dość niskiego i wątłego, na oko siedmioletniego chłopca, który właśnie kamieniem wybił szybę w oknie wystawowym chwilowo zamkniętego sklepu na tyłach centrum handlowego. Pewnie nie wybiłby tej szyby, gdyby nie stanowcze oświadczenie jego mamy, że w grudniu zdecydowanie nie gra się w piłkę nożną. A tak wyszalałby się na boisku i nigdy nie wpadłby na pomysł rzucania kamieniem w sklepową witrynę.

– A w co się gra zimą? – zapytał, zaciekawiony.

– Nie wiem. – Zajęta czymś mama wzruszyła ramionami.

Jakoś tak się zdarza, że w przełomowych momentach mamy są często zajęte i zupełnie nie zdają sobie sprawy, iż ich odpowiedź może zaważyć na losach świata, a przynajmniej miasta.

– Zimą na pewno nie gra się w piłkę nożną. O! – przypomniała sobie. – Niektórzy w hokeja grają. To znaczy takim kijem uderzają ciężkie krążki.

Mały chłopiec wziął więc kij (z zaskoczeniem odkrył go w domowym składziku, choć nikt nie wiedział, jak się tam znalazł), a z braku hokejowego krążka chwycił kawałek obluzowanego krawężnika. Ten z pewnością nie byłby uszkodzony, gdyby nie to, że poprzedniego dnia wielki samochód, wiozący nową dostawę pachnących drzewek, niefortunnie na niego wjechał. W ferworze świątecznych przygotowań zupełnie nikt tego nie zauważył. Można więc powiedzieć, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawały się sprzyjać młodemu hokeiście.

Wybitej szyby na tyłach centrum handlowego w chwilowo nieczynnym sklepie również nikt nie dostrzegł. Ani policjant, który w tygodniu przedświątecznym miał naprawdę dużo na głowie, ani mama z córeczką, które nic nie kupowały, tylko marzyły, co by mogły kupić, gdyby je było na to stać, ani starsza pani, która buszowała w sklepie monopolowym, bo ostatni raz przed śmiercią zapragnęła się napić siedmiogwiazdkowego koniaku. Robiła tak co roku już od dziesięciu lat. Rozbitej szyby nie zauważył też postawny mężczyzna, który siedział w przestronnym pokoju na ostatnim piętrze budynku i obserwował monitory rejestrujące obraz z kamer. Był przekonany, że widzi wszystko oraz że wszystko ma pod kontrolą, włącznie z własną żoną. Ona również nie spostrzegła szkody wyrządzonej przez małego chłopca, bo w tym czasie była zajęta zdecydowanie czymś innym.

Gdyby chłopiec wiedział, że jego próba pierwszej gry w hokeja przyniesie takie skutki, natychmiast przestałby się denerwować i szczerze by się uśmiechnął, a może nawet głośno zarechotał. Jednak on przez swoje łzy widział tylko rozbitą w drobny mak szybę. Postanowił uciec i nikomu nie mówić o tym zdarzeniu.

I tylko dzięki temu małemu chłopcu oraz nieuważnemu kierowcy ciężarówki cała ta historia mogła się wydarzyć. W innym przypadku losy kilkorga mieszkańców pewnego miasta potoczyłyby się zupełnie inaczej. Inny scenariusz tych wydarzeń byłby z pewnością ogromną szkodą dla ludzkości. Naprawdę ogromną.

ROZDZIAŁ 1

Dzień dobry państwu! Zapowiada się piękny grudniowy poranek. Słońce powitamy w Warszawie o godzinie siódmej czterdzieści, a pożegnamy o piętnastej dwadzieścia trzy. Dzień będzie krótszy od najdłuższego dnia w roku o dziewięć godzin i trzy minuty.

Imieniny obchodzą dzisiaj: Auksencja, Auksencjusz, Auksenty, Bogusław, Flawit, Gościmir, Gracja, Gracjan, Kwintus, Miłosław, Nemezja, Rufus, Symplicjusz, Wilibald, Winibald, Wszemir, Zofia, Zozym.

My wprawdzie nie znamy nikogo o imieniu Winibald i Zozym, ale jeżeli znacie, koniecznie złóżcie życzenia! Do końca astronomicznej jesieni zostały trzy dni, a od świąt dzieli nas niespełna tydzień!

1

Agnieszka od dłuższego czasu wpatrywała się w telefon, niezupełnie wierząc w to, co przed chwilą usłyszała. Minę miała niewyraźną. A dokładniej rzecz biorąc, chciało jej się płakać. Czuła się tak samo jak wtedy, gdy miała lat dziewięć i okazało się, że jej miejsce na kolonię zagraniczną zajęła jakaś bardzo ważna córka jakiegoś jeszcze ważniejszego ojca. Tylko tym razem nie chodziło o kolonie, a o święta, które miała nadzieję spędzić, jak co roku, ze swoją babcią.

– Co się stało? – Usłyszała pytanie.

– Babcia nie chce, bym przyjechała na święta. – Niepewnie pokręciła głową.

– Twoja babcia? – Marta, koleżanka z pokoju w akademiku, miała minę jeszcze bardziej niewyraźną niż Agnieszka. – Przecież wy kochacie święta. Bombki, biały obrus, pięknie zapakowane prezenty pod choinką, opłatek, wspólne śpiewanie kolęd… I inne takie… – Machnęła ręką, nie zauważając, że w miarę wymieniania kolejnych symboli świątecznych z oczu Agnieszki zaczęły kapać łzy wielkości grochu. – Przecież ty nie wytrzymasz bez świąt! O Jezu, przepraszam!

Zreflektowała się, ale jej współlokatorka płakała już rzewnymi łzami.

– Co się stało? – czule zapytała Agnieszkę, bo przez chwilę poczuła się niemal jak Grinch, który swoimi słowami odebrał przyjaciółce ostatnią nadzieję na rodzinne Boże Narodzenie.

– Naprawdę nie wiem… To mi do niej nie pasuje. – Zamyśliła się, jakby szukając sensownych argumentów, ale najwyraźniej nic sensownego nie przyszło jej do głowy, bo dodała rozpaczliwym tonem: – Od zawsze święta spędzałyśmy razem. Najpierw chyba jeszcze z rodzicami…

Rzadko mówiła o rodzicach. W zasadzie pamiętała ich tylko ze zdjęć, które babcia przechowywała w drewnianej skrzyneczce, na półce pod telewizorem. Potem chwile uwiecznione na fotografiach zaczęły mieszać się ze wspomnieniami i już sama nie wiedziała, co pamięta naprawdę, a co wyobraźnia podpowiadała jej na podstawie scen utrwalonych aparatem.

Rodzice Agnieszki zginęli w wypadku, gdy miała niespełna dwa lata. Miała jechać z nimi, ale babcia stwierdziła, że młodym należy się trochę oddechu od dziecka. Nie zdołali dotrzeć na swoje ukochane Mazury… Oboje zginęli na miejscu. Agnieszka nie znała szczegółów, nigdy o nie nie pytała. W zasadzie nie wiedziała też, jak to jest mieć rodziców. Z nią zawsze była babcia Helenka – ojciec i matka w jednym. I najlepsza przyjaciółka.

Po tym tragicznym wypadku babcia przeprowadziła się do ich mieszkania, w którym do tej pory Aga mieszkała wraz z rodzicami. Tam spędziły kilkanaście lat, co roku jeżdżąc w wakacje do niewielkiego domu na Kaszubach, gdzie wcześniej mieszkała babcia. Gdy Agnieszka wyjechała na studia do Warszawy, babcia wróciła do siebie, a pięknie urządzone cztery pokoje w starej, ale odrestaurowanej kamienicy wynajęto.

Od tej pory jedynym miejscem, do którego Agnieszka wracała, był niewielki dom babci Helenki, niedaleko Sulęczyna, położony w samym środku lasu, ale też bardzo blisko jeziora. Kiedyś cały teren należał do jej rodziny – wielkie gospodarstwo, konie, zwierzęta i pola uprawne. Ziemia na Kaszubach nie należy do zbyt urodzajnych, więc plony nie były zbyt obfite, ale okolica za to nad wyraz urokliwa. Pewnie dlatego co jakiś czas przyjezdni nękali babcię, by odsprzedała kawałek ziemi, na którym powstawał później domek wypoczynkowy. Zatrzymała sobie jednak na tyle duży obszar, że najbliższe domostwa były oddalone o kilka kilometrów. Taka samotnia. Ale ani babci, ani Agnieszce to zupełnie nie przeszkadzało, a wręcz pomagało wypoczywać z dala od miejskiego zgiełku.

Latem chodziły nad jezioro, a zimą czasem tak je zasypało, że przez kilka dni nie miały w ogóle łączności ze światem, chociaż nissan patrol babci sprawdzał się znakomicie, nawet gdy okoliczne dróżki były niemalże zupełnie nieprzejezdne. Babcia Helenka uważała, że każda kobieta powinna mieć prawo jazdy, by nigdy, ale przenigdy nie być od nikogo zależną.

– Agnieszko, nie musisz robić wielu rzeczy w życiu – zwykła mawiać – ale musisz je umieć robić. A przynajmniej nie bać się spróbować.

Wnuczka próbowała zatem wszystkiego i tak naprawdę nie było zbyt wielu rzeczy, których mogła się przestraszyć.

Gdy mróz był siarczysty, Agnieszka jeździła na łyżwach po jeziorze. Potem, gdy łyżwy nie nadawały się już do użytku, babcia zawiesiła je na drzwiach od komórki. I tak wisiały do teraz. Latem wkładały w nie bukiety polnych kwiatów, a zimą świerkowe gałązki, które stroiły świątecznymi dekoracjami. Zresztą w tym magicznym miejscu pełno było takich urokliwych przedmiotów. Każdy, kto tam trafiał, zakochiwał się bez pamięci. Jak wtedy, gdy zimą zabrała na Kaszuby przyjaciół ze studiów. Zjeżdżali na sankach i jabłuszkach z pobliskich górek, a wieczorem pili grzańca przed kominkiem.

Raj…

– A co ci babcia tak właściwie powiedziała? – Marta wyrwała Agnieszkę z zamyślenia.

– Że mam się rozerwać i gdzieś wyjechać z przyjaciółmi – jęknęła, jakby co najmniej oznaczało to skazanie na tortury. – Mówiłam jej, że na święta lecicie na Malediwy, i ona ku mojemu zaskoczeniu uznała, że z pewnością ja o niczym innym nie marzę, jak o spędzeniu Bożego Narodzenia tysiące kilometrów od niej.

– Może powinnaś do niej mimo wszystko pojechać i pogadać? – nieśmiało zasugerowała Marta. – Chociaż na Malediwach będzie fajnie, no i…

– Tak, tak, mówiłaś mi już – przerwała koleżance. – Będzie cudnie, ciepło, no i będzie twój brat…

– Którego poznałaś z najgorszej strony.

– A ma jakieś lepsze? – Uśmiechnęła się złośliwie.

– Może byś się przekonała, gdybyś spędziła z nim kilka dni?

Agnieszka pokręciła głową.

– Never!

– Przypomniały ci się angielskie czasy?

– Martuś, naprawdę nie przekonasz mnie do swojego brata. Ciebie kocham jak siostrę, ale twój braciszek prowadzi dość rozrywkowy tryb życia i chyba nie za bardzo mi to pasuje.

Marta westchnęła.

– Oceniasz go przez pryzmat tych kilku dni…

– Rozmawiałyśmy już o tym i nie ma sensu do tego wracać – ucięła Agnieszka.

Marta zrozumiała, że i tym razem nic nie wskóra w kwestii starszego brata, zatem postanowiła nie drążyć tematu.

– Wracając do sytuacji z babcią… Co zrobisz? – zapytała.

– Oczywiście, że do niej pojadę – powiedziała stanowczo Agnieszka. – Jak tylko będę mogła. Urwę się z kilku zajęć i wybiorę się wcześniej. – Zamyśliła się na chwilę. – Marta… To do niej zupełnie niepodobne. Ona tak się nie zachowuje. Musiało się coś stać.

2

Marta nie lubiła świąt. Uważała, że te wszystkie świąteczne symbole są żałosne. Kicz nad kicze. Tłum w sklepach i non stop George Michael z tym swoim Last Christmas. Wydawało jej się niewiarygodnym, że dorośli ludzie ekscytowali się tymi tandetnymi czerwonymi, złotymi i zielonymi błyszczącymi ozdobami, które zawieszali na jakimś wyciętym z lasu drzewie, by po kilku dniach to drzewo wyrzucić na śmietnik. No, bzdura!

Marta wolała się ekscytować palmą. I to najlepiej siedząc pod nią. A one zwykle rosną gdzieś w ciepłych krajach (idealnie, jeśli tuż przy plaży). A zamiast karpia mogła zjeść owoce morza w Tajlandii lub Wietnamie. Albo sushi.

Dlatego zawsze w czasie świąt wyjeżdżała gdzieś za granicę, jak mówiła: „naładować akumulatory”. I tym razem miała takie plany. Ze starszym bratem i jego przyjaciółmi. Często podróżowali w takim gronie, stanowili zgraną paczkę.

W tych świątecznych planach najpierw uwzględniała rodziców, jednak gdy nie chcieli jechać, zbytnio się nie zmartwiła. Przecież to dzień jak co dzień. Życzenia noworoczne mogła im złożyć później.

Z mamą rozmawiała czasem przez telefon, widywały się rzadko. Z ojcem kontakt miała sporadyczny. Czasem dzwonił. Lubiła z nim dyskutować, chociaż zwykle był zamknięty w sobie i dosyć mrukliwy.

Właściwie w ich domu nigdy nie było świąt. Takich prawdziwych, rodzinnych, jakie oglądała w telewizji. Dopóki była mała, zawsze wyjeżdżali gdzieś za granicę. Kiedyś nawet spędzili święta na plaży w Australii. Czy to lubiła? Sama nie była tego pewna. Po prostu tak było od zawsze. Innych świąt nie znała, a przynajmniej z własnego doświadczenia. Widziała takie przesłodzone, sielskie i wnerwiająco urocze w komediach romantycznych, których nienawidziła z całego serca, zatem oglądała je tylko w przelocie. O wigilijnej codzienności dowiadywała się od Agnieszki, która była w tym zakresie prawdziwą specjalistką. Nie zmieniało to faktu, że dla Marty wszystkie te opowieści o tradycji i zwyczajach bożonarodzeniowych to była abstrakcja na poziomie relacji o yeti i krainie jednorożców.

Gdy Marta rozpoczęła studia, właściwie jej rodzina przestała funkcjonować jako całość, także jeśli chodzi o wspólne wyjazdy. Jej brat żył już swoim życiem, u rodziców też zaszły zmiany. Gdy zostali sami w ogromnym domu, przestali się dogadywać. Z ojcem nietrudno było się pokłócić. Absolwent szkoły wojskowej, bezkompromisowy, chcący wszystko mieć pod kontrolą. Zawsze robił biznesy i wszędzie go było pełno. W pewnym momencie stwierdził, że czas przejść na emeryturę, i wtedy życie stało się jeszcze gorsze.

Marta uciekła do Warszawy, poszła w ślady swojego brata, który wtedy studiował i nie zanosiło się na to, by te studia szybko skończył. Chyba właśnie dlatego, by nie wracać do domu. Ale czy oni mieli do czego wracać? Nie bardzo. Mama założyła swój biznes, który pochłaniał większość jej czasu i energii. Ojciec nie wytrzymał długo na emeryturze, kupił dużą galerię handlową w centrum miasta i traktował to miejsce niemal jak własny plac zabaw. Oboje spędzali więcej czasu w swoich firmach niż pod jednym dachem, więc miejsce nazywane domem było nim tylko z nazwy. Ojciec znowu mógł kontrolować wszystkich i wszystko, ale nie uprzykrzał tym życia rodzinie. I tak przez lata nauczyli się funkcjonować w myśl zasady: „z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciach”, szczególnie że rzadko kiedy mieli okazję, by wspólnie do nich pozować.

Zaskakujące w tej całej sytuacji było to, że rodzeństwo spotykało się stosunkowo często. Głównie na imprezach. Marta dorosła wreszcie do takiego wieku, że była mile widziana wśród znajomych brata, zwłaszcza gdy przychodziła z koleżankami. Nie miała problemu, by którąś z nich do tego zachęcić, bo jej brat był czarujący jak mało kto i podobał się niemal wszystkim dziewczynom. Jednak w miarę upływu lat przybywało też złamanych przez przystojnego bruneta serc. Wyglądało na to, że niedługo jedyną kobietą z jej roku, której ten Don Juan nie poderwał i nie porzucił, będzie ona sama. Był przy tym jednak tak uroczy, że nie potrafiła mieć do niego pretensji.

O dziwo, byli ze sobą bardzo związani, lubili spędzać razem czas i troszczyli się o siebie nawzajem. Gdy byli młodsi, bywało różnie, jednak teraz byli dla siebie najlepszymi przyjaciółmi. W więzy krwi Marta nie za bardzo wierzyła. Bo cóż to takiego? Krew to po prostu jakaś czerwona ciecz. Każdy ma nieco inną, ale co z tego.

Od wielu lat święta spędzali razem. To na Dominikanie, to na Krecie, to w innych egzotycznych miejscach, które akurat przyszły im do głowy. Stać ich było na to, bo oboje żyłkę do interesów odziedziczyli po rodzicach. Marta zwykła mawiać, że dorabia sobie do studiów, pracując jako modelka. Takie stwierdzenie było jednak tylko częścią prawdy, naznaczoną pewnym lekceważeniem tego, co robi. W rzeczywistości bowiem była wziętą modelką, chadzała na wybiegach w Polsce i za granicą, a do tego woda sodowa nie uderzyła jej do głowy, bo na szczęście studia wciąż pozostawały dla niej najważniejsze. Zarobione pieniądze odkładała i wydawała na podróże. Cała Marta – rozsądek zabarwiony szczyptą szaleństwa i ekstrawagancji.

Jej brat wciąż rozkręcał własne firmy. Studiował informatykę już chyba od dziesięciu lat i zupełnie nie potrzebował do szczęścia tytułu magistra. Wieczny student miał jednak ułańską fantazję, jeśli chodzi o zarabianie pieniędzy. Zaczynał od firmy eventowej. Szumnie brzmiało, a sprowadzało się do tego, że w wigilijny wieczór przebierał się za Mikołaja i rozdawał dzieciom prezenty. Sam nie miał emocjonalnego podejścia do tego dnia, mógł więc pracować dla tych, dla których był on jednym z ważniejszych w roku. Potem się przebranżowił, ale strój Mikołaja jeszcze wisiał w szafie. Na pamiątkę pierwszego biznesu i pierwszych zarobionych poważnych pieniędzy. Okazało się bowiem, że na tych przebierankach można było całkiem nieźle zarobić. Podejrzewał, że pewnie bardziej wzbogacić się można na wyskakiwaniu z tortu, ale nigdy się na to nie zdecydował.

Wybrał inną drogę – założył firmę informatyczną. Z lenistwa, bo ostatecznie przecież dosyć gruntownie miał przerobiony program studiów. Szybko okazało się, że jest w tym całkiem niezły i pozyskał nawet klientów za granicą. Szczególnie często jeździł do Londynu. Wrodzone zdolności i biznesowa intuicja w połączeniu z ujmującym sposobem bycia sprawiły, że po kilku latach prowadził dwie firmy, zarabiał już przynajmniej dziesięć razy tyle, co jego wykładowcy, i doprawdy nie widział potrzeby kończenia studiów. To doprowadzało do częstych spięć z ojcem. Dlatego też unikał go, jak tylko mógł.

Brat Marty bardzo nie lubił konfliktów. Wszystko w życiu przychodziło mu na tyle łatwo, że się do tego przyzwyczaił. Wprawdzie była taka jedna, co nie chciała mu przyjść łatwo, ale…

Zabiegał o nią trochę, co jednak nie przeszkadzało mu spotykać się z innymi. W ten sposób całkowicie przekreślił swoje szanse u wybranki. Przejmował się tą sytuacją kilka dni, wypił kilka piw, poderwał kilka dziewczyn i swoim zwyczajem stwierdził, że jutro przyniesie nowe, lepsze rozwiązania. Jednakże zdarzało mu się, że tęsknił za tą nieuchwytną dziewczyną z włosami jak sprężynki. Wielokrotnie prosił los o to, by pozwolił mu spędzić z nią czas sam na sam. Chociaż kilka chwil. Kilka minut, godzin albo dni. Na przykład trzy dni. Trzy dni sam na sam. Byleby nikt im nie przeszkadzał. Wtedy mógłby jej wytłumaczyć, o co tak naprawdę chodzi.

Starszy brat Marty miał zawsze szczęście. Nie denerwował się zatem, korzystał z życia i spokojnie czekał na to, aż los będzie mu sprzyjał jeszcze bardziej niż do tej pory. Wiedział, że to tylko kwestia czasu. I – co najlepsze – miał zupełną rację.

3

Pani Helenka kochała święta. Dlatego też, kiedy przekroczyła próg domu seniora, nazwanego z angielska Happy End, bardzo się przestraszyła, że gdy tylko się tam zamelduje, nastąpi ten nieszczęsny end, na który zdecydowanie nie była jeszcze przygotowana. Potem jednak zaczęła się rozglądać, czy atmosfera panująca tam jest chociaż w kilku procentach świąteczna i grudniowa. Po wstępnych oględzinach okazało się, że zanim nastąpi ten end, może przez jakiś czas będzie chociaż trochę happy, choć chwilowo wcale nie było jej do śmiechu.

„Przekroczyła próg” – w tym kontekście może nie było to zbyt trafne określenie, bo ten próg przejechała, siedząc na wózku. Oczywiście upierała się przy tym, że nie jest jakąś egipską księżniczką, by być noszoną w lektyce, czy angielską królową, by jechać w karocy, ale pielęgniarz okazał się nieugięty i upierał się, że żaden pensjonariusz ze złamaną nogą nie może kuśtykać po schodach. Pani Helenka podejrzewała, że po prostu w natłoku obowiązków nie chciał się z nią użerać, i pomyślała, nieco uszczypliwie, że przynajmniej na samym początku mógł chociaż stwarzać pozory, iż w domu opieki dla osób starszych czas płynie wolniej i wszyscy dla wszystkich mają czas.

Oczywiście nie trafiłaby tam, gdyby nie ta złamana noga. W sumie mogłaby jakoś funkcjonować, gdyby nie mieszkała kilka kilometrów od najbliższego sklepu albo gdyby chociaż jej samochód miał automatyczną skrzynię biegów, a ona umiałaby takim dziwnym ustrojstwem jeździć.

Po dłuższym namyśle doszła nawet do wniosku, że sklep nie byłby problemem, ale palenie w piecu, a także noszenie węgla i drewna mogłyby już stanowić pewną trudność. Z niesprawną nogą wykonywanie zwykłych codziennych czynności byłoby zdecydowanie niełatwe.

Pani Helena po raz pierwszy w życiu poczuła się stara i – jak by to powiedzieć – z lekka niedołężna. Cóż to jest za straszne słowo! Kiedyś nawet mogła je ułożyć, grając w scrabble ze swoją wnuczką (potrójna premia literowa i to na „ż”), jednak teraz stchórzyła, nie chciała tego oglądać w postaci tabliczek z literkami. Gdy jechała na tym wózku (niczym Elżbieta II w karocy w swoje urodziny), doszła jednak do wniosku, że sto razy wolałaby widzieć to na planszy do scrabbli, niż tego doświadczać. Niestety, stało się. Wszystko przez łakomstwo. Pokarało ją, zdecydowanie!

Pani Helenka od pewnego czasu starała się dbać o linię. Była zadziwiona, że fartuszek, który zawsze przywdziewała do domowych porządków, zaczął się mocno opinać na jej brzuchu i biuście. Jednak jeszcze wtedy nie rozległ się alarm w jej głowie, bo przecież materiały tak często lubią się zbiegać w praniu. Czerwona lampa zapaliła się dopiero wówczas, gdy po tym, jak się schyliła, ścieląc łóżko (zawsze ścieliła łóżko), guzik od fartuszka odpadł i potoczył się gdzieś w kąt. Nomen omen, czerwony guzik.

Wtedy to podjęła decyzję, że wszystkie słodycze będzie chowała na szafie, tuż pod sufitem. Aby dostać się do tej skrytki, musiała zejść do piwniczki po drabinę, bo bez niej nie mogłaby sięgnąć po grzeszną przyjemność. Grzeszna przyjemność przyjmowała doprawdy różne oblicza. Często były to pierniczki, czasem kruche ciasteczka, innym razem jeszcze domowe makaroniki z płatków owsianych, mleka w proszku, cukru i kakao. Pani Helena zawsze je piekła w ilościach hurtowych, na wypadek gdyby przybyli jacyś niezapowiedziani goście albo gdyby wybuchła wojna. Nie to, żeby była pesymistką, ale jako wojenne pokolenie nauczona była, by być zawsze przygotowaną na każdą okoliczność.

Agnieszka, jej wnuczka, zawsze śmiała się z zapasów, które babcia gromadziła w ilościach umożliwiających wykarmienie pułku wojska.

– Babciu, mole prędzej ci się w tej kaszy zalęgną – mówiła.

– Nie zalęgną. – Babcia stanowczo kręciła głową. – Jak rozłożysz wszędzie suszony liść laurowy, to się nie zalęgną.

– Ale przecież w każdej chwili można pójść do sklepu i dokupić.

– Phi, jasne, pięć kilometrów w jedną stronę. Wiesz, że nie lubię już jeździć autem. Wzrok nie ten.

– Przecież wystarczy, że zadzwonisz do pana Zbyszka, a on ci wszystko przywiezie.

– Pan Zbyszek, pan Zbyszek! – denerwowała się babcia. – Jeździ co tydzień. A jak nie będzie miał tego, co akurat chcę, to co ja zrobię?

Faktycznie, nie było wyjścia. Należało gromadzić zapasy. Na czarną godzinę, na godzinę, gdy niezapowiedziani goście się zjawią albo gdy nastąpi jakikolwiek kataklizm i zostanie uwięziona sama w środku lasu. Agnieszka widziała kiedyś film dokumentalny o amerykańskich preppersach, szykujących się na globalną wojnę nuklearną, i pomyślała sobie, że babcia zdecydowanie mogłaby być guru tego ruchu i wiele mogliby się od niej nauczyć.

– Trzeba tak żyć, by mieć zapas na czterdzieści dni – zapewniała pani Helenka.

Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego akurat czterdzieści, ale jej matka zawsze tak mawiała, jej babka i pewnie wszystkie kobiety kilka pokoleń wstecz. Prawdopodobnie to miało jakiś związek z Jezusem, który czterdzieści dni był na pustyni, ale pani Helenka w to zupełnie nie wnikała. Najważniejsze, że zawsze była przygotowana na czterdziestodniowy głód.

Jak już wiemy, nogę złamała przez łakomstwo. Zapragnęła kruchych maślanych ciasteczek, wyciskanych przez maszynkę, które upiekła w poprzednim tygodniu, i stojąc na ostatnim szczeblu drabinki, straciła równowagę, spadła i się ogromnie potłukła.

Zadzwoniła do pana Zbyszka, który tak naprawdę nazywał się Karol, ale odziedziczył swoją firmę po ojcu Zbigniewie, i chyba po raz pierwszy w życiu poprosiła o pomoc.

– Karolu, chyba złamałam nogę – powiedziała bez ogródek.

Karol był prostym człowiekiem i nie załapał od razu, że pani Helena nie dzwoni do niego wyłącznie po to, by się wyżalić, tylko potrzebuje konkretnej pomocy w rozwiązaniu problemu. Rozmawiał z nią już pół godziny i nawet był z siebie dumny, że potrafi udzielić tak solidnego psychologicznego wsparcia, gdy nagle starsza pani bezceremonialnie przerwała mu jego wywód:

– Do cholery, Karolu, boli mnie! Przyjeżdżaj tu szybko i mnie zawieź do szpitala.

Karol nie był przyzwyczajony, że starsza pani klnie, zatem wreszcie dotarło do niego, że sytuacja jest nader poważna. Stanął na baczność i sprężył się do tego stopnia, że po dziesięciu minutach pochylał się już nad panią Helenką, zastanawiając się, jak ją chwycić, by jej nie urazić.

– Karolu drogi, czy ty czekasz na moje powolne zejście? – irytowała się nieco poszkodowana, która jednak nawet w tak niefortunnej sytuacji nie straciła poczucia humoru.

– Bo ja… Bo ja nie wiem, jak panią podnieść. Nie chciałbym, by pani myślała, że ja panią obłapiam czy coś.

– Karolu miły, ja już za stara na obłapianie jestem. Ty mnie po prostu chwyć i do szpitala wieź – westchnęła Helena.

– To ja zadzwonię do Agnieszki.

– W żadnym wypadku! – warknęła, złowrogo patrząc na chłopaka. – Ona nie może się o niczym dowiedzieć.

Karol patrzył na staruszkę nic nierozumiejącym wzrokiem. Helenka machnęła tylko ręką, bo było jej już okrutnie niewygodnie na twardych deskach podłogi, a po telefonicznej rozmowie z swoim wybawcą wiedziała, że stać go naprawdę na rozbudowane konwersacje.

– Nieważne, Karolu. Ja do niej sama zadzwonię… Co za cholerne ciasteczka! Gdyby nie one, w życiu bym tej nogi nie złamała.

Karol szybko cofnął rękę. Sięgał właśnie po apetycznie wyglądające ciastko, jednak skoro ono było przyczyną tego całego nieszczęścia, to wolał nie ryzykować. Nie wiadomo, czego staruszka tam dosypała.

Pani Helena wcale nie miała zamiaru dzwonić do wnuczki. A już w żadnym wypadku nie po to, by się zwierzać ze swojej życiowej nieudolności. Też coś! Chciała sprawiać wrażenie, że jest niezniszczalna. Już dość tragedii życiowych spotkało Agnieszkę i więcej naprawdę nie potrzeba. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zbliżały się święta, a chirurg o wyglądzie Apolla nie pozostawił żadnych złudzeń.

– Helenko, na święta to pani sobie będzie mogła renifery na tym gipsie namalować. – Miał minę, jakby to, co powiedział, miało się wszystkim wydawać dowcipne.

Nie to, by Helenka miała coś przeciw reniferom, ale nie uśmiechało jej się w święta stukać gipsem w drewnianą podłogę swojego domu w lesie. Zresztą chyba by sobie nie poradziła. Jedzenia wprawdzie miała na czterdzieści dni i Karol vel Zbyszek nie musiałby nawet jej nic dowozić, ale węgla to sobie sama chyba nie byłaby w stanie przynieść. „Chociaż może? Przecież ludzie żyją i kulawi, i garbaci i jakoś sobie w życiu radzą” – myślała z nadzieją, wciąż mając jednak wątpliwości. Jednego natomiast była pewna – Agnieszka nie może jej zobaczyć w takim stanie, a z pewnością chciałaby spędzić z babcią święta.

– Jest taki dom seniora, pani Helenko. – „Apollo” siedział w nogach łóżka i trzymał rękę na kolanie starszej pani.

– Jestem oburzona! – żachnęła się Helena.

„Apollo” szybko cofnął dłoń.

– Nie tym, panie doktorze.

– A… czym? – zapytał niepewnie.

– Domem starości! – krzyknęła gromko starsza pani.

– Ależ, pani Helenko! Domem seniora! – powiedział lekarz, wymachując ulotką.

– Tu jest napisane „Happy End”, panie Apollo, ja wiem, co to znaczy „end”. Nie tylko młodzi znają języki.

– Krzysztof – sprostował pan doktor.

– Jaki Krzysztof? – Zdezorientowana pani Helenka pokręciła głową.

– No ja jestem Krzysztof – powiedział cicho coraz bardziej przerażony chirurg.

– No, widzisz pan! Wszystko jest nie tak. Wyglądasz pan jak Apollo, a nazywasz się zupełnie zwyczajnie. Mówisz mi o domu seniora, który rzekomo ma mi pomóc przetrwać, a złowrogo obwieszcza mój koniec.

– Ale w szczęściu, pani Helenko. – Lekarz próbował ratować sytuację.

– Niemniej jednak koniec. – Pani Helenka wzruszyła ramionami.

Najgorsze w tym wszystkim było to, że Apollo vel Krzysztof miał rację. Sama sobie nie poradzi, a Agnieszki nie chce ściągać do pomocy. Znała ją, z pewnością rzuciłaby wszystko, z marszu wyruszając na Kaszuby. A przecież to niedorzeczne. Dziewczyna miała swoje sprawy, studia, egzaminy… Musi się uczyć, a nie zajmować starą babką. Chwilowo na dodatek niedołężną…

A może to tak jest, że na koniec życia każdy staje się słaby? Słaby i tak bardzo zmęczony, że już mu się dalej żyć nie chce? To nawet by było dobre rozwiązanie, bo ta śmierć by tak nie przerażała. Tak, tak na pewno to Pan Bóg wymyślił. A ona, Helena Piotrowska, wcale nie czuje się zmęczona życiem. Tylko ten gips na nodze taki niewygodny jest i pod spodem swędzi. Swędzi jak cholera! Jakby stado komarów ją użarło i nagle odleciało. Albo pcheł innych.

– Pomyślę o tym – mruknęła, wyciągając rękę po ulotkę. – A przyniesie mi pan drut?

– Drut? – zdziwił się Krzysztof.

– No tak, taki do robienia na drutach. Swetry i takie tam. Tylko nie takie do skarpetek. Bo jest ich pięć i są krótkie. A ja potrzebuję długi drut.

– Będzie pani dziergać sweter? – Doktor Krzysztof pokręcił głową. Tyle lat pracował na ortopedii, z tyloma ludźmi miał do czynienia, a wciąż ktoś potrafił go zaskoczyć.

– Nie, ale mnie cholernie swędzi i chciałabym sobie ulżyć, a czymś muszę się podrapać – westchnęła babcia Helenka, czytając o tym, że w Domu Seniora Happy End dzięki codziennej rehabilitacji przez wykwalifikowany personel „stawiają na nogi szybciej, niż myślisz”.

No, niestety, czego jak czego, ale stawiania na nogi z prędkością światła pani Helenka naprawdę potrzebowała. Westchnęła głęboko i gdy bezradny lekarz w skórze greckiego boga wyszedł w poszukiwaniu drutów do robienia swetrów, sięgnęła po swoją starą nokię. Nie potrafiła się przekonać do tych telefonów, co to Agnieszka próbowała jej podrzucać. Nokia to nokia. Bateria trzymała tydzień i nie odstraszały jej te wszystkie ikonki do dotykania. No i pewnie gdyby nie mogła znaleźć młotka, a chciałaby wbić gwóźdź, tym telefonem również dałaby radę.

– Dzień dobry. Mówi Helena Piotrowska… Nie jestem aż taka stara. I niedołężna też nie jestem. No, może chwilowo…

Agnieszka nie dowiedziała się o złamanej nodze babci. We wszystkich szpitalnych papierach i dokumentach, które pani Piotrowska musiała wypełnić w Domu Seniora Happy End, w rubryczce „kogo powiadomić w razie potrzeby” wpisywała swój numer telefonu. Wnuczce kazała lecieć na Malediwy czy do innej Tajlandii, razem z przyjaciółmi. Ta jej koleżanka, Marta, co chwilę gdzieś latała, więc dlaczego nie miałyby teraz wyruszyć razem. Pieniądze też nie stanowiły problemu. Agnieszka nigdy nic nie chciała, ale babcia skrupulatnie co miesiąc wpłacała jej na konto sumę pozwalającą na całkiem godne życie. Tymczasem wnuczka dorabiała korepetycjami, rzadko kiedy sięgając po babcine fundusze, pewnie więc za oszczędności mogłaby pozwolić sobie nawet na kilkumiesięczny egzotyczny urlop.

– Nie chcesz ze mną spędzić świąt? – płaczliwie zapytała Agnieszka. – Babciu! Ale przecież my zawsze spędzamy Boże Narodzenie razem!

Pani Helena przełknęła łzy. Bardzo chciała spędzić święta z wnuczką, ale znała ją – gdyby ta zobaczyła, w jakim staruszka jest stanie, z pewnością postanowiłaby jej pomóc. Po świętach zdecydowałaby się z nią zostać, opuściłaby zajęcia na uczelni, by tylko się nią opiekować, a potem z pewnością pragnęłaby jej zorganizować cały czas rekonwalescencji, bo pewnie trochę potrwa. Nawet kosztem swojego młodego i pewnie w miarę beztroskiego życia. Na to pani Helena nie mogła pozwolić. Zresztą była już za stara na organizowanie wszystkiego na nowo. Miała swoje przyzwyczajenia i nie zamierzała z nich rezygnować. Postawią ją na nogi w tym Happy Endzie i potem z dumą do wszystkiego przyzna się wnuczce. Z dumą, bo przecież dzielnie to wszystko zniesie.

Podrapała się drutem, przyniesionym przez „Apolla” tamtego dnia, gdy jej nogę wsadził w gips (do tej pory nie miała pojęcia, skąd on ten drut wykombinował), i spojrzała na sąsiadkę, z którą dzieliła pokój. Kobiecina wydawała się bardzo niezadowolona z tego, że Helena zajęła sąsiednie łóżko. Z wyższością spoglądała na nią bez słowa. Pani Piotrowska uznała jednak, że jest tam tylko tymczasowo, aż postawią ją na nogi, i w związku z tym doprawdy nie musi się z nikim spoufalać. Nawet z tą kobietą, która wygląda, jakby miała ją zabić wzrokiem.

4

Sabina Wojtczak myślała, że tym razem naprawdę trafi ją szlag. Za każdym razem tak myślała, ale gdzieś w podświadomości pamiętała słowa swojego świętej pamięci męża, że złego licho nie bierze. A przynajmniej nie tak szybko. Podejrzewała, że coś faktycznie było w tym stwierdzeniu, bo mimo cholerycznego usposobienia nadal miała się całkiem nieźle.

Jak się jednak miała nie irytować, skoro ciągle zdarzało się coś, co wyprowadzało ją z równowagi? Miała nadzieję, że starość spędzi sobie wśród ludzi, którzy jej nie wnerwiają. A ta nowa na łóżku obok wkurzała ją niemiłosiernie. I to stukanie… Raz kulą, a raz gipsem czy co tam ona na nodze miała. I jeszcze to, jak ruszała tymi palcami u stóp, które jej spod tego opatrunku wystawały… Paznokcie miała pomalowane na bordowo! Normalnie musi policzyć do dziesięciu, bo jednak tym razem ją trafi.

Wiedziała, że nie ma zbyt łatwego charakteru i Bogusław naprawdę powinien pójść w kapciach do nieba, że z nią wytrzymał tak długo. Zanim odszedł, jeszcze jej ogórków kiszonych narobił. Chyba ze dwadzieścia słoików. Z tych ogórków, które sam zasadził i potem zebrał na ich działce. Działce, na której może była ze trzy razy przez jakieś dwadzieścia lat i to tylko dlatego, że było ciepło i chciała się wylegiwać z książką na leżaku.

– Sabinko, ruszać się trzeba. Dla zdrowia – mówił Bogusław. – Na działce skłony robisz i przysiady. Najlepsza gimnastyka. Wszystkie mięśnie pracują. Dzięki temu do końca życia będziesz sprawna i zdrowa.

Bogusław faktycznie do końca był szczupły, sprawny i żwawy, ale to jego życie skończyło się zbyt szybko. No i na co mu to zdrowie było? I ta sprawność? Na nic. Sabina była bardziej schorowana, mniej sprawna, ale do półki z książkami dała radę dojść, a w dobie zakupów spożywczych w sklepie internetowym nawet nie musiała wychodzić z domu. Czasem brakowało jej towarzystwa, ale nie na tyle, by się tym przejmować. Poza tym gdy naruszyła sobie kość biodrową (była pewna, że to złamanie, chociaż lekarz uważał, że przesadza), i ta sytuacja się rozwiązała. Na jej korzyść, oczywiście. Jak zawsze przez ponad osiemdziesiąt lat życia.

Zawsze spadała na cztery łapy. Jak kot. Nie to co jej mąż, który spadł z drabiny na swojej działce i się od razu połamał. Trzeba było? Mógł siedzieć na kanapie i czytać książki. Zawsze to bezpieczniejsze dla zdrowia. Albo grać w scrabble. Wtedy właśnie, jak Bogusław się połamał, od dwóch dni z nim nie rozmawiała. Była wściekła, bo ułożył najwyżej punktowane słowo, jakie widziała w życiu. JAŹŃ. Obraziła się, a kilka dni później on umarł. Jakby na złość! I zostawił ją z tą całą działką, której nawet nie lubiła. Cóż miała robić? Pozazdrościła mężowi, a działkowiec był z niej żaden, bo wychodząc ze szklarni, uszkodziła sobie kość biodrową (złamała – tego była tego pewna!) i tym sposobem wylądowała w Domu Seniora Happy End.

Miała wprawdzie nadzieję, że ten koniec nie nastąpi zbyt wcześnie, ale tam przynajmniej wiedziała, że dadzą jej jeść i nie pozwolą jej umrzeć za szybko. A nawet jak się z kimś miło pogada, to i pierniczki przywiozą, i jakiegoś smacznego wafelka. Tylko rehabilitacji nie lubiła. Podobno już była do niej gotowa. Gotowa? Ona do ruchu nigdy nie była gotowa. Wolała życie przeżyć stacjonarnie, grając na przykład w scrabble. O! Musi zapytać tę nową, czy gra w scrabble.

Jak tylko przestanie ją wnerwiać. Tym ruszaniem palcami. Bordowe paznokcie z takim brokatem połyskującym na różne kolory. Jak bombki na choince. Jak można tak na co dzień? Sabina zrozumiałaby sylwester, ale na co dzień? Taki brokat?

Sabina nigdy nie malowała sobie paznokci u stóp. Jak żył Boguś, to on jej malował. Boguś umiał wszystko. Malował i ściany, i sufity, i paznokcie swojej żony. Sabinie trochę brzuch przeszkadzał w tym malowaniu. No, ale skoro Bogusław to robił, to po co miała się gimnastykować?

Nikogo innego nie miała. Oczywiście się do tego nie przyznała, bo to wstyd tak zupełnie samemu iść przez życie. Dzieci z Bogusiem też nie mieli. Najpierw byli zbyt leniwi na to… No, dobrze, ona była zbyt leniwa, nie chciała. A bo to wczasy w Bułgarii były w fajnej cenie, a potem budowali daczę nad jeziorem. I bałaganu nie lubiła. A dzieci zawsze robią bałagan. Krzyczą, wrzeszczą i ruszają nie tylko palcami u stóp, ale też wierzgają nogami i kopią. Potem jednak koleżanki jedna za drugą zachodziły w ciążę i Sabina uległa Bogusiowi. Obiecał jej, że będzie wstawał do dziecka w nocy i że będą karmili butelką. Zresztą wtedy wszyscy karmili butelką i jakoś te dzieci rosły na dobrych ludzi. Koleżanki miały nawet czwórkę dzieci, a oni nikogo. Bogusław do domu przyniósł tylko psa.

– Podobno jak się zaopiekujesz zwierzęciem i poczujesz instynkt macierzyński, to się uda – powiedział cicho.

Sabina spoglądała wtedy na małą włochatą kulkę, zwiniętą w jego ramionach. Podobała się jej ta kulka, ale żeby od razu instynkt macierzyński? Nic nie poczuła. Nic a nic.

Z psem nie była na spacerze ani razu. Boguś chodził z nim na działkę. Wsadzał go w koszyk przytwierdzony do rowerowej kierownicy i ruszali razem w drogę. Rozczulał ją ten widok. I wbrew pozorom kochała tego psa. Karmiła go. Wieczorami siadywali razem w fotelu i czytali książki. Znaczy ona czytała, bo pies spał. Ale nie wywołało to emocji takich, które pomogłyby w zajściu w ciążę. Trochę nawet tego żałowała.

Coraz częściej przychodziły takie dni, gdy zdawała sobie sprawę, że jest sama. Zupełnie sama. I nie ma na całym świecie nikogo, kto by ją kochał. A czy ona kochała kogoś oprócz siebie? Przez całe życie chyba nie.

– Pani Sabinko…

Do pokoju weszła właścicielka Happy Endu, pani Krystyna, kobieta w średnim wieku, o nienagannej prezencji. Zadbana, szczupła i zgrabna. Sabina zawsze myślała, że mogłaby ona być aktorką w amerykańskich filmach i że zdecydowanie się marnuje w tym „hepiendzie”.

– Pani Sabinko, nie wypełniła pani rubryki, kogo powiadomić w razie potrzeby. Kogo tam wpisać? Ma pani rodzinę?

– Rodzinę? – Sabina poczuła na sobie zaciekawiony wzrok swojej współlokatorki. – Oczywiście, że mam! Mam córkę. Udało jej się w życiu. I śliczną wnuczkę. – Uśmiechnęła się, próbując zejść z łóżka. – Teraz nie mogę wstać, bo trochę mnie noga pobolewa. Ma jeszcze prawo, prawda? Za szybko ta rehabilitacja została włączona. Ale jak tylko trochę wydobrzeję, to pokażę pani zdjęcia. – Uśmiechnęła się do łóżkowej sąsiadki. – Wnuczka jest śliczna! Mówię pani. Moja miniaturka! – Spojrzała rozpromienionymi oczami na lekko skrzywioną, pewnie zupełnie przez przypadek i mimochodem, Helenę.

– Cieszę się, że panie już się polubiły. – Krystyna uśmiechnęła się i wyszła z pokoju.

5

Krystyna Sadkowska nigdy nie podejrzewała, że zajmie się sama jakimkolwiek biznesem. A już na pewno nie biznesem, gdzie będzie się musiała kimś opiekować. A na dodatek takim, który powszechnie się kojarzy z nad wyraz smutnym, trudnym i – cóż tu powiedzieć – mało optymistycznym okresem w życiu, jakim jest starość.

Ku jej zaskoczeniu Dom Seniora Happy End był najbardziej optymistyczną instytucją, jaką znała. Praca tam cieszyła ją jak nic do tej pory i powodowała, że czuła się spełniona jak nigdy wcześniej. Pod każdym względem. No, może nie pod każdym. Czasem zdawała sobie sprawę, że przespała macierzyństwo. Przespała tradycje rodzinne i taką zwyczajną codzienną bliskość.

Nigdy nie umiała okazywać uczuć, bardziej wolała działać, niż mówić. Podobnie jej mąż. Jednak po latach dostrzegła, że nie tylko działania są ważne. Ludzi poznaje się nie tylko po ich czynach, ale też po tym, jak się do siebie odnoszą. Wiedziała, że nie była dla swoich dzieci dobrą matką. Może i zadbała o ich wszechstronne wykształcenie, bo długo nie pracowała zawodowo. Jej pracą było wożenie dzieci na zajęcia dodatkowe. To angielski, to niemiecki, to balet, piłka nożna, gimnastyka artystyczna i gitara. Oczywiście zaprocentowało to w przyszłości. I syn, i córka studiowali, Marta była oprócz tego wziętą modelką. A Miś? Miś miał dwie prężnie działające firmy i skupiał się na nich, ale matka wierzyła, że w końcu zdecyduje się ukończyć studia. Znał doskonale angielski i francuski, pod każdym względem był idealny.

„Jeżeli kogoś kochasz, puść go wolno” – przeczytała kiedyś. Ona swoje dzieci puściła wolno dość wcześnie. Przegapiła moment, kiedy mogła spędzać czas razem z nimi. Zamiast dodatkowej rytmiki mogła przecież poskakać z Martą w kałużach. Albo sprawdzić, kto kopnie piłkę dalej, ona czy syn. Teraz było jednak za późno na takie dywagacje. Może będzie jej dane się zrehabilitować, gdy doczeka się wnuków. Tylko czy dzieci wtedy do niej przyjdą, jeżeli teraz widziała je z rzadka?

Nigdy nie przywiązywali uwagi do celebrowania świąt, ale wraz z upływem lat Krystyna zrobiła się nieco bardziej sentymentalna. Nie podejrzewała siebie o to, że będzie się wzruszać, gdy usłyszy świąteczną piosenkę w sklepie albo gdy przez okno w centrum handlowym zobaczy małą dziewczynkę, której oczy błyszczą na widok kolorowej bombki na ogromnej choince. Kiedyś tak cieszyła się Marta, dopóki… w niej tego nie zabiła. Krystyna chciała jak najlepiej. Egipt, Turcja, nawet raz spędzili święta na australijskiej plaży. Feeria doznań, nowych smaków, zapachów. Tylko jakoś zabrakło smaku i zapachu domu.

Teraz w święta dzieciaki lecą na Malediwy. Nawet pytały, czy ona i ojciec nie wybiorą się z nimi, ale Adam chyba nie miał za bardzo ochoty, a ona czuła się wreszcie komuś potrzebna. Swoim pacjentom czy raczej domownikom. Ludziom, którym chciała pomóc, by byli szczęśliwi. Tak po prostu. Teraz nie musiała gonić za niczym. Mogła po prostu przy nich być. Nie robiła tego dla pieniędzy. Miała ich sporo, bo zarobili ich z Adamem wystarczająco dużo, by ustawić życie dzieciakom i sobie. Mogli spędzić starość, leżąc do góry brzuchem, jednak ani ona, ani jej mąż nie umieli żyć bezczynnie.

Adam nie był w zasadzie jej mężem. Gdy dzieciaki były małe, podpisał bardzo niepewny kontrakt. Żeby nie ryzykować utraty całego majątku, rozwiedli się i Adam przepisał wszystko na nią. Na szczęście nie było kłopotów i kontrakt przyniósł znowu ogromne pieniądze, ale nie byli już małżeństwem. Były plany, by ponownie się pobrać, ale nigdy nie było na to czasu. I już chyba nigdy się nie znajdzie. Właściwie tak wyglądało całe ich wspólne życie – niby razem, ale jednak oddzielnie.

Adam był właścicielem największego w mieście centrum handlowego, ona założyła kilka lat temu dom seniora. Widywali się coraz rzadziej. Ona pomieszkiwała w wyremontowanym mieszkanku na strychu, tuż nad pokojem pani Sabiny i Helenki, a Adam coraz częściej przebywał w swoim gabinecie na ostatnim piętrze galerii handlowej w samym centrum miasta. Dom na przedmieściach właściwie stał pusty. Najwięcej czasu spędzała tam młoda kobieta, która regularnie przychodziła sprzątać.

Czasem ta dziewczyna nie miała co zrobić z córką i zabierała ją ze sobą. Sadzała ją wtedy przed wielkim telewizorem, włączała bajki na Netfliksie, a sama wykonywała swoją pracę. Gdy kończyła, siadywała obok małej i wyobrażała sobie, że to jest właśnie jej życie. Marzyła o świecie, który był dla niej nieosiągalny.

6

Anna Zielonka pchała przed sobą wózek, wypakowany po brzegi zabawkami. Na wierzchu leżało kilka kolorowych bombek, zapachowe świąteczne świeczki i olbrzymia gwiazda do przyczepienia na szczycie choinki.

– Mamuś, a coś dla ciebie? – Obok wózka podskakiwała mała dziewczynka. Na końcach mysich warkoczyków miała zawiązane barwne wstążeczki.

– Ale ja wszystko mam. Naprawdę nic nie potrzebuję.

– Ale prezenty nie są od potrzebowania! Prezenty składają się z marzeń! O czym marzysz, mamuś? – pytała, skacząc wokół matki.

Anna pokiwała głową i uśmiechnęła się do córki. Kochała ją najmocniej na świecie i tak bardzo chciała, by chociaż jedno marzenie tej małej istotki się spełniło. Bo Anna chyba już nie miała marzeń. A przynajmniej nie takich, które mogłyby się znaleźć w koszyku wypełnionym po brzegi kolorami świąt Bożego Narodzenia.

Przychodziły tam już od kilku dni. Za każdym razem wiozła przez sklep wózek wypełniony marzeniami córki. Tak bardzo żałowała, że niestety nie będzie mogła żadnego z tych marzeń spełnić. Może kiedyś? Może kiedyś, gdy zamknie oczy i je otworzy, znajdzie się nagle w takiej sytuacji życiowej, gdy w święta ludzie uśmiechają się do siebie, gdy wiesza się kolorowe bombki na choince, a pięknie zapakowane prezenty wysypują się spod ustrojonego drzewka na sam środek pokoju. Tak jak w tamtym wielkim domu, który sprzątała raz w tygodniu. A w zasadzie usuwała niewidzialne pyłki, bo nawet nie miał kto tam nabrudzić.

Anna naprawdę wierzyła, że marzenia się spełniają. Tylko kiedy? Czy wtedy, gdy Zosia będzie zbyt duża, by się cieszyć z misiów, lalek czy kolorowej ciastoliny? I co wtedy włoży do koszyka swoich marzeń? Czy w ogóle będzie jeszcze miała jakieś marzenia?

– Chodź, Zosiu, idziemy do domu. – Czule pogładziła małą po policzku.

– Dobrze, mamuś. Przyjdziemy tu jutro znowu?