Opis

Marek po udanym debiucie literackim cierpi na twórczą niemoc, tymczasem nieubłaganie zbliża się termin oddania kolejnej książki. Wszystko ulega zmianie, kiedy na jego drodze staje przypadkowo poznana kobieta. Jedno niespodziewane spotkanie sprawia, że życie bohatera znowu nabiera sensu. I kiedy wydaje się, że już nic nie może zburzyć trwającej sielanki, następuje nieoczekiwany zwrot wydarzeń. Konsekwencje błędnych decyzji są tragiczne, a jednak to, co wydawało się końcem wszystkiego, okazuje się dopiero początkiem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 189

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

I

Otworzenie oczu i przekonanie się, że wciąż żyję, nie było najprzyjemniejszym z doznań, jakie pamiętałem, ale musiałem szczerze przyznać przed samym sobą: zasłużyłem sobie na każdą sekundę bólu głowy, suchości w ustach i skrętów żołądka, które rzucały na ten poranek swoje mroczne cienie. Świadomość tego nie ułatwiała jednak przezwyciężenia ogarniającej wszystkie członki słabości, przeciwnie, kazała mi pozostać w pozycji leżącej i spróbować lepiej zrozumieć swoją sytuację.

Tak to już jest po ostrej popijawie. Budzisz się i patrzysz w sufit, zastanawiając się, do kogo należy. Później następuje etap podnoszenia głowy, podczas którego dowiadujesz się, że leżysz na kanapie w salonie najlepszego przyjaciela. Ogarnia cię poczucie ulgi i bezpieczeństwa, rozpoznajesz meble, tandetne obrazki na ścianach, a nawet telewizor, który przez większą część nocy był zmuszony do oglądania dwóch facetów mieszających ze sobą wszystkie alkohole, które tylko zdołali kupić poprzedniego dnia. Razem z mglistą otoczką docierają do ciebie pierwsze wspomnienia wydarzeń sprzed kilku godzin. Jeśli masz szczęście.

Tym razem je miałem. Naprawdę znałem ten sufit, ściany, reprodukcje Michała Anioła i telewizor, który serwował moim oczom i uszom bardzo brutalny przekaz w postaci bajki o dwóch myszach laboratoryjnych, chcących przejąć władzę nad światem. Cudnie. Brakowało tylko kilku litrów wody i paru godzin, aby trwająca od wczoraj faza zupełnie minęła. Wodę znalazłem w kuchni, ze spokojem umysłu było gorzej. Powróciłem zatem do bajki o myszach.

Minęło kilka minut, myszy w spektakularny sposób doprowadziły do zniszczenia Ziemi, niemal się uśmiechnąłem. Do skocznej melodyjki towarzyszącej napisom końcowym dołączył agresywny dźwięk dzwonka. Uspokoiłem skołatane nerwy i przywołałem regenerującą się w trybie przyspieszonym trzeźwą świadomość. Dzwonek zadzwonił po raz drugi.

Krokiem uczącego się na nowo chodzić człowieka dotarłem do drzwi i przez maleńki wizjer zerknąłem, co za zbłąkana dusza zamierzała wkroczyć do tego pomieszczenia, przedstawiającego sobą obraz nędzy i rozpaczy. Spodziewałem się, że zobaczę włóczącego się po blokach handlarza garnków albo uduchowionego pielgrzyma namawiającego do wielbienia talerza spaghetti, ale zamiast tego ujrzałem całkiem ładną dziewczynę o kasztanowatych włosach opadających wzdłuż łagodnie zarysowanej twarzy, z której zdecydowanie wyróżniały się wielkie czarne oczy i ściśnięte w linię mocno uszminkowane usta.

Zanim mój mózg przetworzył te informacje i kazał dłoni przekręcić klucz w zamku, przypomniałem sobie mglisty fragment wczorajszej rozmowy z moim przyjacielem Ignacym, malarzem. Następnego ranka, czyli dzisiaj, miał umówione spotkanie z modelką, którą zatrudnił do pozowania do następnego obrazu. Dalszy ciąg tej historii kończył się w ciemności, nie miałem zatem pojęcia, czy Ignacy wciąż żyje, a tym bardziej, czy będzie w stanie cokolwiek namalować, ale przecież nie wypadało kazać kobiecie czekać.

Gdy zobaczyła, kto otworzył jej drzwi, nieco zbladła, ale udało jej się wyjąkać, że przyszła do „pana Koruwińskiego”, czym zaskarbiła sobie moje współczucie, ponieważ nikt, kto znał Ignacego, nie odważyłby się nazwać go „panem”.

– Czy pan Koruwiński jest w domu? – dopytywała się, widząc, że nie do końca pogodziłem się z nadejściem tego dnia.

– Gdzieś pewnie leży – odparłem, mając jak najlepsze intencje, ale wraz z wypowiedzianymi słowami wydobyła się z moich ust zapachowa historia wczorajszej nocy wymieszana z dzisiejszym kacem, przez co dziewczyna znowu zbladła. – Proszę – dodałem prędko i wpuściłem ją do środka, zanim zdecydowałaby się uciec.

Jej gładkie czoło przecięła zmarszczka, wyrażająca obrzydzenie na widok tego, w jakim stanie znajdował się salon mojego przyjaciela, ale nie odezwała się ani słowem, przysiadła tylko na jednym z paskudnie czerwonych foteli, założyła nogę na nogę, położyła sporą torbę na kolanach i czekała. Tylko na co? Na pewno nie na to, co nastąpiło. Zza pobliskiej ściany rozległ się bowiem krzyk pełen dziwacznie brzmiących wyrazów, których nie da się przytoczyć w żadnym ze znanych mi języków, a chwilę później z hukiem, który sprawił, że zadzwoniło mi w uszach, otworzyły się drzwi prowadzące do sypialni Ignacego.

Pierwsza ukazała się nieproporcjonalna głowa w białej szlafmycy, obdarzona bujnym zarostem, będąca kwintesencją zmęczenia i niechęci do życia. W ślad za nią wytoczyła się z pokoju reszta ciała Ignacego owinięta w czarny, gdzieniegdzie poplamiony szlafrok.

– Pan Koruwiński? – odezwało się dziewczę z nutką rozczarowania w głosie.

– Taaa – ziewnął Ignacy i podrapał się po nosie. Rzucił mi pytające spojrzenie, ale zanim zdołałem coś z siebie wykrztusić, dziewczyna odezwała się ponownie.

– Monika Iszka – przedstawiła się. Mój przyjaciel wciąż jednak nie miał pojęcia, o co chodzi.

– Pani jest modelką – wyjaśniłem, wykorzystując chwilę milczenia. – Zamówiłeś na dzisiaj modelkę do pracy nad obrazem, pamiętasz?

Po twarzy Ignacego widać było, że jego mózg intensywnie pracuje, próbując zrozumieć sens tej krótkiej wypowiedzi, na szczęście ze skutkiem pozytywnym. Ignacy odzyskał postawę godną malarza, zmierzył dziewczynę wzrokiem, po czym odezwał się swoim zwyczajowym tonem.

– Pracownia jest na końcu korytarza. – Wskazał właściwe drzwi. – Proszę się przygotować, za chwilę do pani przyjdę.

Monika odetchnęła z ulgą i nie zwlekając, udała się do pokoju nazywanego dumnie pracownią. Malarz opadł na opuszczony przez nią fotel, westchnął ciężko i popatrzył na mnie jednym ze swoich charakterystycznych spojrzeń, mówiących: „Co się tu wczoraj działo, do cholery?”.

– Wygląda na to, że poszło wszystko – odpowiedziałem, licząc leżące pod stołem butelki.

– Jakby nam kiedykolwiek coś zostało – mruknął i rozejrzał się po pokoju. – Od kiedy to krzesło stoi w szafie?

– Od wczoraj, konkretnie odkąd je tam wstawiłeś, twierdząc, że uzupełnia kompozycję z porozrzucanych ubrań.

– Nie pierdol… Pamiętałbym coś takiego.

– Jesteś pewien?

Zanim Ignacy odwołał się do swoich dziurawych jeszcze bardziej niż moje wspomnień, z pracowni wyszła Monika odziana w biały szlafrok, który najwyraźniej skrywała w torbie, i zapytała, za którymi drzwiami mieści się łazienka.

– Drugie po lewej – rzucił w jej stronę malarz, a potem zwrócił się znów do mnie. – Nie ma szans, żebym cokolwiek dzisiaj namalował. Żadnych.

– Mówisz to przynajmniej trzy razy dziennie – odparłem zgodnie z prawdą. – A wczoraj w nocy darłeś się przez godzinę, że potrzebujesz tylko modelki, żeby zacząć pracę. Przyszła, więc do roboty!

– Jesteś dzisiaj kurewsko nieprzyjazny – burknął malarz. – A nawet…

Niestety, nie dowiedziałem się, jaki jeszcze byłem tego poranka. Twarz Ignacego wykrzywił dobrze znany mi grymas. Mój przyjaciel zerwał się z fotela i rzucił biegiem do łazienki. Do tej samej, w której wciąż siedziała Monika. Następne zdarzenia były już łatwe do przewidzenia. Najpierw usłyszałem głośny plusk, świadczący o tym, że coś z dużą siłą wylało się na płytki, a potem kobiecy krzyk…

*

– Dlaczego wszystkie twoje historie kręcą się wokół nadużywania alkoholu i skacowanych poranków? – spytała siedząca obok mnie drobna blondynka o niebieskawych oczach.

– Bo po tym pierwszym zazwyczaj następuje to drugie – odparłem, siląc się na uśmiech, ale tym razem nie pomogło.

Dziewczyna dopiła drinka, spojrzała na mnie krzywo i skierowała się w stronę wyjścia z baru. Kiedy odeszła, zerknąłem na zegarek i wzruszyłem ramionami. Noc była jeszcze młoda.

II

Był 3 września, godzina dziesiąta dwadzieścia trzy, a sekundy zdawały się upływać kilkaset razy wolniej niż normalnie. Wiedziałem o tym tylko dlatego, że od dwudziestu trzech minut zerkałem na ekran zegarka stojącego na biurku pani Sandry, która dźwięcznym, doniosłym głosem tłumaczyła mi, jak niezwykle ważne dla mojego wydawcy i dla mojej przyszłości jest zakończenie następnej książki w wyznaczonym terminie. Współczułem jej. A raczej współczułbym, gdyby wyglądała inaczej, ale pani Sandra jak zawsze zdawała się być businesswoman, która stawiając kolejne kroki na ścieżce kariery, jest zdolna do wszystkiego. W dodatku wyglądała jak postać żywcem wycięta z pierwszego lepszego pornosa. Albo to, albo zobaczyłem zbyt wiele zawartości dzisiejszego Internetu.

Przedstawienie zaczynało się na czerwonych, ostro zakończonych szpilkach, które mogłyby mi przebić gardło, dalej były cudowne nogi, których zwieńczenie zasłaniała skąpa, czarna spódniczka. Na deser biała, niby formalna koszula, taktycznie niezapięta na ostatnie guziki, co pozwalało bardzo dokładnie podziwiać ściśnięty czarnym staniczkiem biust. A na zakończenie krótko ścięte blond włosy i mocno uszminkowane usta o barwie odpowiadającej oprawkom okularów. Niestety, nie miałem biletu wstępu za kulisy, mogłem jedynie przysłuchiwać się i zerkać tęsknie to na zegarek, to na usiłujące wyrwać się spod koszuli cycki.

– Czy pan mnie w ogóle słucha? – spytała z wyrzutem pani Sandra, a ja uświadomiłem sobie, że dość długą chwilę obserwowałem jej atuty, zamiast udawać, że jestem cholernie zainteresowany jej wykładem.

– Mniej więcej – odpowiedziałem niechętnie, przenosząc wzrok wyżej. – Chcecie, żebym robił za murzyna i dokończył książkę w ciągu czterech miesięcy albo stracę umowę, czy tak?

Pani Sandra westchnęła ciężko. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ma do czynienia z beznadziejnym przypadkiem, ale wiedziała również, podobnie jak ja, że jeszcze przez jakiś czas musi się ze mną męczyć. Moja poprzednia powieść Życie dekadenta okazała się bowiem niespodziewanym hitem. Wydawcy zależało zatem na kontynuowaniu współpracy (mimo że mój sukces wydawał się trudnym do wytłumaczenia zjawiskiem) i wypromowaniu następnej książki, co miało przynieść jeszcze większe zyski. Problem stanowiło jedynie to, że zatrzymałem się gdzieś w połowie pracy, a wątek, który zacząłem przed kilkoma tygodniami, wydawał mi się dziś kompletnie pozbawiony sensu.

Od tamtej pory pani Sandra i ja widywaliśmy się regularnie raz na dwa tygodnie, a nawet częściej. Ona przypominała mi o moich zobowiązaniach i próbowała popchnąć mnie do dalszej pracy, a ja miałem to w głębokim poważaniu, co zresztą od razu jej oświadczyłem. Niestety, koszmar trwał dalej dla nas obojga.

Wróciłem do mieszkania ze szczerym zamiarem napisania choćby kilku akapitów, ale nieustannie wiercący w ścianie sąsiad z góry skutecznie udaremnił wszelkie podjęte próby. Przynajmniej tak tłumaczyłem się przed samym sobą, muszę przyznać, że całkiem skutecznie.

*

Wieczorem zrobiłem to, co zwykle − poszedłem do baru. Już przy wejściu ogarnął mnie dobrze znany mrok, a uszy wychwyciły dźwięki starych płyt Queen. W nieco lepszym nastroju usiadłem przy kontuarze i przywitałem się z barmanem. Nie musiałem nic mówić, sam podał mi szklankę dobrej whisky bez lodu i życzył dobrego wieczoru. Był początek miesiąca, mogłem pozwolić sobie na nieco droższe przyzwyczajenia. Piłem powoli, rozglądając się po knajpie i obserwując ludzi, tak jak to robiłem niemal co dzień.

Z jednej strony nienawidziłem tego, z drugiej zajęcie to dostarczało mi czegoś na kształt chorej przyjemności. Patrzyłem na nich wszystkich, młodych jak ja, siedzących w grupach, na pozór szczęśliwych, żyjących w sposób, którego ja nie potrafiłem pojąć. Przyglądałem się im dręczony obsesyjnymi pytaniami: W jaki sposób oni to robią? Skąd czerpią wiedzę, której ja nie umiem w żaden sposób zdobyć?

Nigdy nie zdołałem nikomu w pełni wyjaśnić, jaki mam problem z ludźmi, bo i nikt nie próbował specjalnie tego zrozumieć. Jednemu Ignacemu udało się to pojąć w stopniu chyba najbliższym mojemu rozumieniu, ale okazało się, że on również nie zna odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Najprościej rzecz ujmując – nienawidziłem ludzi, a jednocześnie byłem od nich uzależniony. Pisząc, uciekałem od nich, od ich świata, od zapierdalającego do przodu czasu i innych tak ważnych dla nich drobnostek, ale chcąc nadal tworzyć, musiałem dołączyć do tego bezsensownego wyścigu po nic. Do teatrzyku cieni, wiszącego na sznurkach głupoty i nieświadomości.

Obserwowałem ich dalej, opróżniając drugą szklankę. Czterech krótko ściętych gości grających w bilard, kilka dziewczyn świętujących czyjeś urodziny i pijących drinki z parasolkami, ale także dwóch starszych ode mnie facetów siedzących przy barze i ostro chlejących wódę, trzech wyraźnie zjaranych szczeniaków i najbrzydszą kelnerkę, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie miałem pojęcia, do czego oni wszyscy są mi potrzebni, no, może poza kelnerką, dzięki niej wiedziałem, kiedy skończyć pić i wrócić do siebie. Patrząc na nią, wciąż jednak czułem niechęć, co oznaczało, że mogę zamówić następną szklaneczkę.

Wraz z końcem piątego drinka, nieco niższego już gatunku, wyciągnąłem z wewnętrznej kieszeni kurtki notatnik, zgodnie z tradycją skradziony, i jeden z ulubionych ołówków. Nabazgroliłem na szybko wiersz o smutnym świecie i symbolice pustego szkła, licząc, że to pocieszy nieco moje sumienie, domagające się pracy twórczej. Nie zadziałało.

W okolicach szklanki numer siedem, kiedy to świat zaczynał wirować, a upojony nieco umysł domagał się powrotu do łóżka, przysiadła się do mnie jedna ze świętujących dziewczyn. Brunetka w bluzce z apetycznym dekoltem i w obcisłych dżinsach. Niezła. Zamówiła kolejnego drinka, pokazując przy tym, że mocno już stępiła aparat mowy, i wypiła go jednym haustem. Rozejrzała się dookoła, czy któraś z koleżanek na nią nie patrzy, a potem zerknęła na mnie.

Gdy piętnaście minut później w zrujnowanym barowym kiblu klęczała przede mną, demonstrując sprawność swojego języka, myślałem o tym, że zbyt wiele rzeczy ludziom się pomieszało. Miała na oko dziewiętnaście lat, była naprawdę ładna, a z nieskładnej rozmowy mogłem wywnioskować, że w jej głowie znajduje się coś więcej niż alkohol. Uważałem, że kobiety powinno się adorować, wręcz czcić, teraz jednak, czując jej usta na swoim fiucie, nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że kult kobiety został obalony już dawno temu. Chwilę później już nie myślałem, a ona oparła się o ruszający się klozet, wyraźnie dając do zrozumienia, na co czeka. Nie zwlekałem z tym długo.

Pożegnaliśmy się krótkim uśmiechem, nie pytając o nic, bo i po co? Ona wróciła do przyjaciółek, ja zapłaciłem i ruszyłem w drogę powrotną.

*

W nocnej wędrówce pustymi ulicami zawsze jest coś szczególnego, zwłaszcza po pijaku. Idziesz, starając się trzymać pion, i wpatrujesz się w rzucane na chodnik cienie. Jedne fascynują, inne przerażają, ale w tym stanie nie robi to żadnej różnicy. Wystarczy iść równym tempem i wciąż do przodu. Co jakiś czas trzeba również podjąć właściwą decyzję odnośnie drogi, którą należy podążyć, ale wyglądało na to, że tej nocy szczęście mi sprzyja.

Przed oczyma mignęło mi wspomnienie zabawy w szalecie. Twarz dziewczyny, nasz wspólny upadek. Poczułem się strasznie przygnębiony, sięgnąłem do kieszeni z notatnikiem, przysiadłem na ławce i opisałem dzisiejszy wieczór w jedyny sposób, w jaki umiałem. Mimo szczerych chęci znów nie byłem w stanie sobie pomóc. Schowałem notatnik i wyciągnąłem paczkę fajek.

Wetknąłem jedną do ust i w wielkim skupieniu spróbowałem ją zapalić. Kilka prób i przekleństw, ale w końcu mogłem zaciągnąć się dymem. Czułem, jak schodzi w głąb mojego gardła, aż do płuc, które tak niszczycielsko traktował. Czułem też, jak rozchodzi się po mnie całym, wnika wszędzie tam, gdzie istniałem. Do umysłu pełnego nieposkładanych myśli, do serca niepotrafiącego czuć nic poza nieustannym smutkiem, krążył z moją krwią, tak jak wypity wcześniej alkohol.

Wypełniał mnie całego, a gdy go wypuściłem i wspomniałem dziewczynę jeszcze raz… Byłem zupełnie pusty.

III

Poranek zajrzał w moje strony gdzieś koło południa razem ze strasznym bólem głowy i innymi doskonale znanymi mi objawami. Dobrze wiedziałem, dlaczego jest ze mną aż tak źle. Standardowo po powrocie z baru uznałem, że to za wcześnie na sen, i sięgnąłem do prywatnych zapasów. Na szafce nocnej leżał dowód mojej winy − pusta flaszka po taniej marketowej whisky. Zazwyczaj będąc w takim stanie leżałem i doceniałem swoją pijaną inteligencję, która kazała mi przywlec się do łóżka, zamiast legnąć jak trup gdzieś na podłodze. Tym razem musiałem jednak wybiec ze swojej przyjemnie urządzonej sypialni, dać trzy susy przez salon i wpaść z hukiem do łazienki, by wyspowiadać się przed porcelanowym bożkiem.

Natychmiastowa ulga znacznie ułatwiła podniesienie się z kolan, ale stanie o własnych siłach wciąż było dla mnie zbyt trudne. Oparłem się ciężko o umywalkę i zamglonym wzrokiem spojrzałem w zawieszone nad nią lustro. Widok był jak zwykle mało pokrzepiający.

Nieregularnie ukształtowaną twarz otaczała grzywa gęstych, ciemnych i niezbyt świeżo wyglądających włosów, które sięgały już niemal ramion, dla mnie jednak wciąż były za krótkie. Spomiędzy tej zasłony wyglądały zmęczone krótkim, lecz intensywnym życiem oczy, a ich nieokreślona barwa, wiecznie oscylująca między szarym, niebieskim a zielonym kolorem, była dziś zielonkawa z solidną zaprawą z niewyspania. Pomiędzy oczami królował mocno zgarbiony nos, a pod nim pojawiały się usta, otoczone śladami zarostu, które w porównaniu do reszty tego obrazka wyglądały dość normalnie.

Ta dziwacznie skonstruowana głowa osadzona była na wiecznie pochylonej szyi, łączącej ją z dość chuderlawym ciałem okrytym zwyczajowym ubraniem − czarną koszulą i dżinsami, którym nie można by nic zarzucić, gdyby nie fakt, że mocno ucierpiały podczas mojej spowiedzi.

– Kurwa – warknąłem do własnego odbicia. – Musiałeś, ale to kurwa musiałeś obrzygać swoją ulubioną koszulę?

Wzorem odbicia westchnąłem ciężko, zrzuciłem z siebie zapaskudzone ciuchy i rozpocząłem rytuał otrzeźwiający, czyli długi prysznic.

*

Było koło piętnastej, gdy z regenerującej siły drzemki wyrwał mnie telefon. Dzwonił Papug.

– Siema, stary, nie przeszkadzam? – usłyszałem radosny głos.

– Powiedzmy – odpowiedziałem na wpół przytomny.

– No spoko. To co myślisz o tym, żebyśmy się dzisiaj spotkali? – zaproponował jeszcze weselej.

– W sumie to miałem pracować… – zacząłem, ale bez trudu przyszło mi zrezygnować ze swojego planu. – Hm, dobra. O której?

– Tak po siedemnastej?

– OK – powiedziałem do telefonu i opadłem z powrotem na łóżko.

*

Punkt siedemnasta znajdowałem się pod domkiem Papuga, na obrzeżach naszego cudnego miasteczka. Była to konstrukcja z pięterkiem, pomalowana brunatnozieloną farbą, co nadawało jej pewnej dozy oryginalności, gdy spojrzało się na otaczające ją białe lub niebieskie domy. Ale nie dziwiło to nikogo, kto wiedział, że to domostwo Papuga. Zapukałem do drzwi.

W środku rozpętała się prawdziwa burza skrzeków i pisków, do których dołączył nieludzko brzmiący krzyk. Zaniepokojony, nacisnąłem na klamkę i uchyliłem drzwi, które okazały się otwarte. Wchodząc, spodziewałem się wszystkiego prócz widoku Papuga, trzymającego się za mocno krwawiący kciuk prawej ręki, drącego się na latającą wokół jego głowy maleńką szarą papużkę, która poczuła smak wolności i nie zamierzała dać się zamknąć z powrotem w klatce.

– Zamknij te jebane drzwi, bo mi spierdoli! – jęknął Papug, gdy tylko zobaczył mój wyraz twarzy, na której przerażenie mieszało się z chęcią roześmiania się głośniej niż skrzeczała papuga.

Szybko zatrzasnąłem drzwi, a Papug jakimś cudem zdołał chwycić ptaka niezranioną jeszcze dłonią i wykorzystując chwilową dezorientację zwierzęcia, wepchnął je do stojącej na szafce na buty klatki. Szare ptaszysko machnęło skrzydłami jeszcze kilka razy, ale widząc nasze twarze zza krat, ostatecznie zaakceptowało swój los i osiadło na jednej z drewnianych żerdzi.

– Ta mała sprawia, że mam ochotę zmienić zainteresowania – mruknął cicho Papug, ssąc krwawiący kciuk.

Roześmiałem się, wiedząc, że Papug, a dla większości świata Jan Bakus, prędzej zjadłby swoją bogatą kolekcję dilerek, niż porzucił hodowanie ptaków. Był jednym z nielicznych znanych mi ludzi, którzy spotkali swoje powołanie na rogu ulicy, zaprosili je na randkę i w bardzo szybkim tempie wzięli z nim ślub, by zamieszkać razem w brunatnozielonym domku na przedmieściach. Niemal jak we współczesnej komedii romantycznej.

Janek nigdy jednak nie dążył do wizerunku godnego kinowego amanta. Był po prostu Papugiem w najlepszym tego słowa znaczeniu i to nie tylko z powodu niezwykłego zamiłowania do tychże ptaków. Zawsze miał na sobie jedną z nieśmiertelnych bluz z kapturem, które pamiętały wszystkie ulice naszego miasta, jak również i te poza nim. Na ramiona opadała mu dżungla dredów, będących jedną z niedawnych inwestycji, ale wydaje się, że to, co tak naprawdę czyniło z niego Papuga w papuziej rzeczywistości, to fakt, że niemal non stop był na bani.

Marihuana zawitała do jego życia za czasów liceum i pozostała z nim już na dobre, jako wierna towarzyszka zabaw, których z jego pomyślunkiem zawsze było wiele. Oczywiście społeczeństwo ma swoją nazwę dla takich postaci, ale dla mnie Janek zawsze był bardzo pozytywną osobą, starającą się przeżyć życie na własnych zasadach. Skłamałbym, mówiąc, że nie szukałem dla siebie czegoś podobnego.

Tego popołudnia mieliśmy jednak wziąć sobie wolne.

*

Ulubiony pokój Papuga znajdował się na piętrze, gdzie w rytmie hiphopowej muzyki Janek przygotowywał się do swojego rytuału. Nie pamiętam już, ile razy widziałem, jak to robi, on sam miał zapewne podobne odczucia. Zawsze mogliśmy spytać siedzącą nieopodal w klatce kilkuletnią nimfę, będącą najstarszą podopieczną Papuga, ale tym razem nie okazywała typowej dla siebie ciekawości.

– Zobacz, jak pachnie – powiedział Janek, podając mi wyjątkowo obficie wypełnioną paczkę.

– Całkiem przyjemnie. – Zapach był zdecydowanie ciekawszy od tego, co zwykle pojawiało się na rynku. – Od kogo wziąłeś?

– Moje! – uśmiechnął się. – Trzeba było się nakombinować, ale jak już wyrosło… Wprawdzie nie jest jeszcze jakoś specjalnie mocne, ale przynajmniej wiem, co to jest.

– To zawsze jakiś plus – przyznałem, po czym złapałem się za głowę. – A ja miałem dzisiaj pisać, kończy mi się czas…

– No to chyba nie popiszesz – zaśmiał się Papug i zaczął nabijać lufę. – Na pewno nie po tym.

Minutę później siedzieliśmy na kanapie i przekazywaliśmy sobie zapalniczkę. Znajomy smak dymu wędrował do płuc i z wolna sprawiał, że świat tracił ostrość, a zbliżający się termin oddania książki przestał mnie interesować.

– Faktycznie, niezbyt mocne – rzuciłem zmiękczonym głosem.

Papug tylko skinął głową i uśmiechnął się jak zwykle. W następnej sekundzie obu nas dopadł wybuch głośnego, nieprzerwanego śmiechu.

*

Zanim wyszedłem od Janka, dopaliliśmy się jeszcze dwa razy i spędziliśmy kilka godzin, grając na konsoli czy zaśmiewając się do łez podczas obserwowania latającej po pokoju papugi, która zgodnie z główną misją gatunku, szukała kolejnych celów dla swojego dzioba. W końcu przysiadła na dłoni Janka, domagając się porcji pieszczot i gwizdów. Kiedy przypadkiem przysiadła na mnie, spróbowałem ją pogłaskać, ale mimo tak długiej znajomości wciąż nie była do mnie przekonana.

– Ona musi mieć niezłą fazę – powiedział nagle Janek.

– Biorąc pod uwagę, że powietrze w tym pokoju niemal codziennie jest zielone, to chyba nic dziwnego – odpowiedziałem. – Swoją drogą, czy ona przypadkiem nie żre konopi?

– Tak, ale w nasionach nic nie ma – przypomniał mi Papug. – No i z jej fazą wcale nie chodzi o palenie. Zobacz, jaka ona jest mała, musi zrobić pięć, sześć kroków, żeby przejść mi z jednej strony pleców na drugą. Ciekawe, czy myśli, że jestem gigantem?

– Raczej bardzo dużą i bardzo brzydką papugą – zaśmiałem się – Ale kto wie, co ona myśli? Może więcej niż my…

Zaczęło robić się późno, a ja naprawdę chciałem tego wieczoru popracować. Przynajmniej taką miałem nadzieję, gdy koło dwudziestej drugiej żegnałem się z Papugiem, obiecując, że wkrótce wpadnę znowu.

Nie do końca jasno działający mózg nie poprowadził mnie jednak do domu, a ja byłem zbyt skupiony na mijającej właśnie fazie, aby zauważyć, że idę ścieżką prowadzącą wprost do baru. Gdybym wtedy wiedział to, co teraz, prawdopodobnie poważnie zastanowiłbym się nad naciśnięciem klamki i wejściem do środka. Może nawet wróciłbym do domu i położył się spać albo wydusił z siebie stronę czy dwie?

Dla całego świata miała to być kolejna wrześniowa noc, jeszcze ciepła i przyjemna, ale zdecydowanie różniąca się od letniej beztroski. Dla mnie był to moment, który niczym głupawy turysta spowodował swoim krzykiem lawinę wypadków w górach mojego życia. Powtórzę, gdybym wówczas wiedział, co mnie czeka przy barze i poza nim, gdybym choć przeczuwał, jakie słowa przyjdzie mi usłyszeć, jakie gesty zobaczyć i w czyje oczy spojrzeć…

Prawdopodobnie i tak przekroczyłbym ten próg, jak zrobiłem to wtedy, i pozwolił ponieść się lawinie prosto w dół, by jak najprędzej roztrzaskała mnie o skały leżące na dnie tej bezkresnej przepaści. A może szczęśliwie wpadłbym do wody i dostał od losu szansę wypłynięcia na powierzchnię? Nie. Przy upadku z takiej wysokości nie miałoby to żadnego znaczenia. Nie tej nocy, kiedy to spotkałem Ją po raz pierwszy.

IV