Utracony Świat - Ben H. Winters - ebook
Opis

Utracony Świat to trzeci tom trylogii kryminalnej Ostatni policjant Bena H. Wintersa. Apokaliptyczny obraz świata tydzień przed spodziewaną zagładą przyprawia o dreszcze i sprawia wrażenie bardzo realistycznej wizji. Zagrożenie nieuniknioną katastrofą poprzez zderzenie  Ziemi z asteroidą wyzwala w społeczności pokłady egoizmu, agresji i psychozy.  Na szczęście na straży sprawiedliwości i bezpieczeństwa znowu staje Henry Palace wraz z towarzyszem — momentami irytującym, lecz zaradnym Cortezem.

Tym razem policjant wyrusza w drogę ku odnalezieniu swojej zaginionej siostry. Dręczony wyrzutami sumienia, z powodu  zniknięcia Nico, postanawia naprawić błędy swojej przeszłości. Droga nie będzie jednak należeć do łatwych. Na głównych bohaterów czeka wiele niebezpieczeństw, głód, pragnienie, choroby i ludzie gotowi posunąć się do wszystkiego, oby tylko zdobyć leki i butelkę wody. Czy śledztwo zakończy się powodzeniem? Czy kompani wyprawy po raz kolejny poradzą sobie w siódmym kręgu piekła?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Utracony Świat

Ben H. Winters

Tłumaczenie: Robert J. Szmidt

Original title: World of Trouble. The Last Policeman Book III

Copyright © 2014 by Ben H. Winters All rights reserved.

First published in English by Quirk Books, Philadelphia, Pennsylvania. This Book was negotiated through Livia Stoia, Livia Stoia Agency. © Copyright for the Polish translation by Robert J. Szmidt, 2019

© Copyright for this edition by Wydawnictwo RM, 2019 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected] www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Urszula GardnerKorekta: Bożena SękProjekt okładki: Mariusz BanachowiczEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

ISBN 978-83-7773-970-9 ISBN 978-83-8151-047-9 (ePub) ISBN 978-83-8151-048-6 (mobi)

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

SPIS TREŚCI

Duch Ameryki

Człowiek z Niebieskiego Miasta

Joy

Wstawaj i bierz się do roboty

Izyda

Plan B

Epilog

Dla Diany …Będę cię kochać, Póki koła nie odpadną,

And I won’t let go and I can’t let go I won’t let go and I can’t let go I won’t let go and I can’t let go no more

Bob Dylan, Solid Rock

Środa, 22 sierpnia

Rektascensja 18 26 55,9 Deklinacja -70 52 35 Elongacja 112,7

– Przy­sze­dłeś w spra­wie pyłu? Po­wiedz, pro­szę, że przy­sze­dłeś, by coś z nim zro­bić.

Mil­czę. Nie wiem, jak za­re­ago­wać.

Głos dziew­czy­ny jest gar­dło­wy, sła­by. Z na­dzie­ją, ale i z odro­bi­ną sza­leń­stwa spo­glą­da na mnie znad ma­ski za­kry­wa­ją­cej nos i usta, a ja ster­czę na pro­gu jak ten ko­łek. Jest ślicz­ną blon­dyn­ką, wło­sy ma za­cze­sa­ne do tyłu, więc do­brze wi­dzę jej twarz, brud­ną jak u wszyst­kich, spa­ni­ko­wa­ną jak u każ­de­go z nas. Do­strze­gam jed­nak w jej wzro­ku coś jesz­cze, coś nie­zdro­we­go, bio­che­micz­ne­go.

– Wejdź – pro­po­nu­je zza ma­ski an­ty­aler­gicz­nej. – Śmia­ło. Wejdź. Nie wpusz­czaj­my wię­cej pyłu.

Gdy prze­kra­czam próg, ona szyb­kim kop­nię­ciem za­trzas­kuje drzwi, po czym ob­ra­ca się po­spiesz­nie, by nie stra­cić mnie na mo­ment z oczu. Ma na so­bie żół­tą su­kien­kę, wy­blak­łą i po­strzę­pio­ną. Wy­glą­da na za­gło­dzo­ną, cera na twa­rzy jest zie­mi­sta, bar­dzo bla­da. Nosi nie tyl­ko ma­skę an­ty­aler­gicz­ną, ale i gu­mo­we rę­ka­wicz­ki. Poza tym jest uzbro­jo­na po zęby: trzy­ma w dło­niach dwa pi­sto­le­ty ma­szy­no­we, trze­ci, zwy­kły, we­tknę­ła za cho­le­wę wy­so­kie­go buta. Wi­dzę też przy pa­sie skó­rza­ną po­chwę kry­ją­cą wiel­ki my­śliw­ski nóż. A tak­że gra­nat, acz­kol­wiek trud­no po­wie­dzieć, czy to nie jest atra­pa.

– Wi­dzia­łeś, ile tu pyłu? – pyta, omia­ta­jąc lu­fa­mi kąty prze­stron­ne­go po­miesz­cze­nia. – Ro­zu­miesz już, że mamy cho­ler­nie wiel­ki pro­blem?

Do­strze­gam dro­bin­ki ku­rzu uno­szą­ce się w na­sło­necz­nio­nych miej­scach, za­uwa­żam kupy śmie­ci za­le­ga­ją­ce na pod­ło­dze; rzu­co­ne na stos brud­ne ubra­nia i po­otwie­ra­ne ku­fry wy­peł­nio­ne czym po­pad­nie: od ka­bli elek­trycz­nych przez cza­so­pi­sma po zwit­ki bank­no­tów. Ona wi­dzi jed­nak wię­cej, wiem to, do­strze­gam po jej oczach, gdy mru­ga rap­tow­nie, a po­tem za­czy­na kasz­leć.

Szko­da, że nie pa­mię­tam jej imie­nia. Wszyst­ko sta­ło­by się o wie­le prost­sze, gdy­bym go nie za­po­mniał.

– I co z tym zro­bi­my? – pyta, wy­plu­wa­jąc po­spiesz­nie sło­wa. – Wcią­gniesz ten pył do ja­kie­goś od­ku­rza­cza? Czy po pro­stu zbie­rzesz i wy­wa­lisz gdzieś na ze­wnątrz? Co się wła­ści­wie robi z ko­smicz­nym py­łem?

– Z ko­smicz­nym py­łem… – po­wta­rzam. – Cóż, tego aku­rat nie je­stem pe­wien.

To mój pierw­szy wy­pad do Con­cord w New Hamp­shi­re od po­nad mie­sią­ca, kie­dy to po spa­le­niu mo­je­go domu i przy oka­zji spo­rej czę­ści mia­sta zo­sta­łem zmu­szo­ny do uciecz­ki. Cha­os tam­tych dra­ma­tycz­nych chwil wy­gasł z ogniem po­ża­rów, za­stą­pi­ła go po­nu­ra wszech­obec­na ci­sza. Znaj­du­ję się za­le­d­wie kil­ka prze­cznic od cen­trum, w zde­mo­lo­wa­nym i złu­pio­nym skle­pie przy Wil­son Stre­et, ale na ze­wnątrz nie wi­dzę dziś tłu­mów. Wy­lęk­nie­ni lu­dzie nie prze­py­cha­ją się przez za­tło­czo­ne chod­ni­ki. Nie sły­szę pi­sku klak­so­nów ani za­wo­dze­nia sa­mo­cho­do­wych alar­mów, z od­da­li nie do­bie­ga­ją od­gło­sy ka­no­na­dy. Ci z miesz­kań­ców, któ­rzy po­zo­sta­li, ukry­wa­ją się: kulą się pod ko­ca­mi, gdzieś w piw­ni­cach, drżą z oba­wy.

Przed sobą mam dziew­czy­nę, sza­lo­ną, bre­dzą­cą bez prze­rwy o wy­ima­gi­no­wa­nym ko­smicz­nym pyle. Spo­tka­li­śmy się już kie­dyś, w tym sa­mym miej­scu, któ­re on­giś było zna­nym bu­ti­kiem i no­si­ło na­zwę Do Zo­ba­czy­ska. Po­przed­nim ra­zem była inna, wte­dy nie pa­dła jesz­cze ofia­rą sza­leń­stwa. Wie­lu lu­dzi cier­pi dzi­siaj na tę przy­pa­dłość ‒ co jest zro­zu­mia­łe ‒ choć są w naj­roz­ma­it­szych sta­diach i wy­ka­zu­ją od­mien­ne symp­to­my. Gdy­by kla­sy­fi­ka­cja za­bu­rzeń psy­chicz­nych wciąż była uak­tu­al­nia­na, z pew­no­ścią do­da­no by do niej nową cho­ro­bę. De­struk­cyj­na ob­se­sja na tle gi­gan­tycz­nej aste­ro­idy, któ­ra zna­la­zła się na kur­sie ko­li­zyj­nym z jak­że kru­chą pla­ne­tą. Może na­zwa­no by ją astro­ma­nią. Albo mię­dzy­pla­ne­tar­ną psy­cho­zą uro­je­nio­wą.

Od­no­szę wra­że­nie, że uda­ło­by mi się ulżyć tej dziew­czy­nie w cier­pie­niu, gdy­bym tyl­ko zdo­łał wy­po­wie­dzieć jej imię, dał do zro­zu­mie­nia, że do­brze się zna­my, że obo­je je­ste­śmy isto­ta­mi ludz­ki­mi. Dzię­ki temu uzna­ła­by mnie za mniej­sze za­gro­że­nie, co po­zwo­li­ło­by nam spo­koj­nie po­roz­ma­wiać.

– Wiesz, że jest tru­ją­cy? – pyta. – Bar­dzo, bar­dzo szkod­liwy. Ko­smicz­ny pył wy­że­ra ci płu­ca. Fo­to­ny je wy­pa­la­ją.

– Słu­chaj… – rzu­cam, a ona na­bie­ra po­wie­trza i ru­sza pro­sto na mnie, wy­ma­chu­jąc bro­nią.

– Nie otwie­raj ust i nie wy­su­waj ję­zy­ka – sy­czy. – Nie pró­buj go kosz­to­wać.

– Do­brze, tak wła­śnie zro­bię. ‒ Trzy­mam ręce przy so­bie, opusz­czo­ne, ale tak, by je wi­dzia­ła, pró­bu­ję też za­cho­wać w mia­rę neu­tral­ną minę. – Wiesz, szcze­rze mó­wiąc, przy­sze­dłem tu­taj, po­nie­waż po­trze­bu­ję in­for­ma­cji.

– In­for­ma­cji? – Marsz­czy brwi zdzi­wio­na.

Przy­glą­da mi się przez tu­ma­ny uro­jo­ne­go pyłu.

Tak na­praw­dę nie chcę roz­ma­wiać z nią, tyl­ko z jej przy­ja­cie­lem czy też chło­pa­kiem. Kim­kol­wiek dla niej jest. Ten fa­cet wie, gdzie po­wi­nie­nem się udać. Taką przy­naj­mniej mam na­dzie­ję. Na to li­czę.

– Mu­szę po­ga­dać z Jor­da­nem. Jest może w domu?

Dziew­czy­na pa­trzy na mnie przy­tom­niej. Sku­pia się, uno­si broń.

– Czy to on… cię tu przy­słał?

– Nie. – Uno­szę dło­nie. – Nie.

– O mój Boże, on cię tu przy­słał. Je­ste­ście ra­zem? Po­le­ciał w ko­smos? – krzy­czy, prze­mie­rza­jąc po­miesz­cze­nie. Lufy jej pi­sto­le­tów ma­szy­no­wych mie­rzą w moją twarz jak bliź­nia­cze czar­ne dziu­ry. – Czy to jego ro­bo­ta? ‒ Od­wra­cam się twa­rzą do ścia­ny wy­stra­szo­ny jak cho­le­ra. Nie chcę umie­rać, na­wet tu­taj, te­raz. ‒ Czy to on mi to wszyst­ko robi?

W tym mo­men­cie cu­dow­nym zrzą­dze­niem losu przy­po­mi­nam so­bie jej imię.

– Abi­ga­il. – Spoj­rze­nie jej ła­god­nie­je, oczy otwie­ra­ją się sze­rzej. – Abi­ga­il – po­wta­rzam. – Mogę ci po­móc? Mo­że­my po­móc so­bie na­wza­jem?

Gapi się na mnie. Ci­sza gęst­nie­je. Chwi­le mi­ja­ją, czas się wy­pa­la.

– Pro­szę cię, Abi­ga­il.

CZĘŚĆ PIERWSZA

Duch Ameryki

Czwartek, 27 września

Rektascensja 16 57 00,6 Deklinacja -74 34 33 Elongacja 83,7

1.

Mar­twię się o swo­je­go psa.

Na do­miar złe­go za­czął uty­kać, jak­by mało było tego, że po­ka­słu­je tak moc­no, aż jego drob­ne ciał­ko pod­ska­ku­je, i że ma peł­no rze­pów w skoł­tu­nio­nej sier­ści. Nie wiem, kie­dy ani gdzie ska­le­czył so­bie przed­nią pra­wą łapę, ale za­uwa­żam, że ku­le­je, gdy wy­cho­dzi z ma­ga­zy­nu do­wo­dów, prze­my­ka się po­mię­dzy mo­imi no­ga­mi i czła­pie w głąb ko­ry­ta­rza. Drep­cze bie­da­czy­sko wzdłuż li­stwy przy­po­dło­go­wej, brud­ny jak dia­bli, lecz wciąż za­dzi­wia­ją­co bia­ły.

Przy­glą­dam mu się z głę­bo­kim nie­po­ko­jem. Źle zro­bi­łem, za­bie­ra­jąc Ho­udi­nie­go z sobą. To błąd po­peł­nio­ny bez za­sta­no­wie­nia. Na­ra­zi­łem wła­sne­go psa na ry­go­ry dłu­giej i nie­pew­nej po­dró­ży, na pi­cie brud­nej wody z ka­łuż i je­dze­nie resz­tek, na ma­sze­ro­wa­nie po­bo­cza­mi opu­sto­sza­łych au­to­strad i po za­chwasz­czo­nych po­lach, na wal­ki z in­ny­mi zwie­rzę­ta­mi. Po­wi­nie­nem zo­sta­wić go z McCon­nell i resz­tą fe­raj­ny w na­szej kry­jów­ce w Mas­sa­chu­setts. Z dzie­cia­ka­mi jej i po­zo­sta­łych lu­dzi, z ich psa­mi. W bez­piecz­nym, spo­koj­nym miej­scu. Ale nie, mu­sia­łem go za­brać. Nie za­py­ta­łem ni­g­dy, czy chce iść ze mną, choć gdy­bym na­wet to zro­bił, czy ta­kie ma­leń­kie stwo­rze­nie by­ło­by w sta­nie oce­nić, czy skór­ka war­ta jest wy­praw­ki?

Za­bra­łem go, w pięć ty­go­dni po­ko­na­li­śmy osiem­set pięć­dzie­siąt trud­nych mil, co wi­dać po nim, bez dwóch zdań.

– Tak mi przy­kro, ko­le­go – mam­ro­czę, na co od­po­wia­da ko­lej­nym kaszl­nię­ciem.

Przy­sta­ję po­środ­ku ko­ry­ta­rza, dy­szę w mrok, spo­glą­da­jąc w su­fit.

Ma­ga­zyn do­wo­dów rze­czo­wych wy­glą­da iden­tycz­nie jak wszyst­kie po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia. Gru­ba war­stwa ku­rzu po­kry­wa pół­ki, wszyst­kie szaf­ki opróż­nio­no i po­przew­ra­ca­no. Czu­ję wszech­obec­ną stę­chli­znę i pleśń. W dzia­le łącz­no­ści, na czy­imś biur­ku po­mię­dzy mar­twy­mi lap­to­pa­mi i wie­ko­wą ra­dio­sta­cją, leży sta­ra nad­gry­zio­na ka­nap­ka. Roi się na niej od mró­wek. Nie ma tu­taj ni­cze­go do­bre­go, ni­cze­go po­moc­ne­go ani nio­są­ce­go na­dzie­ję.

Do­tar­li­śmy w to miej­sce wczo­raj póź­ną nocą i od razu wzię­li­śmy się do po­szu­ki­wań. Te­raz, po­nad trzy go­dzi­ny póź­niej, słoń­ce za­czy­na wy­ła­niać się zza ho­ry­zon­tu – bla­dy blask jego pro­mie­ni prze­są­cza się przez szkla­ne fron­to­we drzwi w głę­bi holu – a my, choć prze­ko­pa­li­śmy pra­wie cały bu­dy­nek, wciąż nie mamy ni­cze­go. Ni­cze­go. To nie­wiel­ki po­ste­ru­nek po­li­cji, po­dob­ny do tego, na któ­rym sam kie­dyś pra­co­wa­łem. Chy­ba na­wet mniej­szy. Całą noc spę­dzi­łem na ko­la­nach, ze szkłem po­więk­sza­ją­cym w dło­ni i la­tar­ką w dru­giej ręce, prze­trze­pu­jąc to miej­sce po­kój po po­ko­ju: re­cep­cję, cen­tra­lę łącz­no­ści, ad­mi­ni­stra­cję, areszt, ma­ga­zyn do­wo­dów.

Prze­ko­na­nie wzbie­ra we mnie ni­czym brud­na woda w stud­ni: tu­taj tak­że ni­cze­go nie znaj­dę.

Funk­cjo­na­riusz­ka McCon­nell wie­dzia­ła o tym. Po­wie­dzia­ła mi wprost, że zmar­nu­ję tyl­ko czas.

– Znasz za­tem na­zwę tego mia­sta? – za­py­ta­ła.

– Nie tyl­ko – od­par­łem. – Wiem, że cho­dzi o po­ste­ru­nek po­li­cji w tym mie­ście w Ohio.

– W Ohio? – Pa­trzy­ła spode łba, scep­tycz­nie, ręce mia­ła zło­żo­ne na pier­si. – Tak jej ra­czej nie znaj­dziesz, a je­śli na­wet, to co za­mie­rzasz zro­bić?

Pa­mię­tam, jak się wte­dy po­czu­łem. Była wście­kła i mia­ła ku temu po­wo­dy, więc po pro­stu przy­tak­ną­łem, nie prze­ry­wa­jąc pa­ko­wa­nia.

Te­raz, sto­jąc w bla­sku przed­świ­tu po­środ­ku ko­ry­ta­rza opu­sto­sza­łe­go po­ste­run­ku po­li­cji, uno­szę za­ci­śnię­tą w pięść dłoń i opusz­czam ją, jak­by była kur­kiem od­bez­pie­czo­nej bro­ni, ude­rzam nią w ścia­nę, o któ­rą się opie­ram. Ho­udi­ni od­wra­ca łe­pek, przy­glą­da mi się uważ­nie, jego oczka lśnią w mro­ku ni­czym ogni­ki.

– Już w po­rząd­ku – mó­wię, na co od­po­wia­da ochry­płym kaszl­nię­ciem. – Okej. Szu­kaj­my da­lej.

* * *

Przy wej­ściu do holu znaj­du­ję ta­bli­cę upa­mięt­nia­ją­cą Da­nie­la Ar­nol­da Ca­rve­ra z Ro­ta­ry w sta­nie Ohio, któ­ry w roku ty­siąc dzie­więć­set dzie­więć­dzie­sią­tym ósmym prze­szedł na eme­ry­tu­rę, do­słu­żyw­szy się ran­gi po­rucz­ni­ka. Tuż obok spo­czy­wa kon­struk­cja przy­po­mi­na­ją­ca od­wró­co­ną pod­ko­wę. Ob­kle­jo­no ją ry­sun­ka­mi dzie­ci: pa­ty­ko­wa­ci pa­ste­lo­wi funk­cjo­na­riu­sze ma­cha­ją ra­do­śnie rę­ka­mi pod na­pi­sem „Dzię­ku­je­my za opro­wa­dze­nie”, któ­ry jest tak rów­ny, że mu­siał wyjść spod ręki tu­tej­szej na­uczy­ciel­ki. Po­szcze­gól­ne kart­ki zwi­sa­ją smęt­nie, klej na łą­czą­cej je ta­śmie daw­no już wy­sechł. Po­kry­ta gru­bą war­stwą ku­rzu ta­bli­ca jest lek­ko prze­krzy­wio­na.

Na­stęp­ne po­miesz­cze­nie znaj­du­je się po le­wej, tyl­ko kil­ka kro­ków za ry­sun­ka­mi dzie­ci. Opi­sa­no je sło­wem: DE­TEK­TY­WI, choć za­raz po wej­ściu za­uwa­żam, że pra­co­wał tu tyl­ko je­den czło­wiek. Sa­mot­ne biur­ko, za nim ob­ro­to­we krze­sło. Sta­cjo­nar­ny te­le­fon z od­cię­tym ka­blem, od­dzie­lo­na od nie­go słu­chaw­ka spo­czy­wa wciąż na wi­deł­kach, jak­by była de­ko­ra­cją sce­nicz­ną, nie praw­dzi­wym urzą­dze­niem. Pod su­fi­tem wisi do­nicz­ka z mar­twą od daw­na ro­śli­ną: wy­schnię­te pną­cza po­kry­te są po­zwi­ja­ny­mi brą­zo­wy­mi li­ść­mi. Obok za­uwa­żam na wpół zgnie­cio­ną pla­sti­ko­wą bu­tel­kę po wo­dzie.

Wy­obra­żam so­bie de­tek­ty­wa, któ­ry pra­co­wał w tym po­miesz­cze­niu. Sie­dzi za biur­kiem wy­god­nie od­chy­lo­ny, po­wiedz­my, że do­pra­co­wu­je ostat­nie szcze­gó­ły na­lo­tu na la­bo­ra­to­rium pro­du­ku­ją­ce metę, albo zży­ma się, ale tak żar­to­bli­wie, na dy­rek­ty­wy wy­my­śla­ne przez bez­mó­zgow­ców z dzia­łu ad­mi­ni­stra­cji. Wę­szę przez chwi­lę, ma­jąc wra­że­nie, że wy­czu­wam w za­sta­łym po­wie­trzu smród dymu z pa­lo­nych przez nie­go cy­gar.

Jej cy­gar tak na­praw­dę. Bo to nie fa­cet, tyl­ko ko­bie­ta. Na biur­ku leży opa­sły opra­wio­ny w skó­rę dzien­nik, na któ­rym w pra­wym gór­nym rogu okład­ki wid­nie­je na­pis: De­tek­tyw Irma Rus­sell.

– Wy­ba­czy pani, de­tek­ty­wie Rus­sell – mó­wię, kie­ru­jąc te sło­wa do niej, gdzie­kol­wiek te­raz prze­by­wa, po czym sa­lu­tu­ję pu­st­ce jej ga­bi­ne­tu. – Po­wi­nie­nem był się do­my­ślić.

Raz jesz­cze wspo­mi­nam funk­cjo­na­riusz­kę McCon­nell. Po­ca­ło­wa­ła mnie, sta­jąc na pal­cach, na sam ko­niec, gdy by­łem już w drzwiach. Po­tem pchnę­ła moc­no obu­rącz, po­sy­ła­jąc na tę wy­pra­wę.

– Idź – po­wie­dzia­ła po­waż­nie, ze smut­kiem w gło­sie. – Głup­cze.

Bla­dy blask przed­świ­tu nie jest w sta­nie prze­bić gru­bej war­stwy bru­du za­le­ga­ją­cej na je­dy­nym oknie po­ko­ju, włą­czam więc po­now­nie la­tar­kę i za­wi­sam nad dzien­ni­kiem de­tek­tyw Rus­sell, by go prze­wer­to­wać. Pierw­szy wpis zro­bi­ła w nim za­le­d­wie sie­dem­na­ście mie­się­cy temu. Czter­na­ste­go lu­te­go. Do­kład­nie w wa­len­tyn­ki za­no­to­wa­ła, rów­niut­kim po­chy­łym pi­smem, że w ca­łym kra­ju od­cię­to do­sta­wy prą­du do bu­dyn­ków uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej, więc od tej pory wszyst­kie za­pi­sy będą ro­bio­ne ręcz­nie, na pa­pie­rze.

Ko­lej­ne wpi­sy są mi­mo­wol­nym świa­dec­twem po­wol­ne­go upad­ku. Dzie­sią­te­go mar­ca do­szło do nie­wiel­kich roz­ru­chów przed ma­ga­zy­na­mi żyw­no­ści w po­bli­skim hrab­stwie Brown, za­miesz­ki roz­la­ły się szyb­ko na całą oko­li­cę, skut­ku­jąc „nie­po­ko­ja­mi spo­łecz­ny­mi na nie­spo­ty­ka­ną ska­lę”. Trzy­dzie­ste­go mar­ca de­tek­tyw Rus­sell za­no­to­wa­ła, że po­ziom go­to­wo­ści ope­ra­cyj­nej miej­sco­wej po­li­cji zo­stał znacz­nie osła­bio­ny z po­wo­du zmniej­sze­nia li­czeb­no­ści za­ło­gi po­ste­run­ku o całe trzy­dzie­ści pięć pro­cent. („Ja­son od­szedł!!!” pod­su­mo­wa­ła wpis zwięź­le, wy­ra­ża­jąc mno­go­ścią wy­krzyk­ni­ków ogrom­ne za­sko­cze­nie, a na­wet obu­rze­nie). Dwu­na­ste­go kwiet­nia uję­to „Gwał­ci­cie­la Cza­su Za­gła­dy”, któ­rym ku zdzi­wie­niu wszyst­kich oka­zał się „Char­lie ze spo­żyw­cza­ka Bla­ke’a”.

Uśmie­cham się. Lu­bię de­tek­tyw Rus­sell. Nie prze­pa­dam za wy­krzyk­ni­ka­mi, mimo wszyst­ko czu­ję, że to po­krew­na mi du­sza.

Prze­bie­gam ro­bio­ne jej rów­nym pi­smem no­tat­ki z ko­lej­nych mie­się­cy. Ostat­nia z nich, da­to­wa­na na dzie­wią­ty czerw­ca – to za­le­d­wie szes­na­ście ty­go­dni temu – gło­si: „Cre­ek­bed”, po­ni­żej jest jesz­cze do­pi­sek: „Oj­cze w nie­bie­siech, miej nas w opie­ce, pro­szę”.

Za­mie­ram na mo­ment po­chy­lo­ny nad tym dzien­ni­kiem. Ho­udi­ni wbie­ga do po­ko­ju, czu­ję, jak jego ogon ude­rza o moją no­gaw­kę.

Wyj­mu­ję z kie­sze­ni nie­bie­ski ze­szyt i za­pi­su­ję w nim: „Dzie­wią­ty czerw­ca”, po­tem: „Cre­ek­bed” i jesz­cze: „Oj­cze w nie­bie­siech, miej nas w opie­ce, pro­szę”. Sta­ram się pi­sać jak naj­cia­śniej, macz­kiem, po­nie­waż to już ostat­ni bru­lion, jaki mi zo­stał. Mój oj­ciec był wy­kła­dow­cą na uczel­ni, po jego na­głej śmier­ci odzie­dzi­czy­łem wie­le pu­deł po­dob­nych ze­szy­tów, ale więk­szość zu­ży­łem po wstą­pie­niu do po­li­cji, a resz­tę stra­wi­ły pło­mie­nie. Za każ­dym ra­zem gdy spo­rzą­dzam ko­lej­ną zwię­złą no­tat­kę, od­czu­wam nie­po­kój, po­nie­waż nie wiem, co po­cznę, gdy za­peł­nię ostat­nią ze stron.

Za­my­kam szu­fla­dy biur­ka de­tek­tyw Rus­sell, po­tem od­kła­dam jej dzien­nik. Po­zo­sta­wiam go do­kład­nie tam, gdzie le­żał.

* * *

W kie­sze­ni mam rów­nież zdję­cie mo­jej sio­stry wy­cię­te z rocz­ni­ka pa­miąt­ko­we­go na­szej szko­ły. Trzy­mam je w czer­wo­nym pla­sti­ko­wym etui po kar­cie upraw­nia­ją­cej do ko­rzy­sta­nia z bi­blio­te­ki pu­blicz­nej w Con­cord. Nico, pod­ów­czas dru­go­kla­sist­ka, pu­szy się na nim dum­nie; ma na so­bie czar­ny T-shirt i oku­la­ry w ta­niej opra­wie, ale jej wło­sy po­zo­sta­ją roz­czo­chra­ne. Dol­na war­ga jest lek­ko wy­su­nię­ta, usta wy­krzy­wio­ne, jak­by mó­wi­ła: „Uśmie­cham się wte­dy, kie­dy chcę, a nie na za­wo­ła­nie”. Wie­le bym dał za jej now­sze zdję­cie, lecz wszyst­kie po­zo­sta­łe fo­to­gra­fie spło­nę­ły pod­czas po­ża­ru domu. Z dru­giej stro­ny, od chwi­li ukoń­cze­nia szko­ły mi­nę­ło za­le­d­wie osiem lat, więc to zdję­cie moż­na uznać za ak­tu­al­ne, po­nie­waż przed­sta­wia Nico Pa­la­ce taką, jaka była i jest na­dal. Pal­ce świerz­bią mnie, by po­wtó­rzyć jak­że zna­jo­my ry­tu­ał: od­wró­cić fo­to­gra­fię, po­ka­zać ją na­po­ty­ka­nym po dro­dze nie­zna­jo­mym i po raz nie wia­do­mo któ­ry rzu­cić wy­świech­ta­ną for­muł­kę: „Wi­dzie­li­ście tę dziew­czy­nę?”.

Oprócz zdję­cia i bru­lio­nu mam w kie­sze­niach ja­sno­brą­zo­wej spor­to­wej kurt­ki kil­ka in­nych pod­sta­wo­wych na­rzę­dzi do­cho­dze­niow­ca. Dużą lupę, scy­zo­ryk, trzy­me­tro­wą zwi­ja­ną miar­kę, dru­gą la­tar­kę, mniej­szą i cień­szą od tej, któ­rej uży­wam te­raz, oraz pu­deł­ko na­boi ka­li­ber .40. Pi­sto­let, wy­da­ny mi trzy lata temu służ­bo­wy sig-sau­er P229, spo­czy­wa w ka­bu­rze na moim bio­drze.

Drzwi ma­ga­zy­nu do­wo­dów otwie­ra­ją się, po­tem za­my­ka­ją z ci­chym klik­nię­ciem zam­ka, więc pod­no­szę la­tar­kę i oświe­tlam Cor­te­za.

– Pusz­ka far­by w sprayu – mówi, po­ka­zu­jąc nie­wiel­ką zdo­bycz, po czym za­czy­na nią en­tu­zja­stycz­nie po­trzą­sać. – W po­ło­wie peł­na.

– Świet­nie – mru­czę pod no­sem. – Po pro­stu cud­nie.

– Ale to na­praw­dę cud, pa­nie po­li­cjant – rzu­ca Cor­tez, przy­glą­da­jąc się zna­le­zio­nej pusz­ce z za­chwy­tem god­nym dziec­ka spra­gnio­ne­go pre­zen­tu. Ob­ra­ca ją ostroż­nie w tych wiel­kich łap­skach. – Moż­na nią ozna­czać dro­gę albo użyć jako bro­ni. Wy­star­czy świe­ca, spi­nacz, za­pał­ka i vo­ilà, mamy mio­tacz ognia. Wi­dzia­łem, jak się to robi. – Pusz­cza do mnie oko. – I sam ta­kie ro­bi­łem.

– Świet­nie – po­wta­rzam.

Tak wła­śnie za­ga­du­je mnie Cor­tez, były zło­dziej, a te­raz nie­chcia­ny part­ner. Jak­by ten świat miał trwać w nie­skoń­czo­ność, jak­by on, jego na­wy­ki i hob­by mia­ły przed sobą ja­kąś przy­szłość. Wzdy­cha te­raz cięż­ko i krę­ci gło­wą, ko­men­tu­jąc tym ge­stem moją obo­jęt­ność. Po­tem mija mnie bez sło­wa i zni­ka w mro­ku ni­czym duch. Ru­sza w głąb holu, by szu­kać ko­lej­nych zdo­by­czy. „Tu jej nie ma ‒ szep­cze mi do ucha funk­cjo­na­riusz­ka McCon­nell. Nie osą­dza, nie zło­ści się na­wet, po pro­stu stwier­dza fakt. ‒ Prze­by­łeś tak da­le­ką dro­gę po nic, de­tek­ty­wie Pa­la­ce. Jej tu nie ma”.

Słoń­ce wscho­dzi. Jego przy­tłu­mio­ny blask zbli­ża się cal po calu do naj­mrocz­niej­sze­go za­kąt­ka holu, gdzie sto­ję. Pies znik­nął mi z oczu, ale jest wciąż na tyle bli­sko, że sły­szę jego po­ka­sły­wa­nie. Pla­ne­ta chy­bo­cze się pod mo­imi sto­pa­mi.

2.

3.

4.

5.

6.

Środa, 22 sierpnia

Rektascensja 18 26 55,9 Deklinacja -70 52 35 Elongacja 112,7

CZĘŚĆ DRUGA

Człowiek z Niebieskiego Miasta

Piątek, 28 września

Rektascensja 16 55 19,6 Deklinacja -74 42 34 Elongacja 83,1

1.

2.

3.

CZĘŚĆ TRZECIA

Joy

So­bo­ta, 29 wrze­śnia

Rek­ta­scen­sja 16 53 34,9 De­kli­na­cja -74 50 57 Elon­ga­cja 82.4

1.

2.

3.

4.

CZĘŚĆ CZWARTA

Wstawaj i bierz się do roboty

Poniedziałek, 1 października

Rektascensja 16 49 50,3 Deklinacja -75 08 48 Elongacja 81,1

Wszyst­ko wy­glą­da do­kład­nie tak jak przed­tem.

Środa, 22 sierpnia

Rektascensja 18 26 55,9 Deklinacja -70 52 35 Elongacja 112,7

CZĘŚĆ PIĄTA

Izyda

Poniedziałek, 1 października

Rektascensja 16 49 50,3 Deklinacja -75 08 48 Elongacja 81,1

1.

2.

3.

4.

5.

CZĘŚĆ SZÓSTA

Plan B

Wtorek, 2 października

Rektascensja 16 47 47,9 Deklinacja -75 18 19 Elongacja 80,4

1.

2.

3.

4.

Epilog

Środa, 3 października

Rektascensja 15 51 56,6 Deklinacja -77 57 48 Elongacja 72,4

PODZIĘKOWANIA