Wydawca: JanKa Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2012

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 380 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka UT - Jacek Ostrowski

 

Czym jest UT i czy w ogóle istnieje? To pytanie będzie stawiał sobie czytelnik w różnych miejscach tej pasjonującej opowieści wraz z jej bohaterami. I jak oni będzie miał kłopoty z odpowiedzią. Dostrzeże jednak z łatwością, że owo istnienie-nieistnienie ma realny wpływ na życie Julity, właścicielki hotelu w pewnym włoskim miasteczku, oraz na losy pięciorga jej dziwnych gości, skazanych na rozliczenie się z przeszłością. A kiedy się okaże, że malownicza Pietrasanta nie przypadkiem staje się centrum zdarzeń, że związane są one z tragicznymi decyzjami dziadka Julity, z pewnością zaduma się nad granicami winy, zapyta o istotę sprawiedliwości, zastanowi się nad sensem wybaczenia, a może też zatęskni za spełnieniem nierealnej i niebezpiecznej miłości.

UT” to powieść dla wszystkich, wielowarstwowa. Jedni zadowolą się wartką, trzymającą w napięciu akcją. Inni dostrzegą w niej przejmującą metaforę współczesności z jej dotkliwymi plagami – korupcją, terroryzmem, pedofilią i innymi formami nadużywania władzy.

Opinie o ebooku UT - Jacek Ostrowski

Fragment ebooka UT - Jacek Ostrowski

Jacek Ostrowski

UT

Copyright © Jacek Ostrowski 2012

Copyright © wydawnictwo JanKa 2012

Wydanie I

Pruszków 2012

ISBN 978-83-62247-19-6

Projekt okładki:

Anna M. Koźbiel, Adam Walas

Redakcja i korekta:

Janina Koźbiel, Jan Koźbiel

Skład i łamanie:

MJK

ISBN 978-83-62247-19-6

Wydawnictwo JanKa

ul. Majowa 11/17

05-800 Pruszków

694 536 051

www.jankawydawnictwo.pl

wydawnictwo@jankawydawnictwo.pl

Prolog

Była wczesna jesień. Choć słońce grzało jeszcze dość mocno, wybrzeże Toskanii powoli pustoszało. Ostatni turyści pakowali walizki, ratownicy składali i wywozili leżaki z plaży, zwijano sezonowe budki z pamiątkami – wakacyjno-urlopowy sezon zmierzał nieuchronnie do końca.

Tego dnia Julita Ballucci wstała jak zwykle wcześnie i razem z Domingiem, sezonowo zatrudnianym kucharzem, przygotowywała śniadanie dla nielicznych już gości. Dziewczyna z dużą wprawą kroiła chleb, co chwila poprawiając długie, gęste, kruczoczarne włosy, spływające jej na śnieżnobiały fartuch.

– Obetnij je w końcu. – Kucharz skrzywił się z niesmakiem. Dobrze wiedział, że nic bardziej nie zdenerwuje gościa niż włos w jedzeniu.

– Szkoda – pokręciła głową – lubię je.

– Wiem, ale wciąż musimy z Enzo sprawdzać półmiski przed podaniem na stół. Kiedyś coś przeoczymy i będzie wstyd.

– Nie gderaj, staruszku. – Zaśmiała się pojednawczo. Odłożyła nóż, chwyciła koszyczek z pieczywem i skierowała się w stronę jadalni. Z zaskoczenia w locie pocałowała kucharza w policzek.

– Oj, Julita – rzucił za nią i westchnął z rezygnacją.

Lubił ją, a z drugiej strony to ona była tu szefem. Pracował w hotelu trzydzieści lat. Zaczął, kiedy rządzili tu jej rodzice. Tak, to od nich zaczęła się historia tego hotelu. Stary Bernardo – wtedy nie był jeszcze stary – podobno dostał jakiś spadek. Był przecież wcześniej zwykłym listonoszem, a jego żona nie pracowała. Ciężko im było. Kucharz wiedział o tym, bo mieszkał trzy domy dalej. Bernardo, jak dostał spadek, zaraz rzucił robotę i kupił ten stary dom. Kiedyś był tu pensjonat. Kucharz pamiętał to jak przez mgłę, bo był wtedy bardzo mały. Później budynek popadł w ruinę i nikt już w nim nie mieszkał. Powybijane szyby w oknach i wokoło morze chwastów skutecznie odstraszały ciekawskich. Wprawdzie dzieciaki po kryjomu bawiły się tu, ale też tylko do wypadku. Tak, dobrze pamiętał ten wypadek, choć właściwie trudno to było tak nazwać. Któregoś dnia, kiedy bawili się w wojnę, jeden z chłopaków postanowił ukryć się na strychu. Wdrapał się po spróchniałych schodach na górę, zajrzał do jakiegoś pomieszczenia i nagle rzucił się z krzykiem na dół. Jeden ze stopni zarwał się pod nim, później następny. Chłopak stracił równowagę i runął z hukiem na dół, a kiedy spadał, tuż za nim obrywały się następne stopnie. Zatrzymał się na trzecim piętrze, od tego miejsca schody były marmurowe i bardzo stabilne. Może uderzył o kamienną posadzkę, a może o którąś ze ścian, w każdym razie staczanie w dół niestety miało swój smutny finał. Chłopak zmarł na rękach Dominga i do dziś śni mu się to, mimo że upłynęło już tyle lat. W pierwszej chwili wszyscy uważali, że schody są główną przyczyną wypadku, ale kiedy strażacy przystawili drabinę i policjanci zajrzeli na strych, odkryli podobno coś strasznego. Policja jednak nigdy nie zdradziła, co tam znaleziono, a plotkom i domysłom nie było końca przez wiele lat. Od tego czasu wszyscy na wszelki wypadek, mijając dom, przechodzili na drugą stronę ulicy.

No i właśnie tę przeklętą przez Boga i ludzi ruderę kupił Bernardo. Na początku okoliczni mieszkańcy kręcili głowami i pukali się w czoło. On jednak nie przejął się tym wszystkim. Wynajął firmę aż z Pizy, bo żadna miejscowa nie chciała podjąć się remontu, i w pół roku zmienił ruinę w piękny i jak na tamte czasy nowoczesny hotel. Jednak legenda przeklętego domu była silna i Bernardo miał duże problemy z wynajęciem pokoi. Owszem, turyści goszczący przejazdem w Pietrasancie i nieznający historii budynku z chęcią zatrzymywali się tu na jedną, maksymalnie dwie noce. Inni jednak omijali hotel wielkim łukiem, bo kto chce nocować w budynku, o którym krążą mrożące krew w żyłach historie.

Trzeba było wielu lat, żeby niezrażony kłopotami właściciel w końcu przełamał impas. Powoli ludzie zapominali o mrocznych wydarzeniach, wymierało pokolenie świadków. Tyle że teraz wokół zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu nowoczesne hotele o wysokim standardzie. Przy każdym był basen, telewizja satelitarna i bar, a w nim ubrane w bikini młode powabne dziewczyny, i znów powróciły problemy właściciela, ale tym razem były to jednak problemy nowego już właściciela – Julity, najmłodszej córki Bernarda. Starsze dzieci Ballucciego wyjechały za chlebem do Rzymu i Florencji, a na starych śmieciach zostało najmłodsze, ukochane dziecko właściciela. Dziewczyna odziedziczyła gen hotelarstwa po rodzicach. Przejęła interes i tak jak jej ojciec nie planowała złożyć broni. Stopniowo modernizowała hotel i walczyła jak lwica o gości.

– Domingo, dokrój wędliny! – Głos Julity przerwał rozmyślania kucharza, który spojrzał na szefową z czułością. Ile w niej pasji, ile zaangażowania, pomyślał. Dobrze zrobił Bernardo, przepisując to wszystko na nią. Ta dziewczyna poradzi sobie, Domingo był o tym przekonany.

– Już kroję. – Sięgnął po szynkę parmeńską i z dużą wprawą zaczął ją kroić na bardzo cienkie plasterki. Wiedział dobrze, że trzeba stworzyć iluzję, iluzję wyboru i ilości, żeby goście widzieli wciąż pełne półmiski. To było małe, niegroźne oszustwo.

Zadźwięczał dzwonek u wejścia. I po chwili powtórnie.

– Mogłaby go w końcu wymienić – westchnął kucharz. Nie cierpiał tego charczącego dźwięku. Julita jednak nie chciała tego zrobić, uparła się, bo ponoć przypominał jej dzieciństwo; nie bardzo to rozumiał. Ponownie zacharczało.

Domingo zerknął przez uchylone drzwi do jadalni. No tak, Julita kręciła się wśród stolików i podawała półmiski – miała prawo nie słyszeć.

– Niech sobie nie przerywa – burknął pod nosem i nie zdejmując fartucha, wyszedł do holu. Już w progu zauważył jakiegoś mężczyznę z zainteresowaniem oglądającego obrazy wiszące na ścianach. Domingo podszedł bliżej i wtedy przybysz usłyszał go. Odwrócił się powoli i dopiero teraz kucharz mógł mu się przyjrzeć. Wysoki młody mężczyzna, bardzo elegancko ubrany, co raczej niezbyt pasowało do pory dnia, wbił w niego tak lodowate spojrzenie, że kucharzowi aż mrowie przeszło przez plecy.

Dziwny gość, pomyślał.

– Słucham pana – zagadnął.

– Szukam właścicielki.

– To proszę poczekać, zaraz ją zawołam. – Domingo wskazał ręką małą skórzaną kozetkę w saloniku obok.

– Dziękuję. – Tamten pokręcił głową. – Postoję, obejrzę obrazy. Na wszystkich jest jeden i ten sam podpis. Kto je malował?

– Tata szefowej.

– Zdolny facet – pochwalił przybysz. – Ale wszystko to kopie.

– Zna się pan na malarstwie?

Elegant skinął głową i zaczął przyglądać się następnym dziełom.

Oglądał właśnie w skupieniu mały pejzaż przedstawiający Porto Venere, kiedy usłyszał zza pleców:

– To nie jest kopia.

Powoli odwrócił się. Przed nim stała drobna, zgrabna ciemnooka dziewczyna o bardzo harmonijnych rysach twarzy.

Śliczna, pomyślał. Spojrzał jej w oczy, ale zamiast spodziewanego strachu napotkał twarde, choć niepozbawione niepewności spojrzenie.

– Wiem, że nie kopia, i muszę przyznać, że obrazy zrobiły na mnie wrażenie, duże wrażenie.

– Naprawdę? Skoro pan zna się na malarstwie, to dobrze pan wie, że nie ma w nich nic nadzwyczajnego.

– Tak pani uważa? – Podniósł brwi, zdziwiony.

Powoli zwrócił się w kierunku kolejnego obrazu. Była to kopia dzieła Moneta. Podszedł bliżej. Delikatnie przeciągał po nim palcem, naśladując ruchy pędzla.

– W obrazie jest zamknięta dusza jego twórcy – mówił szeptem. – Trzeba tylko umieć to czytać.

– Przecież to kopia – powiedziała Julita i zaśmiała się.

Mężczyzna nawet nie spojrzał się na nią. Skupiony na obrazie, podziwiał kunszt jego twórcy.

– Myli się pani. Wiem, że to kopia, ale kopia nigdy nie jest taka sama jak oryginał. W tych subtelnych różnicach jest ukryta dusza kopisty. Ciężej jest to dojrzeć, ale ja to widzę, ja to czuję.

– Tak? To proszę mi powiedzieć coś o autorze.

Dziewczyna z zainteresowaniem obserwowała przybysza. Nie wyglądał na wariata, było w nim coś interesującego.

– Bardzo dzielny człowiek – zaczął szeptem. – Z niczego wbrew wszystkim stworzył to, co chciał. Mocna osobowość, a jednocześnie duża wrażliwość. Dwoista dusza. Artysta z jednej strony, a z drugiej zimno kalkulujący przedsiębiorca. Zaczął malować pod koniec życia, kiedy spełnił się jako biznesmen.

– Nic nowego pan nie powiedział.

– Chce pani wiedzieć więcej?

Odwrócił się gwałtownie w jej kierunku. Jego spojrzenie było surowe. Julita zbladła, cofnęła się odruchowo. Wytrzymała jednak jego spojrzenie.

Skinęła głową.

Ponownie zwrócił się w stronę płótna. Chwilę się wahał. Powoli jego palec wskazujący przesuwał się wzdłuż fali wzburzonego morza. Nagle się zatrzymał.

– W tym obrazie jest ukryty ból po stracie ojca.

– Po stracie ojca? Dziadek nie żyje już kilkadziesiąt lat, zginął w Pizie podczas wojny.

– Nie – pokręcił głową. – Pani dziadek zszedł z tego świata w tym domu. Owszem, to było wiele lat temu.

– Bzdury! Opowiada pan bzdury. – Znów się zaśmiała.

Tym razem jego wzrok był ciepły, pełen przyjaźni.

– Żartowałem. Zresztą, nie przyszedłem tu opowiadać historii pani rodziny, mam interes.

– Chce pan wynająć pokój?

– Niezupełnie.

– Niezupełnie? Nie rozumiem?

– Chcę wynająć cały hotel.

Dziewczynę zatkało. Oto przed nią stał klient marzenie. W tych trudnych czasach mieć pełne pokoje to sukces. Oby na jak najdłużej i oby tylko za gotówkę; najlepiej, jeśli od razu wpłaci zaliczkę. Aż zakręciło się jej w głowie.

Mężczyzna w milczeniu ją obserwował. Czekał cierpliwe, aż poukładają się jej myśli i będzie mógł podjąć pertraktacje.

– Na długo? – wydusiła po chwili, oszołomiona.

– Dwa tygodnie i, co dla pani ważne, chcę wynająć go w marcu.

– W marcu?

Skinął głową.

– Marzec będzie idealny.

– Ale w marcu jeszcze nie ma sezonu.

– Wiem, nie potrzebuję sezonu, nie chcę tu tłumu.

– Dużo będzie gości?

– Pięć osób.

– Pięć osób? Dla pięciu osób chce pan wynająć cały hotel? Wystarczą dwa, góra trzy pokoje.

– Nie. Chcę wynająć cały hotel i nie chcę pytań. – Jego głos zmienił się. Wyraźnie zaczęły go drażnić pytania. Zauważyła to.

– Chodziło mi tylko o pana dobro.

– Tak? – Spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Wynajęcie całego hotelu to dużo pieniędzy.

– Wiem. To jest wkalkulowane w koszty operacji.

– Jakiej operacji?

– Czy mam iść do konkurencji? – podniósł głos. – Nie chcę pytań. To jest podstawowy warunek.

– Nie, nie. Przepraszam pana, ale to wszystko było w dobrej intencji. – Uśmiechnęła się przepraszająco. Nie mogła wypłoszyć takiego klienta, nigdy by sobie tego nie darowała.

– Okej. Proszę podać cenę, czek prześlę pocztą.

– No, nie wiem – zawahała się. – Z jedzeniem?

– Tak, pełna obsługa.

Boże, ile zażądać? Nie może powiedzieć za dużo, musi wypośrodkować. Spojrzała na klienta uważniej, tak jakby chciała odgadnąć po jego minie, ile euro może wyłożyć.

– Szesnaście tysięcy – rzuciła i z obawą zerknęła na twarz mężczyzny. Sama przeraziła się podanej kwoty; trzeba było zażądać dziesięć tysięcy, myślała. Cała w nerwach patrzyła na przystojniaka i czekała na decyzję.

Ładny, przyznała. Tylko coś jest w nim dziwnego, coś odpychającego. Coś musi z nim być nie tak, podejrzewała, ale nie potrafiła odgadnąć co.

Uśmiechnął się; już wiedziała, że podała właściwą kwotę. Poczuła ulgę.

– Zapłacę pięćdziesiąt tysięcy, tylko wszystko ma być tip-top.

– Pięćdziesiąt tysięcy? – wydusiła osłupiała. – Żartuje pan?

Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Ten klient wciskał jej fortunę, nikt przy zdrowych zmysłach tego nie czyni, chyba że ma nieczyste zamiary.

– Nie, nie żartuję, ale proszę bez pytań. I jeszcze jedno…

– Tak?

– Nie wolno rozmawiać z gośćmi, nie wolno o nic wypytywać. Nawet jeśli będą chcieli nawiązać rozmowę, proszę wycofać się dyskretnie.

– Dlaczego?

– Wciąż pani pyta, a moje warunki są przecież klarowne. Daję pani godnie zarobić za dwa tygodnie pobytu pięciorga, może dość specyficznych, ale na pewno spokojnych gości. Ma pani kilka miesięcy, żeby sobie to wszystko zakodować. Proszę pamiętać, że jeśli nie dotrzyma pani warunków umowy, zażądam zwrotu całej sumy.

– Dobrze, przepraszam – bąknęła zmieszana. – Jednak proszę mnie zrozumieć, takie transakcje zdarzają się bardzo rzadko, a ja właściwie nigdy podobnej nie miałam.

– Okej, pani Julito. – Delikatnie dotknął jej ramienia. – Rozumiem. Nawet teraz nie jest pani pewna, czy to nie żart. Za kilka dni otrzyma pani czek i wtedy zacznie pani o tym racjonalnie myśleć. Wiem, że na marzec wszystko będzie gotowe. Goście będą tu pierwszego.

– Pan też będzie?

– Ja? – Zaśmiał się jakoś dziwnie. – Nie, ja nie. Na pewno tu zajrzę, ale nie będę pani gościem. Umowa stoi?

Wyciągnął prawą dłoń.

Zawahała się. Jakoś to wszystko wyglądało nierealnie. Spojrzała prosto w oczy mężczyźnie. Uśmiechał się życzliwie, zaczynał wzbudzać jej zaufanie. Podała dłoń. Uścisnął ją mocno, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia.

– Nie chce pan obejrzeć pokoi? – krzyknęła za nim.

– Znam je – rzucił przez ramię i wyszedł. Drzwi głucho trzasnęły i Julita została sama w holu. Stała oszołomiona tym niespodziewanym zleceniem. To chyba opatrzność boska czuwa nad nią, bo przecież jeszcze przed chwilą widmo plajty zaglądało do okien.

Odruchowo spojrzała na obraz, o którym mówił tajemniczy mężczyzna. Wzburzone morze, fale z wściekłością atakujące klifowe wybrzeże, na którym widać malownicze miasteczko i ruiny starego bastionu; i ta łódka, mała drewniana łupina w samym sercu żywiołu. Podeszła bliżej i próbowała coś odczytać z obrazu. Jednak nic poza martwymi kreskami nie zauważyła. Wzruszyła ramionami i wróciła do kuchni.

– Kto to? – zapytał Domingo. Wyraźnie ów mężczyzna go zaintrygował. Wcześniej Julita kątem oka widziała, jak co i rusz wychylał się z kuchni i zaciekawiony spoglądał w ich kierunku.

– Sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Jakiś taki… dziwny człowiek.

– Czego chciał?

– Wynająć cały hotel.

– To super! – krzyknął z entuzjazmem. – Odbijesz się od dna. Twój ojciec się ucieszy.

Ją jednak zaczęły nachodzić wątpliwości. Zlecenie było zbyt nieprawdopodobne. Za mocno stąpała po ziemi, żeby nad czymś takim przejść do porządku.

– Nie wiem…

Wsparła się na długim stalowym kontuarze do przygotowywania potraw i zamyśliła się.

– Czego nie wiesz?

– Chce wynająć w marcu, nie wolno zadawać żadnych pytań, i cały hotel dla pięciorga gości – wyrzuciła z siebie.

– Jak zapłaci, to co ciebie reszta obchodzi? – Kucharz zaśmiał się i zaczął kroić cebulę.

– Ale on chce zapłacić trzy razy więcej, niż zażądałam!

– Trzy razy? – Nóż kuchenny zawisł nad cebulą. Na twarzy Dominga pojawił się niepokój.

– Tak. Czy to nie dziwne?

– Owszem. Może to jednak wariat? Wciąż się czyta o takich.

– Może – szepnęła. – Poczekajmy na czek i dopiero wtedy będziemy się martwić.

– Lub cieszyć – dokończył.

– Nie wiem – zawahała się. – Nie wyglądał na idiotę, a nikt przy zdrowych zmysłach nie jest skłonny do takiej rozrzutności. Czuję kłopoty.

– Oj, nie kracz.

Tego dnia hotel opuścili ostatni goście. Skoro świt taksówka odwiozła na dworzec trójkę Estończyków. Julita obchodziła budynek, sprawdzała pokoje, pogrążona w rozmyślaniach. Trzeba było teraz wszystko poprać, posprzątać i wykonać potrzebne naprawy. Nie był to zbyt udany sezon. Konkurencyjne placówki przekupiły część stałych gości, i jeśli następny będzie tak samo zły, to hotel wypadnie zamknąć. To nie dawało jej spokoju, powodowało, że budziła się w środku nocy zlana potem. Koszmarne sny, w których zamykała ukochany hotel, nie dawały jej spać. Pracownicy domagali się podwyżek, a nie było z czego im dać; tylko stary Domingo nie chciał pieniędzy, ale dobrze wiedziała, że z utęsknieniem czekał na emeryturę. Mógł już ją mieć, ale chciał pomóc dziewczynie. Widziała, że przy jego pokaźnej tuszy ciężko mu dźwigać ogromne gary, że męczy go długie stanie przy kuchennym blacie, więc tak czy owak ten dzień się zbliżał.

Obeszła budynek, pozamykała ciężkie okiennice i zeszła na dół do saloniku. Zrezygnowana, w podłym nastroju usiadła na kanapie. Co będzie za rok? Czy to będzie ostatni sezon hotelu Villa La Fonte? Co będzie robić, jeśli życie ją zmusi do jego zamknięcia? Tylko to potrafi, tylko to kocha. Czy będzie umiała inaczej sobie życie ułożyć? Co powie ojcu? I tak wciąż go oszukuje, wmawiając, że interes kręci się rewelacyjnie. Sama już nie wie, czy on w to wierzy. Chwilami czuje, że nie. Może jedynie udaje? Może nie chce jej męczyć dociekliwymi pytaniami? Przecież wie, przecież widzi te ekskluzywne hotele wokoło. Widzi baseny i rzędy luksusowych samochodów na parkingach. Przed jej budynkiem stoi najwyżej kilka zdezelowanych gratów i wystarczy spojrzeć na pojazdy, żeby wiedzieć, jakie pieniądze zostawiają tu ich właściciele. W sumie jest ojcu wdzięczna, że oszczędza jej pytań, bo i tak ma mnóstwo kłopotów.

Siedziała zatopiona w myślach i nie zauważyła kucharza. Podszedł i usiadł przy niej, następnie objął ją ramieniem i przytulił.

– Nie martw się, dziecinko – szepnął – jakoś to będzie. Nie zamkniemy hotelu, bo przecież chyba, do cholery, jest Bóg i nam pomoże?

– Tak – zaśmiała się ironicznie – już zesłał nam jakiegoś czubka, co chce wynająć hotel za grube pieniądze. No i co? Gdzie jest ten czek? Gdzie jest ten klient?

– Może i lepiej, że go nie ma? Ten mężczyzna był dziwny – szepnął jej do ucha. – Znajdziemy inny sposób.

– Sama nie wiem. Jestem już zdesperowana. Wiesz… – Wstała z kanapy i podeszła do obrazu wiszącego w holu. – On powiedział, że w każdym obrazie jest coś z duszy artysty. Trzeba tylko umieć to odczytać.

– Może… Nie znam się na tym, jestem tylko kucharzem.

– On powiedział – kontynuowała – że z tego obrazu wyczytał cierpienie ojca. Zobaczył w nim jakąś starą historię, dotyczącą mojego dziadka. I mówił tak przekonująco, że prawie mu uwierzyłam.

– Dziadka?

– Tak, on twierdzi, że mój dziadek, jak się wyraził, „zszedł z tego świata” w tym domu.

– Co? – Kucharz zbladł. Trzymana w ustach świeżo rozpalona fajka wypadła na kanapę. Żar rozsypał się po obiciu. Mężczyzna zerwał się, zaczął niezdarnie zgarniać tlący się tytoń na podłogę i szybko zadeptywać.

Julita przyglądała mu się, nie kryjąc zaskoczenia. Nagle wszystko stało się dla niej jasne.

– Mówił prawdę? Myślałam, że zmyśla – szepnęła. – Coś przede mną ukrywacie?

– Bzdura!

– Czemu krzyczysz? – Podeszła do niego i spojrzała mu w twarz.

On jednak unikał jej wzroku.

– Nie unikaj mnie. Spójrz na mnie i powiedz, że to nieprawda.

– Nieprawda – wydusił. Spojrzał na nią, ale zaraz jego wzrok uciekł w bok. – Dziecinko, ja nic nie wiem. Nie proś, błagam – szepnął i wymijając ją, wybiegł z saloniku.

– Poczekaj! – krzyknęła za nim, ale już go nie było. Po chwili usłyszała trzask zamykanych drzwi z tyłu domu.

– Boże, o co tu chodzi? – szepnęła i usiadła na kanapie. – Jeśli jest jakaś przykra prawda, to czemu ukryli to przede mną?

Zacharczał dzwonek. Wolno wstała i podeszła do wejścia.

W progu stał Stefano Farioli, listonosz. Od wielu lat był zwiastunem tak złych, jak i dobrym wiadomości dla hotelu. Co tym razem przyniósł?

– Buongiorno. – Uśmiechnął się życzliwie. On zawsze był pogodny. Nigdy nie widziała, żeby ten człowiek zdenerwował się na kogoś. Zawsze porozmawiał i, co najbardziej lubił, poplotkował. Czemu jej ojciec rzucił tę robotę? Może byłby szczęśliwszy? Julita dobrze wiedziała, że ten biznes kosztował go całe zdrowie, a radości dostarczył tyle, co kot napłakał. Nie byłoby wtedy tego hotelu i ona chcąc nie chcąc musiałaby robić coś innego w życiu.

– List polecony.

Listonosz poszperał w wielkiej czarnej torbie, wyciągnął podłużną kopertę i podał ją Julicie.

Chwilę czegoś szukał na jakiejś kartce. Kiedy wreszcie znalazł, podsunął ją Julicie wraz z długopisem

– Proszę podpisać! Tu. – Wskazał palcem puste miejsce. Bez wahania postawiła autograf.

– Dziękuję i do widzenia – krzyknął już w progu i zniknął w głębi ulicy.

Dziewczyna stała, blada, z listem w dłoni. Patrzyła na starannie zaadresowaną kopertę. To nie było pismo maszynowe, to nie było z komputera. Ktoś ładnym ręcznym pismem utrwalił na papierze jej imię, nazwisko i adres. Dziwne, ale nadawcy nie było. Widocznie przyjmujący przesyłkę musiał tego nie zauważyć. Powoli podniosła kopertę i powąchała. Poczuła zapach drogich męskich perfum. Mimo że jeszcze nie otworzyła, dobrze wiedziała, co jest w środku. Weszła do saloniku, zbliżyła się do kanapy i usiadła. Sięgnęła ręką do wyłącznika stojącej tuż obok lampki. Teraz było widniej. Cały czas trzymała list przed sobą. Bała się. Czuła, że dopóki nie złamała pieczęci, jej układ nie ma wiążącej mocy, a otworzenie przesyłki oznaczało przyjęcie warunków. Zwykła koperta, w środku kartka z podpisem, nazwą banku i kwotą, niby nic, a jak jej to ciążyło.

Nie zauważyła stojącego w holu i obserwującego ją kucharza. Była skupiona na liście, musiała teraz podjąć decyzję, możliwe, że życiową. Te pieniądze mogły ją uratować lub zgubić. Jednak bez tych pieniędzy na pewno była zgubiona, one zaś dawały szansę, dawały nadzieję na lepsze jutro, na ocalenie hotelu, na ocalenie marzeń. Teraz dopiero zobaczyła Dominga i pierwszy raz w życiu dostrzegła panikę w jego oczach. One mówiły „nie otwieraj tego listu, spal go”.

– Muszę – szepnęła. – Potrzebuję tych pieniędzy.

Nerwowo rozerwała kopertę. W środku była podłużna kartka. Wyjęła ją. Tak, to czek. Poznała od razu, tym samym charakterem pisma co na kopercie wykaligrafowane jej nazwisko i imię. U góry widniała nazwa banku, a na dole zauważyła podpis wystawiającego. Przechyliła lampę i z trudem odczytała: Raul Gomes.

Hiszpan? Dziwne. Mówił po włosku jak rodowity Włoch. Spojrzała ponownie na kucharza. Był przeraźliwie blady. Czemu on się tak denerwuje? Julita wiedziała, że on ją kocha jak ojciec, a chwilami wydaje się, że nawet bardziej. Jednak tym razem chyba ciut przesadza z obawami.

– Już otworzyłam. – Zaśmiała się sztucznie, bo nie było jej do śmiechu. Paradoks, bardzo potrzebowała tych pieniędzy, trzymała w ręku czek na pięćdziesiąt tysięcy euro i nie cieszyła się.

– Źle. – Domingo skrzywił się. – Tym razem ja mam złe przeczucia.

– Będzie dobrze – starała się go pocieszyć. – To tylko dwa tygodnie. Za te pieniądze zrobię duże remonty, one uratują hotel.

– W to nie wątpię. – Nieprzekonany jej zapewnieniami pokręcił głową. – Byleby nie pogrążyły ciebie, dziecinko.

W ogrodzie na tyłach hotelu, w gąszczu starych rododendronów, stał nieduży murowany biały domek z wielkimi zielonymi okiennicami i ze starą czerwoną, mocno już wyblakłą dachówką. Po przekazaniu zarządzania hotelem Julicie zamieszkał w nim sam jak palec stary Bernardo. Giuseppa opuściła go wiele lat temu. Bóg ją powołał do siebie o wiele za wcześnie. Nie było wyjścia, musiał się z tym jakoś pogodzić. Teraz wiódł żywot samotnika, odwiedzanego jedynie przez dzieci i starych przyjaciół. Dużo malował; siedział w fotelu i całymi godzinami kopiował płótna słynnych mistrzów. Wszystkie ściany w hotelu obwieszone były jego dziełami, a on wciąż tworzył nowe.

Tego dnia pod wieczór zajrzał do niego Domingo.

– Witaj! – Gospodarz z pędzlem w dłoni spotkał go w progu. – Za rzadko odwiedzasz mnie, przyjacielu.

– Nie mam kiedy. Wciąż jestem potrzebny w kuchni. Julita nie daje sobie sama rady.

– Wiem, wiem, ludzie odchodzą, hotel podupada. – Bernardo pokiwał smętnie głową i usiadł w fotelu. – Boję się, co będzie za rok. Moje dni są policzone, ale nie chcę umrzeć z niepokojem w duszy. Ona musi odbić się od dna. Coś trzeba wymyślić. – Nerwowo wrzucił pędzel do słoika i wstał. – Tyle lat pracowałem, żeby to stworzyć, a teraz ma to wszystko pójść na marne?

– Nie pójdzie, Julitka da sobie radę.

– Nie wiem, sam nie wiem. – Bernardo usiadł i zapalił papierosa.

– Mógłbyś to rzucić – zauważył cierpko kucharz. – To trucizna. Lepiej zapal fajkę, jest dużo zdrowsza.

– Już mi nie zaszkodzi.

– Muszę ci coś powiedzieć… – Domingo zniżył głos i pochylił się w kierunku przyjaciela.

– Mów.

– Do hotelu zawitał dziwny gość – szeptał. – Jego spojrzeniem można było mrozić mięso, jego głos dzwoni mi dotąd w uszach. Wynajął wszystko na dwa tygodnie.

– No to świetnie! – krzyknął starzec.

– Tak, ale wynajął w marcu.

– W marcu? Czemu w marcu?

– No właśnie, też się dziwimy.

– Ale właściwie to w czym problem? Miesiąc jak każdy inny. Tyle że jest jeszcze zimno.

– Zapłacił z góry.

– No to super. Wreszcie będzie zmiana.

– Ale zapłacił trzy razy więcej, niż chciała Julita.

– Trzy razy? – Bernardo wypuścił z wrażenia papierosa. Na szczęście spadł na stojący obok stolik i stary szybko chwycił go ponownie. Musiał się sparzyć, bo szpetnie zaklął pod nosem. Zerknął na gościa.

– Dziwak? – spytał.

– Nie wygląda na dziwaka.

– Zapłacił?

– Tak. Dziś przyszedł czek. Julita pobiegła zaraz do banku i zrealizowała. Nie ma szwindlu.

– Faktycznie, to dziwne.

– Jest jeszcze coś…

– Co takiego?

– On zna tajemnicę…

– Jaką tajemnicę? – Bernardo nie krył zdziwienia. – O czym ty mówisz?

– No tę, którą mi kiedyś zdradziłeś, o twoim ojcu.

– Niemożliwe – wyszeptał Ballucci. Zbladł, ręce zaczęły mu się trząść. – Niemożliwe.

– Julita pytała mnie o to. Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– I co powiedziałeś?

– Nic. Zmieniłem temat, ale znam ją, ona nie odpuści. Musisz jej powiedzieć. Chyba jednak przesadzasz z tą tajemnicą.

– Nie! – Bernardo zgasił papierosa i sięgnął po następnego. – To niemożliwe. Ona nie może się nigdy dowiedzieć.

– Jesteś tego pewny?

Domingo kręcił głową, nieprzekonany.

– Tak!

– A jeśli ten mężczyzna jej powie? Jeśli dowie się prawdy od niego? Może lepiej, żeby jednak od ciebie?

– Nie! Kategorycznie nie! – krzyknął starzec. Cały drżał ze zdenerwowania. – Zaprzeczę wszystkiemu. To może Julitę zniszczyć. Ona ma bardzo delikatną psychikę.

– Silna jest, da radę! – Kucharz nie ustępował. – To wasza sprawa i zrobisz tak, jak uważasz. Zastanów się jednak. Wydaje mi się, że mocno przesadzasz.

– Ona się nie dowie. Jeśli zobaczysz tego mężczyznę, przyślij go do mnie. Dowiem się, czego naprawdę chce.

– Zgoda. Jednak nie ma gwarancji, że akurat będę w hotelu. Teraz już jest po sezonie i rzadko będę zaglądał.

Kucharz wstał ociężale z krzesełka. Pomyślał sobie, że chyba zna tylko część tajemnicy rodziny Ballucci. Przyjaciel najwyraźniej czegoś się bardzo przeraził. Z niepokojem obserwował gospodarza. Kiedyś to był przystojny mężczyzna, a teraz siedział przed nim nieduży, zgarbiony i zasuszony staruszek z rzadkimi długimi włosami, związanymi z tyłu w kitkę. Nawet jego wzrok był przygaszony. Już się nie trząsł. Siedział jakby odrętwiały, zamyślony. Co chwila tylko jego ręka jak automat unosiła papierosa do ust i opadała w kierunku popielniczki.

– To idę. Dobranoc.

Domingo odwrócił się i wolno ruszył do drzwi.

– Dobranoc – usłyszał zza pleców słaby głos Bernarda.

– Czemu tyle palisz, tato? – Julita z impetem otworzyła okna, żeby wywietrzyć domek.

– Już mi nie zaszkodzi – zaśmiał się. – I tak jestem jedną nogą na tamtym świecie.

Odwróciła się w jego kierunku i podeszła do fotela. Ojciec odruchowo się cofnął. Przykucnęła przy nim i spojrzała mu w oczy.

– Tato, musimy porozmawiać – szepnęła.

– Tak? O czym? – Rzucił jej niepewne spojrzenie.

– Tato, widziałam Dominga, jak wychodził od ciebie. Na pewno już ci wszystko opowiedział. Dobrze wiesz, o czym musimy porozmawiać. Ty wiesz, Domingo wie, tylko ja nie wiem.

Bernardo spuścił wzrok.

– O niczym mi nie mówił – burknął pod nosem. – O niczym.

– Tato, nie kłam. Zawsze wiem, kiedy kłamiesz – szepnęła. – Powiedz mi, proszę.

– Ale o czym?

Chwycił paczkę papierosów i nerwowo starał się wyciągnąć jednego. Ręce mu się trzęsły. Pojedyncze krople potu zaczęły spływać z czoła. Julita zauważyła to. Sięgnęła po chusteczkę i podała ojcu.

– Wytrzyj czoło, bo spociłeś się ze zdenerwowania.

W jej głosie można było wyczuć ironię. Bernardo wciąż nieporadnie szarpał się z papierosami, w końcu rozerwał paczkę. Wysypały się na podłogę, ale jednego zdołał chwycić. Nerwowo tarł kółeczko zapalniczki, w końcu przypalił. Dziewczyna cały czas go obserwowała. Rzadko widziała ojca w takim stanie. Czemu był tak zdenerwowany? Jaką straszną tajemnice kryje ten dom? Dlaczego do tej pory nic nie zauważyła?

Staruszek co chwila nerwowo się zaciągał. Nie śmiał podnieść wzroku i spojrzeć córce w oczy. To było dla niego za silne wyzwanie. Pierwszy raz zaczął żałować, że nie zdradził rodzinie swojej tajemnicy, przynajmniej jej części. Trzeba to było zrobić wiele lat temu, bo teraz będzie bardzo trudno. Trzeba było nie rzucać pracy listonosza, trzeba było nie kupować tego domu.

– Tato, czy powiesz mi wszystko?

Usłyszał głos córki jak przez mgłę, jakby z innego świata. Otrzeźwiał. Uniósł wzrok i spojrzał na Julitę. Musiał jej coś powiedzieć, cokolwiek, nie mógł dłużej żyć w kłamstwie. Wszystkiego nie powie, to jest niemożliwe.

– O czym? – wydusił. Chciał odwlec ten moment chociaż o parę minut.

– O dziadku. Czy dziadek faktycznie nie poległ na wojnie?

Nawet na chwilę nie spuszczała z niego wzroku. On zaś siedział nieruchomo jak sfinks. Papieros tlił mu się w dłoni, a żar niebezpiecznie zbliżał się do palców. W pewnym momencie tylko skinął głową.

– Umarł w naszym hotelu? – dopytywała się.

Ponownie skinął głową.

– Boże – szepnęła. Bezwiednie usiadła w kucki na dywanie tuż przy fotelu. Chwyciła Bernarda za rękę i mocno ścisnęła.

– Czemu mi tego nie powiedziałeś wcześniej? Dlaczego to ukrywaliście?

– Nie wiem. – Wzruszył ramionami. – Nie chciałem, żebyś miała jakiekolwiek bariery przy prowadzeniu hotelu. Chciałem twojego dobra. Kobiety nieraz boją się duchów zmarłych.

– Ale dlaczego, tato? Przecież ludzie często umierają w domu. Na co umarł dziadek?

– Nie wiem. – Znowu wzruszył ramionami. – To było tak dawno, byłem wtedy mały.

– A twoja mama, moja babcia, nie powiedziała ci?

– Nie. Czy to ważne? Wtedy ludzie umierali na tyfus, gruźlicę. Wiem, że kasłał, bardzo kasłał.

– Nie byłeś ciekawy?

– Nie wiem, córciu. Nie męcz mnie. Powiedziałem ci wszystko.

Julita poczuła, że silnie ścisnął jej dłoń. Zauważyła, że wyraźnie mu ulżyło.

– Dzięki, tato. – Wstała i pocałowała go w policzek. – Dobrej nocy – szepnęła mu do ucha i ruszyła w kierunku drzwi wejściowych.

– Nie gniewasz się? – krzyknął za nią.

Odwróciła się.

– Nie, jeśli to wszystko, jeśli nic więcej nie ukrywasz.

Nawet w słabym świetle zauważyła, że zbladł.

– Nie ukrywam – wydusił z wahaniem.

Może mi się wydaje, pomyślała. Może jestem już przeczulona?

Pomachała ojcu ręką i wyszła.

Bernardo powoli sięgnął po pędzel. Ostrożnie ścisnął włosie, uwalniając je od resztek wody. Wstał z fotela i podszedł do sztalugi. Zerwał lnianą zasłonę, zakrywającą płótno. W skupieniu nachylił się nad nim. To było dzieło jego życia, portret Giuseppy z pamięci, z serca. Kobieta na obrazie w niczym nie przypominała pierwowzoru, to był portret jej duszy i jego wyobrażeń.

– Brak mi ciebie – szepnął, patrząc na obraz. – Julita tak bardzo mi ciebie przypomina. Jest taka wrażliwa. Wiem, że ten przeklęty hotel jest jej całym życiem, tak jak był i dla ciebie. Chciałem, żeby kształciła się, żeby poszła w ślady braci, ale ona się uparła. Uległem jej, a nie powinienem. Teraz żałuję, ale zrozum, nie potrafiłem jej niczego odmówić, tak bardzo mi ciebie przypomina. Ma w sobie tyle energii i też tak jak ty kocha ten hotel. Dlatego nie dopuszczę, żeby poznała naszą tajemnicę, nie chcę, żeby i ją to zniszczyło.

Minęła jesień, zima pakowała swój kuferek, szykując się w coroczną podróż na drugą półkulę, a Toskania budziła się do życia. Roślinność nabierała soczystych wiosennych barw. Zbliżał się marzec. Powoli jak niedźwiedzie z zimowego snu budzili się hotelarze. Mimo wczesnej pory niektórzy rozpoczynali remonty, inni zaś kończyli te rozpoczęte jesienią. Wśród tych drugich była Julita. Jej hotel przeżywał drugą młodość, bo pokaźna kwota, wpłacona jesienią przez tajemniczego mężczyznę, w połączeniu z dochodami z poprzedniego sezonu pozwoliła dziewczynie na dokonanie znaczących zmian. Pomalowano hotel, odnowiono gzymsy przy dachu, wzmocniono balkony, wymieniono część wyposażenia, przebudowano hol i dzięki temu znalazło się miejsce na barek. Jedyne, czego brakowało, to basen, ale na to już nie wystarczyło pieniędzy. Może kiedyś trafi się inny szaleniec i znów wynajmie cały hotel?

Ostatni dzień lutego był bardzo nerwowy. Julita ściągnęła Dominga i zatrudniła kilka młodych dziewczyn. Tak jak uzgodniła z Gomesem, hotel był gotowy na przyjęcie gości. Okoliczni właściciele z zazdrością obserwowali przygotowania, bo wynajęcia obiektu nie dało się ukryć.

Koło południa, kiedy dziewczyna przecierała ramy obrazów w saloniku na dole, zadzwoniła jej komórka. Julita przerwała pracę, odłożyła ściereczkę na parapet i sięgnęła po aparat. Wcisnęła klawisz oznaczony zieloną słuchawką i przyłożyła telefon do ucha.

– Witam, pani Julito – usłyszała męski głos. Od razu go poznała i dziwny dreszcz przeszedł przez jej ciało.

– Witam – szepnęła.

– Właściwie mój telefon to jest zwykła formalność – kontynuował mężczyzna. – Wiem, że hotel jest przygotowany. Goście zaczną się jutro zjeżdżać.

– Zgodnie z umową – przypomniała.

– Dziś listonosz dostarczy pani list ode mnie. Będzie w nim lista gości – nazwiska i numery pokoi. Proszę ich umieścić zgodnie z listą.

– Dobrze. Nie będzie problemu.

– I proszę pamiętać, żeby w miarę możliwości unikać gości.

– A jeśli będą mieć jakąś prośbę?

– Proszę spełnić, ale w zakresie typowych usług hotelowych, nic poza tym. Czy ma pani jeszcze pytania?

Julita chwilę się zawahała. Mężczyzna wyczuł to.

– Proszę śmiało – zachęcił.

– Czy dowiem się, o co tu chodzi? To wszystko wygląda dziwnie – wyrzuciła z siebie.

Po drugiej stronie zaległa cisza, ale tylko na chwilę.

– Nie wiem – odparł. – To zależy od wielu okoliczności. W jakimś stopniu dotyczy to pani rodziny, i myślę, że w końcu zaspokoję pani ciekawość.

– Rodziny? Nie rozumiem? – szepnęła do słuchawki.

Ponownie zaległa cisza.

– Nie rozumiem… – powtórzyła mocniejszym głosem.

– To zasługa pani dziadka, że wybrałem ten hotel.

– Dziadka? On przecież nie żyje – krzyknęła wzburzona. – Czego pan chce od mojego dziadka?

– Ja? Niczego. Przecież, jak pani wspomniała, on już dawno nie żyje.

– To czego chce pan ode mnie?

– Od pani? Źle mnie pani osądza. Pani nie ma nic wspólnego z tą sprawą. Ja jedynie wynajmuję od pani hotel i daję zarobić. Wyciągam z tarapatów finansowych, a pani zadaje pytania. Nie okazuje pani wdzięczności, choć powinna.

Wyczuła w jego głosie pretensje. Zrobiło się jej głupio.

– Przepraszam.

– Niech pani nie przeprasza, tylko mi zaufa. – W głosie mężczyzny można było wyczuć zdecydowanie. – Muszę już kończyć. Jutro pierwszy marca. To tylko dwa tygodnie, a może nawet krócej. Jeśli spisze się pani wzorowo, otrzyma jeszcze premię.

– Nie chcę premii – krzyknęła. – Chcę tylko jednego.

– Tak? Czego?

– Sama nie wiem – zawahała się. – Boję się czegoś, sama nie wiem. Może to kobieca intuicja?

– Niczego nie musi się pani obawiać, naprawdę. Do zobaczenia.

Połączenie zostało przerwane. Julita powoli odłożyła telefon.

– Co się stało? Kto dzwonił? – usłyszała zza pleców. Odwróciła się. Domingo stał w drzwiach i obserwował ją z niepokojem. Dobry, stary Domingo. Cały czas, od kiedy ojciec usunął się w cień, stał przy niej i pomagał, doradzał we wszystkim. Był tylko kucharzem, ale tyle wiedział, że nieraz zastanawiała się, czy ten zawód nie jest jedynie przykrywką.

– On – szepnęła. To wystarczyło. Już wiedział, kto dzwonił.

– Czego chciał? – W jego oczach Julita zauważyła niepokój.

– Właściwie niczego. Mówił, że wynajęcie ma związek z moim dziadkiem.

– Przecież twój dziadek dawno nie żyje. – Wzruszył ramionami. – To chyba jakiś bogaty czubek. Po co dzwonił?

– Ma dziś przyjść wiadomość z listą gości .

– Nie podoba mi się to wszystko. – Domingo pokręcił głową, nie kryjąc niechęci. – Ten człowiek jest dziwny, czuję to. A to, co przed chwilą powiedziałaś, jeszcze mnie w tym mniemaniu utwierdziło.

– Chyba jednak przesadzasz. Dał słowo, że nie ma powodu do niepokoju.

– Sam to powiedział? Dziwne.

– Nie, spytałam go wprost.

– Nie wiesz, czy można mu wierzyć. To mogą być puste słowa. Jeśli ktoś płaci pięćdziesiąt tysięcy za usługę tak naprawdę wartą dziesięć tysięcy, to musi być w tym jakiś haczyk.

– Nie, tu akurat mu wierzę. Coś było w jego głosie… – zawahała się. – Jak by to powiedzieć? Sama nie wiem… Ten głos był ciepły, życzliwy, nieudawany.

Kucharz tylko skrzywił się i machnął z rezygnacją ręką.

– Za długo żyję, żeby wierzyć pierwszemu lepszemu. Będę miał oczy i uszy otwarte i jak tylko zauważę, że coś jest nie tak, zaraz biegnę lub dzwonię na policję. Nie dam ciebie skrzywdzić.

Julita podeszła do kucharza i delikatnie objęła go za szyję.

– Dziękuję ci, mój drogi przyjacielu, dziękuję.

– Nie dziękuj, po to jestem. Nie mam dzieci, ty jesteś przybraną córką – szepnął łamiącym się ze wzruszenia głosem. – Puść już, bo mnie udusisz, a muszę iść do kuchni.

Delikatnie uwolnił się z jej uścisku i wymknął z pokoju.

Julita włożyła gruby, czarny wełniany sweter, prezent od Antonia, najstarszego brata, który mieszkał w Rzymie. Mieszkał to mało powiedziane, on robił tam wielką karierę jako adwokat. Nawet kilka razy widziała z nim wywiady w Rai Uno. Była dumna z niego, zresztą dumna także z Pietra. Drugi brat wprawdzie nie jest prawnikiem, ale otworzył we Florencji wspaniały butik i mnóstwo sławnych ludzi tam się ubiera. Pietro zna wiele osobistości. Zna burmistrza, zna tę gwiazdę z telewizji… Zaraz, zaraz, jak ona się nazywa? Zresztą, nieważne. Obydwaj bracia stali się kimś, do czegoś już doszli, a przecież jeszcze całe życie przed nimi. A ona? Co ona zrobiła, co osiągnęła? Ma ten ledwo dyszący hotelik, użera się z personelem, sama biega z francuskim kluczem po łazienkach w razie awarii, bo nie stać jej na zatrudnienie hydraulika. Nawet hotelu się nie dorobiła, ojciec jej go przekazał. I tak dobrze, że bracia nie wyciągnęli rąk po swoją część. Nie wie, co by wtedy zrobiła, skąd miałaby wziąć pieniądze na spłacenie rodzeństwa? Może wreszcie los się odwróci?

Trzeba być dobrej myśli.

Ciężko westchnęła i wyszła przed hotel. Należało wyciągnąć z komórki rowery dla gości. Wyczyścić je, napompować i ustawić na stojakach przy bocznej ścianie. Zgodnie z umową wszystko musi być tip-top. Zbyt duże pieniądze zapłacił klient i za bardzo ich potrzebowała, żeby podpaść przez głupie niedopatrzenie.

Sięgnęła na parapet po wcześniej przygotowaną zwilżoną szmatę i zaczęła przecierać stojaki na rowery. Też należało je wymienić. Ząb czasu nadgryzał hotel z każdej strony. Stojaki jeszcze ten rok wytrzymają, ale nie więcej. Tak pochłonęła ją praca, że nie zauważyła listonosza. Dopiero kiedy stanął za nią i chrząknął, przestraszona raptownie odwróciła się w jego kierunku.

– Buongiorno, przepraszam, że przestraszyłem, pani Julito – bąknął speszony.

– Nie zauważyłam pana, spieszymy się z porządkami, bo od jutra mamy gości.

– Słyszałem; wcześnie w tym roku. – Pokręcił głową, nie kryjąc zdziwienia.

– Klient nasz pan – powiedziała ze śmiechem. – Nie ja wybierałam termin.

– Ma pani rację, ważne, żeby zapłacił, a niech nawet przyjeżdża w grudniu. A jak tam tata? Dawno go nie widziałem.

– Dziękuję, dobrze. Siedzi w swojej samotni i wciąż maluje. Musi go pan odwiedzić, na pewno się ucieszy .

– Nigdy nie ma czasu. – Machnął ręką. – Jednak kiedyś się wybiorę. Niedługo idę na emeryturę, to będę go miał w bród.

– Już na emeryturę? – zdziwiła się i przyjrzała mu uważniej. Faktycznie, postarzał się przez te lata. Jakoś nigdy nie zwracała na to uwagi. Widziała go prawie codziennie i przez to jego starzenie się kompletnie jej umknęło. Tak, to nie był już ten sam listonosz, który przebrany za świętego Mikołaja przynosił jej prezenty, kiedy była mała.

– Niestety, a właściwie stety! Jestem już trochę zmęczony… I będę miał więcej czasu dla wnuków. A pani nie wychodzi za mąż? Tata pewnie też by ucieszył się z wnuków. Ma dużo czasu, odchowałby je. Zna się na tym, przecież panią wychował.

– Nie. Mam jeszcze czas.

– Z tym czasem to bywa różnie, im człowiek starszy, wolniejszy, tym czas jest szybszy.

Podał dziewczynie kilka listów i ruszył do furtki. Ona nerwowo zerknęła na przesyłki, ale nie zauważyła tej, na którą czekała.

– Nie było do mnie poleconego? – krzyknęła za listonoszem.

– Mamma mia! – Złapał się za głowę. – Pewnie, że tak, zupełnie zapomniałem. Zagadałem się!

Sięgnął do torby i chwilę w niej szperał. Wreszcie znalazł. Powoli podszedł do Julity i podał wykaz przesyłek do podpisu. Wskazał jedno z nielicznych pustych pól i wcisnął jej w dłoń długopis. Złożyła autograf, a on wręczył jej list.

– Jeszcze raz przepraszam – burknął zmieszany i szybko się oddalił. Wzrok Julity spoczął na kopercie, która była taka sama jak poprzednia z czekiem. Tak samo była zaadresowana, tym samym charakterem pisma. I ją Julita podniosła i powąchała. Poznała perfumy, ich zapach był niespotykany i na pewno były bardzo drogie. Tym razem nie miała już wyboru. Energicznym ruchem przedarła kopertę wzdłuż krótszej krawędzi i zgrabnym ruchem wyciągnęła starannie złożoną kartkę. Nie było to odręczne pismo, lecz wydruk komputerowy. Na liście umieszczono pięć nazwisk, pięć imion i pięć numerów pokoi. Z ciekawością im się przyglądała. Może zna kogoś z listy? Może to jacyś ważni ludzie? Nie, żadne nazwisko nic jej nie mówiło, a niektóre wyglądały bardzo obco, z cudzoziemska.

Zmięła kopertę, cisnęła do pobliskiej śmietniczki i z kartką w dłoni weszła do hotelu.

To była koszmarna noc. Julita przewracała się z boku na bok i nie mogła zasnąć. Przecież już rano mieli się zjechać ci tajemniczy goście. Gdyby było ich więcej, pomyślałaby, że to jakaś sekta, ale pięcioro? O co tu chodzi? Po co pięciorgu turystom cały hotel? Czemu tak przepłacają? Przecież za dużo mniejsze pieniądze mogliby mieć do dyspozycji hotel tuż obok. Jest tam basen podgrzewany, sauny i wszystkie możliwe bajery, a w jej hotelu nie ma nic oprócz starych mebli i setek kopii obrazów na ścianach. No, jest jeszcze parking, ale nieduży i zapuszczony.

Kiedy już przysnęła, zaczęły dręczyć ją jakieś koszmary. Z szafy wyskakiwały zakrwawione zjawy przypominające filmowe zombi i trzaskały drzwiami. Dziadek z wykonaną z grubego sznura pętlą na szyi człapał po pokoju i tłukł laską w podłogę. To było straszne, potworny łoskot rozsadzał bębenki. Zjawy zatykały uszy i uciekały do szafy.

Dziadek co i rusz wymachiwał laską, bronił wnuczki, nie dawał jej skrzywdzić.

Julita zbudziła się cała zlana potem. Z lękiem rozejrzała się po pokoju, ale wszędzie panowała grobowa cisza. Ponownie przyłożyła głowę do poduszki i zaczęła liczyć stojące w równym szeregu książki w podświetlonej dyskretnymi lampkami biblioteczce. Kiedy doszła do trzeciej półki od góry, znów zasnęła. Zjawy ponownie wyskakiwały z szafy i dziadek musiał je poskramiać. Julita budziła się i wszystko zaczynało się od nowa. W pewnym momencie poczuła suchość w ustach; wstała i podeszła do okna. Sięgnęła po stojącą na parapecie butelkę z wodą mineralną, chciała sobie chociaż zwilżyć gardło. Mimochodem zerknęła przez okno i zdrętwiała. Naprzeciwko hotelu, tuż pod latarnią, stał mężczyzna. Ubrany w długi ciemny płaszcz, z rękoma w kieszeniach stał i wpatrywał się w okno jej pokoju. Blask światła z latarni oświetlał jego twarz – natychmiast poznała, że to był Gomes. To przez tego człowieka i jego zlecenie teraz nie spała. Stała jak skamieniała, sparaliżowana strachem. Mężczyzna zauważył ją, zrobił dwa kroki do tyłu, odwrócił się i zniknął w mroku nocy. Julita chwyciła klamkę, szybko otworzyła okno, wychyliła się. Jednak nie było już nikogo.

Wróciła do łóżka i naciągnęła grubą puchową kołdrę aż po szyję; cała drżała. Było jej zimno – ze strachu. I po raz pierwszy pożałowała, że przystała na ten co najmniej dziwny układ, że wynajęła hotel. Spojrzała na zegarek. Była druga w nocy i już wiedziała, że tej nocy ponownie nie zaśnie. Myliła się, sen dopadł ją tuż przed świtem.

Dzień pierwszy, poniedziałek

Tego ranka pogoda w niczym nie przypominała standardowej marcowej. Słońce już od wczesnych godzin zaglądało do hotelowych pokoi, a jego promienie ogrzewały wyziębione zimą wnętrza. Zapowiadał się naprawdę ciepły dzień. Boże, która to godzina?

Julita zerwała się na równe nogi, jakby ktoś jej nalał ukropu pod kołdrę. Sięgnęła po budzik stojący tuż obok łóżka na nocnej szafce. Szósta? Niemożliwe! Spojrzała na długą wskazówkę sekundnika, chciała się upewnić. Ta przemieszczała się rytmicznym ruchem, zegar działał.

– Jeszcze mam chwilę – jęknęła dziewczyna i rzuciła się z powrotem w pościel.

Myśli jak szalone zaczęły krążyć w jej głowie. Musiała to wszystko uporządkować, odrzucić wytwory chorej wyobraźni, a zostawić suche fakty. Nie wiedziała, kiedy zasnęła, ale dobrze pamiętała, że policzyła wszystkie książki na regale, policzyła wszystkie wazoniki i pamiątki z wyjazdów. W końcu zabrakło przedmiotów do liczenia, zaczęła przypominać sobie ostatnie wakacje i nagle film jej się urwał. Na ostatnim urlopie lało dzień w dzień jak z cebra. Przez tydzień była uwięziona w hotelowym pokoju. Ile można było grać w warcaby? Ile można było grać w karty? Ile można było rozwiązać krzyżówek? Jeszcze tydzień i skończyłaby u czubków. Z ulgą powitała ostatni dzień turnusu i z radością wróciła do domu.

Zaraz, zaraz, zastanawiała się. Czy faktycznie widziałam w nocy tego mężczyznę, czy mi się to wszystko przyśniło? A jeśli to nie sen, to skąd wiedział, w którym pokoju mieszkam? No tak, zapomniałam, przecież on mi powiedział, że zna ten hotel. On musiał tu kiedyś nocować. Wszyscy goście są rejestrowani. Znam jego nazwisko i wystarczy przejrzeć rejestry hotelowe. Tam powinien być jego adres. Może coś uda się ustalić. Muszę jak najszybciej sprawdzić tego Raula Gomesa.

Owładnięta tym pomysłem, wyskoczyła z łóżka i na bosaka pobiegła pod prysznic.

Charkot dzwonka wypełnił hotelowy hol. Zwykle działał ekscytująco na właścicieli, bo oznaczał nowego gościa, dodatkowy dochód dla firmy. Tym razem zaległa dziwna grobowa cisza. Dzwonek ponownie zadzwonił.

Zimny dreszcz przeszedł przez plecy Julity stojącej w progu kuchni. Zerknęła na nie mniej podenerwowanego Dominga, tkwiącego tuż obok. Nachylił się do niej.

– Otwórz – szepnął. – Nie możemy się ukrywać.

– Boję się – westchnęła. Powoli, jakby z wahaniem ruszyła w stronę drzwi.

Najpierw zobaczyła trzy wielkie szare walizki. Stały w samym wejściu, jedna na drugiej, i chybotały się niebezpiecznie na boki. Zza nich wychylił się czarny jak smoła, potężnie zbudowany Murzyn, ubrany w długi, szary flauszowy płaszcz. Senegalczyk?!

Pełno ich tu krążyło w okolicy. Miejscowi ich nie cierpieli, bo kradli i handlowali wszystkim, co popadnie, ale głównie podrabianymi torebkami i okularami. Kogo jak kogo, ale Senegalczyka nie spodziewała się.

– Dzień dobry. Ponoć mam tu zarezerwowany pokój – powiedział płynnie po angielsku.

– Pewnie tak – odburknęła.

On tego nie zauważył lub tylko udał, że nie, uśmiechnął się szeroko, pokazując dwa rzędy śnieżnobiałych zębów.

– Nazywam się Nelson Huari. Przyjechałem z Konga, a właściwie przyleciałem.

– Z Konga? – Julita nie kryła zaskoczenia.

– Dziwi to panią? – Zaśmiał się. – Wzięła mnie pani za Senegalczyka? Moja babka pochodzi z Senegalu, ale to stara historia.

Faktycznie, to musiała być stara historia, bowiem gość miał dobrze ponad sześćdziesiąt lat, a gęsta siwa czupryna dodawała mu jeszcze kilka.

Wskazała palcem stos waliz: – To wszystko pana?

– Moje.

Pokręciła głową.

– Sporo tego.

– Sporo? Szanowna pani – podniósł głos – to jest tylko niewielka część tego, co miałem.

– Tak?