Usterka - Radosław Damian Dopierała - ebook
Opis

Niewyjaśnione zdarzenia, paranormalne zjawiska, nadnaturalne zdolności – a może jedynie Usterka, drobna wada w mechanizmie?

Co może łączyć prostego drwala z prowincji, profesjonalnego zabójcę na zlecenie, zwyczajnego, nudnego księgowego, zakochaną młodą dziewczynę i renomowanego psychologa z szesnastoletnim stażem?

Wszyscy bohaterowie „Usterki” prowadzą normalny, spokojny żywot – jednak tylko do czasu. Kiedy w ich otoczeniu zaczynają dziać się rzeczy, które trudno wytłumaczyć, gdy coraz częściej doświadczają dziwnych stanów i spotykają osoby wywracające ich poukładany świat do góry nogami, przestają być pewni czegokolwiek. A już na pewno tego, że wszystko, absolutnie wszystko, da się racjonalnie wyjaśnić.

Powstająca powieść doprowadza młodego pisarza na skraj życia i śmierci…
Maniakalny fan telewizji jest świadkiem niezwykłej metamorfozy swojego telewizora…
Przeciętny urzędnik spotyka w swoim gabinecie samego diabła…


Dla każdego z tych ludzi to mógł być zwyczajny dzień.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 637

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zabij mnie jeszcze raz

I

– To będzie prosta robota – zapewnił Noogan, zerkając na niego znad filiżanki gorącego espresso. Para unosząca się nad naczyniem osiadła na jego okularach w złoconych oprawkach i przez moment nie widać było wyrazu jego oczu. Nie starł jej od razu – pozwolił, by osiadła na nich jak mgła zalegająca rankiem na wrzosowiskach. Uśmiechnął się tylko lekko i podmuchał, chcąc ostudzić napój. Pociągnął mały łyk, a przez jego ogorzałą, pokrytą drobnymi siateczkami zmarszczek twarz przemknął lekki grymas bólu. – Gorąca – mruknął, przyglądając się przez chwilę lekko rozkołysanemu płynowi w filiżance, jakby widział go po raz pierwszy. Pociągnął kolejny łyk, dłuższy. – Taka ma być. Hmm… Co to ja…

– Mówiłeś, że to będzie prosta robota – westchnął Miles, poprawiając od niechcenia mankiety koszuli. Znudzony rozejrzał się wokół i zawiesił na chwilę oko na przechodzącej obok dziewczynie. Zdrowe, smukłe, wysportowane ciało, idealne proporcje – ocenił. Pewnie biegała codziennie. Lubił wygimnastykowane kobiety.

– Ach, tak, oczywiście! – Noogan na chwilę się ożywił. Delikatnie odstawił na stolik opróżnioną do połowy filiżankę, zdjął okulary i zaczął je przecierać wyjętą z kieszeni marynarki jedwabną chustą w kolorze jaśminu. Uśmiechał się przy tym dobrotliwie. Łysina, pucułowata twarz, lekko zamglone, jakby nieco naiwne spojrzenie – ot taki serdeczny, nieco ciamajdowaty pan profesor mówiący do ulubionego studenta. Tyle że nie był żadnym profesorem, a już na pewno (z czego Miles świetnie zdawał sobie sprawę) nie był ciamajdowaty. Można było pozazdrościć ostrości jego umysłu, a jeśli przez moment wydawał się zagubiony, to wyłącznie dlatego, że chciał sprawiać takie wrażenie. Wszyscy gramy – pomyślał Miles. Jakżeby inaczej. Jednak mimo wszystko to miano do niego pasowało, Miles lubił go nazywać profesorem. W myślach.

– To będzie proste, łatwe i szybkie. Nic wielkiego dla specjalisty twojej klasy. – Profesor z lekkim uśmiechem kontynuował swój wywód. Okulary z powrotem powędrowały na swoje miejsce. – Czysta robota.

– Mhm… Ile razy ja już to słyszałem – mruknął Miles. – Żadna robota nie jest czysta. Na przykład Seattle. Dwa miesiące temu.

Profesor w jednej chwili spoważniał, a kiedy zza szkieł posłał swemu rozmówcy spojrzenie, można było w nim dostrzec ledwie tłumioną złość. Głos też mu stwardniał.

– Dobrze wiesz, że to nie był mój błąd, choć cię za niego przeprosiłem. Dostałeś również odpowiednią rekompensatę, czyż nie? – Po chwili spuścił wzrok i westchnął. – Nie zapomniałem o Seattle. Nie musisz mi o tym przypominać.

– Dobrze, już dobrze, nie mówmy o tym. Było, minęło. – Mężczyzna machnął lekceważąco ręką. – Powiedz mi lepiej coś więcej o tej sprawie.

– Tak, tak, naturalnie. – Tamten po chwili zastanowienia pokiwał głową i sięgnął po swoją skórzaną aktówkę. Swego czasu chwalił się (od niechcenia oczywiście, tak jak to on miał w zwyczaju), że poleciał po nią aż do Mediolanu. Wyciągnął z niej prostą, białą tekturową teczkę zapinaną na klamrę i przesunął po stoliku w kierunku rozmówcy. – Tu masz wszystko. Wiem, wiem, miałeś wziąć teraz trochę wolnego, rozbudowujesz ponoć warsztat. À propos: jak interes?

– Dobrze. Mamy teraz starego bel aira i chevy’ego, którym ponoć jeździł Nixon, ale to może tylko plotka – mruknął Miles. Od ośmiu miesięcy prowadził mały, ale dobrze prosperujący, warsztat specjalizujący się w renowacji starych wozów. Zyski nie były na razie wysokie, ale pewne, a dodatkowo firma stanowiła świetny kamuflaż. Poza tym lubił samochody.

– To dobrze, cieszę się, że się trochę… ustatkowałeś. Trzeba robić coś, co się lubi, prawda? Kolega wspominał mi o swoim jaguarze.

– Za tydzień chłopaki będą wolni. Zapiszę go.

– Świetnie, dzięki. – Mężczyzna się uśmiechnął. – Wiem, że masz trochę pracy, a tu jeszcze dorzucam ci tę sprawę, ale to wpadło tak niespodziewanie, a chwilowo nie mam nikogo wolnego… Nic wielkiego, ale zysk całkiem, całkiem. Jak mówiłem: czysta robota.

Miles niespiesznie sięgnął po teczkę, nie otworzył jej jednak od razu. W kilka chwil wybadał otoczenie. Odchylił się na oparcie wiklinowego krzesła, prostując kręgosłup, po czym niby od niechcenia powiódł wzrokiem po otoczeniu. Niewątpliwie mogło dziś uchodzić za urokliwe.

Skąpany w promieniach nienasyconego czerwcowego słońca bulwar sprawiał przyjemne wrażenie: rzędy pseudowłoskich kawiarenek, jak ta, w której siedzieli, wabiły przechodniów zniewalającym aromatem świeżo parzonej kawy, ludzie przy stolikach ukryci w cieniu białych parasoli rozmawiali ściszonymi głosami, grupki spacerowiczów płynęły miarowym strumieniem, który na szczęście nie zamienił się jeszcze w rwący potok. Najwięcej było par: młode, smukłe ciała dziewczyn opierały się o toporne sylwetki mężczyzn, z każdym dniem przybywało falujących na wietrze zwiewnych sukienek, z każdym cieplejszym dniem coraz krótszych. Kwiaty na tarasach, soczysta zieleń, błękit nad głowami. Gdzieś zabrzmiał głośny damski śmiech, gdzieś w oddali ryknął silnik motocykla, zaszczekał pies. Sunące w powietrzu frisbee zatrzymało się nagle po spotkaniu z silnymi szczękami rozbawionego czworonoga.

Dzień jak z obrazka – pomyślał z przekąsem Miles. Uwielbiałby takie dni, gdyby nie fakt, że niezmiernie go nudziły. Może rzeczywiście już czas na trochę ruchu.

Czysto. Otworzył teczkę i zaczął czytać.

Nie było tego dużo. Ot dwie kartki formatu A4 pokryte suchym tekstem układającym się w logiczną całość. Prosto, przejrzyście, rzetelnie, same fakty – tak być powinno. Dokładne informacje, dane najbliższych znajomych i rodziny (wyjątkowo zwięzły akapit, zauważył), skrócona biografia, stan zdrowia, ogólna kondycja, znane przypadłości, hobby, sympatie i antypatie. I reszta.

Zdjęcie. Mężczyzna. Widoczne zbędne kilogramy, postępująca łysina. Ogólnie obiekt sprawiał raczej sympatyczne wrażenie, ale nie była to twarz, która zapadłaby w pamięć. Tym niemniej usilnie starał się ją zapamiętać. Przeczytał wszystko kilka razy, chcąc, by nijaka twarz ze zdjęcia wryła mu się w pamięć. Wiedział, że tak będzie.

– Ogólnie nudny typ, jeśli się zastanowić. – Noogan przez moment dyskretnie obserwował urodziwą kelnerkę obsługującą starszą parę dwa stoliki od nich. Wokół ich stolika było pusto. – Prześwietliłem: zero podpuchy, żadna prowokacja. Gość nie ma i nie miał absolutnie żadnych powiązań z nikim, kto mógłby nas interesować. Zwykły szaraczek.

– Odkąd to interesują cię zwykłe szaraczki? – zapytał rozmówca z przekąsem.

– To… znajomy mojego znajomego. Pracuje w korporacji handlowej. Nieźle zarabia. Zwykły biurokrata po czterdziestce.

– I kto mu tak niby zalazł za skórę, hm? – Miles zamknął teczkę, poprawiając się na krześle. Profesor zmarszczył brwi. – Szef, który pominął go przy awansie? Kioskarz, który sprzedał podartego „Timesa”?

– Co? – Profesor przez chwilę wyglądał, jakby nie zrozumiał pytania. – Ach, nie, nic z tych rzeczy! To mnie właśnie zainteresowało. Sam się do nas zgłosił. To on wystawił zlecenie na siebie samego.

– O. – Lewa brew rozmówcy powędrowała lekko w górę.

– Właśnie. Początkowo myślałem, że to jakaś pokrętna prowokacja, ale nic z tych rzeczy. Tak długo wspominał o tym mojemu znajomemu, że ten w końcu skapitulował, rzucił mu jakąś wymijającą odpowiedź i skontaktował się ze mną. Wybadałem go i wysłałem mu wiadomość. Jest zdecydowany, odda nam wszystko, co ma na koncie. I więcej. Hm, już oddał. Oczywiście tym razem cała zapłata z góry. – Noogan uśmiechnął się, jakby powiedział świetny żart. – Chce najlepszego. Spotkałem się z nim raz: dość sympatyczny, dość przeciętny, dość nudny, po pięciu minutach rozmowa przestała się kleić. Wydaje mi się, że zaczyna mu odbijać, chyba wpada w jakąś paranoję. Opowiada niestworzone historie. Ale to nie mój problem. Chce umrzeć, ciągle to powtarzał, a ja nie pytałem dlaczego, nie jestem terapeutą. Mówi, że „wszystkiego już próbował, ale już nie może” i że „tylko zawodowiec może mu pomóc”. – Machnął ręką. – Takie bzdury…

– No dobrze. – Miles oddał Nooganowi teczkę, która natychmiast powędrowała z powrotem do skórzanej aktówki. Wracaj do Mediolanu, niedobra. – Niech będzie. Sam wybiorę czas. Za dwa dni, za dwa tygodnie, kto wie. Nie dłużej. Jakieś specjalne… życzenia?

– Chce się z tobą spotkać.

– Doprawdy? – Miles westchnął. – Czy to konieczne?

– Niestety tak. Ale spokojnie, mówiłem ci, że jest czysty.

– Kiedy?

– Jak najszybciej. – Noogan upił szybko łyk kawy. Teraz była ledwie letnia. – Jutro o dziesiątej?

– Szybko mu do śmierci.

– Najwidoczniej. Hm… Chyba wezmę kolejne espresso. To straciło już moc.

*****

Wyglądał nieco żałośnie. Z miną zagubionego wśród tłumu dziecka rozglądał się nerwowo we wszystkie strony. Łysina na czubku okrągłej jak piłka do koszykówki głowy połyskiwała w pełnym słońcu. Resztkę wypłowiałych włosów miał w nieładzie. Okulary w niczym nie przypominały tych używanych przez Profesora: za duże, w grubych czarnych oprawach, które modne przestały być zapewne gdzieś pod koniec lat siedemdziesiątych, i o szkłach grubych jak denka szklanek, w których Miles zwykł pijać wieczorami ulubioną whisky. Wyglądały archaicznie – jakby pożyczył je od podstarzałego wuja. Ubranie prezentowało się już lepiej: szary dwuczęściowy garnitur z dobrego materiału, choć na pewno nie uszyto go na miarę, bo gdyby tak było, zatuszowałby choć częściowo nad wyraz rozwinięty mięsień piwny podtrzymywany przez brązowy skórzany pasek z wąską klamrą. Nie była to jeszcze chroniczna otyłość, ale niewiele brakowało. Do tego podwójny podbródek i szerokie policzki nadające twarzy sympatyczny wygląd. Nadwagi nie było widać na zdjęciu. Oj, przybrało się nam ostatnio, nieprawdaż? – rzucił w myślach Miles, udając, że czyta kolejną stronę „Forbesa”.

Ruch w parku był mniejszy, niż mężczyzna przewidywał – pary stałych biegaczy i kilka osób z zadowoleniem wylegujących się na trawie w towarzystwie psów w odwiecznej pogoni za rzucanymi im patykami. Miles lubił czworonogi, uważał je za mądrzejsze niż większość spotykanych przez niego ludzi, ale mimo wszystko nigdy nie położyłby się na trawie, przez którą przebiegł wcześniej uradowany piesek. Tak, mili państwo – radosny piesek też zostawia niespodzianki. Udanego leżakowania życzę.

Uwagę Milesa na moment przykuły dwie dziewczyny obściskujące się na ławce po drugiej stronie alejki. Mogły mieć z dwadzieścia lat, może mniej. W pewnej chwili jedna pochwyciła kątem oka jego spojrzenie i w przerwie między gmeraniem językiem w ustach koleżanki przesłała mu krótki szelmowski uśmiech i zalotnie mrugnęła, po czym kontynuowała swoje dzieło. Uśmiechnął się. Ach, ta młodzież.

Zreflektował się i spojrzał w prawo – żałosny facecik zaczynał się niecierpliwić. Zrobiło mu się gorąco (marynarka to chyba jednak nie był dobry pomysł na dzisiejsze przedpołudnie), nerwowym gestem zdjął krawat i schował do kieszeni, rozpiął górny guzik koszuli i otarł pot z czoła. Nie można było nie zauważyć, jak bardzo drżą mu ręce.

No dobrze, miejmy to już za sobą. Miles poderwał się z ławki i z gazetą w ręce ruszył w stronę obiektu. Uśmiechał się delikatnie do wszystkich i do nikogo zarazem. Ubrany w szare spodnie, jasnobrązowe mokasyny, lekką białą koszulkę polo i z przerzuconą przez ramię niewielką granatową torbą sportową sprawiał wrażenie człowieka pewnego siebie, dbającego o siebie i swój wygląd. Rzeczywiście tak było, lecz nie był narcyzem. Ubrania w stonowanym kolorze, szyte na miarę marynarki, drogie ciemne okulary – przykładał do stroju dużą wagę, ale nie na tyle dużą, by popaść w przesadę. Zawsze sprawiał dobre wrażenie: ot człowiek sukcesu, kulturalny, uśmiechnięty, jeden z tych, „którym się udało” i którzy „wiedzą, czego chcą”.

W gruncie rzeczy jednak nie wyróżniał się niczym szczególnym. Co prawda był wysokim i nie najgorzej zbudowanym trzydziestoośmiolatkiem o gładko ogolonej, pociągłej twarzy i starannie przystrzyżonych blond włosach, niemniej wokół widział wielu przystojniejszych mężczyzn. I dobrze, nie lubił bywać zapamiętanym. Co prawda musiał przyznać, że żył na poziomie: miał ładny dom z ogromnym tarasem położony na obrzeżach miasta, lubił dobre ubrania, ryk silnika czarnego jak noc mustanga rocznik ’68, drzemiącego teraz w jego garażu obok czwórki innych aut, czy drażniący smak mocnego trunku spływającego mu po przełyku, ale nigdy nie przekraczał pewnej granicy. Nie otaczał się drogimi przedmiotami dla szpanu, a jeśli już to robił, dawkował go z umiarem, dzięki czemu ciągle pozostawał w cieniu. I tak mu było dobrze.

Pozornie nie zwracał uwagi na mężczyznę siedzącego na ławce, kiedy jednak znalazł się na jej wysokości, niespodziewanie przystanął i zajął miejsce obok. Ten drgnął zaskoczony, obrócił gwałtownie głowę w jego stronę (aż można było usłyszeć suchy trzask kości) i już otworzył usta, żeby coś wydukać, gdy Miles mu przerwał:

– Tak, wiem, to miejsce jest zajęte, czeka pan na kogoś już od kwadransa i strasznie się denerwuje. – Zmrużył oczy od słońca i wzbił wzrok w pobliskie drzewo. – Czeka pan na mnie, panie Moran.

Usłyszał przeciągły świst uchodzącego z płuc powietrza, niczym syk pary uciekającej spod pociągu.

– Ale… To… Eeee… Czyli to na pana… Czyli pan.

– Tak. To ja. Chyba nasi znajomi mają wspólnych znajomych.

– Hm. – Moran powoli odzyskiwał pewność siebie lub chociaż jej okruchy. Wyprostował się i poprawił marynarkę. Patrzył na rozmówcę szeroko otwartymi oczami, co jakiś czas lustrując wzrokiem cały jego strój. Wydawał się zakłopotany. – Hm, myślałem, że będzie pan… To znaczy wyobrażałem sobie pana trochę inaczej.

– Czyli jak? – zapytał mężczyzna, tłumiąc irytację.

– Hm, nooo, właściwie to nie wiem…

– No właśnie. Taak. Niewątpliwie to piękny park i piękny, słoneczny dzień, ale pan oczywiście ma co innego w głowie. Czy możemy już przejść do sedna?

– Co? Ach, tak, oczywiście, przepraszam. – Wyciągnął prawą rękę. – Michael Christopher Moran, ale wszyscy mówią mi Mike. A pan?

– Może mi pan mówić Jo. – Miles rzucił mu tylko krótkie spojrzenie. Wiedział o nim wszystko i nie potrzebował żadnego teatrzyku uprzejmych gestów. Naraz uświadomił sobie, że przychodzenie tu było tylko stratą czasu. Czemu to niby ma służyć? Przecież nie będzie się z nim zaprzyjaźniał. Ale skoro Noogan twierdził, że taki był warunek… Niech więc będzie, poświęci truposzowi parę minut. Dłoni jednak nie uścisnął.

– Ach, jasne, Jo. Miło mi poznać. Hm, to znaczy to pewnie nie jest pana prawdziwe imię, prawda? – Miles spojrzał na niego z kamienną twarzą. Mężczyzna spuścił wzrok i wybuchnął krótkim, nerwowym śmiechem. – Hehe, jasne, oczywiście, nie było pytania. Wie pan… no, jak by to powiedzieć… Nie mam doświadczenia, nigdy nie rozmawiałem ze… eee, specjalistą pańskiego pokroju… Boże, co ja wygaduję! Chciałem tylko powiedzieć, że…

– Panie Moran – przerwał mu uprzejmie, acz stanowczo. – Jestem zabójcą. Tak, nie boję się tego powiedzieć na głos. I niech się pan tak nie rozgląda na boki, nikt nas nie podsłuchuje. Jestem płatnym zabójcą. Nie pracuję tak na co dzień, to mój… dodatkowy etat. Od czasu do czasu dostaję zlecenie, oceniam, czy warto je przyjąć, jeśli tak, wykonuję swoją robotę. Mam parę zasad zawodowych, których staram się nie łamać, ale wszystko i tak sprowadza się do tego, że zabijam ludzi. Zazwyczaj złych, czasem dobrych, choć nie mnie to osądzać. Mówią, że jestem dobry w tym, co robię.

– Tak. – Zafascynowany Moran przełknął ślinę. – Tak słyszałem.

– Może to prawda, może nie. Nieważne. Ważne, że obaj dobrze wiemy, po co tu jesteśmy. Pan wie.

– Tak. – Mike pokiwał głową jak w transie, a jego twarz przybrała bolesny wyraz. Usta mu zadrżały. – Chcę umrzeć. Boże, ja po prostu… chcę umrzeć. Błagam, niech mnie pan zabije, błagam, to musi być pan chyba, bo jak nie, to kto… Ja już nie mogę, pierdolę to wszystko, niech to się skończy…

Cały wywód zlał się w jeden wielki szaleńczy potok słów wyrzucanych na bezdechu przez łysiejącego, żałosnego facecika w niedopasowanych okularach. Jo przyjrzał się mu z mieszaniną pogardy i zainteresowania. Facet naprawdę chce kopnąć w kalendarz. I cholernie mu śpieszno.

Nie przerywał mu, nie wsłuchując się zbytnio w bełkotliwy potok słów. Niech mówi. Byle nie za głośno.

– Jezu… – Moran dyszał ciężko. Oczy mu się zaszkliły, co można było dojrzeć nawet za tymi topornymi okularami. – Mam już dosyć… Naprawdę… Dlatego pomyślałem sobie…

– Że lepiej zwrócić się do specjalisty? – Zabójca lekko pokiwał głową. – Tak, rozumiem. Ciężko to zrobić samemu.

– Nie, nie, nie, nie o to chodzi. – Rozmówca potrząsnął głową tak energicznie, że krople potu z jego włosów trafiły na koszulkę polo siedzącego obok „specjalisty”, tworząc ładny artystyczny wzorek. – Pan nie rozumie. Ja nie mogę tego zrobić!

– Tak, tak, oczywiście. Bariery psychiczne, itepe. Jasne, rozumiem. Ale ja mogę.

– To nie takie proste. Muszę panu pow…

– Nieważne. – Miles zbył go machnięciem ręki. – Ważne jest, jak chce pan, żebym to zrobił: cicho czy głośno? Czy to ma wyglądać na wypadek, żeby pana znajomi po śmierci pomyśleli…

– Mam gdzieś, co pomyślą! – W głosie mężczyzny wybrzmiała złość. – Może pan nawet wysadzić ze mną pół miasta. Nieważne jak – byleby pan to zrobił. Tylko… Hm, może tylko mam jedną prośbę…

– Słucham.

– Niech to będzie szybkie. Tak, żebym nic nie poczuł.

Zabójca pokiwał głową ze zrozumieniem. Oni wszyscy chcieliby nic nie czuć. Żadnego bólu, żadnego cierpienia. Tylko moment, chwila i pstryk! jestem w innym świecie. Mamy Niebo. Albo Piekło. Niech będzie i tak.

– Oczywiście. Nic pan nie poczuje. To będzie szybkie i bezbolesne. Znam się na rzeczy.

Moran pokiwał głową i westchnął. Zapadła niezręczna cisza. Obok nich przebiegł spocony od stóp do głów młody mężczyzna. Na uszach miał słuchawki, z których wydobywały się przytłumione, ale wciąż słyszalne, wściekłe ryki jakiegoś (najpewniej również wściekłego) lidera deathmetalowej grupy. Od początku ich rozmowy przybyło spacerowiczów. Dwie dziewczyny już się nie obściskiwały. Jedna stała przy ławce, poprawiając bluzkę i gestykulując z ożywieniem. Druga (ta, która puściła mi oko – przemknęło Milesowi przez myśl; wiedział już chyba, kto tu dominował) nadal siedziała, śmiejąc się z niej. „…tylko o jednym”, „ty zawsze”, „jesteś nienormalna”. Kłóciły się. Dominująca wydawała się nie przejmować tym, co słyszy. Wyśmiała dziewczynę, która oddaliła się z pośpiechem w sobie tylko znanym kierunku.

– Niech pan na nie spojrzy – odezwał się Moran, kręcąc głową z niesmakiem. – Zero charakteru. Mają może po dziewiętnaście lat, a wymalowane jak trzydziestki. I ubrane jak zwykłe dziwki. Nie to, żebym miał coś do ludzi innej orientacji, nie, nie! Po prostu te dwie to zwykłe głupie młode kurewki. I wyrosną na głupie stare kurwy, mówię panu.

Milesa nieco zdumiał ten wywód, ale nie odezwał się ani słowem.

– Ale pieprzyć to. Pieprzyć wszystko! Dobrze więc, kiedy…

– O, nie, nic z tych rzeczy. – Zabójca pokręcił głową. – Nie powiem panu. Nie wybrałem jeszcze sposobu, czasu i miejsca, a nawet gdybym to zrobił, i tak bym panu nie powiedział.

– Dlaczego? Przecież muszę wiedzieć! Inaczej zwariuję!

– Nie. Chciał pan, żeby to było szybkie. Więc musi być niespodziewane. Poza tym może zrobiłby pan coś głupiego, nawet podświadomie. Cóż, mnie tu i tak nie ma, a tej rozmowy nie było. Powiem tylko tyle: to stanie się niedługo. Może jutro, może za tydzień, dwa. Nie dłużej. Tak działam. Jeśli chce pan się wycofać…

– Nie, nie, nic z tych rzeczy! – zaprzeczył mężczyzna błagalnym tonem. Udrękę miał niemal wypisaną na pucułowatej twarzy, stawała się już jego znakiem rozpoznawczym.

– I jeszcze jedno: niech się pan tylko nie zamyka w domu. Działam na otwartej przestrzeni. Niech pan idzie do pracy, na zakupy, na dziwki – nieważne gdzie. Musi pan być w ruchu. Tak będzie lepiej dla nas obu. Z mojej strony to tyle. I mam nadzieję, że się pan teraz nie wycofa.

– Nie. Jestem zdecydowany. Pan musi to zrobić. Dobrze, poczekam nawet parę dni, może jakoś wytrzymam. Byle nie za długo, bo naprawdę oszaleję. Jezu Chryste, niech to się wreszcie skończy… Raz, a dobrze! Ja naprawdę mam dosyć tego… tego… wszystkiego.

– Wiem. – Miles podniósł się z ławki, szykując się do odejścia. – Inaczej byśmy nie rozmawiali.

 

Co prawda zapowiedział, że nie będzie się spieszył, ale już następnego wieczora śledził Morana, gdy ten bez celu przechadzał się bocznymi uliczkami, oglądając bez zainteresowania witryny sklepowe. Co jakiś czas rozglądał się wokół z lekko otwartymi ustami, za każdym razem wodził tak wzrokiem przez dłuższą chwilę i gdy niczego nie dostrzegł, na jego twarzy można było ujrzeć rozczarowanie. Miles dobrze wiedział, kogo mężczyzna szuka: jego. O nie – nic z tych rzeczy, kolego. Dla ciebie jestem niewidzialny. Blond włosy skrył pod czapką z logo lokalnej drużyny baseballowej, jego cera miała teraz ciemniejszy odcień (to efekt odpowiedniego podkładu, który zastosował), a doklejona krótka broda wyglądała jak prawdziwa.

Niebo poszarzało. Do prawdziwego zmierzchu została jeszcze dobra godzina, ale już teraz kolory dnia ściemniały niczym ubrania, które zbyt często maltretowano w pralce. Powietrze miało dziwny smak: zrobiło się mdłe, lepkie, jakby wszyscy brodzili w niewidocznej mgle, która wchłonęła całą świeżość dnia. Miles zacisnął dłonie na kierownicy i skręcił w boczną uliczkę, gdzie przed chwilą zniknął jego cel.

Gdy wynajęty przez niego szary sedan wolno minął róg kamienicy, wiedział już, że to będzie doskonałe miejsce. Wąska, rzadko uczęszczana uliczka gęsto zasnuta głębokimi cieniami rzucanymi przez rząd podniszczonych kamienic i prostych, w połowie pustych, biurowców. Kilka zaparkowanych samochodów, w żadnym kierowcy, z naprzeciwka nadjeżdżał ledwie jeden wóz. Dwóch zataczających się mężczyzn człapało w dół ulicy, głośno porykując. Wyminął go samochód, po drugiej stronie chodnika przebiegł jamnik. Rozejrzał się w poszukiwaniu celu. Jest: sunął wolniej niż poprzednio, prawą stroną chodnika, pokonał ledwie pół długości. Był sam. Miles odruchowo pokiwał głową. Poczuł dobrze mu znane świerzbienie mówiące, że zbliża się właściwy moment. Dobrze.

Wyprzedził mężczyznę i zaparkował wzdłuż chodnika, nie gasząc silnika. Opuścił szybę od strony pasażera, sięgnął do leżącej obok torby podróżnej i wyciągnął z niej czarny pistolet z tłumikiem. Wybrał popularny model beretta kaliber dziewięć milimetrów, jakich były tysiące na ulicach. Nie do wytropienia. Sprawdził magazynek, odbezpieczył, wbił wzrok we wsteczne lusterko i czekał.

To było proste. Łatwe. Szybkie. Noogan miał rację.

– Przepraszam pana – zagadnął uprzejmie, gdy mężczyzna się z nim zrównał. Szary, bezosobowy, przygarbiony kształt. Powiedział to na tyle głośno, aby ten go usłyszał.

– Tak? – Michael Christopher Moran odruchowo odwrócił się w stronę nieznajomego.

Jo poderwał broń.

Strzelił.

Błyskawicznie trzykrotnie nacisnął spust, mierząc w okolice serca. Nie mógł chybić.

Widział, jak nagły grymas bólu przeszywa twarz mężczyzny, usłyszał stłumiony jęk i tamten leciał już do tyłu odrzucony impetem uderzenia. Mimo swojej tuszy w tym momencie wydawał się bardzo lekki. Groteskowo wyciągnął do przodu ręce, jakby chciał złapać się czegoś, ale na próżno. W powietrze uniósł się lekki obłoczek krwi. Zapachniało prochem. Ciało runęło na przepełniony śmietnik i zsunęło się na brudny bruk. Nie poruszało się.

Jo opuścił broń i zabezpieczył. Ze świstem wypuścił powietrze z ust i rozejrzał się wokół. Nie wyglądało na to, żeby ktoś obserwował całą scenę, ale lepiej nie kusić losu. Z dołu ulicy zbliżały się światła pojazdu. Jak zawsze poczuł dreszcz adrenaliny i nakazał sobie spokój. Włączył bieg i nie niepokojony przez nikogo opuścił ulicę.

Czysta robota.

 

II

Sześć dni później dostał telefon od Noogana. Co prawda spodziewał się go wcześniej, jak zwykle chwalącego go za dobrą robotę i przypominającego, żeby sprawdził stan swojego konta w Szwajcarii, które właśnie powiększyło się o pewną zacną kwotę. To właśnie spodziewał się usłyszeć, kiedy wyczołgał się spod plymoutha z sześćdziesiątego dziewiątego, którego właśnie naprawiał, i sięgnął po telefon. Znudzenie szybko ustąpiło miejsca zdziwieniu.

– Tak? – zapytał.

– Witaj, Jo, jak się masz? Wszystko u ciebie w porządku? – usłyszał wesoły głos Profesora.

– Hm, taaak, w porządku. Jak zwykle.

– Dobrze, to dobrze, cieszę się. Hmm. Posłuchaj: nie zrozum mnie źle, nie chcę cię pouczać, nie, nie – w żadnym razie! Hehe, ale słuchaj, może się trochę pospiesz, co? No, w końcu to nie może być nic trudnego, dla ciebie to jak spacerek, ale dobrze by było, gdybyś szybko zamknął tę sprawę.

O czym on, do diabła, bredzi? Miles zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc. Co z moją forsą?

– Ten facet, Moran czy jak mu tam znów, wydzwaniał dziś do mojego kolegi, chcąc się z tobą skontaktować. Oczywiście numeru nie dostał, tylko ja go mam – w głowie zresztą. Dzięki Ci, Panie, za dobrą pamięć. Facet jest upierdliwy, innych zalet nie stwierdzono. – Profesor zaśmiał się krótko, jakby z przymusu. – Nie wnikam, dlaczego ktoś chce zapłacić taką furę kasy za to, co mógłby zrobić sam, ale tym lepiej dla nas. Nie poganiałbym cię oczywiście, gdyby nie to, że mój znajomy zaczyna się irytować tymi telefonami, ale jeśli mógłbyś dziś lub jutro go… odwiedzić, to byłbym wdzięczny. Czysta robota, mówiłem ci.

– Dobry żart – parsknął Jo. Nie wiedział, dlaczego ten miałby mówić mu takie bzdury, kiedy nie dalej jak sześć dni temu widział ciało szarpane trzema kulami. To musiał być zatem jakiś żart.

– Co? – Teraz to Noogan wydawał się zbity z tropu. – Nie rozumiem.

– Już się tym zająłem. Kilka dni temu. Nie wiem, o co ci chodzi.

Cisza.

– Wiesz, Jo, jeśli coś ci wypadło, coś ważnego, to w porządku. Naprawdę. Ale nie musisz mnie okłamywać. – Głos Noogana się zmienił, zniknęła z niego cała wesołość. – Wiem, że chciałeś pojechać do Europy na urlop i przekładałeś go już zbyt wiele razy, ale obiecuję, że niedługo się tam wybierzesz. Jeszcze tylko ta sprawa. Więc proszę: zrób to szybko, jedź się zabawić, pozwiedzać, poopalać, czy co tam lubisz, albo ktoś inny sprzątnie ci sprzed nosa górę pesos. Dobrze?

Jo zacisnął mocniej palce na czarnej obudowie komórki i szukał odpowiednich słów. Czuł, że zaczyna się gotować, więc wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, i wbił kamienny wzrok w ścianę naprzeciwko. Raz, dwa, trzy, cztery… Dobrze, spokojnie, tylko spokojnie. Nie miał pojęcia, o co tu chodziło, ale to pieprzenie Profesora zdołało wyprowadzić go z równowagi, co nie zdarzało się często. To, co tamten mówił, było bez sensu, ale niech mu będzie – powie, co facet chce usłyszeć.

– OK. Masz rację – powiedział zdumiony spokojem, z jakim mówił. – Jutro, najdalej pojutrze, załatwię to. Masz to jak w banku.

– Dobrze. – Niemal widział, jak Profesor kiwa lekko głową. – Wiem, że mogę na ciebie liczyć. Zawsze mogłem. No to ci nie przeszkadzam. Zobaczymy się za parę dni. Stawiam lunch, może w tej włoskiej restauracyjce, co ostatnio? Zdzwonimy się.

– Jasne, czemu nie. Do zobaczenia.

– Tak, na razie. I powodzenia.

Miles rozłączył się i spojrzał na telefon takim wzrokiem, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. Co to miało być, do cholery?! Dawno już nie pamiętał tak dziwnej rozmowy. Takie żarty nie były w stylu Noogana, zatem tamten musiał być przekonany, że mówi prawdę. Więc albo jego też ktoś oszukuje, na przykład ten „znajomy”, albo… to była prawda. Znaczyłoby to, że…

Nie. Niemożliwe.

Zabiłem go.

…że Jo nawalił. Nigdy wcześniej mu się to nie zdarzyło, ale…

Nie. Ja nie nawalam.

Trzy strzały prosto w serce.

…ale zawsze musi być ten pierwszy raz.

Zaklął siarczyście. Wiedział, że trafił mężczyznę, i nawet gdyby tamten miał na sobie kamizelkę (dlaczego niby miał ją nosić – przecież chciał zginąć), to nie zatrzymałaby wszystkich trzech pocisków wystrzelonych z tak bliskiej odległości. Któryś zdołałby się przebić i utkwić w ciele. Połamane żebra, impet uderzenia, który odrzucił ofiarę do tyłu, krew na bruku, krwotok wewnętrzny… Może… ktoś się pod niego podszywa? Ale w jakim celu?

Zaklął ponownie. Był przekonany, że wykonał zlecenie, ale Noogan zasiał w nim potężne ziarno wątpliwości, którego nie mógł już wyplenić. Musi to sprawdzić.

Z podniszczonej turystycznej torby wciśniętej w głąb szafy wyciągnął półautomatyczny pistolet colta, tłumik i zapasowy magazynek. Zdjął z wieszaka skórzaną kurtkę i chwycił kluczyki.

Po chwili zabrzmiał ryk silnika.

Czekał dwie godziny, zanim ujrzał go w oknie jego mieszkania na trzecim piętrze. Mała lornetka niemal wypadła mu z rąk.

– Nie może być… – mruknął.

Grubas wyglądał jeszcze bardziej marnie niż podczas ich ostatniego spotkania: miał wielkie jak suszone morele wory pod oczami i wyraz twarzy zmęczonego buldoga po pochłonięciu zbyt dużej ilości karmy. Przeszedł na drugi koniec pomieszczenia i zniknął Milesowi z oczu. Mężczyzna oderwał od oczu lornetkę i odchylił się na fotelu w swoim srebrzystym chevrolecie, którego wnętrze zdążyło już nagrzać się od słońca. Włączył klimatyzację i się zamyślił. A więc jednak. Facet żyje, zlecenie niewykonane, a on po prostu spartolił robotę.

Dlaczego nie sprawdziłeś jego pulsu? – zapytał sam siebie.

Bo był martwy! A przynajmniej na to wyglądało. Przecież nie po…

Dlaczego nie wysiadłeś z wozu i nie podszedłeś do ciała?

Za nim jechał wóz, światło mogło mnie zdemaskować, kierowca mógł zobaczyć…

Dlaczego, do kurwy nędzy, nie sprawdziłeś, czy oddycha?!

Rąbnął dłonią w kierownicę i pokręcił głową zły na siebie. Powinien był to zrobić tak jak zawsze. To nieprofesjonalne. Prawda była taka, że nie zrobił tego, bo…

…bo to miała być prosta robota. Łatwa, niewymagająca, szybka. Żadnych strzelanin, żadnych podrzędnych gangsterów, żadnych tajnych agentów za drzwiami, gliniarzy na karku. Tylko łysiejący grubas przy kasie, który chce mieć efektowne zejście. Nie traktował tego więc tak poważnie jak poprzednich zleceń. Czy to zadanie może się równać z wyzwaniem, gdy musiał sprzątnąć świadka koronnego sprzed nosa FBI? Nie! To tylko zlecenie poboczne, wykonywane od niechcenia dla paru tysiaków, przerywnik przed czymś ważniejszym, czymś dla specjalisty jego formatu. Dlatego nie wysiadł z wozu i nie przyłożył palców do szyi ofiary. Nie chciało się mu.

Trudno. Dziś nie popełni tego błędu.

 

Czekał jeszcze pół godziny. Michael Moran wreszcie wylazł ze swojej kryjówki i ruszył w dół ulicy ze spuszczoną głową. Wyglądało na to, że rozmawia sam ze sobą. Miles ruszył jego śladem, tym razem pieszo, nie za blisko, ale nie tracił go z oczu nawet na chwilę.

Kim pan jest, panie Moran? Wygląda pan na zdrowego. Nic pana nie boli? Nie krwawi pan? Dla kogo pan pracuje? Czy to jakaś pieprzona pułapka? Pytania mnożyły się w jego głowie z każdym krokiem. Raz miałeś szczęście, nic więcej – myślał zabójca, wbijając wzrok w plecy człowieka przed sobą. Delikatnie przepychał się między ludźmi, aby nie stracić obiektu z oczu, nie chciał jednak podchodzić zbyt blisko. Musiał zachować bezpieczny dystans, choć mężczyzna nie sprawiał wrażenia, iż wiedział o jego obecności. Nie rozglądał się na boki, wydawał się głęboko zamyślony. Potrącił właśnie jakiegoś młodego Latynosa i chyba nawet tego nie zauważył, mimo że pod jego adresem popłynął dźwięczny strumień przekleństw.

Tłum się przerzedził. Dobrze. Więcej nie będzie czekał. Zacisnął mocniej prawą dłoń na kolbie pistoletu tkwiącego w kieszeni kurtki. Szybko pokonał odległość dzielącą go od mężczyzny i zacisnął dłoń na jego ramieniu; ten jęknął i drgnął zaskoczony, gdy lufa broni wbiła mu się boleśnie w bok.

– Nic nie mów – wysyczał Miles. – Skręcamy tutaj. W lewo.

Weszli do ślepej uliczki zastawionej przepełnionymi kontenerami na śmieci. W powietrzu unosił się smród rozkładu i uryny. Miles, nie zważając na protesty mężczyzny, zaciągnął go na sam koniec zaułka i brutalnie rzucił na odrapaną ceglaną ścianę. Wylot ulicy zasłaniał im obskurny kontener i sterty kartonów. Moran jęknął i złapał się za twarz. Miles wyciągnął broń z kieszeni i kilkoma sprawnymi, szybkimi ruchami nałożył na nią tłumik. Skończył w momencie, gdy mężczyzna zaczął się odwracać. Na jego zmęczonej twarzy Miles zobaczył strużki potu, ale nie było tam zaskoczenia czy strachu.

– Wiedziałem – wydyszał, pocierając nos. – Wiedziałem, że pan wróci. Dzwoniłem do…

– Zamknij się. – Bezceremonialnie rąbnął go w twarz kolbą broni i przystawił lufę do szyi. Drugą ręką szarpnął za koszulę grubasa, rozrywając ją. Po spękanym bruku potoczyły się guziki.

– Co pan…

– Cisza! – Jo zadarł mu podkoszulek opasający pokaźny brzuszek. Nie było kamizelki ani ukrytego mikrofonu. Nie było też żadnych ran, zadrapań ani nawet sińców. Nic. – Miałeś dwie kamizelki, tak? Dla kogo pracujesz? – Wściekły wbił mu lufę w krtań jeszcze mocniej.

– Dla nikogo! – wycharczał mężczyzna. – Nie wiem, o co… Boli… Mówię prawdę! Jezu…

Miles patrzył mu w oczy dłuższą chwilę. W końcu rozluźnił uchwyt i zrobił trzy kroki do tyłu. Moran zsunął się na ziemię, lądując na swych obszernych czterech literach. Przypominało to osiadanie wiekowego, zmęczonego swym ciężarem budynku, którego od dawna nikt nie remontował. Dyszał ciężko i pocierał obolałe gardło, z pękniętych warg cienkim strumykiem sączyła się krew.

– Mówiłem… – wyszeptał. – Mówiłem, że nie mogę zginąć. W tym problem.

– Spokojnie. – Miles rzucił krótkie spojrzenie na wylot zaułka zadowolony, że nie wzbudzili jeszcze niczyjego zainteresowania. – Ten problem mogę rozwiązać.

I zanim mężczyzna zdążył odpowiedzieć, podniósł lufę broni i strzelił mu w głowę. Kula przeszyła czaszkę, drążąc w niej trzecie oko, i wyszła tyłem, zamieniając głowę ofiary w Wielki Kanion. Ciało szarpnęło się gwałtownie, jakby przeszedł przez nie impuls elektryczny, i niemal rozpłaszczyło się na ścianie. Wokół głowy powstał obrzydliwy czerwony kleks niczym krwawa aureola, a kawałki czaszki i mózgu pofrunęły w fontannie krwi na wszystkie strony, znacząc ścianę i pobliski śmietnik. Wyglądały jak pajęczyna z twarzą znajdującą się w środku niczym złapana w sieć mucha. Z płuc wydobyło się ostatnie sapnięcie i głowa, a z nią całe ciało powoli pochyliły się w bok, znacząc swój upadek smugą rozmazanej krwi. Jakby ktoś malował ścianę starym, wybrakowanym pędzlem – przemknęło zabójcy przez myśl. Opuścił broń i dla pewności sprawdził puls ofiary. Oczywiście go nie było.

– Mówiłem: żaden problem – rzucił sucho i odszedł kawałek, by zdemontować tłumik i schować broń. Gdy wszystko było na swoim miejscu, odwrócił się w stronę wyjścia z zaułka, wykonał pierwszy krok i…

Zamarł.

Głupota – pomyślał. – Zmywaj się stąd, zanim jakiś pijaczek go znajdzie i zacznie się wydzierać wniebogłosy. Wszystko w porządku. Nic nie słyszałeś. Jest po robocie. Zadzwoń do Noogana i powiedz…

Usłyszał jęk.

Zrobił jeszcze jeden krok, zastanawiając się, dlaczego właściwie, do cholery, nie odchodzi, kiedy usłyszał go ponownie.

Ktoś cicho jęczał. I dyszał. Za nim.

Ktoś oddychał.

Pierdolisz – rzucił w myślach. – PIE-RDO-LISZ. Nic nie słyszałeś, bo nic tu nie ma prawa jęczeć, stękać, oddychać czy nawet pierdzieć. Przed chwilą zabiłeś człowieka i…

– Ja… Ja pier… Boż… – Ciche, urywane słowa zabrzmiały w jego uszach jak wystrzały z armat. Z napiętymi mięśniami powoli odwrócił się za siebie i oniemiał.

Michael Christopher Moran siedział w rozkroku pod śmietnikiem. Oparty o ścianę jęczał, trzymając się za głowę, jakby miał potężną migrenę, czego teoretycznie nie powinien już móc zrobić. Ściana wydawała się jakby czystsza. Była czystsza. Krwawy rozbryzg zmniejszał się z każdą sekundą, z każdą chwilą krwi było coraz mniej.

Niczym w filmie puszczonym od tyłu oniemiały Miles widział, jak krew, kawałki tkanki i kości powoli, zwartym strumieniem wracają na swoje miejsce. Najpierw nerwy i tkanka mózgu, potem krew i inne płyny, kości, kosteczki, skóra, włosy – wszystko wracało do swojego prawowitego właściciela. Ściana znów była tylko ścianą, głowa – głową. Strużka krwi, która pociekła po twarzy, kiedy kula kalibru dziewięć milimetrów przeszyła mu czoło, cofała się powoli niczym wąż umykający do kryjówki. Rana wlotowa zrastała się na oczach obserwatora, jakby nigdy jej nie było.

Mężczyzna głośno wypuścił powietrze z płuc i zamrugał. Przez chwilę wyglądał na mocno oszołomionego, zdawał się jednak poznawać Milesa. Próbował wstać, lecz bez powodzenia. Gdzieś obok zapiszczał szczur.

– Czy móg… – zaczął cicho Moran, po czym chrząknął i dodał już pewniejszym głosem: – Czy mógłby mi pan pomóc?

Wyciągnął w jego stronę rękę.

– Może mi pan pomóc wstać? Sporo ważę, a wszystko mnie boli i jestem zmęczony.

Miles nic nie odpowiedział. Stał jeszcze przez chwilę, ciężko dysząc, niezdolny do wykonania żadnego ruchu, po czym wolno obrócił się w kierunku ulicy i zaczął iść. Na początku nogi miał sztywne, jakby nie chodził od wielu dni. Za wolno, dlaczego idę tak wolno, czy ja w ogóle idę? – rzucał w myślach. Stopniowo przyspieszał. Głos gdzieś za nim ciągle coś mówił. Nie słuchał. Nie mógł słuchać.

Gdy dotarł do ulicy, maszerował już bardzo szybko. Potrącił kilku ludzi, ale nawet tego nie zauważył. Potem już tylko biegł.

*****

Nie pamiętał, jakim cudem dojechał do domu, nie powodując po drodze żadnego wypadku, i jak tu w ogóle dotarł. Gdzie zostawił samochód? Nie pamiętał. Wchodząc do swojego salonu, czuł odrętwienie na całym ciele. Ciężko opadł na fotel. Poczuł, jak bardzo jest zmęczony – bolały go mięśnie nóg. Chryste, czy ja ciągle biegłem? Jak długo? – pomyślał, nic nie rozumiejąc.

Z wysiłkiem podniósł się z kanapy i ruszył w stronę kuchni. Na chwiejących się nogach podszedł do zlewu, wsunął głowę pod kran i odkręcił go do oporu. Zimny strumień nieco go orzeźwił i pozwolił na chwilę zapomnieć o wszystkim, co się dziś wydarzyło. Pozwolił wodzie płynąć dłuższą chwilę, potem wziął duży jej łyk; miała nieprzyjemny, metaliczny posmak, ale pił i pił, nie mogąc przestać. Dosyć – powiedział sobie. Zakręcił kran, wyprostował się i wytarł się z grubsza ścierką. Nalał sobie sporą porcję brandy i ze szklanką w dłoni poczłapał z powrotem do fotela.

– Co za bzdury – rzucił i wypił duży łyk. Zwykłe bzdury. To się nie wydarzyło naprawdę. To nie mogło się zdarzyć naprawdę. A zresztą co się nie mogło wydarzyć? Przecież nic się nie wydarzyło. To tylko stary killer Miles zbzikował. Pewnie od nadmiaru dobrej pogody. Odbiło mu jak diabli, ma halucynacje, słyszy głosy i zaraz pewnie będzie go nawiedzać twarz Jezusa w toście… Tak, tak, nie ma co, coś ci się zdrowo pojebało, mój ty drogi zabijako. Za dużo brandy i prochów, na pewno tak, trzeba zmienić dietę…

Szlag! Do cholery, przecież był zdrowy! Badał się regularnie w renomowanych klinikach, z jego głową też było wszystko w porządku. Gdyby miał jakąś chorobę wywołującą takie objawy, wiedziałby o tym! Halucynacje? Chryste, nigdy w życiu ich nie miał, poza tym czuł się ostatnio dobrze, nic szczególnego się nie wydarzyło.

Zapominasz o pewnym mało ważnym wydarzeniu w zaułku…

Dosyć! Przecież to się nie mogło wydarzyć!

Jak ten mózg pięknie wskakiwał na swoje miejsce, zupełnie jak puzzle…

Ale przecież jestem zdrowy! Nie mogło mi ot tak odwalić!

Ciekawe, że facet mówił, zanim jeszcze wszystko się poskładało, ale był zmęczony, tak, baaardzo zmęczony. Wracanie do życia po śmiertelnym postrzale musi przecież męczyć, musi…

To musiał być sen – to był jakiś sen! Wczorajszy dzień był taki męczący. Musiał zasnąć na sofie, a telefonu od Noogana też tak naprawdę nie było i…

Odruchowo dotknął kieszeni kurtki i całą wersję ze snem diabli wzięli. Wyjął z niej pistolet. Przyłożył lufę do nosa i wyczuł lekki zapach prochu. Jak w gorączce usiadł na podłodze, wyciągnął magazynek i zaczął go rozładowywać. Przeliczył naboje cztery razy. Jednego brakowało.

Parsknął śmiechem. A to ci dopiero – jednak mam zwidy! Wypił brandy i oparł się o fotel, przymykając oczy. Niespodziewanie dla siebie, po paru minutach bicia się z myślami – zasnął.

 

Gdy się obudził, salon skąpany był w mroku. Spojrzał na zegarek: dwudziesta trzecia czterdzieści jeden. A więc przespał prawie cały dzień. Po przebudzeniu poczuł się lepiej, dawne odrętwienie było ledwie wspomnieniem, ale przed oczami nadal miał dziwaczny, makabryczny obraz.

Uciekłeś – dręczył go złośliwy umysł. – Wziąłeś nogi za pas i spieprzałeś jak mały zając, aż się za tobą kurzyło! Ho, ho, nie ma to jak profesjonalizm, prawda? Uciekł. Jak zwykły tchórz. Ale wiedział, że to nie było zwyczajne tchórzostwo – to była reakcja obronna. Nie mógł tam zostać, bo chybaby zwariował. Nikt by nie mógł. I tak widział już za dużo. Zabił go, wykonał kontrakt, zrobił mu pieprzoną wielką wyrwę w tej tępej, łysej łepetynie, a ten jakimś cudem poskładał się do kupy!

Miles zaczął analizować całą scenę sekunda po sekundzie, jak montażysta przeglądający każdą klatkę filmu. Po przebudzeniu niemal całkiem odrzucił możliwość choroby umysłowej. Nie był chory, nie był szalony, był niezwykle wręcz zrównoważonym człowiekiem. Owszem, od czasu do czasu zdarzyło mu się sprzątnąć kilku ludzi, ale poza tym był całkowicie normalny. Przypominał sobie tę scenę wielokrotnie i za każdym razem coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, iż naprawdę miała ona miejsce.

– Zmartwychwstanie – mruknął. – Pieprzone Wielkie Zmartwychwstanie Grubasa.

Musi to zbadać, musi mieć pewność, zdobyć dowody, dowiedzieć się, o co w tym wszystkim, do diabła, chodzi. Musi wyjść, teraz, już. Przywołał w pamięci adres mężczyzny, poklepał się po kieszeni w poszukiwaniu kluczy i dokumentów i wyszedł w mrok. Pistolet zostawił – wątpił, by dziś mu się na coś przydał.

Godzinę później operował wytrychem w zamku mieszkania Michaela Morana. Zasłonił dyskretnie drzwi. Wyglądał jak ktoś, kto po posiedzeniu w pobliskim barze ma problemy z trafieniem w dziurkę – normalka. O tej porze cała kamienica wydawała się pusta i senna. Miles usłyszał lekki zgrzyt w zamku i delikatnie pociągnął za klamkę. Niepostrzeżenie wślizgnął się do środka i stanął na chwilę w półmroku, nasłuchując.

Stukanie zegara na ścianie, odległy szum lodówki, stłumione odgłosy ulicy za oknem. Gdy wzrok przyzwyczaił się mu do ciemności, zbadał teren. Był w obszernym salonie zastawionym regałami z książkami i kilkoma potężnymi fotelami. Na ścianie wisiał olbrzymi telewizor, obok stał sprzęt stereo z wielkimi głośnikami. Wnęka po prawej prowadziła zapewne do kuchni – to stamtąd dobiegał szum lodówki. Obok drzwi prowadzące do jakiegoś pomieszczenia, wątpił jednak, by była to sypialnia, prędzej pokój dla gościa albo jakiś mały gabinet. Zainteresowały go szerokie drzwi z lewej. Ostrożnie minął stojak na płaszcze i stojąc już pod wejściem, usłyszał chrapanie. A więc tu była sypialnia. Ze szczeliny między drzwiami a podłogą bił snop światła, po odgłosach jednak Miles ocenił, że gospodarz spał. Otworzył drzwi.

Michael Moran leżał na plecach ubrany w granatową piżamę w szare groszki i chrapał przy tym w najlepsze. Zmięta pościel leżała w połowie na podłodze, rolety zasłaniały okna. Jo postąpił krok naprzód i poczuł, że nadepnął na coś miękkiego. Spojrzał w dół i ujrzał poduszkę. Śpioch musiał ją zrzucić razem z pościelą, może nawet coś mu się śniło, jakiś koszmar na przykład.

Działając pod wpływem impulsu, podniósł ciężką poduszkę, usiadł na łóżku obok Morana i napinając mięśnie, przyłożył ją do twarzy grubasa. Reakcja śpiącego była niemal natychmiastowa: gdy poduszka brutalnie odcięła mu dostęp powietrza do płuc, przerywając sen w połowie, drgnął gwałtownie, zaczął się szamotać, kopać, wyć i szarpać za poduszkę, aby się uwolnić. Miles słyszał jego przytłumiony, zniekształcony wrzask przechodzący w jęk, czuł jego strach wsiąkający razem ze śmierdzącym potem prosto w materac. Wbił kolano w brzuch mężczyzny, ograniczając jego ruchy, i choć palce tamtego próbowały oderwać ręce napastnika od piekielnej poduszki, on tylko zacisnął zęby i mocniej naprężył mięśnie. Zdychaj, no zdychaj wreszcie! – rzucił w myślach. Trwało to krócej, niż przewidywał; ruchy mężczyzny były coraz wolniejsze, robiło się coraz ciszej, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, siły go opuszczały, aż w końcu opuściły zupełnie. Jeszcze kilka ostatnich spazmów i ciało znieruchomiało.

Miles jeszcze przez kilka sekund trzymał poduszkę, po czym odrzucił ją na bok i dysząc ciężko, zeskoczył z łóżka. Oparł się o ścianę i spojrzał na swe dzieło. Mężczyzna leżał w nienaturalnej pozie, powykręcany, jakby każda kończyna jego ciała zyskała samodzielność. Oczy miał otwarte, z ust sterczał język. W powietrzu uniósł się drażniący odór fekaliów. Zabójca się skrzywił. Dobry znak. Wiedział, że mężczyźnie puściły zwieracze, to był częsty przejaw u nieboszczyków umierających w podobny sposób, więc może jednak…

Ciało na łóżku nagle drgnęło, wygięło się, dłonie i stopy zaczęły trząść się na wszystkie strony. Usta rozchyliły się szerzej i wydobył się z nich przeciągły, chrapliwy jęk, który przeszedł w kaszel. Oczy, jeszcze przed chwilą martwe, poruszyły się, powieki zamrugały. Mężczyzna gwałtownie usiadł na łóżku, spazmatycznie łapiąc powietrze, i powiódł wokół szaleńczym wzrokiem, jakby nie wiedział, gdzie jest. Widać było, że szybko wraca mu świadomość. Szok na twarzy ustąpił miejsca zrozumieniu, gdy zobaczył Milesa opartego o ścianę.

– To… – wyjęczał. – To, to pan… Co…

– Udusiłem pana – powiedział cicho zabójca z grymasem niezadowolenia na twarzy. – Pana własną poduszką. A mimo to pan żyje. A tak w ogóle to dobry wieczór.

Moran zamrugał oczami, otworzył usta, by coś powiedzieć, zaraz je jednak zamknął. Przełknął ślinę i spojrzał na materac. Widać było, że się zawstydził.

– Tak, sfajdałeś się w gacie, człowieku. – rzucił Miles. – Zdarza się.

– Ja… muszę do łazienki.

– Oczywiście. Tymczasem zrobię kawę. Musimy pogadać. I niech pan otworzy okno.

Dwadzieścia minut później pili kawę w kuchni, siedząc po przeciwnych stronach stołu na niewygodnych, wygiętych w dziwny kształt krzesłach. Właściwie to tylko Miles pił, Michael jedynie apatycznie trzymał kubek, siorbnął z niego tylko raz. Wyglądał już lepiej, twarz nabrała kolorów, oczywiście zmienił także ubranie. Rozbiegany wzrok kierował to na meble, to na rozmówcę.

– No dobrze – przerwał ciszę niedoszły zabójca i odstawił kubek na stół. – Jest pan mi winien małe wyjaśnienie, panie Moran. Postaram się zadać to pytanie jak najprościej. Więc… co, do jasnej cholery, tu się dzieje?

Moran przygarbił się, jakby spodziewał się zaraz jakiegoś ciosu. Pokręcił głową i westchnął.

– Ja… Naprawdę nie wiem, jak to wytłumaczyć.

– Domyślam się. Mimo to niech pan spróbuje. Jestem dosyć inteligentny, może załapię.

– Ja… – Mężczyzna zająknął się, ale zaraz opanował. Patrzył teraz Milesowi prosto w oczy. – Ja po prostu nie mogę umrzeć. Nie mogę. Próbowałem… z tym skończyć, ale nie mogłem. Chciałem panu wcześniej powiedzieć, ale mi pan nie pozwolił. Pana… szef, czy ktoś taki, mi nie uwierzył, ale to prawda. Nie wiem, jak to w ogóle jest możliwe! Kurwa, cokolwiek bym zrobił, ja-nie-mo-gę-um-rzeć.

Jo wytrzymał jego spojrzenie.

– Aha – mruknął. – To już zauważyłem.

– Zaraz. – Moran mrugnął zdziwiony. – Nie dziwi się pan? Jest pan taki spokojny i w ogóle.

– Czemu mam się dziwić? Próbowałem pana zastrzelić – nie, to nie tak – ja pana zastrzeliłem! Dwukrotnie. Udusiłem pana, a pan nadal chodzi, rozmawia i z tego, co widzę, oddycha, więc okazywanie zdziwienia nic mi nie da. Podobnie jak zaprzeczanie temu wszystkiemu. Coś jest z panem nie tak, nie da się ukryć. Może jest pan nieśmiertelny, a może nie, przyjąłem to do wiadomości. Tak na marginesie: ma pan bardzo dobry ekspres do kawy.

Gospodarz nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem. Zanosząc się od śmiechu, chybotał się na stołku to w lewo, to w prawo, tylko cudem unikając spotkania z podłogą. Klepał się po udzie i rechotał tak mocno, aż łzy pociekły mu z oczu i zaczął tracić dech. Wtedy spróbował się opanować.

– O Jeeezuu… – wydyszał, z uśmiechem ocierając łzy. – Chryste… Nawet… nawet nie wiem, z czego się właściwie śmieję. Ale to wszystko takie popieprzone! Ja tu mówię, że jestem wybrykiem natury, a pan mi o kawie! I powiedział pan to tak swobodnie, i jeszcze ta spokojna mina…

– Cieszę się, że pana rozbawiłem. – Jo mimo woli lekko się uśmiechnął. Na chwilę.

– Wie pan, jest pan drugą osobą, której to powiedziałem. – Rozmówca zatopił się we wspomnieniach. – Dwa miesiące temu opowiedziałem o tym staremu kumplowi, Bartowi, nawet w porządku gość. A może zresztą wcale nie w porządku. Hm, nieważne, chuj z nim. Chuj z nimi wszystkimi! W każdym razie zaprosiłem go do siebie, bo musiałem w końcu komuś powiedzieć, rozumie pan? Musiałem to z siebie wyrzucić. No więc popiliśmy trochę, zebrałem się na odwagę i mówię mu, że mam dosyć tego całego gówna, kończę z tym, tylko nie wiem jak. Na co on – myślał, że żartuję – mówi: a co za problem? Bierzesz gnata i bam! Po kłopocie! Złączył dwa palce, przystawił do głowy, udając, że strzela, i wybuchnął śmiechem. Miał paskudny śmiech, jak się teraz nad tym zastanawiam – jak pijana ropucha. No więc… mówię mu, że już tego próbowałem i gówno! Wyciągnąłem pistolet z biurka – mam waltera, prezent od nieżyjącego wujka – i przystawiłem do głowy. Od razu przestał się śmiać. – Z głosu Michaela znikła teraz cała wesołość. Wzrok wbił w blat stołu, wydawał się nieobecny duchem.

Jo przezornie milczał, chcąc poznać koniec tej historii. Miał przeczucie, że wszystko, co usłyszy od mężczyzny, może mieć znaczenie. Wszystko może się składać na rozwiązanie tej makabrycznej zagadki. Rozmówca podjął przerwany wątek:

– Facet przestraszył się, gdy zobaczył mnie z bronią. Powiedział, że on tylko żartował, żebym przestał się wygłupiać, że niby mam po co żyć, że na pewno nie jest tak źle, że to żadne rozwiązanie… Taak… W jednym miał rację. – Głos Michaela stał się cichszy. – To nie było rozwiązanie. Niestety.

Zapadła cisza. Wydawało się, że mężczyzna nie dokończy swojej opowieści, że odpłynął już zbyt daleko, nagle jednak wyprostował się, sięgnął po kubek z kawą i zaczął pić, nie zauważając nawet, jak strużka ciemnego płynu spływa mu po brodzie. Gdy nic już nie zostało, głośno odstawił naczynie na miejsce i kontynuował opowieść:

– Pewnie się pan domyśla, co było dalej. Strzeliłem. Jedyne, co później pamiętam, to klęczącego na podłodze kolegę – rzygał jak kot. Próbowałem mu wytłumaczyć, prosiłem go, żeby mi pomógł, że może teraz on strzeli i… Był blady jak ściana, cały się trząsł. Patrzył na mnie jak na jakiegoś ducha. Mówił, żebym się do niego nie zbliżał, że jestem popieprzony i nie chce więcej mieć ze mną nic wspólnego. Cóż, dużo klął. Dopadł drzwi i wybiegł jak opętany. Musiał zmienić numer, do pubu, w którym często się widywaliśmy, też przestał przychodzić. Więcej go nie widziałem.

Moran pokręcił głową ze smutkiem. Widać było, że to dla niego bolesne wspomnienie, jednak Miles nie miał zamiaru pozwolić, aby ten całkiem zamknął się w sobie. Musiał jeszcze czegoś się dowiedzieć.

– Dziwi mu się pan? – spytał.

– Co?

– Każdy człowiek na jego miejscu by spanikował.

– Pan też spanikował? Wtedy, w zaułku?

– Nie – odparł twardo, zaciskając usta. Nie chciał się przyznać do chwili słabości. – To… był odruch obronny organizmu. Musiałem odejść, żeby lepiej przemyśleć sytuację. Przegrupować się. Odejść, nie uciec, rozumiemy się?

– Oczywiście. – Moran gorączkowo pokiwał głową. – Prawdę mówiąc, cieszę się, że pan tu jest i chce mnie wysłuchać. Przepraszam, jeśli pana uraziłem, nie chciałem, żeby to źle zabrzmiało.

– Nieważne. – Machnął ręką, ucinając temat. – Muszę coś wiedzieć: Od kiedy tak jest? Czy zawsze był pan taki… odporny, czy może od jakiegoś czasu? Jak długo to trwa?

– Ja, ja nie wiem. Nie mam pojęcia. Naprawdę!

– Co z pana dzieciństwem? Wyróżniał się pan jakoś wśród rówieśników? Czy rodzice mówili panu coś dziwnego o pana narodzinach? Czy coś niezwykłego pana spotkało, wtedy czy później?

– Nie, nie, nic z tych rzeczy. – Moran pokręcił głową. – Niczym się nie wyróżniałem: miałem normalne, nudne życie. Takie jak każdy. Nie miałem żadnego objawienia, nic z tych rzeczy. Po prostu pewnego dnia odkryłem, że nie mogę zginąć i nie mam bladego pojęcia dlaczego.

– Kiedy to było? – Zabójca nadstawił uszu. To mógł być ważny element układanki. – Kiedy to się stało po raz pierwszy?

– Ech… Jakieś cztery miesiące temu. – Mężczyzna głęboko westchnął i otarł pot z czoła. – Możemy przerwać? Jestem zmęczony, najchętniej…

– Najpierw niech pan dokończy.

– Dobrze, dobrze! Skoczyłem z mostu, jasne? – Zaczął gorączkowo gestykulować. Widać było, że nie był to temat, do którego chciał powrócić. – Chciałem ze sobą skończyć, a tak chyba robi wielu samobójców, prawda? No więc którejś zimnej nocy wybrałem się na długi spacer, znalazłem most i skoczyłem – proste, nie? Pamiętam, że upadek był szybki, woda lodowata i zaparło mi dech w płucach. Momentalnie straciłem czucie w całym ciele, zachłysnąłem się wodą i…

– …i obudził się pan na brzegu, zgadłem?

– Tak, tak było. Nie wiedziałem, co się dzieje, co ja tu robię, jak to w ogóle możliwe. Ja wiedziałem, że to już koniec, wiedziałem, że umieram… – Do oczu Morana napłynęły łzy, głos mu się łamał. – Ale to… to przebudzenie, czy coś takiego, było jeszcze gorsze. To się nie powinno nigdy zdarzyć! Przecież, przecież, kurwa, takie rzeczy się nie zdarzają, prawda? A tu nagle łup! I wszystko staje na głowie. I znowu powrót do tego świata, do tego całego beznadziejnego syfu… To jest jak… jak Wstęga Moebiusa, jak szatańska karuzela, która nie chce przestać się kręcić. Ciągle to samo, bez końca! Codziennie błagam Boga, żeby to się skończyło, żeby wreszcie dał mi zdechnąć, ale on nigdy mnie nie słucha! Skoczyłem potem jeszcze raz, próbowałem, próbowałem wiele razy, na darmo, więc w końcu pomyślałem, że może gdyby zrobił to ktoś inny, ktoś, kto mnie nie zna, specjalista, najlepszy specjalista, to tym razem byłoby inaczej…

Jo z przymkniętymi oczami pokiwał głową. Myślał intensywnie nad opcjami, które mógł wykorzystać.

– Więc jakoś dotarł pan do mnie. Rozumiem.

– …ale to też na nic! – Ten jakby go nie słyszał. – Ludzie umierają w wypadkach, odbierają sobie życie. Tylko nie ja. Nic mi nie pomoże. Jestem skazany na bycie frajerem wśród dupków. Nie ma dla mnie ratunku. Muszę żyć.

– Niekoniecznie. – Jo otworzył oczy. Błyszczały jak diamenty. – Może znajdę sposób.

– Co? – Moran wydawał się zbity z tropu. Przecież nie dalej jak przed chwilą powiedział mu, że nic nie można na to poradzić, że cokolwiek by zrobił, nie zakończy swojego żywota. Do diabła, przecież godzinę temu facet sam próbował! – To znaczy, że chce pan jeszcze spróbować? Przecież próbował pan już trzy razy – na nic!

– Owszem, próbowałem. Ale ja się tak łatwo nie poddaję. Wykorzystałem tylko dwa z całej palety sposobów na pozbawienia kogoś życia. Proszę mi wierzyć: mam jeszcze kilka pomysłów. Nie bez przyczyny cieszę się… hm, pewną renomą. Zawsze doprowadzam sprawy do końca.

– Ale…

– Powiedziałem: zawsze.

– Ale ta sprawa jest inna!

– Właśnie – przytaknął Miles z powagą. – Zupełnie inna.

 

III

– To bez sensu. Serio. Już tego próbowałem – jęczał Moran.

– Już pan to mówił. Sto razy. Jeśli powie to pan po raz kolejny, stanę się naprawdę nieprzyjemny. A nie chciałby pan tego.

Stali właśnie na wysokiej kładce dla pieszych nad mało uczęszczanym odcinkiem drogi na obrzeżach miasta. Miles wybrał to miejsce, ponieważ w pobliżu stało jedynie kilka nieczynnych hal produkcyjnych zamkniętego kilka lat wcześniej zakładu tekstylnego. Kiedyś okolica tętniła życiem, teraz wszystko pożerała trawa. Budynki goszczą obecnie jedynie grupki bezdomnych, a takich świadków się nie obawiał. Spojrzał w dół. Wysokość nie była może imponująca, ale wystarczyłaby do pozbawienia kogoś życia. Pod nim przejechała z dużą szybkością półciężarówka, za nią pickup. Potem zrobiło się pusto. Przyjemny letni wiatr owiał jego twarz. Rozejrzał się wokół; jakie spokojne czerwcowe południe. Dobre na próbę.

– Skacz – powiedział.

Moran spojrzał na niego z przestrachem. Stał na brzegu kładki, po drugiej stronie barierki, do której przywarł całym ciałem i której ani myślał wypuścić z rąk. Na koszulce miał wielkie plamy potu.

– Eeee… Może wypróbujemy coś innego…

– Dlaczego?

– Mam lęk wysokości.

Jo zamrugał oczami ze zdziwienia.

– Słucham? To jak wtedy skoczyłeś?

– No, byłem trochę pijany i…

– Och, do diabła. – Zacisnął zęby i popchnął grubasa z całej siły.

Nie mógł utrzymać równowagi – nie miał szans. Młócąc rękoma, runął w dół. Krótki krzyk urwany w połowie i głuche uderzenie – odgłos przypominający stek spadający na podłogę w kuchni. Mięso spada, obiadu nie będzie, zbierajcie resztki i do śmieci.

Ale tym razem nie było co zbierać.

Po chwili pisk opon, a potem krzyk kobiety. Miles wychylił się przez barierki i spojrzał w dół. Moran niezdarnie klęczał nad kobietą koło czterdziestki leżącą obok niebieskiego priusa.

– Zemdlała! – krzyknął.

Ciekawe dlaczego – pomyślał zabójca, niemal parskając śmiechem. Nienaturalnie wykręcona głowa Morana wracała powoli na swoje miejsce.

– Już to przerabiałem, za pierwszym razem. Nie mówiłem panu? To możemy sobie odpuścić.

– Nie możemy. Jutro wezmę ze sobą parę rzeczy i spróbujemy czegoś innego, ale na razie wykluczę pańskie… metody – mruknął zabójca, krępując ręce ofiary kawałkiem nylonowego sznura.

Moran nogi miał już skrępowane, leżał do połowy zanurzony w wodzie w swojej wannie, niczym indyk w marynacie przed upieczeniem. Kran był odkręcony, woda sięgała już teraz przedramion. Jo zakręcił kran i jeszcze raz sprawdził sznury, po czym przyjrzał się leżącemu w wannie półnagiemu mężczyźnie. Ubrany w same slipy Moran wyglądał jak świnia, która tylko czeka, aż przerobią ją na baleron lub inny ociekający cholesterolem mięsny produkt. To nie jest zdrowe ciało – ocenił. Za mało ruchu, praca za biurkiem, wielki apetyt, zapewne brak życia towarzyskiego. Nic dziwnego, że w jego aktach nie znalazł żadnych informacji na temat kobiet, z którymi kiedyś się spotykał. Zapewne ich po prostu nie było.

Dobrze, że się przebrałem – pomyślał nagle. Miał na sobie szary dres znaleziony w bagażniku swojego wozu. Wrzucił go tam kiedyś po popołudniowym joggingu za miastem, a później o nim zapomniał. Kiedy ten wieprz zacznie się rzucać, zaleje pewnie całą łazienkę. Fale tsunami spowodowane falowaniem tych zwałów tłuszczu pewnie dotrą aż na drugą półkulę.

– Trochę niezręczna sytuacja, prawda? – Głos związanego wyrwał go z odmętu złośliwych komentarzy. Moran uśmiechał się głupkowato, widać było, że jest nieco zawstydzony. – Facet w samych gatkach, związany w łazience… Co by na to ludzie powiedzieli?

– Jest pan gejem?

– Co? Nie – zdziwił się tamten.

– Więc to pewnie miał być żart. Wyjątkowo marny.

Moran otworzył usta i przez chwilę gapił się na oprawcę z tępym wyrazem twarzy, nie wiedząc, co powiedzieć. Jego rozmówca jednak miał już dosyć jego wywodów.

– Niech pan się trochę przesunie do przodu wanny. Jeszcze trochę. Dobrze. Teraz niech pan zamknie oczy i odchyli się do tyłu, ja zrobię resztę.

– Cholerka. Będzie bolało, co? – jęknął Moran, gdy Miles złapał go za ramię, pomagając mu się zanurzyć.

– Oczywiście, że tak.

Musiało boleć. Umieranie zawsze boli.

Mężczyzna wkrótce zapragnął zaczerpnąć powietrza. Czuł, że jeszcze chwila, dwie i się udusi. Otworzył oczy i wykrzywił boleśnie twarz, czując, jak płuca wypełniły się ogniem. Oczywiście wiedział, jak będzie, wiedział, co go czeka, ale nie mógł zahamować swoich reakcji. Organizm miał swoje potrzeby – teraz potrzebował powietrza, chciał tlenu i był cholernie wściekły na Michaela, że nie może go dostać. Mimo iż skrępowany, szarpał się jak szalony, starając się uwolnić i zalewając przy tym całą łazienkę. A jednak nie mógł się ruszyć, bo coś przygniotło go do dna wanny i trzymało w żelaznym uścisku. Czuł, jak jedna stalowa dłoń przyciska mu pierś, a druga zaciska się na barku coraz mocniej i mocniej, jak imadło. Zabójca był silny. Widział nad sobą twarz diabła, zniekształconą karykaturalnie przez wirującą wodę. Wyglądała jak odbicie w jednym z tych śmiesznych luster w lunaparku, tylko że nie było w niej nic śmiesznego. Nic a nic.

Dobrze, że się przebrałem – pomyślał tylko Miles, naprężając z wysiłku mięśnie. Po twarzy ściekały mu już strużki wody. Nie mógłby ścierpieć, gdyby zamoczył którąś ze swych drogocennych koszul.

*****

Następnego dnia wywiózł Morana za miasto do jednego z kilku opustoszałych garaży, do których czasem zaglądał, gdy zmuszała go do tego sytuacja. Stare okna były niesamowicie brudne i częściowo zamalowane, tak że niemal nie przepuszczały światła. Mimo iż dochodziła już dziesiąta i zapowiadał się wyjątkowo parny dzień, wewnątrz było chłodno i przyjemnie. Cóż, może nie było jednak przyjemnie: zatęchłe powietrze śmierdziało rozpuszczalnikiem do farb, z rogów budynku straszyły wielkie, poszarpane pajęczyny, dawno opuszczone przez ośmionożnych lokatorów, a po brudnej drewnianej podłodze przebiegł wychudły szczur i zniknął gdzieś w cieniu. Gruba warstwa kurzu gościła na kilku poplamionych farbą metalowych szafkach na narzędzia, małym stole stolarskim i paru połamanych krzesłach leżących w kącie. Ten garaż, a właściwie szopa na narzędzia, wydawał się opuszczony od dłuższego czasu. Dziś jednak znów miał gości: jeden z nich, grubawy jegomość w znoszonej sztruksowej marynarce, siedział przywiązany do ciężkiego drewnianego krzesła na środku pomieszczenia i przyglądał się z zaciekawieniem stojącemu przed nim mężczyźnie, obok którego leżała mała skórzana torba. Ten trzymał coś w dłoniach.

– Co pan tam ma dla mnie? – spytał.

– Och, coś specjalnego. Spodoba się panu, jestem tego pewien – odparł rozmówca niemal z wesołością w głosie. Jego okryte w lateksowe rękawiczki dłonie wynurzyły się z ciemności, ukazując metalowe pudełko wielkości futerału na okulary. Sprawne długie palce otworzyły wieko i skierowały zawartość skrzynki w stronę obserwatora. – Pół wieczoru spędziłem nad tą mieszanką.

W pudełku wyłożonym pianką przyciętą do odpowiedniego kształtu leżała prosta strzykawka.

– Trucizna. – Siedzący pokiwał głową. – Co to dokładnie jest?

– O nie, nie, nie. – Mężczyzna pogroził mu palcem z wyraźnym rozbawieniem. – Prawdziwy ekspert, taki jak ja, nie zdradza swoich tajemnic. Poza tym substancje te mają naprawdę długie, absurdalne, laboratoryjne nazwy, które nic by panu nie powiedziały. Nazwijmy to, powiedzmy… Mieszanką Szefa! Łatwo zapamiętać, prawda? – Stanął obok Morana, na chwilę odstawił szkatułkę na ziemię i podwinął ofierze rękaw koszuli.

– Jest pan dziś w dobrym humorze. Widać spał pan lepiej ode mnie.

– A dlaczego mam się nie cieszyć? Taki ładny dzień, a ja mam tyle pomysłów. I wiem, że któryś z nich będzie najlepszy. Może już niedługo. – Wyciągnął z kieszeni kawałek gumowej rurki, obwiązał ją mocno nad łokciem siedzącego i zaczął szukać żyły.

– Auć! Musiał pan tak mocno? – Skrępowany zmarszczył brwi. – A tak w ogóle nie musi pan być, no wie pan, w pracy? Nie ma pan innych klientów?

– Wziąłem tydzień wolnego. – W dłoni zabójcy pojawiła się strzykawka. Ostrożnie zdjął nakładkę na igłę. Chwycił jedną dłonią ramię mężczyzny, żeby dodatkowo go unieruchomić, drugą wycelował igłę w pulsującą żyłę. Kątem oka widział, jak tamten mu się przygląda i wstrzymuje oddech w oczekiwaniu na to, co nieuniknione. – O tym pan mówił, gdy się widzieliśmy po raz pierwszy. Szybko. Bezboleśnie.

Ukłucie było bolesne, ale tylko przez chwilę. Gdy strzykawka była pusta, mężczyzna poczuł ciepło rozchodzące się po całym ciele. Nie było to może bardzo przyjemne, ale na pewno nie tak niemiłe jak to z wczoraj. Chciał coś rzec, ale nie mógł wydobyć głosu, chciał podnieść głowę, ale była zbyt ciężka, chciał otworzyć powieki, ale chyba nigdy ich nie miał. W uszach mu szumiało, pokój zawirował przed oczami i ogarnęła go senność. Ziewnąłby, gdyby nie to, że nie miał na to siły. Kiedy ostatnio spałem? – zastanowił się i wszystko zrobiło się czarne. Chyba cały świat był senny.

 

Mruknął, mlasnął i lekko zamrugał oczami. Niemrawo podniósł głowę i głośno ziewnął. Było to ziewnięcie z gatunku tych monumentalnych – ziewnięcie, które mogło zburzyć niejeden mur i obalić niejednego monarchę. Chryste Panie, ale się wyspał! A jaki miał sen! Jakiś dziwny facet zrobił mu zastrzyk, a przecież nie był chory, a szczepienie przeciw grypie miał dopiero za…

– Dzień dobry – dobiegł go czyjś głos. Otworzył szeroko oczy i dostrzegł stojącego nad nim mężczyznę. Jo już nie wydawał się rozbawiony. Jego dobry humor dawno się ulotnił. Splótł ramiona na piersi i wpatrywał się w ofiarę z kwaśną miną jak nauczyciel oceniający niesfornego ucznia. Moran nagle już wiedział, dlaczego nie mógł wyprostować ramion po przebudzeniu. Sznur.

– Eeee… Więc się nie udało?

– Skoro tu stoję, to raczej nie. No chyba że umarliśmy razem i trafiliśmy do takiego samego piekła. Jak pan myśli?

– Yyy, ja…

– Ale w piekle chyba tak nie śmierdzi rozpuszczalnikiem. Szatan ma lepszy gust. Na pewno przygotowałby dla nas coś specjalnego. Tak więc nie, nie udało się! – Zabójca powoli tracił nad sobą panowanie. Teraz prawie krzyczał. Cały wieczór mozolnej pracy. Najlepsza, najcichsza, najdoskonalsza, najbardziej zabójcza trucizna, jaką komukolwiek podał, i nic. NIC! Zawartością tej strzykawki można byłoby powalić dziesięciu rosłych mężczyzn, a ten dupek tylko ziewnął!

– Tak, jasne, szkoda że się nie udało. Ale muszę przyznać, że tym razem naprawdę nie bolało. – Moran zaczął się wiercić na krześle. – Chętnie rozprostowałbym mięśnie, więc jeśli tylko byłby pan tak dobry i zabrał te…

– Nie. Nie będę tak dobry.

Doskoczył do Morana i przy jego niemych protestach założył mu knebel na usta. Ze swojej torby wyjął maskę przeciwgazową i jakiś cylindryczny metalowy przedmiot. Założył maskę i podszedł do drzwi. Stanął w progu i wpuścił do środka trochę słońca, które na chwilę oślepiło siedzącego. Michael usłyszał dziwny dźwięk, jakby ktoś szarpał za metalowy skobel, i owalny metalowy przedmiot pofrunął w jego kierunku. Ułamek sekundy po tym, gdy drzwi zatrzasnęły się z hukiem, coś upadło na deski i potoczyło się wprost pod jego nogi. Z przerażeniem stwierdził, że to granat.

Ale nie było eksplozji. Tylko głośny syk, kłęby zgniłozielonego dymu i smród zepsutych jaj.

Wolałby już eksplozję.

 

Tym razem naprawdę myślał, że na dziś koniec. Miał już dość.

Gaz rozpłynął się w powietrzu, zawroty głowy już minęły, tylko oczy łzawiły jak diabli. Szarpnął się na krześle. Pieprzone więzy! Chce wstać, chce stąd wyjść, nieważne, co tamten powie, on chce wyjść, dziś koniec. Chciał go zawołać, ale przez knebel wydobyło się tylko głuche jęczenie. Nie podobało mu się to. Ten dzień był do kitu, ta szopa też, ten smród, wszystko. Teraz chce stąd tylko wyjść i rozprostować kości – tylko tyle.

Na podłodze leżał zdechły szczur, ten sam, który był tu z nimi od początku. Biedak przez krótką chwilę pędził jak szalony, ale chmura trującego gazu przeniosła go na drugą stronę. Ciekawe, czy szczury też idą do nieba. Moran wzdrygnął się i jęknął. To trwa za długo. Kiedy on tu wreszcie przyjdzie? Rusz to dupsko, do cholery! Na co czeka, do diabła?

Coś uderzyło w ścianę. Usłyszał głuchy stukot i brzdęk tłuczonego szkła. Wzdrygnął się przestraszony i wytężył słuch. Czuł, jak serce zaczyna mu bić coraz szybciej, oddychał ciężko, a wielkie krople potu ściekały mu po twarzy. Co to było? Czy to on? On czymś rzucił? Tak, jasne, że tak, to musiał być on, nikt inny.

– Halo… – odezwał się niepewnie, kiedy poluzował knebel. Odchrząknął i dodał głośniej, starając się brzmieć stanowczo, choć w środku czuł się mały i niepewny jak dziecko. – Halo! To pan? Jo? Nie udało się, trudno! Niech mnie pan uwolni, do cholery! Wiem, co mówiłem, ale na dziś koniec, dobra? Muszę trochę odpocząć, OK? – Uświadomił sobie, że głos mu się łamie. – Na dziś koniec! Koniec!

Nie dostał odpowiedzi. Czy on go w ogóle słyszał? Musiał, bo nie było tu nikogo innego. Więc dlaczego, do diabła, nie odpowiada? Jeśli chciał go w ten sposób trochę podręczyć…

Chyba że…

Nie, nie zrobiłby tego.

Chyba