Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 375 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uśpiony głos - Dulce Chacón

Historia hiszpańskich róż, których nie potrafił złamać Generał Franco – wstrząsająca powieść o niezłomnej wierze i miłości.

Dulce Chacón opowiada o losie kobiet, które przeżyły piekło hiszpańskiej wojny.

Wyzwala wspomnienia rozciągniętych na pryczach bólu i rozpaczy, nadziei krążącej po spacerniaku, miłości ukrytej pod bluzką i odbijającej się od murów bezsilności. Godność jest jedyną bronią żon, narzeczonych, sióstr i matek republikańskich partyzantów – Hortensii, której pisane było zginąć, jej siostry – pięknej Pepity o niemożliwie niebieskich oczach, rudowłosej Elviry, Reme o barwie głosu jak jej popielate włosy i niepokornej Tomasy o oliwkowej cerze.

Mistrzowsko dramatyczna, przejmująca powieść oparta na relacjach ocalałych kobiet przerwała trwające dziesiątki lat milczenie rozdartej Hiszpanii. Wywołała burzę w kraju, gdzie do dziś sąsiedzi patrzą na siebie wilkiem i mówią o sobie rojillos (czerwoni) lub fachas (faszyści).
„Dla wielu ta wojna jeszcze się nie skończyła” – twierdziła autorka w wywiadach.

„Ta powieść jest hołdem złożonym kobietom, które milczały zbyt długo. Dałam im głos” – powiedziała Dulce Chacón po wydaniu książki.

Urodzona w Zafrze w 1954 roku córka reżimowego burmistrza miasta wychowała się w arystokratycznym domu przesiąkniętym prawicowymi poglądami i poezją pisaną przez ojca. Po jego śmierci, gdy miała dwanaście lat, razem z matką i siostrą bliźniaczką Inmą przeniosły się do Madrytu. I obie z siostrą zostały poetkami i pisarkami. Uśpiony głos pisała cztery lata. Dotarła do wielu ofiar wojny domowej, by odkryć to, czego nie uczono jej w szkole. W powieści przedstawiła łagodniej niektóre prawdziwe zdarzenia, bo uznała, że byłyby zbyt brutalne dla czytelnika. Od bohaterki książki Pepity usłyszała: „Wybaczam, ale nie zapominam”. Niepamięć uważała za najważniejszy problem Hiszpanii. Zmarła na raka rok po publikacji książki.

Opinie o ebooku Uśpiony głos - Dulce Chacón

Fragment ebooka Uśpiony głos - Dulce Chacón

Copyright © Dulce Chacón, 2002

Copyright © for the translation by Katarzyna Okrasko and Aleksandra Wiktorowska

Copyright © by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2014

TYM, KTÓRYCH ZMUSZONO

CZĘŚĆ PIERWSZA

Na próżno rysujesz serduszka na szybie: generał milczenia w dole, na zamkowym dziedzińcu, musztruje żołnierzy.

1

Kobieta, której było pisane zginąć, miała na imię Hortensia. Miała ciemne oczy i nigdy nie podnosiła głosu. Tylko wtedy, gdy dusiła się ze śmiechu, wymykało się jej Oj, matulu, nad którym nie umiała jeszcze zapanować, i wykrzykiwała je coraz głośniej, trzymając się za brzuch. Większość dnia spędzała na pisaniu w niebieskim zeszycie. Swoje długie włosy splatała w warkocz opadający na plecy. Była w ósmym miesiącu ciąży.

Przyzwyczaiła się już do mówienia szeptem, nie było to łatwe, ale się przyzwyczaiła. I nauczyła się nie zadawać sobie samej pytań, pogodziła się z przegraną i z tym, że poczucie klęski, nie pytając o pozwolenie i nie udzielając żadnych wyjaś­nień, wpycha się głęboko, w najodleglejsze zakamarki duszy. I była głodna, i było jej zimno, i bolały ją kolana, ale nie mogła przestać się śmiać.

Więc się śmiała.

Śmiała się, bo Elvira, najmłodsza ze współtowarzyszek, włożyła do rękawiczki groch, żeby zrobić głowę pacynce, ale jego ciężar sprawiał, że nie mogła nią poruszać. Elvira nie dawała za wygraną. Jej drobne palce zawzięcie walczyły z wełnianą rękawiczką, a ona wydawała z siebie piskliwe dźwięki, cała pochłonięta tym jednoosobowym teatrzykiem, wymyślonym po to, by odegnać strach.

Strach Elviry. Strach Hortensii. Strach kobiet, które przyzwyczaiły się rozmawiać szeptem. Strach w ich głosach. I strach w ich spłoszonym wzroku, odwracanym, żeby nie widzieć krwi. Żeby nie widzieć strachu w równie spłoszonych oczach ich bliskich.

Był dzień odwiedzin.

Kobieta, której było pisane zginąć, jeszcze nie wiedziała, że ma zginąć.

2

Pacynka Elviry znów zmienia się w rękawiczkę na jej prawej ręce. Hortensia wpatruje się w nią, nie przestając gładzić się po brzuchu i bardzo uważając, żeby Elvira nie zorientowała się, że na nią patrzy. Rękawiczka. Zwykła rękawiczka, malutka rękawiczka zrobiona na drutach kochającymi dłońmi matki może pogrążyć w rozpaczy, jeżeli nie jest się wystarczająco czujnym, jeżeli zagapimy się nawet przez jedną krótką chwilę, niby nic, a może wystarczyć, by czyjaś twarz odwróciła się nagle i czyjeś oczy zobaczyły to, czego nie powinny zobaczyć.

Hortensia znajdowała się obok Elviry w rozmównicy, sali, której środkiem biegł korytarz osłonięty po obu stronach gęstą metalową siatką. Korytarzem przechadzała się strażniczka pilnująca więźniarek i ich bliskich. Elvirę odwiedzał dziadek, a Hortensię siostra Pepa. Żadne z nich nie mogło nic usłyszeć. Hortensia gestykulowała, aby pokazać siostrze, że ciąża nie przysparza jej żadnych dolegliwości. Mówiła tylko tyle, ile trzeba, wymawiała wszystkie słowa wyraźnie, jedno po drugim, powoli, żeby Pepa mocno ucałowała od niej męża. I obejmowała siebie, żeby przesłać jej uścisk.

Zgiełk wśród odwiedzających nie pozwalał Hortensii usłyszeć tego, co usilnie starała się jej powiedzieć siostra. Krzycząc, Pepa próbowała przekazać najświeższą wiadomość, że nie ustalono jeszcze daty procesu.

– Nie wiadomo, kiedy odbędzie się proces!

– Co?!

– Proces, nic jeszcze nie wiadomo!

Hortensia chwyciła się siatki, która odgradzała ją od korytarza, a ten z kolei oddzielał ją od Pepy. Pepa również chwyciła się siatki naprzeciwko, chcąc zbliżyć się do siostry; wtedy właśnie obie zobaczyły, że strażniczka chodząca po korytarzu odwróciła głowę i zatrzymała spojrzenie na rękawiczce Elviry.

3

Groch, którym Elvira wypchała główkę pacynki, był w dalszym ciągu czerwony od krwi. Na oczach zdumionego dziadka, patrzącego zza siatki naprzeciwko, Elvira zdjęła z dłoni laleczkę i nią pomachała. Strażniczka przeszła obok obojętnie, przekonana, że dziewczyna stara się rozbawić dziadka jakąś pantomimą, i maszerowała dalej zdecydowanym krokiem, z rękoma skrzyżowanymi na plecach. Kiedy była już wystarczająco daleko, Elvira wyjęła z rękawiczki czerwony od krwi groch i palcem pokazała na swoje kolana. Półmrok i dystans nie pozwoliły dziadkowi dostrzec ran wnuczki, ciągle jeszcze świeżych.

Nagle strażniczka staje. Odwraca głowę. Patrzy groźnie. Wrzeszczy Elvira, do tyłu! Podchodzi do niej spokojnie i patrzy na nią, zaciskając wargi w grymasie, który ma udawać uśmiech. Trzymając wciąż ręce skrzyżowane na plecach, strzela palcami i wrzeszczy ponownie:

– Elvira, do tyłu!

Elvira cofa się o krok dokładnie wtedy, kiedy strażniczka wali lewą ręką w siatkę na wysokości jej twarzy.

– Koniec wizyty! Wracaj do swojego bloku i tam na mnie zaczekaj!

I dodaje ciszej, zwracając się do dziadka Elviry:

– Proszę już iść.

Staruszek patrzy na kobietę stojącą obok, siostrę tej, której pisane było zginąć, na Pepę. Patrzy zdezorientowany, ale nie pyta, co się stało, bo o wiele lepiej nie zadawać pytań.

– Niech pan lepiej już stąd idzie. Dla pana i pańskiej wnuczki odwiedziny się skończyły.

Elvira chowa groch do kieszeni, wsuwa maleńką dłoń w rękawiczkę i ją też wkłada do kieszeni, mimo że chciałaby pomachać dziadkowi na pożegnanie. Staruszek również nie ma odwagi się z nią pożegnać. Patrzy na nią. Odwraca się. I przeciska pomiędzy odwiedzającymi, którzy nadal krzyczą i starają się teraz dopchać do wolnego miejsca przy siatce. Odchodzi, nic nie rozumiejąc.

Nic. Zupełnie nic.

4

Nie spadł jeszcze pierwszy śnieg. Na dziedzińcu kobiety zbijały się w grupki, jak gdyby dodając przemarznięcie do przemarznięcia, miały nadzieję uciułać chociaż odrobinę upragnionego ciepła. Chociaż odrobinę. Wyczekująco spoglądały w niebo, licząc na to, że wreszcie trochę poprószy. Kiedy pada śnieg, zaraz robi się trochę cieplej, upierała się Reme, najstarsza z grupy, ale Tomasa, Estremadurka o oliwkowej cerze i nieco skośnych oczach, patrzyła na nią z powątpiewaniem.

– No mówię ci, że robi się cieplej.

– Akurat. Co ty tam wiesz.

– A wiem, bo mówił mi syn, który mieszka w León. A poza tym w zeszłym roku, gdy spadł śnieg, zrobiło się trochę cieplej.

– Pożyjemy, zobaczymy.

Już trzy dni wpatrywały się w niebo.

– A co twój syn robi w León?

– Pracuje w kopalni.

– A widział morze?

– Morze? Przecież w León nie ma morza.

– A, nie ma tam morza.

– Za to raz widział Pasionarię.

– Akurat!

Reme, by zająć czymś ręce, czesała Hortensię, raz po raz splatała jej włosy w warkocz, a potem znów rozplatała.

– Takie samiusieńkie włosy miałam. Długie i czarne.

– To prawda, że twój syn widział Pasionarię?

– Z daleka, ale widział.

Już od trzech dni tak patrzyły w niebo. I przez te trzy dni nie było z nimi Elviry. Spędziła je w karcerze, bo próbowała wytłumaczyć dziadkowi, że podczas przesłuchań zniosła ból, że klęczała na grochu i mocno zaciskała usta, że nie odpowiedziała na ani jedno pytanie i nie zdradziła, kim jest jej brat Paulino.

Elvira nie chce dołączyć do kółeczka, stanąć obok Reme, Tomasy i Hortensii, by choć odrobinę się ogrzać. Siadła bez sił w kącie dziedzińca i gładzi się po policzkach rękawiczkami, które zrobiła dla niej matka.

I zaczyna kasłać.

– Elvirita się rozchorowała.

– Ma gorączkę, od kiedy wyszła z karceru.

– Trzeba zawiadomić gwardzistkę.

– Raczej się nie przejmie.

Reme przestała się bawić włosami Hortensii.

– I tak pójdę.

– A idź, szybko wrócisz.

– Straszna z ciebie zrzęda, Tomaso. Ciągle tylko gderasz i gderasz. Tylko gderać potrafisz, do licha!

Wełniana chusta otula ramiona Tomasy, która bierze się pod boki i wyzywająco spogląda na Reme.

– A co innego, do cholery, można tu robić?

Kłótnie Tomasy i Reme nigdy nie trwały długo. Zawsze zanim zdążyły na dobre się zacietrzewić, wkraczała między nie Hortensia, żeby przywołać je do porządku. Ale tym razem Hortensia ich nie słyszy. Bo w skupieniu przygląda się Elvirze. Uważa jednocześnie, by Elvira nie zorientowała się, że jest obserwowana.

Hortensia już nie głaszcze się po brzuchu. Trzymając się za nerki, podchodzi do kąta i nachyla się nad Elvirą, która gładzi się po policzkach rękawiczkami zrobionymi przez matkę niedługo przed jej śmiercią.

A Elvira cała się trzęsie.

5

Gorączka to tylko kolejny rodzaj zamroczenia. A zamroczeni śnią. Śnią, że są gdzieś daleko. Śnią, że znaleźli się znów w domu. Daleko stąd. W powietrzu unosi się woń mandarynek. I Elvira znów jest w domu. Zasłuchana w dobiegającą z radia muzykę.

Oczy zielone, jak mięta zielone...

Elvira uwielbia Miguela de Molinę i Celię Gámez, i w ogóle zarzuelę, przepada też za Antoñitą Colomé i doñą Conchą Piquer. Chciałaby zostać piosenkarką i żeby tacy maestros jak Valverde, León czy Quiroga pisali specjalnie dla niej piosenki, równie piękne jak Oczy zielone, błyszczące jak nóż.

...i zielona, zielona cytryna.

Ale jej ojciec stanowczo przykazał matce, by nie pobłażała fanaberiom córki. Więc matka, doña Martina, wyłącza radio, kiedy słyszy kroki nadchodzącego męża. Ona co prawda nie uważa, że te piosenki są nieprzyzwoite, ale i tak wyłącza radio, żeby go nie irytować.

– Mamo!

Doña Martina wyłączyła radio. A Reme wraca, mówiąc, że w szpitalu nie ma miejsc, że strażniczka powiedziała, że szpital jest przepełniony.

– Ta gwardzistka po prostu nie ma serca.

Estremadurka o oliwkowej cerze patrzy na nią tak, jakby chciała powiedzieć A nie mówiłam, ale nie mówi nic, spuszcza tylko wzrok i wykrzywia mocno zaciśnięte usta. Nie pozwala, by Hortensia zbliżała się do pryczy Elviry. Za nic nie chce dopuścić, by się zaraziła, przecież jest w ciąży.

– Nie podchodź, bo a nuż... I tak powyżej dziurek w nosie mamy tego, co mamy.

I kładzie zimny okład na czole, które płonie, a potem na szyi i na karku.

– Mamo!

Gorączka jednak nie spada. Elvira w malignie śni z otwartymi oczyma i w tajemnicy przed ojcem śpiewa mamie i bratu kuplet. Biją jej brawo. Ona czuje się artystką. Nigdy nie zrozumiem, skąd u ciebie ten dryg, mówi matka, ustawiając na stole salaterkę z mandarynkami. Nigdy tego nie zrozumiem, powtarza.

– Pojęcia nie mam, córeczko.

Nie ma pojęcia doña Martina, bo przecież sama jest córką sztywnego wojskowego, urodzoną w Pampelunie, i żoną innego wojskowego, jeszcze sztywniejszego, o ile to w ogóle możliwe, która wzięła ślub w Burgos, i nikt z jej rodziny ani rodziny męża nigdy nie przejawiał żadnych artystycznych skłonności.

– To przez Walencję, mamo. Przez to słońce. Te kwiaty. I ten klimat. Wszystko to wina Walencji. No i twoja, bo tutaj ją urodziłaś, jak pomarańczę jakąś.

Paulino się uśmiecha. Paulino. Jej starszy brat. Chociaż nie poszedł jeszcze na wojnę, już jest dla siostry bohaterem. Elvira ubóstwia Paulina, który wyśmiewa się z niej, żartuje z matki, żartuje z nich obu. I Elvira skarży się żałośnie:

– Mamo!

A Hortensia ciągle coś notuje w swoim niebieskim zeszycie. Pisze do Felipe. Pisze, że ich dziecko już bardzo mocno kopie i że jeśli urodzi się chłopiec, będzie się nazywał tak samo jak on. Pisze, że boi się, że Elvira umrze, tak jak umarły Amparo i Celita, kaszląc przeraźliwie, tak jak umarły dzieci Josefy i Amalii, tych z pawilonu matek. Pisze, że rudowłosa dziewczyna ma bardzo złośliwą gorączkę. I że nie mogą nic dla niej zrobić. Że wyciskają sok z połówek pomarańczy, które każda z nich dostaje do posiłku. Pisze, że nie udaje im się dużo z nich wycisnąć, bo są strasznie suche.

– Mamo!

Reme i Tomasa spoglądają po sobie, a potem patrzą na Hortensię. Reme wspomina matkę. Tyle już razy miała ochotę zawołać ją w ten sam sposób, jak Elvira woła teraz swoją, chociaż matka Reme nie żyje od ponad dwudziestu lat, tyle już razy, ale nigdy się nie odważyła. Tomasa sadza Elvirę i łyżka po łyżce poi ją sokiem wyciśniętym z połówek pomarańczy z ich deseru. Elvira z trudem przełyka. I między jedną łyżką a drugą żali się:

– Mamo!

Tomasa też tęskni za matką, podobnie jak Hortensia, która unosi wzrok znad niebieskiego zeszytu.

– Mamo!

I skarga Elviry jest skargą ich wszystkich.

6

Przy bramie więzienia dziadek Elviry czeka na kobietę, którą poznał podczas ostatniej wizyty. Nie pozwolili mu na widzenie z wnuczką. Jest chora, tak powiedzieli. Ale wzięli od niego blaszaną puszkę, w której zawsze przynosi jej jedzenie, i oddali pustą, dobry znak. A teraz dziadek Elviry czeka na Pepę, siostrę kobiety, która pisze swój dziennik w niebieskim zeszycie.

– Proszę pani!

Jest niewysoka i szczuplutka, jasnowłosa. Idzie drobnym krokiem, szybko, bo zaczęło padać.

– Proszę pani!

Ma na sobie za duże palto. Spod chustki, którą zawiązała na głowie, czarnej i znoszonej, wyślizgnął się jasny kosmyk.

– Proszę pani!

Staruszek podchodzi do niej i lekko uchyla kapelusza w geście powitania.

– Do mnie pan mówi?

– Przepraszam panią...

Żadne z nich nie ma parasola. Oboje mają intensywnie niebieskie, prawie lazurowe oczy.

– Wie pani coś o mojej wnuczce?

– O kim?

– O mojej wnuczce. Nazywa się Elvira Gonzáles Tolosa.

– To ta ruda dziewczyna?

– Tak, właśnie ona.

– Jest w tym samym bloku co moja siostra, ale dziś nie widziałam jej w rozmównicy.

– Właśnie.

– Teraz sobie pana przypomniałam.

– Ach tak? Przypomniała pani sobie?

Staruszek podnosi klapy marynarki, widać, że mu zimno. Ma na sobie czarny garnitur i czarny krawat, ale nie ma palta, co dziwi Pepę, bo przecież wygląda na bogatego, starannie ubrany, nawet ten pilśniowy kapelusz taki elegancki.

– Tak, wyrzucili pana ostatnim razem, pamiętam. Schowajmy się gdzieś, bo przemokniemy do suchej nitki.

Staruszek drepcze za nią posłusznie. Chowają się przed deszczem, a on jeszcze raz uchyla kapelusza.

– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Nazywam się Javier Tolosa Ibarmengoindia.

– Jezusiczku!

– Miło mi panią poznać.

– Josefa Rodríguez García, do usług.

Pepie robi się go żal, taki szarmancki, a taki przemarznięty. Ich niebieskie spojrzenia spotykają się po raz pierwszy. Ona ma na sobie palto ojca i nie wie, nie może wiedzieć, że dziadek Elviry sprzedał swoje ostatnie zaledwie tydzień temu.

Teraz dziewczyna czeka, aż on się odezwie. Przygląda mu się, jaki jest chudy, jaką ma cienką i bladą, niemal przezroczystą skórę, jakie eleganckie, długie palce, które ciągle przytrzymują klapy marynarki, by osłonić szyję.

– Chciał pan o coś zapytać?

Dziadek Elviry zaczyna mówić, a Pepa rozpoznaje ten łamiący się ton głosu. Zna ten ton aż za dobrze. Te przemilczenia. Te słowa, najpierw powoli i starannie dobierane, a potem dławione, zanim jeszcze dotrą do ust.

– Tak. Bo powiedzieli mi, że jest chora.

Słowa, które nie chcą zostać wypowiedziane.

– Może pani siostra? Może wspomniała coś o mojej wnuczce?

Chce zapytać o coś więcej.

– Wie pani, czy...?

Blaszana puszka drży w dłoniach don Javiera Tolosy Ibarmengoindii. Czy ona żyje, chce zapytać. Pepa wie, że właśnie o to chce zapytać dziadek Elviry. I wie, że nie ma odwagi.

– Wzięli od pana jedzenie, prawda?

Staruszek przytakuje, pokazując pustą puszkę.

– Wzięli.

– Więc nie ma się czym martwić.

I Pepa opowiada mu o tym, jak ostatni raz odwiedziła swojego ojca w więzieniu Porlier i przyniosła pełną puszkę z powrotem do domu.

– Wie pan, mój ojciec był tokarzem w Kordowie.

Mówi, że przyjechali tu z Kordowy po wojnie. Bo ojciec był za Republiką, a u nas w mieście wszyscy o wszystkich wszystko wiedzieli.

– Ale i tutaj też musieli wiedzieć, bo jak tylko znaleźliśmy się w Madrycie, od razu go zamknęli.

Już mu więcej nie przynoś jedzenia, już go nie potrzebuje, tak jej powiedzieli w więzieniu Porlier. I chociaż wciąż wyciągała rękę, nie wzięli puszki. Twojego ojca już tutaj nie ma. A gdzie jest? Już go nie ma. Idź stąd, dość tych pytań, idź stąd, już nie masz po co tu wracać. Tylko bez żadnych scen i histerii.

– Tak się dowiedziałam.

Mówi, wskazując swoją puszkę.

Tak się dowiedziała, że nigdy więcej nie zobaczy ojca.

– Ale pan może być pewien, że pańska wnuczka nadal jest w środku.

Tym razem Pepa wskazuje puszkę dziadka Elviry.

Staruszek powstrzymuje łzy. I Pepa też.

7

Pepa nadal się zastanawia, jak znalazła w sobie tyle odwagi, by przekazać Hortensii wiadomość. I chociaż wróciła z więzienia kilka godzin temu, wciąż jest zdenerwowana. Kilka godzin temu pożegnała się z dziadkiem Elviry. Potem spoglądała za don Javierem, który oddalał się w deszczu, ściskając z czułością pustą puszkę. Kilka godzin temu wróciła do domu państwa. A zupa dla don Fernanda jest już gotowa.

Drży.

Musi uważać.

Bo wcale nie jest odważna, w przeciwieństwie do siostry, która nie wahała się ani chwili, by wstąpić do milicji. A potem do partyzantki; przyłączyła się do partyzantów zaraz po śmierci ojca, nie zważając na to, że jest w piątym miesiącu ciąży.

Okłamała dziadka rudowłosej dziewczyny.

Okłamała tego sympatycznego starszego pana o przedziwnych nazwiskach, bo w dzisiejszych czasach niektóre prawdy lepiej zachować dla siebie. Ojca nie zabrali dlatego, że był za Republiką, zabrali go, bo wiedzieli, że mąż Hortensii przyłączył się do partyzantów; a zabili go, bo nie chciał powiedzieć, gdzie jest zięć. Jej ojciec był odważny. Równie odważny jak Hortensia. Ją też zabierali na przesłuchania, kiedy już nie mogli przesłuchiwać ojca. Prawie codziennie ją zabierali, mieli nadzieję, że któregoś dnia powie im, że jej mąż jest w oddziale Czarnej Kurtki, i że powie im gdzie. Że któregoś dnia Hortensia zmęczy się tymi codziennymi zatrzymaniami, codzienną drogą na komisariat, codziennym strachem ściskającym za gardło. Ale Hortensia się nie zmęczyła. Dzielnie zniosła wszystko. I poszła za swoim mężem dopiero wtedy, gdy pochodzący z Barcelony oficer śledczy podczas przesłuchania kopnął ją w brzuch. Przestraszyła się tylko tego, że straci dziecko. Hortensia była odważna.

Pepa nie wytrzymałaby ani jednego kopniaka. Nie dałaby rady. Gdyby ją złapali, złapaliby wszystkich. Jest zupełnie jak matka, która nie przeżyła zimy po przedwczesnym porodzie, kiedy wydała ją na świat. Drobna, słaba, wątła i jasnowłosa, jakby czegoś jej zabrakło, jak matka.

Musi bardzo uważać.

Myśli.

I mocno ściska tacę, bo jeszcze trochę trzęsą jej się ręce, a przecież niesie zupę dla don Fernanda i nie chce jej wylać. Idzie powolutku, spoglądając przed siebie, potem na talerz z zupą, a potem na podłogę, potem znów przed siebie, na talerz, na podłogę.

Stara się nie patrzeć na chleb.

Idzie bardzo powoli, jeszcze nigdy pokonanie drogi z kuchni do jadalni nie zajęło jej tyle czasu. Sztućce dźwięczą, gdy stawia tacę na stole. Ale nie wylała ani kropli zupy. Ani kropelki.

– Pepa.

Głos don Fernanda dobiega z salonu. Pepa idzie tam, odgarniając z czoła niesforny kosmyk, staje jak najbliżej kominka, żeby przy okazji trochę się ogrzać, i mówi:

– Słucham pana?

Don Fernando odkłada gazetę na kolana i zdejmuje okulary, by na nią spojrzeć.

– Zimno dzisiaj. Zjem tutaj.

Pepa zostawia za sobą ciepło płomieni i wraca do tacy i do talerza, zdecydowana opanować rozdygotanie.

Nie chce patrzeć na chleb. Ale patrzy. Patrzy na niego, podnosząc tacę ze stołu, i mimowolnie się uśmiecha. Patrzy jeszcze raz.

I jeszcze raz się uśmiecha.

I znów drży.

I myśli o Hortensii. Wyobraża sobie, jak siostra ugryzie przyniesiony przez nią chleb, wyobraża sobie ten moment, kiedy jej usta natrafią na wiadomość od Felipe. Na list, który Felipe zostawił dla niej przy drodze na wzgórze Cerro Umbría, pod trzecim kamieniem za słupem z nacięciem pośrodku, całkiem dużym i płaskim kamieniem, osłoniętym od drogi krzakami. Tym samym, który szwagier pokazał jej, kiedy zabrali Hortensię.

– Przyjrzyj mu się dobrze i zapamiętaj. Tutaj, w blaszanej skrzynce ukrytej pod tym właśnie kamieniem, coś ci zostawię. Weź to, tylko bardzo uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył, i zanieś Tensi.

Zawsze mówił o niej Tensi. Weź to, tylko uważaj, żeby cię nikt nie zobaczył. Pepa spojrzała mu w oczy i nie przeszło jej przez gardło, że zaraz umrze ze strachu. Powiedziała, że przyszła tylko przekazać mu wiadomość. Że Gwardia Obywatelska liczy wieczorem zwierzęta we wszystkich gospodarstwach El Altollano i odbiera wieśniakom klucze do stodół i kurników, a rano oddaje te klucze i znów liczy zwierzęta, żeby się dowiedzieć, kto sprzedaje żywność partyzantom. I tak wpadła Hortensia, kiedy próbowała kupić kurę. Przyszła tylko po to, żeby mu to powiedzieć i żeby na nią nie czekał. Powinna była dodać, że przyszła cała struchlała z przerażenia i że kiedy czekała na niego skulona za krzakami, i usłyszała hasło – trzy uderzenia kamieniem – ze strachu o mały włos nie zapomniała, że w odpowiedzi też musi trzy razy zastukać. I że nie ma zamiaru nigdy tu wracać, powinna była mu powiedzieć. Ale nie powiedziała. Spojrzała mu w oczy i zobaczyła w nich spojrzenie siostry, to samo spojrzenie, którym patrzyła na nią Hortensia, prosząc, by przyjechała tu ostrzec Felipe. Tym samym spojrzeniem patrzył na nią Felipe, więc Pepa musiała mu obiecać, że zaniesie Hortensii wszystko, co będzie chciał jej przesłać.

Ale za pierwszym razem wszystko okazało się łatwiejsze, niż przypuszczała. Tamtego poranka uniosła kamień ukryty za krzakami, otworzyła blaszaną skrzynkę i nogi przestały jej drżeć. Bo to, co zostawił dla Tensi Felipe, wcale nie było zakazane. Bez obaw mogła to zanieść. I wręczyć zakonnicy, która odbierała od krewnych paczki przy wejściu do więzienia Ventas. Był to tylko czysty zeszyt.

Czysty niebieski zeszyt.

8

Hortensia powoli przeżuwa papier, zanim wreszcie zdobędzie się na to, by go przełknąć. Zna już na pamięć każde słowo, teraz musi zastosować się do wskazówek Felipe. Nie drzyj tego listu, mogą znaleźć strzępki. Nie chce go przełykać, chce jak najdłużej zatrzymać w ustach przesłane przez Felipe pocałunki. Nie pal go, mogą Cię przyłapać, zanim spłonie do końca. Chce jak najdłużej smakować swoje imię napisane ręką Felipe. Zjedz go, Tensi, wcale nie jest taki niesmaczny, i pomyśl o mnie. Papier powoli się rozpuszcza, ale Hortensia ciąg­le nie chce przełknąć. Pomyśl, że będę w Twoich ustach, Tensi. To, co było najpierw suchą kulą, zmieniło się teraz w gorzką pastę z posmakiem atramentu. Nie chce jej jeszcze przełknąć, ale kroki strażniczki są coraz bliżej. Przesyłam Ci mnóstwo pocałunków, Tensi, za te wszystkie razy, kiedy nie mogłem Cię pocałować. Kroki strażniczki dudnią już w ich bloku, pora na warsztaty. Wytrzymaj, kochanie.

Słychać coraz głośniejszy szczęk otwieranych zamków, a potem ostre skrzypnięcie drzwi. Hortensia próbuje przełknąć. Kocham Cię, Tensi. Gorzka papierowa masa staje jej w gardle. U nas nic nowego, raz bywa lepiej, raz gorzej. Ale Hortensia opanowuje mdłości i przełyka. W nocy, kiedy przenosimy się do nowego obozu i niebo jest rozgwieżdżone, zawsze wyglądam naszej gwiazdy. Już niedługo będziemy patrzeć na nią razem, już niedługo. Mdłości i wysiłek sprawiają, że po policzku cieknie jej łza.

Strażniczka weszła już do celi.

To Mercedes.

– Na warsztaty!

Woła jeszcze głośniej swoim śpiewnym głosem i energicznie klaszcze.

– Na warsztaty!

Kobiety uczęszczające na warsztaty szycia w więziennej piwnicy posłusznie stają gęsiego, żeby bez słowa pójść za Mercedes. Hortensia zwija swoje posłanie wypchane zgrzebną wełną, ociera szybko łzę i sięga po niebieski zeszyt. Nie może chodzić na warsztaty, bo nie zna jeszcze swojej kary. Tomasa niewzruszenie siedzi przy łóżku Elviry. Ona też nie pójdzie na warsztaty. Ale Tomasa nie chodzi dla zasady. Nie będzie szyła mundurów dla nieprzyjaciela. Tomasa uważa, że wojna wcale się nie skończyła, a pokój na warunkach przyjętych przez Negrina jest zniewagą dla tych, którzy jeszcze nie złożyli broni. Nie chce przyjąć do wiadomości, że trzy lata wojny powoli przechodzą do Historii. Nie. Jej najbliżsi, którzy polegli, nie są Historią. Ani ona nie została skazana na śmierć, ani jej kara złagodzona dla jakiejś tam Historii. Ani myśli poświęcać trzydziestu lat swojego życia dla Historii. Ani jednego dnia, ani jednego życia więcej dla Historii. Wojna jeszcze się nie skończyła. Ale skończy się, i to prędko. A ona nie ma zamiaru choćby nawlec igły. Żeby nie było, że współpracowała z tymi, którzy chcą napisać Historię, by złagodzono jej karę. Nawet nie nawlecze igły. Dlatego ze wzgardą patrzy na Reme, która potulnie ustawia się w rządku za towarzyszkami z celi. Bo Reme się poddała. Uległa. Reme nie umie docenić poświęcenia tych, którzy dalej giną. Potrafi tylko rozpamiętywać klęskę, liczyć straty. I opłakiwać swoich bliskich. I opowiadać w kółko swoją historię, swoją nic nieznaczącą historię, jakby jej historia rzeczywiście już dobiegła końca. Ale to nieprawda. Oczywiście, że nieprawda. Tomasa ani myśli opowiadać swojej, dopóki to wszystko się nie skończy, a ona nie znajdzie się daleko stąd. Bardzo daleko. Spogląda na Reme. A Reme, nie bacząc na jej pogardę, potulnie ustawia się w rządku za towarzyszkami.

Hortensia unika wzroku Mercedes, odwraca się do ściany i próbuje odkleić językiem resztkę papierowej pasty, która przykleiła się jej do podniebienia.

Resztka. Maleńka resztka.

Już niedługo wszystko się skończy, może jeszcze zanim zdążą postawić cię przed sądem, i będę przy tobie, kiedy urodzi się nasze dziecko. Jeśli to dziewczynka, będzie się nazywać Hortensia, tak jak ty, Tensi.

9

Zaledwie dwa tygodnie temu Mercedes dostała pierwszą pracę. W więzieniu, na stanowisku strażniczki. Zatrudniono ją, gdyż była wdową po żołnierzu poległym podczas wojny, ale nie narzeka. Swoje tapirowane włosy zaczesuje wysoko w kok o kształcie banana, z którego wystaje cała masa szpilek, po­wpinanych gęsto od potylicy aż po czubek głowy. Woli nie wsuwać ich do końca, woli, żeby było widać główki, i liczy je skrupulatnie, jedną po drugiej, za każdym razem, gdy się czesze. Ma wrażenie, że korzystnie wygląda w tej fryzurze, a i mundur dodaje jej urody. Zapina pas, ściskając go jak najmocniej, by podkreślić talię, i za każdym razem, gdy narzuci granatową pelerynę, obraca się kilka razy przed lustrem.

Zanim wyjdzie z celi, by zaprowadzić więźniarki na warsztaty szycia, podchodzi do wezgłowia Elviry i pyta Tomasę, jak się czuje chora.

– Jak ona się czuje?

– A jak ma się czuć? Fatalnie!

Rysy twarzy Tomasy tężeją. Kiedy unosi brwi, jej zmarszczki w skórze koloru oliwki zmieniają się w głębokie bruzdy. W dodatku mruży i tak już skośne oczy, jakby chciała przydać swojej twarzy wyrazu jeszcze większej pogardy. Siedząca na zwiniętym posłaniu Hortensia posyła jej spojrzenie z gatunku Postaraj się być miła. Mercedes ukradkiem podaje Tomasie przyniesione przez siebie pigułki i dotyka czoła chorej.

– Proszę dać jedną rano i jedną wieczorem.

Choćby nie wiem jak Hortensia na nią patrzyła, Tomasie nie zmięknie serce. Oczywiście zdaje sobie sprawę z tego, że Mercedes ryzykuje, bo donosicielka wychyla się już ze swojego pierwszego miejsca w rządku, chciwie wypatrując każdej drobnostki, która mogłaby się okazać do czegoś przydatna, i może ją przecież wsypać. Nie zmięknie jej serce, ta nowa tylko udaje, że jest taka dobra, ale ona nie da się na to nabrać. Bierze od Mercedes pigułki i chowa je w dłoni pod chustą bez słowa podziękowania. W tej samej chwili Elvira otwiera oczy i po raz pierwszy od początku choroby patrzy przytomnym, uważnym wzrokiem.

– Jesteśmy w Walencji?

– Nie, córeńko.

– Wydawało mi się, że jestem w Walencji.

Mercedes cieszy się, widząc, że Elvira się obudziła. Przykrywa ją i jeszcze raz kładzie dłoń na czole dziewczyny.

– Gorączka spadła. Ale tak czy siak niech weźmie lekarstwo.

Mówi do Tomasy ściszonym głosem, już zdążyła się nauczyć, że z osadzonymi rozmawia się tylko ściszonym głosem. A potem, stając na czele gotowych do wymarszu kobiet, rzuca jeszcze:

– Pilnujcie, żeby było jej ciepło.

Estremadurka o oliwkowej cerze przytakuje bez słowa.

– Zimno ci, Elvirito?

– Czy ja umrę?

Tomasa szuka wzrokiem Reme i Hortensii i uśmiecha się do nich szeroko. A Reme i Hortensia, znające powód tego uśmiechu, też się uśmiechają.

Więźniarki ruszają za Mercedes równo, gęsiego, pogrążone w całkowitym milczeniu. I Reme rusza za nimi, ale jeszcze obejrzy się za siebie, popatrzy na Tomasę. I na Hortensię, która, wciąż z uśmiechem na ustach, znów sięga po ołówek.

Elvirita nie umrze, mówią te porozumiewawcze uśmiechy.

Nie. Elvira nie umrze.

10

Równo, gęsiego, pogrążone w całkowitym milczeniu, idą osadzone do piwnic więzienia Ventas. A Elvira mówi Tomasie, że nie jest jej zimno.

– Za to jestem głodna.

Za to jest głodna. Równie głodna jak w porcie w Alicante, kiedy czekała na statek, który nigdy nie przypłynął. Jej matce skończyła się biżuteria i nie miała już nic, co mogłaby zaoferować pilnującym ich włoskim gwardzistom w zamian za tabliczkę czekolady. Republikańskie pieniądze zostały wycofane z obiegu i wszystkie banknoty zaoszczędzone przez doñę Martinę i skrupulatnie przechowywane w mahoniowej szkatułce stały się plikiem nic niewartych papierów. Tę szkatułkę kupił ojciec Elviry jeszcze w Gwinei Równikowej. Bo ojciec Elviry mieszkał kiedyś w Gwinei Równikowej, było to, zanim poznał jej matkę i zanim przenieśli go do Pampeluny, a stamtąd do Burgos, gdzie się ożenił i gdzie potem przyszedł na świat Paulino. Ojciec Elviry mieszkał w wielu miejscach. Ona tylko w dwóch: urodziła się w Walencji i nie wyjechała z niej, dopóki nie przywieźli jej tutaj, do tego miasta, którego wcale nie zna, poza areną walki byków, bardzo ładną, którą zdołała dojrzeć przez okratowane tylne okno więźniarki. Nie zna też Alicante, widziała tam tylko jedną ulicę, wysadzaną palmami aleję prowadzącą do portu.

Jej ojciec natomiast znał dobrze wszystkie miasta, w których mieszkał, i z każdego z nich przechowywał jakąś pamiątkę. Z Malabo przywiózł nie tylko mahoniową szkatułkę, w której matka trzymała oszczędności, przywiózł też chorobę żołądka, która zmusiła go do odejścia z wojska, gdy wszedł w życie dekret Azañi. Przechodząc w stan spoczynku, był porucznikiem. I Elvira pamięta, że matka bardzo się ucieszyła. Nie ucieszyła się natomiast, kiedy wrócił do wojska, mimo że awansowali go na kapitana. Nie ucieszyła się wcale a wcale. Było to na samym początku wojny, a batalion, którego został kapitanem, nazywał się Czerwone Alicante. I tak pisał ojciec w listach: Batalion Czerwone Alicante, a przed datą: Niech żyje Republika!

Dwa dni po pierwszym Niech żyje Republika!, które nadeszło z Segorbe, miejscowości położonej w prowincji Castellón, Paulino wpadł do domu, wymachując jakąś kartką.

Nie mógł powstrzymać się od uśmiechu, chociaż zagryzał wargi.

– Mamo, zaciągnąłem się na ochotnika.

Matka zostawiła na chwilę szczotkę i rude włosy Elviry.

– Jesteś za młody.

– Nie.

Nie, odparł stanowczo Paulino, pokazując jej kartkę, którą trzymał w ręku. Matka znów sięgnęła po szczotkę i wróciła do czesania córki.

– Jesteś za młody, Paulino.

I nie powiedziała nic więcej, przyzwyczajona, że z decyzjami mężczyzn nie warto dyskutować. Paulino jest już mężczyzną, napisał jej mąż w pierwszym liście, i Republika go potrzebuje.

Doña Martina skończyła wiązać kokardę na kucyku Elviry, a ona pobiegła do pokoju brata.

– Ty też idziesz na wojnę?

– Pomachaj kucykiem tak, jak lubię, dziecinko.

Rude włosy Elviry smagają powietrze, dziewczyna macha głową raz w lewo, raz w prawo, a brat, widząc, że zamknęła oczy, podstępem rozwiązuje jej kokardę.

– Mamo, mamo, Paulino popsuł mi fryzurę!

Paulino wyruszył na front jeszcze tego samego popołudnia. Dopiero co skończył dziewiętnaście lat.

11

Listy od ojca Elviry przychodziły do Walencji prawie codziennie. Matka czytała jej te listy melodyjnym głosem, intonując słowa tak, jakby siedziała u wezgłowia łóżka i czytała dziecku bajkę na dobranoc. Takim samym głosem, jakim Tomasa tłumaczy jej teraz, że przez ostatnie pięć dni majaczyła w gorączce.

Z początku doña Martina oczekiwała tych listów z rados­nym podnieceniem i czytała je wzruszona. Z biegiem czasu radość ustąpiła miejsca przygnębieniu. A przy najmniejszym opóźnieniu zniechęcenie zmieniało się w niepokój.

Przez ponad siedem miesięcy dostawała listy prawie codziennie. Niektóre z nich były raczej krótkimi notkami, skreś­lonymi naprędce na przypadkowym skrawku papieru, czymkolwiek, po to by wiedziała, że wszystko w porządku, że o niej pamięta.

Pamiętam o Tobie.

Dlatego kiedy upłynęły dwa tygodnie od nadejścia ostatniego listu, doña Martina zrozumiała, że nie powinna już spodziewać się następnego.

Ale była zaskoczona, gdy przysłano walizkę.

Przyniósł ją do domu nieznajomy wojskowy w stopniu starszego sierżanta.

Jego walizkę.

Doña Martina otworzyła drzwi, a sierżant wskazał na walizkę, mówiąc, że przysłano ją z Trijueque.

– W Guadalajarze ponieśliśmy straszną klęskę, proszę pani, przez Włochów.

Elvira zobaczyła, że jej matka robi się blada jak chusta, a potem zakrywa dłońmi twarz.

– Niech pani pójdzie do Sztabu Generalnego. Właśnie wywiesili listy, jest mnóstwo nazwisk.

Elvira wzięła walizkę z rąk sierżanta. Podziękowała mu i zamknęła drzwi. Doña Martina nie odrywała wzroku od walizki męża.

Może są w niej te wszystkie listy, które nie przyszły, wszystkie razem, te z ostatnich piętnastu dni, a może jej mąż przysyła jej z Trijueque prezent. Tak, doña Martina otworzy walizkę, trzymając się kurczowo tej nadziei. Trzymając się jej kurczowo choćby jeszcze tylko przez chwilę, otworzy walizkę, jakby usiłowała zaprzeczyć prawdzie, z którą przecież próbowała się pogodzić, od kiedy przestała otrzymywać listy od męża. I właśnie teraz, kiedy prawda stała się oczywista, doña Martina nie chce jej przyjąć do wiadomości. Bo wciąż jeszcze możliwe, że jednak nie. To wciąż jeszcze możliwe. I kiedy Elvira taszczy walizkę do salonu, doña Martina nie ma już tej pewności, której nabierała powoli przez ostatnie piętnaście dni.

Nie, możliwe jeszcze, że to nieprawda.

Nie.

Możliwe jeszcze, że w walizce znajdzie piętnaście listów.

Jej palce dotkną miękkiej skóry, przebiegną po śladach wielu podróży. Zatrzymają się na sprzączkach, powoli odepną paski.

Bo jeszcze wszystko możliwe.

Pamiętam o Tobie.

Możliwe jeszcze, że mąż przysyła jej z Trijueque prezent.

Jest dziewiąty marca tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku.

Dziewiątego marca doña Martina otworzyła walizkę. Elvira od razu poszła z matką do siedziby Sztabu Generalnego, ale nie znalazły nazwiska ojca na listach.

Dziewiątego marca tysiąc dziewięćset trzydziestego siódmego roku matka powiedziała Elvirze, że trzeba zawiadomić Paulina, a potem zamknęła walizkę, w której znalazły tylko dwa mundury, czapkę garnizonową, dwie pary sztylp i bie­liznę; ani jednej rzeczy osobistej i całe milczenie ojca.

12

Dziesiątki razy Elvira z matką przebyły drogę do siedziby Sztabu Generalnego, by odszukać nazwisko ojca na listach. Nigdy go nie znalazły. A Elvira wciąż wyobraża sobie, że ociec żyje. Fantazjuje o jego powrocie. Ona zanuci Zielone oczy, a on wróci i ją zruga jak zawsze. Potem ona pomoże mu włożyć sztylpy, które przysłano w walizce. Zapnie je ostrożnie, by ich nie ubrudzić pastą ze świeżo wypucowanych butów, które będą lśnić jak nigdy na nogach ojca.

Chociaż minęły już trzy lata, nadal o tym fantazjuje.

Kiedy wstawał świt, opuściłeś me ramiona...

Koleżanki z celi potulnie wracają z warsztatów szycia, idą równo, gęsiego i w całkowitym milczeniu. Reme i Mercedes podchodzą do posłania Elviry.

...a w mych ustach ciągle smak goździków i mięty...

Tomasa przerywa melodię nuconą dla rudowłosej dziewczyny, która nie umrze.

– Znowu zasnęła. Już od dawna śpi, pewnie zaraz się obudzi.

– Chwała Bogu Wszechmogącemu.

Wyrwało się Reme to Chwała Bogu Wszechmogącemu. Wyrwało się jej na widok spokojnego snu Elviry. Stara się nigdy tak nie mówić przy Tomasie, która jak ognia unika podobnych wyrażeń.

– Na wieki wieków amen.

Odpowiada Mercedes, a Tomasa wstaje i nie patrząc na nie, odchodzi w kąt, gdzie rozwiesiła płócienne podpaski uprane wczoraj po południu. Upewnia się, że są jeszcze wilgotne, a na dodatek się nie doprały.

– Niech to diabli.

Przeklina, bo jest w złym humorze. Bo jest już za stara, by miesiączkować; przez ostatni rok okres jej się wciąż spóźnia. Ale go ma, miesiąc w miesiąc. Co miesiąc coraz to większy krwotok, a ma tylko trzy podpaski, które zimą zbyt długo się suszą.

– Do dupy z tym wszystkim, kurwa mać.

Mruknęła tylko pod nosem. Ale Mercedes usłyszała. Bo Tomasa mówiła, patrząc na zbliżającą się do niej Mercedes.

– Coś ty powiedziała?

– Powiedziałam, niech to diabli.

– I co jeszcze?

– Nic więcej.

– A ja słyszałam coś więcej.

Kobieta, która tapiruje włosy i zaczesuje je w kok o kształcie banana, nie potrafi ukryć wzburzenia. Zaledwie dwa tygodnie temu zaczęła pracować jako więzienna funkcjonariuszka i pierwszy raz musi się zmierzyć z podobną sytuacją. Słyszałam coś więcej, mówi podniesionym głosem.

Tomasa milczy. Krzyżuje ramiona pod wełnianą chustą, nie ruszając się z miejsca, przenosi ciężar ciała na prawe biodro i odchyla się lekko do tyłu. Doskonale wie, że Mercedes brakuje doświadczenia. Niby stara się być taka milutka, ale tylko udaje dobrą. Tylko udaje. Teraz, kiedy ma strażniczkę przed sobą, widzi, jak buzuje w niej złość. Jest prawie pewna, że mała żyłka na jej skroni pulsuje. Mercedes jest słaba, to dlatego musi rozmawiać z nimi ściszonym głosem, w sekrecie przed innymi strażniczkami. Chce się do nich zbliżyć, udaje dobrą tylko dlatego, że nie ma dość silnego charakteru. Ale Tomasa nie da się na to nabrać, o nie. Tomasa wie dokładnie, kto jest po której stronie.

– Słyszałam coś więcej! Powtórz to, co powiedziałaś!

Mercedes z uporem nalega. A Tomasa z uporem milczy. Nie chce jej prowokować. Ale prowokuje. Nie chce toczyć żadnych pojedynków. Ale ją wyzywa. Patrzy na nią uważnie i unosi brodę.

Z bezpiecznej odległości donosicielka obserwuje scenę z uśmiechem zadowolenia. Mercedes dostrzega ten uśmiech, wstrzymuje oddech i przełyka ślinę. Przełyka raz jeszcze. I krzyczy:

– Powtórz!

Teraz z korytarza patrzą na nią już wszystkie osadzone. Mercedes jest coraz bardziej bezsilna, coraz bardziej wściekła. Tak, żyłka na skroni bez wątpienia pulsuje. Teraz ryczy na całe gardło:

– Powtórz!

Tomasa z wielką przyjemnością powiedziałaby Do dupy z tym wszystkim, kurwa mać. Ale zamiast tego tylko zaciska usta. Bo milczenie boli ich o wiele bardziej, dlatego uparcie milczy i stoi w tej samej pozycji, niewzruszona, lekko odchylona do tyłu, ze skrzyżowanymi ramionami.

Nie można się nauczyć zawodu w dwa tygodnie, ale Mercedes wie, że musi zareagować, w przeciwnym wypadku donosicielka opowie przełożonym, że brakuje jej autorytetu, a więźniarki zorientują się, że sobie nie radzi. Musi koniecznie zareagować, jest tego pewna. Tomasa też o tym wie. Mruży więc oczy. I czeka.

Odgłos uderzenia w twarz rozchodzi się w całym bloku.

Przyglądające się Mercedes kobiety spuszczają wzrok.

Elvira się budzi. Ale jeszcze przez chwilę nie otwiera oczu.