Wydawca: Buchmann Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Uścisk nieboszczyka ebook

Peter James

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uścisk nieboszczyka - Peter James

Dżdżysty poranek w Brighton. Dzień jak co dzień. Prawniczka Carly Chase wyprawia syna do szkoły i rusza do biura.  Kierowca chłodni Stuart Ferguson po kilkunastogodzinnej jeździe z towarem, cieszy się, że już niedługo będzie wracał do domu. Tony Revere, student ekonomii, wsiada na rower i pędzi na wykład.  Osadzony Ewan Preece może pracować poza więzieniem, więc jak co dnia śpieszy się, by zdążyć na czas. Losy tych zwykłych ludzi splotą się w tragiczny węzeł na ruchliwej Portland Road, a wtedy życie całkowicie wymknie się im spod kontroli. Dostaną się w orbitę zbrodni oraz innego porządku – świata podziemnego, o którego istnieniu mieli tylko mgliste pojęcie.

Sprawę okrutnych morderstw w okolicach Brighton prowadzi nadinspektor Roy Grace – glina, który zrobi wszystko, aby uratować najbardziej bezbronnych.

Opinie o ebooku Uścisk nieboszczyka - Peter James

Fragment ebooka Uścisk nieboszczyka - Peter James

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

Dead Man’s Grip

Co­py­ri­ght © Re­al­ly Sca­ry Bo­oks/Pe­ter Ja­mes 2011

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Buch­mann Sp. z o.o., War­sza­wa, 2012

Pro­jekt okład­ki: Krzysz­tof Kieł­ba­siń­ski

Re­dak­cja: Ja­cek Ring

Ko­rek­ta: Do­ro­ta Woj­cie­chow­ska

Skład: TYPO Ma­rek Ugo­row­ski

ISBN 978-83-7670-813-7

www.fa­bry­ka­kry­mi­na­lu.pl

Wy­daw­ca:

Buch­mann Sp. z o.o.

ul. Wik­tor­ska 65/14, 02-587 War­sza­wa

Tel./faks 22 6310742

www.buch­mann.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

1

Rano, w dzień wy­pad­ku, Car­ly nie na­sta­wi­ła bu­dzi­ka i za­spa­ła. Obu­dzi­ła się z pa­skud­nym ka­cem, pies przy­gniótł ją swo­im mo­krym ciel­skiem, a z sy­pial­ni syna do­cho­dzi­ło obłą­ka­ne dud­nie­nie per­ku­sji. Jak­by jej po­nu­ry na­strój nie wy­star­czył, na ze­wnątrz pa­dał deszcz.

Le­ża­ła chwi­lę bez ru­chu, pró­bu­jąc ze­brać my­śli. Tego dnia umó­wi­ła się na wi­zy­tę u pe­di­kiu­rzyst­ki, żeby usu­nąć bo­le­sny od­cisk, a za dwie go­dzi­ny w jej ga­bi­ne­cie miał się zja­wić klient, któ­re­go nie zno­si­ła. Za­po­wia­dał się je­den z dni, któ­re z każ­dą go­dzi­ną sta­ją się co­raz gor­sze. Jak na­si­la­ją­ce się dud­nie­nie.

− Ty­ler! − krzyk­nę­ła. − Prze­stań na Boga! Je­steś go­to­wy?!

Otis ze­sko­czył z łóż­ka i za­czął szcze­kać na swo­je od­bi­cie w lu­strze na ścia­nie.

Dud­nie­nie usta­ło.

Po­wle­kła się do ła­zien­ki, od­na­la­zła opa­ko­wa­nie z pa­ra­ce­ta­mo­lem i łyk­nę­ła dwie ta­blet­ki. Jaki przy­kład daję sy­no­wi, po­my­śla­ła. Nie mogę być wzo­rem na­wet dla wła­sne­go psa.

Otis we­pchnął się do ła­zien­ki, jak­by wie­dział, że o nim po­my­śla­ła. W py­sku trzy­mał smycz i spo­glą­dał na nią śle­pia­mi peł­ny­mi na­dziei.

− Co jest na śnia­da­nie, mamo?! − za­wo­łał Ty­ler.

Spoj­rza­ła na swo­je od­bi­cie w ła­zien­ko­wym lu­strze. Na szczę­ście więk­szą część jej czter­dzie­sto­jed­no­let­niej twa­rzy − któ­ra tego ran­ka mu­sia­ła wy­glą­dać tak, jak­by mia­ła dwie­ście czter­dzie­ści je­den lat − za­sła­nia­ły po­tar­ga­ne ja­sne wło­sy przy­po­mi­na­ją­ce sfil­co­wa­ną sło­mę.

− Ar­sze­nik! − od­krzyk­nę­ła gło­sem ochry­płym od zbyt wie­lu pa­pie­ro­sów wy­pa­lo­nych ostat­niej nocy. − Z cy­jan­kiem i trut­ką na szczu­ry!

Otis po­dra­pał łapą płyt­kę.

− Prze­pra­szam, nie bę­dzie spa­ce­ru. Nie dziś rano. Póź­niej. Zgo­da?

− Ar­sze­nik je­dli­śmy wczo­raj! − za­pro­te­sto­wał Ty­ler.

− Wi­dać nie po­dzia­ła­ło, co?

Od­krę­ci­ła prysz­nic, po­cze­ka­ła, aż zle­ci zim­na woda, i we­szła do ka­bi­ny.

2

Stu­art Fer­gu­son sie­dział wy­so­ko w swo­jej ka­bi­nie, cze­ka­jąc na zmia­nę świa­teł. Miał na so­bie dżin­sy, buty To­tec­to­ry i fir­mo­wy kom­bi­ne­zon, na któ­ry na­cią­gnął fir­mo­wą ko­szul­kę polo. Wy­cie­racz­ki pra­co­wa­ły ryt­micz­nie, zgar­nia­jąc kro­ple desz­czu. Fer­gu­son spoj­rzał w dół na za­kor­ko­wa­ną Old Sho­re­ham Road. W Bri­gh­ton była go­dzi­na szczy­tu. Po­tęż­ny sil­nik jego szes­na­sto­ko­ło­wej, dwu­dzie­stocz­te­ro­to­no­wej chłod­ni vo­lvo ci­cho mru­czał, a jed­no­staj­ny stru­mień cie­płe­go po­wie­trza owie­wał mu nogi. Cho­ciaż za­czął się kwie­cień, zima nie od­pusz­cza­ła, a jego po­dróż roz­po­czę­ła się w śnie­gu. Nikt go nie prze­ko­na, że jest ja­kieś glo­bal­ne ocie­ple­nie.

Ziew­nął, spo­glą­da­jąc za­spa­ny­mi ocza­mi na ohyd­ny po­ra­nek, a na­stęp­nie po­cią­gnął tęgi łyk red bul­la. Wsta­wił pusz­kę do uchwy­tu, prze­su­nął spo­co­ny­mi mię­si­sty­mi łap­ska­mi po ogo­lo­nej gło­wie i za­bęb­nił w kie­row­ni­cę w rytm pio­sen­ki Bat Out of Hell, któ­ra le­cia­ła tak gło­śno, że mo­gła­by obu­dzić mro­żo­ne ryby, któ­re prze­wo­ził. Była to pią­ta albo szó­sta pusz­ka, któ­rą wy­żło­pał w cią­gu kil­ku ostat­nich go­dzin. Choć dy­go­tał od nad­mia­ru ko­fe­iny, tyl­ko red bull i gło­śna mu­zy­ka trzy­ma­ły go przy ży­ciu.

Roz­po­czął po­dróż wczo­raj po po­łu­dniu i je­chał całą noc ze szkoc­kie­go Aber­de­en. Na licz­ni­ku miał już sześć­set trzy mile. Pro­wa­dził osiem­na­ście go­dzin, z krót­ką prze­rwą na je­dze­nie na sta­cji ben­zy­no­wej Pa­gnel Se­rvi­ces w New­port i małą drzem­kę w za­tocz­ce dla ti­rów kil­ka go­dzin wcze­śniej. Gdy­by nie wy­pa­dek na roz­jeź­dzie przy M1 i M6, przy­je­chał­by do Bri­gh­ton go­dzi­nę temu. Zgod­nie z pla­nem, o ósmej rano.

Wie­dział, że ta­kie ga­da­nie nie ma sen­su, bo wy­pad­ki były za­wsze. Cały czas. Zbyt wie­lu lu­dzi ko­rzy­sta­ło z dróg, zbyt wie­le jeź­dzi­ło sa­mo­cho­dów i cię­ża­ró­wek. Zbyt wie­lu idio­tów, zbyt wie­le rze­czy roz­pra­sza­ją­cych uwa­gę i spie­szą­cych się lu­dzi. Ob­ser­wo­wał to od wie­lu lat, dum­ny ze swo­je­go re­kor­du. Dzie­więt­na­ście lat i ani jed­nej stłucz­ki − na­wet mar­ne­go man­da­tu.

Z przy­zwy­cza­je­nia rzu­cił okiem na de­skę roz­dziel­czą, spraw­dza­jąc ci­śnie­nie ole­ju i tem­pe­ra­tu­rę sil­ni­ka. Kie­dy świa­tła się zmie­ni­ły, prze­su­nął do przo­du dźwi­gnię ośmio­bie­go­wej skrzy­ni i za­czął stop­nio­wo na­bie­rać pręd­ko­ści, mi­ja­jąc skrzy­żo­wa­nie i wjeż­dża­jąc do Car­tlon Ter­ra­ce, a na­stęp­nie zjeż­dża­jąc ze wzgórz w kie­run­ku mo­rza, któ­re znaj­do­wa­ło się nie­ca­łą milę da­lej. Po od­wie­dze­niu wę­dzar­ni ło­so­sia w Springs, kil­ka mil na pół­noc od Sus­sex Do­wns, po­zo­sta­ła mu ostat­nia do­sta­wa do su­per­mar­ke­tu sie­ci Te­sco w Holm­bush Cen­tre na ru­bie­żach mia­sta. Póź­niej miał po­je­chać do por­tu w Ne­wha­ven, wy­ła­do­wać mro­żo­ną no­wo­ze­landz­ką ja­gnię­ci­nę, prze­ki­mać kil­ka go­dzin na na­brze­żu i wró­cić do Szko­cji.

Do Jes­sie.

Tę­sk­nił za nią cho­ler­nie. Spoj­rzał na jej zdję­cie umiesz­czo­ne na de­sce roz­dziel­czej obok fo­to­gra­fii dwój­ki dzie­cia­ków, Do­nal i Lo­ga­na. Ich też mu bra­ko­wa­ło. Ta zdzi­ra Mad­die, jego była, nie uła­twia­ła ojcu kon­tak­tu z dzieć­mi. Na szczę­ście słod­ka Jes­sie po­mo­gła mu po­skła­dać ży­cie do kupy.

Od czte­rech mie­się­cy no­si­ła ich dziec­ko. W koń­cu, po trzech pie­kiel­nych la­tach, oprócz prze­szło­ści peł­nej oskar­żeń i go­ry­czy miał przed sobą przy­szłość, o któ­rej mógł roz­my­ślać.

Zwy­kle zro­bił­by so­bie kil­ka go­dzin prze­rwy, żeby się prze­spać i nie prze­kro­czyć do­zwo­lo­ne­go li­mi­tu go­dzin pra­cy za kół­kiem, ale tem­pe­ra­tu­ra w chłod­ni za­czę­ła nie­bez­piecz­nie wzra­stać, a on nie mógł ry­zy­ko­wać znisz­cze­nia cen­ne­go ła­dun­ku prze­grzeb­ków, kre­we­tek i ło­so­si. Nie mógł, więc je­chał da­lej.

Je­śli bę­dzie uwa­żał, nie sta­nie się nic złe­go. Wie­dział, gdzie są punk­ty kon­tro­li po­jaz­dów, a przez ra­dio CB był na bie­żą­co in­for­mo­wa­ny o lot­nych po­ste­run­kach. Wła­śnie dla­te­go zro­bił ob­jazd przez cen­trum mia­sta, za­miast je­chać ob­wod­ni­cą.

Za­klął pod no­sem.

Czer­wo­ne świa­tła za­czę­ły mru­gać, a ba­rier­ki po­wę­dro­wa­ły w dół. Przej­ście dla pie­szych przed Prot­sla­de Sta­tion. Włą­cza­ły się świa­tła ha­mo­wa­nia sa­mo­cho­dów, któ­re zwal­nia­ły, żeby się po chwi­li za­trzy­mać. Za­ha­mo­wał z pi­skiem. Z le­wej do­strzegł ja­sno­wło­se­go męż­czy­znę sku­lo­ne­go przed desz­czem, z czu­pry­ną roz­wia­ną przez wiatr. Fa­cet otwie­rał drzwi biu­ra nie­ru­cho­mo­ści Rand & Co.

Cie­ka­we, co to za ro­bo­ta? – po­my­ślał. Jak­by to było, gdy­by wsta­wał rano i je­chał do biu­ra, żeby wró­cić wie­czo­rem do ro­dzi­ny, za­miast spę­dzać dnie i noce za kół­kiem. Sa­mot­nie, ja­da­jąc w ka­wiar­niach na sta­cjach ben­zy­no­wych lub prze­żu­wa­jąc ka­nap­ki przed gów­nia­nym te­le­wi­zo­rem w tyl­nej czę­ści ka­bi­ny. Może gdy­by miał taką ro­bo­tę, nadal był­by żo­na­ty. Nadal każ­de­go wie­czo­ru i w week­en­dy wi­dy­wał­by dzie­ci.

Tyl­ko że nie był­by szczę­śli­wy, gdy­by tkwił w jed­nym miej­scu. Lu­bił po­czu­cie wol­no­ści to­wa­rzy­szą­ce ży­ciu w dro­dze. Po­trze­bo­wał go. Cie­ka­we, czy gość, któ­ry wła­śnie otwie­rał drzwi biu­ra nie­ru­cho­mo­ści, kie­dy­kol­wiek spoj­rzał na taką cię­ża­rów­kę i po­my­ślał, że wo­lał­by za­miast tego prze­krę­cić klu­czyk w sta­cyj­ce.

Pa­stwi­sko są­sia­da jest zwy­kle bar­dziej zie­lo­ne. Na­uczył się, że w ży­ciu pew­ne jest tyl­ko jed­no: nie­waż­ne, kim je­steś i czym się zaj­mu­jesz, bo na pew­no któ­re­goś dnia wdep­niesz w ja­kieś gów­no.

3

Tony na­zy­wał ją San­ta, bo gdy ko­cha­li się pierw­szy raz w śnież­ne gru­dnio­we po­po­łu­dnie w domu jej ro­dzi­ców w Hamp­tons, Suzy mia­ła ciem­no­czer­wo­ne atła­so­we maj­tecz­ki. Po­wie­dział, że czuł się tak, jak­by w jed­nej chwi­li na­de­szły świę­ta.

Uśmiech­nę­ła się i od­par­ła, że to je­dy­na rzecz, któ­ra nad­cho­dzi w jed­nej chwi­li.

Od tego dnia byli w so­bie za­du­rze­ni. Za­du­rze­ni tak bar­dzo, że Tony Re­ve­re, ku roz­cza­ro­wa­niu swo­jej apo­dyk­tycz­nej mat­ki, zre­zy­gno­wał ze stu­diów eko­no­micz­nych na Ha­rvar­dzie i po­je­chał za nią z No­we­go Jor­ku do An­glii, żeby się za­pi­sać na uni­wer­sy­tet w Bri­gh­ton.

− Wsta­waj, le­niu­chu! − za­wo­łał. − Rusz się, wał­ko­niu!

− O co ci cho­dzi? Nie mam dziś wy­kła­dów, za­po­mnia­łeś?

− Do­cho­dzi ósma trzy­dzie­ści, nie za­uwa­ży­łaś?

− Co z tego? Sły­sza­łam cię o ósmej. O ósmej pięt­na­ście i ósmej dwa­dzie­ścia pięć. Mu­szę się wy­spać, żeby być pięk­na.

Spoj­rzał na nią.

− Je­steś wy­star­cza­ją­co ślicz­na. Wiesz co? Nie ko­cha­li­śmy się od pół­no­cy.

− Prze­sta­łeś mnie lu­bić?

− Chy­ba tak.

− Będę mu­sia­ła zaj­rzeć do sta­rej, czar­nej księ­gi.

− Czyż­by?

Pod­nio­sła się i chwy­ci­ła go sta­now­czo, choć de­li­kat­nie po­ni­żej sprzącz­ki pa­ska.

− Wra­caj do łóż­ka − roz­ka­za­ła z uśmie­chem, kie­dy wstrzy­mał od­dech.

− Mam spo­tka­nie z opie­ku­nem gru­py, a póź­niej wy­kład.

− O czym?

− O wy­zwa­niach, któ­re współ­cze­sny ry­nek pra­cy sta­wia teo­rii Gal­bra­igh­ta.

− Wow! Ty to masz szczę­ście.

− Fak­tycz­nie. Za­ję­cia albo ra­nek w łóż­ku z tobą. Wy­bór jest oczy­wi­sty.

− Zna­ko­mi­cie! Wska­kuj do łóż­ka!

− Nie za­mie­rzam. Wiesz, co się sta­nie, je­śli nie będę miał do­brych ocen w tym se­me­strze?

− Wró­cisz do Sta­nów do ma­mu­si?

− Znasz moją mamę.

− I to jak! Prze­ra­ża­ją­ca ko­bie­ta!

− Sama po­wie­dzia­łaś.

− Bo­isz się jej?

− Wszy­scy się boją mo­jej mamy.

Suzy usia­dła na łóż­ku, od­rzu­ca­jąc do tyłu dłu­gie, czar­ne wło­sy.

− Bo­isz się jej bar­dziej ode mnie? Czy dla­te­go tu przy­je­cha­łeś? Czyż­bym do­star­czy­ła ci wy­mów­ki, żeby przed nią uciec?

Po­chy­lił się i po­ca­ło­wał ją w usta, sma­ku­jąc jej sen­ny od­dech, wdy­cha­jąc go głę­bo­ko i roz­ko­szu­jąc się jego aro­ma­tem.

− Je­steś cu­dow­na! Czy już o tym wspo­mi­na­łem?

− Dzie­sięć ty­się­cy razy. Ty też. Czy już o tym wspo­mi­na­łam?

− Dzie­sięć ty­się­cy razy. Je­steś jak ze­psu­ta pły­ta − rzu­cił, za­kła­da­jąc lek­ki ple­cak.

Spoj­rza­ła na nie­go. Był wy­so­ki i szczu­pły, a jego krót­kie czar­ne wło­sy ster­cza­ły na wszyst­kie stro­ny. Po­licz­ki Tony’ego po­kry­wał kil­ku­dnio­wy za­rost, któ­ry tak lu­bi­ła. Miał na so­bie wa­to­wa­ny ano­rak na­rzu­co­ny na dwie war­stwy T-shir­tów, a prócz tego dżin­sy i adi­da­sy. Jak­by tego było mało, pach­niał wodą ko­loń­ską Aber­crom­bie & Fitch, za któ­rą prze­pa­da­ła.

Pro­mie­nio­wał pew­no­ścią sie­bie, któ­ra uję­ła ją, kie­dy roz­ma­wia­li pierw­szy raz w mrocz­nym ba­rze Pra­vda w Gre­en­wich Vil­la­ge, gdy w ostat­nie wa­ka­cje od­wie­dzi­ła swo­ją naj­lep­szą przy­ja­ciół­kę w No­wym Jor­ku. Bied­na Ka­tie mu­sia­ła wra­cać do An­glii sama, pod­czas gdy ona zo­sta­ła z To­nym.

− Kie­dy wró­cisz? − za­py­ta­ła.

− Gdy tyl­ko bę­dzie to moż­li­we.

− To za dłu­go!

Po­ca­ło­wał ją po­now­nie.

− Ko­cham cię. Uwiel­biam.

Po­ru­szy­ła dło­nią.

− Wię­cej!

− Je­steś naj­cu­dow­niej­szą i naj­wspa­nial­szą isto­tą pod słoń­cem!

− Tyl­ko tyle?

− Boli mnie każ­da se­kun­da na­sze­go roz­sta­nia.

Po­now­nie ski­nę­ła dło­nią.

− Wię­cej!

− Ależ je­steś chci­wa!

− To two­ja wina.

− A ty mnie pod­nie­casz. Mu­szę wyjść, za­nim coś się sta­nie!

− Na­praw­dę tak mnie zo­sta­wisz?

− Taak.

Po­ca­ło­wał ją po­now­nie i na­cią­gnął ba­se­bal­lów­kę na gło­wę. Wy­pro­wa­dził z miesz­ka­nia gór­ski ro­wer, zszedł po scho­dach, otwo­rzył fron­to­we drzwi i wy­szedł na chłod­ny wietrz­ny kwiet­nio­wy ra­nek. Za­my­ka­jąc za sobą drzwi, po­czuł w płu­cach cierp­ki sło­ny smak mor­skie­go po­wie­trza Bri­gh­ton, a póź­niej spoj­rzał na ze­ga­rek.

Cho­le­ra.

Za dwa­dzie­ścia mi­nut miał spo­tka­nie z opie­ku­nem gru­py. Zdą­ży na czas, je­śli po­rząd­nie na­ci­śnie pe­da­ły.

4

Klik. Biiii… gliiip… uhu­hu­hurrr…. glip… grawwwwwp… biff, ha­ha­ha. Wrrr, haha…

− Ten ha­łas do­pro­wa­dza mnie do obłę­du − wy­ję­cza­ła Car­ly.

Ty­ler, któ­ry sie­dział w fo­te­lu pa­sa­że­ra ka­brio­le­tu audi, po­chy­lił się nad swo­im iPho­ne’em i grał w ja­kąś krwa­wą grę o na­zwie An­gry Birds. Cze­mu wszyst­ko, co ro­bił, wią­za­ło się z ha­ła­sem?

IPho­ne za­czął wy­da­wać dźwię­ki przy­po­mi­na­ją­ce od­głos pę­ka­ją­ce­go szkła.

− Je­ste­śmy spóź­nie­ni − po­wie­dział, nie pod­no­sząc gło­wy i nie prze­sta­jąc grać.

Twang-griip-ha­ha­ha…

− Ty­ler, bła­gam! Boli mnie gło­wa!

− Co?! − Spoj­rzał na nią z uśmie­chem. − Nie po­win­naś była tak się schlać ostat­niej nocy. Zno­wu.

Skrzy­wi­ła się, sły­sząc, ja­kie­go ję­zy­ka uży­wa.

Twang… ha­ha­ha, grawwww­wpppp…

Po­my­śla­ła, że za chwi­lę zła­pie ten pie­przo­ny te­le­fon i wy­rzu­ci przez okno.

− Też byś się upił, gdy­byś się spo­tkał z pa­lan­tem.

− Rand­ki w ciem­no ci nie słu­żą.

− Dzię­ku­ję.

− Bar­dzo pro­szę. Spóź­nię się do szko­ły. Do­sta­nę pałę. − Nie prze­sta­wał się ga­pić w ekran przez owal­ne oku­la­ry w dru­cia­nej opra­wie.

Klik-klik-bip-bip-bip.

− Za­dzwo­nię i cię uspra­wie­dli­wię − za­pro­po­no­wa­ła.

− Sta­le to ro­bisz. Je­steś nie­od­po­wie­dzial­na. Może po­win­ni mnie za­brać do in­sty­tu­cji opie­kuń­czej.

− Bła­gam ich o to od lat.

Spoj­rza­ła na czer­wo­ne świa­tło i stru­mień po­jaz­dów su­ną­cych przed nimi, a póź­niej na ze­ga­rek. Ósma pięć­dzie­siąt sześć. Je­śli bę­dzie mia­ła szczę­ście, pod­rzu­ci go do szko­ły i zdą­ży do pe­di­kiu­rzyst­ki. Pie­przo­ny ra­nek! Po­dwój­ny ból! Naj­pierw usu­nię­cie od­ci­sku, a póź­niej ten klient. Pan Ma­ru­da. Nic dziw­ne­go, że żona go rzu­ci­ła. Car­ly po­my­śla­ła, że pew­nie wy­szła­by z sie­bie, gdy­by była jego żoną, ale nie pła­co­no jej za to, żeby ich osą­dza­ła. Pła­cił jej, żeby po­wstrzy­ma­ła Pa­nią Ma­ru­dę przed odej­ściem z dwo­ma ja­ja­mi męża i wszyst­kim in­nym, co miał… prze­pra­szam, co mie­li. Bo taki był plan tej bab­ki.

− To na­praw­dę boli, mamo. Cią­gle.

− Co? Ach, twój apa­rat ko­rek­cyj­ny.

Ty­ler do­tknął sie­ka­czy.

− Jest za cia­sny.

− Za­dzwo­nię do or­to­don­ty i umó­wię cię na wi­zy­tę.

Chło­pak ski­nął gło­wą i po­now­nie sku­pił się na grze.

Świa­tła się zmie­ni­ły. Zdję­ła pra­wą sto­pę z ha­mul­ca i ru­szy­ła. Zbli­ża­ła się pora wia­do­mo­ści, więc na­sta­wi­ła gło­śniej ra­dio.

− Jadę do sta­rusz­ków w ten week­end?

− Wo­la­ła­bym, że­byś tak ich nie na­zy­wał, do­brze? Są two­imi dziad­ka­mi.

Kil­ka razy w roku Ty­ler spę­dzał dzień z ro­dzi­ca­mi jej zmar­łe­go męża. Roz­piesz­cza­li go, ale chło­pak uwa­żał ich za nu­dzia­rzy.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

− Mu­szę?

− Tak, mu­sisz.

− Dla­cze­go?

− Na­zy­wa­ją to ob­słu­gą spad­ku.

Ty­ler zmarsz­czył brwi.

− Czym?

Uśmiech­nę­ła się.

− Żar­to­wa­łam… nie po­wta­rzaj tego.

− Ob­słu­gą spad­ku? − po­wtó­rzył jak echo.

− Za­po­mnij, co po­wie­dzia­łam. Mam kiep­skie po­czu­cie hu­mo­ru. Bę­dzie mi cie­bie bra­ko­wa­ło.

− Kiep­sko kła­miesz. Po­win­naś to po­wie­dzieć z więk­szym uczu­ciem. − Prze­su­nął pal­cem po ekra­nie iPho­ne’a, uda­jąc obo­jęt­ność, by po chwi­li wró­cić do gry.

Twang… iiiiiiikkkk… griiiip… ha­ha­ha…

Zdą­ży­ła na na­stęp­ne świa­tła i skrę­ci­ła w pra­wo, w New Church Road, za­jeż­dża­jąc dro­gę cię­ża­rów­ce z kon­te­ne­rem, któ­ra gło­śno za­trą­bi­ła.

− Chcesz nas za­bić czy co? − spy­tał Ty­ler.

− Nie nas, tyl­ko cie­bie − od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem.

− Czy wiesz, że są or­ga­ni­za­cje, któ­re chro­nią dzie­ci przed ta­ki­mi ro­dzi­ca­mi jak ty? − rzu­cił.

Wy­cią­gnę­ła lewą rękę i prze­su­nę­ła mu pal­ca­mi po zmierz­wio­nych brą­zo­wych wło­sach.

Od­su­nął rap­tow­nie gło­wę.

− Uwa­żaj! Ze­psu­jesz mi fry­zu­rę!

Po­sła­ła mu czu­łe spoj­rze­nie. Szyb­ko do­ra­stał i ład­nie wy­glą­dał w ko­szu­li z kra­wa­tem, czer­wo­nej ma­ry­nar­ce, swe­trze i sza­rych spodniach. Nie miał jesz­cze trzy­na­stu lat, a dziew­czy­ny już się za nim uga­nia­ły. Z każ­dym dniem co­raz bar­dziej przy­po­mi­nał swe­go zmar­łe­go ojca, uży­wał też pew­nych wy­ra­żeń, któ­re zbyt moc­no przy­po­mi­na­ły jej Kesa. W mo­men­tach sła­bo­ści to wy­star­cza­ło, żeby w jej oczach błys­nęły łzy, choć od cza­su jego śmier­ci mi­nę­ło pięć lat.

Chwi­lę póź­niej, za­le­d­wie kil­ka mi­nut po dzie­wią­tej, za­trzy­ma­ła się przed czer­wo­ną bra­mą szko­ły Świę­te­go Krzysz­to­fa. Ty­ler roz­piął pas i się­gnął do tyłu po ple­cak.

− Włą­czy­łeś Friend Map­pe­ra?

Spoj­rzał na nią, jak­by chciał po­wie­dzieć: „oczy­wi­ście, idiot­ko”.

− Nie je­stem dziec­kiem, wiesz?

Friend Map­per był apli­ka­cją GPS, któ­rą moż­na było uru­cho­mić w iPho­nie. Dzię­ki niej w każ­dej chwi­li wie­dzia­ła, gdzie chło­pak się znaj­du­je.

− Do­pó­ki pła­cę two­je ra­chun­ki, ma być włą­czo­ny. Za­war­li­śmy umo­wę.

− Je­steś na­do­pie­kuń­cza. Przez cie­bie będę upo­śle­dzo­ny emo­cjo­nal­nie.

Wy­siadł z sa­mo­cho­du na deszcz, opie­ra­jąc dłoń na drzwiach.

− Po­win­naś się za­ba­wić − po­wie­dział z wa­ha­niem.

− Ba­wi­łam się, za­nim przy­sze­dłeś na świat.

Uśmiech­nął się i trza­snął drzwia­mi.

Pa­trzy­ła, jak mija bra­mę i prze­cho­dzi przez pu­ste bo­isko. Wszy­scy ucznio­wie już daw­no byli w środ­ku. Bała się o nie­go za­wsze, gdy zni­kał jej z oczu. Mar­twi­ła się. Je­dy­nym za­pew­nie­niem, że nic mu nie jest, była krop­ka pul­su­ją­ca na ekra­nie jej iPho­ne’a, po­ka­zu­ją­ca, gdzie się znaj­du­je. Ty­ler miał ra­cję. Była nad­mier­nie opie­kuń­cza, ale nie mo­gła nic na to po­ra­dzić. Ko­cha­ła go roz­pacz­li­wie, mimo jego przy­pra­wia­ją­cej o obłęd po­sta­wy i za­cho­wa­nia, bo wie­dzia­ła, że da­rzył ją po­dob­ną mi­ło­ścią.

Skrę­ci­ła w stro­nę Por­t­land Road, ja­dąc szyb­ciej, niż po­win­na. Nie mo­gła się spóź­nić do pe­di­kiu­rzyst­ki. Od­cisk bar­dzo jej do­ku­czał, więc nie chcia­ła, żeby wi­zy­ta prze­szła jej koło nosa. Mu­sia­ła wró­cić do biu­ra przed Pa­nem Ma­ru­dą i, przy odro­bi­nie szczę­ścia, przej­rzeć waż­ne pa­pie­ry przed nad­cho­dzą­cym po­sie­dze­niem.

Jej te­le­fon wy­dał dźwięk sy­gna­li­zu­ją­cy na­dej­ście wia­do­mo­ści tek­sto­wej. Spoj­rza­ła na ekran, gdy do­je­cha­ła do skrzy­żo­wa­nia z głów­ną dro­gą.

Do­sko­na­le się ba­wi­łem ostat­niej nocy − chciał­bym się spo­tkać po­now­nie XXX

Mo­żesz so­bie po­ma­rzyć, ko­cha­siu. Za­drża­ła na myśl o nim. Dave z Pre­ston w Lan­ca­shi­re. Pre­ston Dave, jak go na­zy­wa­ła. Po­stą­pi­ła uczci­wie, za­miesz­cza­jąc ak­tu­al­ną fo­to­gra­fię na stro­nie ser­wi­su rand­ko­we­go. Sto­sun­ko­wo uczci­wie! Prze­cież nie szu­ka­ła ide­ału. Wy­star­czył­by sym­pa­tycz­ny fa­cet, któ­ry nie waży sto fun­tów wię­cej i nie wy­glą­da dzie­sięć lat sta­rzej niż na ostat­niej fo­to­gra­fii. I nie chcia­ła spę­dzić ca­łe­go wie­czo­ru na ga­da­niu o tym, jaki to on jest wspa­nia­ły i jaki z nie­go świet­ny ko­cha­nek. Czy ocze­ki­wa­ła zbyt wie­le?

Aby jej szczę­ście było peł­ne, drań za­pro­sił ją na obiad. Do znacz­nie droż­szej re­stau­ra­cji, niż wy­bra­ła­by na pierw­sze spo­tka­nie, by na ko­niec za­pro­po­no­wać po­dzie­le­nie się ra­chun­kiem.

Trzy­ma­jąc sto­pę na ha­mul­cu i po­chy­la­jąc się do przo­du, usu­nę­ła wia­do­mość zde­cy­do­wa­nym ru­chem, z uczu­ciem sa­tys­fak­cji umiesz­cza­jąc apa­rat w uchwy­cie.

Skrę­ci­ła w lewo, wy­prze­dzi­ła bia­łą fur­go­net­kę i przy­spie­szy­ła.

Sa­mo­chód za­trą­bił i gniew­nie mru­gnął świa­tła­mi, skró­cił dy­stans i za­czął je­chać na jej zde­rza­ku. Po­ka­za­ła mu dwa pal­ce.

W cią­gu ko­lej­nych dni i ty­go­dni wie­lo­krot­nie gorz­ko ża­ło­wa­ła, że prze­czy­ta­ła i usu­nę­ła tę wia­do­mość. Gdy­by nie za­trzy­ma­ła się na skrzy­żo­wa­niu na kil­ka bez­cen­nych se­kund, ma­ni­pu­lu­jąc te­le­fo­nem, i skrę­ci­ła w lewo pół mi­nu­ty wcze­śniej, wszyst­ko po­to­czy­ło­by się in­a­czej.

5

Cza­rny − po­wie­dział Glenn Bran­son, trzy­ma­jąc duży gol­fo­wy pa­ra­sol nad ich gło­wa­mi.

Nad­in­spek­tor Roy Gra­ce pod­niósł gło­wę i spoj­rzał na nie­go.

− To twój je­dy­ny ko­lor!

Ma­ją­cy pięć stóp dzie­sięć cali Roy Gra­ce był znacz­nie lep­szym gol­fi­stą od swo­je­go młod­sze­go stop­niem ko­le­gi i znacz­nie mniej ele­ganc­ko ubra­ny od nie­go. Do­bie­ga­ją­cy czter­dziest­ki Gra­ce nie był przy­stoj­ny w zwy­kłym zna­cze­niu tego sło­wa. Miał lek­ko zde­for­mo­wa­ny nos, któ­ry nada­wał mu nie­co su­ro­wy wy­gląd. Zła­mał go trzy razy − raz pod­czas bój­ki i dwa razy na bo­isku rug­by. Ja­sne wło­sy miał krót­ko przy­cię­te, a ja­sne nie­bie­skie oczy przy­po­mi­na­ły jego za­gi­nio­nej daw­no temu żo­nie oczy Pau­la New­ma­na.

Czu­jąc się jak dziec­ko w skle­pie z ła­ko­cia­mi, nad­in­spek­tor wci­snął dło­nie do kie­sze­ni swo­je­go ano­ra­ka i prze­su­nął wzro­kiem po rzę­dach sa­mo­cho­dów sto­ją­cych na pla­cu ko­mi­su Fro­sta. Choć wszyst­kie lśni­ły od po­le­ro­wa­nia i desz­czu, jego wzrok cią­gle po­wra­cał do dwu­drzwio­wej alfy ro­meo.

− Lu­bię srebr­ne, ciem­no­czer­wo­ne i gra­na­to­we. − Jego głos nie­mal za­głu­szył huk i ryk klak­so­nu cię­ża­rów­ki prze­jeż­dża­ją­cej głów­ną dro­gą za ich ple­ca­mi.

Sko­rzy­stał ze sto­sun­ko­wo spo­koj­ne­go ty­go­dnia, żeby ukrad­kiem wy­mknąć się z biu­ra. Wóz, któ­ry wy­pa­trzył na stro­nie in­ter­ne­to­wej „Au­to­tra­de­ra”, zo­stał wy­sta­wio­ny przez tego han­dla­rza.

Sier­żant Bran­son w kre­mo­wym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym Bur­ber­ry i lśnią­cych brą­zo­wych mo­ka­sy­nach po­krę­cił gło­wą.

− Czar­ny jest naj­lep­szy. To naj­bar­dziej po­pu­lar­ny ko­lor. Prze­ko­nasz się o tym, kie­dy bę­dziesz chciał go sprze­dać… chy­ba że masz za­miar zrzu­cić go z urwi­ska, jak ostat­ni.

− Bar­dzo za­baw­ne.

Po­przed­ni wóz Roya Gra­ce’a, jego uko­cha­ny rdza­wo­czer­wo­ny spor­to­wy se­dan alfa ro­meo 147, zo­stał ska­so­wa­ny pod­czas po­li­cyj­ne­go po­ści­gu ostat­niej je­sie­ni, a on od tego cza­su han­dry­czył się z fir­mą ubez­pie­cze­nio­wą. W koń­cu uzgod­ni­li ja­kąś nędz­ną sum­kę.

− Po­wi­nie­neś pa­mię­tać o ta­kich rze­czach, we­te­ra­nie. Eme­ry­tu­ra co­raz bli­żej, trze­ba my­śleć o każ­dym pen­sie.

− Mam trzy­dzie­ści dzie­więć lat.

− Wkrót­ce stuk­nie ci czter­dziest­ka.

− Dzię­ki, że przy­po­mnia­łeś.

− W two­im wie­ku mózg za­czy­na ob­umie­rać.

− Od­chrzań się! Czar­ny ja­koś nie pa­su­je do wło­skich spor­to­wych wo­zów.

− To naj­lep­szy ko­lor do wszyst­kie­go. − Bran­son po­kle­pał się po klat­ce pier­sio­wej. − Spójrz na mnie.

Roy Gra­ce od­wró­cił gło­wę.

− I co?

− Co wi­dzisz?

− Wy­so­kie­go, ły­se­go fa­ce­ta z kiep­skim kra­wa­tem.

− To Paul Smith − od­rzekł ura­żo­nym to­nem. − Jaki ko­lor ma moja skó­ra?

− Usta­wa o rów­no­ści ra­so­wej za­ka­zu­je mi o tym wspo­mi­nać.

Bran­son prze­wró­cił ocza­mi.

− Czar­ny to ko­lor przy­szło­ści.

− Sko­ro je­stem taki sta­ry, jak po­wia­dasz, pew­nie tego nie do­ży­ję. Szcze­gól­nie je­śli będę stał na dwo­rze w tym cho­ler­nym desz­czu. Za­ma­rzam. Słu­chaj, ten mi się po­do­ba − po­wie­dział, wska­zu­jąc czer­wo­ny dwu­miej­sco­wy ka­brio­let.

− Chy­ba śnisz! Za­po­mnia­łeś, że nie­dłu­go zo­sta­niesz oj­cem? Bę­dziesz po­trze­bo­wał cze­goś ta­kie­go. − Glenn Bran­son wska­zał na sto­ją­ce­go z dru­giej stro­ny re­nault espa­ce.

− Dzię­ku­ję, nie zaj­mu­ję się prze­wo­zem lu­dzi.

− Ale mo­żesz, je­śli bę­dziesz miał kil­ko­ro dzie­ci.

− Na ra­zie w dro­dze jest tyl­ko jed­no. Tak czy in­a­czej, nie wy­bio­rę ni­cze­go bez zgo­dy Cleo.

− Wzię­ła cię pod pan­to­fel, co?

Gra­ce się za­czer­wie­nił.

− Nie.

Pod­szedł do smu­kłej srebr­nej alfy bre­ra i spoj­rzał na nią z po­żą­da­niem.

− Nie zbli­żaj się do niej − ostrzegł go Bran­son, po­dą­ża­jąc za przy­ja­cie­lem i osła­nia­jąc go pa­ra­so­lem. − Chy­ba że je­steś akro­ba­tą!

− Te wozy są wspa­nia­łe!

− Dwu­drzwio­we auto! Jak za­mie­rzasz wło­żyć nie­mow­lę do środ­ka, a póź­niej je wy­cią­gnąć?! − Po­nu­ro po­trzą­snął gło­wą. − Mu­sisz zna­leźć coś bar­dziej prak­tycz­ne­go, sko­ro już je­steś gło­wą ro­dzi­ny.

Gra­ce spoj­rzał na bre­rę. Był to je­den z naj­pięk­niej­szych sa­mo­cho­dów, ja­kie wi­dział. Na kar­to­ni­ku wy­pi­sa­no cenę. Dzie­więć ty­się­cy dzie­więć­set dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć fun­tów. W za­się­gu jego moż­li­wo­ści, choć prze­bieg mia­ła duży. Gdy zro­bił ko­lej­ny krok, za­dzwo­nił te­le­fon.

Ką­tem oka do­strzegł sprze­daw­cę w ele­ganc­kim gar­ni­tu­rze, idą­ce­go ku nim szyb­kim kro­kiem. Spoj­rzał na ze­ga­rek, od­bie­ra­jąc te­le­fon, bo o dzie­sią­tej rano był umó­wio­ny z sze­fem, za­stęp­cą ko­men­dan­ta po­li­cji.

− Roy Gra­ce − po­wie­dział.

Dzwo­ni­ła Cleo, któ­ra od dwu­dzie­stu sze­ściu ty­go­dni no­si­ła ich dziec­ko. Jej głos brzmiał po­twor­nie, jak­by le­d­wie mo­gła mó­wić.

− Roy − wy­du­si­ła. − Je­stem w szpi­ta­lu.

6

Stu­art Fer­gu­son miał już dość Meat Lo­afa. Kie­dy ba­rier­ka ru­szy­ła w górę, na­sta­wił al­bum El­kie Bro­oks. Z gło­śni­ków po­pły­nę­ła me­lo­dia Pe­arl’s a Sin­ger. Gra­li tę pio­sen­kę w pu­bie, kie­dy pierw­szy raz za­pro­sił Jes­sie na rand­kę.

Nie­któ­re bab­ki pod­czas pierw­szej rand­ki sta­ra­ją się trzy­mać fa­ce­ta na dy­stans, do­pó­ki go le­piej nie po­zna­ją. Ale oni mie­li sześć mie­się­cy na wza­jem­ne po­zna­nie przez te­le­fon i In­ter­net. Kie­dy spo­tka­li się pierw­szy raz, Jes­sie sprzą­ta­ła sto­li­ki w ba­rze na po­sto­ju ti­rów, na pół­noc od Edyn­bur­ga. Była póź­na noc i ga­da­li po­nad go­dzi­nę. Obo­je mie­li mał­żeń­skie pro­ble­my. Na­gry­zmo­li­ła mu nu­mer te­le­fo­nu na od­wro­cie ra­chun­ku, nie ocze­ku­jąc, że się ode­zwie.

Kie­dy pod­czas pierw­szej rand­ki usa­do­wi­li się w ci­chym bok­sie z boku sali, przy­su­nę­ła się do nie­go. Póź­niej, gdy po­pły­nę­ła pio­sen­ka, ob­jął ją ra­mie­niem, ocze­ku­jąc, że się skrzy­wi albo od­su­nie. Ale ona przy­su­nę­ła się bli­żej i od­wró­ci­ła twa­rzą do nie­go. Wte­dy się po­ca­ło­wa­li.

Uśmiech­nął się, ru­sza­jąc da­lej. Spoj­rzał uważ­nie na chy­bo­czą­cy się nie­pew­nie mo­to­ro­wer, gdy cię­ża­rów­ka za­czę­ła pod­ska­ki­wać na szy­nach. Bar­dzo tę­sk­nił za Jes­sie, a ta pio­sen­ka wy­da­wa­ła się pięk­na i za­ra­zem bo­le­sna. Dziś wie­czo­rem bę­dzie ją po­now­nie trzy­mał w ra­mio­nach.

− Za sto jar­dów skręć w lewo − na­ka­zał ko­bie­cy głos z GPS-u.

− Tak, sze­fo­wo − mruk­nął, spo­glą­da­jąc na strzał­kę w lewo, któ­ra po­ja­wi­ła się na ekra­nie, na­ka­zu­jąc skrę­cić ze Sta­tion Road w Por­t­land Road.

Włą­czył kie­run­kow­skaz i zmie­nił bieg, wy­ko­nu­jąc sze­ro­ki łuk. Pro­wa­dził ostroż­nie, żeby ob­cią­żo­na chłod­nia na­bra­ła sta­bil­no­ści przed wjaz­dem na mo­krą dro­gę.

W od­da­li do­strzegł mi­ga­ją­ce świa­tła. Bia­ła fur­go­net­ka je­cha­ła na zde­rza­ku ja­kie­goś sa­mo­cho­du oso­bo­we­go. Pa­lant, po­my­ślał.

7

Palant − po­wie­dzia­ła Car­ly, ob­ser­wu­jąc bia­łą fur­go­net­kę w lu­ster­ku wstecz­nym. Sta­ra­ła się nie prze­kro­czyć ogra­ni­cze­nia pręd­ko­ści, ja­dąc trzy­dzie­ści mil na go­dzi­nę sze­ro­ką uli­cą w kie­run­ku Sta­tion Road. Mi­nę­ła kil­ka­na­ście ma­łych skle­pi­ków, a na­stęp­nie pocz­tę, sklep z cur­ry, mu­zuł­mań­ską jat­kę, duży ko­ściół z czer­wo­nej ce­gły i sa­lon uży­wa­nych sa­mo­cho­dów.

Na­gle uj­rza­ła przed sobą fur­go­net­kę za­par­ko­wa­ną przed skle­pem z wy­po­sa­że­niem kuch­ni. Dwaj męż­czyź­ni wyj­mo­wa­li skrzy­nię z ba­gaż­ni­ka. Spoj­rza­ła na chłod­nię nad­jeż­dża­ją­cą z dru­giej stro­ny. Cię­ża­rów­ka znaj­do­wa­ła się w od­le­gło­ści kil­ku­set jar­dów, ale Car­ly mia­ła dość miej­sca. Gdy za­czę­ła zmie­niać pas, za­dzwo­nił te­le­fon.

Rzu­ci­ła okiem na mo­ni­tor i stwier­dzi­ła z iry­ta­cją, że to Pre­ston Dave. Przez chwi­lę mia­ła ocho­tę ode­brać i po­wie­dzieć, że czu­ła się za­sko­czo­na, iż nie za­pła­cił ra­chun­ku, ale nie była w na­stro­ju do roz­mo­wy. Kie­dy pod­nio­sła gło­wę, na dro­gę nie wie­dzieć skąd wy­sko­czył pę­dzą­cy na zła­ma­nie kar­ku ro­we­rzy­sta. Fa­cet za­je­chał jej dro­gę na przej­ściu dla pie­szych, kie­dy świa­tło za­mie­ni­ło się na czer­wo­ne.

Po­my­śla­ła z prze­ra­że­niem, że musi być po nie­wła­ści­wej stro­nie dro­gi. Szarp­nę­ła kie­row­ni­cę w lewo, na­ci­ska­jąc pe­dał ha­mul­ca, wjeż­dża­jąc na kra­węż­nik i mi­ja­jąc ro­we­rzy­stę o cal. Za­blo­ko­wa­ne koła su­nę­ły po wil­got­nej na­wierzch­ni. 

Pu­ste sto­ły i krze­sła ulicz­nej ka­wia­ren­ki za­czę­ły pę­dzić ku niej, jak­by uczest­ni­czy­ła w prze­ra­ża­ją­cej prze­jażdż­ce w we­so­łym mia­stecz­ku. Wy­trzesz­czy­ła oczy i za­mar­ła z prze­ra­że­nia. Z ca­łej siły za­ci­snę­ła dło­nie na kie­row­ni­cy, bez­rad­nie ob­ser­wu­jąc zbli­ża­ją­cą się ścia­nę ka­wiar­ni. Gdy jej wóz roz­trza­skał je­den ze sto­li­ków, po­my­śla­ła, że umrze.

− Kur­wa mać! − krzyk­nę­ła, gdy ma­ska wozu wbi­ła się w ścia­nę po­ni­żej okna ka­wiar­ni. Usły­sza­ła ogłu­sza­ją­cy huk i po­czu­ła bo­le­sne szarp­nię­cie ra­mie­nia. Uj­rza­ła ja­kąś roz­ma­za­ną bia­łą pla­mę i po­czu­ła za­pach przy­po­mi­na­ją­cy proch. Chwi­lę póź­niej pę­kła przed­nia szy­ba, a ma­ska sa­mo­cho­du się wy­brzu­szy­ła.

Usły­sza­ła stłu­mio­ne bum i nie­co gło­śniej­szy prze­raź­li­wy klak­son.

− Jezu! − wy­ję­cza­ła, dy­go­cząc z szo­ku. − Boże! Jezu!

Po chwi­li uszy się prze­tka­ły i dźwię­ki sta­ły się wy­raź­niej­sze.

Na fil­mach wi­dzia­ła, że roz­bi­te sa­mo­cho­dy czę­sto się za­pa­la­ją. Mu­sia­ła się jak naj­szyb­ciej wy­do­stać na ze­wnątrz. Jak osza­la­ła roz­pię­ła klam­rę pasa bez­pie­czeń­stwa i za­czę­ła szar­pać drzwi. Ani drgnę­ły. Spró­bo­wa­ła po­now­nie, z więk­szą siłą. Na ko­la­nach spo­strze­gła ob­wi­słą bia­łą po­dusz­kę. Po­dusz­ka po­wietrz­na, po­my­śla­ła. Za­czę­ła się sza­mo­tać z klam­ką, czu­jąc co­raz więk­sze prze­ra­że­nie. Pchnę­ła drzwi z ca­łej siły. Otwo­rzy­ły się, a ona wy­pa­dła na ze­wnątrz. Nogi za­plą­ta­ły się jej w pas bez­pie­czeń­stwa i roz­cią­gnę­ła się jak dłu­ga na mo­krym chod­ni­ku.

Le­ża­ła chwi­lę nie­ru­cho­mo, sły­sząc nad gło­wą prze­raź­li­we wy­cie. Alarm sa­mo­cho­do­wy! Póź­niej do­le­ciał ją ko­lej­ny prze­raź­li­wy dźwięk. Tym ra­zem roz­po­zna­ła ludz­ki krzyk.

Czy ko­goś po­trą­ci­ła? Czy zra­ni­ła czło­wie­ka?

Ko­la­no i pra­wa dłoń pie­kły ją jak cho­le­ra, ale le­d­wie czu­ła ból, dźwi­ga­jąc się na nogi. Spoj­rza­ła na spu­sto­szo­ną ka­wia­ren­kę, a póź­niej na dro­gę.

Za­mar­ła z prze­ra­że­nia.

Chłod­nia sta­ła na prze­ciw­nym pa­sie. Po­tęż­ny cią­gnik z na­cze­pą za­marł wy­gię­ty pod dzi­wacz­nym ką­tem. Kie­row­ca gra­mo­lił się z ka­bi­ny. Za nim na dro­gę wbie­ga­li ja­cyś lu­dzie. Pę­dzi­li w kie­run­ku gór­skie­go ro­we­ru, któ­rzy za­stygł w po­twor­nym kształ­cie, ni­czym abs­trak­cyj­na rzeź­ba. Obok czap­ki ba­se­bal­lo­wej i ka­wał­ków pla­sti­ku le­ża­ło coś, co w pierw­szej chwi­li wzię­ła za zwi­nię­ty dy­wan. Z koń­ca dy­wa­nu na mo­kry od desz­czu as­falt cie­kło coś ciem­ne­go.

Na­gle cały ruch za­marł, za­trzy­ma­li się też bie­gną­cy lu­dzie, jak­by za­mie­ni­li się w po­są­gi. Car­ly po­my­śla­ła, że pa­trzy na żywy ob­raz. Kie­dy we­szła na dro­gę chwiej­nym kro­kiem, przed sto­ją­cy sa­mo­chód, prze­ni­kli­we wy­cie klak­so­nów za­głu­szy­ły krzy­ki mło­dej ko­bie­ty trzy­ma­ją­cej pa­ra­sol, któ­ra sta­ła na prze­ciw­le­głym kra­węż­ni­ku i wpa­try­wa­ła się w zwi­nię­ty dy­wan.

Car­ly chcia­ła zmu­sić swój mózg do pra­cy, po­wie­dzieć mu, że to coś in­ne­go, niż są­dzi, gdy na­gle uj­rza­ła, że z dru­giej stro­ny dy­wa­nu ster­czy za­wią­za­ny adi­das.

Zro­zu­mia­ła, że nie pa­trzy na ka­wa­łek tka­ni­ny, ale ode­rwa­ną ludz­ką nogę.

Zwy­mio­to­wa­ła, a świat wo­kół niej za­wi­ro­wał.

8

O dzie­wią­tej rano Phil Da­vid­son i Vic­ky Do­no­ghue, ubra­ni w zie­lo­ne kom­bi­ne­zo­ny ra­tow­ni­ków me­dycz­nych, sie­dzie­li i ga­da­li w naj­lep­sze w ka­bi­nie am­bu­lan­su mer­ce­des sprin­ter. Na po­le­ce­nie dys­po­zy­to­ra wóz cze­kał w po­li­cyj­nej za­tocz­ce na­prze­ciw po­sto­ju tak­só­wek przed Clock To­wer w Bri­gh­ton.

Wy­tycz­ne władz wy­ma­ga­ły, aby ka­ret­ki po­go­to­wia do­tar­ły do celu za­li­cza­ne­go do ka­te­go­rii A w cią­gu ośmiu mi­nut. Z tego miej­sca przy odro­bi­nie ostrej jaz­dy mo­gli w tym cza­sie do­trzeć do do­wol­ne­go punk­tu w Bri­gh­ton i Hove.

Ich zmia­na trwa­ła już pół­to­rej go­dzi­ny. Nie­daw­no za­czę­ła się pora szczy­tu i su­nął nie­prze­rwa­ny stru­mień po­jaz­dów, któ­rych ob­raz za­ma­za­ła war­stwa desz­czu spły­wa­ją­ce­go po przed­niej szy­bie. Co kil­ka mi­nut Vic­ky uru­cha­miał wy­cie­racz­ki, żeby le­piej wi­dzieć. Ob­ser­wo­wa­li prze­jeż­dża­ją­ce tak­sów­ki, au­to­bu­sy i sa­mo­cho­dy cię­ża­ro­we. Spo­glą­da­li na rze­sze lu­dzi drep­czą­cych do pra­cy, sku­lo­nych pod pa­ra­so­la­mi, czę­sto prze­mo­czo­nych i po­nu­rych. Ta część mia­sta nie pre­zen­to­wa­ła się naj­le­piej na­wet w sło­necz­ny dzień, a gdy pa­da­ło, wy­da­wa­ła się strasz­nie przy­gnę­bia­ją­ca.

Ich pra­ca po­le­ga­ła głów­nie na udzie­la­niu po­mo­cy am­bu­la­to­ryj­nej. Dzi­siej­sze­go dnia zdą­ży­li już od­po­wie­dzieć na we­zwa­nie ka­te­go­rii B. Po­mo­gli star­szej pani, któ­ra prze­wró­ci­ła się na uli­cy przed swo­im do­mem w Rot­ting­de­an.

Pierw­sza ży­cio­wa lek­cja, któ­rej na­uczył się Phil Da­vid­son w cią­gu ośmiu lat pra­cy ra­tow­ni­ka me­dycz­ne­go, była bar­dzo pro­sta: Nie ze­sta­rzej się, a je­śli już mu­sisz to zro­bić, nie ze­sta­rzej się sa­mot­nie.

Oko­ło dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent ra­tow­ni­czej ro­bo­ty po­le­ga­ło na udzie­la­niu po­mo­cy oso­bom star­szym. Lu­dziom, któ­rzy się prze­wró­ci­li, mie­li ko­ła­ta­nie ser­ca, udar lub za­wał, albo byli zbyt sła­bi, żeby do­je­chać tak­sów­ką do szpi­ta­la. Prócz nich było też wie­le prze­bie­głych sta­rych pta­szy­deł, któ­re wie­dzia­ły, jak wy­ko­rzy­stać sys­tem. Ra­tow­ni­ków iry­to­wa­ło to, że w po­ło­wie przy­pad­ków ka­ret­ka po­go­to­wia była ni­czym wię­cej niż dużą dar­mo­wą tak­sów­ką dla le­ni­wych, śmier­dzą­cych i czę­sto po­twor­nie oty­łych lu­dzi.

Dzi­siej­szą pa­nią, uro­czą sta­rusz­kę, do­star­czy­li na od­dział wy­pad­ków na­głych szpi­ta­la Roy­al Sus­sex Co­un­ty i te­raz cze­ka­li na ko­lej­ne we­zwa­nie. Phil Da­vid­son naj­bar­dziej lu­bił w swo­jej ro­bo­cie to, że czło­wiek nig­dy nie wie­dział, co się wy­da­rzy. We­wnątrz ka­ret­ki roz­le­gał się ryk sy­re­ny i roz­po­czy­na­ła się ko­lej­na po­dróż pom­pu­ją­ca ad­re­na­li­nę do żył. Czy bę­dzie to na­stęp­na ru­ty­no­wa ro­bo­ta, czy wy­da­rze­nie, któ­re za­pa­mię­ta do koń­ca ży­cia? We­zwa­nia dzie­lo­no na ka­te­go­rie od A do C. Ko­mu­ni­kat wy­świe­tlał się na kon­so­li ra­zem z miej­scem zda­rze­nia oraz in­ny­mi fak­ta­mi, któ­re na bie­żą­co ak­tu­ali­zo­wa­no.

Spoj­rzał na ekran, jak­by chciał przy­cią­gnąć ko­lej­ną ro­bo­tę. W desz­czo­we dni ta­kie jak dzi­siej­szy czę­sto do­cho­dzi­ło do wy­pad­ków, któ­re obec­nie na­zy­wa­no ko­li­zja­mi dro­go­wy­mi. Nie było już wy­pad­ków, bo wy­pa­dek był zwy­kle przez ko­goś za­wi­nio­ny. Obec­nie zda­rza­ły się je­dy­nie ko­li­zje w ru­chu dro­go­wym.

Phil naj­bar­dziej lu­bił jeź­dzić do cięż­kich ura­zów. Ich am­bu­lans był na­fa­sze­ro­wa­ny no­wo­cze­snym sprzę­tem. Mie­li urzą­dze­nie do ta­mo­wa­nia ma­syw­ne­go krwo­to­ku za­gra­ża­ją­ce­go ży­ciu, izra­el­skie opa­trun­ki woj­sko­we oraz woj­sko­we opa­ski uci­sko­we i opa­tru­nek wen­ty­lo­wy Asher­ma­na − bę­dą­ce stan­dar­do­wym wy­po­sa­że­niem bry­tyj­skiej i ame­ry­kań­skiej ar­mii. Ko­rzy­ści wy­ni­ka­ją­ce z woj­ny, my­ślał czę­sto z cy­ni­zmem. Ofia­ry strasz­nych wy­pad­ków, któ­re oca­la­ły dzię­ki pra­cy ra­tow­ni­ków, nie zda­wa­ły so­bie spra­wy, że za­wdzię­cza­ją ży­cie zdo­by­czom me­dycz­nym prze­te­sto­wa­nym na polu wal­ki.

Vic­ky wy­sko­czy­ła na chwi­lę za po­trze­bą do po­bli­skiej ka­wiar­ni Star­bucks. Na­uczy­ła się za­wsze ko­rzy­stać z oka­zji, bo w tej ro­bo­cie czło­wiek nig­dy nie wie­dział, kie­dy bę­dzie za­ję­ty i czy w cią­gu ko­lej­nych go­dzin bę­dzie mógł się za­ła­twić.

Kie­dy po­now­nie usia­dła za kół­kiem, jej ko­le­ga ze zmia­ny ga­dał z żoną przez ko­mór­kę. Pra­co­wa­ła z Phi­lem do­pie­ro dru­gi raz, ale za pierw­szym była na­praw­dę za­do­wo­lo­na. Chu­dy, ży­la­sty męż­czy­zna przed czter­dziest­ką, z krót­kim je­żem i dłu­gim kil­ku­dnio­wym za­ro­stem przy­po­mi­nał fil­mo­we­go złe­go fa­ce­ta, lecz był ob­da­rzo­ny przez na­tu­rę wiel­kim, czu­łym ser­cem i zbzi­ko­wa­ny na punk­cie ro­dzi­ny. Oprócz życz­li­wo­ści za­wsze miał do­bre sło­wo dla każ­de­go, kim się zaj­mo­wał i, po­dob­nie jak Vic­ky, ser­ce do tej ro­bo­ty.

Za­koń­czył roz­mo­wę i po­now­nie spoj­rzał na ekran.

− Nie­spo­ty­ka­nie spo­koj­ny dzień, przy­najm­niej do tej pory.

− Już nie­dłu­go. Zo­ba­czysz.

Sie­dzie­li w mil­cze­niu, słu­cha­jąc ka­pa­nia desz­czu. Pra­cu­jąc w po­go­to­wiu, od­kry­ła, że każ­dy ra­tow­nik miał swo­ją ulu­bio­ną spe­cjal­ność i za spra­wą ja­kie­goś fa­tum przy­cią­gał od­po­wied­nie we­zwa­nia. Je­den z ko­le­gów był bar­dzo czę­sto wzy­wa­ny do pa­cjen­tów z cho­ro­ba­mi psy­chicz­ny­mi. Ona sama w cią­gu trzech lat ode­bra­ła pięt­na­ście po­ro­dów, a Phil ani jed­ne­go, w cią­gu ca­łej swo­jej ka­rie­ry.

Mimo że od zdo­by­cia kwa­li­fi­ka­cji upły­nę­ły już dwa lata, Vic­ky udzie­la­ła po­mo­cy tyl­ko przy jed­nym po­waż­nym wy­pad­ku dro­go­wym i to na pierw­szej zmia­nie w ży­ciu. Dwóch kil­ku­na­sto­let­nich chło­pa­ków za­bra­ło się sto­pem do Bri­gh­ton z pi­ja­nym kie­row­cą. Gość ude­rzył w za­par­ko­wa­ny wóz, ja­dąc z pręd­ko­ścią osiem­dzie­się­ciu mil na go­dzi­nę w cen­trum mia­sta. Je­den z chło­pa­ków zgi­nął na miej­scu, a dru­gi umarł na po­bo­czu. Cho­ciaż tam­ten wy­pa­dek był prze­ra­ża­ją­cy, uwa­ża­ła swo­ją pra­cę za nie­zwy­kle sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cą.

− Słu­chaj, Phil − po­wie­dzia­ła. − To dziw­ne, ale od dwóch lat nie we­zwa­no mnie do wy­pad­ku dro­go­we­go ze skut­kiem śmier­tel­nym.

Od­krę­cił bu­tel­kę z wodą.

− Je­śli dłu­żej za­grze­jesz miej­sce w tej ro­bo­cie, na pew­no się do­cze­kasz. Bę­dziesz mia­ła wszyst­ko.

− Ty nig­dy nie ode­bra­łeś po­ro­du.

Uśmiech­nął się do sar­do­nicz­nie.

− Któ­re­goś dnia…

Prze­rwał mu wy­so­ki sy­gnał we­wnątrz ka­ret­ki. Taki dźwięk po­tra­fił wpę­dzić czło­wie­ka w obłęd, szcze­gól­nie w ci­chą noc. Dźwięk we­zwa­nia.

Spoj­rzał na mo­ni­tor za­mon­to­wa­ny mię­dzy fo­te­la­mi i prze­czy­tał in­for­ma­cję o wy­pad­ku.

Kod we­zwa­nia: Ka­te­go­ria B

Por­t­land Road, Hove

Płeć nie­zna­na

Ko­li­zja z udzia­łem trzech po­jaz­dów i ro­we­ru

Wci­snął gu­zik, po­twier­dza­jąc ode­bra­nie we­zwa­nia. Urzą­dze­nie au­to­ma­tycz­nie za­ła­do­wa­ło ad­res do sys­te­mu na­wi­ga­cji sa­te­li­tar­nej.

Na do­tar­cie do miej­sca zda­rze­nia ka­te­go­rii B mie­li osiem­na­ście mi­nut – dwa razy wię­cej niż przy ka­te­go­rii A, choć we­zwa­nie nadal było pil­ne. Vic­ky uru­cho­mi­ła sil­nik, a na­stęp­nie nie­bie­skie świa­tła i sy­re­nę, ostroż­nie wjeż­dża­jąc na skrzy­żo­wa­nie na czer­wo­nym świe­tle. Skrę­ci­ła w pra­wo i przy­spie­szy­ła, mi­ja­jąc wzgó­rze i ko­ściół Świę­te­go Mi­ko­ła­ja. Zmie­ni­ła pas na pra­wy, zmu­sza­jąc do za­trzy­ma­nia po­jaz­dy nad­jeż­dża­ją­ce z dru­giej stro­ny. Włą­czy­ła czte­ro­to­no­wy sy­gnał, żeby ostrzec inne sa­mo­cho­dy oraz pie­szych.

Chwi­lę póź­niej Phil od­czy­tał naj­śwież­sze in­for­ma­cje z mo­ni­to­ra.

– Sy­tu­acja się kom­pli­ku­je. Są ko­lej­ne we­zwa­nia. Zmie­ni­li ka­te­go­rię na A. Sa­mo­chód oso­bo­wy wje­chał w ka­wiar­nię. Cho­le­ra! Ro­we­rzy­sta wpadł pod cię­ża­rów­kę. Dys­po­zy­tor nie zna ak­tu­al­nej sy­tu­acji. We­zwał po­sił­ki.

Się­gnął za prze­gro­dę po ka­mi­zel­kę od­bla­sko­wą, a Vic­ky po­czu­ła ucisk w gar­dle.

Prze­dzie­ra­jąc się przez za­pcha­ną ob­wod­ni­cę Se­ven Dials, sku­pi­ła uwa­gę na pro­wa­dze­niu sa­mo­cho­du i nie od­zy­wa­ła się ani sło­wem. Kie­row­ca tak­sów­ki przy­tom­nie zje­chał na chod­nik, ro­biąc im dro­gę. A niech mnie, po­my­ślał Phil, przy­tom­ny tak­sów­karz! Roz­piął pas bez­pie­czeń­stwa, ma­jąc na­dzie­ję, że Vic­ky nie do­pro­wa­dzi do wy­pad­ku, i za­czął się wci­skać w ka­mi­zel­kę. Jed­no­cze­śnie nie prze­sta­wał ob­ser­wo­wać ekra­nu.

– Wiek nie­zna­ny, płeć nie­zna­na − prze­czy­tał Vic­ky. – Nie wia­do­mo, czy od­dy­cha. Nie­zna­na licz­ba ofiar. Cho­le­ra… SI­MAC w dro­dze.

Kod SI­MAC ozna­czał, że na miej­sce zda­rze­nia we­zwa­no le­ka­rza z od­dzia­łu wy­pad­ków na­głych, a to ozna­cza­ło, że sy­tu­acja po­gar­sza się z każ­dą mi­nu­tą.

Jego po­dej­rze­nia po­twier­dzi­ła na­stęp­na in­for­ma­cja, któ­ra po­ja­wi­ła się na ekra­nie.

– Stra­cił nogę – prze­czy­tał. – Ja­sny szlag! Ktoś ma zły dzień. – Póź­niej od­wró­cił się do niej i po­wie­dział: – Two­je ży­cze­nie się speł­ni­ło.

9

Bał się szpi­ta­li, a szcze­gól­nie tego. W Roy­al Sus­sex Co­un­ty Ho­spi­tal w od­stę­pie za­le­d­wie kil­ku lat jego ro­dzi­ce spę­dzi­li ostat­nie dni swo­je­go ży­cia. Pierw­szy zmarł oj­ciec Gra­ce’a na raka je­lit, w wie­ku za­le­d­wie pięć­dzie­się­ciu pię­ciu lat. Dwa lata póź­niej ode­szła jego pięć­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nia mat­ka na prze­rzu­ty raka pier­si.

Fron­to­wa fa­sa­da oka­za­łe­go wik­to­riań­skie­go neo­kla­sycz­ne­go gma­chu z kosz­mar­nym por­ty­kiem z po­czer­nia­łe­go me­ta­lu przy­po­mi­na­ła mu miej­sce, z któ­re­go nie ma po­wro­tu.

Za bra­mą oraz w kie­run­ku wzgó­rza cią­gnął się cha­otycz­ny kom­pleks bu­dyn­ków, no­wych i sta­rych, ni­skich i wy­so­kich, po­łą­czo­nych po­zor­nie nie­skoń­czo­nym la­bi­ryn­tem ko­ry­ta­rzy.

Żo­łą­dek mu się za­ci­snął, kie­dy skrę­cił swo­im srebr­nym nie­ozna­ko­wa­nym po­li­cyj­nym for­dem fo­cu­sem kom­bi na wzgó­rze, do wschod­niej czę­ści kom­plek­su, aby za­je­chać na mały par­king, gdzie za­wra­ca­ły ka­ret­ki. Choć miej­sce to było prze­zna­czo­ne wy­łącz­nie dla ka­re­tek i tak­só­wek, w tej chwi­li było mu wszyst­ko jed­no. Za­par­ko­wał wóz na po­bo­czu, tak by nie ta­ra­so­wał dro­gi, i wy­siadł na deszcz.

Cho­ciaż się mo­dlił jako dziec­ko, już jako na­sto­la­tek nie miał żad­nych prze­ko­nań re­li­gij­nych. Nie miał, ale mimo to mo­dlił się, aby jego uko­cha­nej Cleo i ich nie­na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku nie sta­ło się nic złe­go.

Mi­nął po­spiesz­nie kil­ka ka­re­tek za­par­ko­wa­nych przed wej­ściem na od­dział wy­pad­ków na­głych i ski­nął gło­wą zna­jo­me­mu ra­tow­ni­ko­wi sto­ją­ce­mu obok zna­ku ZA­KAZ PA­LE­NIA NA TE­RE­NIE SZPI­TA­LA, ćmią­ce­mu pa­pie­ro­sa pod dasz­kiem. Chwi­lę póź­niej mi­nął wej­ście dla od­wie­dza­ją­cych i wszedł do środ­ka drzwia­mi dla ra­tow­ni­ków po­go­to­wia.

Z do­świad­cze­nia wie­dział, że rano za­wsze pa­nu­je tu spo­kój. Do­strzegł na­sto­lat­ka sie­dzą­ce­go na krze­śle. Miał kaj­dan­ki na rę­kach i gru­by ban­daż na czo­le. Obok nie­go sta­ła po­li­cjant­ka, roz­ma­wia­jąc z pie­lę­gniar­ką. Na no­szach le­żał męż­czy­zna o dłu­gich wło­sach i twa­rzy bar­wy ala­ba­stru, ga­piąc się nie­obec­nym wzro­kiem w su­fit. Na in­nym krze­śle sie­dzia­ła za­pła­ka­na na­sto­lat­ka. W po­wie­trzu uno­si­ła się moc­na woń środ­ka de­zyn­fe­ku­ją­ce­go i pa­sty do pod­ło­gi. Dwaj zna­jo­mi ra­tow­ni­cy mi­nę­li go, pcha­jąc no­sze.

Prze­biegł obok sta­no­wi­ska przy­jęć, za któ­rym uwi­ja­ło się kil­ku udrę­czo­nych pra­cow­ni­ków, roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon lub stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę kom­pu­te­ra. Sa­ni­ta­riusz w nie­bie­skim far­tu­chu o rzad­kich, po­tar­ga­nych ja­snych wło­sach pi­sał coś na du­żej bia­łej ta­bli­cy wi­szą­cej na ścia­nie. Gra­ce po­chy­lił się nad biur­kiem, sta­ra­jąc się roz­pacz­li­wie zwró­cić czy­jąś uwa­gę.

Sa­ni­ta­riusz za­gad­nął go po bo­le­śnie dłu­giej mi­nu­cie.

Gra­ce mi­gnął le­gi­ty­ma­cją, nie wspo­mi­na­jąc, że przy­szedł w spra­wie oso­bi­stej.

– Nie­daw­no przy­ję­li­ście na od­dział Cleo Mo­rey?

– Cleo Mo­rey? – Męż­czy­zna przej­rzał li­stę, a póź­niej spoj­rzał na bia­łą ta­bli­cę. – Tak, to praw­da.

– Gdzie moż­na ją zna­leźć?

– Za­bra­li ją na po­ro­dów­kę. Wie pan, jak się tu po­ru­szać?

– Tro­chę.

– Od­dział po­ro­do­wy jest w Tho­mas Kent To­wer – wy­ja­śnił. – Pro­szę iść tędy, za zna­ka­mi. Do­pro­wa­dzą pana do wind.

Gra­ce po­dzię­ko­wał i po­biegł ko­ry­ta­rzem, skrę­ca­jąc naj­pierw w lewo, a póź­niej w pra­wo, mi­ja­jąc znak RENT­GEN I UL­TRA­SO­NO­GRAF ORAZ PO­ZO­STA­ŁE BU­DYN­KI. Za­trzy­mał się na chwi­lę, by wy­cią­gnąć te­le­fon z kie­sze­ni. Ser­ce mu wa­li­ło jak młot, a buty kle­iły się do pod­ło­gi. Była dzie­wią­ta pięt­na­ście rano. Wpro­wa­dził nu­mer swo­je­go sze­fa, za­stęp­cy ko­men­dan­ta po­li­cji Rig­ga, aby uprze­dzić, że spóź­ni się na spo­tka­nie o dzie­sią­tej. Ode­brał asy­stent Rig­ga i po­wie­dział, żeby się nie mar­twił, bo szef ma wol­ny ra­nek.

Mi­nął ka­wia­ren­kę WRVS1 i ru­szył ko­ry­ta­rzem ozdo­bio­nym ma­lo­wi­dłem ścien­nym przed­sta­wia­ją­cym pły­wa­ją­ce ryby. Po­dą­ża­jąc za ko­lej­ny­mi zna­ka­mi, do­tarł do dwóch wind, obok któ­rych stał wó­zek do prze­wo­że­nia pa­cjen­tów. Na­ci­snął gu­zik, za­sta­na­wia­jąc się, czy nie po­biec scho­da­mi, ale drzwi się otwo­rzy­ły i wszedł do środ­ka.

Wid­na su­nę­ła bo­le­śnie dłu­go, tak dłu­go, że Gra­ce nie wie­dział, czy się po­ru­sza. W koń­cu wy­siadł, czu­jąc, że ser­ce pod­cho­dzi mu do gar­dła, i otwo­rzył drzwi z na­pi­sem OD­DZIAŁ PO­ŁOŻ­NI­CZY. Mi­nął re­cep­cję oraz po­cze­kal­nię z rzę­dem ró­żo­wych i li­lio­wych krze­seł. Z okien roz­cią­gał się pięk­ny wi­dok na da­chy Kemp Town i mo­rze. W jed­nym rogu sali sta­ła kse­ro­ko­piar­ka, a w prze­ciw­le­głym kil­ka au­to­ma­tów z je­dze­niem i na­po­ja­mi. Ko­szy­ki przy­krę­co­ne do ścian były peł­ne ulo­tek, a na no­wo­cze­snym ekra­nie mi­go­tał ja­skra­wy barw­ny na­pis OPIE­KA NAD NIE­MOW­LĘ­CIEM.

Uprzej­ma pani w nie­bie­skim ki­tlu sie­dzia­ła za du­żym re­cep­cyj­nym kon­tu­arem.

– Wi­tam, nad­in­spek­to­rze Gra­ce. Dzwo­ni­li z dołu, aby uprze­dzić, że pan idzie. – Wska­za­ła ko­ry­tarz o żół­tych ścia­nach. – Jest w sió­dem­ce. Czwar­te drzwi po le­wej.

Gra­ce był zbyt zde­ner­wo­wa­ny, żeby wy­mam­ro­tać coś wię­cej oprócz zdaw­ko­we­go „dzię­ku­ję”.

10

Ruch przed nimi stop­nio­wo za­mie­rał. Vic­ky Do­no­ghue za­uwa­ży­ła, że sa­mo­cho­dy na dal­szym od­cin­ku Por­t­land Road cał­ko­wi­cie sta­nę­ły. Phil Da­vid­son na­cią­gnął chi­rur­gicz­ne rę­ka­wicz­ki, przy­go­to­wu­jąc się psy­chicz­nie do cze­ka­ją­ce­go ich za­da­nia.

Cię­ża­rów­ka sta­ła na wprost nich. Drzwi po stro­nie kie­row­cy były otwar­te, a kil­ku lu­dzi zgro­ma­dzi­ło się nie­opo­dal tyl­nej czę­ści po­jaz­du. Pod dru­giej stro­nie uli­cy czar­ne audi za­ry­ło w bok ka­wiar­ni. Drzwi kie­row­cy były otwar­te, a obok sta­ła oszo­ło­mio­na ko­bie­ta. Ani śla­du in­nych ka­re­tek po­go­to­wia.

Vic­ky prze­je­cha­ła obok ko­lum­ny po­jaz­dów, nie­wła­ści­wą stro­ną dro­gi, bacz­nie wy­pa­tru­jąc lu­dzi, któ­rzy nie usły­sze­li, że nad­jeż­dża­ją. Póź­niej przy­ha­mo­wa­ła, zwol­ni­ła, wy­łą­czy­ła sy­re­nę i za­trzy­ma­ła się przed cię­ża­rów­ką. Po­czu­ła skurcz żo­łąd­ka i su­chość w ustach.

Na cy­fro­wym wy­świe­tla­czu wid­niał czas sześć mi­nut i dwa­dzie­ścia se­kund – tyle za­ję­ło im do­tar­cie na miej­sce po otrzy­ma­niu we­zwa­nia. Zmie­ści­li się w ra­mach prze­wi­dzia­nych ośmiu mi­nut dla we­zwań ka­te­go­rii A. Mar­ne po­cie­sze­nie. Phil Da­vid­son prze­sta­wił świa­tła w tryb cią­gły. Za­nim obo­je wy­sko­czy­li na uli­cę, szyb­ko oce­ni­li sy­tu­ację.

Obok audi sta­ła blon­dyn­ka o krę­co­nych wło­sach, w ele­ganc­kim płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym. Trzy­ma­ła te­le­fon ko­mór­ko­wy w pew­nej od­le­gło­ści od gło­wy, jak­by był pił­ką, któ­rą za­mie­rza­ła rzu­cić pał­ka­rzo­wi. Wo­kół sa­mo­cho­dów le­ża­ły roz­trza­ska­ne krze­sła i sto­li­ki, ale nie do­strze­gli żad­nych ofiar. Wła­ści­wie nie za­uwa­ży­li ni­ko­go oprócz mło­de­go męż­czy­zny w ska­fan­drze z kap­tu­rem, któ­ry fo­to­gra­fo­wał miej­sce zda­rze­nia apa­ra­tem ko­mór­ko­wym. Uwa­ga kon­cen­tro­wa­ła się na tyl­nych ko­łach cię­ża­rów­ki.

Wy­sko­czy­li z ka­ret­ki, uważ­nie roz­glą­da­jąc się do­oko­ła i od­no­to­wu­jąc jak naj­wię­cej szcze­gó­łów, aby się upew­nić, że nic im nie gro­zi ze stro­ny in­nych po­jaz­dów. Na szczę­ście wszyst­kie sta­nę­ły.

Ni­ski przy­sa­dzi­sty męż­czy­zna po czter­dzie­st­ce, w dżin­sach i kom­bi­ne­zo­nie, przy­sko­czył do nich z ko­mór­ką w ręku. Po jego po­bla­dłej twa­rzy, dzi­kim spoj­rze­niu i drżą­cym gło­sie Vic­ky roz­po­zna­ła, że jest w szo­ku.

– Pod moją cię­ża­rów­ką… – wy­beł­ko­tał. – Leży pod cię­ża­rów­ką… – Od­wró­cił się i po­ka­zał.

Ka­wa­łek da­lej Vic­ky do­strze­gła lam­pę ro­we­ro­wą, sio­deł­ko i świa­teł­ko od­bla­sko­we. Obok nich le­ża­ło coś, co na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­ło owi­nię­tą ka­wał­kiem dżin­su tubę z za­tknię­tym na koń­cu adi­da­sem. Po­czu­ła skurcz żo­łąd­ka, w ustach po­ja­wił się smak żół­ci. Prze­łknę­ła śli­nę i po­bie­gła za Phi­lem w stru­gach desz­czu ku ty­ło­wi szes­na­sto­ko­ło­wej chłod­ni z na­cze­pą, de­li­kat­nie od­su­wa­jąc lu­dzi, żeby zro­bić miej­sce.

Mło­da ko­bie­ta klę­cza­ła pod cię­ża­rów­ką, ale od­su­nę­ła się na ich wi­dok.

– Puls wy­czu­wal­ny – po­wie­dzia­ła.

Ski­nę­li gło­wą i uklęk­nę­li, żeby zaj­rzeć pod sa­mo­chód.

Świa­tło było sła­be. Ude­rzył ich smród wy­mio­tów zmie­sza­ny z za­pa­chem ole­ju sil­ni­ko­we­go i go­rą­ce­go me­ta­lu oraz cze­goś jesz­cze – kwaś­nego, mie­dzia­ne­go, cierp­kie­go za­pa­chu krwi, ko­ja­rzą­cy się Phi­lo­wi Da­vid­so­no­wi z jat­ką, któ­rą od­wie­dzał ra­zem z mat­ką w dzie­ciń­stwie.

Vic­ky za­uwa­ży­ła mło­de­go męż­czy­znę o krót­kich czar­nych wło­sach po­pla­mio­nych krwią, po­ra­nio­nej twa­rzy i wy­krzy­wio­nym cie­le. Le­żał z za­mknię­ty­mi ocza­mi. Miał na so­bie po­dar­ty ano­rak i dżin­sy. Jed­na noga owi­nę­ła się wo­kół nad­ko­la. Dru­ga była krwa­wym ki­ku­tem urwa­nym po­nad ko­la­nem. Spo­mię­dzy po­rwa­ne­go dżin­su ster­cza­ła bia­ła kość.

Ano­rak i pod­ko­szul­ki wo­kół brzu­cha były po­szar­pa­ne, a wnętrz­no­ści le­ża­ły na jezd­ni w ka­łu­ży pły­nu.

Vic­ky wpeł­zła głę­biej pod cię­ża­rów­kę, czu­jąc na ple­cach od­dech ko­le­gi. Ude­rzył ją za­pach gumy i ole­ju. Chwy­ci­ła nad­gar­stek męż­czy­zny, sta­ra­jąc się wy­czuć puls. Był bar­dzo sła­by. Dwaj ra­tow­ni­cy po­bru­dzi­li się ole­jem, bło­tem i krwią, któ­ra prze­sią­kła przez ich spodnie oraz kurt­ki, ob­le­pi­ła rę­ka­wicz­ki, za­mie­nia­jąc je z nie­bie­skiej chi­rur­gicz­nej osło­ny w za­krwa­wio­ne, po­nu­re rę­ka­wi­ce.

– Fu­bar Bun­dy2 – szep­nął po­nu­ro Phil Da­vid­son.

Ski­nę­ła gło­wą, prze­ły­ka­jąc gry­zą­cą żółć. Sły­sza­ła to okre­śle­nie już wcze­śniej. Wi­siel­czy hu­mor ra­tow­ni­ków, je­den z psy­cho­lo­gicz­nych me­cha­ni­zmów obron­nych, po­ma­ga­ją­cy w ma­ka­brycz­nych sy­tu­acjach.

Po­nie­waż na­rzą­dy we­wnętrz­ne le­ża­ły na as­fal­cie, ist­nia­ła bar­dzo mała szan­sa, że ofia­ra prze­ży­je. Na­wet gdy­by zdo­ła­li do­wieźć bie­da­ka do szpi­ta­la, wy­koń­czy­ła­by go in­fek­cja. Od­wró­ci­ła się do bar­dziej do­świad­czo­ne­go ko­le­gi, szu­ka­jąc rady.

– Puls? – za­py­tał.

– Nit­ko­wa­ty – od­po­wie­dzia­ła. Ozna­cza­ło to, że ci­śnie­nie krwi jest wy­star­cza­ją­ce, żeby mo­gły funk­cjo­no­wać nie­któ­re na­rzą­dy we­wnętrz­ne.

„Zo­sta­je­my i przy­stę­pu­je­my do ro­bo­ty”, po­wie­dział bez­gło­śnie, wie­dząc, że nie mają wy­bo­ru. Nie mo­gli go prze­su­nąć, bo noga za­plą­ta­ła się w ko­łach.

– Przy­nio­sę ze­staw.

„Zo­sta­je­my i przy­stę­pu­je­my do ro­bo­ty” ozna­cza­ło wię­cej od „pod­nieś się i zmia­taj”. Ozna­cza­ło, że cho­ciaż ran­ny prak­tycz­nie nie ma szans, zro­bią wszyst­ko, co w ich mocy. Że będą się sta­ra­li z ca­łych sił, do­pó­ki nie umrze. Do­pie­ro wów­czas za­prze­sta­ną wy­sił­ków. Że będą po­stę­po­wa­li zgod­nie z pro­ce­du­rą.

Do­le­ciał ją na­si­la­ją­cy się dźwięk sy­ren. Póź­niej usły­sza­ła, jak Phil kon­tak­tu­je się przez ra­dio ze stra­żą po­żar­ną, pro­sząc, by przy­wieź­li sprzęt do pod­no­sze­nia po­jaz­dów.

– Wy­trzy­maj – po­wie­dzia­ła. – Sły­szysz mnie? Jak ci na imię?

Żad­nej re­ak­cji. Puls za­czął słab­nąć. Za­wo­dze­nie sy­ren nadal się wzma­ga­ło. Spoj­rza­ła na ki­kut oka­le­czo­nej nogi. Pra­wie nie było krwi. Je­dy­ny po­zy­tyw­ny znak w tych oko­licz­no­ściach. Ludz­kie cia­ło do­brze ra­dzi­ło so­bie z trau­mą. Na­czy­nia krwio­no­śne same się za­mknę­ły. Było tak jak w wy­pad­ku, do któ­re­go przy­je­cha­ła dwa lata temu, kie­dy je­den z chło­pa­ków umie­rał i pra­wie wca­le nie krwa­wił. Cia­ło prze­ży­ło szok. Gdy­by zdo­ła­li umie­ścić opa­skę i ostroż­nie uło­żyć wnętrz­no­ści, może po­ja­wi­ła­by się ja­kaś szan­sa.

Za­ci­snę­ła pal­ce wo­kół tęt­ni­cy pro­mie­nio­wej. Puls słabł z każ­dą se­kun­dą.

– Wy­trzy­maj – po­wtó­rzy­ła. – Jesz­cze tro­chę. – Przyj­rza­ła się jego twa­rzy. Był przy­stoj­ny, ale z każ­dą se­kun­dą bladł co­raz bar­dziej. – Nie od­chodź! Wyj­dziesz z tego!

Puls nadal słabł.

Po­ru­szy­ła pal­ca­mi, roz­pacz­li­wie szu­ka­jąc tęt­na.

– Dasz radę – wy­szep­ta­ła. – Po­tra­fisz! Nie od­pusz­czaj! Walcz!

Może dla Phi­la ten chło­pak był „Fu­ba­rem Bun­dym”, ale dla niej sta­no­wił wy­zwa­nie. Chcia­ła za dwa ty­go­dnie od­wie­dzić go w szpi­ta­lu, zo­ba­czyć, jak sia­da na łóż­ku, oto­czo­ny kart­ka­mi z ży­cze­nia­mi i kwia­ta­mi.

– Da­lej! – przy­na­gli­ła go, pod­no­sząc gło­wę i spo­glą­da­jąc na czar­ne pod­brzu­sze cię­ża­rów­ki, na ob­le­pio­ne bło­tem nad­ko­le i po­nu­re dźwi­ga­ry osi. – Trzy­maj się!

Phil wpełzł pod cię­ża­rów­kę z czer­wo­ną tor­bą i ze­sta­wem do ta­mo­wa­nia krwa­wie­nia. Cho­ciaż dys­po­no­wa­li wszyst­kim, co współ­cze­sna me­dy­cy­na mo­gła za­ofe­ro­wać czło­wie­ko­wi, któ­ry do­znał cięż­kie­go ura­zu, kie­dy Phil otwo­rzył czer­wo­ną tor­bę z kie­sze­nia­mi peł­ny­mi le­ków ra­tu­ją­cych ży­cie i urzą­dzeń do mo­ni­to­ro­wa­nia funk­cji ży­cio­wych, Vic­ky zda­ła so­bie spra­wę, że w obec­nej sy­tu­acji to nie wy­star­czy.

Puls mło­de­go męż­czy­zny stał się prak­tycz­nie nie­wy­czu­wal­ny.

Usły­sza­ła świst wier­tła do ko­ści EZ-10. Dzię­ki nie­mu moż­na było naj­szyb­ciej wpro­wa­dzić ka­niu­lę do cia­ła pa­cjen­ta. Li­czy­ła się każ­da se­kun­da. Po­mo­gła Phi­lo­wi, lo­ka­li­zu­jąc kość pod skó­rą nogi, po­ni­żej ko­la­na. Mu­sie­li spró­bo­wać. Spró­bu­ją.

– Zo­stań z nami! – po­pro­si­ła.

Było ja­sne, że nie­szczę­śnik zo­stał wcią­gnię­ty do środ­ka i owi­nął się tu­ło­wiem wo­kół koła, któ­re go zmiaż­dży­ło i po­tur­bo­wa­ło. Nie prze­ry­wa­jąc pra­cy, Phil Da­vid­son do­ko­nał oce­ny stop­nia uszko­dze­nia na­rzą­dów we­wnętrz­nych i ko­ści. Jed­no z kół naj­praw­do­po­dob­niej zmiaż­dży­ło mied­ni­cę, co samo w so­bie wy­star­czy­ło­by do spo­wo­do­wa­nia ma­syw­ne­go krwa­wie­nia we­wnętrz­ne­go i nie­mal pew­nej śmier­ci, nie wspo­mi­na­jąc o in­nych ob­ra­że­niach.

Pra­co­wał go­rącz­ko­wo, choć nie opusz­cza­ła go po­nu­ra myśl, że dla tego mło­de­go czło­wie­ka naj­lep­sza by­ła­by szyb­ka śmierć.

11

Cleo tak po­bla­dła, że Roy Gra­ce prze­żył szok. Le­ża­ła na wy­so­kim łóż­ku w po­ko­ju o ja­sno­błę­kit­nych ścia­nach, peł­nym gniaz­dek elek­trycz­nych i sprzę­tu me­dycz­ne­go. Obok niej stał wy­so­ki trzy­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna o krót­kich prze­rze­dzo­nych brą­zo­wych wło­sach, ubra­ny w nie­bie­ski strój le­kar­ski i te­ni­sów­ki. Stał i za­pi­sy­wał coś w kar­cie me­dycz­nej.

Cleo mia­ła na so­bie nie­bie­ską szpi­tal­ną ko­szu­lę, a jej ja­sne wło­sy oka­la­ją­ce twarz utra­ci­ły odro­bi­nę zwy­kłe­go bla­sku. Po­sła­ła Roy­owi bla­dy, nie­pew­ny uśmiech, jak­by była za­do­wo­lo­na, że przy­je­chał, a jed­no­cze­śnie czu­ła się za­kło­po­ta­na, iż wi­dzi ją w ta­kim sta­nie. Do jej pier­si przy­twier­dzo­no cały gąszcz elek­trod, a przy­po­mi­na­ją­ce na­par­stek urzą­dze­nie mo­ni­to­ru­ją­ce za­sła­nia­ło jej kciuk.

− Prze­pra­szam − wy­ją­ka­ła, kie­dy ujął jej dłoń. Od­po­wie­dzia­ła mu sła­bym uści­skiem.

Czuł, jak na­ra­sta w nim strach. Czy stra­ci­ła dziec­ko? Męż­czy­zna w far­tu­chu od­wró­cił się do nie­go. Po ta­blicz­ce na pier­si Gra­ce zo­rien­to­wał się, że fa­cet jest le­ka­rzem ro­bią­cym spe­cja­li­za­cję.

− Jest pan mę­żem tej pani?

− Na­rze­czo­nym. − Był tak zde­ner­wo­wa­ny, że le­d­wie wy­do­był z sie­bie głos. − Roy Gra­ce.

− Ro­zu­miem. − Le­karz spoj­rzał na jej pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy. − No cóż, pa­nie Gra­ce, Cleo nic nie za­gra­ża, ale stra­ci­ła dużo krwi.

− Co się sta­ło? − za­py­tał.

Za­czę­ła mu tłu­ma­czyć sła­bym gło­sem.

− Po­je­cha­łam do pra­cy… szy­ko­wa­łam cia­ło do sek­cji, kie­dy za­czę­łam krwa­wić. Bar­dzo ob­fi­cie, jak­by coś we mnie pę­kło. Po­my­śla­łam, że za chwi­lę stra­cę dziec­ko. Póź­niej prze­szył mnie strasz­ny ból, jak­bym do­sta­ła skur­czu brzu­cha. Obu­dzi­łam się na pod­ło­dze, a Dar­ren po­chy­lał się nade mną. Za­pa­ko­wał mnie do swo­je­go sa­mo­cho­du i przy­wiózł do szpi­ta­la.

Dar­ren był jej asy­sten­tem w kost­ni­cy.

Gra­ce spoj­rzał na Cleo z po­czu­ciem ulgi, a jed­no­cze­śnie nie­pew­no­ści.

− A dziec­ko? − Spoj­rzał na sta­ży­stę.

− Przed chwi­lą wy­ko­na­li­śmy ba­da­nie ul­tra­so­no­gra­ficz­ne − od­po­wie­dział. − Cleo ma ze­spół pla­cen­ta pre­via, ło­ży­sko przo­du­ją­ce. Ło­ży­sko pana na­rze­czo­nej znaj­du­je się nie­na­tu­ral­nie ni­sko.

− Co… co to zna­czy? Dla na­sze­go dziec­ka? − za­py­tał z prze­ra­że­niem Gra­ce.

− Wy­stą­pi­ły kom­pli­ka­cje, ale w chwi­li obec­nej stan dziec­ka jest do­bry − wy­ja­śnił uprzej­mie le­karz, choć w jego gło­sie dało się wy­czuć oba­wę. Po chwi­li od­wró­cił się do drzwi i ski­nął gło­wą.

Gra­ce za­uwa­żył, że do po­ko­ju wszedł krę­py męż­czy­zna w oku­la­rach. Miał ciem­ne wło­sy ostrzy­żo­ne na jeża i ły­si­nę po­środ­ku gło­wy. Był ubra­ny w sza­re spodnie od gar­ni­tu­ru i czar­ne pół­bu­ty. Ota­cza­ła go aura do­bro­tli­we­go me­ne­dże­ra ban­ko­we­go.

− Dok­to­rze Hol­be­in, to na­rze­czo­ny Cleo.

− Wi­tam. − Le­karz uści­snął dłoń Gra­ce’a. − Je­stem Des Hol­be­in, kon­sul­tant gi­ne­ko­log.

− Dzię­ku­ję, że pan przy­szedł.

− Nie ma za co, po to tu je­stem. To ja się cie­szę, że pan przy­je­chał. Bę­dzie­my mu­sie­li pod­jąć pew­ne de­cy­zje.

Roy po­czuł na­głe ukłu­cie nie­po­ko­ju, ale rze­czo­wa po­sta­wa kon­sul­tan­ta do­da­ła mu otu­chy. Cze­kał, co le­karz jesz­cze po­wie.

Spe­cja­li­sta usiadł na brze­gu łóż­ka i spoj­rzał na Roya.

− Pięć ty­go­dni temu Cleo przy­je­cha­ła na ru­ty­no­we ba­da­nie ul­tra­so­no­gra­ficz­ne. W dwu­dzie­stym pierw­szym ty­go­dniu. W tym cza­sie ło­ży­sko znaj­do­wa­ło się bar­dzo ni­sko, ale dziec­ko mia­ło nor­mal­ną wiel­kość.

Od­wró­cił się do Cleo.

− Z dzi­siej­sze­go ba­da­nia wy­ni­ka, że pani dziec­ko pra­wie nie uros­ło. To nie­zwy­kłe, a jed­no­cze­śnie nie­po­ko­ją­ce, je­śli mam być z pań­stwem szcze­ry. Ozna­cza to, że ło­ży­sko nie pra­cu­je jak na­le­ży. Wy­ko­nu­je swo­ją ro­bo­tę na tyle, by utrzy­mać dziec­ko przy ży­ciu, ale nie po­zwa­la mu ro­snąć. Nie­ste­ty po­ja­wi­ły się inne nie­po­ko­ją­ce kom­pli­ka­cje. Wy­kry­li­śmy u pani pla­cen­ta per­cre­ta. To bar­dzo rzad­ki ze­spół ło­ży­ska prze­ro­śnię­te­go. Mamy z nim do czy­nie­nia, kie­dy ło­ży­sko przy­ra­sta do ścian­ki ma­ci­cy bar­dziej niż po­win­no.

Po chwi­li na­dziei ser­ce Roya po­now­nie za­mar­ło.

− Co to ozna­cza?

Des Hol­be­in uśmiech­nął się do nie­go, jak ban­ko­wy me­ne­dżer za­twier­dza­ją­cy po­życz­kę z ukry­ty­mi wa­run­ka­mi.

− Cóż, mo­gli­by­śmy wy­wo­łać po­ród…

− Dziś? − spy­tał zdu­mio­ny Gra­ce.

− Tak, ale nie był­bym szczę­śli­wy z ta­kie­go roz­wią­za­nia. Cho­ciaż pięć­dzie­siąt pro­cent zdro­wych nie­mow­ląt uro­dzo­nych w tym wie­ku prze­ży­wa… może na­wet nie­co wię­cej… wskaź­nik dla nie­mow­ląt, któ­re nie roz­wi­nę­ły się pra­wi­dło­wo w cią­gu dwu­dzie­stu je­den ty­go­dni, jest znacz­nie, znacz­nie niż­szy. Ko­lej­ny mie­siąc ozna­czał­by duży wzrost szan­sy prze­ży­cia. Gdy­by uda­ło się po­bu­dzić wzrost dziec­ka, szan­se zwięk­szy­ły­by się do po­nad dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent. Do­dam, że gdy­by­śmy zdo­ła­li do­trwać do trzy­dzie­stu czte­rech ty­go­dni, osią­gnę­ły­by dzie­więć­dzie­siąt osiem pro­cent.

Hol­be­in spoj­rzał na nich ze spo­koj­ną nie­prze­nik­nio­ną miną.

Roy po­czuł na­gły przy­pływ ir­ra­cjo­nal­ne­go gnie­wu. Gi­ne­ko­log mó­wił o ich dziec­ku, a sy­pał ra­do­śnie pro­cen­ta­mi, jak­by cho­dzi­ło o za­rzą­dza­nie ry­zy­kiem fi­nan­so­wym. Czuł się nie­kom­pe­tent­ny, nie miał zie­lo­ne­go po­ję­cia, o czym fa­cet ga­dał. Nie było o tym w żad­nej z ksią­żek, któ­re czy­tał, ani w Dzien­ni­ku Emmy i in­nych bro­szu­rach, któ­re dali Cleo w szpi­ta­lu. Wszę­dzie opi­sy­wa­no ide­al­ną cią­żę i rów­nie ide­al­ny po­ród.

− Co pan ra­dzi? − spy­tał Gra­ce. − Co by pan zro­bił, gdy­by cho­dzi­ło o pana dziec­ko?

− Za­le­cił­bym cze­ka­nie i uważ­ne ob­ser­wo­wa­nie ło­ży­ska. Je­śli Cleo stra­ci wię­cej krwi, bę­dzie­my się sta­ra­li utrzy­mać dziec­ko w środ­ku, do­ko­nu­jąc trans­fu­zji. Gdy­by­śmy do­pro­wa­dzi­li do po­ro­du w obec­nej chwi­li, wa­sze ma­leń­stwo mu­sia­ło­by spę­dzić kil­ka mie­się­cy w in­ku­ba­to­rze, co nie jest ide­al­nym roz­wią­za­niem ani dla dziec­ka, ani dla mat­ki. Ogól­ny stan zdro­wia Cleo jest bar­dzo do­bry. De­cy­zja na­le­ży do pań­stwa, ale ra­dził­bym, żeby zo­sta­ła pani kil­ka dni w szpi­ta­lu. Spró­bu­je­my po­pra­wić krą­że­nie, li­cząc na to, że krwa­wie­nie usta­nie.

− Czy je­śli usta­nie, będę mo­gła wró­cić do pra­cy?

− Tak, ale nie od razu. Nie bę­dzie pani mo­gła pod­no­sić cię­ża­rów i… to bar­dzo waż­ne… bę­dzie pani mu­sia­ła od­po­czy­wać w cią­gu dnia. Po­zo­sta­nie też pani pod na­szą czuj­ną ob­ser­wa­cją do koń­ca cią­ży.

− Czy krwa­wie­nie może wy­stą­pić po­now­nie? − za­py­tał Gra­ce.

− Szcze­rze mó­wiąc, w pięć­dzie­się­ciu pro­cen­tach przy­pad­ków to się nie zda­rza, ale w pięć­dzie­się­ciu po­zo­sta­łych, tak. Sto­su­ję za­sa­dę „trzy krwa­wie­nia i za­po­mnij o ro­bo­cie”. Je­śli doj­dzie do po­now­ne­go krwa­wie­nia, będę na­le­gał na dal­sze zmniej­sze­nie ob­cią­że­nia pra­cą. W za­leż­no­ści od tego, jak się roz­wi­nie sy­tu­acja z ło­ży­skiem, mogę za­le­cić, aby po­zo­sta­ła pani w szpi­ta­lu do koń­ca cią­ży. Za­gro­żo­ne jest nie tyl­ko ży­cie dziec­ka − od­wró­cił się do Cleo − ale tak­że pani…

− W ja­kim stop­niu? − za­py­tał Gra­ce.

− Ło­ży­sko prze­ro­śnię­te może za­gra­żać ży­ciu mat­ki − wy­ja­śnił kon­sul­tant, od­wra­ca­jąc się po­now­nie do Cleo. − Je­śli doj­dzie do trze­cie­go krwa­wie­nia, nie bę­dzie co do tego wąt­pli­wo­ści. Bę­dzie pani mu­sia­ła prze­le­żeć resz­tę cią­ży w szpi­ta­lu.

− A ry­zy­ko dla dziec­ka?

Kon­sul­tant po­krę­cił gło­wą.

− W obec­nym sta­dium nie sta­ło się jesz­cze nic złe­go. Po pro­stu część ło­ży­ska nie dzia­ła pra­wi­dło­wo. Ło­ży­sko jest na­rzą­dem we­wnętrz­nym ta­kim sa­mym jak ner­ki lub płu­ca. Dziec­ko może się obyć bez jego czę­ści, ale je­śli to bę­dzie za duża część, płód nie roz­wi­nie się pra­wi­dło­wo. W skraj­nej sy­tu­acji może dojść do śmier­ci.

Gra­ce po­now­nie uści­snął dłoń Cleo i po­ca­ło­wał ją w czo­ło. W gło­wie za­ko­tło­wa­ły się po­nu­re my­śli. Za­czę­ło mu się ro­bić sła­bo ze stra­chu. Pie­przo­ne sta­ty­sty­ki. Pro­cen­ty. Pięć­dzie­siąt pro­cent gów­nia­nych szans. Cleo była sil­na i po­zy­tyw­nie na­sta­wio­na. Przej­dą przez to. Po­ste­run­ko­wy Nick Ni­choll rok temu prze­ży­wał to samo, a jego żona uro­dzi­ła moc­ne i zdro­we dziec­ko.

− Wszyst­ko bę­dzie do­brze, ko­cha­nie − po­wie­dział, czu­jąc su­chość w ustach.

Cleo ski­nę­ła gło­wą, po­sy­ła­jąc mu chłod­ny, sła­by uśmiech.

Gra­ce spoj­rzał na ze­ga­rek, a póź­niej od­wró­cił się do le­ka­rzy.

− Mo­gli­by­śmy zo­stać chwi­lę sami? Nie­dłu­go mam spo­tka­nie.

− Oczy­wi­ście.

Męż­czyź­ni od­wró­ci­li się i wy­szli z po­ko­ju.

Roy przy­su­nął twarz do twa­rzy Cleo, de­li­kat­nie kła­dąc rękę na jej brzu­chu. Czuł na­ra­sta­ją­cy strach, jak dła­wi go po­twor­ne uczu­cie nie­wy­star­czal­no­ści. Wie­dział, jak po­stę­po­wać z prze­stęp­ca­mi, ale nie mógł w ża­den spo­sób po­móc ko­bie­cie, któ­rą ko­chał, i ich nie­na­ro­dzo­ne­mu dziec­ku. Utra­cił kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

− Ko­cham cię − po­wie­dział. − Bar­dzo cię ko­cham.

Po­gła­dzi­ła jego po­li­czek.

− Ja też cię ko­cham − wy­szep­ta­ła. − Je­steś cały mo­kry. Pada na dwo­rze?

− Tak.

− Obej­rza­łeś sa­mo­chód? Alfę?

− Tak, rzu­ci­łem na nią okiem. Nie je­stem pe­wien, czy to prak­tycz­ny wóz… − Prze­rwał, by nie do­dać „kie­dy ma się dzie­ci”.

Ujął jej dłoń i po­ca­ło­wał pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy. Za­wsze gdy go wi­dział, do­zna­wał nie­sa­mo­wi­tej ra­do­ści zmie­sza­nej ze złym prze­czu­ciem. Mu­sie­li po­ko­nać wiel­ką prze­szko­dę na dro­dze do ślu­bu. Trze­ba było przejść pole mi­no­we for­mal­no­ści, żeby jego żona, San­dy, któ­ra za­gi­nę­ła dzie­sięć lat temu, zo­sta­ła ofi­cjal­nie uzna­na za zmar­łą.

Gra­ce skru­pu­lat­nie za­dbał o wszyst­ko. Za radą urzęd­ni­ka sta­nu cy­wil­ne­go za­mie­ścił ogło­sze­nia w lo­kal­nych ga­ze­tach Sus­se­xu i ga­ze­tach kra­jo­wych, pro­sząc o kon­takt San­dy lub każ­de­go, kto ją wi­dział w cią­gu ostat­nich dzie­się­ciu lat. Do tej pory nikt się nie zgło­sił.

Przy­ja­ciel z po­li­cji i jego żona byli prze­ko­na­ni, że wi­dzie­li San­dy w Mo­na­chium mi­nio­ne­go lata, ale cho­ciaż po­pro­sił o za­cho­wa­nie czuj­no­ści zna­jo­mych w nie­miec­kiej po­li­cji i po­le­ciał do Nie­miec, ni­cze­go nie zna­lazł. Wpraw­dzie był prze­ko­na­ny, że przy­ja­ciel i jego żona się po­my­li­li, jed­nak po­wia­do­mił o tym urzęd­ni­ka, któ­ry za­żą­dał, by za­mie­ścił ogło­sze­nia w od­po­wied­nich nie­miec­kich ga­ze­tach, co też uczy­nił.

Mu­siał tak­że zło­żyć pi­sem­ne oświad­cze­nie pod przy­się­gą, wy­mie­nia­jąc lu­dzi, któ­rych wy­py­ty­wał o żonę, mię­dzy in­ny­mi ostat­nią oso­bę, któ­ra wi­dzia­ła San­dy – jej ko­le­żan­kę z ośrod­ka me­dycz­ne­go, w któ­rym San­dy pra­co­wa­ła na pół eta­tu. W dzień za­gi­nię­cia wi­dzia­ła, jak San­dy wy­cho­dzi z biu­ra o pierw­szej po po­łu­dniu. Mu­siał też do­łą­czyć in­for­ma­cję o wy­ni­ku po­li­cyj­ne­go śledz­twa oraz o tym, z któ­ry­mi z jej ko­le­gów z pra­cy i przy­ja­ciół się kon­tak­to­wał. Mu­siał tak­że ze­znać pod przy­się­gą, że prze­szu­kał dom po za­gi­nię­ciu żony i nie stwier­dził, by co­kol­wiek znik­nę­ło oprócz jej to­reb­ki i sa­mo­cho­du.

Mały golf San­dy zo­stał od­na­le­zio­ny dwa­dzie­ścia czte­ry go­dzi­ny póź­niej na par­kin­gu krót­ko­ter­mi­no­wym lot­ni­ska Ga­twick. W dzień znik­nię­cia wy­ko­na­no dwie trans­ak­cje z uży­ciem jej kar­ty kre­dy­to­wej: jed­ną na kwo­tę sied­miu fun­tów i pięć­dzie­się­ciu szy­lin­gów w ap­te­ce sie­ci Bo­ots, dru­gą na szes­na­ście fun­tów czter­dzie­ści dwa szy­lin­gi na sta­cji ben­zy­no­wej Te­sco. Nie za­bra­ła żad­nych ubrań ani przed­mio­tów oso­bi­stych.

Wy­peł­nia­nie for­mu­la­rzy mia­ło oso­bli­we te­ra­peu­tycz­ne dzia­ła­nie. W koń­cu Gra­ce za­czął od­no­sić wra­że­nie, że spra­wa zmie­rza do koń­ca. Je­śli szczę­ście im do­pi­sze, pro­ce­du­ra za­koń­czy się w ter­mi­nie i będą mo­gli wziąć ślub przed uro­dze­niem dziec­ka.

Wes­tchnął i z cięż­kim ser­cem po­now­nie uści­snął jej dłoń.

Bła­gam, bądź zdro­wa, ko­cha­na Cleo. Nie zniósł­bym, gdy­by spo­tka­ło cię coś złe­go. Na­praw­dę bym tego nie zniósł.

12

W cią­gu ośmiu lat pra­cy w dro­gów­ce po­ste­run­ko­wy Dan Pat­ten­den na­uczył się, że je­śli jest w pierw­szym ra­dio­wo­zie, któ­ry do­trze na miej­sce wy­pad­ku, za­sta­nie cha­os. Cha­os tym więk­szy, je­śli aku­rat pada. Jak­by tego było mało, z po­wo­du cięć kosz­tów Pat­ten­den pę­dził sa­mot­nie na sy­gna­le Por­t­land Road, mi­ga­jąc świa­tła­mi.

Rów­nie cha­otycz­na była wia­do­mość, któ­rą otrzy­mał przez ra­dio i któ­ra po­ja­wi­ła się na ekra­nie mo­ni­to­ra. Pierw­szym sy­gna­łem wska­zu­ją­cym, że wy­pa­dek jest po­waż­ny, była licz­ba lu­dzi, któ­rzy za­dzwo­ni­li, żeby o nim po­wia­do­mić. Do tej pory ode­bra­no osiem te­le­fo­nów.

Zde­rze­nie cię­ża­rów­ki z ro­we­rem. Po­in­for­mo­wa­li go, że w ko­li­zji uczest­ni­czył rów­nież sa­mo­chód oso­bo­wy.

Zde­rze­nie cię­ża­rów­ki z ro­we­rem za­wsze koń­czy­ło się fa­tal­nie.

Za­czął zwal­niać, zbli­ża­jąc się do miej­sca zda­rze­nia. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że sce­na roz­gry­wa­ją­ca się za mo­krą od desz­czu szy­bą była ucie­le­śnie­niem to­tal­ne­go cha­osu. Chłod­nia z na­cze­pą sta­ła na­prze­ciw nie­go, a za nią am­bu­lans po­go­to­wia. Do­strzegł po­gię­ty ro­wer na dro­dze. Ka­wał­ki świa­teł­ka od­bla­sko­we­go. Czap­kę ba­se­bal­lów­kę. Adi­das. Wo­kół ro­iło się od lu­dzi. Więk­szość ska­mie­nia­ła z prze­ra­że­nia, ale nie­któ­rzy ro­bi­li zdję­cia te­le­fo­nem ko­mór­ko­wym. Mały tłum ze­brał się wo­kół tyl­nych kół cię­ża­rów­ki. Z dru­giej stro­ny stał ka­brio­let audi z wy­gię­tą ma­ską, wbi­ty w ścia­nę ka­wiar­ni.

Za­trzy­mał w po­przek dro­gi ja­skra­we kom­bi bmw, co było pierw­szym kro­kiem do od­gro­dze­nia miej­sca zda­rze­nia i po­pro­sił przez ra­dio o wspar­cie, ma­jąc na­dzie­ję, że szyb­ko na­dej­dzie, bo po­trze­bo­wał ze dwu­dzie­stu par rąk na­raz. Póź­niej na­su­nął czap­kę na czo­ło i wło­żył ka­mi­zel­kę od­bla­sko­wą. Chwy­cił no­tat­nik z for­mu­la­rzem: RA­PORT Z MIEJ­SCA WY­PAD­KU i wy­sko­czył z sa­mo­cho­du. Sta­rał się szyb­ko oce­nić sy­tu­ację, przy­po­mi­na­jąc so­bie wszyst­kie za­sa­dy, któ­re wbi­ja­no mu do gło­wy pod­czas wstęp­ne­go szko­le­nia i na kur­sach do­szka­la­ją­cych, oraz to, co wie­dział z wła­sne­go do­świad­cze­nia.

Na­tych­miast pod­biegł do nie­go mło­dy męż­czy­zna w prze­mo­czo­nym dre­sie.

− W zda­rze­niu bra­ła udział fur­go­net­ka… bia­ła fur­go­net­ka! Prze­je­cha­ła na czer­wo­nym świe­tle! Ude­rzy­ła ro­we­rzy­stę i ucie­kła!

− Za­pa­mię­tał pan nu­mer re­je­stra­cyj­ny?

Tam­ten po­trzą­snął gło­wą.

− Nie… prze­pra­szam, ale wszyst­ko dzia­ło się tak szyb­ko.

− Co może pan o niej po­wie­dzieć?

− To był ford, tak mi się wy­da­je. Po­dob­na do trans­i­ta. Nie są­dzę, żeby mia­ła ja­kieś na­pi­sy.

Pat­ten­den za­pi­sał wszyst­ko w no­tat­ni­ku, a póź­niej spoj­rzał na mło­de­go męż­czy­znę. Świad­ko­wie zwy­kle szyb­ko zni­ka­ją, szcze­gól­nie w desz­czo­wy dzień.

− Pro­szę mi po­dać na­zwi­sko i nu­mer te­le­fo­nu − po­pro­sił, za­pi­su­jąc in­for­ma­cje w no­tat­ni­ku. − Mógł­by pan wsiąść do ra­dio­wo­zu i po­cze­kać?

Mło­dy męż­czy­zna ski­nął gło­wą.

Zo­sta­nie, je­śli bę­dzie mógł się ogrzać i osu­szyć, po­my­ślał Pat­ten­den. Prze­ka­zał in­for­ma­cję dys­po­zy­to­ro­wi, a póź­niej po­pę­dził do cię­ża­rów­ki. Po dro­dze mi­nął nogę le­żą­cą na as­fal­cie, zi­gno­ro­wał ją w tej chwi­li i klęk­nął obok ra­tow­ni­ków. Spoj­rzał prze­lot­nie na po­gru­cho­ta­ne­go, nie­przy­tom­ne­go ro­we­rzy­stę, wnętrz­no­ści i krew na dro­dze, ale był zbyt za­afe­ro­wa­ny tym, co musi zro­bić, żeby wy­war­ło to na nim wra­że­nie.

− Jaka jest sy­tu­acja? − za­py­tał, choć py­ta­nia były wła­ści­wie zbęd­ne.

Ra­tow­nik, któ­re­go roz­po­znał, po­krę­cił gło­wą.

− Kiep­ska spra­wa. Tra­ci­my go.

Tyl­ko tej in­for­ma­cji po­trze­bo­wał. Wszyst­kie wy­pad­ki dro­go­we ze skut­kiem śmier­tel­nym były uwa­ża­ne za po­ten­cjal­ne za­bój­stwo, do­pó­ki nie oka­za­ło się, że było in­a­czej. Jako je­dy­ny funk­cjo­na­riusz obec­ny na miej­scu wy­pad­ku mu­siał przede wszyst­kim za­bez­pie­czyć te­ren bę­dą­cy miej­scem prze­stęp­stwa. Póź­niej trze­ba bę­dzie do­pil­no­wać, aby nie prze­su­nię­to żad­nych po­jaz­dów, i za­trzy­mać świad­ków. Ode­tchnął, sły­sząc da­le­ki ryk sy­ren. Miej­my na­dzie­ję, że ko­lej­ne ra­dio­wo­zy są już w dro­dze.

Ru­szył pę­dem do sa­mo­cho­du, wo­ła­jąc do wszyst­kich, któ­rych mi­jał po dro­dze:

− Je­śli byli pań­stwo świad­ka­mi zda­rze­nia, pro­szę przyjść do ra­dio­wo­zu i po­dać swo­je na­zwi­sko oraz nu­mer te­le­fo­nu!

Otwo­rzył ba­gaż­nik i wy­cią­gnął skła­da­ny znak z na­pi­sem DRO­GA ZA­MKNIĘ­TA PRZEZ PO­LI­CJĘ, by usta­wić go w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści za ra­dio­wo­zem. Jed­no­cze­śnie krzyk­nął przez ra­dio, że spraw­ca mógł po­trą­cić ofia­rę i zbiec z miej­sca wy­pad­ku. Prze­ka­zał też, że bę­dzie po­trzeb­ny wóz stra­żac­ki i ze­spół do ba­da­nia wy­pad­ków dro­go­wych. Po­pro­sił rów­nież o przy­jazd in­spek­cji dro­go­wej, wszyst­kich dziel­ni­co­wych i umun­du­ro­wa­nych funk­cjo­na­riu­szy.

Póź­niej chwy­cił rol­kę nie­bie­sko-bia­łej ta­śmy, owi­nął ko­niec wo­kół lam­py i prze­biegł na dru­gą stro­nę dro­gi, by owi­nąć ją wo­kół zna­ku in­for­mu­ją­ce­go o par­kin­gu. Kie­dy skoń­czył, uj­rzał dwóch po­li­cjan­tów ze swo­je­go ze­spo­łu. Gdy do nie­go do­bie­gli, po­le­cił, żeby od­gro­dzi­li ta­śmą dro­gę po prze­ciw­nej stro­nie cię­ża­rów­ki, a na­stęp­nie spi­sa­li na­zwi­ska i nu­me­ry te­le­fo­nów wszyst­kich po­ten­cjal­nych świad­ków zda­rze­nia.

Kie­dy zna­lazł się we­wnątrz opa­sa­ne­go ta­śmą te­re­nu, ścią­gnął ka­mi­zel­kę prze­ciw­od­bla­sko­wą i przy­krył ode­rwa­ną nogę, pra­gnąc oszczę­dzić lu­dziom ma­ka­brycz­ne­go wi­do­ku i po­wstrzy­mać gu­stu­ją­ce­go w hor­ro­rze fa­ce­ta w płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym, któ­ry nie prze­sta­wał jej fo­to­gra­fo­wać.

− Pro­szę wyjść za ta­śmę! − krzyk­nął do nie­go. − Je­śli był pan świad­kiem wy­pad­ku, za­pra­szam do ra­dio­wo­zu! Je­śli nie, pro­szę się od­su­nąć!

Nad­je­cha­ły ko­lej­ne ka­ret­ki. Pat­ten­den do­strzegł dru­gi wóz po­go­to­wia i sa­mo­chód ra­tow­ni­czy, któ­ry przy­wiózł spe­cja­li­stę od ura­zów. Jego głów­nym ce­lem było te­raz od­na­le­zie­nie kie­row­ców cię­ża­rów­ki i ka­brio­le­tu audi w ma­sie ga­piów i po­ten­cjal­nych świad­ków.

Za­uwa­żył ele­ganc­ko ubra­ną ko­bie­tę o wło­sach prze­mo­czo­nych desz­czem, sto­ją­cą obok otwar­tych drzwi audi.

Pod­biegł do niej i za­py­tał, cięż­ko dy­sząc:

− Pani pro­wa­dzi­ła ten sa­mo­chód?

Ski­nę­ła nie­przy­tom­nie gło­wą, nie prze­sta­jąc oglą­dać się za sie­bie.

− Jest pani ran­na? Po­trze­bu­je pani po­mo­cy le­kar­skiej?

− Wy­padł nie wia­do­mo skąd. Z bocz­nej ulicz­ki. Wprost na mnie. Mu­sia­łam gwał­tow­nie skrę­cić, żeby go nie ude­rzyć.

− Kogo? − Po­chy­lił się dys­kret­nie, aby wy­czuć jej od­dech. Po­czuł sła­bą woń zwie­trza­łe­go al­ko­ho­lu.

− Ro­we­rzy­stę − od­po­wie­dzia­ła tępo.

− Czy w zda­rze­niu bra­ły udział inne po­jaz­dy?

− Bia­ła fur­go­net­ka je­cha­ła tuż za mną, sie­dzia­ła mi na zde­rza­ku.

Rzu­cił okiem na audi. Cho­ciaż ma­ska była wy­gię­ta, a po­dusz­ki po­wietrz­ne od­pa­lo­ne, wnę­trze wy­glą­da­ło na nie­na­ru­szo­ne.

− Mo­gła­by pani wró­cić na kil­ka mi­nut do sa­mo­cho­du?

De­li­kat­nie ujął ją pod ra­mię i od­wró­cił od cię­ża­rów­ki. Wie­dział, że je­śli kie­row­cy sa­mo­cho­dów bio­rą­cych udział w wy­pad­ku zbyt dłu­go pa­trzą na cięż­ko ran­nych, mogą się na­ba­wić ura­zu. Ta ko­bie­ta była na naj­lep­szej dro­dze do tego. Od­pro­wa­dził ją do sa­mo­cho­du i pa­trzył, jak wsia­da do środ­ka. Póź­niej z trud­no­ścią za­mknął drzwi o skrzy­wio­nych za­wia­sach.

Kie­dy to ro­bił, za­uwa­żył jed­ne­go z dziel­ni­co­wych bie­gną­ce­go w jego stro­nę.

− Jest was wię­cej w oko­li­cy? − za­py­tał Pat­ten­den.

− Tak. − Męż­czy­zna wska­zał dwóch in­nych sto­ją­cych w pew­nej od­le­gło­ści na chod­ni­ku.

− Do­brze. Zo­stań­cie tu i przy­pil­nuj­cie, żeby pani nie wy­sia­dła z sa­mo­cho­du.

Na­stęp­nie pod­biegł do tam­tych dwóch, ka­żąc pil­no­wać miej­sca wy­pad­ku z dwóch stron i za­trzy­my­wać każ­de­go, kto prze­kro­czy ta­śmę po­li­cyj­ną.

Przy­najm­niej nie bę­dzie sam za wszyst­ko od­po­wia­dał.

13

Carly sie­dzia­ła w sa­mo­cho­dzie wdzięcz­na, że spły­wa­ją­cy po szy­bach deszcz czy­nił ją nie­wi­dzial­ną i da­wał odro­bi­nę pry­wat­no­ści. Była świa­do­ma obec­no­ści ciem­nej po­sta­ci funk­cjo­na­riu­sza, któ­ry stał obok sa­mo­cho­du ni­czym war­tow­nik. Jej pier­si cięż­ko fa­lo­wa­ły. Ra­dio było włą­czo­ne, na­sta­wio­ne jak za­wsze na BBC Ra­dio Sus­sex, lo­kal­ną sta­cję in­for­ma­cyj­ną z po­ga­dusz­ka­mi. Sły­sza­ła oży­wio­ny głos Ne­ila Prin­gle’a, ale nie ro­zu­mia­ła, o czym mó­wił.

W gło­wie wi­ro­wa­ły jej ob­ra­zy tego, co się dzia­ło pod cię­ża­rów­ką za jej ple­ca­mi. Na­gle Prin­gle prze­rwał i usły­sza­ła ogło­sze­nie, że na Por­t­land Road w Hove do­szło do po­waż­ne­go wy­pad­ku.

Jej wy­pa­dek.

Ze­gar w sa­mo­cho­dzie wska­zy­wał dzie­wią­tą dwa­dzie­ścia je­den.

Cho­le­ra. Za­dzwo­ni­ła do biu­ra, żeby po­roz­ma­wiać ze swo­ją ra­dos­ną se­kre­tar­ką, Su­zan­ne. Za­czę­ła tłu­ma­czyć, że nie zja­wi się w biu­rze, i po­pro­si­ła, aby za­dzwo­ni­ła do pe­di­kiu­rzyst­ki, gdy wtem się za­ła­ma­ła i za­czę­ła pła­kać.

Prze­rwa­ła po­łą­cze­nie i za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy po­win­na za­dzwo­nić naj­pierw do mat­ki, czy do Sa­rah El­lis – naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki. Sa­rah pra­co­wa­ła w fir­mie praw­ni­czej w Craw­ley i była jej opo­ką od śmier­ci Kesa, któ­ry pięć lat temu zgi­nął w śnież­nej la­wi­nie, kie­dy jeź­dził na nar­tach w Ka­na­dzie.

Ku jej uldze Sa­rah ode­bra­ła za pią­tym sy­gna­łem, ale za­nim Car­ly zdo­ła­ła wy­du­sić z sie­bie sło­wo, po­now­nie za­czę­ła szlo­chać.

Póź­niej do­le­cia­ło ją pu­ka­nie w szy­bę. Po chwi­li drzwi się otwo­rzy­ły i do środ­ka zaj­rzał po­li­cjant, któ­re­go wcze­śniej wi­dzia­ła. Ten, któ­ry ka­zał jej za­cze­kać w sa­mo­cho­dzie. Był trzy­dzie­sto­kil­ku­let­nim męż­czy­zną o krę­pej bu­do­wie cia­ła i po­waż­nym spoj­rze­niu. Trzy­mał w ręku mały przed­miot przy­po­mi­na­ją­cy ja­kieś urzą­dze­nie po­mia­ro­we.