Uroki Toskanii - Christina Hollis - ebook

Uroki Toskanii ebook

Christina Hollis

3,6

Opis

Kira Banks przeżyła nieszczęśliwy romans. Chciała wyjechać z miasta i zamieszkać tam, gdzie nikt jej nie zna. Wybrała piękną dolinę w Toskanii, urządziła dom i zaprojektowała ogród. Pewnego dnia okazuje się, że w sąsiedztwie zamierza się osiedlić znany milioner Stefano Albani. Kira obawia się, że to urokliwe, spokojne miejsce nie będzie już takie samo…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 143

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Christina Hollis

Uroki Toskanii

Tłumaczenie: Janusz

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kira stała w cieniu wiekowych sosen otaczających posiadłość Bella Terra i spoglądała na przeciwległe trawiaste zbocze toskańskiej doliny. Wypatrywała, kiedy na drodze pojawi się biały obłok kurzu wzbity przez samochód – zapowiedź nieodwołalnej zmiany jej spokojnego życia w tym uroczym skrawku raju.

Tereny sąsiadujące z jej domkiem wystawiono na sprzedaż, a chęć ich kupna wyraził miliarder signor Stefano Albani – „najwspanialszy mężczyzna na świecie”, jak wyraziła się o nim agentka od nieruchomości.

Lecz na Kirze to entuzjastyczne określenie nie zrobiło wrażenia. Przeniosła się do Włoch w poszukiwaniu samotności, a to, co słyszała o tym sławnym uwodzicielu, nie poprawiło jej niepochlebnej opinii o mężczyznach. Miał przybyć wczesnym popołudniem, aby obejrzeć rezydencję i całą posiadłość Bella Terra, lecz jeszcze się nie zjawił. Agentka, która przyjechała go oprowadzić, zaczynała się obawiać, że spóźni się na spotkanie z następnym klientem. W końcu Kira zaofiarowała się, że ją zastąpi – w gruncie rzeczy po to, by się jej pozbyć i zostać sama, co zawsze lubiła najbardziej. Miała nadzieję, że signor Albani zrezygnował i w ogóle nie przyjedzie. Poza tym podziwianie pięknego widoku doliny Bella Terra nie było najgorszym sposobem spędzenia popołudnia.

Palące słońce zniżyło się ku zalesionemu skrajowi doliny i Kira pomyślała z ulgą, że Stefano Albani zapewne dziś już się nie pojawi. Im mniej ludzi odwiedzi posiadłość, tym później zostanie ona sprzedana. Nie zmartwiłaby się, gdyby Bella Terra na zawsze pozostała pusta.

Jej mały domek stał w pewnej odległości od olbrzymiej starej rezydencji, którą do niedawna zamieszkiwał sir Ivan, ostatni właściciel. On również żywił upodobanie do samotnego życia. Odkąd Kira przed dwoma laty kupiła La Ritiratę, codziennie machali do siebie na powitanie poprzez szerokość doliny, a poza tym zajmowała się jego ogrodem, lecz do tego ograniczały się ich kontakty. Mimo to po śmierci sir Ivana, o dziwo, brakowało jej tego starego człowieka, z którym zamieniła tak niewiele słów. Myślała z obawą, że nowy właściciel z pewnością nie okaże się równie spokojnym i niekłopotliwym sąsiadem.

Może przyszłość nie wydawałaby jej się taka niepokojąca, gdyby miała z kim podzielić się swoimi obawami. Poprzedniego dnia otrzymała wprawdzie list z Anglii, jednak nie zdobyła się jeszcze na otwarcie go, lękając się emocjonalnego szantażu, jaki zapewne zawierał.

Z wysiłkiem oderwała się od tych ponurych rozmyślań i poszła na spacer przez kwietną łąkę ocienioną drzewami kasztanowymi. Na niebie zaczynały się zbierać burzowe chmury. Wkrótce ulewa zmieni wąską drogę w błotne trzęsawisko. Kira pomyślała z zadowoleniem, że nawet jeśli signor Albani jedzie do Bella Terra, będzie musiał zawrócić, a jej ustronie jeszcze przez jakiś czas pozostanie ciche i spokojne.

Nagle zorientowała się, że wokoło zapadła cisza. Ptaki zamilkły w niemym oczekiwaniu na coś, co się za chwilę wydarzy. Kira poczuła pod stopami narastającą wibrację, jak podczas trzęsienia ziemi. Obok niej przemknęła sarna. Kira rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Odruchowo skierowała się ku pobliskim drzewom, które teraz gięły się i kołysały niczym wzburzone zielone morze. To nie trzęsienie ziemi, lecz coś jeszcze gorszego. Na łące lądował helikopter, burząc sielski spokój doliny.

– Przez parę godzin będę poza zasięgiem – rzucił Stefano Albani do mikrofonu zestawu głośnomówiącego. – Zająłem się znowu tym projektem mediolańskim, a jeśli zadzwonią ludzie od Murraya, powiedz, że zrezygnowałem ze sprzedaży wiązanej wydawnictwa, chyba że zaproponują cenę, która naprawdę mnie przekona.

Zamknął komórkę i skupił się na pilotowaniu śmigłowca. Zawsze przed zwiedzeniem każdej posiadłości, którą zamierzał nabyć, oglądał ją najpierw z powietrza. Bella Terra z lotu ptaka prezentowała się wspaniale. Jej cieniste zalesione tereny oferowały schronienie przed palącym letnim skwarem, a pięknie rozplanowane tarasy wokół rezydencji pozwalały z kolei cieszyć się blaskiem słońca.

Nagle spostrzegł w dole machającą do niego dziewczynę i jego surowe rysy złagodził lekki uśmiech. Dotychczas rozmawiał z agentką nieruchomości tylko przez telefon, lecz najwyraźniej jej uroda dorównywała czarującemu głosowi. Przypomniał sobie jej zalotny ton i pomyślał, że kontynuowanie flirtu z nią odpręży go miło po ciężkim dniu.

Pomachał do niej w odpowiedzi. Czuł się znużony i potrzebował relaksu. Kilka godzin spędzonych w tym uroczym miejscu w towarzystwie ładnej dziewczyny pozwoli mu oderwać myśli od starć w sali posiedzeń zarządu i podejmowania trudnych decyzji inwestycyjnych.

Z uśmiechem skierował helikopter w dół ku łące za domem.

Kira była wściekła. Ten obcy intruz zakłócił spokój pięknej doliny, która zresztą jest przecież terenem prywatnym. Co gorsza, jego pojawienie się źle wróżyło na przyszłość.

– Nawet bażanty fruwają wyżej! – wrzasnęła, gdy śmigłowiec z ogłuszającym warkotem przeleciał niemal tuż nad jej głową.

Ujęła się pod boki i patrzyła, jak maszyna krąży przez chwilę, a potem ląduje za imponującą starą rezydencją. Właściwie powinna się poczuć zaniepokojona, lecz górę wziął w niej gniew. Puściła się biegiem w kierunku wielkiej kutej żelaznej bramy do ogrodu posiadłości, a potem pognała dalej ścieżką, chcąc jak najszybciej dopaść nieznajomego.

Znalazła helikopter stojący tuż przy ścianie budynku, jak zaparkowany samochód. Był pusty i nigdzie w pobliżu nie dostrzegła pilota. Zdezorientowana, okrążyła dom. Gdy znalazła się po północnej stronie, zobaczyła wysoką sylwetkę mężczyzny znikającą w prześwicie żywopłotu, za którym znajdował się skwer z fontanną. Pomyślała, że intruz widocznie szuka ochłody przed dokuczliwym upałem. Już miała do niego zawołać, lecz rozmyśliła się, a gdy dotarła na oświetlony blaskiem słońca skwer, nikogo tam nie było.

Usłyszała cichy szelest krzaków janowca, a potem gdzieś zza żywopłotu dobiegł ją stłumiony odgłos kroków. Gdy rozglądała się niepewnie, poczuła raptem, że ktoś objął ją z tyłu w talii.

– A więc nareszcie się spotkaliśmy, panno Barrett! – usłyszała głęboki męski głos mówiący nienaganną angielszczyzną, choć z miękkim włoskim akcentem. – Szukałem cię. Sądziłem, że będziesz mnie oczekiwać przy frontowych drzwiach rezydencji Bella Terra.

Kira zamarła i skuliła się, czując na karku ciepły oddech. Mężczyzna przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej i mówił dalej:

– Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, powiedziałaś, że nie możesz się już doczekać poznania mnie. Przypomnij mi, gdzie chciałaś, żebyśmy zjedli kolację?

Obrócił Kirę ku sobie, niewątpliwie zamierzając ją pocałować, lecz ona gwałtownie wyrwała się z jego ramion.

– Nie jestem Amandą Barrett! – zawołała. – I proszę trzymać ręce przy sobie!

Mężczyzna cofnął się natychmiast, ale nie sprawiał wrażenia speszonego. Z nieprzeniknioną miną skłonił lekko głowę i rzekł z powagą:

– Scusi, signora.

Kira spiorunowała go wzrokiem i zrobiła dwa kroki do tyłu. Nie wiedziała, jak powinna zareagować. Jeśli to jest ten miliarder Stefano Albani, to w niczym nie przypomina bogatych mężczyzn, z jakimi dotąd miała zawodowo do czynienia. Wszyscy oni byli nudni, do bólu przewidywalni, całkowicie pozbawieni poczucia humoru i spontaniczności. Natomiast Stefano Albani wydawał się swobodny i pełen fantazji, a przy tym był wysoki, przystojny i wysportowany. Wyglądało, że to nieporozumienie ani trochę go nie stropiło.

– Przepraszam, wziąłem panią za kogoś innego – powiedział, obciągając rękawy koszuli na opalone ręce i zapinając guziki przy mankietach. – Miałem się tu spotkać z agentką od nieruchomości. Nie wie pani, gdzie mogę ją znaleźć?

– Ponieważ się pan spóźnił, więc prawdopodobnie zajmuje się już następnymi klientami – burknęła Kira, wciąż jeszcze wzburzona incydentem sprzed chwili.

Wyraz twarzy Stefana pozostał niewzruszony, ale jego oczy błysnęły i Kira nagle pożałowała swej opryskliwości. Potem nieoczekiwanie się uśmiechnął.

– Dio, od bardzo dawna nikt nie mówił do mnie w taki sposób!

W tym momencie wydał się Kirze znacznie młodszy. Spojrzenie jego pięknych oczu i zagadkowa mina wywarły na niej wrażenie. Opanowała się jednak, przełknęła z wysiłkiem i rzekła stanowczo:

– Przykro mi, signore, ale zjawił się pan trzy godziny po umówionym czasie, bez przeprosin, a w dodatku leciał pan absurdalnie nisko, strasząc tutejszą faunę.

– Przepraszam, jeśli sprawiłem kłopoty – odparł nieco oschle. Potem jego głos złagodniał. – Powinienem się przedstawić. Nazywam się Stefano Albani i jestem zainteresowany kupnem posiadłości Bella Terra. Dlatego wziąłem panią za pannę Barrett, agentkę nieruchomości. Sądziłem, że wita mnie pani radosnymi okrzykami – zażartował, by rozładować jej gniew.

– Cóż, pomylił się pan – mruknęła Kira.

Powstrzymała się od ostrzejszych słów cisnących jej się na usta. Musiała postępować rozważnie. Niewykluczone, że ten mężczyzna zostanie jej nowym sąsiadem, więc nie ma sensu dodatkowo pogarszać sytuacji.

Niemniej Stefano Albani usłyszał w jej głosie oskarżycielską nutę.

– Okoliczności zatrzymały mnie dłużej, więc chciałem dotrzeć tu możliwie jak najszybciej, czyli drogą powietrzną – wyjaśnił. – Pragnąłem też przyjrzeć się posiadłości z lotu ptaka. Mam nadzieję, że nie wyrządziłem przyrodzie tej doliny nieodwracalnych szkód. Przyrzekam, że to się więcej nie powtórzy. Kiedy się tu wprowadzę, nie będę latał tak nisko.

Powiedział to poważnym tonem, lecz w kącikach jego ust wciąż igrał uśmiech. Kira wbrew sobie nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Jego oczy miały barwę niezmąconego błękitu włoskiego nieba, a czarne włosy, jakkolwiek porządnie przystrzyżone, były dość długie i faliste. Niezaprzeczalnie emanował energią – jednak przywodzącą na myśl raczej moc hartowanej stali niż pierwotną zwierzęcą siłę. W przeciwieństwie do bogaczy, dla których Kira dotychczas pracowała, Stefano Albani wydawał się używać swego ciała równie świadomie jak umysłu. Nie sposób było wyobrazić go sobie tkwiącego całymi dniami przy komputerze. Kira pożałowała, że wcześniej nie zwracała uwagi na entuzjastyczne opowieści Amandy Barrett o tym niezrównanym miliarderze. Całe szczęście, że agentka stąd wyjechała, bo w przeciwnym razie zadurzyłaby się w nim po uszy!

Jakże łatwo kobiety ulegają takiej powierzchownej fascynacji, pomyślała posępnie. Dlaczego nie widzą Stefana Albaniego takiego, jaki jest w rzeczywistości – bogatego playboya troszczącego się wyłącznie o siebie? Kira bez trudu rozpoznawała ten rodzaj mężczyzn, choćby po aurze niezachwianej pewności siebie, jaką roztaczają. Signor Albani spoglądał na wspaniałą zabytkową rezydencję Bella Terra, jakby już był właścicielem. A przecież jeszcze nawet nie przestąpił jej progu!

– Zobaczymy, czy pan w ogóle się tu wprowadzi – odparła ponuro.

Starała się ignorować jego zniewalającą męską urodę, mówiąc sobie, że wygląd o niczym nie świadczy. Niemniej postanowiła powściągnąć uprzedzenia wobec tego mężczyzny do czasu, aż on zdecyduje się, czy kupi rezydencję i całą posiadłość.

– W istocie, czekałam tu z kluczami i dokumentami wyłącznie dlatego, że byłam pewna, że pan się już nie zjawi – oświadczyła. – Miałam zaplanowany wieczór, dopóki nie spadł pan tutaj prosto z nieba...

– A więc zrujnowałem pani plany?

– Chodzi o to, że śmiertelnie mnie pan przestraszył. Mimo to pragnę przeprosić pana za swoją porywczą reakcję – rzekła lodowatym tonem.

Stefano nie odpowiedział, tylko wyciągnął rękę. Kira na moment zamarła sądząc, że chce pogładzić ją po twarzy, lecz po chwili zorientowała się w czym rzecz i podała mu papiery.

– Co takiego planowała pani na dzisiejszy wieczór? – zapytał, przeglądając je pobieżnie.

– Nic, jak zwykle – odrzekła szczerze, nim zdążyła się zorientować, że zaprzeczyła swym poprzednim słowom.

Z uśmiechem podniósł wzrok znad dokumentów.

– W takim razie może pokazałaby mi pani dom? – zaproponował.

Zaskoczona Kira odpowiedziała bez namysłu:

– Och tak, bardzo chętnie!

Natychmiast jednak pożałowała, że się zgodziła. To nie jej sprawa. Miała tylko oddać klucze i dokumenty, a potem zniknąć. Spróbowała się wycofać.

– Tak, chętnie bym to zrobiła, ale jestem tylko sąsiadką. – Popatrzyła na piękny stary budynek i westchnęła głęboko. – Właściwie nie znam tego domu. Zajrzałam tylko do jednego czy dwóch pokoi, zanim...

– Przez wiele lat posiadłość należała do jakiegoś Anglika – powiedział Albani, zaglądając do dokumentów. – Znała go pani?

– Sir Ivan był moim klientem. Doradzałam mu w kwestiach dotyczących ogrodu – wyjaśniła.

– Przypuszczam, że obydwoje jako typowi Anglicy zachowywaliście wobec siebie dystans – rzucił Stefano z kpiącym uśmiechem.

Kira poczuła się nieco urażona, ale zapanowała na sobą.

– Z przyjemnością pana oprowadzę – rzekła chłodno.

– A więc jest pani projektantką krajobrazu, tak? – powiedział.

Zaczerwieniła się, gdy ogarnął spojrzeniem jej brudne robocze dżinsy i zwykłą białą bluzkę. Zauważył jej reakcję i dodał z uśmiechem:

– Ale dlaczego tracimy tutaj czas, zamiast obejrzeć wnętrze tego pięknego domu? Jestem pewien, że ma pani na to nie mniejszą ochotę niż ja. A więc chodźmy.

Istotnie, Kira od dwóch lat marzyła o zwiedzeniu rezydencji. Dziś rano pomyślała, że mogłaby rozejrzeć się tam przed przybyciem Albaniego, jednak zabrakło jej śmiałości. Dlatego teraz nie potrafiła się oprzeć zaproszeniu.

Stefano Albani delikatnie ujął ją za ramię i poprowadził w stronę wielkiego starego budynku. Ów gest sprawił jej nieoczekiwaną przyjemność. Niemniej przyspieszyła kroku i wysunęła się nieco naprzód, uwalniając się z jego chwytu. Pierwsza weszła po schodach i zaczekała, aż Stefano otworzy drzwi wielkim żelaznym kluczem. Potem odstąpił na bok i puścił ją przodem.

Zawahała się w progu. Ogromnie pragnęła zwiedzić rezydencję, ale sama, a nie w towarzystwie przypuszczalnego przyszłego właściciela. To wydawało jej się krępujące. Stefano najwyraźniej nie podzielał jej wątpliwości. Lekko dotknął jej biodra, nakłaniając ją, by weszła do środka. Usłuchała z westchnieniem.

– Obawiam się, że to trochę potrwa, gdyż chcę dokładnie wszystko obejrzeć – oznajmił cicho, lecz stanowczo.

Zachowywał się tak, jakby dom już należał do niego. Kira lekko się zarumieniła. W gruncie rzeczy obecność Stefana Albaniego czyniła tę eskapadę jeszcze bardziej ekscytującą. Kirę trapiło jedynie to, że odwykła od prowadzenia lekkich niezobowiązujących rozmówek, a bliskość tego oszałamiająco przystojnego mężczyzny kompletnie zbijała ją z tropu. Zerknęła na niego i pomyślała, że pomimo jego gładkiego sposobu bycia powinna się mieć przed nim na baczności. Pod miłą powierzchownością mógł ukrywać mroczne sekrety. Podobnie jak ona. Ni stąd, ni zowąd zapragnęła nagle przeniknąć przez tę powłokę i poznać prawdę o Stefanie Albanim.

Wciąż trzymał dłoń na jej biodrze i Kira pomyślała z lękiem, że znowu obejmie ją w talii.

– Signor Albani, proszę mnie nie dotykać – powiedziała.

Nieco zaskoczony, zabrał rękę, cofnął się i spojrzał jej w twarz, a potem leniwie powiódł wzrokiem po jej ciele. Kira z trudem zachowała niewzruszoną minę.

– Najpierw traktuje mnie pani opryskliwie, a teraz jest zdenerwowana – rzekł w zadumie. – Przyjechałem tylko obejrzeć posiadłość Bella Terra, ale wydaje się, że czeka mnie tu coś ciekawszego.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Proszę nie schlebiać mnie... ani sobie – mruknęła Kira.

Usiłowała otrzepać zakurzone dżinsy, zanim przestąpi próg. Zwiedzanie tej pięknej rezydencji w brudnym roboczym ubraniu wydawało jej się niestosowne.

– Niech się pani tak nie przejmuje. To tylko zwykły dom, a nie Watykan! – zachichotał Stefano, jakby odgadując jej myśli. – Wygląda pani świetnie. Jest pani jedną z tych kobiet, które prezentują się korzystnie w każdym stroju.

Kira skwitowała ostrym spojrzeniem ten nieoczekiwany komplement. Stefano napotkał jej wzrok i roześmiał się. Wbrew sobie nie potrafiła oderwać od niego oczu. Ten mężczyzna wywierał na nią przedziwny magnetyczny wpływ.

– Ma pan rację – wymamrotała. – Po prostu mam obejrzeć dom, nic więcej. A więc, jeśli jest pan gotowy, może zaczniemy? – dodała z nieco większą pewnością siebie.

Znów się zaśmiał.

– Teraz nagle stała się pani taka oficjalna i rzeczowa! Staram się trochę odprężyć i proponuję pani to samo. – Nadal wpatrywał się w nią i Kirę ogarnęło zakłopotanie. – Właśnie sobie uświadomiłem, że ja się przedstawiłem, natomiast wciąż nie wiem, jak pani się nazywa.

Kira się zawahała. Odkąd przybyła do Bella Terra, bardzo rzadko musiała podawać swoje nazwisko, ale ilekroć to czyniła, przypominała sobie ze wstydem powód opuszczenia Anglii.

– Nazywam się Kira Banks – wymamrotała niechętnie.

Spuściła głowę i chciała wejść do środka, ale Stefano ją zatrzymał.

– Powiedziała to pani dziwnie smutnym tonem – zauważył. – Dlaczego?

Kira zdziwiła się. Zazwyczaj ludzie wycofywali się, napotykając jej chłód i powściągliwość. Zresztą doświadczenie nauczyło ją, że większość z nich woli rozmawiać o sobie. Widocznie jednak Stefano Albani był inny. I niewątpliwie przywykł otrzymywać odpowiedzi na swoje pytania.

Przymknęła oczy. Komuś innemu wykręciłaby się jakąś wymówką, lecz przenikliwe spojrzenie Stefana domagało się wyłącznie prawdy.

Zacisnęła usta, a potem powiedziała cicho:

– Uciekłam tutaj. Chciałam osiąść gdzieś, gdzie nikt mnie nie zna.

Stefano milczał przez chwilę.

– Dobrze, pozostańmy przy tym – ustąpił, choć jego mina wyrażała niekłamaną ciekawość. – Tylko proszę mi nie mówić, że natknąłem się na słynną zbrodniarkę ukrywającą się na tym włoskim odludziu.

Teraz się z nią drażnił, ale nie dała się sprowokować do dalszych wyznań. Ciągle jeszcze cierpiała i nie chciała pozwolić, by Albani rozdrapywał jej świeże rany.

– Powód, dla którego się tutaj znalazłam, to wyłącznie moja sprawa – odparła, starając się zachować opanowanie, choć nie było to łatwe. – Zresztą, zbyt wiele musiałabym tłumaczyć. Pewne rzeczy najlepiej zachować dla siebie. Może nie traćmy już czasu i zacznijmy wreszcie zwiedzać ten piękny dom?

Z pozorną beztroską uwolniła się z jego chwytu, lecz trudniej było uciec od uwodzicielskiego spojrzenia Stefana Albaniego. Z najwyższym wysiłkiem odwróciła wzrok i weszła do wielkiego chłodnego holu, w którym jej kroki rozbrzmiały echem. Rozejrzała się uważnie, nie chcąc niczego przeoczyć. Przyglądała się z podziwem ozdobnym stiukom i misternie rzeźbionym poręczom wielkich schodów. Natomiast Albani zajmował się bardziej praktycznymi rzeczami. Minął ją i zaczął metodycznie obchodzić hol, studiując dokładnie wszystkie detale.

– To najpiękniejszy dom, jaki kiedykolwiek widziałam – wyznała Kira z zachwytem.

Lecz Stefanowi Albaniemu nie tak łatwo było zaimponować.

– Moja rezydencja na Florydzie jest bardziej funkcjonalna i w lepszym stanie – oświadczył, po czym dodał z uśmiechem: – Ale ma pani rację. Wystrój i rozmiary tej budowli są niezrównane.

Skinęła głową.

– Tak, to wspaniały dom. Owszem, jest stary i prawdopodobnie niektóre rzeczy trzeba będzie w nim unowocześnić lub wymienić, ale niech pan sobie wyobrazi stojącą tutaj pięciometrową wigilijną choinkę!

– Istotnie, w tych starych budowlach wszystko powinno być w odpowiedniej skali. A skoro już o tym mowa, to co pani mogłaby mi doradzić w kwestii urządzenia świątecznego przyjęcia?

To nieoczekiwane pytanie zaskoczyło Kirę.

– Jestem chyba ostatnią osobą, którą powinien pan pytać o tego rodzaju sprawy. Zajmuję się projektowaniem ogrodów i wolę mieć do czynienia z roślinami niż z ludźmi.

Stefano wzruszył ramionami.

– A czyż świąteczna choinka to nie roślina? Kiedy już zostaniemy sąsiadami, prędzej czy później będę potrzebował pani profesjonalnych porad. – Przystanął i przyjrzał się farbie na ścianie. – Z pewnością ma pani dobre oko do kolorów. Co by pani powiedziała, gdybym powierzył jej przygotowanie wszystkich świątecznych dekoracji?

Kira niemal się roześmiała. Dziwaczne wydało jej się rozprawianie w letni upalny dzień o czymś, co wydarzy się dopiero za wiele miesięcy, w zimie.

– Dlaczego