Wydawca: Amber Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 550 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Urodzona dla śmierci - Lisa Jackson

Smutny i dziwny zbieg okoliczności… Taka jest pierwsza reakcja doktor Kacey Lamert na wiadomość o śmierci dwóch kobiet, niezwykle do niej podobnych. Bo przecież pomiędzy nią a aktorką filmów klasy B i nauczycielką z podstawówki nie ma żadnego związku. Jednak prowadzące śledztwo policjantki, Selena Alvarez i Regan Pescoli, podejrzewają, że jest inaczej.

Wkrótce Kacey dostrzega, że coś ją jednak łączy z zamordowanymi. Były w podobnym wieku. Urodziły się i wychowały w tej samej okolicy. I wszystkie znały mężczyznę, z którym Kacey właśnie zaczęła się spotykać...

Im bardziej zagłębia się w te sprawę, tym bardziej zaczyna się bać. Bo odkrywa, że może być następna na liście urodzonych dla śmierci…

Opinie o ebooku Urodzona dla śmierci - Lisa Jackson

Fragment ebooka Urodzona dla śmierci - Lisa Jackson

Korekta

Joanna Egert-Romanowska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Ilustracja na okładce

© Robert Jones/Arcangel Images

Tytuł oryginału

Born to Die

Copyright © 2011 by Lisa Jackson LLC

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4822-6

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Prolog

Raz na wozie, raz pod wozem..

Tego wieczoru Shelly Bonaventure wyraźnie czuła, że jest pod wozem, i to leży pod nim plackiem i nie może się wygrzebać.

Otworzyła drzwi do mieszkania, cisnęła torebkę na stolik w przedpokoju i nagle poczuła przeszywający ból żołądka.

Głośno zaczerpnęła tchu i zgięła się w pół.

Nagle.

Boleśnie.

– Au – jęknęła, gdy ból ustąpił na tyle, że zdołała dojść do kanapy. – Co jest, do cholery?

Ciągle obolała, choć dolegliwości nieco zelżały, oddychała głęboko. Czy cierpi tak bardzo, że może wezwać karetkę, czy powinna sama pojechać na ostry dyżur?

– Nie wygłupiaj się – mruknęła pod nosem, ale nie mogła pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś bardzo, bardzo złego. – Weź się w garść – sapnęła, zrzucając z nóg buty na wysokim obcasie. Może za dużo wypiła, zjadła coś zepsutego albo po prostu dostanie okres kilka dni wcześniej.

Niemożliwe, to nie ten ból.

Na chwilę zamknęła oczy. Czuła, jak nad górną wargą zbierają się kropelki potu. Jeśli ma w domu środek na zgagę, zaraz weźmie kilka łyków, a jeśli nie, wytrzyma do rana. Otarła pot i rozejrzała się w poszukiwaniu kota.

– Lana? – zawołała. Cisza. Dziwne. Zazwyczaj kotka przybiegała truchtem z ukrycia, ledwie usłyszała odgłos otwieranych drzwi.

Hm.

– Lana? No chodź, kiciu… – Nasłuchiwała uważnie, ale nadal niczego nie słyszała. Trudno; pewnie kotka się z nią bawi i lada chwila, kiedy Shelly będzie się tego najmniej spodziewała, wyskoczy z najciemniejszego zakamarka, strasząc swą panią do szaleństwa. Już dawniej tak bywało.

Powoli powlokła się do łazienki, mało brakowało, a potknęłaby się o dywanik, który kupiła… Boże, czyżby to było już siedem lat temu?

– No chodź już, wychodź! Gdzie się ukryłaś? – nawoływała. – Chodź, kici, kici, pani wróciła!

Brzęk!

Dźwięk dochodził z patio.

Zaskoczona Shelly odwróciła się na pięcie.

Czyżby dostrzegła cień za szybą?

Z sercem w gardle podeszła bliżej, wyjrzała przez przeszklone drzwi i przekonała się, że cień, owszem, był, ale rzucały go liście palmy, którymi kołysał wiatr i sprawiał, że zdawały się tańczyć w świetle latarni.

Idiotka! Nie wpadaj w paranoję!

Więc skąd ten hałas?

Czy to kot? Ale gdzie?

Nadal lekko spięta, Shelly wmawiała sobie, że to nic takiego. Pewnie ten staruszek piętro wyżej, Bob czy jak mu tam. Ciągle coś upuszcza.

Szarpnęła nią kolejna fala mdłości. Zacisnęła zęby i czekała, aż ból ustąpi. Boże, co się z nią dzieje?

Złapała się oparcia kanapy, odetchnęła, rozejrzała się po saloniku. Czy naprawdę już prawie dziesięć lat minęło, odkąd wprowadziła się do tego mieszkanka? Biernie obserwowała, jak mijają kolejne lata, zmarszczki na jej twarzy pogłębiają się, a role, na które tak bardzo liczyła, uciekają jej sprzed nosa?

Odkąd rozwiodła się z Donovanem…

O nie, o tym nie będzie teraz myśleć, nie dzisiaj. Pozytywne nastawienie, oto, czego jej trzeba. I jeszcze czegoś, żeby uspokoić rozszalały żołądek. Po prostu wypiła trochę za dużo w Lizards, U Jaszczurów, knajpie, oddalonej o niecałe dwie przecznice, która nazwę zawdzięczała nie tyle gadom, co klientom. Tego wieczoru nie pilnowała się, powtarzała sobie, że powita trzydzieste piąte urodziny z otwartymi ramionami i wypiła trochę za dużo.

Ale tylko trochę.

Prawda?

Ale jak mogła nie pić, skoro ten facet, którego dzisiaj poznała przy barze, postawił jej kilka kolejek mai tai i wydawał się naprawdę zainteresowany, gdy usłyszał, że ma wkrótce urodziny? Naprawdę zainteresowany. A do tego był przystojny, seksowny i mówił takim niskim, zmysłowym głosem, od którego przechodziły ją ciarki. Wydawał się też jakby znajomy, a kiedy dotknął wierzchu jej dłoni, poczuła dreszczyk oczekiwania. Miał głębokie, szare oczy z ciemnoniebieskimi, niemal czarnymi paskami na tęczówkach, wąskie usta i cień zarostu na twarzy, podkreślający jego męskość. I jeszcze uśmiech, krzywy i bardzo seksowny, kiedy z nią rozmawiał. O tak, stylizację na buntownika i zawadiakę miał w małym palcu, opanował ją do perfekcji. Powiedziała mu nawet, że ma zabójczy uśmiech. Bardzo go to rozbawiło. Stwierdził, że jeszcze nikt nigdy go tak nie określił. Zaśmiał się nisko, gardłowo.

Oczami wyobraźni widziała już, jak wygląda bez koszuli, już niemal czuła jego usta, namiętne i niecierpliwe, na swoich wargach, już widziała siebie, jak ochoczo, bez oporów wskakuje z nim do łóżka, wtulona w jego silne ramiona.

No tak, ale został w barze, prawda?

A ty wróciłaś tutaj. Sama.

Oczywiście, że wróciła sama. Przecież w ogóle go nie znała. I chyba dobrze, że wyszła akurat wtedy, zwłaszcza że teraz czuła się tak fatalnie, a jutro musi wstać o piątej i pod żadnym pozorem nie wolno jej zaspać.

Agent cudem załatwił jej przesłuchanie do roli w nowym serialu, który jesienią pokaże telewizja Fox. Przesłuchanie odbędzie się jutro rano i zależało jej, żeby wyglądać jak najlepiej. Albo nawet lepiej. Bo jeśli nie dostanie tej roli, to koniec… no, chyba że zdoła się wkręcić do kolejnej edycji „Tańca z Gwiazdami” albo innego reality show, dzięki któremu jej przygasła kariera nabierze nowego blasku.

Więc skąd to złe przeczucie? Boże drogi, czy ona się poci? Niedobrze, bardzo niedobrze.

Jakkolwiek by było, niewykluczone, że ten serial to jej ostatnia szansa, zważywszy na to, jak w Hollywood postrzega się wiek.

I co, nie deprymujące?

Shelly Bonaventure musiała odnieść sukces, po prostu musiała i już. Nie wróci przecież do tej zabitej dechami dziury w Montanie z podkulonym ogonem. W końcu to ona, została królową balu maturalnego w szkole Sycamore High, wygrała też w głosowaniu na absolwentkę, która ma największe szanse odnieść sukces. I wyjechała stamtąd, zostawiając za sobą małomiasteczkową duchotę najszybciej, jak to było możliwe. I rzeczywiście, przynajmniej na początku, jej gwiazda świeciła jasno, wschodziła szybko, rozbłysła za sprawą kilku znaczących drugoplanowych ról. A potem – stały angaż w operze mydlanej, i to zanim skończyła dwadzieścia lat! Pracowała z największymi, z Tomami – Cruisem i Hanksem, z Gwyneth i Meryl… ba, nawet z Bradem-Pieprzonym-Pittem! Owszem, to były tylko małe rólki, ale mimo wszystko… I dublowała Julię Roberts! A potem był serial o wampirach, Krew za krew, w telewizji kablowej. Miała swoje chwile chwały, o tak. Ale, stwierdziła z goryczą, te cudowne momenty należały do przeszłości, a ostatnio jej działalność ograniczała się do roli trupów w kolejnych odcinkach CSI, występów w reklamach i podkładania głosu w niskobudżetowych filmach animowanych.

Jeśli nie dostanie roli Estelle w tym nowym serialu, może się pożegnać ze swoją i tak marną karierą i ustawić się w kolejce do reality show dla hollywoodzkich nieudaczników. Wzdrygnęła się na samą myśl.

Hollywood, pomyślała z goryczą, kraina wygniecionych kanap w pokojach przesłuchań i utraconych złudzeń.

Wzdrygnęła się, gdy przeszyła ją kolejna fala bólu, tak intensywna, że ugięły się pod nią kolana.

– Boże – sapnęła i zgięta w pół powlokła się do malutkiej kuchenki. Otworzyła drzwiczki lodówki, zajrzała do środka, zobaczyła jej skromną zawartość i znowu poczuła się gorzej. Wyjęła butelkę mleczka na zgagę, odkręciła, upiła kilka łyków różowego płynu.

Rozdygotana, zamknęła buteleczkę, odstawiła z powrotem do lodówki, osunęła się na podłogę, wyprostowała nogi i oddychała powoli, głęboko.

Jezu, ależ źle się czuje.

Może jednak powinna zadzwonić do lekarza, chociaż nagrać się na sekretarkę? Powoli, z trudem, wstała i po raz kolejny zaintrygowało ją, gdzie podziała się Lana?

Cóż, z pewnością nie było jej na kuchennym blacie, za to stały na nim naczynia z trzech dni – brudne kubki po kawie, szklanki i puste opakowania po dietetycznych daniach do odgrzania w mikrofalówce.

Ciągle obolała, poczłapała do łazienki. Powtarzała sobie, że nie pozwoli, by Hollywood ją pokonało, o nie.

Czyż nie uporała się z bulimią?

Czyż nie robiła wszystkiego, co trzeba?

I choć nie była klasyczną pięknością, nieraz słyszała, że na jej twarzy malują się charakter i inteligencja. Jej kasztanowe włosy nadal lśniły; jej jasnej karnacji nie znaczyło zbyt wiele zmarszczek, a zielone oczy i pełne usta nadal przyciągały uwagę. Przelotnie zerknęła na swoje odbicie w lustrze nad umywalką, skrzywiła się i weszła do malutkiej łazienki. Może sobie mówić, co chce – nie zmieni to faktu, że mijające lata zostawiły na niej swoje piętno, choć na razie mało widoczne. Używała coraz więcej kosmetyków, by zachować nieskazitelną cerę, a nie miała ochoty na botox. Na razie. Choć go nie wykluczała. No, ale powiedzmy sobie szczerze, nie wykluczała niczego, co powstrzymałoby zapędy czasu o krok czy dwa.

Ale to nieubłagany skurczybyk, pomyślała, naciągając skórę na policzkach, żeby się przekonać, czy już musi się podciągnąć.

Jeszcze nie, dzięki Bogu. Nie miała pieniędzy na żadne zabiegi. I nie była jeszcze gotowa, by napisać książkę, choć jej agent coś o tym przebąkiwał. Na miłość boską, nie skończyła jeszcze trzydziestu pięciu lat, w każdym razie jeszcze przez kilka dni; nie dojrzała jeszcze do tego, by wszystko ujawnić. Bo też, szczerze mówiąc, nie bardzo miała co ujawniać; w porównaniu z losami rówieśników, jej życie było w sumie bardzo nudne.

Zauważyła, że ma lekko przekrwione oczy, więc wyjęła szkła kontaktowe i znalazła w apteczce buteleczkę kropli Visine. Odkręciła wieczko, przechyliła głowę do tyłu, zakropliła oczy, zakręciła buteleczkę i odstawiła ją na miejsce. Kiedy zamykała apteczkę, w jej lustrzanych drzwiczkach dostrzegła cień za plecami.

Co?

Serce podskoczyło jej do gardła. Odwróciła się gwałtownie. W pomieszczeniu nie było nikogo. Przez otwarte drzwi widziała salonik i przeszklone drzwi na patio.

Okryła się gęsią skórką.

– Lana? To ty? – zawołała, wracając do saloniku. Widziała wszystko niezbyt wyraźnie; oczy nie dostosowały się jeszcze do sytuacji bez soczewek, krople jeszcze nie zadziałały. – Kici, kici? – Gdzie się podział ten cholerny kot, którego nazwała na cześć ukochanej gwiazdy filmowej? – No chodź już do pańci! – nawoływała, jednak doszła do wniosku, że kotka, która bardzo lubiła taką zabawę w chowanego, zapewne czai się gdzieś w ciemności, gotowa do skoku. Już nieraz Lana wyskakiwała na nią zza oprawionych fotografii na półkach – oczywiście szkło pryskało w drobny mak, a Shelly umierała ze strachu, gdy rzucał się na nią nastroszony kot, dwa razy większy niż zazwyczaj. Straszenie jej to ulubiona rozrywka Lany. – Kici, kici, kici…

Lana, ma się rozumieć, zgodnie ze swoim niezależnym kocim charakterem, nie pokazała się.

Shelly stała boso pośrodku saloniku. Wyczuwała w mieszkaniu coś dziwnego, ciszę, która zdawała się mówić, że nie ma tu nikogo, nawet kota.

Bez sensu.

Kiedy wychodziła, Lana spała na kanapie, była tego pewna, pamiętała, jak kotka leniwie machnęła ogonem, leżąc zwinięta w kłębek na miękkich poduszkach kanapy.

Więc dlaczego ma wrażenie, że w pomieszczeniu nie ma żywego ducha? Słyszała, jak za oknem, na patio, wiatr buszuje wśród suchych liści, widziała, jak brązowe strzępy wznoszą się gwałtownie.

Na miłość boską, co się z nią dzieje? To tylko wiatr i suche liście, do cholery. A mimo to czuła, jak włoski na rękach stają jej dęba.

Weź się w garść.

I kolejny bolesny skurcz żołądka.

– Au. – Zgięła się w pół pod wpływem bólu. Tym razem nie czekała. Poczłapała do torebki i zaczęła szukać telefonu.

Nie było go w kieszonce, do której zazwyczaj go wkładała.

– No, gdzie jesteś? – Nie czas teraz na gubienie telefonu. Drżącymi rękami przeszukiwała torebkę, a gdy ból przybrał na sile, wysypała jej zawartość na podłogę. Klucze, futerał na okulary, portfel, paragony z zakupów, drobne, paczka papierosów, pudełeczko na tampony i spray z gazem pieprzowym – to wszystko rozsypało się po wyłożonej terakotą posadzce.

Telefonu nie było.

Co?

Miała go w barze. Pamiętała, jak wyciszyła dzwonek, włączyła wibrację i… chyba wsunęła z powrotem do torebki? A może zostawiła w barze, na kontuarze pokrytym imitacją wężowej skóry?

– O Boże – szepnęła. Czuła pot na czole, czuła, jak coraz szybciej bije jej serce. Nie miała telefonu stacjonarnego, nie miała jak wezwać pomocy, chyba że….

Trzrzrzrzask.

Suchy, przeciągły dźwięk niósł się echem w jej głowie.

Co to było, do cholery?

Kotka?

– Lana? – zawołała nerwowo i nagle zobaczyła, że przesuwane drzwi są otwarte, minimalnie uchylone.

A przecież były zamknięte?

Na pewno. Pamiętała, jak je zasuwała, choć oczywiście blokada nie działała, bo Merlin, pieprzony dozorca, jeszcze nie zdążył jej zreperować.

O Boże. Czuła mrowienie na głowie, serce waliło jej coraz głośniej, choć powtarzała sobie, że niepotrzebnie panikuje. Nikogo tu nie ma, nikt nie czai się w mieszkaniu, nie dybie na nią.

Zbyt wiele razy brałaś udział w castingach do kiepskich horrorów.

Ale mimo wszystko…

Wytężając słuch, z rozszalałym sercem, zerknęła na drzwi do sypialni, lekko uchylone. Ruszyła w tamtą stronę, gdy nagle, kątem oka, dostrzegła ruch, ciemną postać przy drzwiach na patio, po drugiej stronie szyby.

Włamywacz! O nie!

Już otwierała usta do krzyku.

I zamknęła je, gdy poznała faceta z baru. Trzymał w dłoni jej komórkę. Położyła dłoń na rozszalałym sercu.

– Śmiertelnie mnie przeraziłeś! – rzuciła, otwierając drzwi. – Skąd masz mój…

Ale domyśliła się, zanim odpowiedział:

– Zostawiłaś w barze.

– Jak mnie znalazłeś?

I znowu ten leniwy, krzywy uśmieszek.

– Twój adres jest w książce adresowej. Pod hasłem: Dom.

– Och. Tak.

Naprawdę wyglądał zabójczo: kwadratowy podbródek, ciemne włosy i oczy z diabelskim błyskiem w granatowej głębi.

– Większość ludzi podeszłaby do drzwi frontowych i zapukała. – Nie do końca panowała nad irytacją, zresztą nadal czuła się fatalnie.

Jego usta drgnęły.

– Nie jestem taki jak większość ludzi.

Nie mogła nie przyznać mu racji w tym względzie; nawet nie próbowała się sprzeciwiać, zwłaszcza że kolejna fala bólu niemal zwaliła ją z nóg. Zatoczyła się niezdarnie.

– Au… o Jezu. – Podparła się na szklanym blacie stolika i wstrzymała oddech. Znowu się pociła, z trudem oddychała.

– Dobrze się czujesz?

– Nie. – Przecząco pokręciła głową. – Wiesz co, lepiej już idź. Przykro mi, ale… au! – Wstrzymała oddech. Tym razem ugięły się pod nią kolana, ale zaraz otoczył ją silnymi ramionami.

– Potrzebujesz pomocy.

Zanim zdążyła zaprotestować, wziął ją na ręce i od razu skierował się do sypialni.

– Ej, chwileczkę….

– Połóż się – polecił spokojnie.

Nie miała wyboru. Pokój wirował jej przed oczami, lampa zdawała się tańczyć nad głową. Jezu, ależ jej niedobrze… O rany… Gdy ułożył ją na zmierzwionej narzucie, poczuła nową falę paniki. Materac ugiął się lekko pod jej ciężarem.

– Nie sądzę… – Odszedł na chwilę i zastanawiała się, czy nie uciekać. W tym, jak zjawił się pod jej drzwiami, było coś dziwnego, mrocznego. Wyczuwała to mimo bólu przewiercającego jej wnętrzności. To, że poznali się w barze, jej choroba, to, jak zjawił się na patio…

Jezu, czy on odkręcił prysznic? Słyszała szum wody i bulgotanie starych rur, gdy zakręcał kurek. Co to ma znaczyć?

Wrócił, zanim zdążyła się poruszyć. Podał jej telefon.

– Już wybrałem numer alarmowy – powiedział, gdy bezskutecznie wyciągała rękę po aparat. Usiłowała podnieść rękę, ale bezwładne palce odmawiały posłuszeństwa i dłoń jak martwa upadła na posłanie.

O Boże, Boże, Boże, musi stąd uciec, musi… tutaj dzieje się coś bardzo, bardzo złego….

Przyłożył jej komórkę do twarzy, ułożył na narzucie, którą jej babka własnoręcznie uszyła ze skrawków, gdy Shelly miała dziesięć lat….

Spojrzała na niego z łóżka, wtulona w narzutę i prześcieradło, i zobaczyła, że znowu się uśmiecha, ale tym razem w tym grymasie nie było rozbawienia, tylko lodowata satysfakcja. Jego twarz, do niedawna przystojna, teraz wydawała się demoniczna.

– Co ty zrobiłeś? – chciała zapytać, ale z trudem formowała słowa.

– Słodkich snów. – Podszedł do drzwi. Zatrzymał się w progu, a Shelly przeszył dreszcz zimny jak śmierć.

– Tu centrum alarmowe – odezwał się kobiecy głos w słuchawce. – Proszę podać nazwisko i określić…

– Pomocy – sapnęła Shelly nerwowo, ledwie słyszalnym szeptem. Usta odmawiały jej posłuszeństwa, język, gruby i obcy, nie reagował na polecenia mózgu.

– Słucham?

– Potrzebuję pomocy – spróbowała jeszcze raz, głośniej, ale sama słyszała ledwie zrozumiały bełkot.

– Przykro mi, nie słyszę. Proszę mówić głośniej. Dlaczego wzywa pani….

– Pomocy! Błagam! Przyślijcie kogoś! – próbowała rozpaczliwie, w skrajnej panice. Boże, ratunku! Pokój wirował jej przed oczami, słowa, które chciała wypowiedzieć, zostawały w głowie. Udało jej się wyciągnąć rękę w stronę telefonu, ale aparat zsunął się na podłogę.

Choć głowa opadła jej na bok, cały czas widziała go, jak stoi w progu i przygląda się jej. Z jego twarzy zniknął zabójczy uśmiech; jego miejsce zajęła czysta, nieukrywana nienawiść.

Dlaczego? Dlaczego ja?

W oczach, które zaledwie kilka godzin temu wydawały się jej fascynujące, lśniło zło.

W ostatnich chwilach życia zrozumiała, że jej śmierć nie jest przypadkowa; z nieznanego jej powodu wybrał właśnie ją. Spotkanie przy barze to nie zbieg okoliczności.

Pomóż mi, Boże, pomyślała i poczuła, jak po jej policzku spływa łza. Wiedziała już, że śmierć nadchodzi. Tajemniczy nieznajomy obserwował ją z progu, gdy oddychała płytko, powoli.

W telefonie na podłodze ktoś coś mówił, ale głos dobiegał z daleka, z odległości setek kilometrów. Patrzyła, jak mężczyzna podchodzi do łóżka i kładzie przy niej fiolkę tabletek. A potem cały czas patrząc jej w oczy i mówiąc bez słów, że to on spowodował jej śmierć, zaczął ją powoli, metodycznie rozbierać…

Rozdział 1

Z kubkiem kawy i orzechowo-czekoladowym ciasteczkiem z miejscowej kawiarenki Joltz w jednej ręce i torbą na laptop w drugiej, doktor Acacia „Kacey” Lambert szła po chodniku szybkim krokiem. Świtało już, ale latarnie nadal zalewały ulice światłem, cały czas paliły się ozdobne świąteczne lampki, kołysząc się na lodowatym wietrze, który hulał po małym miasteczku Grizzly Falls.

Tego roku zima przyszła wcześnie, zaatakowała z impetem, sypnęła śniegiem, skuła lodem, co oznaczało ciągłe problemy z dostawami elektryczności i kłopoty z dojazdem.

Podobnie jak rok wcześniej, pomyślała.

Tyle jeśli chodzi o globalne ocieplenie.

Samochody płynęły równym strumieniem; w tej części Montany właściwie zaczynała się godzina szczytu. Wszystkie zmierzały w stronę zjazdu na autostradę – ludzie spieszyli się do pracy. Przechodnie, w grubych kurtkach, wełnianych czapkach i szalikach, z rumieńcami chłodu na policzkach, przemykali się szybko, zostawiając za sobą obłoczki oddechów.

Tutejsze zimy są ostre, o wiele chłodniejsze niż w Seattle, ale kochała ten zakątek i ani przez chwilę nie żałowała, że wróciła do mieściny, w której dorastała.

W przychodni, położonej w dolnej części miasteczka, zaledwie kilka przecznic od gmachu sądu i rzeki, wyjęła klucze z kieszeni i otworzyła drzwi wejściowe. Lodowaty podmuch wiatru przewiał ją na wylot i pognał dalej, do rzeki w wąwozie, po drodze brzęcząc okiennicami.

Zimny jak cycki czarownicy, jak powiedziałby jej dziadek. Alfred Lambert, z psotnym błyskiem w niebieskich oczach za okularkami w drucianych oprawkach, nigdy nie oduczył się soczystego języka, choć Bess, jego żona, wiecznie suszyła mu o to głowę.

Boże, ciągle za nimi tęskniła. Czasami tak bardzo, że aż bolało. Mieszkała na farmie, na której spędzili razem ponad pięćdziesiąt lat, nic dziwnego więc, że często o nich myślała.

Minęła ją półciężarówka. Okno od strony pasażera było lekko uchylone mimo mrozu; ze szpary wyglądał psi nos i dobiegały dźwięki piosenki Jingle Bell Rock.

– Za wcześnie na to – mruknęła, otwierając drzwi. Weszła do pustego holu w niskim budynku, w którym mieściła się jedna z dwóch przychodni lekarskich w miasteczku. Pod ścianami stały rzędy podniszczonych plastikowych krzeseł, na stolikach poniewierały się czasopisma, w kącie dogorywała usychająca palma, koło recepcji piętrzyły się zabawki dla najmłodszych pacjentów.

W kantorku recepcjonistki paliło się światło. Heather Ramsey była już na posterunku, siedziała za długim kontuarem, który stanowił jej miejsce pracy. Z nosem niemal przyklejonym do ekranu komputera, Heather szybko przebiegała wzrokiem kolejne strony.

Ale nie były to historie choroby, spisy pacjentów czy cokolwiek związanego z funkcjonowaniem przychodni.

Heather jak zwykle czytała rubryki towarzyskie i portale plotkarskie, dopiero później zabierała się do pracy.

– Przygotuj się – mruknęła, nie odrywając wzroku od monitora.

– Na co?

– Nie żyje twoja siostra bliźniaczka – oznajmiła ponuro. – Samobójstwo.

– Moja siostra bliźniaczka? – Kacey pytająco uniosła brew. – Czyli kto dokładnie, bo jestem jedynaczką?

– Shelly Bonaventure!

– Jaka Shelly? Ach, ta aktorka z… Boże, nie mogę sobie przypomnieć tytułu tego filmu. – Ale przypomniała sobie twarz Shelly, ładną, o regularnych rysach, z wielkimi zielonymi oczami, małym noskiem, wąskim podbródkiem i wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Porównanie Heather to komplement.

– Grała w wielu filmach, ale nie była gwiazdą. Z tego, co pamiętam, mogłaś ją widzieć w Joint Custody i Sorority Night, choć to filmy sprzed paru lat, i jeszcze… już wiem, Thirty Going On Fifteen! – Zerknęła na ekran, przeczesywała tekst wzrokiem w poszukiwaniu dalszych informacji. – Przede wszystkim zapamiętano ją z tego serialu o wampirach, Krew za krew, no wiesz, tego, od którego zaczęła się kariera Joeya Bannera.

– Nigdy tego nie oglądałam – przyznała Kacey, ale w sumie nic dziwnego, że rzadko oglądała telewizję; po prostu nie miała czasu. College, studia na medycynie, staż i specjalizacja… jasne, że przegapiła, jak się wydawało, całą generację w kulturze popularnej.

– O rany, to sporo straciłaś, ale możesz go obejrzeć na DVD lub na Blue-Ray. Wszystkie sezony, od pierwszego. Był super. Ona też. – Heather rozpędzała się coraz bardziej. Była bardzo ożywiona. – Wiesz, że pochodziła z tych okolic? Naprawdę nazywała się Michelle Bentley. – Podniosła głowę. W jej piwnych oczach odbijało się światło lampy. – Miała zaledwie trzydzieści pięć lat, czy raczej – skończyłaby w tym tygodniu.

Kolejna wspólna cecha.

– I popełniła samobójstwo? – zapytała Kacey. – Okropne.

– No, tak. To znaczy, nie zostawiła listu pożegnalnego, albo policja tego nie ujawnia, no wiesz. – Heather znacząco zniżyła głos i uśmiechnęła się szeroko, prezentując w pełnej okazałości aparat ortodontyczny na zębach.

– Wiem. – Kacey przeszła już do pokoju badań, włączyła światło. – Wielka szkoda.

– Dziwne to. Ale ona naprawdę jest… to znaczy była… bardzo do ciebie podobna.

– Tak, tak, wiem. – Kacey weszła do gabinetu. Było to niewielkie pomieszczenie pełne regałów z książkami, z jednym oknem, wychodzącym na parking. Ciągle ciemne niebo zalewało ulice deszczem ze śniegiem; krople monotonnie bębniły o szyby. Kacey postawiła laptop na biurku, wyjęła z futerału, podłączyła do prądu, włączyła. Czekając, aż ożyje, ustawiła żaluzje tak, że sama widziała, co się dzieje, ale z zewnątrz nikt nie mógłby zajrzeć do gabinetu, i przeglądała pierwsze wiadomości, jedząc śniadanie – ciastko z kawą.

Pierwsi pacjenci zjawią się dopiero za godzinę – miała więc dość czasu, by nadrobić zaległości papierkowe, odpowiedzieć na maile i przygotować się na kolejny dzień w szczycie sezonu grypowego. Oddzwoniła do kilku osób, słyszała, jak w przychodni zjawiają się kolejni pracownicy, zerknęła w okno i widziała, jak nad szczytami gór Bitterroot kłębią się ołowiane chmury.

Odłożyła właśnie słuchawkę po konsultacji z kolegą w Spokane w sprawie pacjentki z rakiem piersi, gdy Heather zajrzała przez drzwi, uchylone przez większość dnia, i oznajmiła:

– Dzwoniła pani Ingles, odwołała wizytę, wyjaśniła, że musi zaopiekować się siostrzeńcem.

– W porządku. – Helen Ingles zmagała się z cukrzycą typu II i na ten dzień zaplanowano dalsze badania.

– I jeszcze coś. Wydrukowałam ci ten artykuł o Shelly Bonaventure.

Kacey spojrzała na nią znad okularów.

Heather położyła jej na biurku plik kartek.

– Tak, tak, wiem, czas zabrać się do pracy, ale sama rozumiesz. – Wzruszyła szczupłymi ramionami. – W końcu to była lokalna gwiazda, zresztą popatrz tylko, jak bardzo jest do ciebie podobna.

– Dość tego – ucięła Kacey i odsunęła od siebie artykuł. Od wielu lat słyszała, że jest podobna do różnych hollywoodzkich aktorek. Jej szeroki uśmiech porównywano do uśmiechu Julii Roberts. Nawet jej były mąż, Jeffrey Charles Lambert, nie, chwileczkę, JC dla przyjaciół – zapewniał ją, że jej twarz ma taki sam kształt jak twarz Jennifer Garner, choć to wcale nieprawda. A jeśli chodzi o Shelly Bonaventure, według niej podobieństwo ograniczało się do oczu o podobnym kształcie i kolorze, oczywiście zakładając, że Shelly nie nosiła barwionych soczewek kontaktowych.

– No dobrze, już dobrze… rozumiem. – Heather rozłożyła pojednawczo ręce i wyszła z gabinetu. – Pani Whitaker już jest.

– Super. – Constance Whitaker to hipochondryczka, która miała za dużo wolnego czasu i poświęcała go na wyszukiwanie chorób w Internecie, po czym zawsze stwierdzała u siebie nowe schorzenie.

– A doktor Cortez? – Kacey narzuciła fartuch.

– Dzwonił piętnaście minut temu, jedzie ze szpitala. – W tej chwili na parkingu błysnęły światła i range rover Martina Corteza zahamował gwałtownie. – Czy raczej – dojechał. W rekordowym czasie.

Kacey pokręciła głową.

– Bywało lepiej. Kiedy jeździł porsche.

– Pamiętam. – Heather westchnęła.

Sportowy wóz przetrwał jedną zimę – potem Martin Cortez zmienił go na ekskluzywny model suva, któremu niestraszne górskie wyboiste drogi i surowe zimy.

Rozdzwonił się telefon. Heather wróciła do recepcji. Tylne drzwi otworzyły się i zaraz zamknęły. Doktor Martin Cortez stawił się w pracy.

Kacey zerknęła na artykuł o Shelly Bonaventure. No dobra, musiała przyznać, rzeczywiście jest trochę podobna do aktorki, ale tylko trochę.

Cisnęła artykuł do śmieci. W tej samej chwili Martin wsadził głowę do gabinetu. Był już w fartuchu. Uśmiechnął się ciepło.

– Masz dzisiaj dla mnie karmelową mokkę na potrójnym espresso z dodatkową bitą śmietaną?

– Chyba w twoich snach. – Był to ich codzienny poranny żarcik. Co jakiś czas Kacey zaskakiwała go, kupując mu dziwaczną, ekstrawagancką kawę, ale nie tego dnia.

– I jak ja mam tu przeżyć? – Położył sobie dłoń na piersi i spojrzał w sufit, jakby szukał tam natchnienia.

– Łatwo nie będzie, ale dasz radę – mruknęła. – Do boju.

– Postaram się. – Błysnął zębami w zaraźliwym uśmiechu. Nic dziwnego, że połowa wolnych kobiet w hrabstwie traciła dla niego głowę. Spoważniał, opuścił rękę i ponownie wcielił się w wiejskiego lekarza. – Zerknęłaś na kartę Amelii Hornsby? – Martin znał nazwiska niemal wszystkich pacjentów. Amelia miała osiemdziesiąt lat i zmagała się z infekcją gardła, której nie zdołały pokonać kolejne dawki różnych antybiotyków.

Randy Yates, młody pielęgniarz tuż po szkole, zajrzał do gabinetu.

– Ej, medycy, do roboty! – uśmiechnął się szeroko. Ciemne włosy golił niemal na zero, ale nadrabiał to starannie wypielęgnowaną hiszpańską bródką. – Pacjenci czekają w jedynce, dwójce i trójce! Gotowi do badania!

– Biorę panią Whitaker – zdecydował Martin.

Kacey zerknęła na kartę pacjenta z dwójki. Elmer Grimes.

– Ja dwójkę – powiedziała i wyszła z gabinetu, żeby zająć się pierwszym pacjentem.

Detektyw Jonas Hayes z LAPD – policji Los Angeles – nie wierzyl w samobójstwo Shelly Bonaventure. Nie uwierzył poprzedniej nocy, gdy dyspozytorka wysłała go do mieszkania aktorki, i nie wierzył dzisiaj, gdy siedział za biurkiem i przeglądał w komputerze fotografie z miejsca zbrodni. Posterunek tętnił życiem, wszędzie dzwoniły telefony, otaczał go gwar rozmów i odgłosy kroków, słyszał też monotonne stukanie w klawiatury komputerów, a nieco dalej smętnie buczała drukarka.

Hayes upił łyk kawy, którą kupił w Starbucks kilka przecznic od posterunku, i żmudnie przebijał się przez zeznania spisane poprzedniej nocy. Po raz kolejny. Przejrzał je pobieżnie o czwartej rano; teraz, pięć godzin później, czytał je uważnie.

Wczoraj w nocy od pierwszej chwili, gdy przekroczył próg mieszkanka Shelly Bonaventure, miał wrażenie, że prawda jest inna, niż na to wygląda. Od razu się zorientował, że miejsce zbrodni upozorowano tak, by kojarzyło się z samobójstwem Marilyn Monroe sprzed mniej więcej pięćdziesięciu lat. Minęło pół wieku, a teorie spiskowe i wątpliwości co do śmierci aktorki nadal nie zostały wyjaśnione. Nie chciał, by tak samo skończyło się dochodzenie w sprawie Shelly Bonaventure. Nie, póki to jego sprawa.

A w tej sprawie od początku czuł, że coś jest nie tak.

I wczoraj, i dziś.

Właściwie już to samo w sobie było dziwne. Hayes, człowiek mocno stąpający po ziemi, wierzył tylko w konkretne, niezbite fakty. Nie przekonywały go przeczucia czy podszepty instynktu. Przyjmował, że prawda kryje się w dowodach.

Ale ta sprawa była inna.

Po pierwsze, wątpił, by Shelly zadzwoniła po pomoc nagusieńka jak ją pan Bóg stworzył, nieważne, w jakim teoretycznie była stanie psychicznym. Skoro miała dość oleju w głowie, by wzywać pogotowie, dlaczego nie narzuciła na siebie chociaż szlafroka? Czy chciała w ten sposób zwrócić na siebie uwagę mediów? Czy nagość zwiększa oglądalność? Czy chciała umrzeć w atmosferze sensacji?

Gdzie, w takim razie, jest, do cholery, list pożegnalny?

Rozmasował zdrętwiały kark i tęsknie pomyślał o papierosie, choć rzucił palenie kilka lat temu, ulegając naciskom Delilah. Jezu, jak mu tego brakowało. Prawie tak samo jak jej.

Zmarszczył brwi i ponownie skoncentrował się na sprawie. Podejrzewał, że gdy w końcu otrzyma raport z toksykologii, okaże się, że w krwi aktorki była mieszanka alkoholu i różnych tabletek. Xanax, jeśli zażyła swoje pigułki. Buteleczka tego środka stała przy jej łóżku, a nie w apteczce jak reszta lekarstw na receptę. Zostały w niej zaledwie trzy tabletki, choć, jeśli wierzyć informacji na etykiecie, odebrała ją z apteki w sobotę.

To jasne, że przedawkowała.

Więc dlaczego nie mógł jakoś uwierzyć w tę teorię? Mogła przecież trzymać tabletki przy łóżku, tłumaczył sobie, a była naga, bo zapewne niedługo przed śmiercią brała prysznic, świadczyły o tym mokra zasłona prysznicowa i krople wody w brodziku.

Ale jej skóra i włosy były suche jak pieprz; makijaż rozmazał się tylko odrobinę; co dowodziło raczej tego, że po prostu starł się w ciągu dnia, niż tego, że go celowo zmyła. Co prawda czepek w łazience był wilgotny, więc może tak starannie schowała włosy, nawet niesforne kosmyki przy twarzy, że ani jeden się nie zamoczył… może.

A kot był nie w mieszkaniu, lecz na zewnątrz. Czy naprawdę popełniłaby samobójstwo, zostawiając kotkę na dworze? Nie wierzył w to, choć oczywiście niczego nie można wykluczyć. Może uznała, że lepsze to niż zamykać kota w mieszkaniu z gnijącym trupem.

W zadumie stukał gumką do ścierania o blat biurka i przeglądał zdjęcia z miejsca zbrodni. Shelly leżała na łóżku, z prawą dłonią zaciśniętą na telefonie, jakby dzwoniła po pogotowie kilka minut przed tym, jak straciła przytomność i umarła.

Jonas pokręcił głową, żeby rozluźnić napięte mięśnie, i analizował w myślach minione dwanaście godzin. Dostał wezwanie koło północy, pojechał do mieszkania ofiary, gdzie funkcjonariusz z patrolu już zaczął wstępne czynności zabezpieczające.

Hayes i Gail Harding, jego młodsza, niższa stopniem partnerka, czekali na chłopaków z kryminalistyki i biura koronera.

Potem ciało Shelly przewieziono do kostnicy, technicy wykonali swoją robotę i odjechali, powiadomiono najbliższą rodzinę denatki i media, które już rano podały wiadomość o śmierci aktorki. Dziennikarze z tabloidów wydzwaniali od świtu, bo pani Bonaventure okazała się o wiele ciekawsza po śmierci niż za życia. Agent Shelly wygłosił krótkie oświadczenie, w którym wychwalał jej talent, karierę i dobre serce, i prosił opinię publiczną o nie niepokojenie rodziny zmarłej.

Wszyscy, z którymi rozmawiał, twierdzili, że była pełna życia, energii, nigdy nie cierpiała na depresję. W mieście, w którym antydepresanty i środki uspokajające zajada się jak dropsy, a odwyk to styl życia, Shelly wydawała się stosunkowo stabilna i czysta.

Hayes przeglądał zeznania. Według sąsiada z góry Shelly szukała kota niecałe pól godziny przed tym, jak zadzwoniła po pogotowie. Słyszał też, jak jej drzwi frontowe otworzyły się i zamknęły koło jedenastej.

A czterdzieści minut później już nie żyła.

Teoria o samobójstwie wydawała się zbyt oczywista. Zbyt prosta.

I Shelly bardzo szybko zmarła po zażyciu tabletek, jakby wszystkie połknęła tuż po powrocie do domu. Ale może się myli; trzeba jeszcze sprawdzić billingi telefoniczne, porozmawiać z przyjaciółmi, sąsiadami, byłymi chłopakami. Opadł na oparcie fotela i spojrzał na fotografię córki, Maren. Uczyła się w liceum. Odziedziczyła po matce urodę i szeroki uśmiech. Miała karnację koloru czekolady, ciemne, błyszczące oczy i zwierzyła mu się, że chciałaby zostać aktorką; widziała siebie jako nową Angelę Bassett, Halle Berry czy Jade Pinkett Smith.

I naprawdę była dobra.

Ale, o Boże, jego córeczka? W Hollywood?

Oderwał wzrok od uśmiechniętej twarzy Maren, wrócił spojrzeniem do ekranu komputera, do Shelly Bonaventure o poszarzałej skórze i sinych ustach, już dotkniętej śmiercią. Co Hollywood miało wspólnego z jej odejściem, zastanawiał się.

Może nic.

Może wszystko.

Hayes wstał i usłyszał dziwne, obce szmery – włączono ogrzewanie, co zdarzało się bardzo rzadko, bo nawet w zimie temperatura w budynku, w którym mieścił się wydział zabójstw, rzadko potrzebowała regulacji.

Usłyszał kroki Harding, zanim wyszła zza rogu. Zamyślona, ściągała starannie wyregulowane brwi.

– Masz coś?

– Niewiele – odparła. – W końcu udało mi się skontaktować z barmanem, który pracował wczoraj na nocnej zmianie w knajpie Lizards, lokalu dla nocnych gadów, jeśli wierzyć tandetnej reklamie w Internecie. U nich po raz ostatni widziano Shelly żywą.

– I?

– Była pijana – oznajmiła Harding. – Facet, z którym ją widziano, co chwila stawiał jej drinka z okazji nadchodzących urodzin.

– Przyjaciel?

– Facet. Może go poderwała, barman nie wiedział. Ale zapamiętał gościa. Trzydzieści parę lat, przystojny, ciemne włosy, średniego wzrostu, biały, ale śniady. Nie pamięta koloru oczu ani żadnych cech szczególnych poza tym, że wydawał się bardzo zainteresowany Shelly, do tego stopnia, że barmana zdziwiło, że nie wyszli razem. Ostro z nią flirtował.

– Facet pewnie nie płacił kartą kredytową?

Uśmiechnęła się, odsłaniając nie do końca proste zęby i jakby za duże siekacze.

– Aż tyle szczęścia nie mamy.

– Tak myślałem.

– Zresztą, uważamy, że to było samobójstwo, prawda? – naciskała.

– No, tak – odparł bez przekonania. Postanowił przyjrzeć się ostatnim dniom życia Shelly Bonaventure, sprawdzić jej znajomych i przyjaciół. Interesowało go także, kto skorzystałby na jej śmierci. Jeśli wierzyć plotkom, była kandydatką do jednej z głównych ról w nowym serialu, mówiło się też, że już właściwie podpisała umowę na książkę, w której zdradzi wszystkie sekrety branży. Zacznie jednak od ostatniej osoby, która widziała ją żywą.

– No to jak, wierzysz, że nieświadomie przedawkowała? – Harding nie dawała za wygraną. Gdy nie odpowiadał, zmrużyła oczy i skinęła głową, jakby potwierdzając to, co już wcześniej podejrzewała. – Nadal uważasz, że to zabójstwo.

– Nie wiem, co uważam, jeszcze nie – przyznał. – Na razie po prostu niczego nie wykluczam. Pogadajmy z tym barmanem twarzą w twarz. Może coś mu się przypomni o tym tajemniczym facecie.

– Ty tu rządzisz – burknęła z ledwo wyczuwalną nutą ironii.

– Tak jest – odparł żartobliwie i zdjął marynarkę z wieszaka przy biurku. Wsunął glocka do kabury pod pachą. – A ty o tym nie zapominaj.

– Jak mogę, skoro nie ma dnia, byś mi o tym nie przypomniał?

– I po co się tak nadymasz?

– Phi – prychnęła. – Chodźmy już.

Stare stopnie trzeszczały cicho pod jego ciężarem, gdy schodził do piwnicy mieszczącej się pod domem od strony garażu, pod domem, który zbudowano na przełomie wieków – i to nie na ostatnim przełomie.

W piwnicy, chłodnej i szczelnej, dawniej stał wielki piec i przechowywano drewno na opał; teraz był to po prostu składzik. Skrzynie, stare meble, zepsute lampy, słoje po przetworach i fotografie z minionych lat tylko gromadziły kurz.

Nikt tu nigdy nie zaglądał.

Poza nim.

A i on schodził tylko wtedy, gdy był sam.

Z odkrytych belek sufitu zwisały pajęczyny. W garażu, nad jego głową, stał wiekowy traktor marki John Deere, nieuruchamiany od jakichś dziesięciu lat. Nie zwracał uwagi na drapanie malutkich pazurków o cegły posadzki. Nie przeszkadzały mu myszy, szczury, wiewiórki czy inne gryzonie, które tu mieszkały. Właściwie nie miałby nic przeciwko obecności jednego czy dwóch grzechotników. Wszystko, byle mieć pewność, że nikt nie ośmieli się tu zajrzeć.

Minął skrzynie pełne rdzewiejących narzędzi i podszedł do drzwi swego tajnego pokoju. Dawniej była to komórka na jabłka i warzywa na zimę. Separator mleka należący do jego prababki, machina nieużywana od pięćdziesięciu lat, nadal strzegł ciężkich, masywnych drzwi zamkniętych na kłódkę. Rdzawe zacieki na ścianach znaczyły miejsca, którymi dawniej biegły rury doprowadzające wodę do wyżymaczki i pralki, stojących w rogu. Schylił się, żeby nie zahaczyć głową o sznury, na których dawno, dawno temu wieszano w zimie bieliznę, by wyschła.

Otworzył kłódkę i szarpnął stare drzwi, które przed wielu laty zbudował jego prapradziadek, w czasach, gdy jeszcze nie było lodówek. Drzwi były szerokie prawie na pół metra, wypełnione trocinami. Po zamknięciu doskonale tłumiły wszelkie dźwięki z wewnątrz.

W środku zamknął drzwi, zapalił jarzeniowe światło nad głową. Pomieszczenie od razu zalało niesamowite niebieskie światło i miał wrażenie, że w ułamku sekundy przeniósł się w czasie o sto pięćdziesiąt lat do przodu. Pod trzema ścianami widniały blaty z nierdzewnej stali; w jednym rogu uwagę przykuwał ogromny monitor, modem do Internetu bezprzewodowego i inne gadżety, zapewniające bezpieczeństwo i prywatność.

Jedną ze ścian zajmowała ogromna mapa Stanów Zjednoczonych. Była to mapa polityczna, przedstawiała granice stanów, miasta i drogi. Jej gładką powierzchnię znaczyły czerwone główki szpilek. W sumie trzydzieści siedem. Każda oznaczała miejsce, w którym mieszkała jedna z uzurpatorek. Jak krople krwi szpecące powierzchnię mapy, główki szpilek przypominały mu, ile jeszcze pracy go czeka i jak mało czasu mu zostało.

Te szpilki to poważna, bardzo poważna sprawa.

Za dużo ich, pomyślał. W mapie tkwiły też inne szpilki, z czarnymi łebkami, oznaczające śmierć. Przymocował nimi fotografie, odwrócone przodem do mapy tak, że teraz widział jedynie białe prostokąty z wypisanymi datami urodzin i śmierci. Pisał je drukowanymi literami czarnym długopisem. Te czarne szpilki także były powtykane na całym obszarze Stanów. Na razie było ich sześć.

Ale robił postępy – powoli, ale stale. Powoli, bo mógł liczyć tylko na siebie; boleśnie się o tym przekonał.

Z uśmiechem wyciągnął czerwoną szpilkę z okolic Kalifornii Południowej, podszedł do drukarki i wziął wydrukowaną wcześniej fotografię. Patrzyła na niego przerażona twarz Shelly Bonaventure. Uśmiechnął się ponownie, zadowolony przerażeniem na jej twarzy. Wiedziała już, że zaraz umrze. Pstryknął jej zdjęcie telefonem komórkowym tuż przed tym, jak wymknął się z jej mieszkania tylnymi drzwiami, i od razu przesłał je tutaj.

Zajęła mu za dużo czasu; kiedy wychodził i oddalał się szybkim krokiem, słyszał wycie karetki pogotowia.

Ale udało mu się uciec.

Znowu.

Wyjął nożyczki z szuflady, wyciął zdjęcie z kartki, odciął niepotrzebne krawędzie, staranie wypisał na odwrocie daty jej urodzin i śmierci i przyczepił do mapy czarną szpilką. Mały arkusik przykrył zdjęcie z jej strony internetowej.

Idealnie.

Podziwiał swoją pracę, patrzył na te, które zginęły przed Shelly, i te, które jeszcze żyją, które czekają na swoją kolej. Na swój sposób były atrakcyjne, wszystkie między dwudziestym ósmym a trzydziestym szóstym rokiem życia. Głównie brunetki, choć było też kilka farbowanych blondynek i rudych.

Najwięcej zdjęć widniało na północnym zachodzie. Dwie w Kolumbii Brytyjskiej, niedaleko Vancouver, jedna w Albercie, kilka w stanie Waszyngton, sporo w Oregonie, parę w Kalifornii. Trzy w Newadzie, dwie w Arizonie, garstka w Montanie. Jedna zawędrowała aż do Delaware, sześć trafiło na środkowy zachód, w tym trzy do Chicago.

Najbardziej martwiły go te, które mieszkały w jednym stanie czy okręgu, bo wystarczy odrobina nieuwagi, a ich śmierć może wydać się podejrzana. Ryzykowne było nawet samobójstwo Shelly. Pozostałe zgony uznano za wypadki i nikt niczego nie podejrzewał, nie zadawał żadnych pytań.

Idealnie.

Wszystko tak wspaniale zaplanował.

Ale zostało ich jeszcze tak wiele.

Gniewnym spojrzeniem omiótł szpilki wokół Missoula i Grizzly Falls. Do tych uzurpatorek będzie miał łatwy dostęp, mieszkały przecież w pobliżu.

Tylko że władze zainteresują się, gdy zaczną ginąć dwudziestolatki i trzydziestolatki.

Chyba że dojdzie do wielkiej tragedii i wszystkie zginą razem, oczywiście wśród innych ofiar, żeby nie budzić podejrzeń. A on sam będzie musiał albo być daleko od katastrofy, albo, co bardziej prawdopodobne, brać w niej udział i wyjść z niej nie całkiem bez szwanku.

To będzie trudne, ale krew krążyła mu żywiej w żyłach na myśl o tym, jaki jest sprytny i przebiegły. Wyprowadzi policję w pole, wyjdzie na bohatera, okryje się sławą… nie! Nie, musi wtopić się w tło, nie może sobie pozwolić na chwałę w blasku reflektorów, nie może dopuścić, by jakiś wścibski dziennikarzyna zaczął węszyć….

Podszedł do szafki na dokumenty i wysunął szufladę. Wewnątrz znajdowały się starannie posegregowane teczki z informacjami o poszczególnych uzurpatorkach. Jedne cieńsze, inne grubsze, ale to wszystko bez znaczenia.

Otworzył pierwszą i poczuł, jak boleśnie skręca mu się żołądek, gdy patrzył na fotografię wśród papierów.

Doktor Acacia Lambert.

Była wyjątkowa. Dziewczyna z małego miasteczka w Montanie, na tyle zdolna, że skończyła studia i medycynę. Przez krótki czas była żoną Jeffreya Lamberta, kardiochirurga, który do dzisiaj mieszkał i pracował w Seattle w stanie Waszyngton.

Do pomyłki.

Kiedy stał się zbyt wygłodniały, zbyt spragniony krwi, zbyt niecierpliwy, by zniszczyć jedyną osobę, która mogła wszystko zepsuć.

I to zadanie poszło nie tak.

Kacey przeżyła.

Czego nie można jednak powiedzieć o jej małżeństwie. Po rozwodzie postanowiła zacząć praktykę w małym miasteczku, tym samym, w którym jej dziadkowie przeżyli całe życie.

Wzruszające.

I bardzo wygodne.

Po tym, jak wymknęła mu się z rąk, właściwie sama do niego przyszła.

Ale tym razem nie będzie błędu; tym razem załatwi sprawę do końca.

Czuł, jak budzi się w nim wściekłość, gdy wpatrywał się w jej zdjęcie. Zacisnął zęby, patrząc na gęste, kasztanowe włosy, wysokie kości policzkowe, pełne usta i zielone oczy, które nawet na malutkiej fotografii zdawały się błyszczeć inteligencją.

Obserwował ją.

Śledził.

Poznał jej zwyczaje.

Mieszkała w starym domu dziadków na obrzeżach miasteczka. Dom był niewidoczny od drogi, osłaniały go drzewa rosnące wzdłuż długiej alei, co bardzo ułatwi sprawę…

Ale Kacey musi poczekać.

Niestety, przed nią musiał się zająć innymi.

Za to, kiedy przyjdzie jej kolej, już on dopilnuje, żeby uświadomiła sobie w pełni swoje grzechy. Nie będzie się spieszył.

Przeglądał teczki kolejnych uzurpatorek. Żadna z nich nie miała pojęcia, że je obserwuje. Wybrał te, które mieszkały w pobliżu Kacey.

Ciekawe, czy kiedykolwiek się spotkały.

A jeśli tak, czy domyślały się, że łączy je jedna wspólna cecha.

Wszystkie urodziły się po to, by umrzeć młodo.

Z jego ręki.

Rozdział 2

Państwa dziecko nie było dzisiaj w szkole…

Detektyw Regan Pescoli czuła, jak krew zastyga jej w żyłach, gdy usłyszała w słuchawce nagraną wiadomość ze szkoły, w której teoretycznie powinna być jej córka Bianca.

– A niby dlaczego nie? – szepnęła po nosem i wyłączyła komórkę. Osobiście odwiozła córkę pod budynek szkoły, a Bianca była zbyt młoda, by sama usiąść za kółkiem.

Regan wybrała numer telefonu córki – i od razu włączyła się poczta głosowa. No jasne. Żadne z jej dwojga dzieci nigdy nie odbierało telefonu. Szybko wystukała wiadomość tekstową: „Gdzie jesteś? Dzwonili ze szkoły, że nie ma cię na lekcjach. Zadzwoń do mnie!”

– Super – mruknęła pod nosem i odsunęła swoje krzesło od biurka w biurze szeryfa okręgu Pinewood. Zerknąwszy na zegarek, poszła do pokoiku Seleny Alvarez. Jej partnerka pochylała się nad biurkiem, przytrzymywała słuchawkę ramieniem, i przeglądała stertę papierów przed sobą. Czarne włosy Alvarez, zebrane w ciasny kok na karku, mieniły się błękitem w ostrym świetle lampy.

Widząc Pescoli, znacząco uniosła palec.

– Tak, wiem, ale już od kilku tygodni czekamy na wyniki tych testów – rzuciła do słuchawki, zaciskając usta w wąską linię. Alvarez nie tolerowała tylko jednego – niekompetencji. – Tak, tak, wiem, wszyscy jesteśmy przepracowani, rozumiem… Co? Tylko tyle możecie zrobić? Dobrze… tak, jutro wystarczy. – Rozłączyła się, wyraźnie zdenerwowana. – Założę się o każdą sumę, że jutro też się nie dowiem, co było w krwiobiegu Donny McKinley – mruknęła, opadła na oparcie i wbiła wzrok w ekran monitora, na którym widniało zdjęcie wspomnianej kobiety. – No wiesz, chciałabym już mieć to z głowy.

Pescoli wiedziała, a jakże. Obie chciały mieć pewność, że śmierć Donny McKinley to głupi wypadek, że zasnęła za kierownicą i dlatego straciła panowanie nad samochodem. Że z jej śmiercią nie miał nic wspólnego jej chłopak, recydywista Barclay Simms, który, tak się składa, wykupił Donnie ubezpieczenie na życie warte sto tysięcy dolarów zaledwie trzy tygodnie wcześniej. I to z zasiłku dla bezrobotnych.

Alvarez westchnęła głośno.

– Przepraszam.

– Nie ma sprawy. Chciałam cię tylko uprzedzić, że wychodzę. Muszę odnaleźć córkę.

– Wagary?

– Na to wygląda. – Pescoli pokręciła głową. Jeszcze rok temu Bianca była piątkową uczennicą z wzorowym zachowaniem, dumną ze swoich osiągnięć, z tego, że jest „tą dobrą córką”, jak nieraz o sobie mówiła. Aż do zeszłego roku, w gimnazjum. Zaczęła dostawać coraz gorsze stopnie. Obiecywała, że w liceum, „gdzie to naprawdę ma znaczenie”, ponownie weźmie się do roboty. Na razie na obietnicach się skończyło.

– Nie ma sprawy, poradzę sobie – odparła Alvarez. Nie przesadzała. Jako typowa pracoholiczka rzadko wychodziła z pracy o czasie. Była singielką i Pescoli miała wrażenie, że właściwie nie prowadzi żadnego życia towarzyskiego, a szkoda. Dzisiaj jednak nie miała czasu, by się nad tym zastanawiać.

– Odwdzięczę się.

– Jasne. – Alvarez prychnęła pod nosem.

Po raz setny, pomyślała Pescoli, wkładając kurtkę, szalik i czapkę. Wyszła z gabinetu, minęła świetlicę, w której Joelle Fisher rozpakowywała pudła dekoracji świątecznych. Na pustych stołach zalegały srebrne gwiazdy, sztuczne płatki śniegu, sznury lampek i nawet Mikołaj, który rok w rok przyprawiał Pescoli o dreszcz niepokoju. Joelle tymczasem kombinowała, w którym miejscu umieścić „odrobinę świątecznej atmosfery”. Pescoli nie pojmowała, dlaczego właściwie szeryf Dan Grayson pozwala jej na te bzdury, ale Joelle, wiecznie uśmiechnięta, z krótkimi blond włosami, wielkimi kolczykami, na wysokich obcasach, chyba nigdy nie zauważyła, że kolegom z pracy bynajmniej nie udzielał się jej świąteczny zapał i entuzjazm.

– Regan! Cześć! – zawołała za nią, stukając obcasikami w korytarzu. Na jej piersi widniała broszka – renifer Rudolf ze świecącym czerwonym nosem. – Pamiętasz, że w poniedziałek rano odbędzie się losowanie? No wiesz, kto komu kupi prezent na święta.

– A ty pamiętasz, że do Gwiazdki zostało jeszcze sześć tygodni?

– Czas szybko mija – zauważyła Joelle poważnie. – W przyszły czwartek Święto Dziękczynienia, a świętować można zacząć trochę wcześniej.

– Nie licz na mnie na Gwiazdkę w lipcu.

– Nie bądź taka marudna! – Udawała, że marszczy groźnie brwi, ale starannie umalowane usta drgnęły w uśmiechu. – Będziesz tu w poniedziałek, prawda? O ósmej?

– Jasne, przyjadę saniami – sapnęła Pescoli. Trudno cieszyć się na święta, gdy nie wiesz, gdzie się podziewa twoja córka.

– I z reniferami! – Joelle zachichotała z własnego żartu i na szczęście wróciła do świetlicy, żeby ponownie zająć się dekorowaniem.

Szaleństwo, pomyślała Pescoli, otworzyła drzwi i weszła na chodnik przecinający bury trawnik. Nawet gdyby śnieżne zaspy nie przypominały jej, że tu, w zachodniej Montanie, już jest zima, sprawiłby to wiatr, bezlitośnie szarpiący łańcuchem na maszcie.

Podeszła do dżipa, wsiadła do środka i powstrzymała się, by nie sięgnąć do schowka po paczkę marlboro light, które woziła ze sobą „na wszelki wypadek”. Oficjalnie rzuciła palenie w styczniu zeszłego roku, po tym, jak o mały włos nie zginęła z ręki szaleńca, ale co jakiś czas, kiedy sprawy zbytnio się komplikowały, pozwalała sobie na jednego papierosa. I powtarzała sobie, że nie będzie z tego powodu czuła się winna.

Nie uważała, by wagary córki były dostatecznym powodem, by zapalić, ale dzień się jeszcze nie skończył. Niewykluczone, że Bianca wpakowała się w jeszcze większe tarapaty. Starała się nie myśleć o koszmarach, których codziennie była świadkiem w pracy; o makabrycznych wypadkach drogowych, oszalałych mężach, psychopatach. Wrzuciła wsteczny bieg, wycofała samochód i w ostatniej chwili ominęła Corta Brewstera, zastępcę szeryfa, który akurat wjeżdżał na parking. Nie dogadywali się najlepiej, i to od zawsze, a gdy ich dzieci zaczęły romansować, wina za wszystko, w co pakowała się Heidi, idealna, ukochana córka Brewstera, spadała na Jeremy’ego, syna Pescoli.

– Idealna, jasne – prychnęła Pescoli pod nosem. Wyjeżdżając z parkingu, nawet nie skinęła Brewsterowi głową. Uważała go za zarozumiałego hipokrytę i modliła się, żeby tylko nie wylosować jego nazwiska, kiedy Joelle w poniedziałek zarządzi losowanie. Pescoli nie przeżyje, gdy będzie musiała kupić mu uroczy prezencik i ukryć go w jego samochodzie albo na biurku.

Jak to było? Potnę się suchą bułą? I to ochoczo, bez znieczulenia.

Przyznała w duszy, że jest małostkowa, włączyła się do ruchu i po raz kolejny zadzwoniła do córki. I oczywiście usłyszała pocztę głosową.

– Bianca, odbierz, do cholery – zamruczała pod nosem.

Zmrok zapadał szybko.

Zadzwoniła do domu – nadal mieli telefon stacjonarny. Ktoś podniósł słuchawkę po czwartym sygnale.

– Halo? – burknął jej syn bez cienia emocji, a Pescoli, która właśnie zwalniała na skrzyżowaniu, na chwilę odetchnęła z ulgą. Choć właściwie dlaczego Jeremy, który w lecie wyprowadził się z domu, odebrał telefon? Ale nie czas na takie pytania. Jeszcze nie.

– To ja. Jest Bianca?

– Tak.

Dzięki Bogu!

– Nic jej nie jest?

– No… chyba nie.

– Daj ją do telefonu.

– Śpi.

– Nic mnie to nie obchodzi.

– Cholera, nie musisz od razu wrzeszczeć.

– A ty przeklinać.

– Spoko.

Światło zmieniło się na zielone, Pescoli ruszyła z miejsca, mijała właśnie Boxer’s Bluff, najwyżej położoną część Grizzly Falls, gdy w słuchawce rozległy się szmery i trzaski i w końcu zaspany głos córki.

– Co się dzieje? – zapytała Pescoli.

– Nic. Śpię – burknęła Bianca.

– Dzwonili ze szkoły, powiedzieli, że nie było cię na lekcjach.

– Źle siem poczułam.

– Się – poprawiła Pescoli automatycznie, skręcając w ulicę prowadzącą za miasteczko. – Źle się poczułam.

– Nieważne.

– Jak dotarłaś do domu?

– Z Chrisem.

Chłopakiem, z którym od czasu do czasu się spotykała.

– Chris nie ma prawa jazdy.

– Przywiózł nas jego brat, Gene.

Siedemnastolatek, który już zdążył mieć wypadek. Pescoli wiedziała wszystko na ten temat; na własne oczy widziała, co zostało z kilkunastoletniej hondy accord, gdy samochód wyrżnął w skrzynkę pocztową, a potem w drzewo. Cud, że kierowca w ogóle przeżył, ostatecznie skończyło się tylko na kilku zadrapaniach i złamanym obojczyku.

– Jadę do domu, to pogadamy. – Zerknęła w lusterko i zjechała na drugi pas, żeby nie wjechać w ekipę robotników, którzy rozkopywali kawał szosy.

– Już pogadałam. Z tatą.

Kolejna dobra wiadomość, nie ma co.

– I co powiedział? – zapytała przez zęby. Luke „Lucky” Pescoli nie był bynajmniej wzorem rodzica.

– Żebym odpoczywała.

Po prostu świetnie.

– Będę w domu za piętnaście minut. A teraz daj mi brata.

– Twoja kolej – powiedziała przeciągle Bianca i z wyczuwalną radością oddała bratu słuchawkę.

Pescoli po raz kolejny zastanawiała się, czy jednak nie zapalić, ale zrezygnowała, bo za oknami samochodu sklepy powoli ustępowały domom.

– No? – odezwał się Jeremy.

– Tak się tylko zastanawiam, co właściwie robisz w domu? – Kiedy w lecie wyprowadzał się od niej, z małej chatki w lesie, jedynego domu, jaki kiedykolwiek miała, czuła zarazem ulgę i żal.

– No, bo… bo to jest mój dom.

– Wyprowadziłeś się. Nie chciałam tego, ale się uparłeś – przypomniała. – Myślałam, że jesteś w pracy.

– Wyłączyli mi gaz, nie ma ogrzewania. Chyba… no… chyba czek nie dotarł do nich na czas. Choć to bzdura, bo wczoraj im go wysłałem. Nie moja wina, że jeden ze współlokatorów nie dał mi pieniędzy na czas.

– A praca? – Zdobyła się na anielską cierpliwość.

Chwila wahania.

– Lou mnie dzisiaj nie potrzebował.

– Czyżby? – Jeremy pracował na stacji benzynowej Corky’s Gas and Go i od dziewięciu miesięcy zastanawiał się, czy chce iść do college’u, czy nie. – Jer? – ponagliła, gdy nie odpowiedział od razu. – Błagam, nie mów, że straciłeś pracę.

– Dobrze, nie powiem. – Krótko, obronnym tonem.

Niech to wszystko szlag trafi. Szkoda, że Joe nie żyje. Ojciec Jeremy’ego, też policjant, świetnie sobie radził w sytuacjach kryzysowych. Oczywiście póki nie zginął na służbie, gdy jego synek był zbyt mały, by go zapamiętać. Tym sposobem Pescoli musiała zastąpić synkowi oboje rodziców, póki nie popełniła błędu pod tytułem: małżeństwo z Luke’em, który starał się wejść w rolę ojca i tylko pogorszył sprawę.

– Poczekaj na mnie, zaraz będę w domu. Mógłbyś nakarmić psa, zanim przyjadę?

– Skończyło się psie żarcie.

– Więc je kup.

– Nie mam pieniędzy.

– Super.

– Muszę kończyć, Heidi do mnie napisała.

– Jeremy, poczekaj… – Ale w słuchawce już zapadła cisza. Nie zdążyła nawet po raz kolejny poprosić go, żeby trzymał się z daleka od Heidi Brewster. Boże, i pomyśleć, że łudziła się, że ten nastoletni romans wypalił się już w zeszłym roku.

Zdaje się, że jej modlitwy nie zostały wysłuchane.

No, ale czy to takie dziwne?

Może popełniła błąd, gdy nie zgodziła się zamieszkać ze swoim partnerem, ale uważała, że byłoby to nierozsądne. To, że facet doprowadza ją do szaleństwa w łóżku, to niewystarczający powód, by ściągać go do domu z etykietką OJCZYM na szyi. I choć bardzo go kochała, uznała, że na to za wcześnie. Na razie.

Oczywiście niewykluczone, że po prostu jest związkofobką, czy jak to się tam nazywa, ale miała za sobą dwa małżeństwa i może to wystarczy.

Na razie.

Póki dzieci nie podrosną.

Albo póki nie poczuje się pewniej w tej sytuacji.

Możesz go stracić, odezwał się wewnętrzny głosik. Najeżyła się. W takim razie nie byli sobie pisani.

Na następnym skrzyżowaniu zatrzymała się przy małym sklepiku, kupiła paczkę psiej karmy, galon mleka i dwa batoniki Snickers, które ukryła w schowku przy kierownicy, razem z papierosami.

Tak na wszelki wypadek.

Ponownie wjechała na szosę.

Dwadzieścia minut później zostawiła samochód w garażu i szła do domu. Cisco, kundel z domieszką teriera, zerwał się z kanapy, błyskawicznie przebiegł salonik i witał ją radośnie, szczekając z przejęciem i wijąc się u jej stóp.

– Tak, ja też się cieszę, że cię widzę. – Postawiła zakupy na blacie, schyliła się i głaskała psiaka po szorstkim łebku, drapała za uszami. Wyprostowała się, minęła kącik jadalny i weszła do saloniku. Tam na kanapie rozwalał się jej syn w całej okazałości prawie dwóch metrów wzrostu. – Choć o tobie chyba nie mogę tego powiedzieć.

– Dzięki, mamo – burknął, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. Oglądał kolejne reality show.

– Opowiedz o pracy.

– Nie ma co opowiadać.

Boże, tak bardzo przypominał swojego ojca. Te same ciemne włosy, intensywne spojrzenie, dwudniowy zarost na silnej, męskiej szczęce, ciemniejsza plama malutkiej bródki tuż poniżej ust.

– Wylali cię?

W końcu na nią spojrzał – jak na idiotkę.

– Nie, tylko zmniejszyli mi liczbę godzin w tygodniu.

– Będzie ci trudno zapłacić czynsz i rachunki.

Wzruszył ramionami. Najchętniej wykrzyczałaby mu to w twarz, otworzyła oczy na konsekwencje takiego zachowania, ale Jeremy zawsze uczył się na błędach. Kiedy odetną mu gaz i ogrzewanie, będzie miał solidną nauczkę.

Poklepała go po ramieniu.

– Wiesz przecież, że cieszę się, że cię widzę. Wolałabym tylko, żebyś przyjechał tu, żeby się ze mną zobaczyć, a nie dlatego, że u ciebie tyłek przymarza ci do kanapy.

– Tak, wiem – mruknął po chwili.

– Zajrzę do Bianki. – Ponownie poklepała go po ramieniu. – A ty nakarm Cisco. Kupiłam karmę.

– Dobrze. – Nawet nie drgnął.

– Fajnie byłoby zrobić to jeszcze w tym stuleciu.

– Bardzo zabawne – bąknął, ale uśmiechnął się leniwie pod nosem. Zupełnie jak jego ojciec. Właściwie nic dziwnego, że Heidi Brewster nie dawała mu spokoju.

Jeremy w końcu wstał i gwizdnął na psa, a Pescoli skręciła w wąski korytarzyk i zapukała do drzwi, zanim weszła do pokoju córki. W dawnym pokoju Jeremy’ego w piwnicy ściany nikły pod plakatami koszykarzy i rockmenów; pokój Bianki to kobiece królestwo, poczynając od łóżka z baldachimem, ozdobionym świątecznymi lampkami, po toaletkę, na której poniewierało się co najmniej dziesięć różnych pędzli do makijażu i niezliczone tubki i pudełeczka szminek, cieni do oczu i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Ściany pomalowano na jej ukochany intensywny różowy kolor.

Bianca leżała pod srebrzystą kołdrą, z butelką pepsi one w zasięgu ręki i stertą kolorowych pisemek na kolanach. Jednym okiem zerkała na film na laptopie i jednocześnie pisała esemes.

– Co się stało? – zagadnęła Pescoli, gdy córka podniosła głowę i obdarzyła ją słodkim uśmiechem. Rdzawozłote loki okalały buzię z kilkoma piegami na małym nosku i wielkimi piwnymi oczami. Jeremy był niemal idealną kopią ojca – Joe Stranda – a Bianca bardzo przypominała swego – Luke’a Pescolego. Na szczęście – przynajmniej do niedawna – była od niego o wiele mądrzejsza.

Czas pokaże, czy tak będzie dalej.

– Ale o co ci chodzi? – zapytała niewinnie.

– Nie udawaj głupiej. Wiesz doskonale, o co mi chodzi. Dlaczego nie jesteś w szkole? Skoro źle się czułaś, mogłaś iść do sekretarki. Zawiadomiłaby mnie.

Bianca przewróciła oczami.

– Nie zawsze możesz po mnie przyjechać, taką masz pracę. A Chris obiecał, że mnie podrzuci.

– Chcesz powiedzieć: jego brat, Gene.

– A czy to ważne?