Urodzeni by żyć - Wendy Holden - ebook
Opis

"Urodzeni, by żyć to historia trzech ciężarnych Żydówek, więźniarek obozu koncentracyjnego, którym udało się ukryć swój stan przed oczami oprawców i dzięki temu uniknąć śmierci. Opowieść rozpoczyna się pod koniec II wojny światowej. Trzy nieznające się kobiety zmuszane do niewolniczej pracy w zakładzie zbrojeniowym i ostatecznie umieszczone w masowym transporcie do obozu Mauthausen w Austrii, są pewne, że czeka je śmierć. Podczas trwającej siedemnaście dni gehenny, pochłaniającej życie połowy transportowanych więźniów, kobiety rodzą dzieci. Pomimo katastrofalnych okoliczności, głównie dzięki pomocy współwięźniów i szczodrości mieszkańców mijanych wiosek, zarówno matkom, jak i dzieciom udaje się przeżyć. Po wojnie matki z dziećmi rozpoczynają nowe życie w różnych częściach świata. Dopiero podczas obchodów 65. rocznicy wyzwolenia obozu Mauthausen dzieci dowiadują się o sobie wzajemnie i okolicznościach związanych z ich narodzinami – okolicznościami tak niezwykłymi i tak jednoczącymi, że nie sposób nie podzielić się nimi z całym światem."

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 532

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

BORN SURVIVORS

Copyright © 2015 by Wendy Holden.

Copyright © 2015 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2015 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Mariusz Kulan

Korekta: Jolanta Olejniczak-Kulan, Mariusz Kulan

Konsultacja historyczna: dr hab. Jarosław Tomasiewicz

ISBN: 978-83-7999-305-5

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2015

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Eva, Mark i Hana

„Czasami bowiem odważnym postępkiem jest też pozostanie przy życiu”.

SENEKA*

Książkę tę dedykuję odwadze i wytrwałości

trzech matek, jak również ich dzieciom,

narodzonym w świecie, który nie dawał im prawa do życia.

Trzy ciężarne mężatki.

Trzy pary modlące się o lepszą przyszłość.

Troje dzieci narodzonych w ciągu kilku tygodni w niewyobrażalnych okolicznościach.

Zanim przyszły na świat (każde ważyło niewiele ponad kilogram), ich ojców zamordowali naziści, a matki – „chodzące szkielety” – walczyły o każdą chwilę w obozie koncentracyjnym.

Jakimś cudem wszystkim trzem udało się przeżyć.

Pomimo przeciwności losu, ich dzieci też ocalały.

Siedemdziesiąt lat później to „duchowe rodzeństwo” po raz pierwszy się spotkało, żeby opowiedzieć światuniezwykłe historie swoich matek, które stawiły czoła śmierci, żeby dać im życie.

Wszyscy troje – „urodzeni, by żyć”.

Od autorki

Zebrane tu historie matek i ich dzieci zostały starannie utkane z ich wspomnień zachowanych w listach i przekazywanych ustnie rodzinie, jak również z ich relacji przez lata powierzanych badaczom i historykom. Poparto je skrupulatną pracą badawczą, uwzględniającą również świadectwa innych ludzi – w tym osób już nieżyjących.

Gdy tylko było to możliwe, opowieści bohaterek zestawiano z relacjami niezależnych świadków, materiałami archiwalnymi oraz źródłami historycznymi. Tam, gdzie wspomnienia dotyczące konkretnych danych lub poszczególnych rozmów pozostawały zatarte lub z biegiem lat ulegały nieznacznym przeobrażeniom, podsumowano je na podstawie dostępnych informacji – ktoś inny mógł jednak zapamiętać je nieco inaczej.

Wstęp

Jesteśmy wdzięczni Wendy Holden za ogromne pokłady empatii wobec naszych matek oraz niewyczerpaną energię, z którą odtwarzała ich straszne wojenne losy. Dzięki tej pracy nie tylko przekazała nam nieznane dotąd informacje, ale też pozwoliła nam, trójce „dzieci”, zbliżyć się do siebie i zostać duchowym „rodzeństwem”, za co pozostaniemy jej dozgonnymi dłużnikami.

Dziękujemy też Autorce za oddanie hołdu mieszkańcom czeskiego miasteczka Horní Bříza, którzy bezinteresownie pomagali naszym matkom oraz więźniom dwóch innych obozów jadącym „pociągiem śmierci” do obozu koncentracyjnego w Mauthausen i robili, co tylko mogli, żeby zapewnić im żywność i odzież. Jesteśmy też wciąż pełni podziwu dla jej talentu, wytrwałości i sumienności, dzięki którym potrafiła prześledzić i opisać starania żołnierzy 11. Dywizji Pancernej 3. Armii Stanów Zjednoczonych, którzy odegrali kluczową rolę w wyzwoleniu obozu w Mauthausen i dali naszym matkom – a także nam samym – szansę na nowe życie.

Nasze matki byłyby zaszczycone, wiedząc, że ich historie po tylu latach wreszcie zostały opowiedziane, a każdej z nich poświęcono jedną trzecią tej niezwykłej książki, której publikacja przypadła akurat na nasze siedemdziesiąte urodziny i siedemdziesiątą rocznicę zakończenia wojny.

Dziękujemy ci też, Wendy – nasza nowa honorowa siostro – w swoim własnym imieniu: my, którzy przyszliśmy na świat w totalitarnym reżimie przewidującym dla nas tylko śmierć, a obecnie należymy do ostatnich ocalonych z Holokaustu.

Hana Berger Moran, Mark Olsky i Eva Clarke, 2015 r.

1Priska

Priska Löwenbeinová – zdjęcie z dokumentów

„Sind Sie schwanger, fesche Frau?1” – oficer SS uśmiechnął się, zadając Prisce to pytanie. Stał na szeroko rozstawionych nogach i mierzył ją wzrokiem od stóp do głów z medyczną fascynacją.

Doktor Josef Mengele zatrzymał się właśnie przed dwudziestoośmioletnią nauczycielką ze Słowacji, która w kilka godzin po przyjeździe do Auschwitz II-Birkenau stała nago na placu apelowym i drżała ze wstydu. Był październik 1944 roku.

Priska Löwenbeinová mierzyła ledwie metr pięćdziesiąt i nie wyglądała na swój wiek. Wokół niej stało około pięciuset innych nagich kobiet, które przeważnie się nie znały. Same Żydówki, tak jak ona oszołomione faktem, że zabrano je z domów lub gett rozsianych po całej Europie, szczelnie zamknięto w wagonach towarowych mieszczących po sześćdziesiąt osób i pociągami liczącymi czasem aż pięćdziesiąt pięć takich wagonów przewieziono do obozu koncentracyjnego w okupowanej przez Niemców Polsce.

Od chwili, gdy z trudem łapiąc powietrze, wytoczyły się z wagonów prosto na niesławną rampę kolejową pośrodku najefektywniejszego z nazistowskich centrów zagłady, składającego się z kilku obozów objętych nazwą Auschwitz, ze wszystkich stron posypały się na nie wrzaski „Raus!”2 oraz„Schnell, Judenschwein!”3.

Skłębionej fali oszołomionych ludzi pilnowali więźniowie o pozbawionych wyrazu twarzach, ubrani w brudne pasiaki, którzy popychając nowo przybyłych, gonili ich po wybojach. Wszystkiemu przyglądali się esesmani w nieskazitelnych mundurach, trzymający na naprężonych smyczach ostre psy. Nie było czasu, żeby się rozglądać za najbliższymi, jako że mężczyzn prędko oddzielono od kobiet, a dzieci zagoniono w jeden rząd razem z chorymi i osobami w podeszłym wieku.

Każdego, kto był zbyt słaby, żeby utrzymać się na nogach, lub miał zbyt zdrętwiałe kończyny po wielu dniach spędzonych w ciasnym dusznym wagonie, szturchano lufami karabinów lub smagano batem. W wilgotnym powietrzu unosiły się przejmujące okrzyki: „Moje dzieci! Moje maleństwa!”.

W oddali przed długimi kolumnami więźniów stały dwa niskie budynki z czerwonej cegły. Z każdego z nich sterczał ogromny komin wypuszczający w ołowiane niebo gęsty czarny dym. Pośród wszechobecnej szarości unosił się ohydny słodkawy zapach brutalnie atakujący nozdrza i wpychający się do gardeł.

Po oddzieleniu od rodzin i przyjaciół dziesiątki kobiet w wieku od kilkunastu do sześćdziesięciu lat pędzono wąskim przejściem z ogrodzenie pod napięciem po obu bokach – podobne otaczało cały rozległy teren obozu. Szły zszokowane, w milczeniu, potykając się o siebie nawzajem. Przegoniono je obok budynków z kominami, a potem minęły kilka głębokich zbiorników wodnych, aż w końcu dotarły do ukrytego pośród brzóz dużego parterowego budynku rejestracji – zwanego centralną łaźnią lub Sauną.

Następnie zostały bezceremonialnie wprowadzone w życie „Häftlingów”, czyliwięźniów obozu koncentracyjnego. Na początek kazano im oddać ostatnie rzeczy osobiste i zdjąć z siebie wszystkie ubrania. Jako że nie mówiły jednym językiem, każda protestowała po swojemu, w końcu jednak wszystkie musiały ulec – bite i zastraszane przez esesmanów uzbrojonych w karabiny.

Nagie pędzono szerokim korytarzem do sporej sali, gdzie większości tych matek, córek, żon i sióstr inni więźniowie oraz więźniarki pod czujnym okiem niemieckich strażników zgolili niemal wszystkie włosy na całym ciele.

Gdy wreszcie wyłączono elektryczne golarki, kobiety – z trudem rozpoznające teraz swoje towarzyszki – poprowadzono piątkami na zewnątrz, na plac apelowy, gdzie przez ponad godzinę czekały, stojąc boso w zimnej mokrej glinie, na drugą selekcję dokonywaną przez człowieka, którego później nazywano „Aniołem Śmierci”.

Doktor Mengele, w idealnie dopasowanym szarozielonym mundurze z błyszczącymi szewronami, trzymał w dłoniach parę jasnych giemzowych rękawiczek o bardzo szerokich mankietach. Brązowe włosy miał przygładzone pomadą. Od niechcenia przerzucał rękawiczki to w prawo, to w lewo, przechadzając się wzdłuż rzędów nowych więźniarek. Każdej się bacznie przyglądał i zadawał konkretne pytanie – czy nie spodziewa się dziecka.

Gdy nadeszła jej kolej, Priska miała ledwie kilka sekund na podjęcie decyzji, jakiej odpowiedzi powinna udzielić uśmiechniętemu oficerowi ze szparą między jedynkami. Nie wahała się. Szybko pokręciła głową i jako wprawna lingwistka odpowiedziała na pytanie po niemiecku: „Nein”.

Była już wówczas w trzecim miesiącu upragnionej ciąży, w którą zaszła ze swoim mężem Tiborem (liczyła na to, że on też przebywa gdzieś w tym samym obozie). Nie miała pojęcia, czy wyjawienie prawdy mogło ją ocalić czy raczej skazać ją i jej dziecko na jeszcze bardziej niepewny los. Wiedziała jednak, że stoi w obliczu niebezpieczeństwa. Jedną ręką zakrywając biust, a drugą zasłaniając resztki włosów łonowych, modliła się, żeby Mengele dał wiarę jej śmiałemu kłamstwu. Elegancki esesman zatrzymał się na chwilę, żeby spojrzeć w twarz młodej „szykownej damy”, po czym ruszył dalej.

Gdy doszedł do kobiety stojącej trzy miejsca dalej, bezpardonowo ścisnął jej sutek, aż się wzdrygnęła. Gdy kilka kropelek mleka ujawniło, że jest co najmniej w siedemnastym tygodniu ciąży, dał sygnał, przerzucając rękawiczki w lewo. Natychmiast wyciągnięto ją z rzędu i popchnięto w róg placu, gdzie stała już drżąca grupka innych ciężarnych.

Żadna z tych przerażonych kobiet nie wiedziała, że jeden kierunek oznaczał życie, a drugi coś zupełnie innego. Nieznane są dalsze losy ciężarnych, które tego dnia wyselekcjonował Mengele.

Josef Mengele stanowił jak dotąd największe zagrożenie dla życia młodej Priski, wciąż jednak nie wiedziała, co jeszcze miało ją wkrótce spotkać. W nadchodzących miesiącach jej najgorszym wrogiem stanie się głód, a śmierć głodowa będzie się jawiła jako najbardziej prawdopodobne zakończenie jej cierpień.

Przez cały czas pobytu w obozie oprócz głodu okrutnie męczyło ją też pragnienie, jak również ich kuzyni: wyczerpanie, strach i choroby. Lecz do kresu sił doprowadzała ją udręka wiecznie niezaspokojonych żądań jej ciężarnego ciała, wciąż domagającego się pożywienia.

Paradoksalnie, podczas najbardziej dotkliwych ataków głodu Priskę trzymała przy życiu pamięć o chwilach, gdy po drodze do szkoły przyciskała nos do szyby cukierni, a potem już w środku delektowała się ciastkiem – na przykład struclą cynamonową z kruszonką, posypaną cukrem pudrem. Wspomnienie odrywania kolejnych pasm ciasta, z którego sypały się na jej bluzkę okruszki, stanowiło dla niej kwintesencję sielankowego dzieciństwa spędzonego w miejscowości Złote Morawce (Zlaté Moravce), położonej w południowo-zachodniej części dzisiejszej Słowacji. Oddalony o mniej więcej sto kilometrów od Bratysławy region, w którym dorastała Priska, słynął z obfitości złota – w średniowieczu wypłukiwano je w okolicznych rzekach (jedna z nich nazywa się zresztą Zlatnanka). Złote Morawce były niemal tak zamożne, jak wskazywała nazwa – stał tam piękny kościół, działały szkoły, a przy ulicach znajdowało się mnóstwo sklepów. Był też hotel, kawiarnie i restauracje.

Rodzice Priski – Emanuel i Paula Ronowie – prowadzili jedną z najznamienitszych koszernych kawiarni w mieście, stanowiącą znaczące centrum miejscowego życia. Doskonale usytuowany lokal przy rynku miał ładny dziedziniec. Emanuel Rona wypatrzył ofertę najmu w gazetowym ogłoszeniu w 1924 roku, kiedy zbliżał się już do czterdziestki. W nadziei na doskonały interes podjął śmiałą decyzję o przeniesieniu się wraz z żoną i dziećmi do miejscowości oddalonej o dwieście pięćdziesiąt kilometrów od ich rodzinnego Stropkowa leżącego w górach na wschodzie kraju, tuż przy polskiej granicy.

Priska, urodzona w niedzielę 6 sierpnia 1916 roku, miała osiem lat, gdy się przeprowadzili. Kiedy tylko mogli, wracali jednak do Stropkowa, żeby odwiedzić mieszkającego tam owdowiałego dziadka Priski. David Friedman był właścicielem karczmy i dość znanym autorem tekstów polemicznych.

Jak opowiadała później Priska, ich rodzinna kawiarnia w Złotych Morawcach była pięknie urządzona i utrzymywana w doskonałej czystości przez jej pracowitych rodziców oraz oddany żeński personel. Znajdowała się tam oddzielona kotarą sala kameralna (którą matka szumnie nazywała chambre séparée), która po odsłonięciu służyła też za przestrzeń dla przygrywających gościom ośmiu muzyków ubranych w ciemne garnitury. „Grano u nas wspaniałą muzykę, występowali świetni tancerze” – wspominała Priska. „Kawiarnie stanowiły wówczas ważną część kultury. Tak strasznie kochałam swoją młodość”.

Jej matka Paula Ronová – cztery lata młodsza i o głowę wyższa od ojca – wyróżniała się urodą i w cichości ducha wiązała wielkie nadzieje ze swoją rodziną. Była wspaniałą żoną, matką i mistrzynią kuchni, jak również „wyjątkowo przyzwoitą kobietą”, która niewiele mówiła, za to dużo myślała. „Matka była też dla mnie najlepszą przyjaciółką” – mówiła Priska.

Ojciec z kolei bardzo surowo traktował swoją rodzinę. Gdy nie chciał, żeby dzieci rozumiały, o czym mowa, rozmawiał z żoną po niemiecku lub w jidysz. Priska jednak od małego miała smykałkę do języków, więc i tak wszystko rozumiała. Choć Emanuel Rona nie był szczególnie żarliwym wyznawcą judaizmu, uważał, że należy szanować obyczaje, zabierał więc rodzinę do synagogi we wszystkie ważniejsze święta.

„W czasach mojej młodości musieliśmy wszyscy zachowywać się należycie ze względu na kawiarnię” – opowiadała Priska. „Musieliśmy być dobrą rodziną, dobrymi przyjaciółmi i dobrymi gospodarzami lokalu, bo inaczej klienci przestaliby nas odwiedzać”.

Priska – której właściwie dano na imię Piroska – była czwartym z pięciorga dzieci. Najstarszy był Andrej, czyli Bandi. Po nim urodziła się Alžbeta, którą wołano Boežka, a następnie Anna, przez wszystkich nazywana zdrobniale Aničką. Cztery lata po narodzinach Priski na świat przyszedł najmłodszy Eugen, czyli Janíčko lub Janko. W międzyczasie było jeszcze szóste dziecko, które jednak zmarło w niemowlęctwie.

Rodzina zajmowała w Złotych Morawcach mieszkanie na tyłach kawiarni, na tyle przestronne, że każde z dzieci miało własny pokój. Posiadali też duży ogród, schodzący w dół aż do strumienia, który przecinał całą ich działkę. Priska, towarzyska i wysportowana, często kąpała się tam z przyjaciółmi; grała też z nimi w tenisa w ogrodzie. Zdrowa i radosna dziewczyna o lśniących ciemnych włosach była – podobnie jak jej siostry – bardzo lubiana przez dzieci z okolicy, które nazywały ją zdrobniale Piri albo Pira.

„Nie miało dla mnie znaczenia, czy to Żydzi czy goje. Przyjaźniłam się ze wszystkimi tak samo, nie zwracałam uwagi na tego rodzaju różnice” – mówiła.

Dzieci dorastały w otoczeniu „dobrych kobiet”, które pomagały w domowych obowiązkach i występowały w roli matek zastępczych. Na stole niczego nie brakowało – niemal każdy posiłek obejmował wykwintne danie z koszernego mięsa. Po soczystych pieczeniach często podawano wyroby cukiernicze z kawiarni. Priska uwielbiała słodycze, a jej ulubionym deserem był wiedeński tort Sachera – bajeczne ciasto czekoladowe na bazie ubitej piany z białek, przekładane marmoladą morelową.

Choć dzieci w szkole nie miały lekcji religii, w domu nauczono je uczestniczyć w piątkowych modlitwach wieczornych oraz myć dokładnie ręce przed przystąpieniem do uroczystego szabasowego posiłku, do którego nakrywano stół najlepszymi obrusami i zapalano specjalne świece.

W ponadtrzydziestoosobowej klasie Priska była jedną z zaledwie sześciu dziewczynek. Uważała, że to jej siostra Boežka jest „tytanem intelektu”, bowiem błyskawicznie uczyła się języków obcych, jakby je wchłaniała z powietrza. Boežka nie interesowała się specjalnie książkami – dużo bardziej absorbowały ją zajęcia artystyczne, szczególnie zaś robótki ręczne, w których osiągnęła mistrzostwo.

Nawet jeśli Priska faktycznie musiała wkładać w naukę nieco więcej wysiłku niż jej siostra, była bardzo sumienna, a zdobywanie wykształcenia wkrótce stało się jej pasją. Dążenie do głębszego zrozumienia świata odróżniało ją też od jej ślicznej siostry Anny, która wolała się przebierać lub bawić lalkami. „Podobało mi się zdobywanie wiedzy” – przyznawała Priska. Już w dzieciństwie zafascynowało ją chrześcijaństwo, często po drodze do domu ze szkoły zakradała się na katolicki cmentarz. Najbardziej podobały się jej tamtejsze potężne grobowce i mauzolea. Intrygowali ją też zawsze jego „nowi mieszkańcy” – wymyślała sobie historie na temat tych osób i ich życiowych doświadczeń.

Jej matka pielęgnowała w córce zapał do nauki i czuła dumę, gdy Priska jako pierwsza w rodzinie zaczęła uczęszczać do szkoły średniej. Było to założone w 1906 roku Gimnazjum Janka Kráľa, mieszczące się w pięknym biało otynkowanym trzypiętrowym budynku naprzeciw kościoła i ratusza. W szkole uczyło się pięciuset uczniów w wieku od dziesięciu do osiemnastu lat. Priska uczęszczała na zajęcia z angielskiego i łaciny, a także na obowiązkowe lekcje niemieckiego i francuskiego. Jej rodzeństwo zdobyło tylko podstawowe wykształcenie – z wyjątkiem Bandiego, który poszedł do szkoły rachunkowości.

Priska lubiła rywalizować z innymi i wygrywała wiele szkolnych konkursów. Nauczycieli zachwycało, jak szybko robiła postępy. Szkolna prymuska cieszyła się też względami kolegów z klasy, którzy błagali ją, żeby im pomogła w angielskim, i z wielkim oddaniem zbierali się w jej ogrodzie, gdzie udzielała lekcji. „Ze Złotych Morawców mam same cudowne wspomnienia” – twierdziła.

Jej najlepszą szkolną przyjaciółką była Gizelle Ondrejkovičová, którą wszyscy nazywali Gizka. Była nie tylko piękna, ale też bardzo lubiana. Ponieważ jednak nie przejawiała tak wielkiego zapału do nauki jak Priska, jej ojciec – goj, komendant powiatowy policji – odwiedził pewnego dnia państwa Ronów i złożył im szczególną propozycję: „Jeśli Priska dopilnuje, żeby Gizka ukończyła szkołę, pozwolę, żeby państwa kawiarnia była otwarta do późna”. Zapewnił ich też, że nie zostaną obciążeni dodatkowymi opłatami.

Tak oto czwarte dziecko w rodzinie stało się filarem ich skromnego interesu. Nieoficjalna opieka nad koleżanką z klasy miała zapewnić rodzinnej kawiarni pozycję, o jakiej konkurencja mogła tylko marzyć. Priska bardzo poważnie traktowała to odpowiedzialne zadanie, a choć zostawało jej bardzo niewiele czasu na życie towarzyskie, uwielbiała Gizkę i chętnie jej pomagała. Przyjaciółki siedziały w jednej ławce, aż w końcu razem ukończyły szkołę.

Po szkole Priska zaczęła uczyć i wszystko wskazywało na to, że zostanie nauczycielką języków obcych. Lubiła śpiewać, wstąpiła więc do nauczycielskiego chóru, który jeździł po kraju z repertuarem tradycyjnych pieśni patriotycznych. W jednej z nich rozbrzmiewały dumne słowa: „Jestem Słowakiem i nim pozostanę”. Do końca życia chętnie wracała do tego utworu.

Priska cieszyła się powszechnym szacunkiem w Złotych Morawcach, wszyscy pozdrawiali ją na ulicy (jak nakazywała słowacka tradycja). O jej względy zabiegał pewien profesor – goj – i w każdą sobotę wieczorem zabierał ją na kawę, kolację lub tańce w miejscowym hotelu.

Rodzina Priski nie miała powodów, aby się martwić, że coś zakłóci jej przyjemny tryb życia. Choć w całej Europie przez wieki prześladowano Żydów (szczególnie cierpieli w Rosji, gdzie od ponad stu lat dochodziło do pogromów), dość łatwo zadomowili się oni w nowych państwach powstałych po pierwszej wojnie światowej i upadku trzech mocarstw: Cesarstwa Niemieckiego, Imperium Rosyjskiego i Austro-Węgier. W ówczesnej Czechosłowacji Żydzi zajmowali dość wysoką pozycję w społeczeństwie i całkiem dobrze się asymilowali. Odgrywali bardzo ważną rolę nie tylko w sferze produkcji i gospodarki, ale mieli też znaczący wkład we wszystkie dziedziny kultury, sztuk pięknych i nauki. Powstawały wówczas nowe szkoły i synagogi. Żydzi znajdowali się również w centrum życia kawiarnianego. Rodzina Ronów w obrębie lokalnej społeczności nie doświadczyła szczególnych objawów antysemityzmu.

W sąsiadujących z Czechosłowacją Niemczech w wyniku poważnego kryzysu gospodarczego po pierwszej wojnie światowej nastroje zaczęły się zmieniać. W 1921 roku przewodniczącym NSDAP (Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników, znanej też jako partia nazistowska) został Adolf Hitler. Oskarżał on Żydów o sprawowanie kontroli nad finansami kraju i obarczał ich winą za wszelkie niemieckie kłopoty. Po wyborach parlamentarnych w 1933 roku, w których partia nazistowska uzyskała 17,2 miliona głosów, Hitlerowi jako nowemu kanclerzowi powierzono misję utworzenia rządu koalicyjnego. Objęcie przez niego władzy oznaczało koniec Republiki Weimarskiej i początek nowego bytu politycznego, o którym wkrótce zrobiło się bardzo głośno – Trzeciej Rzeszy.

W swoich radykalnych wystąpieniach Hitler potępiał kapitalizm, jak również wszelkie ruchy rewolucyjne sympatyzujące z bolszewikami, komunistami, marksistami i sowiecką Armią Czerwoną. Już w 1925 roku opublikował swój autobiograficzny manifest Mein Kampf, w którym pisał: „[…] nie należy się dziwić, jeśli nasz naród uzna postać Żyda za wcielenie diabła jako symbolu wszelkiego zła”4, a potem obiecywał, że w ramach „radykalnego rozwiązania” wyeliminuje z niemieckiego społeczeństwa zarówno Żydów, jak i wszelkie inne „niepożądane elementy”.

Hitler ogłosił wprowadzenie „nowego ładu”, mającego naprawić niesprawiedliwości, jakie zdaniem samych Niemców spotkały ich po wojnie. Zachęcał noszących brunatne koszule bojówkarzy NSDAP do prześladowania Żydów, w tym bojkotowania i blokowania ich sklepów. Kibicowała temu zindoktrynowana młodzież z organizacji Hitlerjugend. Z głośników radiowych w całym kraju dobiegały wznoszone w Berlinie okrzyki „Sieg heil!”5. Hitlerowi w dość krótkim czasie udało się spełnić wiele wyborczych obietnic i uzdrowić gospodarkę na tyle, że poparcie dla niego jeszcze wzrosło. Na fali tych sukcesów rząd zaczął wprowadzać prawa wykluczające Żydów z życia politycznego, gospodarczego i społecznego. Palono „zdegenerowane” żydowskie książki, nie-Aryjczyków wyrzucano z uniwersytetów, a wybitnym Żydom przebywającym za granicą – jak na przykład Albertowi Einsteinowi – uniemożliwiono powrót do kraju.

W miarę jak narastał niemiecki antysemityzm, zaczęto profanować synagogi albo je doszczętnie palić. Chodniki miast i miasteczek w Noc Kryształową pokryły się tłuczonym szkłem, a w witrynach żydowskich sklepów namalowano gwiazdy Dawida lub obelżywe hasła. Aryjczyków zachęcano do donoszenia na Żydów, co owocowało atmosferą zdrady i nieufności. Spośród ludzi od lat wiodących szczęśliwe życie obok siebie, których dzieci razem się bawiły, nagle wyłoniono grupę i zaczęto przynależących do niej ludzi opluwać na ulicach, bić lub aresztować. W społeczeństwie zaroiło się od usłużnych donosicieli, chętnie denuncjujących swoich sąsiadów w nadziei na przejęcie ich majątku. Setki domów splądrowano – włamywano się do nich i zabierano, co tylko się dało.

Niemców zachęcano do inspekcji żydowskich mieszkań i zajmowania co atrakcyjniejszych – przez co całe rodziny musiały z dnia na dzień opuścić swoje domostwa. Mówiło się, że nowi mieszkańcy wprowadzali się, „nim ostygł chleb wyjęty z pieca”. Eksmitowanym Żydom zezwalano na zajmowanie mniejszych lokali w najbiedniejszych dzielnicach, tym samym skutecznie ich odcinając od dotychczasowego życia.

Osoby ułomne fizycznie lub chore psychicznie – zarówno Żydów, jak i Aryjczyków – uznawano za „niegodne życia” i poddawano natychmiastowej eutanazji. Pozostała część społeczeństwa nie miała wyboru i musiała się podporządkować narzuconym i bezlitośnie egzekwowanym ustawom norymberskim, których celem było doprowadzenie do alienacji Żydów. U podstawy tych ustaw leżała nazistowska kategoria „naukowego rasizmu” głosząca konieczność zachowania czystości niemieckiej krwi – przyznawały więc one szczególny status osobom „wartościowym rasowo”, a ograniczały podstawowe prawa obywatelskie „Żydów, Cyganów, Murzynów i mieszańców”. „Ustawa o ochronie krwi niemieckiej i niemieckiej czci” uniemożliwiała zawieranie małżeństw mieszanych. Za jakiekolwiek kontakty seksualne pomiędzy Niemcami i Żydami groziły surowe kary, co miało zniechęcać do „hańbienia rasy”.

Żydów pozbawiono obywatelstwa, a ludzi uznanych za jednostki „aspołeczne” lub „szkodliwe”, komunistów, opozycyjnych działaczy politycznych, alkoholików, prostytutki, żebraków i bezdomnych, jak również Świadków Jehowy, którzy odmawiali podporządkowania się władzy Hitlera, aresztowano i osadzano w obozach koncentracyjnych, zwykle zakładanych w dawnych koszarach wojskowych.

Aryjczykom zabroniono zatrudniać Żydów. Coraz bardziej opresyjne prawo wkrótce uniemożliwiło Żydom wykonywanie zawodów prawnika, lekarza i dziennikarza. Żydowskie dzieci mogły chodzić do szkoły tylko do ukończenia czternastu lat. Z czasem zamknięto przed Żydami państwowe szpitale i zakazano im podróży dalej niż trzydzieści kilometrów od domu. Parki, place zabaw, rzeki, baseny, plaże i biblioteki stały się dla Żydów niedostępne. Z pomników wystawionych bohaterom pierwszej wojny światowej wymazano nazwiska żydowskich żołnierzy, choć wielu Żydów walczyło w niej za niemieckiego cesarza.

Wprowadzono kartki m.in. na żywność – dla Żydów przewidziano racje o połowę mniejsze od standardowych. Poza tym mogli robić zakupy tylko w wyznaczonych miejscach, między godziną piętnastą a siedemnastą, kiedy większości świeżych towarów już nie było. Nie-Aryjczykom zakazano wstępu do kin i teatrów oraz podróżowania w pierwszym wagonie tramwaju – mogli wsiadać tylko z tyłu, gdzie często panował straszny tłok i zaduch. Żydzi musieli też oddać władzom wszystkie posiadane radioodbiorniki. Wprowadzono godzinę policyjną między dwudziestą wieczorem a szóstą rano i surowo egzekwowano jej przestrzeganie.

Zmiany te wywołały tak wielki strach, że tysiące Żydów uciekły do Francji, Holandii i Belgii w poszukiwaniu schronienia. Utworzona w 1918 roku Czechosłowacja również stała się popularnym celem dla uchodźców. Miała nie tylko ustalone granice, ale też potężnych sojuszników – między innymi Francję, Wielką Brytanię i Związek Sowiecki. Jak większość czeskich Żydów, rodzina Priski również czuła się tam bezpiecznie.

Jednak w marcu 1938 roku, gdy Europa drżała w posadach, nastąpił anszlus – Hitler przyłączył do Niemiec Austrię, odwołując się do prawa narodów do samostanowienia. Twierdził też, że niemiecka ekspansja terytorialna wynika z braku niezbędnej „przestrzeni życiowej” (Lebensraum). Kilka miesięcy później wszystkim przebywającym w Rzeszy cudzoziemcom cofnięto pozwolenia na zamieszkanie. Polskie władze ogłosiły, że paszporty polskich obywateli zostaną unieważnione, o ile nie wrócą oni do kraju celem odnowienia dokumentów. Naziści wykorzystali to jako pretekst, żeby deportować z Rzeszy około dwunastu tysięcy Żydów polskiego pochodzenia. Odstawiono ich na granicę, a jako że polskie władze nie chciały ich przyjąć, ludzie ci przez dłuższy czas poniewierali się na ziemi niczyjej pomiędzy oboma krajami.

Brytyjski premier Neville Chamberlain, starając się nie dopuścić do wybuchu kolejnej wojny światowej, prowadził negocjacje z Hitlerem. Zakończyły się one podpisaniem we wrześniu 1938 roku układu monachijskiego (przez wielu Czechów nazywanego „zdradą monachijską”). W ramach osiągniętego porozumienia europejskie mocarstwa – bez udziału Czechosłowacji czy ZSRS – pozwoliły Hitlerowi na zajęcie Kraju Sudeckiego, położonego na południowym, zachodnim i północnym obrzeżu Czech i zamieszkałego głównie przez ludność niemieckojęzyczną. W rezultacie Czechosłowacja utraciła strategiczne granice.

W listopadzie 1938 roku Herszel Grynszpan, rozgoryczony nastoletni Żyd polskiego pochodzenia, którego rodzinę wypędzono z Niemiec, dokonał zamachu na niemieckiego dyplomatę w Paryżu. W ramach akcji odwetowej kierownictwo NSDAP zainicjowało Reichspogromnacht, znaną też jakoKristallnacht, czyli Noc Kryształową (od tłuczonego szkła, które posypało się na ulice). W ciągu jednej nocy kilka tysięcy żydowskich domów, sklepów i synagog w Niemczech zdemolowano, zamordowano ponad dziewięćdziesiąt osób, a trzydzieści tysięcy aresztowano i wysłano do obozów. W następnych miesiącach hitlerowcy wywoływali kolejne antysemickie zamieszki. W marcu 1939 roku na zaproszenie Führera do Berlina przyjechał wielebny Jozef Tiso (katolicki ksiądz i świeżo zdymisjonowany premier autonomicznej Słowacji). Zaraz potem do niemieckiej stolicy przybył też Emil Hácha (prezydent Czechosłowacji). Hitler każdemu z nich przedstawił ultimatum: albo powierzą swój kraj „opiece” Rzeszy (która miała ich bronić przed roszczeniami terytorialnymi ze strony Węgier), albo padną ofiarą niemieckiej inwazji.

Tiso niemal natychmiast przystał na żądania Hitlera, a następnie został wybrany premierem marionetkowej, choć formalnie niezależnej Pierwszej Republiki Słowackiej, której odtąd nie groził już atak ze strony Rzeszy. Dzień później sześćdziesięciosześcioletni prezydent Hácha, który podczas spotkania w Berlinie prawdopodobnie przeżył zawał, przystał w końcu na niemieckie warunki, choć wywołało to w jego kraju sprzeciw. Piętnastego marca 1939 roku niemieckie oddziały weszły na czeskie ziemie i ustanowiły tam Protektorat Czech i Moraw. Pół roku później Hitler zaatakował Polskę. Kilkanaście dni po niemieckiej agresji na polskie tereny od wschodu wkroczył Związek Sowiecki, wypełniając tym samym ustalenia tajnego paktu z Niemcami. Francja i Wielka Brytania wypowiedziały wojnę Trzeciej Rzeszy. Życie mieszkańców Europy już nigdy nie miało być takie jak wcześniej.

W państwach zajętych przez Rzeszę Żydzi z dnia na dzień utracili niemal wszystkie prawa obywatelskie. Na wielu budynkach użyteczności publicznej pojawiły się napisy „Juden nicht zugänglich”6. Czasem pisano: „Psom i Żydom wstęp wzbroniony”. Gdy Żydzi dowiedzieli się o strasznym losie swoich pobratymców w Niemczech, Austrii i Polsce, zaczęli oblegać ambasady i błagać o wizy – odprawiano ich jednak z kwitkiem. Widząc przed sobą straszną przyszłość, przed którą nie było ucieczki, niektórzy popełnili samobójstwo.

Priska, tak jak cała jej rodzina, nie miała wyboru – musiała się podporządkować nowej władzy i kolejnym wprowadzanym przez nią zarządzeniom. Najbardziej bolesne były drobiazgi. Nie zajeżdżał już po nią profesor, który dawniej zabierał ją na tańce. Ludzie, którzy niegdyś pierwsi kłaniali jej się na ulicy, teraz w ogóle przestali się z nią witać albo odwracali wzrok, gdy ją mijali. „Było ogromnie dużo różnych nieprzyjemności, ale jeśli się chciało przeżyć, trzeba było na to wszystko się godzić” – tłumaczyła Priska. Niektórzy z dawnych znajomych okazali się bardziej lojalni – należała do nich Gizka oraz jeszcze jedna koleżanka z klasy, której rodzina prowadziła gospodarstwo rolne i wciąż zaopatrywała rodzinę Ronów w świeże mleko. Zdarzało się też, że ludzie specjalnie szukali okazji, żeby się przywitać ze znajomymi Żydami i zaproponować im wszelką możliwą pomoc.

Gdy pojawiły się pogłoski, że będą przymusowe przesiedlenia, Żydzi zaczęli gromadzić zapasy żywności i innych dóbr. Kosztowności zakopywali lub prosili przyjaciół o ich ukrycie, choć przyłapanym na takim postępowaniu groziła surowa kara. Kto tylko mógł, uciekał do Brytyjskiego Mandatu Palestyny z nadzieją, że w przyszłości powstanie tam państwo syjonistyczne. Tak zrobił między innymi Bandi, brat Priski – pojechał sam w 1939 roku, twierdząc, że nieszczęście wisi w powietrzu. Ówczesny narzeczony Priski wyjechał do Belgii, a stamtąd do Chile, ale ani słowem jej wcześniej nie wspomniał o swoich planach. Był to młody chłopak z bogatej rodziny. Dopiero co się zaręczyli (małżeństwo było aranżowane), a on nagle po prostu zniknął.

Pozostali członkowie rodziny Priski robili, co mogli, żeby jakoś przeżyć. Jej siostra Anička w 1932 roku wyszła za mąż w nadziei, że w ten sposób uwolni się od perspektywy dożywotniej służby w rodzinnej kawiarni. Urodziła synka o imieniu Otto, małżeństwo jednak nie przetrwało. Po rozwodzie Anna zmieniła imię i nazwisko na bardziej aryjskie – Helena Hrubá – i znalazła pracę w innej kawiarni. Brat Priski Janko, który wcześniej uczył się na elektrotechnika, został wcielony do żydowskiego batalionu pracy jako „robotnik Żyd”. Nosił charakterystyczny niebieski strój i wykonywał najgorszą, najbrudniejszą robotę. Boežka, która miała już ponad trzydzieści lat, lecz nie wyszła jeszcze za mąż, została w domu i szyła ubrania dla rodziny i przyjaciół.

Priska, która zawsze była dumna ze swojego żydowskiego nosa (żartobliwie nazywała go „śliczną trąbką”), z radością nosiła stroje uszyte przez siostrę, dzięki którym czuła się mniej wyobcowana ze społeczeństwa. „Nigdy nie byłam pięknością, zawsze jednak starałam się ładnie wyglądać” – opowiadała. „Mieszkańcy naszego miasta powszechnie mnie szanowali, jako że należałam do poważanej rodziny prowadzącej kawiarnię”.

Wkrótce jednak i to miało się skończyć. W 1940 roku rodzicom Priski zakazano prowadzenia kawiarni, na której renomę pracowali przez ponad szesnaście lat. Nie byli specjalnie wykształceni i nie mieli innych szczególnych talentów, nie potrafili więc się w tej sytuacji odnaleźć. „Stracili wszystko” – wspominała Priska. „To byli dobrzy ludzie”. Aryjski Treuhänder, któremu władze powierzyły opiekę nad kawiarnią, nieoczekiwanie okazał się dla Priski bardzo miły i wyraził uznanie dla jej talentu do języków (znała angielski, francuski, węgierski i niemiecki). „Moją znajomość języków obcych uważano wówczas za rzecz cenną i bardzo wartościową” – mówiła.

Pozbawiona miejsca pracy rodzina Priski postanowiła przenieść się do Bratysławy – nowej stolicy państwa słowackiego, położonej nad Dunajem. Dołączył do nich dziadek Priski David Friedman, który uciekł ze Stropkowa, gdzie odebrano mu karczmę. Udało im się zachować niewielką sumę pieniędzy i mieli nadzieję, że w wielkim mieście będzie im łatwiej nie zwracać na siebie uwagi – nie mylili się. W 1939 roku w Bratysławie mieszkało około piętnastu tysięcy Żydów, co stanowiło dwanaście procent populacji miasta. Społeczność żydowska była dobrze zasymilowana i nie spotykała się ze zbyt wieloma oznakami antysemityzmu.

Choć pod protektoratem nazistowskim wszystko się na Słowacji zmieniło, rodzinie Priski udało się znaleźć mieszkanie przy ulicy Špitálskiej. Priska dawała prywatne lekcje, dzięki czemu mogła znów uczestniczyć w życiu kawiarnianym, jakie znała od dawna. Najbardziej lubiła kawiarnię Astorka, gdzie zbierali się przedstawiciele inteligencji – konwersowała z nimi w różnych językach. To właśnie tam pewnego dnia w październiku 1940 roku zauważyła szczupłego mężczyznę z wąsem. Siedział przy stoliku obok i dyskutował z jej znajomymi.

„Prowadził ożywioną, poważną rozmowę z moją przyjaciółką Mimi, aptekarką. Nagle ona wstała i do mnie podeszła. Powiedziała, że mu się podobam” – wspominała Priska. Wówczas jej śmiały adorator też do niej podszedł i się przedstawił. Tibor Löwenbein był dziennikarzem, znał doskonale niemiecki i francuski. Pochodził z miasteczka Púchov w północno-zachodniej Słowacji, z rodziny polskich Żydów. Priska utrzymywała, że podczas tego pierwszego spotkania był lekko wstawiony, a ona mu powiedziała, że nie lubi pijących mężczyzn. Tibor tak bardzo chciał zrobić na niej dobre wrażenie, że obiecał jej, że już nie tknie alkoholu. I słowa dotrzymał!

Palił za to fajkę, miał ich zresztą całą kolekcję – czterdzieści sztuk. Priska nie mogła ich dotykać. Był przystojnym mężczyzną i bardzo starannie się ubierał (miał też czterdzieści koszul). Jako ambitny młody autor często coś zapisywał w notesikach, które wszędzie ze sobą nosił. Zbierał też znaczki, choć Priska zawsze żartowała, że gdy ją spotkał, stracił serce dla pozostałych zainteresowań.

Tibor był jedynym dzieckiem Heinricha Löwenbeina i jego żony Berty. Jego ojciec prowadził małe gospodarstwo rolne, Tibor jednak pragnął od życia czegoś więcej, wyjechał więc do Bratysławy i zatrudnił się w gazecie „Allgemeine Jüdische Zeitung”. Publikował w niej teksty o sporcie i polityce lokalnej. Napisał też niewielką książeczkę na temat pełnej asymilacji Żydów w społeczeństwie słowackim, zatytułowaną Slovensko-Židovské hnutie a jeho poslanie (Ruch słowacko-żydowski i jego misja).

Tibor Löwenbein – mąż Priski, dziennikarz i pisarz

Gdy wskutek wprowadzenia ustaw norymberskich stracił pracę w gazecie, pewien miły Grek, właściciel Banku Dunajskiego w Bratysławie, zaproponował mu posadę urzędnika. Tibor był człowiekiem bardzo zadbanym i kulturalnym, szatynem o jasnej cerze. Nie wyglądał na Żyda, co – jak podkreślała Priska – miało wówczas ogromne znaczenie. W banku cieszył się tak doskonałą opinią, że zaczęto go wysyłać w podróże służbowe do Pragi i Brna, choć formalnie przepisy nie pozwalały Żydom na takie wyjazdy. Jego pracodawca miał jednak znakomite kontakty, Tibor mógł więc sobie pozwolić niemal na wszystko. Jako dziennikarz znał mnóstwo ludzi, którzy zawsze traktowali go bardzo uprzejmie i równie dużym szacunkiem darzyli piękną młodą damę u jego boku.

Co dzień rano po drodze do pracy Tibor odprowadzał Priskę do kawiarni Astorka, gdzie ona zamawiała kawę i ciastko. Gdy wychodził, zawsze się zatrzymywał i jej salutował, co za każdym razem ją bawiło. Wieczorem, gdy wracał z pracy, przechadzali się nad Dunajem, podobnie jak wiele innych zakochanych par. Słuchali melodii wygrywanych przez ulicznych muzykantów i patrzyli na odbicie księżyca w lekko falującej wodzie, po której z wolna sunęły barki, statki rzeczne i promy.

Przez pierwszych sześć miesięcy narzeczeństwa Tibor codziennie pisał do niej listy rozpoczynające się słowami „Pirečka Zlatičko” („Pireczko, moje złotko”). Ona zwracała się do niego „Tiborko” lub „Tibko”. Zachowała każdy list – niektóre były dość krótkie, ale wszystkie emanowały ciepłymi uczuciami. Przetrwały wojnę niemal w komplecie. W jednym z nich, opatrzonym datą 10 marca 1941 roku, Priska pisała:

Tibko, jestem taka szczęśliwa, gdy otrzymuję Twoje listy, zwłaszcza te dłuższe. […] Muszę Ci szybko przekazać wspaniałą wiadomość! Otóż od czwartku mam wolne – będziemy więc mogli się widywać przez cztery kolejne dni. Jakiż to luksus, gdy wciąż brakuje nam czasu dla siebie. […] Pytałeś, co sądzę o Twoich listach. Są cudowne. Zadziwia mnie, że tak poważny człowiek jak Ty – ostatnio też pełen pesymizmu i mrocznie oceniający bieżącą sytuację – potrafi tak cudownie pisać. […] Dużo o Tobie myślę. Wiem, że znajdujesz ukojenie w książkach. Trochę im zazdroszczę, że zajmują w Twoim życiu tak znaczące miejsce, podczas gdy ja jestem daleko – ale obiecuję, że to przejściowe. Proszę, pozdrów ode mnie swoje książki, które tak znakomicie dotrzymują Ci towarzystwa pod moją nieobecność. Posyłam milion pocałunków, Twoja Pira.

W odpowiedzi, datowanej na 12 marca, Tibor pisał:

Pirečka Zlatičko, z wielką radością przeczytałem Twój list. Co za szczęście! W tej strasznej codzienności Twoje słowa są jak promień słońca przebijający ciemne chmury. Próbuję wyrazić swoją radość i Ci podziękować. […] Najpewniej i tak nie zdołam zrobić tego należycie […]! Czekam na spotkanie z Tobą u mnie jutro o 16.30, a gdy tak rozmyślam o tej radosnej chwili, od razu nachodzą mnie też myśli o tym, jak los sobie z nami pogrywa. Przyszło mi to do głowy, gdy zdałem sobie sprawę, że mija właśnie pięć miesięcy od naszego pierwszego spotkania, a my nie możemy się zobaczyć. Muszę więc zachować słowa, które chciałbym Ci teraz powiedzieć, na popołudnie, gdy wreszcie Cię zobaczę. […] Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu wezmę Cię w ramiona. […] Do zobaczenia jutro, kochana, […] a tymczasem przesyłam mnóstwo pocałunków. Twój Tibor.

Ślub Priski i Tibora w synagodze w Bratysławie, 1941 r.

Priska i Tibor wzięli ślub w sobotę 21 czerwca 1941 roku w Bratysławie, we wzniesionej w stylu mauretańskim synagodze o dwóch wieżach. Kiedy dwudziestopięcioletnia panna młoda podpisywała ketubę (prawny kontrakt małżeński), miała na sobie długi biały płaszcz, biały toczek, perły, białe buty oraz wzorzystą sukienkę. W dłoni trzymała pęk białych mieczyków. Dwudziestosiedmioletni pan młody na tę okazję włożył kapelusz i elegancki garnitur z modnymi wówczas luźnymi spodniami.

Państwo Ronowie (którzy podkreślali, że trafił im się idealny zięć) udzielili młodej parze błogosławieństwa, szczęśliwi, że jest powód do świętowania. Rodzice Tibora nie przyjechali na ślub. Kilka miesięcy wcześniej jego ojciec popełnił samobójstwo w swoim gospodarstwie w pobliżu miasteczka Púchov, matka Tibora została więc sama. Zrozpaczony syn pojechał na jakiś czas do domu, żeby przy niej być, potem jednak musiał wrócić do Bratysławy, w przeciwnym razie groziło mu aresztowanie za opuszczenia miejsca zamieszkania bez pozwolenia. Priska i jej rodzice stali się dla niego nową rodziną.

Był to szczęśliwy związek, małżonkowie stanowili dobraną parę. „Ani razu się nie kłóciliśmy” – opowiadała Priska, która opisywała męża w samych superlatywach (podobało jej się również to, że mówił poprawnie po słowacku; wiele osób kaleczyło ten język, mieszając go z niemieckim lub węgierskim). „Był dla mnie cudowny, bardzo podziwiał moją znajomość języków. Mój Tiborko zostawił mi piękne wspomnienia. Nie można sobie wymarzyć lepszego męża”.

Ich szczęście kwitło w cieniu toczącej się wojny. W dzień po ich ślubie hitlerowskie Niemcy najechały Związek Sowiecki, rozpoczynając operację Barbarossa, której celem było zdobycie nowych terytoriów. Jednak Priska i Tibor – całkowicie nieprzygotowani na nadchodzące wydarzenia – wciąż mieli nadzieję, że wszystko się dobrze skończy. Wprowadzili się do mieszkania w kamienicy numer 7 przy Bramie Rybackiej 7, tuż przy miejskim rynku, noszącym wówczas nazwę Hitlerovo námestie (obecnie jest to Hlavné námestie). Pomimo czyhających na nich zagrożeń czuli się bardzo szczęśliwi. Bez względu na okoliczności Priska chciała, aby jak najszybciej byli rodziną. Od razu zaszła w ciążę, co ich oboje ogromnie ucieszyło. Teraz Tibor jeszcze bardziej niż wcześniej doceniał fakt posiadania stałego dochodu. Udało mu się zachować posadę nawet we wrześniu 1941 roku, gdy słowackich Żydów objęto niemal trzystoma nowymi przepisami narzuconego przez Niemców „kodeksu żydowskiego”.

Kodeks ten zawierał oficjalną definicję Żyda według kategorii rasowych i przywracał pradawny obowiązek noszenia przez ludność żydowską upokarzających oznaczeń – istniał on już od IX wieku w rejonach tak odległych geograficznie jak Bagdad czy Anglia. Osoby pochodzenia żydowskiego we wszystkich dokumentach tożsamości musiały mieć wbity stempel z literą „J” – od niemieckiego „Jude”. Kazano im też zakupić kawałki materiału z gwiazdą Dawida (wycięte z ogromnych bel drukowanej tkaniny, którą produkowano w tych samych zakładach, gdzie dawniej pracowali Żydzi) i naszyć je na okryciu wierzchnim, z przodu na piersi, po lewej stronie (w innych miejscach w Europie wprowadzano podobne zarządzenia, np. naszywki należało umieszczać również na plecach albo nosić opaski na ramieniu).

Od chwili gdy łatwiej było rozpoznać osoby narodowości żydowskiej, nasiliły się ich prześladowania. Nie dość, że wciąż demolowano i plądrowano ich sklepy i lokale, to jeszcze gdy opuszczali domowe zacisze, wielokrotnie ich atakowano. Wielu znajomych Priski i Tibora płaciło wielkie sumy za fałszywe dokumenty – ogromnie przy tym ryzykowali, bowiem konsekwencje zdemaskowania były nieprzewidywalne. Pracodawca Tibora zdołał załatwić zwolnienie go od obowiązku noszenia gwiazdy i od wielu innych nakazów, Priska jednak nie miała tego rodzaju ochrony. Za każdym razem, gdy wychodzili z domu po godzinie policyjnej lub odwiedzali miejsca, do których Żydzi mieli zakaz wstępu, musiała tak trzymać torebkę lub odchylać kołnierz płaszcza, żeby nikt nie mógł dostrzec gwiazdy.

Później wprowadzono nowe obostrzenia i nakazano Żydom opuścić centrum Bratysławy i przenieść się na biedniejsze przedmieścia. Prisce udało się znaleźć pracę nauczycielki w szkole podstawowej w miasteczku Pezinok, dwadzieścia kilometrów od stolicy. Tibor codziennie dojeżdżał stamtąd do Bratysławy; wychodził z domu o szóstej rano. „Bardzo lubił swoją pracę, a poza tym musiał zarabiać, bo przecież spodziewaliśmy się dziecka” – tłumaczyła Priska. Jej najbliższa rodzina – rodzice, dziadek i siostra Boežka – została w Bratysławie. Przeniosła się do mieszkania usytuowanego nad Dunajem, gdzie Boežka dalej zajmowała się krawiectwem. Wciąż udawało im się jakoś żyć i nie tracić nadziei.

Priska uczyła w podstawówce do czasu, gdy władze ogłosiły, że nie-Aryjczykom nie wolno uczyć aryjskich dzieci w szkołach publicznych. Twierdziła jednak, że miała dużo szczęścia, bo gdy tylko pożegnała się ze swoimi uczniami, pewien Anglik prowadzący w okolicy szkołę językową zaproponował jej pracę, dzięki czemu zaczęła zarabiać nawet więcej niż przedtem. „Miałam sporo możliwości. Wciąż przychodziło do mnie wielu uczniów na lekcje domowe, tak jakby nic się nie zmieniło. Nie było powodów, żeby się skarżyć. Płacono mi, więc nie brakowało pieniędzy na życie” – opowiadała Priska.

Ponieważ bardzo chciała pomóc innym rodzinom, które nie miały tyle szczęścia co ona, wielu spośród swoich byłych uczniów uczyła za darmo. Przerabiała z nimi niemiecką, francuską i angielską klasykę.

Aż pewnego dnia poroniła.

Priska i Tibor pogrążyli się w cichej żałobie. W tym czasie życie codzienne stopniowo stawało się trudniejsze. Naziści coraz bardziej zaostrzali przepisy. Władze nakazały Żydom zinwentaryzować posiadane przez nich srebra, dzieła sztuki, biżuterię i inne dobra, a następnie dostarczyć je do miejscowych banków – tam wszystko im skonfiskowano. Potem kazano im oddać futra i lepszą odzież zimową. Zabroniono Żydom trzymania w domu zwierząt, musieli więc oddać do wyznaczonych punktów swoje psy, koty, króliki i ptaki – nigdy więcej ich nie zobaczyli.

Republika Słowacka pod rządami księdza Tiso stała się jednym z pierwszych państw Osi, w których SS przeprowadzała Aktionen, czyli masowe deportacje Żydów do nowych „miejsc przesiedlenia” lub obozów pracy, gdzie mieli oni wspierać działania wojenne Niemców na froncie wschodnim. Proniemiecki rząd zgodził się zapłacić Rzeszy pięćset marek za każdego wywiezionego z kraju Żyda. Naziści zagwarantowali, że przesiedlone „pasożyty” z pewnością już nie wrócą ani nie upomną się o majątek pozostawiony w ojczyźnie. W tak przytłaczającej atmosferze słowaccy gwardziści i inni funkcjonariusze państwowi transportowali dziesiątki tysięcy osób do przejściowych obozów pracy na Słowacji – przede wszystkim w miejscowościach Sered’, Vyhne i Nováky.

W nowo utworzonych obozach przetrzymywano kilka tysięcy więźniów, którzy pracowali przy produkcji artykułów na potrzeby walczącej niemieckiej armii. Około pięćdziesięciu ośmiu tysięcy osób wysłano „transportami na wschód” (Osttransporten) do obozów pracy przymusowej zorganizowanych w pobliżu fabryk zbrojeniowych w okupowanej Polsce, gdzie więźniowie mieli pracować w zamian za mieszkanie i wyżywienie. Niektórym obiecywano pracę przy zbiorach lub zakładaniu nowych kolonii żydowskich.

Bezradni, pozbawieni jakiejkolwiek pomocy słowaccy Żydzi z rezygnacją czekali na przyszłość, która rysowała się coraz bardziej ponuro. Spodziewali się surowych warunków mieszkaniowych i wszelkiego niedostatku, modlili się, żeby po zakończeniu wojny życie wróciło do normy. Z osobami wysyłanymi w transportach często jechały na ochotnika całe rodziny, sądząc, że niezależnie od okoliczności lepiej pozostać razem. Ci, którzy nie decydowali się dołączyć do swoich bliskich, obiecywali posyłać im pieniądze, listy i paczki, przekonani, że przesyłki dotrą do adresatów.

W marcu 1942 roku (mniej więcej w tym czasie narodziłoby się pierwsze dziecko Priski i Tibora – od ich ślubu mijało właśnie dziewięć miesięcy) Priska dowiedziała się, że jej starszą siostrę Boežkę zgarnięto podczas jednej z „akcji”, których celem było przekazanie Niemcom za zgodą słowackich władz tysiąca zdrowych niezamężnych kobiet. Na tę wieść w pośpiechu ruszyła na stację kolejową w Bratysławie, żeby ratować siostrę – narażała przy tym własne życie. Na miejscu zobaczyła zatłoczony pociąg pasażerski niemal gotowy do odjazdu, lecz pośród morza przerażonych, oszołomionych twarzy nie mogła dostrzec siostry. „Nie znałam żadnego z gwardzistów, błagałam ich jednak, żeby wypuścili moją siostrę. Zaczęli na mnie wrzeszczeć: »Jak niezamężna, to niech wsiada! A jak mężatka, niech idzie do domu!«. Myślałam, że zostawią mnie tam na stacji, ale tak się nie stało”.

Noszący charakterystyczne czarne mundury funkcjonariusze słowackiej Gwardii Hlinkowej siali wówczas postrach (wielu z nich zostało przeszkolonych przez SS). Priska została aresztowana i spędziła noc za kratami. Zrozpaczony Tibor nie wiedział, co się z nią stało, dopiero rano otrzymał wiadomość, że ma odebrać żonę, która zakłócała porządek. Udał się na komisariat i przekonał funkcjonariuszy, żeby wypuścili jego żonę bez wymierzania dodatkowej kary, był jednak tak zdenerwowany podjętym przez nią ryzykiem, że się do niej w ogóle nie odzywał – choć tylko przez pół dnia, ponieważ Priska z kolei rozpaczała, iż nie udało jej się ocalić ukochanej siostry.

Niedługo potem ponownie zaszła w ciążę. Choć świat dookoła nich stopniowo się rozpadał, znów z wielką radością przyjęli tę wiadomość. Żadne z nich nie miało świadomości, jakie grozi im niebezpieczeństwo. W kolejnych tygodniach władze organizowały niespodziewane naloty na żydowskie domy – zabierano ludzi, po tysiąc osób naraz, do transportów. Któregoś dnia rodzice Priski usłyszeli na korytarzu dudniące kroki funkcjonariuszy i wyskoczyli przez okno, dzięki czemu udało im się uciec.

Siedemnastego lipca 1942 roku nie mieli już tyle szczęścia. Bezbronni wobec państwowej tyranii decydującej o ludzkim życiu i śmierci państwo Ronowie, oboje wówczas pięćdziesięciokilkuletni, nagle zostali zabrani, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia. Priska dowiedziała się o ich zniknięciu, gdy było już za późno. Nie mogła nawet się z nimi pożegnać. Podobnie jak w przypadku Boežki, nie była w stanie ich uratować. Nie udało jej się też ocalić kolejnej ciąży – wkrótce znów poroniła. „Czułam, że i ja powinnam jechać »na wschód«” – opowiadała. „Nic nie miało już dla mnie znaczenia”.

Tibor dowiedział się, że jego matkę Bertę również zabrano z domu w okolicach miejscowości Púchov do obozu na Śląsku. Była samotną kobietą w podeszłym wieku. Tibor podejrzewał, że właśnie został sierotą. Od przyjaciół z dzieciństwa (między innymi od Gizki) Priska dowiedziała się, że w Złotych Morawcach również nie zostało zbyt wielu Żydów – zniknęło wielu jej przyjaciół i krewnych.

Nie miało już dla niej szczególnego znaczenia, że rodzice zdołali przekazać Gizce na przechowanie najcenniejsze rzeczy. Jej najlepsza przyjaciółka, której pomagała w szkole średniej, narażała życie, ukrywając przedmioty należące do rodziny Ronów. Teraz jednak, gdy rodziców i siostrę zabrano w nieznane, Priska zastanawiała się, na co miałyby się przydać po wojnie rodzinne srebra czy porcelana, skoro nie będzie już komu zasiąść do szabasowego stołu.

Przyjaciele goje pomogli jej siostrze Annie uciec we względnie bezpieczny rejon Tatr Wysokich. Pod przybranym nazwiskiem pracowała tam jako kelnerka. Zamieszkała u wujka (brata matki), lekarza. Doktor Gejza Friedman (pulmonolog pracujący w sanatorium dla chorych na gruźlicę) przyjął też pod swój dach osiemdziesięciotrzyletniego Davida Friedmana (swojego ojca, czyli dziadka Priski), który został sam, gdy zabrano państwa Ronów. Jedenastoletniego syna Anny o imieniu Otto ukrywały katolickie zakonnice. Bandi, najstarszy brat Priski, znalazł bezpieczne schronienie w Brytyjskim Mandacie Palestyny. Najmłodszy brat Janko uciekł z żydowskiego batalionu pracy i przyłączył się do partyzantów walczących z gwardzistami Hlinki i podejmujących inne akcje wymierzone przeciw proniemieckim władzom. Od wielu miesięcy nie mieli od niego żadnych wiadomości.

Priska przypomniała sobie o swojej dawnej fascynacji chrześcijaństwem i przyjęła chrzest w Kościele ewangelickim w nadziei, że to ją ocali. Tibor, którego wychowano w bardziej ortodoksyjnej wierze, powątpiewał w sens tego ruchu. Oboje nadal podtrzymywali podstawowe żydowskie tradycje. Pomimo otaczającej ich atmosfery ogromnej niepewności – a może właśnie z jej powodu – Priska znów zaszła w ciążę, jednak kolejny raz poroniła.

Działający w podziemiu przedstawiciele żydowskiej elity politycznej i religijnej założyli w Bratysławie organizację o nazwie Grupa Robocza. Podejrzewając, że większość z pięćdziesięciu ośmiu tysięcy Żydów deportowanych ze Słowacji (w tym siedem tysięcy dzieci) spotkała śmierć, członkowie grupy oponowali przeciw polityce proniemieckiego rządu.

Jesienią 1942 roku słowackie władze zarządziły wstrzymanie transportów i przez kolejne dwa lata odmawiały deportacji dwudziestu czterech tysięcy Żydów wciąż jeszcze pozostających w kraju. Przez ten czas byli więc oni względnie bezpieczni. Grupa Robocza robiła, co tylko mogła, żeby ocalić słowackich Żydów. Przekupywano w tym celu osoby na najwyższych szczeblach władzy państwowej. Prowadzono nawet bezpośrednie negocjacje z SS i z samym Hauptsturmführerem Dieterem Wislicenym, który pełnił funkcję doradcy do spraw żydowskich rządu słowackiego. W ramach tak zwanego „planu Europa” oferowano mu łapówkę w złocie o wartości milionów marek. Negocjacje jednak utknęły w martwym punkcie, gdy Wisliceny’ego przeniesiono na inne tereny. W międzyczasie jednak udało się wywalczyć złagodzenie przepisów wymierzonych przeciwko Żydom oraz osłabić prześladowania. Wciąż jednak utrzymywało się poczucie stałego zagrożenia.

Dzięki posadzie Tibora i lekcjom Priski para zdołała wrócić do Bratysławy. Wprowadzili się do mieszkania przy ulicy Edlovej. Choć żywność była reglamentowana, a do tego obowiązywały ich ścisłe ograniczenia dotyczące miejsc i godzin zakupów, to i tak w porównaniu z tysiącami mieszkańców Europy nie najgorzej się odżywiali. Gdy Priska nabierała ochoty na słodycze, zamawiali na spółkę ciastko w swoim nowym ulubionym lokalu – założonej w 1904 roku kawiarni Štefánka.

Podobnie jak większość ich znajomych – zarówno Żydów, jak i gojów – starali się nie martwić za bardzo przyszłością. Żyli nadzieją, że wojna szybko się skończy. W 1943 roku wydawało się, że szala przechyla się na stronę aliantów. Przez nieliczne nieskonfiskowane jeszcze radia docierały wiadomości, że w Polsce doszło do kilku udanych powstań i że Armia Czerwona pomału zaczyna odnosić sukcesy. Po morderczej pięciomiesięcznej kampanii Niemcy przegrali bitwę o Stalingrad. Alianci zdobyli Libię i zmusili Afrika Korps do kapitulacji. Włochy wypowiedziały wojnę Niemcom, a z Berlina zaczęto ewakuować cywilów. Czy rzeczywiście widać już koniec gehenny, czy sytuacja jeszcze się pogorszy? – zastanawiali się mieszkańcy Bratysławy.

Priska i Tibor w Bratysławie, 1943 r.

Nikt tego nie wiedział. Żydzi nie mieli też pojęcia, co się stało z ich bliskimi, którzy nie przesyłali im żadnych wiadomości. Od kilku miesięcy po mieście krążyły pogłoski na temat obozów, jako że raz na jakiś czas z niektórych transportów dochodziły jakieś wieści. Mówiło się, że ludzie umierają tam z powodu katorżniczego wysiłku i głodu lub są brutalnie zabijani. W 1942 roku w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych zaczęły się pojawiać pierwsze doniesienia prasowe na temat metodycznej eksterminacji ludności żydowskiej. Z relacji tych biła groza. Informacje na ten temat stały się szerzej znane, gdy w kwietniu 1944 roku dwóch słowackich więźniów – Rudolf Vrba i Alfréd Wetzler – uciekło z obozu w południowej Polsce, o którym nikt wcześniej nie słyszał. Zbiegowie opowiadali o masowych mordach w komorach gazowych oraz o krematoriach. Ich szczegółowy raport na temat Auschwitz-Birkenau, z ilustracjami przedstawiającymi topografię obozu, przez dłuższy czas nie był powszechnie dostępny, zresztą i tak wiele osób nie dawało mu wiary – ale od czasu, gdy się pojawił, ludzie byli bardziej podejrzliwi i robili wszystko, aby nie trafić do transportu.

Priska i Tibor nie uwierzyli w te historie, wydawały im się one naciągane i zbyt nieprawdopodobne. Pośród ich znajomych przeważało przekonanie, że takie opowieści są albo wymysłami oszalałych więźniów albo mocno przesadzoną antyniemiecką propagandą. Pomimo tego, że wiele przeszli, nie mieściło im się w głowie, że Hitler mówił poważnie, gdy obiecywał, że wytępi wszystkich ludzi o niepożądanym pochodzeniu etnicznym, żeby zrobić miejsce dla rasy panów. Niemcy należeli przecież do najbardziej cywilizowanych i kulturalnych narodów świata. Naród, który wydał Bacha i Goethego, Mozarta i Beethovena, Einsteina, Nietzschego i Dürera, nie mógł przecież realizować tak potwornego planu.

Wierząc w rychłe zakończenie wojny, której sens trudno im było uchwycić, Priska i Tibor starali się żyć dalej najlepiej jak umieli. W połowie czerwca 1944 roku, na tydzień przed trzecią rocznicą swojego ślubu, postanowili jeszcze raz zacząć starania o dziecko. Dwa miesiące później względny spokój, który otaczał ich przez dwa lata, nagle się skończył, wybuchło bowiem słowackie powstanie narodowe. Tysiące partyzantów (a wśród nich Janko, brat Priski) i zwykłych obywateli wystąpiło zbrojnie przeciwko proniemieckiej władzy. Za wszelką cenę chcieli oni zniszczyć faszystowski reżim, który nimi rządził.

Gwałtowna rebelia wybuchła 29 sierpnia 1944 roku w Niżnych Tatrach i szybko się rozprzestrzeniała. Dwa miesiące później Niemcy przysłali posiłki, aby pomóc w tłumieniu powstania. Zginęły tysiące osób. Potem wszystko się zmieniło. Przybyli niemieccy żołnierze siali terror. Kierowali nimi funkcjonariusze gestapo chcący zaprowadzić porządek w kraju, który ośmielił się przeciwstawić Führerowi. Jednym z pierwszych zadań tajnej policji było nakłonienie prezydenta Tiso, żeby wznowił transporty słowackich Żydów. Tysiące ludzi przerażonych taką perspektywą ukrywało się lub uciekało na Węgry i do innych krajów w poszukiwaniu schronienia.

Priska i jej mąż próbowali z optymizmem patrzeć w przyszłość, mimo że wywózka stawała się coraz bardziej prawdopodobna. Postanowili zostać w Bratysławie, gdzie przecież tak długo unikali aresztowania. Każdy dzień, który udało im się przeżyć, był dla nich darem – zwłaszcza że kolejne tygodnie przynosiły coraz więcej dobrych wiadomości ze świata. Wyzwolono już Paryż, a zaraz potem kluczowe porty we Francji i Belgii. Alianci zaczęli przeprowadzać desanty spadochronowe na Holandię. Niemcy chyba już wkrótce skapitulują?

We wtorek 26 września 1944 roku Tibor świętował z żoną swoje trzydzieste urodziny. Akurat wypadły one w Jom Kippur – największe żydowskie święto, zwane „szabatem szabatów”. Jest to judaistyczny Dzień Pojednania, podczas którego ortodoksyjnych Żydów obowiązuje dwudziestopięciogodzinny post. Zgodnie z tradycją Priska i Tibor dokładnie umyli ręce, po czym zasiedli do skromnego posiłku przyrządzonego z dostępnych artykułów żywnościowych. Świętowali nie tylko jego urodziny, ale też nowe życie, które Priska nosiła pod sercem od ponad dwóch miesięcy. Modlili się, żeby to czwarte dziecko zdołało przyjść na świat.

Dwa dni później wszystkie ich nadzieje na szczęśliwe życie nagle się rozprysły. Do ich mieszkania wtargnęło trzech funkcjonariuszy Freiwillige Schutzstaffel (wzorowanej na SS ochotniczej formacji paramilitarnej składającej się głównie ze słowackich Niemców). Kazali im spakować się w dwie małe walizki, które razem nie mogły ważyć więcej niż pięćdziesiąt kilogramów.

„Byli okropni” – opowiadała Priska. „Zachowywali się arogancko. Prawie się nie odzywali. Ja też nic nie mówiłam. Umiałam już zachować spokój w obliczu przeciwności losu. Nie robiłam awantur.

W ten piękny jesienny dzień Priska i Tibor Löwenbeinowie zostali rankiem wyciągnięci z domu i zapakowani na tył dużej czarnej furgonetki (słowacki rząd operacja ta kosztowała tysiąc niemieckich marek). W domu zostawili kolekcję znaczków Tibora, jego fajki, koszule, regały pełne książek i cenne notatniki z zapiskami z wielu lat.

Na początku zawieziono ich do wielkiej synagogi przy ulicy Heydukovej. Wraz setkami innych osób przez wiele godzin siedzieli tam na podłodze lub na swoich bagażach i czekali, cały czas drżąc o życie. Właśnie tam dopadły Priskę pierwsze ciążowe mdłości – nigdy wcześniej ich nie miała. Walcząc z nudnościami, tuliła się do Tibora, który powtarzał jej, żeby pamiętała o ich maleństwie. „Mąż głaskał mnie i mówił: »Może nas jeszcze odeślą do domu, Pirečko«. A ja myślałam tylko o dziecku, którego tak bardzo pragnęłam”.

Po południu wraz z dwoma tysiącami innych Żydów zostali przewiezieni autobusami na niewielką stację kolejową we wsi Lamač, a następnie przetransportowani sześćdziesiąt kilometrów na wschód, do rozległego przejściowego obozu pracy w dawnych koszarach wojskowych na Nizinie Naddunajskiej, w pobliżu miejscowości Sereď. Obóz wcześniej nadzorowała Gwardia Hlinki, jednak po klęsce słowackiego powstania zwierzchnictwo przejął oficer SS Alois Brunner, który był podwładnym Obersturmbannführera Adolfa Eichmanna – jednego z głównych wykonawców hitlerowskiego planu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”.

Brunner został wysłany do obozu w Sered’, żeby nadzorować wywózkę ostatnich słowackich Żydów (wsławił się już przeprowadzeniem podobnej operacji we Francji Vichy). Często widywano go paradującego w ulubionym białym mundurze. Przypisuje mu się odpowiedzialność za wysłanie do Auschwitz ponad stu tysięcy osób.

Żydzi wychodzący z bydlęcych wagonów w Auschwitz

Więźniów przywożonych do obozu w Sered’ zapędzano do drewnianych budynków koszar – wkrótce były one przepełnione. Proces odczłowieczania więźniów zaczynał się od porannych apeli i trwał przez długie dni ciężkiej fizycznej pracy przy produkcji lub obsłudze obozu. Całe życie obozowe było obwarowane surowymi regułami. Poupychani gdzie się tylko dało ludzie starali się jakoś przeżyć. Ich dzienną porcję pożywienia stanowiło pół kubka gorzkiej „kawy”, cienka zupa o niewiadomym składzie oraz odrobina czerstwego chleba. Co bardziej religijni Żydzi wykorzystywali wodę (podawaną w ramach posiłku) do obmycia rąk przed starannym pokrojeniem i skonsumowaniem żałośnie małych racji żywnościowych.

W święto Jom Kippur (które Priska i Tibor obchodzili jeszcze w Bratysławie) naziści rozpalili pośrodku obozu w Sered’ ognisko i upiekli na nim prosiaka, po czym ze śmiechem zachęcali wygłodzonych Żydów, żeby się częstowali. Z relacji świadków wynika, że pomimo wielkiego głodu nikt nie skorzystał z propozycji.

Pierwsze transporty wyruszyły niemal zaraz po przybyciu Priski i Tibora do Sered’. Alois Brunner nadzorował właśnie „likwidację” obozu w ramach przygotowań do przyjęcia nowych więźniów. Trzydziestego września 1944 roku, w środku nocy, słowaccy i węgierscy esesmani wygonili blisko dwa tysiące bratysławskich Żydów z koszar, uformowali z nich równy, wojskowy szereg, a następnie zapędzili ich do wagonów towarowych – po osiemdziesiąt, a nawet sto osób wpychano do wagonów bez okien, tak że prawie nie mogły one oddychać ani się ruszyć. Gdy zasunięto ciężkie drewniane drzwi, ściśnięci w półmroku ludzie zaczęli się dusić. Najmniejsze dzieci podawano sobie nad głowami, żeby trafiły na kolana do tych, którzy znaleźli się pod tylną ścianą, gdzie dało się usiąść na wąskiej ławce. Pozostali mogli tylko stać albo kucać.

W każdym wagonie do załatwiania potrzeb sanitarnych służyły drewniany kubeł i puszka pełna wody. Jako że zawartość kubła wylewała się przy każdym szarpnięciu pociągu, wkrótce wagony były zanieczyszczone fekaliami i unosił się w nich smród. Próbowano wylewać nieczystości przez maleńkie okienko, osłaniała je jednak krata z drutu kolczastego, która uniemożliwiała całkowite opróżnienie kubła – wszyscy byli więc zmuszeni załatwiać się tam, gdzie stali, brudząc sobie przy tym ubrania.

Zrozpaczeni ludzie pozbawieni dostępu do jedzenia, powietrza i wody napierali na siebie nawzajem. Kto tylko mógł coś dostrzec przez szpary w deskach, wykrzykiwał nazwy miejscowości, które mijali podczas tej trzystukilometrowej jazdy na północny wschód. Zanim dotarli do polskiej granicy, niektórzy spośród najstarszych więźniów odmówili żydowskie wyznanie wiary i zamilkli. Na przystankach wyrzucano zmarłych z wagonów, dzięki czemu żywi mieli odrobinę więcej miejsca. Podobnie jak wiele tysięcy Żydów przewożonych w strasznych warunkach z obozu w Sered’ w ostatnich miesiącach 1944 roku, tysiąc osiemset sześćdziesięciu słowackich Żydów w tym transporcie zdawało sobie sprawę, że jadą gdzieś, gdzie będą traktowani wyjątkowo okrutnie – a może nawet zginą.

Priska i Tibor bali się nie mniej od innych, wciąż jednak zapewniali się nawzajem, że wszystko się dobrze skończy i wrócą do domu razem z dzieckiem. Priska była szczególnie zdeterminowana. „Po prostu bardzo kochałam swoje życie” – tłumaczyła później. Starała się przekonać męża, że dzięki znajomości języków obcych będzie mogła rozmawiać z innymi więźniami, a nawet z esesmanami, i być może będą ją przez to odrobinę lepiej traktować. Zapewniała go, że ma głowę na karku i umie sobie radzić.

Priska zawsze przywiązywała dużą wagę do spraw duchowych, teraz więc, podczas tych ciemnych godzin, gdy lokomotywa ciągnęła ich na wschód, również zwracała się do Boga. „Nie ma nic ważniejszego od wiary w Boga. Jeśli ktoś wierzy, to musi się zachowywać przyzwoicie. Co wieczór, zanim pójdę spać, zwracam się do Boga”. Jako osoba ochrzczona w Kościele ewangelickim właściwie nie myślała o sobie jako o Żydówce – z goryczą jednak obserwowała, że jej chrześcijańskie wyznanie w żaden sposób nie zmienia sposobu, w jaki ją traktują naziści. „To straszne, jak oni postępowali z Żydami” – przyznała potem. „Potworne. Byliśmy traktowani jak zwierzęta. Ludzie to ludzie. Człowiek wobec człowieka musi zachowywać się właściwie. A oni Żydów traktowali strasznie. Upchnęli nas w wagonach towarowych, a potem z nich wyrzucili. Zachowywali się okropnie”.

Podróż zajęła ponad dobę. Stłoczeni w wagonach ludzie wciąż się zastanawiali, dokąd jadą i czy spotkają się tam z bliskimi, których zabrano dwa lata wcześniej. Priska miała nadzieję, że może zobaczy swoją siostrę Boežkę i rodziców. A może spotka się z przyjaciółmi z dzieciństwa, z którymi jeszcze w Złotych Morawcach pływała, śpiewała i rozmawiała po angielsku i niemiecku? Czy Tibor będzie mógł w końcu pocieszyć swoją owdowiałą matkę?

Tibor w ogóle się nad tym wszystkim nie zastanawiał i coraz bardziej się denerwował. Nie mógł patrzeć na cierpienia żony. Uwięziona w ciemnym cuchnącym wagonie wciąż walczyła z mdłościami, brakowało jej świeżego powietrza i wody, ledwo łapała oddech. Przytulał ją, całował we włosy i próbował jakoś pocieszyć. Bez przerwy do niej mówił, choć i jemu brakowało powietrza. Przypominał jej, że niezależnie od okoliczności musi myśleć pozytywnie i skupiać się wyłącznie na rzeczach radosnych. Dawniej pisał do niej, że jest „jak promień słońca przebijający ciemne chmury”, a teraz próbował zaszczepić w niej nadzieję na lepszą przyszłość.

Jednak w miarę jak pociąg bezlitośnie toczył się dalej i dalej, Tibora zaczęła opuszczać odwaga. Jeśli już teraz tak ich traktują, to jakie okrucieństwa czekają ich na miejscu? Coraz mocniej przytulając Priskę, modlił się, żeby chociaż ona i ich upragnione dziecko zdołali jakoś przeżyć. Podejrzewając, że później mogą już nie mieć do tego okazji, postanowili w tym niewyobrażalnym miejscu wybrać imię dla dziecka. Szeptem zdecydowali, że dziewczynce dadzą na imię Hanka (po siostrze babci Priski), a chłopcu – Miško.

Obok nich w mrocznym wagonie stała Edita Kelamanová – trzydziestotrzyletnia niezamężna Węgierka z Bratysławy. Mimowolnie wszystko słyszała, bardzo ją to poruszyło. „Przyrzekam, że jeśli pańskiej żony i mnie nie rozdzielą, będę się nią opiekować” – obiecała Tiborowi, przekrzykując dudnienie pociągu. Edita była wykształconą kobietą z zamożnej rodziny. Uważała, że spełnia micwę, czyli moralne przykazanie, miała też nadzieję, że jeśli dotrzyma obietnicy, to może Bóg pewnego dnia spełni jej prośby: pragnęła przeżyć i znaleźć męża. Tibor podziękował nieznajomej, a Priska – która rozpoznała jej specyficzny akcent – podziękowała jej węgierskim köszönöm.

W pewnym momencie pociąg gwałtownie szarpnął – ściśnięty tłum wydał okrzyk przerażenia – a następnie stanął. Była to zajezdnia kolejowa przy granicy Rzeszy z okupowaną przez Niemców Polską, gdzie więźniów formalnie przekazano ich nowym władzom. Drzwi do dusznych wagonów się nie otwierały, a ludzie w środku nie mieli pojęcia, co się dzieje. Pociąg stał na bocznicy, wszyscy czekali. W końcu wagonami gwałtownie szarpnęło i pociąg znów ruszył. Kilka godzin później wjechał na specjalną bocznicę i z wielkim łoskotem zatrzymał się przy rampie w samym środku Auschwitz II-Birkenau. Była niedziela, 1 października 1944 roku. Przez zamknięte drzwi wagonu więźniowie natychmiast usłyszeli odgłosy przemocy – krzyczących mężczyzn i szczekające psy. Wiedzieli, że dojechali na miejsce.

„Wszystko będzie dobrze, Pirečka Zlatičko!” – obiecywał Tibor żonie, zanim z wielkim hukiem otworzyły się drzwi. Zaczęli się przesuwać w kierunku krawędzi wagonu, za którą czekało nieznane. „Nie martw się, Pirosko! Myśl tylko o pięknych rzeczach!”

2Rachela

Rachela Abramczyk

„Guten Morgen, hübsche Dame, sind Sie schwanger?7”.

Jesienią 1944 roku w Auschwitz II-Birkenau Rachela Friedman również usłyszała takie pytanie z ust Jozefa Mengelego, który miał na twarzy ten sam specyficzny uśmieszek zarezerwowany dla ustawionych przed nim ogolonych nagich kobiet przypominających manekiny.

Dwudziestopięcioletnia Rachela nie wiedziała, co odpowiedzieć ani gdzie podziać wzrok, stała więc z opuszczoną głową i wbijała oczy w ziemię. Otaczały ją setki innych kobiet w równie paskudnym położeniu – wszystkie zmuszono, żeby przez kilka godzin stały nago na placu apelowym, pośród obcych ludzi, płonąc ze wstydu. Nagle zdała sobie sprawę, jakie to szczęście, że jej mąż Monik nie znalazł się w tym samym transporcie z łódzkiego getta i nie był świadkiem jej upokorzenia.

Podobnie jak Priska Löwenbeinová i tysiące innych kobiet, które spotkał ten sam los, Rachela musiała w kilka sekund zdecydować, jak odpowiedzieć wysokiemu rangą naziście, który niedbałym ruchem dłoni mógł darować jej życie lub skazać ją na śmierć. Właściwie nie była nawet całkiem pewna, czy rzeczywiście nosi w łonie dziecko – jeśli tak, to zaledwie od kilku tygodni. Nie miała też pojęcia, jakie konsekwencje ją spotkają, jeśli się przyzna.