Wydawca: Wilga Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Uroczysko. Podziemie ebook

Colin Meloy

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uroczysko. Podziemie - Colin Meloy

W książce Uroczysko. Podziemie autorzy kontynuują odkrywanie nowych arkanów wielkiej przygody w świecie fantasy. Przygody, którą rozpoczęli w bestsellerowym Uroczysku. Colin Meloy, mistrzowsko posługując się schematem znanym z Opowieści z Narnii, pozwala przemieszczać się swoim bohaterom między światem zwykłym, a fantastycznym. Uroczysko. Podziemie to przygodowa uczta dla wszystkich, którzy chcą wierzyć, że gdzieś tam istnieje inna, magiczna rzeczywistość.

Opinie o ebooku Uroczysko. Podziemie - Colin Meloy

Fragment ebooka Uroczysko. Podziemie - Colin Meloy

Co­lin Me­loy

Uro­czy­skoPod­zie­mie

Kro­nik Lasu księga dru­ga

ilu­stra­cjeCAR­SON EL­LISprzełożyła BO­GU­MIŁA KA­NIEW­SKA

Tytuł ory­gi­nału: Un­der Wil­dWo­od. The Wil­dWo­od Chro­nic­les, Book 2

Co­py­ri­ght © 2012 by Una­dop­ta­ble Bo­oks LLC

Text © Co­lin Me­loy

Il­lu­stra­tions © Car­son El­lis

First pu­bli­shed by Bal­zer + Bray an im­print of Har­per­Col­lins Pu­bli­shers

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2013

Dla Ste­ve’a Mal­ka

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Roz­dział 1Chłopiec i jego szczur

Pada śnieg.

Śnieg tak biały jak łabędzi puch, tak biały jak kwiat trójli­stu. Biel śnie­gu jest nie­malże ośle­piająca na tle ciem­no­zie­lo­no­bru­nat­ne­go po­bli­skie­go lasu; kładzie się pu­szy­sty­mi smu­ga­mi między ci­cho uśpioną pląta­niną blusz­czu i krzewów jeżyn. Układa się w za­spy wokół pni wy­so­kich jodeł i wyścieła wąziut­kie row­ki w zagłębie­niach do­okoła rozłożystych ko­rze­ni cedrów.

W gęsty las wrzy­na się dro­ga. Nie­ska­zi­tel­ny całun śnie­gu po­kry­wa także i ją.

Jeśli nie wiesz, że pod śnie­giem kry­je się dukt, jeśli nie wiesz, że ten śnieg skry­wa stu­le­cia kroków, ude­rzeń ko­pyt i całe ki­lo­me­try wie­ko­we­go bru­ku, możesz na­wet pomyśleć, że jest to leśny ugór, ja­kimś cu­dem nie­tknięty bujną roślin­nością boru. Na dro­dze nie ma ko­le­in, nie ma śladów kół czy opon. De­li­kat­nej śnieżnej bie­li nie kala żaden trop. Dukt pod szczelną warstwą śnie­gu sta­je się zwykłą połacią wiel­kie­go i nie­skończo­ne­go lasu.

Posłuchaj.

Wokół pa­nu­je ci­sza.

Posłuchaj.

Na­gle tę martwą ciszę prze­ry­wa od­legły stu­kot. To dźwięk ob­ra­cających się kół wozu; to­wa­rzy­szy mu par­ska­nie koni, zmu­szo­nych do ty­ta­nicz­ne­go wysiłku. Ko­py­ta zwierząt łomoczą jak osza­lałe o zie­mię, choć śnieg wygłusza ich rytm.

Spójrz: zza zakrętu wy­pa­da powóz, dwa z czte­rech kół uniosły się po­nad zie­mię na wirażu. Powóz ciągną dwa spie­nio­ne kare per­sze­ro­ny. Kłęby pary ni­czym dym z ko­mi­na unoszą się nad ich chra­pa­mi. Po­nad końmi widać woźnicę – potężnego dra­ba w czar­nym wełnia­nym płasz­czu i pod­nisz­czo­nym cy­lin­drze na głowie. Mężczy­zna po­ga­nia gder­li­wie ko­nie, wołając raz po raz: „WIO!” i „DA­LEJ!”. Nie szczędzi im bata. Na jego twa­rzy ma­lu­je się głęboka kon­ster­na­cja. Strze­la z bi­cza, a pomiędzy ude­rze­nia­mi wpa­tru­je się nie­spo­koj­nym wzro­kiem w ota­czający go las.

Spójrz uważniej: woźnica nie jest sam. W czar­nym po­wo­zie sie­dzi ko­bie­ta. Ma na so­bie piękną je­dwabną suk­nię, a jej twarz przesłania lśniący różowy woal. Na jej pal­cach mi­goczą pierście­nie wy­sa­dza­ne klej­no­ta­mi. W dłoniach trzy­ma de­li­kat­ny pa­pie­ro­wy wa­chlarz, który rozkłada i składa ze zde­ner­wo­wa­nia. Ona też wpa­tru­je się w ścianę drzew po obu stro­nach, jak­by szu­kała kogoś lub cze­goś pośród pni. Na­prze­ciw niej stoi szka­tuła zdo­bio­na złotem i sre­brem. Dwie klam­ry za­my­kające skrzy­nię spi­na kłódka, a klucz do niej wisi na pier­siach damy na cien­kim złotym łańcusz­ku.

Roz­drażnio­na ko­bie­ta stu­ka wa­chla­rzem w su­fit po­wo­zu.

Woźnica słyszy stu­ka­nie i znów po­ga­nia ko­nie, okładając je ba­tem po rozdętych bo­kach. Nagły ruch na dro­dze przy­ku­wa jego uwagę. Mężczy­zna mruży oczy przed ośle­piającą bielą pa­dającego śnie­gu.

Pośrod­ku dro­gi stoi chłopiec.

Nie jest to zwykły chłopiec. Ma na so­bie ele­ganc­ko sza­me­ro­wa­ny mun­dur, ni­czym ofi­cer pie­cho­ty z czasów woj­ny krym­skiej. Jego czar­ne, kręcone włosy nie­sfor­nie wy­my­kają się spod gęste­go fu­tra uszan­ki. Do tego chłopak ma­cha od nie­chce­nia nie­załado­waną procą, a na jego ra­mie­niu sie­dzi szczur!

– STÓJ! – woła. – TO NA­PAD!

– Słyszałeś, co po­wie­dział?! – krzy­czy szczur. – Ściągnij lej­ce, gru­ba­sie!

Woźnica mie­le prze­kleństwo w ustach. Jed­nym szyb­kim ru­chem nad­garst­ka opusz­cza bat i uj­mu­je oburącz lej­ce. Strze­la nimi siar­czyście, a ko­nie ru­szają ga­lo­pem. Na twa­rzy woźnicy po­ja­wia się złowro­gi uśmie­szek.

– WIO! – wrzesz­czy na znękane per­sze­ro­ny.

Na twa­rzy chłopca, tak pew­ne­go sie­bie przed chwilą, po­ja­wia się lek­ki nie­pokój. Dzie­ciak przełyka głośno ślinę.

– Mó… mówię poważnie – mam­ro­cze.

Woźnica roz­su­wa spękane war­gi, uka­zując rząd zdu­mie­wająco żółtych zębów. Nie zwal­nia. Dama w po­wo­zie krzy­czy pi­skli­wie, gdy powóz prze­chy­la się na bok, ku zaśnieżonej dro­dze. Chłopiec schy­la się błyska­wicz­nie i pod­no­si z zie­mi ka­mień. Wy­cie­ra go ze śnie­gu o spodnie i umiesz­cza w mi­secz­ce pro­cy.

– Nie zmu­szaj mnie do tego… – ostrze­ga.

Trud­no orzec, czy woźnica go słyszy. Gna pro­sto na chłopca i szczu­ra z prze­rażającą prędkością.

Chłopak wy­pusz­cza po­cisk z pro­cy z nie­dbałą pew­nością – bez wątpie­nia dużo ćwi­czył. Ka­mień mknie ku woźnicy, który uchy­la się w porę, a po­cisk, prze­frunąwszy nad jego głową, spa­da w zaśnieżone leśne or­li­ce. Chłopiec nie ma już cza­su na powtórne załado­wa­nie pro­cy: powóz jest tak bli­sko, że czuć silną woń końskie­go potu.

Szczur pisz­czy ci­chut­ko i nur­ku­je do rowu przy dro­dze. Chłopiec idzie jego śla­dem i ko­ziołkują ra­zem.

Rozpędzo­ny powóz prze­jeżdża z łosko­tem. Ko­nie, nie­co spłoszo­ne tak bli­skim spo­tka­niem z dwo­ma rozbójni­ka­mi, rżą głośno, ga­lo­pując obok nich.

Dama w po­wo­zie przy­ci­ska klu­czyk do pier­si. Z jej gardła wy­ry­wa się pi­skli­wy trel stra­chu. Woźnica, wyraźnie ura­do­wa­ny własną bra­wurą, spogląda przez ramię na chłopca i szczu­ra.

– Po­wo­dze­nia następnym ra­zem, szczy­lu! – rzu­ca.

Nie za­uważa przez to ce­dro­wych pni spa­dających na drogę jak kost­ki do­mi­na i blo­kujących ją w roz­pry­sku drzazg. Dukt blo­kują trzy ce­dry. Je­den za dru­gim. „Łup. Łup. Łup”.

Ko­bie­ta krzy­czy. Woźnica ob­ra­ca głowę przed sie­bie i gwałtow­nie szar­pie lej­ce. Ko­nie stękają z bólu. Ich ko­py­ta roz­pacz­li­wie śli­zgają się po zaśnieżonej po­wierzch­ni dro­gi. Powóz prze­chy­la się i kołysze, i trzesz­czy w szwach.

– WIŚTA! HET­TA! – wrzesz­czy na ko­nie woźnica, zbie­rając szyb­ko myśli, i na­gle zmie­nia kie­ru­nek jaz­dy między po­wa­lo­ny­mi pnia­mi.

Pośród drzew po­ja­wiają się ludz­kie po­sta­cie, oboj­ga płci. Ubra­ne są po­dob­nie do chłopca z procą, jed­nak ich mun­du­ry są fa­tal­nie do­pa­so­wa­ne. Niektórzy mają na so­bie po­rwa­ne ko­szu­le, inni – chu­s­ty za­kry­wające twa­rze. To dzie­ci. Naj­star­sze z nich ma nie więcej niż piętnaście lat. Po­dzi­wiają ze zdu­mie­niem ta­lent woźnicy, który skręca spłoszo­ny­mi końmi i ciężkim po­wo­zem, la­wi­rując umiejętnie między pnia­mi za­sta­wio­nej przez nich pułapki. Po kil­ku chwi­lach zaprzęg po­ko­nu­je prze­szko­dy, a woźnica znów chwy­ta za bat i zmu­sza zwierzęta do bie­gu.

Tym­cza­sem chłopiec i szczur wy­gra­mo­li­li się z przy­drożnego rowu i otrze­pa­li ze śnie­gu. Szczur wska­ku­je po­now­nie na ramię chłopa­ka, a ten przykłada pal­ce do ust i gwiżdże prze­raźli­wie. Z gęstych leśnych zarośli wyłania się pstry, kasz­ta­no­wo-siwy koń. Chłopiec wska­ku­je na jego grzbiet i ob­ca­sa­mi zmu­sza ru­ma­ka do ga­lo­pu. Szczur trzy­ma się moc­no łap­ka­mi epo­le­tu. Chłopak i koń wy­bi­jają się i prze­ska­kują za jed­nym ra­zem trzy po­wa­lo­ne ce­dry. Spod końskich ko­pyt pry­skają śnieg i błoto, gdy wierz­cho­wiec ląduje na zie­mi. Dzie­cia­ki z lasu otrząsnęły się z za­sko­cze­nia i przy­zy­wają ko­nie. Wkrótce w po­go­ni za od­da­lającym się po­wo­zem drogą ga­lo­puje wie­lu jeźdźców.

Woźnica za­uważa pościg. Prze­kli­na łotrów. Twarz omia­ta mu wiatr i tnie lo­do­wa­ty śnieg.

Chłopiec i szczur należą do naj­szyb­szych w gru­pie pości­go­wej. Część młodych rozbójników nie wy­trzy­mu­je tem­pa na­rzu­co­ne­go przez powóz i zo­sta­je z tyłu. Po paru mi­nu­tach zo­sta­je tyl­ko czwo­ro jeźdźców: chłopiec, jesz­cze je­den star­szy chłopak i dwie dziew­czy­ny. Zbliżają się do pędzącego po­wo­zu i roz­dzie­lają po jego obu stro­nach. Szczur, który te­raz trzy­ma się moc­no uszan­ki, wy­da­je roz­kaz woźnicy.

– Od­daj­cie złoto! – krzy­czy. – A my puścimy was wol­no!

Mężczy­zna od­po­wia­da tak prze­brzydłym prze­kleństwem, że chłopiec aż się czer­wie­ni. Dzie­ciak zrównu­je się z po­wo­zem. Wi­dzi w nim ko­bietę, klu­czyk na złotym łańcusz­ku, za­mkniętą szka­tułę. Dama zer­ka nań, za­in­try­go­wa­na. Jej wiel­kie brązowe oczy płoną nad lśniącym wo­alem. Pod tym spoj­rze­niem chłopiec tra­ci na chwilę re­zon.

– UWAŻAJ! – wrzesz­czy szczur.

Woźnica, chcąc po­zbyć się pościgu, skręca gwałtow­nie w lewo, a koń chłopa­ka o mało nie wpa­da na burtę po­wo­zu. Chłopiec tłumi w so­bie krzyk i ściąga ko­nia z dro­gi. Ko­py­ta ude­rzają w miękkie po­bo­cze, które opa­da stro­mo ku rwącemu niżej po­to­ko­wi. Zwierzę się po­ty­ka. Jeździec szy­ku­je się na upa­dek. Ale koń jest zwin­ny. Błyska­wicz­nie od­zy­sku­je równo­wagę i wpa­da na drogę. Chłopiec szep­cze mu po­dzięko­wa­nia do ucha. Znów biorą udział w pościgu.

Powóz wy­prze­dza ich te­raz o kil­ka końskich długości. Tro­je po­zo­stałych łotrów do­trzy­mu­je mu kro­ku. Jed­na z ama­zo­nek, dziew­czy­na o słomia­nych włosach, chwy­ta się da­chu ka­re­ty i usiłuje nań wspiąć. To ry­zy­kow­ne za­da­nie. Na twa­rzy łotrzy­cy widać sku­pie­nie. Te­raz dwo­je rozbójników, chłopak i dziew­czy­na, ga­lo­pu­je równo z per­sze­ro­na­mi ciągnącymi powóz. Ja­snowłosa łotrzy­ca głośno stęka, wy­ska­kując z siodła. Ja­kimś cu­dem uda­je jej się złapać kawałek ozdob­nej tka­ni­ny wokół da­chu ka­ro­cy. Koń dziew­czy­ny skręca w bok, a ona sama kołysze się na bur­cie. Dama w po­wo­zie po raz ko­lej­ny wy­da­je z sie­bie głośny pisk. Łotrzy­ca, od­zy­skaw­szy równo­wagę, wspi­na się na dach. Od­wra­ca się ku chłopcu ze szczu­rem, którzy są ciągle da­le­ko z tyłu, i krzy­czy trium­fal­nie.

– Nie­chaj naj­lep­szy łotr… – za­czy­na, lecz nie kończy, bo zda­nie to prze­ry­wa ni­sko wiszący ko­nar, pod który wjeżdża powóz. W mgnie­niu oka dziew­czy­na uno­si się po­nad da­chem ka­ro­cy.

Chłopiec ze szczu­rem opusz­cza głowę, żeby nie ude­rzyć w sto­py dziew­czy­ny, zwi­sające z gałęzi, i ga­lo­pu­je da­lej.

– …za­trium­fu­je – kończy zda­nie łotrzy­ca, która wpadła w pułapkę za­sta­wioną przez ko­nar drze­wa.

Chłopiec kiwa głową do szczu­ra i za­ci­ska z de­ter­mi­nacją zęby. Zo­sta­li tyl­ko on i dru­ga z dziewcząt. Star­szy chłopak od­padł z pościgu, po­nie­waż jego koń oku­lał, gdy wbiegł na po­bo­cze.

– Aisling! – krzy­czy chłopiec. – Bierz ko­nie!

Dziew­czy­na pędząca równo z per­sze­ro­nem po pra­wej słyszy ten krzyk. Próbuje chwy­cić końską uzdę, ale bat woźnicy sku­tecz­nie to unie­możli­wia.

– Precz, hul­ta­je! – grzmi mężczy­zna.

Dziew­czy­na krzy­wi się, gdy sma­gnięcie bi­czem pa­rzy jej dłoń.

– Sep­ti­mu­sie – szep­cze chłopiec do szczu­ra – myślisz, że mógłbyś pomóc?

Szczur się uśmie­cha.

– Chy­ba mogę coś zro­bić.

Chłopiec znów zrównu­je się z po­wo­zem. Jadąca w nim dama omdle­wa. Szczur prze­ska­ku­je z ra­mie­nia chłopca wprost na kark woźnicy. Z gardła dra­ba wy­ry­wa się ryk mrożący krew w żyłach.

– SZCZURRRR­RY­Y­Y­YY! – drze się woźnica. – NIE CIER­PIĘ SZCZURÓW!

Zwin­ny gry­zoń wsu­wa się już pod ko­szulę i roz­po­czy­na coś w ro­dza­ju ir­landz­kie­go ste­pa między łopat­ka­mi mężczy­zny. Woźnica ry­czy i wy­pusz­cza z rąk lej­ce i bat. Per­sze­ro­ny gubią krok, a chłopiec i dziew­czy­na ga­lo­pują z nimi łeb w łeb. Wy­mie­niw­szy się szyb­ki­mi spoj­rze­nia­mi, dwo­je łotrów wska­ku­je na grzbie­ty koni ciągnących powóz i chwy­ciw­szy uzdy, za­trzy­mu­je zaprzęg.

Woźnica zry­wa się z kozła i ucie­ka drogą, po­ty­kając się co krok i dra­piąc się z obrzy­dze­niem po ple­cach. Dziew­czy­na i chłopiec patrzą za nim i wy­bu­chają śmie­chem, po czym za­bie­rają się do pra­cy. Dziew­czy­na z wdziękiem kłania się chłopcu i mówi:

– Pa­no­wie przo­dem… 

Łotr od­po­wia­da jej ukłonem i ru­sza pew­nym kro­kiem do stojącego po­wo­zu. Otwie­ra drzwicz­ki i od­zy­wa się dum­nie:

– A te­raz, pani… gdy­byś ze­chciała oddać mi… – I na­tych­miast milk­nie, po­nie­waż siedząca w po­wo­zie dama zdej­mu­je z twa­rzy woal, a oczom chłopca uka­zu­je się zmierz­wio­na ruda bro­da, pod nią zaś lufa skałko­we­go pi­sto­le­tu wy­ce­lo­wa­na pro­sto w nie­go.

– Ra­czej nie… – mówi pasażer za­chryp­niętym (zupełnie nie­ko­bie­cym) ba­ry­to­nem.

– Ale… – za­czy­na rozbójnik.

– Pif-paf – od­po­wia­da mężczy­zna siedzący w ka­re­cie. Stro­fująco ude­rza łotra lufą pi­sto­le­tu w czoło.

Chłopiec opusz­cza wzrok i dra­pie się po skro­ni, od­twa­rzając w pamięci cały na­pad. Ko­pie ob­ca­sem śnieg. Właśnie roz­począł się zi­mo­wy try­mestr w Wyższej Szko­le Hul­taj­stwa i Łotro­stwa. A Kurt oblał pierw­szy test.

*

W świe­cie, który mógłby się wy­da­wać zupełnie inny od tego, w ja­kim ro­ze­grał się na­pad – choć je­den świat od dru­gie­go dzie­li za­le­d­wie kil­ka ki­lo­metrów – Pru­den­cja, na­zy­wa­na Dunią, gapiła się przez okno na śnieg. Płatki białego pu­chu padały na traw­nik szkoły imie­nia Geo­r­ge’a Mid­dle’a i na­tych­miast top­niały. „Ty­po­wa por­t­landz­ka zima – pomyślała dziew­czyn­ka. – Z nie­ba leci bre­ja”. Z każdą mi­nutą podbródek Duni wrzy­nał się co­raz moc­niej w jej dłoń, gdy pa­trzyła, jak idąca chod­ni­kiem para omi­jała ostrożnie roz­le­wające się co­raz sze­rzej kałuże, osłaniając gołe szy­je unie­sio­ny­mi kla­pa­mi palt. Auta, po­kry­te grubą warstwą brud­ne­go śnie­gu, pry­skały pióro­pu­sza­mi wody, prze­jeżdżając z szu­mem przez ko­lek­to­ry na mo­krych uli­cach. Na zewnątrz królowała praw­dzi­wa sza­ra rze­czy­wi­stość.

– Du­niu! – Głos za­brzmiał w uszach dziew­czyn­ki, jak­by po­cho­dził z zaświatów. Albo jesz­cze le­piej: z ust la­tar­ni­ka nawołującego żaglo­wiec pod­czas szkwału.

Po­sta­no­wiła nie zwra­cać na ten głos uwa­gi. Jed­nak on po­now­nie się ode­zwał:

– Pru­den­cjo McKe­el!

Był bliżej. Bliżej teraźniej­szości. Brzmiał jak głos kon­fe­ran­sje­ra wywołującego gwiazdę na scenę.

Dziew­czyn­ka zaczęła pod­no­sić głowę.

– Zie­mia do Duni McKe­el! 

Tym ra­zem nawoływa­niu to­wa­rzy­szył wy­buch śmie­chu.

Re­chot rze­czy­wiście spro­wa­dził Dunię na zie­mię, do rze­czy­wistości. Obróciła się na krześle i spoj­rzała na klasę. Bio­lo­gia, trze­ci try­mestr. Koleżanki i ko­le­dzy pa­trzy­li pro­sto na nią i re­chocząc, po­ka­zy­wa­li ją so­bie pal­ca­mi. Du­nia po­czuła, że robi się czer­wo­na.

– Prze­pra­szam – wy­du­kała. – Za… zamyśliłam się.

Pani Dar­la Then­nis (oliw­ko­wa cera, kwie­ci­sta hin­du­ska ko­szu­la) wpa­try­wała się w nią zza pul­pi­tu, z przo­du kla­sy. Po­pra­wiła dru­cia­ne oku­la­ry na no­sie i przygładziła kru­czo­czar­ne włosy. A po­tem uci­szyła uczniów jed­nym ge­stem dłoni.

– Twój pro­jekt, Du­niu? – spy­tała.

Przez głowę dziew­czyn­ki prze­mknęły szyb­ko następujące ob­ra­zy: mama wyj­mująca słoik z kre­den­su; ona sama wpy­chająca do słoja reszt­ki ba­giet­ki i sta­wiająca na­czy­nie na pa­ra­pe­cie; tata, który wspo­mniał tego ran­ka, że właśnie po­zwo­lił so­bie wy­rzu­cić jakiś stojący na oknie obrzy­dli­wy słoik, w którym zalęgła się pleśń, i py­tający re­to­rycz­nie, kto, u li­cha, ho­du­je w tym domu pleśń na pa­ra­pe­tach.

– Mój tata… – zaczęła Du­nia. – Mój tata go wy­rzu­cił.

Ko­lej­ne chi­cho­ty całej kla­sy.

Pani Then­nis zerknęła na nią znad oku­larów.

– Nie­faj­nie, Du­niu – po­wie­działa. – Bar­dzo nie­faj­nie.

– Powtórzę mu to – od­rzekła dziew­czyn­ka.

Na­uczy­ciel­ka przyglądała się jej przez dłuższą chwilę, próbując roz­strzygnąć, czy tę od­po­wiedź można uznać za bez­czelną.

Pani Then­nis była nowa, po­ja­wiła się w tym try­me­strze, kie­dy nie­spo­dzie­wa­nie zwol­niła się z pra­cy pani Es­te­vez, do­tych­cza­so­wa na­uczy­ciel­ka, po­dając jako powód odejścia ze szkoły swój stan zdro­wia. Dar­la Then­nis po­cho­dziła z Eu­ge­ne i niewątpli­wie szczy­ciła się tym, że jest „faj­na”, co naj­mniej tak faj­na, jak jej ucznio­wie. Bez ustan­ku po­wta­rzała, że uwiel­bia mu­zykę pop. Chrząkała znacząco za każdym ra­zem, gdy z kla­sy wy­cho­dził pan Bre­am, dy­rek­tor szkoły, prze­mie­rzający szkol­ne ko­ry­ta­rze w gęstej chmu­rze pa­czu­li.

Pani Then­nis te­raz znów po­pra­wiła oku­la­ry i spoj­rzała na salę.

– Be­tha­ny? – zwróciła się do in­nej uczen­ni­cy. – Przy­pusz­czam, że twój pro­jekt jesz­cze nie jest gotów, ale sko­ro oj­ciec pan­ny McKe­el unie­możliwił jej pre­zen­tację…

Be­tha­ny Bru­xton, wyraźnie de­lek­tując się chwilą, zerknęła pro­tek­cjo­nal­nie na Dunię, po czym stanęła na bacz­ność przed na­uczy­cielką.

– Tak, proszę pani? – od­po­wie­działa.

– „Tak, Dar­lo” – po­pra­wiła ją na­tych­miast pani Then­nis. – Pro­siłam o to tyle razy…

Dziew­czyn­ka uśmiechnęła się wsty­dli­wie i powtórzyła: „Tak, Dar­lo”, wy­kon­cy­po­waw­szy so­bie za­pew­ne, że ta wy­mia­na zdań po­zwo­li jej pod­li­zać się Dar­li.

– A za­tem, jeśli nic nie stoi na prze­szko­dzie… – Na­uczy­ciel­ka wska­zała uczen­ni­cy śro­dek kla­sy.

Be­tha­ny Bru­xton obciągnęła czar­ny golf i przeszła na dru­gi ko­niec sali, gdzie na długim sto­le stały roz­ma­ite uczniow­skie eks­po­na­ty. Nie za­trzy­mała się jed­nak przy nim, lecz skie­ro­wała się do mieszczącej się przy pra­cow­ni przy­rod­ni­czej, oświe­tlo­nej lam­pa­mi spo­rej szklar­ni, z której przy­niosła rozłożysty krzew po­mi­do­ra, i stanęła z nim na środ­ku kla­sy.

– W tym try­me­strze pra­cuję nad szczep­ka­mi – oznaj­miła, tuląc krzak po­mi­do­ra w ra­mio­nach. – Cho­dzi o to, żeby stwo­rzyć roślinę od­por­niejszą na cho­ro­by i dającą nie­zwy­kle smacz­ne owo­ce.

„Fuj! – pomyślała Du­nia. – Co za po­pis!”. W try­me­strze je­sien­nym cho­dziły ra­zem na zajęcia z przy­ro­dy, a Be­tha­ny robiła wszyst­ko, żeby prześcignąć Dunię. Przy­pi­sała so­bie wszel­kie zasługi w two­rze­niu wspólne­go ziel­ni­ka, choć to Du­nia ze­brała każdy okaz.

Pani Then­nis kiwała głową, słuchając wy­po­wie­dzi Be­tha­ny.

– Da­waj! – rzu­ciła, a Du­nia onie­miała.

– Dzięki, Dar­lo, z radością po­in­for­muję wszyst­kich o swo­ich wspa­niałych postępach – kon­ty­nu­owała Be­tha­ny. – Szczep­ki się przyj­mują. Z pew­nością za kil­ka ty­go­dni po­ja­wią się ślicz­ne kwiat­ki.

– Su­per, co nie? – Na­uczy­ciel­ka zachęciła spoj­rze­niem klasę do

wyrażania za­chwytów.

Na ten znak siódmo­kla­siści obec­ni na lek­cji bio­lo­gii wy­da­li wspólny, cho­ciaż zde­cy­do­wa­nie za mało en­tu­zja­stycz­ny po­mruk: „Oooo…”. Du­nia mil­czała.

I słuchała.

Krzew po­mi­do­ra za­sze­leścił ci­cho, po­iry­to­wa­ny.

Du­nia ro­zej­rzała się po kla­sie, żeby spraw­dzić, czy ktoś to za­uważył. Wszy­scy jed­nak ga­pi­li się obojętnie na Be­tha­ny.

Sze­lest sta­wał się co­raz głośniej­szy, wi­bro­wał, na­bie­rając mocy. Był już na tyle sil­ny, że dało się w nim roz­po­znać po­mruk gniew­ne­go nie­za­do­wo­le­nia.

„Wy­bacz” – pomyślała Du­nia. Bar­dzo współczuła rośli­nie. Męczo­no ją – choć to nie se­zon na po­mi­do­ry, ka­za­no jej rosnąć w szkol­nej szklar­ni. I na jej łodygę prze­szcze­pia­no gałązki przy­ja­ciół po­mi­dorów! Prze­cież to czy­ste bar­ba­rzyństwo!

Krzew po­mi­do­ra wes­tchnął ciężko.

Du­nia wpadła na pe­wien po­mysł: „Wiesz, co możemy zro­bić?”.

„CHRUMPF?” – ode­zwał się krzak.

Du­nia opo­wie­działa mu, co wymyśliła.

Na­gle Be­tha­ny cofnęła głowę, marszcząc nos. Ucznio­wie wstrzy­ma­li od­dech. Niektórzy prze­cie­ra­li oczy ze zdu­mie­nia, bo właśnie wydało się im, że górny li­stek krze­wu pacnął Be­tha­ny pro­sto w nos.

Pani Then­nis naj­wy­raźniej ni­cze­go nie za­uważyła. Ob­rzu­ciła klasę nie­pew­nym spoj­rze­niem.

– Dzie­cia­ki, co jest? – za­py­tała.

– Ooo! – Kla­sa wstrzy­mała od­dech, bo wszyst­ko się powtórzyło.

Górna gałązka małego krzacz­ka wy­strze­liła i nie­za­prze­czal­nie pacnęła eks­pe­ry­men­ta­torkę w nos. Na twa­rzy Be­tha­ny od­ma­lo­wało się pełne zdu­mie­nia prze­rażenie. Dziew­czyn­ka od­sunęła roślinę od sie­bie. Podążając za uczniow­ski­mi spoj­rze­nia­mi, bar­dzo skon­fun­do­wa­na pani Then­nis odwróciła głowę ku Be­tha­ny, która cofała się w kie­run­ku małej szklar­ni.

– Mo… może… trze­ba mu jesz­cze cza­su – wy­krztu­siła dziew­czyn­ka z ob­li­czem bla­dym jak kre­da. Od­sta­wiła ostrożnie krza­czek do szklar­ni i uciekła stamtąd. – Dziś rano był zupełnie zdro­wy.

Gniew­ny po­mruk rośliny zastąpiło ci­che gwiz­da­nie. Krzak po­mi­do­ra był wyraźnie usa­tys­fak­cjo­no­wa­ny.

Pani Then­nis prze­niosła wzrok na Dunię. Wpa­try­wała się w nią, wstrząśnięta, z zupełnym nie­do­wie­rza­niem. Du­nia uśmiechnęła się i odwróciła głowę ku oknu, ku pa­dającemu śnie­go­wi i co­raz większym kałużom na uli­cach sza­rych od brei.

*

15.02.−

KAN­CE­LA­RIA DY­REK­TO­RA SZKOŁY

IM. GEO­R­GE’A MID­DLE’A

PAŃSTWO ANNE I LIN­COLN McKE­ELO­WIE,

RO­DZI­CE PRU­DEN­CJI McKE­EL

Dro­dzy Państwo!

Pru­den­cja McKe­el zo­stała przyjęta do na­szej szkoły w ubiegłym roku. Od sa­me­go początku wy­ka­zy­wała się błysko­tli­wością i sa­mo­dziel­nością myśle­nia. Pokłada­liśmy w niej duże na­dzie­je. Muszę wszakże do­nieść ze smut­kiem, że ostat­nio wy­da­rzyły się rze­czy, które spra­wiły, że moc­no za­nie­po­ko­iliśmy się o Państwa córkę.

Od po­przed­nie­go try­me­stru oce­ny Pru­den­cji znacz­nie się po­gor­szyły, a gro­no pe­da­go­gicz­ne skarży się na jej nie­ty­po­we za­cho­wa­nia na lek­cjach. Państwa córka stra­ciła daw­ne za­in­te­re­so­wa­nie nauką i zaczęła prze­ja­wiać zde­cy­do­wa­nie nie­sto­sowną po­stawę wo­bec pe­da­gogów.

Oso­ba doręczająca Państwu ten list, pani Dar­la Then­nis, zgo­dziła się uprzej­mie po­roz­ma­wiać z Państwem o tej kwe­stii. My po­zo­sta­je­my z na­dzieją, że za­an­gażowa­nie pani Dar­li Then­nis do­pro­wa­dzi do po­zy­tyw­nych re­zul­tatów.

Zda­je­my so­bie sprawę, że dra­ma­tycz­ne wy­da­rze­nia, ja­kie do­tknęły Państwa ro­dzinę na początku roku szkol­ne­go, a mia­no­wi­cie znik­nięcie młod­sze­go syna, były nie­zwy­kle trud­ne. Mamy świa­do­mość wpływu tego ro­dza­ju przeżyć na psy­chikę dzie­ci. Chce­my wsze­la­ko do­trzeć do sed­na tych nie­for­tun­nych pro­blemów i roz­wiązać je, dopóki jest to możliwe. W prze­ciw­nym ra­zie będzie­my zmu­sze­ni za­wie­sić Państwa córkę w pra­wach ucznia bądź też – w naj­gor­szym przy­pad­ku – wy­da­lić ją ze szkoły.

Z poważaniem

Lee Bre­am

Dy­rek­tor Szkoły im. Geo­r­ge’a Mid­dle’a

Du­nia od­sunęła od sie­bie list, po­zwa­lając, aby ob­li­cza troj­ga zgro­ma­dzo­nych w kuch­ni do­rosłych uniosły się po­nad kartkę jak or­bi­tujące księżyce ja­kiejś od­ległej pla­ne­ty. W po­miesz­cze­niu za­padła ci­sza, jeśli nie li­czyć mia­ro­we­go „skrzyp, skrzyp” – odgłosu wy­da­wa­ne­go przez bu­ja­ny fo­te­lik, w którym leży bra­ci­szek Duni, Mak­sio.

Dziew­czyn­ka wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie wiem, co mam po­wie­dzieć – mruknęła.

„Skrzyp, skrzyp”.

Ro­dzi­ce wy­mie­ni­li spoj­rze­nia między sobą; obo­je byli wyraźnie zmar­twie­ni.

– Ko­cha­nie – zaczęła mama – może po­win­naś…

„Skrzyp, skrzyp”.

Tata Duni ode­rwał wzrok od żony i prze­niósł spoj­rze­nie na ubraną w hin­duską ko­szulę na­uczy­cielkę – trze­cią uczest­niczkę tego ko­smicz­ne­go trium­wi­ra­tu. Dar­la Then­nis stała opar­ta o lodówkę.

– Pani… – zaczął tata Duni.

„Skrzyp, skrzyp”.

– Proszę… – prze­rwała mu na­uczy­ciel­ka, wbi­jając wzrok w bu­ja­ny fo­te­lik Mak­sia – …mówić mi po imie­niu. Je­stem Dar­la. 

Zda­je się, że cze­kała na ko­lej­ne głośne…

„Skrzyp, skrzyp”.

– Dar­lo – zaczął raz jesz­cze tata Duni – muszę przy­znać, że je­steśmy bar­dzo za­sko­cze­ni… – „Skrzyp, skrzyp”. – To zna­czy, z całą pew­nością przeżyliśmy kil­ka trud­nych mie­sięcy, ale wy­da­je nam się, że to nie­unik­nio­ne, wziąwszy pod uwagę… – „skrzyp, skrzyp” – to sza­leństwo, z ja­kim wszy­scy mie­liśmy do czy­nie­nia na początku roku oraz… – „Skrzyp, skrzyp”.

Prze­rwał, za­uważyw­szy, że Dar­la wsłuchu­je się wyłącznie w skrzy­pie­nie sprężyn bu­ja­ne­go fo­te­li­ka.

– Ko­cha­nie – zwrócił się do żony – wyj­mij, proszę, Mak­sia na chwilę z tego bu­ja­ka.

Mama Duni wyjęła syn­ka z fo­te­li­ka i za­raz po­tem wróciła na swo­je miej­sce.

Dys­ku­sja roz­poczęła się od nowa.

– Słuchaj­cie, wiem, przez co prze­szliście, a za­cho­wa­nie Duni jest całkiem nor­mal­ne dla dziew­czyn­ki w jej wie­ku. Ale cho­dzi o to, że nie chce­my, żeby zaczęła od­sta­wać od resz­ty kla­sy – po­wie­działa Dar­la Then­nis.

Du­nia mil­czała. Wpa­try­wała się z napięciem w tro­je do­rosłych. Roz­ma­wia­li o niej tak, jak gdy­by jej tu nie było. To zniechęciło ją jesz­cze bar­dziej do za­an­gażowa­nia się w dys­kusję. Prze­su­wała te­nisówka­mi po kor­ko­wej podłodze, usiłując wy­obra­zić so­bie nagłe znik­nięcie do­rosłych in­kwi­zy­torów. Wy­obra­ziła so­bie nie­spo­dzie­wa­ne trzęsie­nie zie­mi, oczy­ma du­szy uj­rzała spękaną szcze­linę otwie­rającą się przez śro­dek kuch­ni i pochłaniającą całą trójkę w jed­nym potężnym i szyb­kim wstrząsie.

Dar­la mu­siała za­uważyć nie­obec­ność men­talną Duni, bo zwróciła się wprost do niej:

– Ko­cha­nie, two­je wy­ni­ki z eg­za­minów końco­wych w po­przed­nim try­me­strze były fa­tal­ne. Mam wrażenie, że często nie ma cię w kla­sie, że bu­jasz w obłokach… gdzieś bar­dzo, bar­dzo da­le­ko.

„To praw­da” – pomyślała Du­nia.

– Nie wspo­mi­nając już o two­jej całkiem rze­czy­wi­stej ab­sen­cji – dodała na­uczy­ciel­ka, prze­nosząc wzrok na ro­dziców uczen­ni­cy.

– Ab­sen­cji? – wy­rwało się ma­mie. – Ja­kiej ab­sen­cji?

Dar­la wbiła wzrok w Dunię.

– Po­wiesz ro­dzi­com?

– No… – mruknęła dziew­czyn­ka, od­ry­wając oczy od te­nisówek. – Nie było mnie w szko­le parę dni…

– Parę dni?! – wy­krzyknął tata, spoglądając z nie­do­wie­rza­niem na córkę.

– Parę dni… Spóźniłam się i pomyślałam… no… pomyślałam, że nie zdążę do świe­tli­cy, a jeśli nie zdążę do świe­tli­cy, to nie przy­go­tuję się do geo­gra­fii, no… a jeśli nie przy­go­tuję się do geo­gra­fii, to jak mam przy­go­to­wać się do mat­my? – Pru­den­cja ge­sty­ku­lo­wała, jak­by wy­cza­ro­wując gęstą mgłę kom­pli­ka­cji dez­orien­tującą słucha­czy. – Jed­no po­wo­du­je dru­gie, jak prze­wra­cające się kost­ki do­mi­na, po­sta­no­wiłam więc dać so­bie spokój i po­czy­tać w ka­fej­ce.

Tata Duni uśmiechnął się nieśmiało i spoj­rzał na panią Then­nis.

– Przy­najm­niej czy­ta, praw­da?

Jego żona zi­gno­ro­wała tę linię obro­ny.

– A te… te… kost­ki do­mi­na prze­wra­cały się kil­ka­krot­nie? – za­py­tała, świ­drując wzro­kiem grzywkę Duni, opa­dającą na czoło i za­kry­wającą oczy wbi­te w podłogę.

– Pięcio­krot­nie, mówiąc ściśle – wtrąciła pani Then­nis.

– Pięcio­krot­nie! – powtórzy­li chórem ro­dzi­ce.

– PIENT-SIO! – zawołał Mak­sio z sa­lo­nu. – DUU! PIENT-SIO!

– Eee… – zająknęła się Du­nia.

Tak na­prawdę wca­le nie czy­tała w ka­fej­ce. Tak na­prawdę wca­le nie spóźniała się do szkoły. Praw­da była taka, że dwu­na­sto­let­nia Du­nia McKe­el bu­dziła się cza­sem nad ra­nem w swo­im wy­god­nym łóżku, stojącym we wspa­niałym domu, należącym do jej prze­miłych ro­dziców, i czuła ostre szarp­nięcie. W ta­kie dni wsta­wała z łóżka i robiła, co mogła, żeby za­cho­wy­wać się całkiem nor­mal­nie i nor­mal­nie wypełniać obo­wiązki, nie zważając na ta­jem­ni­cze szarp­nięcie. Najczęściej uda­wało się jej to tyl­ko do mo­men­tu, gdy wsiadła na ro­wer. Bo kie­dy to robiła, czuła, że musi je­chać w kie­run­ku prze­ciw­nym do szkoły. A to szarp­nięcie wska­zy­wało jej drogę. Na­ka­zy­wało jej kie­ro­wać się w dół uli­cy Lom­bard, obok otwie­ra­nych sklepów, następnie przez bul­war Wil­la­met­te przy uni­wer­sy­te­cie, aż w końcu rzu­cało ją – to dziw­ne szarp­nięcie – ra­zem z ro­werem na skarpę, która pro­wa­dziła na drugą stronę rze­ki przez gęstwinę drzew Nie­prze­by­te­go Boru. Na tej skar­pie prze­sia­dy­wała nie­mal cały dzień, zwy­czaj­nie wpa­trując się w wielką połać zie­le­ni. Wspo­mi­nając. W ta­kie dni pójście do szkoły ab­so­lut­nie nie wcho­dziło w ra­chubę.

– Halo! – zawołała mama, pstry­kając pal­ca­mi. – Przy­sięgam, że cza­sem mam wrażenie, iż cie­bie całą, a przy­najm­niej twoją głowę po­ry­wają obcy.

Du­nia spo­koj­nie po­pa­trzyła na do­rosłych, spoj­rzała im pro­sto w oczy, każdemu po ko­lei.

– Mamo… – zaczęła – tato… pani Then­nis… prze­pra­szam, Dar­lo… Dziękuję, że zwra­ca­cie mi uwagę na te pro­ble­my i prze­pra­szam, jeśli w czym­kol­wiek was za­wiodłam. Wy­bacz­cie, ale chciałabym pójść te­raz na spa­cer. Chcę prze­myśleć so­bie to wszyst­ko, o czym mówiliście.

Skończyw­szy, obróciła się na pięcie i wyszła tyl­ny­mi drzwia­mi, zo­sta­wiając zbi­tych z tro­pu do­rosłych, wpa­trzo­nych w jej ple­cy.

Roz­dział 2 Posłaniec. Dom dla Trud­nej Młodzieży

Była to prze­dziw­na zbie­ra­ni­na: dwóch chłopców i dwie dziew­czy­ny, potężny drab w cy­lin­drze, chu­dy mężczy­zna z brodą, ubra­ny w su­kienkę, oraz szczur. Sta­li w sze­re­gu pośrod­ku sze­ro­kiej, po­kry­tej śnie­giem dro­gi, wpa­trując się w dwóch zbliżających się jeźdźców. Kie­dy przy­by­sze stanęli i zsie­dli z sio­deł, mężczy­zna w su­kien­ce wy­szedł z sze­re­gu, żeby się przy­wi­tać.

– Bren­da­nie – ode­zwał się.

Było mu wyraźnie zim­no, postrzępio­na szy­fo­no­wa suk­nia fa­lo­wała na mroźnym wie­trze. Przy­gar­bił się i objął ra­mio­na­mi.

– Jack – od­po­wie­dział jeździec poważnym to­nem, opusz­czając brodę porośniętą rudą gęstwiną.

Miał na so­bie dosyć brud­ny mun­dur ofi­cer­ski i bry­cze­sy z łata­mi na ko­la­nach. Na jego skro­ni wił się si­no­czar­ny ta­tuaż. Przyj­rzał się łoso­sio­wej suk­ni i przez jego ob­li­cze prze­mknął uśmie­szek. 

– W różu ci do twa­rzy – rzu­cił.

Drab w cy­lin­drze zdu­sił re­chot. Kurt, który stał tuż za łotrem o imie­niu Jack, za­chi­cho­tał pod no­sem, co spo­tkało się z karcącym spoj­rze­niem Bren­da­na.

– Komu jest do śmie­chu? – warknął złowro­go do Kur­ta.

Uśmiech na­tych­miast zniknął z twa­rzy chłopca. Wzmógł się wiatr, który na­wie­wał na drogę śnieg i two­rzył za­spy; maleńkie płatki wcze­piały się upar­cie w fu­trza­ne ob­szy­cie uszan­ki Kur­ta.

– Hen­ry, Jack, z po­wro­tem do obo­zo­wi­ska! 

Drab w cy­lin­drze i mężczy­zna w suk­ni popędzi­li przed sie­bie, szyb­ko prze­bie­rając no­ga­mi. Jac­ko­wi przy­cho­dziło to z nie­małym tru­dem, póki nie wpadł na po­mysł, żeby pod­ciągnąć kraj suk­ni nad gołe owłosio­ne ko­la­na.

Bren­dan odwrócił wzrok ku po­zo­stałym łotrom. 

– Colm, mu­sisz ćwi­czyć jazdę konną. Nie oszczędzałeś wierz­chow­ca. Mu­sisz go wy­czuć. – Pod­niósł dłonie, aby po­ka­zać, o co mu cho­dzi. – Ga­lo­pując, zwol­nij lek­ko wo­dze, po­czuj wysiłek ko­nia. Po­ga­niaj go tyl­ko wte­dy, kie­dy jest to ab­so­lut­nie ko­niecz­ne i gdy czu­jesz, że możesz to robić.

– Tak jest, Bren­da­nie – od­po­wie­dział posłusznie Colm.

– A te­raz do obo­zo­wi­ska! Przyłóż lód do pęciny ko­nia. Masz przed sobą dwa ko­lej­ne ty­go­dnie jaz­dy. 

Bren­dan przyglądał się, jak chłopiec pod­bie­ga do ku­lejącego wierz­chow­ca. Po­tem odwrócił wzrok ku po­zo­stałej czwórce.

– Ca­ro­lyn, spi­sałaś się nieźle – po­wie­dział z za­do­wo­le­niem. – Przykładałaś się do pra­cy i to było widać. Zro­biłaś duże postępy od zeszłego ty­go­dnia. A co się ty­czy cie­bie, Aisling… – uśmiechnął się lek­ko – następnym ra­zem sta­raj się tak nie choj­ra­czyć, co?

Aisling była tą z gru­py pości­go­wej, która za­wisła jak pra­nie na ni­skiej gałęzi w cza­sie pościgu. We włosach miała jesz­cze su­che list­ki i mech, a jej twarz była usma­ro­wa­na żywicą. 

– Tak jest, Bren­da­nie – od­po­wie­działa przy­wołana do porządku łotrzy­ca.

– Wra­caj­cie do obo­zo­wi­ska! 

Obie dziew­czy­ny ze­rwały się do bie­gu, ni­czym sprin­ter­ki po wy­strza­le star­te­ra. Tyl­ko Aisling odważyła się zerknąć przez ramię. Uśmiechnęła się lek­ko i po­cie­szająco do Kur­ta, który nie zdążył na­cie­szyć się tym wi­do­kiem, gdyż za­raz po­tem zmierz­wio­ne bo­ko­bro­dy Bren­da­na zna­lazły się za­le­d­wie kil­ka cen­ty­metrów od jego czoła. Pach­niały jak mo­kry pies.

– A jeśli cho­dzi o cie­bie… – zaczął Bren­dan, prze­ciągając słowa, które brzmiały ni­czym groźny war­kot. – A co się ty­czy cie­bie… Stra­ciłem zbyt wie­lu wspa­niałych łotrów, którym za­chciało się postąpić tak jak to­bie. Myśleli, że już po wszyst­kim, już wi­ta­li się z gąską, gdy na­gle TRACH! – Dłoń Bren­dana, udająca pi­sto­let wy­mie­rzo­ny w czoło Kur­ta, pod­sko­czyła po od­rzu­cie. – I pa­dasz tru­pem. Py­ta­nie brzmi: dla­cze­go?

– Nie wzięli pod uwagę uzbro­jo­nych pasażerów.

– Nie wzięli pod uwagę CZE­GO?

– NIE WZIĘLI POD UWAGĘ UZBRO­JO­NYCH PASAŻERÓW!

– Owszem – zgo­dził się Bren­dan. – To naj­większy błąd, jaki można popełnić. Pasażer może być uzbro­jo­ny po zęby i z pew­nością należy do naj­bar­dziej nie­bez­piecz­nych osób. W swo­im cza­sie wi­działem nie­jed­ne­go na­pad­niętego ban­kie­ra, który wy­ska­ki­wał z po­wo­zu, strze­lając w pa­ni­ce na pra­wo i lewo. Nie­ważne, że najczęściej tra­fiał uzbro­jo­nych strażników, a nie łotrów. Nig­dy nie pod­chodź do drzwi! Na­wet się do nich nie zbliżaj! Dopóki się nie upew­nisz, że ten, kto za nimi sie­dzi, nie ma za­mia­ru wal­czyć. Ka­pu­jesz?

– Taaa, ka­puję… – od­po­wie­dział Kurt, po­pra­wiając ner­wo­wo uszankę.

Bren­dan pod­niósł rękę i klepnął moc­no fu­trza­ny da­szek, opusz­czając go na oczy Kur­ta.

– To do­brze – mruknął łagod­niej. – Nie chciałbym stra­cić naj­bar­dziej obie­cującego re­kru­ta.

Kurt się roz­pro­mie­nił. Po raz pierw­szy, od kie­dy roz­począł in­ten­syw­ne szko­le­nie, usłyszał taką po­chwałę z ust Króla Łotrów. Wie­le ty­go­dni temu, na sa­mym początku ćwi­czeń było mu bar­dzo ciężko. Nie wie­dzieć cze­mu ogrom­ny kłopot spra­wiało mu już samo wsia­da­nie na ko­nia – ciągle z nie­go spa­dał. Opa­no­wa­nie tej umiejętności zajęło mu do­bre dwa ty­go­dnie, a Bren­dan nie zmar­no­wał ani jed­nej oka­zji, żeby go ob­sztor­co­wać. Te­raz Kurt wie­dział, że zro­bił postępy, Bren­dan bo­wiem rzad­ko chwa­lił pod­opiecz­nych.

Sep­ti­mus chrząknął znacząco.

– A ja? – wtrącił. – A co ze mną? Wi­działeś mój ma­newr? Skok pro­sto na ple­cy, pro­sto pod ko­szulę!

Bren­dan spoj­rzał na szczu­ra.

– Świet­nie, Sep­ti­mu­sie. Ale tra­fił ci się łatwy cel. Wiesz, że Hen­ry boi się gry­zo­ni. Otrząśnięcie się z szo­ku zaj­mie mu kil­ka ty­go­dni.

Szczur splótł łapki i strze­lił pal­ca­mi.

– Jakaż to radość tak prze­ra­zić człowie­ka!

Król Łotrów roześmiał się i oznaj­mił:

– We dwóch nieźle się spi­sze­cie w na­pa­dach na po­wo­zy. Nie mam co do tego naj­mniej­szych wątpli­wości. – Na­gle spo­ważniał. – Choć oba­wiam się, że nie będzie zbyt wie­lu oka­zji, żeby spraw­dzić wa­sze umiejętności w prak­ty­ce.

To była smut­na praw­da. Przez kil­ka ostat­nich mie­sięcy zbójec­kie ban­dy opusz­czały obo­zo­wi­sko i wra­cały z pu­sty­mi rękoma. O tej po­rze roku na dro­dze po­ja­wiało się co­raz mniej po­wozów, a ci podróżni, którzy odważali się zapuścić na za­mar­z­nięty gości­niec, wieźli nie więcej niż ko­rzec su­szo­nej ce­bu­li czy gar­niec prze­mar­z­niętej zie­le­ni­ny. Było tak źle, że Kurt nie mógł tego nie za­uważyć. Łotrow­ska star­szy­zna gde­rała, że to naj­większa po­su­cha za jej pamięci. Po­wszech­nie mówio­no, że nad­chodzą ciężkie cza­sy.

Wiatr się wzmógł. Spo­między drzew nad­ciągała ko­lej­na fala za­wiei śnieżnej. Zima nie od­pusz­czała i na­wet w południe pa­no­wały po­nu­re ciem­ności. Te­raz, z na­dejściem zmro­ku nad la­sem zbie­rała się ciem­noszara mgła, w której zni­kały zakręty wijącej się Długiej Dro­gi.

Bren­dan zadrżał z zim­na i machnął ręką do dwóch stojących przed nim łotrów in sta­tu na­scen­di. 

– Wy­star­czy na dzi­siaj, wra­ca­my do obo­zo­wi­ska. Mamy jesz­cze spo­ro do ob­ga­da­nia i mu­si­my się przy­go­to­wać na ju­trzej­sze… – Prze­rwał na­gle, gdy ru­szy­li ku cze­kającym na nich ko­niom. Coś odwróciło jego uwagę. Pod­niósł dłoń. – Stójcie – po­wie­dział. – Ktoś lub coś się zbliża.

Kurt i Sep­ti­mus za­mar­li. Nic nie słysze­li. Szczur uniósł nos i wąchał po­wie­trze, po czym wspiął się po no­gaw­ce, następnie po kurt­ce i usiadł na ra­mie­niu Kur­ta. Znów powąchał po­wie­trze.

– Ptak? – za­py­tał.

Bren­dan, który stał z unie­sioną dłonią, kiwnął głową.

– Duży.

Na­gle w ko­ro­nach drzew, nad ich głowa­mi roz­legł się głośny trzask, z gałęzi ze­rwało się drob­ne ptac­two. Na drogę po­sy­pały się połama­ne su­che pa­ty­ki. Stojące nie­opo­dal ko­nie spłoszyły się i zarżały. Dłoń Bren­da­na powędro­wała in­stynk­tow­nie do rękojeści sza­bli przy boku. Z nie­ba spa­dał nie­wy­raźny, sza­robłękit­ny, pie­rza­sty kształt. Ude­rzył w zie­mię z bo­le­snym stęknięciem, aż sypnęło wokół śnie­giem prze­mie­sza­nym z po­szy­ciem.

Za­padła ci­sza.

Prze­rwał ją Bren­dan:

– Ktoś ty? Przed­staw się!

Ster­ta piór zadrżała lek­ko tam, gdzie upadła. W końcu uniosła się nad nią długa szy­ja ni­czym prze­gu­bo­wa an­te­na łazi­ka księżyco­we­go. Na końcu szyi wyrósł oka­zały dziób cza­pli. Ptak pokręcił głową i oczyścił skrzydła z błota.

– Nic ci się nie stało? – za­py­tał Kurt, który już się otrząsnął z za­sko­cze­nia.

– Nic mi nie jest, dziękuję za troskę – od­po­wie­dział ptak z zażeno­wa­niem. – Wszyst­ko w porządku.

– Kim je­steś? – spy­tał Bren­dan. – I co cię spro­wa­dza do Uro­czy­ska, wod­ny pta­ku?

Cza­pla, jak­by nie słysząc pytań Króla Łotrów, zajęła się od­ko­py­wa­niem długie­go, wrze­cio­no­wa­te­go ciała ze śnie­gu. Kurt był pod wrażeniem ma­je­sta­tu pta­ka. Gdy ten stanął wresz­cie na no­gach, miało się wrażenie, że właśnie się prze­po­czwa­rzył. To, co było wcześniej brudną stertą sza­rych piór, na­brało na­gle wdzięku i do­sto­jeństwa. Cza­pla zmie­niła się w naj­piękniej­sze­go pta­ka, ja­kie­go Kurt kie­dy­kol­wiek wi­dział. Długi, wy­smukły dziób tkwił na wspa­nia­le wygiętej szyi pro­wadzącej ku wiel­kie­mu wrze­cio­nu kor­pu­su, po­kry­te­go zwar­ty­mi ni­czym rze­mie­nie sza­ro­białymi piórami; całość tę pod­pie­rały dwie smukłe nogi. Cza­pla wyciągnęła szyję, naj­da­lej, jak mogła, żeby się przyj­rzeć oto­cze­niu. Była pra­wie tak wy­so­ka jak Kurt.

– Na­zy­wam się Mau­de – przed­sta­wiła się wresz­cie. – I przy­syła mnie Książę Ko­ro­ny Ptaków. – Obróciła głowę, aby spoj­rzeć Kur­to­wi pro­sto w oczy. – Przy­le­ciałam po cie­bie, chłopcze. Two­jej przy­ja­ciółce, dziew­czyn­ce McKe­el, gro­zi wiel­kie nie­bez­pie­czeństwo.

*

Kie­dy koła sa­mo­cho­du prze­stały szu­mieć na do­brze zna­nej szo­sie i zachrzęściły na mo­krym żwi­rze szu­tro­wej dro­gi, pasażero­wie auta umil­kli. Dzie­więcio­let­nia El­sie Mehl­berg bawiła się sprzączką pasa i przyglądała twa­rzom ro­dziców, które z każdą chwilą sta­wały się co­raz bled­sze i bar­dziej za­tro­ska­ne. Wie­działa, że do­skwie­ra im ciężar de­cy­zji, jaką podjęli, ale czy mie­li inny wybór? El­sie wca­le ich nie winiła. Jej star­sza sio­stra, Ra­chel, zaczęła się wykłócać, kie­dy przed­sta­wio­no im plan, lecz osta­tecz­nie i ona się zgo­dziła, choć z wiel­kim opo­rem.

Śnieg za­mie­nił się w gęsty, zim­ny deszcz, a jego kro­ple spływały sze­ro­ki­mi stru­ga­mi po tyl­nej szy­bie, znie­kształcając im­po­nujące me­ta­lo­we bu­dow­le w wy­brzu­szo­ne, spękane kształty. Jakiś czas temu prze­kro­czy­li gra­nicę Prze­mysłowej Pu­sty­ni. El­sie nig­dy tu­taj nie była. A świat na zewnątrz wyglądał złowro­go. Białe po­rdze­wiałe zbior­ni­ki na che­mi­ka­lia, stojące przy szu­tro­wej dro­dze, z krętymi me­ta­lo­wy­mi schod­ka­mi i wijącymi się wokół nich splo­ta­mi rur, przy­po­mi­nały sce­no­gra­fię z fil­mu scien­ce fic­tion. El­sie wy­obrażała so­bie, że gdzieś w głębi tego sie­dli­ska ma­szy­ne­rii uwi­jają się bro­da­te kra­sno­lu­dy, które nie znają słonecz­ne­go światła, a za­miast mie­czy i to­porów wy­ku­wają drzwi do lodówek i wałki rozrządu do mo­to­cy­kli.

Dziew­czyn­ka prze­niosła wzrok na tatę, który pro­wa­dził sa­mochód po wąskich dro­gach Pu­sty­ni. Na jego skro­niach zo­ba­czyła siwe pa­sem­ka. Była pew­na, że nie wi­działa ich la­tem. I te głębo­kie ni­czym ka­nio­ny zmarszcz­ki na jego czo­le… ich też wcześniej nie było.

Wszyst­ko to po­ja­wiło się po za­gi­nięciu jej bra­ta.

Na początku przeżyli ogrom­ny szok. Jak­by na ich dom spłynął gęsty opar i spod ich da­chu wymiótł każdą naj­mniejszą okru­szynę radości. El­sie nie­na­wi­dziła za to bra­ta. Naj­pierw przy­je­cha­li po­li­cjan­ci. Roz­sie­dli się w sa­lo­nie, jak­by to był ich dom, i no­to­wa­li każde słowo po­wta­rza­ne ze łzami w oczach przez mamę i tatę, którzy opi­sy­wa­li po wie­le­kroć wszyst­ko to, co za­pa­miętali z ostat­nie­go dnia, który Kurt spędził w domu. Po­tem po­ja­wi­li się re­por­te­rzy lo­kal­nych wia­do­mości z ka­me­ra­mi i sąsie­dzi, którzy zaglądali w okna, na­pa­wając wzrok zroz­pa­czoną ro­dziną. W końcu Li­dia, mama El­sie, zaciągnęła zasłony. Nikt już nie mógł podglądać, co się dzie­je w ich domu. Przez całą je­sień w sa­lo­nie pa­no­wał mrok, taki sam, jaki zapa­no­wał w ich ser­cach. Tata El­sie, Da­wid, stał się nie­obec­ny. Na całe dnie za­szy­wał się w swo­im ga­bi­ne­cie, czu­wał na różnych fo­rach in­ter­ne­to­wych, na których błagał kogo się da o po­moc w od­na­le­zie­niu syna. El­sie sie­działa no­ca­mi w łóżku, nasłuchując przy­ci­szo­nych rozmów ro­dziców w po­ko­ju obok, i na zmianę prze­kli­nała bra­ta i błagała go, żeby wrócił. „Nie wygłupiaj się, Kurt – szep­tała. – Daj już spokój. Wróć do domu”.

Kie­dy więc pew­ne­go dnia tata El­sie przy­biegł z ga­bi­ne­tu do kuch­ni i oznaj­mił, że przed chwilą ode­brał wia­do­mość, że ktoś w Istam­bu­le, w Tur­cji – właśnie tam! – wi­dział na uli­cy ame­ry­kańskie­go chłopca od­po­wia­dającego ry­so­pi­so­wi Kur­ta, cała ro­dzi­na wy­buchnęła nie­po­ha­mo­waną radością. Do­pie­ro pod­czas kal­ku­lo­wa­nia kosztów lotu i ho­te­lu po­sta­no­wio­no, że sio­stry El­sie i Ra­chel zo­staną w Por­t­land, a do Tur­cji po­lecą szu­kać syna tyl­ko star­si Mehl­ber­go­wie. A co się sta­nie w tym cza­sie z dziew­czyn­ka­mi? Nie mie­li w mieście krew­nych, którzy mo­gli­by się nimi za­opie­ko­wać. Je­dy­nym wyjściem był miej­sco­wy sie­ro­ci­niec, w którym za rozsądną cenę przyj­mo­wa­no dzie­ci zde­spe­ro­wa­nych ro­dziców na tak długo, jak było to ko­niecz­ne.

„Ja­mi­so­no­wie tak zro­bi­li z dziećmi, kie­dy po­je­cha­li nur­ko­wać” – usłyszały na po­cie­sze­nie sio­stry Mehl­berg.

Je­cha­li więc wol­no wijącym się la­bi­ryn­tem Prze­mysłowej Pu­sty­ni do Domu dla Trud­nej Młodzieży imie­nia Jof­freya Unthan­ka. W słabym świe­tle przed nimi mi­go­tał właśnie taki neo­no­wy na­pis, a pod nim słabo wi­docz­ny do­da­tek, le­d­wo żarzące się, jak­by go­rzej za­si­la­ne słowa: „ORAZ CZĘŚCI ZA­PA­SO­WE DO MA­SZYN PRZE­MYSŁOWYCH”.

Ra­chel, która mil­czała przez całą drogę, uniosła głowę i wes­tchnęła ciężko, gdy jej oczom uka­zała się bu­dow­la. Spo­między długich, pro­stych, czar­nych włosów dziew­czyn­ki wy­chynęła na chwilkę bla­da jak kre­da twarz; wąskie ra­mio­na zadrżały pod zno­szo­nym pod­ko­szul­kiem z logo ka­pe­li Cor­ro­sion of Con­for­mi­ty.

– Nie wierzę… – szepnęła Ra­chel i do­tknęła pal­ca­mi splotów czar­nej opa­ski na le­wym nad­garst­ku.

– Uspokój się, ko­cha­nie – ode­zwała się z przed­nie­go sie­dze­nia Li­dia. – Mówiliśmy o tym już tyle razy. Nie mamy in­ne­go wyjścia. – Wyciągnęła szyję, żeby spoj­rzeć na córki siedzące z tyłu. – Pomyślcie o tym w ten sposób: po­ma­ga­my ro­dzi­com od­na­leźć bra­ta…

– Ja­sne – mruknęła posępnie Ra­chel.

– Ojej… – dodała El­sie, próbując do­strzec coś przez przed­nią szybę, omia­taną piórami wy­cie­ra­czek. – Nie­zbyt tu przy­jem­nie.

Za­padła ci­sza. Wszy­scy w au­cie zgo­dzi­li się w mil­cze­niu z tą opi­nią.

Szu­tro­wa dro­ga, którą prze­mie­rzał sa­mochód, wy­pro­wa­dziła ich wresz­cie spo­między po­zba­wio­nych okien me­ta­lo­wych bu­dow­li i zbior­ników na che­mi­ka­lia na otwartą prze­strzeń, oto­czoną z trzech stron dru­cianą siatką. Pośrod­ku tego ugo­ru stał sza­ry bu­dy­nek, prze­nie­sio­ny tu naj­wy­raźniej z in­nej epo­ki. Łupko­wo­sza­re mury ze sztu­ka­te­rią za­rosły po­ro­sta­mi i po­kryły się sadzą. Ich równo­mierną po­wierzch­nię prze­ry­wały roz­miesz­czo­ne re­gu­lar­nie, przesłonięte fi­ran­ka­mi wy­so­kie okna. Dach, kry­ty łupkiem i mogący się po­chwa­lić gęstwiną praw­dzi­wie opa­li­zującego mchu, wzno­sił się ku ze­ga­ro­wej wieży. Tuż za pląta­niną przy­bru­dzo­nych jeżyn wy­ra­stały ciężkie dębowe drzwi. To nad nimi pul­so­wał hałaśli­wie neo­no­wy na­pis – oso­bli­wy no­wo­cze­sny kon­tra­punkt wo­bec bez­sprzecz­nie dzie­więtna­sto­wiecz­nych ar­chi­tek­tu­ry i oto­cze­nia.

El­sie po­czuła falę nie­po­ko­ju. Sięgnęła między sto­py i roz­pięła ple­cak. Z środ­ka wyj­rzała główka jej Nie­ustra­szo­nej Tiny, lal­ki, do której dziew­czyn­ka uśmiechnęła się ciepło.

– Wszyst­ko okej, Tina – szepnęła. – Wszyst­ko będzie do­brze. 

Tina zo­stała wy­ko­na­na z twar­de­go pla­sti­ku, miała półdługie ja­sne włosy. El­sie prze­sunęła pal­ca­mi po ple­cach pu­styn­ne­go moro lal­ki, od­na­lazła mały przy­cisk między łopat­ka­mi. Na­cisnęła go i z za­do­wo­le­niem wysłuchała przy­ci­szo­ne­go oświad­cze­nia, które popłynęło z głośnicz­ka na pier­si lal­ki: „NIE­USTRA­SZO­NE DZIEW­CZY­NY NIG­DY NIE CO­FAJĄ SIĘ PRZED NOWĄ PRZY­GODĄ!”. Głos Tiny miał w so­bie po­krze­piającą pew­ność.

El­sie usłyszała wes­tchnie­nie sio­stry i spoj­rzała na nią. Ra­chel ob­ser­wo­wała ją z uko­sa, spo­między opusz­czo­nych włosów. Młod­sza sio­stra cze­kała na su­rową re­pry­mendę, których Ra­chel nig­dy jej nie szczędziła, gdy zna­lazła się w zasięgu pla­sti­ko­we­go głosu Nie­ustra­szo­nej Tiny. Tym ra­zem jed­nak mil­czała. „Zna­lazłyśmy się w tak tra­gicz­nym położeniu – pomyślała smut­no El­sie – że na­wet Rach czer­pie otuchę ze słów Tiny”.

Sa­mochód Mehl­bergów za­trzy­mał się przed bu­dyn­kiem. Przez chwilę tata dziew­czy­nek nie gasił sil­ni­ka. W końcu wyjął klu­czyk i auto ucichło. Przez okna dało się słyszeć świst wia­tru wiejącego po pu­sta­ciach między bu­dow­la­mi Pu­sty­ni. Da­wid obrócił się i spoj­rzał na córki.

– Tyl­ko dwa ty­go­dnie – po­wie­dział, siląc się na po­cie­szający ton. – I to wszyst­ko. Dwa ty­go­dnie. A po­tem po was wrócimy.

El­sie prze­sunęła pal­ca­mi po lnia­nych włosach Nie­ustra­szo­nej Tiny, wy­ko­na­nych z pla­sti­ku. „Dwa ty­go­dnie” za­brzmiało jak „wiecz­ność”.

Roz­dział 3 Se­kret­ny język roślin. Las Północ­ny na ho­ry­zon­cie! „Ucie­kaj­cie stąd, póki nie jest za późno!”

Dunia, owinąwszy głowę długim sza­li­kiem zro­bio­nym na dru­tach, uda­wała przez chwilę, że jest be­duińskim no­madą, prze­dzie­rającym się przez pust­ko­wia wydm Sa­ha­ry, choć w rze­czy­wi­stości szła zupełnie bez celu po uli­cy Lom­bard. Wziąwszy pod uwagę oko­licz­ności, życie no­mady wy­da­wało się jej znośniej­sze. Za­sta­na­wiała się, czy Be­du­ini zmu­szają swo­je po­tom­stwo do uczęszcza­nia do szkoły i ucze­nia się na pamięć na­zwisk wy­na­lazców pe­ni­cy­li­ny czy ma­szy­ny do prze­twa­rza­nia bawełny. Po­dej­rze­wała, że nie. Domyślała się, iż be­duińskie dzie­ci zaj­mują się głównie wyści­ga­mi wielbłądów i nauką od­naj­dy­wa­nia oaz na dzi­kiej pu­sty­ni. Po­sta­no­wiła, że wy­go­oglu­je Be­du­inów, kie­dy wróci do domu, i spraw­dzi, czy jest jakiś sposób, żeby się do nich za­pi­sać.

Tym­cza­sem wędro­wała po mroźnych uli­cach St. Johns, dziel­ni­cy, w której miesz­kała, w północ­nej części Por­t­land, w sta­nie Ore­gon. Był luty, do­pie­ro czwar­ta, a na dwo­rze robiło się już ciem­no. Szosę od wczo­raj­sze­go ran­ka po­kry­wała bre­ja. Du­nia, idąc, kopała od nie­chce­nia śnieg zmie­sza­ny z błotem. Doszła do wnio­sku, że jest za zim­no na ro­wer, ale roz­pacz­li­wie chciała wy­rwać się z domu. Cała ta ga­da­ni­na o na­dzie­jach, obiet­ni­cach i nie­od­po­wied­nim za­cho­wa­niu do­pro­wa­dzała ją do sza­leństwa. Pro­wa­dziła pro­sto do tego, żeby w jesz­cze większym stop­niu nie spełniać ocze­ki­wań ro­dziców i na­uczy­cie­li. Pierw­szy raz w życiu dziew­czyn­ka czuła do­kucz­li­wy ciężar do­rosłości, który wca­le się jej nie po­do­bał.

Skręciła i przeszła przez pustą par­celę, zmie­rzając na zachód, i na­gle zna­lazła się tam, dokąd wra­cała bez prze­rwy przez te długie nie­spo­koj­ne ty­go­dnie: stała na skar­pie nad rzeką Wil­la­met­te i wi­działa przed sobą Nie­prze­by­ty Bór.

Dziew­czyn­ka roześmiała się w du­chu. Nie­prze­by­ty Bór. Długą nie­fo­remną połać zie­mi ciągnącą się we wszyst­kie stro­ny po­ra­stała gęstwi­na wiel­kich, zie­lo­nych drzew. Między ko­na­ra­mi snuła się mgiełka ni­sko wiszących chmur, choć nad wąwo­zem wyżłobio­nym przez rzekę wiał mroźny wiatr. Z tej od­ległości nie można było usłyszeć ich głosów – głosów drzew.

Na tym po­le­gała zmia­na. Po po­wro­cie z Lasu, po wiel­kiej przy­go­dzie, jaką przeżyła na początku je­sie­ni, dziew­czyn­ka się spo­dzie­wała, że wszyst­ko wróci do po­zio­mu bli­skie­go nor­my. Mak­sio zna­lazł się w domu, ro­dzi­na znów była ra­zem, wszyst­ko po­win­no się ułożyć, praw­da? Jed­nak niedługo po tym Du­nia zaczęła słyszeć szept. Do­brze go znała, miał tę samą barwę i brzmie­nie, co głosy, które ją do­biegły w tam­tej gorączko­wej chwi­li przed wie­lo­ma mie­siącami, kie­dy Wdo­wa Gu­ber­na­to­ro­wa trzy­mała w rękach Mak­sia, chcąc zakończyć jego życie i roz­począć pa­no­wa­nie blusz­czu. Po­tem wszyst­ko szep­tało o ota­czającej ją przy­ro­dzie. Szep­tało co­raz donośniej głosa­mi roślin.

Duni wy­da­wało się, że kie­dy przej­dzie gra­nicę Lasu, zo­sta­wi ten nowy nie­sa­mo­wi­ty dar za sobą. Wkrótce jed­nak się prze­ko­nała, że na­wet naj­bar­dziej ro­ze­spa­ne i skrom­ne do­mo­we roślin­ki z radością z nią roz­ma­wiały, kie­dy tyl­ko zwróciła się do nich w od­po­wied­ni sposób; roz­ma­wiały, choć ich mowa była zupełnie nie­zro­zu­miała. Prze­ma­wiały do niej ci­chym, po­zba­wio­nym słów szep­tem, głosa­mi, które – jak mogło się wy­da­wać – po­wsta­wały same z sie­bie gdzieś w głębi ucha. Mówiły języ­kiem, który nie układał się w zro­zu­miałe wy­ra­zy. Po pew­nym cza­sie Du­nia jed­nak na­uczyła się od­czy­ty­wać uczu­cia ukry­te w szep­cie. Szyb­ki przegląd do­mo­wych roślin ujaw­nił oszałamiającą roz­ma­itość roślin­nych oso­bo­wości: su­ku­len­ty zwra­cały się do niej gder­li­wym, pełnym re­zer­wy „FFFFT”; pal­ma w łazien­ce – try­skającym ener­gią „KRRRRK!”. Pa­prot­nik zbroj­ny z sa­lo­nu wy­da­wał nie­co za­gu­bio­ny poświst, a do­nicz­ko­wy bar­wi­nek, stojący na półce w ja­dal­ni, był za­wsze opry­skli­wy („FUJ! FUJ!”), kie­dy dziew­czyn­ka się do nie­go zbliżała. Du­nia przy­pi­sy­wała to za­cho­wa­nie temu, że ro­dzi­ce często za­po­mi­na­li go pod­le­wać. Ku wiel­kie­mu nie­za­do­wo­le­niu dziew­czyn­ki jej mama przy­niosła kie­dyś na święta cały kosz blusz­czu, który naj­nor­mal­niej w świe­cie sy­czał na Dunię!

Jed­nak ogólnie rzecz uj­mując, rośliny nie były zbyt ga­da­tli­we.

Początko­wo Du­nia przy­pusz­czała, że zwy­czaj­nie zwa­rio­wała. Do­pie­ro później była zmu­szo­na od­na­leźć się w no­wej (znacz­nie dziw­niej­szej) rze­czy­wi­stości.

Dziew­czyn­ka otu­liła sza­li­kiem szczy­piące od zim­na po­licz­ki i przyglądała się smu­gom mgły, sączącym się przez pląta­ninę drzew po dru­giej stro­nie rze­ki. „Tam jest Uro­czy­sko” – pomyślała. Za­sta­na­wiała się, co mogło się w nim wy­da­rzyć, odkąd wyszła z Lasu, ja­kie nie­sa­mo­wi­te zmia­ny do­tknęły to cu­dow­ne miej­sce. Powędro­wała wzro­kiem wzdłuż przyprószo­nej śnie­giem li­nii drzew w dół, ku po­bo­jo­wi­sku zbior­ników che­micz­nych na Prze­mysłowej Pu­sty­ni, i niżej, ku bru­nat­nej par­ce­li po jej stro­nie rze­ki, tuż pod skarpą. Uj­rzała tam coś bar­dzo dziw­ne­go.

Początko­wo wydało się jej, że to jakiś bez­kształtny cień rzu­ca­ny przez kłąb dymu albo lecącego wy­so­ko pta­ka. Kie­dy jed­nak na chwilkę mgła się roz­wiała, Du­nia prze­ko­nała się, że cień ma kształt zwierzęcia. Tak, im bar­dziej mrużyła oczy i wy­si­lała wzrok, tym wyraźniej wi­działa zwierzę.

Kru­czo­czar­ne­go lisa!

Który pa­trzył wprost na nią!

Na­gle w jej uszach wy­buchł jakiś hałas. Nie mogła go po­my­lić z ni­czym in­nym. To był odgłos awan­tu­rującej się rośliny. Wy­do­by­wał się z krze­wu żar­now­ca mio­tla­ste­go, który rósł na ska­li­stym pagórku pod skarpą. Dziew­czyn­ka nie słyszała słów, hałas przy­po­mi­nał grom­ki, schryp­nięty szum, który zagłuszał wszyst­ko inne, ni­czym łamiące się fale albo zakłóce­nia w te­le­wi­zo­rze na­sta­wio­nym na mak­sy­malną głośność. In­stynk­tow­nie przyłożyła dłonie do uszu, ale to nie­wie­le po­mogło. Cofnęła się nie­pew­nie o krok, z jej ust wy­rwał się stłumio­ny krzyk; każdy nerw pul­so­wał od co­raz głośniej­sze­go wrza­sku. Po­tknęła się o coś ob­ca­sem, za­chwiała, stra­ciła równo­wagę. Po­czuła ostry ból, kie­dy ude­rzyła ple­ca­mi o twar­dy grunt.

Wrzask zagłuszał wszyst­ko. Du­nia stra­ciła przy­tom­ność.

Za­padła ciem­ność.

*

Za­padła ciem­ność.

Za­padła dla­te­go, że Kurt za­cisnął po­wie­ki naj­moc­niej, jak mógł. Na jego twa­rzy za­stygł sztyw­ny gry­mas, ze wszyst­kich sił chłopiec sta­rał się, aby ani je­den fo­ton światła nie prze­do­stał się do jego oczu. Tyl­ko w ten sposób był w sta­nie wmówić so­bie, że nie leci. Znacz­nie łatwiej przyszło mu prze­ko­nać sa­me­go sie­bie, że wiatr tar­gający fu­trem zawiąza­nej pod brodą uszan­ki, ude­rzający w mun­dur i szczy­piący w po­licz­ki wca­le nie jest pędem po­wie­trza nad zie­mią; nie, jest zwykłą wi­churą, lo­do­watą za­wieją, jaka zda­rza się w lu­tym. A ta pie­rza­sta kołdra, którą ści­ska tak moc­no dłońmi? No… kołdra albo po­dusz­ka, tak, to z pew­nością wiel­ka po­du­cha, z której wyłażą pióra. A te tur­bu­len­cje? To nie żadne zmia­ny ciśnie­nia w lo­cie. To…

Otwo­rzył lek­ko po­wie­ki. Le­ciał.

– PI­KU­JE­MY! – ryknął drwiąco Bren­dan.

Długa i gib­ka cza­pla biała, na której sie­dział, lecąca obok Mau­de, za­nur­ko­wała gwałtow­nie tuż obok fu­trza­nej uszan­ki Kur­ta. Chłopiec za­cisnął po­wie­ki i wbił pal­ce w puch na szyi swej żywej ae­ro­dy­ny.

Le­cie­li wy­so­ko po­nad drze­wa­mi; z tej wy­so­kości wiel­kie da­gle­zje po­kry­te śnie­giem przy­po­mi­nały wykałacz­ki. Kurt jed­nak nie chciał po­dzi­wiać wspa­niałych, ni­czym nie­przesłoniętych wi­doków ani słońca za­chodzącego za gru­by woal chmur nad ho­ry­zon­tem, rzu­cającego ostat­nie pro­mie­nie na zdo­bywców prze­stwo­rzy.

– Au! – za­skrze­czała cza­pla Mau­de. – Du­sisz mnie! Nie tak moc­no, jeśli łaska.

– Prze… prze­pra­szam! – od­krzyknął Kurt przez łzy spływające mu po po­licz­kach. Nie miał pojęcia, czy oczy łzawią mu od wia­tru, czy też ze zwykłego stra­chu. – Nie je­stem do­bry w la­ta­niu.

– Dla­cze­goś mi o tym nie po­wie­dział przed star­tem? – gde­rał po­iry­to­wa­ny ptak.

– Bo… byłoby to… nie­sto­sow­ne?

– Bo byłoby to ja­kie? 

Szum wia­tru utrud­niał roz­mowę.

– Bo byłoby to… – zaczął po­wta­rzać Kurt, ale nie dokończył, po­nie­waż prze­rwał mu ko­lej­ny okrzyk za­chwy­tu, który wy­rwał się z ust Bren­da­na.

Cza­pla biała i łotr wy­prze­dzi­li ich o kil­ka pta­sich długości i wy­ko­na­li właśnie prze­rażającą pętlę. Znów prze­mknęli pro­sto nad głową Kur­ta, co spra­wiło, że przy­tu­lił on po­licz­ki do pu­chu Mau­de. 

– Wolałbym, żeby tego nie ro­bi­li – mruknął.

– Odpręż się – po­ra­dziła mu cza­pla. – Kie­dy się spi­nasz, tracę wy­so­kość.

Z mgli­stych ko­ron drzew ze­rwało się na­gle sta­do wróbli, co zmu­siło ją do gwałtow­ne­go skrętu w pra­wo. Kurt pisnął.

– Iii…! – Nie mógł się po­ha­mo­wać. – Błagam, nie rób tego!

– Cho­dzi ci o to? – za­py­tała Mau­de, znów skręcając, jesz­cze gwałtow­niej.

Le­cie­li te­raz tuż nad ko­ro­na­mi naj­wyższych drzew. Tu­ma­ny wzno­szo­ne­go skrzydłami śnie­gu ude­rzyły w wy­krzy­wioną twarz chłopca.

– TAK! O TO! – wrzasnął.

Cza­pla, znu­dzo­na za­bawą, wzle­ciała na bez­piecz­niejszą wy­so­kość i zaczęła szy­bo­wać. Ustały tur­bu­len­cje, a Kurt nie trzy­mał się już tak kur­czo­wo pta­siej szyi.

– Więc dokąd w końcu le­ci­my? – za­py­tał.

– Do Wiel­kiej Auli w Le­sie Północ­nym – od­po­wie­działa Mau­de. – Zwołano tam taj­ne po­sie­dze­nie.

– Ja­kie po­sie­dze­nie?

– Taj­ne. – Cza­pla wes­tchnęła. – Gdy­bym wie­działa ja­kie, nie byłoby taj­ne, praw­da?

– Ale dla­cze­go my mamy wziąć w nim udział? – spy­tał lek­ko po­iry­to­wa­ny Kurt.

Cza­pla biała zbliżyła się do Mau­de.

– Właśnie, wod­ny pta­ku! – zawołał Bren­dan. – Dla­cze­go nas we­zwa­no?! Dla­cze­go wzy­wa się łotrów na taj­ne po­sie­dze­nia miesz­kańców Lasu Północ­ne­go?!

Mau­de zerknęła na Bren­da­na.

– Szyb­ko za­po­mniałeś o bi­twie pod Cokołem! – rzu­ciła stro­fująco. – Szyb­ko za­po­mniałeś o tym, czym było Po­spo­li­te Ru­sze­nie Uro­czy­ska!

Za­rzu­ty te roz­gnie­wały Bren­da­na.

– Jak śmiesz wy­po­mi­nać mi bitwę pod Cokołem! – ryknął. – Na­wet nie zro­siłaś zie­mi swoją pta­sią krwią, cza­plo!

– Uspokój się, Królu Łotrów – od­po­wie­działa Mau­de. – Nie chciałam cię ob­ra­zić. – Odchrząknęła i mówiła da­lej: – Star­sza Mi­stycz­ka zwołuje przed­sta­wi­cie­li wszyst­kich czte­rech pro­win­cji. Po­nie­waż teo­re­tycz­nie nikt nie rządzi Uro­czy­skiem, uzna­no, że wy­star­czy nam wysłan­nik Łotrów z Uro­czy­ska.

Da­le­ko przed nimi spo­między oko­licz­nych wzgórz wyłonił się po­kry­ty śnie­giem szczyt, którego czu­bek ginął w gęstych chmu­rach.

– Oto Góra Ka­te­dral­na – oznaj­miła Mau­de, rozłado­wując napięcie. – Je­steśmy pra­wie na miej­scu.

Przez pa­smo wznie­sień ota­czających Górę Ka­te­dralną wiła się kręta dróżka, która wspi­nała się na grań i opa­dała po dru­giej stro­nie, gdzie górzy­sty kra­jo­braz za­mie­niał się w łagodną do­linę. Las pod zdo­byw­ca­mi prze­stwo­rzy zaczął się prze­rze­dzać, a gęstwinę drzew Uro­czy­ska zastąpiły na prze­mian łąki i pola. Po pew­nym cza­sie Kurt uj­rzał chat­ki stojące na skra­ju pól. Z przy­sa­dzi­stych ka­mien­nych ko­minów w za­mglo­ne po­wie­trze wzno­sił się biały dym. Z jed­nej z cha­tek wyszło dwo­je lu­dzi, mężczy­zna i ko­bie­ta, którzy osłoniw­szy oczy od ostat­nich pro­mie­ni słońca, przyglądali się z za­cie­ka­wie­niem dwóm pta­kom i do­sia­dającym ich łotrom.

Oko­licz­ne pola były sza­re i su­che. Nic na nich nie rosło; sku­ta mro­zem zie­mia leżała odłogiem.

Cza­pla zniżyła lot. Kurt uj­rzał na gościńcu grupkę bo­sych dzie­ci. Do­strzegł na­wet ich bu­zie – smut­ne i zmęczo­ne.

Mau­de domyśliła się, co po­ru­szyło Kur­ta.

– Nie wszyst­ko układa się naj­le­piej w Le­sie Północ­nym – mruknęła. – Nędza u na­szych lud­niej­szych sprzy­mie­rzeńców z południa do­tknęła nas bar­dziej, niż się tego spo­dzie­wa­liśmy. Ustał eks­port. Co gor­sza, su­ro­wa zima daje się nam we zna­ki. Na przednówku pu­sto­szeją na­wet do­brze za­opa­trzo­ne spi­chrze.

– Nie miałem pojęcia! – za­fra­so­wał się Kurt, prze­krzy­kując wiatr.

– Skąd miałbyś wie­dzieć? – za­py­tała re­to­rycz­nie cza­pla. – Odkąd to łotr z Uro­czy­ska mar­twi się lo­sem miesz­kańców Lasu Północ­ne­go?

Chłopiec ze­brał myśli.

– Nie cho­dzi mi o to… Ale słyszałem, że wstrzy­ma­no do­sta­wy i wszyst­kim nam nie wie­dzie się naj­le­piej. Łotrow­ska star­szy­zna na­zy­wa to „po­suchą”.

Cza­pla zaśmiała się iro­nicz­nie.

– „Po­su­cha”, łotrze Kur­cie, to eu­fe­mizm. Tej nocy większość dzie­ci pójdzie spać głodna, po­nie­waż spiżar­nie w do­mach ich ro­dziców świecą pust­ka­mi.

– Ale dla­cze­go?

– Do­wiesz się. W sto­sow­nej po­rze. W swo­im cza­sie. – Ptak wzbił się wyżej, mówiąc: – Zbliżamy się. Spójrz: Drze­wo Rady.

Na te słowa oczom Kur­ta uka­zała się w od­da­li ko­ro­na wiel­kie­go sęka­te­go drze­wa, górująca nad sza­chow­nicą pól i za­gaj­ników. Chłopiec aż wes­tchnął z za­chwy­tu. Po­nad bez­list­ny­mi ko­na­ra­mi ni­czym żywa au­re­ola wi­ro­wała, wzno­siła się i opa­dała kon­ste­la­cja drob­ne­go ptac­twa. U stóp potężnego pnia kręcili się lu­dzie i zwierzęta – mali jak mrówki w porówna­niu z ma­je­sta­tycz­nym dębem. Da­lej Kurt do­strzegł wy­so­kie gołe wzgórze zwieńczo­ne drew­nianą strażnicą. Jesz­cze da­lej, za za­gaj­nikiem sza­rych klonów, w wąskim prze­smy­ku między dwo­ma pagórka­mi, stał długi drew­niany dom. Do­strzegłszy go, Mau­de wyciągnęła szyję i złożyła skrzydła. Zaczęła opa­dać.

Kie­dy się zniżali, Kurt przy­pa­try­wał się bu­dyn­ko­wi, do którego le­cie­li. Długi, biały od śnie­gu dach pod­trzy­my­wał wy­so­ki ko­min pośrod­ku; drew­no bocz­nych ścian po­ciem­niało i zmur­szało ze sta­rości. Nad sze­ro­ki­mi drew­nia­ny­mi drzwia­mi, wzmoc­nio­ny­mi żela­zny­mi ćwie­ka­mi, wy­sta­wał czu­bek potężnej stro­po­wej bel­ki dźwi­gającej dach.

Przed wylądo­wa­niem na zaśnieżonej łące, oka­lającej dom, Mau­de za­to­czyła z wdziękiem ósemkę.

Bor­suk w li­be­rii, który od­gar­niał śnieg z ka­mien­ne­go chod­nicz­ka, prze­rwał pracę i spoj­rzał na przy­byszów zsia­dających z ptaków. Kurt stanął nie­pew­nie – nogi się pod nim ugięły, bo zie­mia fa­lo­wała jesz­cze po długim i emo­cjo­nującym lo­cie – przez chwilę nie od­zy­skał równo­wa­gi. Bor­suk wrócił do za­mia­ta­nia śnie­gu.

– Wejdźcie do środ­ka – po­le­ciła lek­ko zdy­sza­na z wysiłku Mau­de. – Za­raz roz­pocz­nie się po­sie­dze­nie – dodała i wska­zała skrzydłem wiel­kie drzwi auli.

Za­nie­po­ko­jo­ny czymś Bren­dan ro­zej­rzał się po oko­li­cy. In­stynk­tow­nie położył dłoń na rękojeści sza­bli. Cza­pla, widząc to, po­wie­działa:

– Nie będzie ci po­trzeb­na, Królu Łotrów. Zna­lazłeś się w kra­inie miłującej pokój.

– Sam to oce­nię – mruknął oschle Bren­dan.

Kurt po­czuł ja­kieś po­ru­sze­nie w płócien­nym ple­ca­ku, który miał na ra­mio­nach. Sep­ti­mus sam otwo­rzył klapę i wy­sta­wił nos na świeże po­wie­trze.

– Je­steśmy na miej­scu? – za­py­tał.

– Aha – od­po­wie­dział Kurt. – Po­lu­biłeś la­ta­nie?

– Tak, owszem – mruknął szczur. – Jed­nak przyszło mi do głowy, że w drogę po­wrotną mo­gli­byśmy wy­brać się ko­leją. Co ty na to? – Pod­niósł łapkę i po­dra­pał się za uchem. – Nie prze­strasz się, ale miałem mdłości i na­bru­dziłem trochę w ple­ca­ku. Nie­zbyt spek­ta­ku­lar­nie, tyl­ko odro­binę.

– Co?

– No mówię, że troszkę zwy­mio­to­wałem. I głównie do tej to­re­becz­ki… – Sep­ti­mus wyjął z głębi ple­ca­ka skórzaną sa­kiewkę prze­wiązaną rze­my­kiem i od nie­chce­nia rzu­cił ją na zie­mię. – Le­piej tego nie otwie­raj.

– Sep­ti­mu­sie! Tam było moje dru­gie śnia­da­nie!

Szczur udał, że nie słyszy.

– Więc dokąd przy­le­cie­liśmy? – za­py­tał.

Kurt gde­rał bezgłośnie przez chwilę, lecz w końcu udzie­lił od­po­wie­dzi:

– Do Wiel­kiej Auli. Na taj­ne po­sie­dze­nie. Zo­sta­liśmy we­zwa­ni.

Gdy tyl­ko wy­po­wie­dział te słowa, z hu­kiem otwo­rzyły się wiel­kie drzwi gma­szy­ska. A w pro­gu auli stanął Sowi Król we własnej oso­bie – ma­je­sta­tycz­ny pu­chacz wir­gi­nij­ski w oku­la­rach na dzio­bie. Kurt nie wi­dział go od kil­ku mie­sięcy, od kie­dy je­sie­nią roz­sta­li się we Dwo­rze. Na twa­rzy chłopca po­ja­wił się uśmiech. Sowi Król rozłożył sze­ro­ko skrzydła na po­wi­ta­nie i ru­szył odśnieżonym chod­nicz­kiem ku trzem nowo przy­byłym.

– Moje łotry! – za­hu­kał. – Moje do­bre łotry! Mam na­dzieję, że lot nie był zbyt wy­czer­pujący.

– Królu! – zawołał roz­pro­mie­nio­ny Kurt. – Co Wa­sza Wy­so­kość tu robi?! Tak da­le­ko od Księstwa!

Bren­dan opuścił dłoń z rękojeści sza­bli i pod­szedł dum­nym kro­kiem do zbliżającego się pta­ka.

– Dro­gi Sowi Królu – ode­zwał się, schy­lając lek­ko głowę – to za­szczyt znów wi­dzieć cie­bie.

– I cie­bie, i cie­bie, Królu Łotrów – od­po­wie­dział pu­chacz, po­chy­lając dziób. Objął potężnymi skrzydłami ra­mio­na dwóch przy­byszów. – Nie mogłem się do­cze­kać na­sze­go spo­tka­nia. Całej na­szej trójki…

Sep­ti­mus chrząknął znacząco.

– Całej na­szej czwórki – po­pra­wił się król, mru­gając do szczu­ra. Po­tem znów zmarsz­czył brwi i rzekł: – A od­po­wia­dając na py­ta­nie mo­je­go przy­ja­cie­la Kur­ta: istot­nie nie w smak było mi opusz­czać ro­dzin­ne gniaz­do tuż po po­wro­cie z nie­wo­li. Pta­sie Księstwo jest bar­dzo piękne o tej po­rze roku, gdy lęgo­wi­ska po­kry­wa śnieg… – Wes­tchnął ciężko i mówił da­lej: – Ale ważą się losy Lasu… Za­wisło nad nami nowe wiel­kie nie­bez­pie­czeństwo… – Spoj­rzał na Mau­de i czaplę białą, czyszczące nie­opo­dal skrzydła. – Ufam, że was nie śle­dzo­no?

Mau­de pokręciła przecząco głową.

– Nie, mój książę – od­po­wie­działa z ukłonem. – Przy­le­cie­liśmy sami.

– Do­sko­na­le. – Sowi Król odwrócił się i skie­ro­wał skrzydłami Bren­da­na i Kur­ta w stronę drzwi. – Czas roz­począć po­sie­dze­nie.

*

– Mehl­berg – przed­sta­wił się tata El­sie. – Dzwo­niłem w ty­go­dniu.

Poświa­ta pa­dająca z mo­ni­to­ra ar­cha­icz­ne­go kom­pu­te­ra rzu­cała dziw­ny blask na wy­ma­lo­wa­ne ob­li­cze pani siedzącej za za­gra­co­nym bla­tem biur­ka. Światło spra­wiało, że gru­be war­stwy ma­ki­jażu wyglądały nie­zwy­kle upior­nie.

– Meh­lverg? – za­py­tała, prze­ciągając sa­mogłoski.

– Nie. – Da­wid pokręcił głową. – Mehl­berg. Przez „b”.

Ko­bie­ta odwróciła głowę od mo­ni­to­ra i spio­ru­no­wała przy­by­sza spoj­rze­niem.

– Nu po­wia­da­ju – za­in­to­no­wała oschle – Meh­lverg. 

An­giel­ski był bez wątpie­nia jej dru­gim języ­kiem. Dla El­sie – ukry­tej za no­gawką spodni ojca, z Nie­ustra­szoną Tiną przy­tu­loną do pier­si – głos tej pani po­brzmie­wał echem od­ległej kra­iny pełnej pałaców o ce­bu­la­stych kopułach i lu­dzi tańczących ko­za­ka.

Przy­wołany do porządku Da­wid uśmiechnął się uprzej­mie.

– Pani wy­ba­czy – mruknął. – Nie roz­po­znałem ak­cen­tu. – Odchrząknął. – Tak, na­zy­wa­my się Mehl­berg, Li­dia i Da­wid. Przy­je­cha­liśmy z córka­mi. El­sie i Ra­chel… – Nie do­cze­kaw­szy się od­po­wie­dzi, przestąpił ner­wo­wo z nogi na nogę, po czym zerknął na ta­bliczkę z na­zwi­skiem na bla­cie biur­ka i podjął próbę wymówie­nia go po­praw­nie: – Pan­no… Pan­no… Mu­drak?

Ko­bie­ta nie za­re­ago­wała. Za­cho­wy­wała się dosyć ospa­le i le­ni­wie. Przyglądała się przez dłuższą chwilę Mehl­ber­gom, a następnie oparła o blat dłonie zakończo­ne długi­mi pa­znok­cia­mi i od­sunęła się wraz z krzesłem od biur­ka. Po­tem wstała, wypełniając, można by po­wie­dzieć, całą prze­strzeń przed ro­dziną, cia­sno zbitą przed jej sta­no­wi­skiem pra­cy. Tata, który według El­sie był bar­dzo wy­so­kim mężczyzną, sięgał jej za­le­d­wie do ra­mie­nia. Ko­bie­ta miała na so­bie mi­goczącą ob­cisłą suk­nię, a na pal­cach pierście­nie z tęczo­wo mie­niącymi się kamie­niami.

Pan­na Mu­drak wyciągnęła bez­tro­sko rękę do Da­wi­da, układając dłoń ni­czym do pocałunku, jak hra­bi­na przyj­mująca za­lot­ni­ka.

– Pra­szu… – zaczęła, a słowa wypłynęły z jej ru­bi­no­wych ust jak stru­mień me­la­sy – Dies­die­mo­na… – Na jej war­gach błąkał się ta­jem­ni­czy uśmie­szek.

Da­wid wy­du­kał coś bez­sen­sow­nie na po­wi­ta­nie i pod­niósł rękę, żeby podać ją Des­de­mo­nie, ale ubiegła go Li­dia. Spoj­rzała gniew­nie na męża i moc­no ujęła wyciągniętą do nie­go dłoń.

– Jak się pani mie­wa, pan­no Mu­drak? – po­wie­działa głośno i do­bit­nie. – Przy­je­cha­liśmy z córka­mi, które chce­my tu zo­sta­wić na dwa ty­go­dnie, do cza­su na­sze­go po­wro­tu.

Po­god­ny nastrój Des­de­mo­ny prysł na­tych­miast, gdy ta zwróciła ob­li­cze ku pani Mehl­berg. Wy­rwała dłoń z jej ręki i po­wo­li opadła na krzesło.

– Nu da… – po­wie­działa. – Uwy­dim szto dano w kam­pju­te­ru. – Na jej twarz znów padła poświa­ta mo­ni­to­ra, kie­dy stu­kała pal­cem w kla­wia­turę. – Ja­sno – oznaj­miła. – Mam ja tu was. Die­wocz­ki dwie. El­sie i Ra­cheł. – Prze­krzy­wiła lek­ko głowę i spoj­rzała su­ro­wo na El­sie, która za­marła. – A ty kto? – za­py­tała sprzed kom­pu­te­ra.

– Ja… Mam na imię El­sie…

– Miło pa­znać. – Nie po­ru­szając głową, Des­de­mo­na prze­niosła wzrok na drugą dziew­czynkę. – Ty, a?

Ra­chel wyj­rzała groźnie spod opa­dających włosów, ale nie ode­zwała się ani słowem. Nie opuściła rąk bun­tow­ni­czo skrzyżowa­nych na pier­siach. Czasz­ka z iro­ke­zem na jej ko­szul­ce się po­marsz­czyła.

Mil­cze­nie prze­rwała Li­dia.

– To jest Ra­chel – przed­sta­wiła córkę, ściągając z nie­za­do­wo­le­nia brwi. – Nie­kie­dy bywa upar­ta.

Pan­na Mu­drak uśmiechnęła się, odsłaniając długi rząd zębów ukry­tych za uszmin­ko­wa­ny­mi war­ga­mi. Były nie­mal ide­al­ne, za­uważyła El­sie, z wyjątkiem jed­ne­go złote­go zęba, trze­cie­go od środ­ka, lśniącego w kom­pu­te­ro­wej poświa­cie. 

– Eto nie pro­blie­ma – od­po­wie­działa ko­bie­ta. – My zwy­czaj­ni ta­kim die­wocz­kom.

El­sie przełknęła głośno ślinę.

– Nu da, fa­mi­ly Meh­lverg – ode­zwała się Des­de­mo­na Mu­drak, od­wra­cając się z po­wro­tem do kom­pu­te­ra i dźgając pal­ca­mi kla­wi­sze. – Ot ja… po­zdraw­la­ju was w na­szym Hau­sie dla Trud­noj Mołodieży Dżofre­ja Unthan­ka. 

(Wy­po­wie­dziaw­szy te słowa, wska­zała wy­ma­lo­wa­nym pa­znok­ciem na stojącą na biur­ku fo­to­gra­fię w ram­ce. Był na niej roześmia­ny od ucha do ucha mężczy­zna z kozią bródką i wy­po­ma­do­wa­ny­mi włosa­mi, w krzy­kli­wym swe­trze w kratę. El­sie domyśliła się, że to pan Unthank). 

– My zbu­do­wa­li go w najn­tin ejty fajw godu. Etot dom to fuł-se­rvi­ce sje­ro­ti­niec i po­praw­czy dom dla se­tek nie­szcza­stli­woj dzie­ciej… –

re­cy­to­wała wy­uczoną mowę z en­tu­zja­zmem ste­war­des­sy tłumaczącej pasażerom sa­mo­lo­tu, jak ko­rzy­stać z ka­mi­zel­ki ra­tun­ko­wej.

Przy­mknęła po­wie­ki i opo­wia­dała da­lej o dro­bia­zgach ad­mi­ni­stra­cyj­nych, a w tym cza­sie El­sie przyj­rzała się ścia­nom biu­ra. Za­wsze miała wrażenie, że kurz zbie­ra się tyl­ko na po­wierzch­niach po­zio­mych, ale po­nu­re sza­re ścia­ny Domu Unthan­ka do­wo­dziły, że jest in­a­czej. Cien­ka war­stwa pyłu po­kry­wała je ni­czym far­ba, którą prze­ma­lo­wa­no również ko­lekcję sta­rych pla­katów fil­mo­wych, choć nie wia­do­mo z ja­kich filmów, gdyż na­pi­sy były w ob­cym języku. Na po­ste­rach przy­stoj­ni ak­to­rzy w smo­kin­gach pa­li­li pa­pie­ro­sy, opie­rając się o białe ba­lu­stra­dy i wy­mie­niając znaczące spoj­rze­nia z wy­so­ki­mi, ude­rzająco piękny­mi ko­bie­ta­mi.

Je­den wy­blakły pla­kat uka­zy­wał usta ko­bie­ty i mężczy­zny od­da­lo­ne od sie­bie za­le­d­wie o kil­ka cen­ty­metrów, a także ich płonące oczy. Nad tą gra­fiką znaj­do­wał się przy­ku­wający wzrok tekst, sporządzo­ny wiel­ki­mi mar­sjański­mi li­te­ra­mi: „Ніч в Гавані”. El­sie, przyj­rzaw­szy się uważniej ob­li­czu go­to­wej do pocałunku ko­bie­ty, od­kryła ze zdu­mie­niem, że należało ono do pan­ny Mu­drak, choć nie­co młod­szej. Osłupiała, wbiła wzrok w ko­bietę wciąż pe­ro­rującą za biur­kiem, a po­tem znów spoj­rzała na pla­kat. Po­do­bieństwo było ude­rzające, cho­ciaż w oczach pan­ny Mu­drak nie krył się tam­ten blask. El­sie nie mogła się po­wstrzy­mać.

– Czy… czy to pani? – za­py­tała.

Des­de­mo­na, której prze­rwa­no mo­no­log, po­pa­trzyła na El­sie, a następnie na wska­zy­wa­ny przez nią po­ster. Uśmiechnęła się lek­ko.

– Da… – Kiwnęła głową. – Eto ja… Sta­rien­kij film… Nocz w Ga­wa­ni. Wy wi­dzie­li jego?

Nikt się nie ode­zwał.

Ko­bie­ta zmarsz­czyła brwi i zbyła mil­cze­nie mach­nięciem ręki.

– Eto oczen sta­ren­kij film. Iz Ju­kra­iny. Nie po in­glisz. A eto Sier­giej Gon­cza­ren­ko, big star iz Ju­kra­ina. On tie­pier ra­bo­ta­jet na tak­si w San Fran­czi­sko. – Prychnęła znacząco. – By­wa­jet i tak… My pry­je­cha­li do Amie­ri­ka. Tu kra­snie, nie? – Od­sunęła krzesło i znów stanęła za biur­kiem. – Nu pasz­li. Pakażu haus.

Pan­na Mu­drak wyszła zza bla­tu i wska­zała ge­stem, aby Mehl­ber­go­wie po­szli za nią.

Zna­leźli się na długim ko­ry­ta­rzu, którego po­kry­te sztu­ka­te­rią ścia­ny po­ma­lo­wa­no na ten sam co i biu­ro bla­do­zie­lo­no­sza­ry ko­lor. Na su­fi­cie łuszczyła się far­ba. Po obu stro­nach ko­ry­ta­rza uka­zy­wały się drzwi. Przed jed­ny­mi z nich stał chłopiec w wie­ku El­sie. Mył mo­pem sza­chow­nicę po­sadz­ki. Cofnął się, żeby na nich spoj­rzeć. Uśmiechnął się nieśmiało.

– Eto cien­tral­nyj ko­ri­dor. Eto wchod k ja­dal­niu, a eto k swje­tli­cu. – Des­de­mo­na po­py­chała każde drzwi, o których mówiła, lecz te za­my­kały się zbyt szyb­ko, aby Mehl­ber­go­wie mo­gli do­brze się przyj­rzeć znaj­dującym się za nimi po­miesz­cze­niom. – Eto k gar­die­ro­bu, a eto k salu za­ba­wy. Eto łazien­ka. A eto Edward – rzekła, a chłopiec z mo­pem znów się uśmiechnął i po­ma­chał ręką. – A eto sta­irs do spal­ni. 

Pan­na Mu­drak przy­stanęła i oparła się o otwar­te drzwi, pusz­czając Mehl­bergów przo­dem. Przyglądała się im uważnie, kie­dy prze­cho­dzi­li przez próg i roz­po­czy­na­li wspi­naczkę po scho­dach.

– Pan­no Mu­drak – ode­zwał się ze schodów tata El­sie. – O co cho­dzi z tymi częścia­mi za­pa­so­wy­mi do ma­szyn? Wi­działem neon na zewnątrz…

– Eto bi­znies na boku – od­po­wie­działa Des­de­mo­na.

Da­wid cze­kał na dal­sze wyjaśnie­nia, ale ich nie usłyszał.

Ro­dzi­na stanęła na szczy­cie schodów, a ko­bie­ta pchnęła podwójne drzwi, za którymi uka­zała się wiel­ka jak sala gim­na­stycz­na sy­pial­nia z czte­re­ma długi­mi rzędami łóżek przy­po­mi­nających pry­cze. Nikt na nich nie leżał, wszyst­kie były schlud­nie zasłane i przy­kry­te sza­ry­mi wełnia­ny­mi ko­ca­mi, moc­no naciągniętymi na cien­kie ma­te­ra­ce. Pękaty pie­cyk koza, stojący z tyłu sali, za­pew­niał odro­binę ciepła.

– Tu spa­cie – oznaj­miła prze­wod­nicz­ka.

Przez wy­so­kie brud­ne okna wpa­dała sza­ra popołudnio­wa poświa­ta.

– Gdzie są po­zo­stałe dzie­ci? – za­py­tała Li­dia. Na jej twa­rzy ma­lo­wał się co­raz wyraźniej­szy gry­mas za­tro­ska­nia.

Des­de­mo­na uśmiechnęła się i prze­sunęła pal­cem wzdłuż krawędzi jed­nej z prycz.

– Na dwo­rze. – Zwróciła się do Da­wi­da: – Tie­pier nada mi tyl­ko mo­ney za kaucję i da swi­da­nia ro­di­te­lom.

Ra­chel spoj­rzała wy­mow­nie na matkę i ojca, prze­rwała mil­cze­nie:

– Nie róbcie tego, proszę.

El­sie nig­dy nie wi­działa sio­stry w tak roz­pacz­li­wym sta­nie. Ra­chel od­sunęła na boki zasłonę włosów i pa­trzyła pro­sto w oczy ro­dziców.

– Tyl­ko dwa ty­go­dnie, ko­cha­nie – po­cie­szył ją tata, choć i na jego twa­rzy ma­lo­wała się tro­ska. – Nie dłużej. I za­raz po was wrócimy.

El­sie po­czuła, że musi się wtrącić. Wie­działa, że nic nie da się zmie­nić. Ro­dzi­ce le­cie­li do Tur­cji jesz­cze dziś po południu. Spoj­rzała na siostrę z uśmie­chem.

– Dwa ty­go­dnie, Rach. Na­wet nie za­uważysz, kie­dy miną, co nie? – I jak w na­tchnie­niu przy­cisnęła gu­zik na ple­cach Tiny, mając na­dzieję na sto­sow­ne do sy­tu­acji hasło.

„NIE ZA­PO­MNIJ O LOR­NET­CE! NIG­DY NIE WIA­DO­MO, CO CZY­HA W LE­SIE!”.

„Trochę bez sen­su” – pomyślała El­sie. Za­uważyła jed­nak, że Ra­chel nie wyglądała już na tak zroz­pa­czoną. Za­miast tego, po­iry­to­wa­na, świ­dro­wała ją wzro­kiem. Za­wsze coś, za­wsze jakaś zmia­na.

– A eto szto? – za­py­tała Des­de­mo­na, patrząc z wy­so­kości na lalkę trzy­maną przez El­sie. Spoglądała na nią jak na zdechłą mysz. – Za­wsze tak gada i gada?

El­sie przy­tu­liła Tinę do pier­si.

– To Nie­ustra­szo­na Tina – wyjaśniła Li­dia. – Bo­ha­ter­ka kreskówek z te­le­wi­zji… – Wyjaśnie­nia te zupełnie nie tra­fiły do Des­de­mo­ny, a Li­dia mówiła da­lej: – Na­sza córka jest bar­dzo do tej lal­ki przy­wiązana, ma ją od piątego roku życia… Tina to taka kołder­ka bez­pie­czeństwa dla El­sie.

Na twa­rzy pan­ny Mu­drak po­ja­wił się gry­mas iry­ta­cji.

– Za­ka­za­no! Eto nie pra­wil­no, die­tiom nie wol­no mieć cze­goś, cze­wo inne die­ti chcie­li­by. Za­baw­ki iz doma die­tiom tu nie wol­no!

El­sie po­czuła dłoń taty na ra­mie­niu, a na ple­cach dresz­cze prze­rażenia. Chcą za­brać jej Tinę?

– Pan­no Mu­drak… – ode­zwał się Da­wid – bar­dzo nam zależy, żeby tym ra­zem zro­biła pani wyjątek. Dziew­czyn­ki zo­staną tu­taj na krótko, nie sądzę, żeby Tina sta­no­wiła jakiś pro­blem.

Ci­sza. Des­de­mo­na roz­ważała te słowa.

– Ha­ra­szo – po­wie­działa w końcu.

El­sie ode­tchnęła z ulgą. 

– Tyl­ko adin raz! Wyjątek!

Wy­mach gib­kie­go ra­mie­nia Des­de­mo­ny wy­pro­wa­dził Mehl­bergów z sy­pial­ni i kazał im zejść scho­da­mi na par­ter. Chłopiec, Edward, ciągle mył mo­pem po­sadzkę. Nie szło mu to za do­brze. Kie­dy go mi­ja­li, El­sie usłyszała, jak chrząka. Przy­stanęła i odwróciła się ku nie­mu. Edward wyciągnął do niej rękę ze złożonym kawałkiem pa­pie­ru.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział. – Ale zda­je się, że coś zgu­biłaś.

El­sie ro­zej­rzała się, aby spraw­dzić, czy po­zo­sta­li słysze­li te słowa. Mama i tata roz­ma­wia­li z panną Mu­drak, uzgad­niając ostat­nie szczegóły wy­ma­ga­nej kau­cji. Ra­chel wpa­try­wała się w swo­je te­nisówki.

– Ja? – za­py­tała El­sie, patrząc na chłopca.

Kiwnął głową.

Dziw­ne. Nie przy­po­mi­nała so­bie, żeby wno­siła tu jakąś złożoną kartkę. Nie wiedząc, co po­wie­dzieć, sięgnęła nieśmiało po zgubę i wyjęła ją z dłoni Edwar­da. W tej sa­mej chwi­li usłyszała wołanie mamy:

– El­sie! Nie ma­rudź tam!

Uśmiechnęła się z wdzięcznością do nowo po­zna­ne­go chłopca i scho­wała kar­te­lu­szek do kie­szon­ki spódni­cy. Wróciła posłusznie do mamy i stanęła u jej boku.

Pan­na Mu­drak kończyła właśnie zda­nie:

– …a tie­pier już da swi­da­nia ro­di­tie­lom..

Da­wid przyklęknął i objął obie córki, przy­tu­lając je moc­no. Mówił ci­cho zdu­szo­nym głosem:

– Moje dziew­czyn­ki… Moje dziew­czyn­ki. Od­naj­dzie­my wa­sze­go bra­ta. Od­naj­dzie­my go, tak mi do­pomóż Bóg. I spro­wa­dzi­my go do domu i znów będzie­my ro­dziną. Jedną ro­dziną…

Ra­chel płakała. El­sie wtu­liła twarz w klapę oj­cow­skiej ma­ry­nar­ki, pachnącej płynem po go­le­niu. Za­sta­na­wiała się, dla­cze­go sama nie płacze. Po­czuła dłoń mamy na ra­mie­niu. Li­dia Mehl­berg mil­czała, ale El­sie wie­działa, że łka. Czuła to przez drgającą spa­zma­tycz­nie mat­czyną dłoń.

– Bądźcie grzecz­ne – szepnęła w końcu mama.