Wydawca: Wilga Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uroczysko - Colin Meloy

Dwunastoletnia Prudencja McKneel wiedzie dość zwyczajne życie do dnia, kiedy jej mały braciszek zostaje porwany przez kruki. Dziewczynka ze swoim szkolnym kolegą wyrusza na poszukiwanie brata do Nieprzebytego Boru - dzikiego lasu w samym środku Portland. Wyprawa, która miała być tylko misją ratunkową, nieoczekiwanie zmienia się w coś więcej.

Opinie o ebooku Uroczysko - Colin Meloy

Fragment ebooka Uroczysko - Colin Meloy

Co­lin Me­loy

Uro­czy­sko

Kro­nik Lasu księga pierw­sza

ilu­stra­cjeCAR­SON EL­LISprzełożyła BO­GU­MIŁA KA­NIEW­SKA

Tytuł ory­gi­nału: Wil­dwo­od: The Wil­dwo­od Chro­nic­les, Book 1

Co­py­ri­ght © 2011 by Una­dop­ta­ble Bo­oks LLC

Text © Co­lin Me­loy

Il­lu­stra­tions © Car­son El­lis

First pu­bli­shed by Bal­zer + Bray an im­print of Har­per­Col­lins Pu­bli­shers

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2013

Dla Han­ka, oczy­wiście

Część pierw­sza

Roz­dział 1 Kru­cza sfo­ra

Ja­kim spo­so­bem pięć kruków zdołało unieść nie­mowlę ważące dzie­więć ki­lo­gramów, tego Pru­den­cja zupełnie nie mogła pojąć, lecz brak od­po­wie­dzi na to py­ta­nie był aku­rat dla dziew­czyn­ki naj­mniej­szym zmar­twie­niem. Gdy­by miała spi­sać listę swo­ich naj­większych zmar­twień w chwi­li, kie­dy siedząc na par­ko­wej ławce, wybałuszo­ny­mi ze zdu­mie­nia oczy­ma śle­dziła po­stać swo­je­go młod­sze­go bra­ta Mak­sia uno­szo­ne­go w prze­stwo­rza w szpo­nach pięciu kruków, py­ta­nie o to, jak im się to udało, zna­lazłoby się na sza­rym końcu li­sty. Na pierw­szym miej­scu wid­niałoby bo­wiem ta­kie oto zmar­twienie: ja­kieś pta­szy­ska po­rwały jej małego bra­cisz­ka, którym miała się opie­ko­wać! A za­raz po nim – praw­do­po­dob­nie ta­kie py­ta­nie: co one chcą z nim zro­bić?!

A prze­cież dzień za­po­wia­dał się tak miło.

Wpraw­dzie ran­kiem, kie­dy Du­nia (bo tak na­zy­wa­li Pru­dencję ro­dzi­ce) się obu­dziła, wszyst­ko wokół było sza­ro­bu­re, ale czy wrześnio­we po­ran­ki w Por­t­land by­wają inne? Dziew­czyn­ka pod­ciągnęła ro­le­ty w swo­im po­ko­ju i przez chwilę stała przy oknie, przyglądając się gałęziom drzew ry­sującym się ma­low­ni­czo na tle ja­sno­po­pie­la­te­go nie­ba. Była so­bo­ta i z dołu napływał za­pach kawy i śnia­da­nia. Ro­dzi­ce z pew­nością przyjęli już swo­je tra­dy­cyj­ne so­bot­nie pozy: tata sie­dział z no­sem w ga­ze­cie, od cza­su do cza­su pod­nosząc do ust ku­bek z kawą, która już zupełnie wy­stygła, mama przez szyl­kre­to­we oku­la­ry śle­dziła zmia­ny w za­supłanym wełnia­nym kłębo­wi­sku o ni­ko­mu nie­zna­nym prze­zna­cze­niu, a nie­spełna rocz­ny bra­ci­szek, wy­god­nie roz­par­ty w wy­so­kim krze­sełku, spraw­dzał, ile nie­zro­zu­miałych dźwięków typu „buu, buu!” jest w sta­nie wy­pro­du­ko­wać.

Kie­dy Pru­den­cja zeszła na dół i zna­lazła się w kuch­ni, stwier­dziła, że jej prze­wi­dy­wa­nia były nad wy­raz słuszne. Tata mruknął do niej na po­wi­ta­nie coś w ro­dza­ju „dzień do­bry”, oczy mamy uśmiechnęły się nad oku­la­ra­mi, a brat wrzasnął: „duu!”. Dziew­czyn­ka wsy­pała płatki do mi­ski.

– Smażę ci be­kon, ko­cha­nie – po­in­for­mo­wała ją mama, kie­rując wzrok z po­wro­tem na wełnianą amebę spo­czy­wającą w jej dłoniach. Co miało z niej po­wstać? Swe­te­rek czy ocie­placz na dzba­nek? Może stry­czek?

– Mamo – po­wie­działa Du­nia, za­le­wając płatki ryżowym mle­kiem – mówiłam ci prze­cież już sto razy, że je­stem we­ge­ta­rianką. Ergo nie ja­dam be­ko­nu. – Dziew­czyn­ka zna­lazła wy­raz „ergo” w ja­kiejś po­wieści i tego dnia mogła go w końcu użyć po raz pierw­szy. Nie miała całko­wi­tej pew­ności, czy za­sto­so­wała go w do­brym kon­tekście, ale i tak była z sie­bie dum­na. Usiadła przy ku­chen­nym sto­le i mrugnęła do bra­ta. Tata pod­niósł na mo­ment oczy znad ga­ze­ty, żeby uśmiechnąć się do córki.

– Co masz dziś na wo­kan­dzie? – za­py­tał. – Pamiętaj, że zaj­mu­jesz się Mak­siem.

– Czy ja wiem… – zaczęła Pru­den­cja. – Pew­nie sko­czy­my gdzieś… Na­pad­nie­my ze dwie bab­cie, może ob­ro­bi­my sklep ze sprzętem, opchnie­my fan­ty. No prze­cież nie będzie­my włóczyć się po ba­za­rach.

Tata par­sknął śmie­chem.

– Tyl­ko nie za­po­mnij oddać książek do bi­blio­te­ki. Leżą w ko­szy­ku obok drzwi – po­wie­działa mama, po­stu­kując dru­ta­mi. – Po­win­niśmy wrócić na obiad, ale sama wiesz, że różnie to bywa.

– Ja­sne – rzu­ciła Du­nia.

Mak­sio wtrącił się do roz­mo­wy:

– Duu! – zawołał i kichnął, wy­ma­chując za­wzięcie łyżeczką.

– Wygląda na to, że twój brat gdzieś się prze­ziębił – za­uważył tata. – Co­kol­wiek będzie­cie robić, spraw­dzaj, czy jest do­brze opa­tu­lo­ny.

(Kru­ki uno­siły małego co­raz wyżej ku nie­bu, a dziew­czyn­ka przy­po­mniała so­bie, że ma jesz­cze jed­no zmar­twie­nie: „Prze­cież on jest naj­praw­do­po­dob­niej prze­ziębio­ny!”).

Tak wyglądał tam­ten po­ra­nek. Na­prawdę zupełnie zwy­czaj­nie. Du­nia dokończyła płatki, przej­rzała jakiś ko­miks, pod­rzu­ciła kil­ka haseł ta­cie, który błagał o po­moc przy krzyżówce, i za­mon­to­wała czer­woną przy­czepkę do swo­je­go ro­we­ru bez prze­rzu­tek. Nie­bo za­snu­wała równa war­stwa sza­rości, ale ra­czej nie za­no­siło się na deszcz, więc Pru­den­cja wcisnęła Mak­sia w sztruk­sową bluzę, owinęła go pi­ko­wa­nym ple­dem i przełożyła całe to pa­plające za­wi­niątko do czte­ro­kołowe­go wózka przy­czepki. Po­tem oswo­bo­dziła z tro­skli­wych objęć ciepłej bawełny jedną rączkę bra­ta, żeby we­tknąć w nią jego ulu­bioną za­bawkę – drew­nia­ne­go węża. Chłopiec potrząsnął nim z za­chwy­tem.

Dziew­czyn­ka wsunęła sto­py w czar­nych ba­le­rin­kach w pedały i ru­szyła. Wa­go­nik hałaso­wał na wy­bo­jach, a Mak­sio wrzesz­czał uszczęśli­wio­ny przy każdym pod­sko­ku. Prze­dzie­ra­li się przez za­ciszną dziel­nicę drew­nia­nych domków. Przy­czep­ka ba­lan­so­wała na krawędzi ry­zy­ka za każdym ra­zem, gdy Pru­den­cja po­ko­ny­wała krawężnik i omi­jała kałużę. Spod kół ro­we­ru prze­ci­nających mo­kry chod­nik wy­do­by­wało się pełne sa­tys­fak­cji „szszszszszszsz!”.

Ra­nek mijał po­wo­li, ustępując miej­sca ciepłej południo­wej po­rze. Po dłuższej prze­jażdżce po­zba­wio­nej kon­kret­ne­go celu (nie licząc od­wie­dzin u pary le­visów w trochę dziw­nym ko­lo­rze, które zza szy­by wy­sta­wo­wej do­ma­gały się po­wro­tu Duni i ko­lej­nych oględzin, ani naj­now­szej do­sta­wy płyt do skle­pu mu­zycz­ne­go, które wy­ma­gały uważnego przej­rze­nia, ani też kil­ku we­ge­ta­riańskich tor­til­li, które ma­low­ni­czo roz­dziu­ba­li na ta­le­rzu w ba­rze) dziew­czyn­ka za­trzy­mała się przy ka­wiar­ni na głównej uli­cy. Znu­dzo­na, zaczęła po­wo­li sączyć spie­nio­ne mle­ko, zer­kając przez okno wy­sta­wo­we na pra­cow­ników, którzy z lek­kim obrzy­dze­niem na twa­rzach wie­sza­li właśnie na ścia­nie ka­wiar­ni wy­pcha­ny łeb łosia z lum­pek­su. Tym­cza­sem Maks uci­nał so­bie drzemkę w przy­czep­ce. Przez ulicę Lom­bard prze­ta­czał się gwar­ny tłum, gdyż był to początek go­dzin szczy­tu, które wy­ga­niały na chod­ni­ki wszyst­kich sąsiadów. Kil­ko­ro prze­chod­niów zakląskało języ­kiem na wi­dok uśpio­ne­go w wózku nie­mowlęcia. Dunię iry­to­wały iro­nicz­ne uśmiesz­ki, które za­kwi­tały na twa­rzach mi­jających ją lu­dzi na wi­dok opie­kuńczej star­szej sio­stry. Dziew­czyn­ka zaczęła coś bez­myślnie gry­zmo­lić w szki­cow­ni­ku. Na­ry­so­wała obrośniętą blusz­czem rynnę bu­dyn­ku ka­wiar­ni i spo­kojną, uśpioną buzię Mak­sia, ze szczególną sta­ran­nością za­zna­czając gila wy­chodzącego z le­wej dziur­ki nosa mal­ca. Popołudnie po­wo­li za­mie­rało. Chłopiec obu­dził się na­gle, wy­ry­wając siostrę z odrętwie­nia.

– Słusznie – stwier­dziła dziew­czyn­ka, biorąc bra­ta na ko­la­na. Ma­lec tarł piąstka­mi za­spa­ne oczy. – Czas się ru­szyć. Bi­blio­te­ka?

Mak­sio od­po­wie­dział ja­kimś nie­zro­zu­miałym odgłosem.

– To zna­czy bi­blio­te­ka – oznaj­miła Pru­den­cja.

Przy wejściu do od­działu Bi­blio­te­ki Świętego Jana dziew­czyn­ka wje­chała swo­im po­jaz­dem wprost do sto­ja­ka na ro­we­ry i zeszła z sio­dełka.

– Nig­dzie się stąd nie ru­szaj – przy­ka­zała Mak­sio­wi, wyj­mując z wózka skrom­ny sto­sik książek.

Du­nia wbiegła do holu i za­trzy­mała się przed okien­kiem zwrotów, ta­sując trzy­ma­ne w rękach tomy. Kie­dy do­tarła do „Atla­su ptaków Si­bleya”, znie­ru­cho­miała na mo­ment i wes­tchnęła. Miała go w domu od trzech mie­sięcy, dziel­nie igno­ro­wała mo­ni­ty i pogróżki pra­cow­ników bi­blio­te­ki, aż wresz­cie zde­cy­do­wała się tę książkę oddać. Te­raz przej­rzała stro­ny atla­su z roz­pacz­li­wym żalem w ser­cu. Ileż to go­dzin spędziła, prze­ry­so­wując piękne wi­ze­run­ki ptaków do szki­cow­ni­ka, po­wta­rzając szep­tem jak li­ta­nię ich fan­ta­stycz­ne, eg­zo­tycz­nie brzmiące na­zwy: pi­ran­ga żółto­rzyt­na, le­lek krzy­kli­wy czy ko­mi­niar­czyk sza­ro­brzu­chy. Te na­zwy przy­woływały wi­zje dum­nych kra­in, da­le­kich stron, ci­chych świtów wstających nad pre­ria­mi i za­mglo­nych wierz­chołków wy­so­kich drzew. Pru­den­cja powędro­wała spoj­rze­niem od książki ku cze­luściom okien­ka zwrotów i z po­wro­tem. Za­mru­gała, mruknęła: „No cóż…”, i ukryła książkę pod kurtką. Jesz­cze przez ty­dzień będzie sta­wiała czoła pogróżkom bi­blio­te­kar­ki.

A na zewnątrz jakaś star­sza pani stanęła przy wózku, zmarsz­czyła brwi i zaczęła się gniew­nie rozglądać za właści­cie­lem po­jaz­du. Maks w tym cza­sie bez­tro­sko przeżuwał łeb swo­je­go drew­nia­ne­go węża. Dziew­czyn­ka przewróciła ocza­mi, wzięła głęboki od­dech i z hu­kiem otwo­rzyła drzwi bi­blio­te­ki. Kie­dy ko­bie­ta zo­ba­czyła Pru­dencję, uniosła wska­zujący pa­lec i zaczęła nim wy­grażać, za­ci­nając się lek­ko:

– Prze… pra­szam, pa­nien­ko! To nie­bez­piecz­nie! Tak zo­sta­wiać dziec­ko! Samo! Czy jego ro­dzi­ce wiedzą, jak się nim zaj­mu­jesz?

– Że niby nim? – spy­tała Du­nia, wsia­dając na ro­wer. – Ten bie­dak nie ma ro­dziców. Zna­lazłam go w ku­pie nie­po­trzeb­nych książek. – Uśmiechnęła się sze­ro­ko i zje­chała z krawężnika na ulicę.

Gdy ro­dzeństwo do­tarło na plac za­baw, było tam zupełnie pu­sto. Dziew­czyn­ka od­winęła Mak­sia z ko­cy­ka i po­sta­wiła przy przy­czep­ce, którą odłączyła od ro­we­ru. Chłopiec właśnie na­uczył się cho­dzić, więc na­tych­miast wy­ko­rzy­stał tę okazję, żeby trochę po­tre­no­wać. Z uśmie­chem na roz­ga­da­nej buzi zaczął uważnie drep­tać przy wózku, pchając go po as­fal­to­wym bo­isku.

– No da­waj, mały – zachęciła bra­ta Pru­den­cja, a następnie wyciągnęła spod kurt­ki „Atlas ptaków Si­bleya” i otwo­rzyła go na stro­nie o zagiętym rogu, poświęco­nej szpa­kow­ni­kom. Cie­nie drzew się wydłużyły. Późne popołudnie zmie­niało się we wcze­sny wieczór.

Właśnie wte­dy Du­nia za­uważyła kru­ki.

Na początku było ich tyl­ko kil­ka. Ry­so­wały re­gu­lar­ne koła wy­so­ko, pod sa­mym nie­bem. Coś spra­wiło, że dziew­czyn­ka zwróciła uwagę na pta­ki i po­czuła, jak­by wdarły się na jej te­ry­to­rium. Coś spra­wiło, że nie mogła ode­rwać od nich oczu. Co­rvus co­rax. Aku­rat czy­tała o nich po­przed­nie­go wie­czo­ru. Na­wet z da­le­ka czuła re­spekt wo­bec ich roz­miarów i mocy, z jaką ude­rzały skrzydłami. Nad­le­ciało jesz­cze kil­ka ptaków, chma­ra kołująca nad pla­cem za­baw sta­wała się dość licz­na. „Sta­do? – zamyśliła się Pru­den­cja. – A może klucz?”. Prze­rzu­ciła kart­ki aż na sam ko­niec atla­su, gdzie znaj­do­wał się zna­ko­mi­cie opra­co­wa­ny in­deks ter­minów, ja­kich można używać dla określa­nia pta­sich grup. Cza­ple sta­do, gro­ma­da wróbli i… kru­cza sfo­ra. Dziew­czyn­ka zadrżała. Gdy zno­wu pod­niosła wzrok, zo­ba­czyła, że sfo­ra kruków się powiększyła. Już całe tu­zi­ny pta­szysk dźgały smo­li­sty­mi dzio­ba­mi wie­czor­ne po­wie­trze. Du­nia ro­zej­rzała się w po­szu­ki­wa­niu bra­cisz­ka. Chłopiec od­da­lił się już o kil­ka metrów, drepcząc bez­tro­sko ku wierz­chołkom cie­ni. Dziew­czyn­ka po­czuła się nie­swo­jo.

– Hej, Mak­siu! – zawołała – Dokąd idziesz?

Na­gle ze­rwał się wiatr. Pru­den­cja po­pa­trzyła w nie­bo i prze­ra­ziła się, widząc, że kru­cza sfo­ra powiększyła się chy­ba dwu­dzie­sto­krot­nie. W ma­sie skrzy­dla­tej czer­ni nie sposób było rozróżnić ciał po­je­dyn­czych ptaków. Sta­do stało się jedną skręcającą się w kon­wul­sjach chmurą, która przyćmie­wała słabe słońce późnego popołudnia. Chmu­ra opa­dała i wzno­siła się w po­wie­trzu, a kra­ka­nie i ude­rze­nia skrzy­deł brzmiały ogłuszająco. Du­nia nie­spo­koj­nie obej­rzała się za sie­bie, za­sta­na­wiając się, czy ktoś oprócz niej jest świad­kiem tego nie­sa­mo­wi­te­go spek­ta­klu. Nie­ste­ty, była zupełnie sama.

I wte­dy pta­szy­ska za­pi­ko­wały w dół.

Ich kra­ka­nie sca­liło się w je­den zgod­ny wrzask, gdy kru­czy obłok popędził z sza­leńczą prędkością w stronę chłopczy­ka. Mak­sio pisnął z prze­rażenia, kie­dy pierw­sze pta­szy­sko chwy­ciło w szpo­ny kap­tur jego kurt­ki. Dru­gi kruk ucze­pił się rękawa, ko­lej­ny złapał mal­ca za ramię. Po­tem zniżyły się czwar­ty i piąty ptak, aż syl­wet­ka chłopca zupełnie zniknęła przysłonięta ru­chliwą czer­nią pie­rza­stej sfo­ry. Po chwi­li Maks, lek­ki ni­czym piórko, ode­rwał się od zie­mi i po­szy­bo­wał w po­wie­trze.

Pru­den­cja, spa­ra­liżowa­na prze­rażeniem, nie wie­rzyła własnym oczom. „Jak one mogły zro­bić coś ta­kie­go?” – pomyślała. Nogi miała ciężkie jak z be­to­nu, a usta pu­ste, nie­zdol­ne do wy­da­nia ja­kie­go­kol­wiek dźwięku. Całe jej do­tych­cza­so­we spo­koj­ne, prze­wi­dy­wal­ne życie prze­stało ist­nieć za sprawą tej jed­nej strasz­nej chwi­li. Wszyst­ko, w co wie­rzyła, osunęło się w bez­denną prze­paść. Nic z tego, cze­go na­uczy­li ją ro­dzi­ce, nic z tego, cze­go na­uczyła się w szko­le, nie mogło jej przy­go­to­wać na to, co się właśnie wy­da­rzyło. A właści­wie na to, co miało się wy­da­rzyć…

*

– PUSZ­CZAJ­CIE MO­JE­GO BRA­TA!

Gdy Pru­den­cji wróciła przy­tom­ność umysłu, spo­strzegła, że stoi na ławce i wy­graża kru­kom pięścia­mi, ni­czym śmiesz­ny, bez­rad­ny lu­dzik z ko­mik­su, mio­tający prze­kleństwa w stronę groźnego przestępcy, który właśnie ukradł mu port­fel. Kru­ki od­la­ty­wały bar­dzo szyb­ko, wzno­siły się już nad naj­wyższy­mi ko­na­ra­mi to­po­li. Mak­sia pra­wie nie było widać wśród czar­nej skrzy­dla­tej zgrai. Du­nia ze­sko­czyła z ławki i pod­niosła ze ścieżki duży ka­mień. Wy­ce­lo­wała i cisnęła nim z całej siły, ale jęknęła, gdy ka­mień zaczął spa­dać dużo za wcześnie, by osiągnąć cel. Pta­szy­ska na­wet nie zwróciły uwa­gi na jej ruch. Uno­siły się te­raz wy­so­ko po­nad naj­wyższy­mi z oko­licz­nych drzew. Naj­szyb­sze z kruków rozpływały się już w od­da­li pośród ni­sko za­wie­szo­nych chmur. Mrocz­ny kształt układał się w le­ni­wy wzór, który roz­padł się na dwie części zmie­rzające w prze­ciw­nych kie­run­kach. Ciem­na pta­sia kur­ty­na roz­sunęła się na­gle i Pru­den­cja spo­strzegła w od­da­li beżową po­stać. Sztruk­so­wa kurt­ka Mak­sia, dzi­wacz­nie roz­ciągnięta przez kru­cze szpo­ny, wyglądała jak ubra­nie szma­cia­nej lal­ki. Dziew­czyn­ka wi­działa pta­sie pa­zu­ry wplątane w gęstą czu­prynę chłopca. Sfo­ra naj­wyraźniej roz­dzie­liła się na dwie ban­dy. Jed­na z nich ota­czała kru­ki dźwi­gające zdo­bycz, dru­ga część od­da­lała się sla­lo­mem wzdłuż wierz­chołków drzew. Nie­spo­dzie­wa­nie kurt­ka Mak­sia wyśli­zgnęła się dwóm kru­kom ze szponów. Po­zo­stałe pta­ki nie zdołały utrzy­mać ciężaru mal­ca i Pru­den­cja wrzasnęła, widząc, jak jej brat wy­su­wa się z pta­sich pa­zurów. Za­nim jed­nak zdążył zbliżyć się nie­bez­piecz­nie do zie­mi, błyska­wicz­nie po­ja­wiła się dru­ga ban­da i zręcznie go przejęła, umiesz­czając na powrót w kraczącej pta­siej chmu­rze. Obie gru­py zbiły się w jedną większą sforę, która raz jesz­cze zakołowała w po­wie­trzu, a po­tem znie­nac­ka po­mknęła jak strzała na zachód, od­da­lając się od pla­cu za­baw.

Pru­den­cja, która prze­cież mu­siała coś zro­bić, po­biegła do ro­we­ru, wsko­czyła na sio­dełko i popędziła przed sie­bie. Bez wózka przy­cze­pio­ne­go do bagażnika szyb­ko osiągnęła przy­zwo­itą prędkość i wy­padła pro­sto na ulicę. Gdy prze­my­kała pędem przez skrzyżowa­nie na­prze­ciw bi­blio­te­ki, dwa auta zatańczyły na jezd­ni i za­trzy­mały się z pi­skiem opon tuż przed jej ro­we­rem, a ktoś z boku wrzasnął: „Uważaj!”, ale dziew­czyn­ka na­wet na mo­ment nie ode­rwała wzro­ku od rozpływającej się w od­da­li sfo­ry kruków.

Sto­py Duni, kręcące z całej siły pedałami, zle­wały się w gra­na­tową smugę, gdy igno­rując znak sto­pu, nie­malże prze­le­ciała przez skrzyżowa­nie Rich­mond i Ivan­hoe, wywołując pełne obu­rze­nia okrzy­ki pie­szych. Skręciła na południe i popędziła przed sie­bie ulicą Wil­la­met­te. Kru­ki nie na­ty­kały się pod­czas lotu na domy, traw­ni­ki, uli­ce i czer­wo­ne światła, lecz po­ko­ny­wały swoją drogę szyb­ko i bez przeszkód, więc dziew­czyn­ka zmu­siła ciało do jesz­cze szyb­szej pra­cy, aby nadążyć za po­ry­wa­cza­mi. A pta­szy­ska, była tego pew­na, dro­czyły się z nią, co­fając się w lo­cie i zniżając, żeby ominąć da­chy domów, za­to­czyć w po­wie­trzu wiel­ki łuk, a po­tem znów po­le­cieć na zachód. W ta­kich chwi­lach Pru­den­cji uda­wało się do­strzec syl­wetkę upro­wa­dzo­ne­go bra­cisz­ka, który kołysał się w szpo­nach po­ry­wa­czy, by za chwilę znów zniknąć sio­strze z oczu za zasłoną czar­nych piór.

– Jadę po cie­bie, Mak­siu! – wrzesz­czała Du­nia. Po jej po­licz­kach płynęły łzy, ale nie miała pojęcia, czy rze­czy­wiście płacze czy może to tyl­ko chłodne po­wie­trze skra­plało się na jej twa­rzy pod­czas tej sza­leńczej jaz­dy. Ser­ce biło jej jak osza­lałe, ale ner­wy trzy­mała na wo­dzy. Wciąż jesz­cze nie mogła uwie­rzyć, że to wszyst­ko działo się na­prawdę. Myślała tyl­ko o tym, że musi od­zy­skać bra­ta. Przy­sięgała so­bie, że już nig­dy, przenig­dy nie spuści go z oczu.

Po­wie­trze aż zadrżało od dźwięków klak­sonów, kie­dy prze­dzie­rała się zyg­za­kiem przez bar­dzo ru­chliwą ulicę. Śmie­ciar­ka, która właśnie usiłowała zawrócić na sa­mym środ­ku Wil­la­met­te, sku­tecz­nie za­blo­ko­wała ruch, więc dziew­czyn­ka mu­siała po­ko­nać krawężnik i wtargnąć na chod­nik. Garst­ka prze­chod­niów usko­czyła z krzy­kiem.

– Prze­pra­szam! – zawołała za nimi.

Tym­cza­sem kru­ki skręciły pod ostrym kątem, a po­tem zawróciły. Du­nia gwałtow­nie za­ha­mo­wała, a pta­ki nie­mal jed­nym ru­chem zgod­nie zniżyły lot i ru­szyły pro­sto na nią. Krzycząc, schy­liła się, kie­dy prze­la­ty­wały tuż nad jej głową, nie­mal prze­cze­sując piórami jej włosy. Gdy zbliżały się do niej, usłyszała od­ległe ga­wo­rze­nie i okrzyk: „Duuu!”, ale już po chwi­li Mak­sio prze­padł wraz z pta­szy­ska­mi, które znów skie­ro­wały się na zachód. Dziew­czyn­ka na­cisnęła na pedały i rozpędziła ro­wer, żeby po­de­rwać go do góry. Amor­ty­zując wy­skok siłą ra­mion, z wy­krzy­wioną z wysiłku twarzą, z po­wro­tem wtargnęła na czar­ny as­falt uli­cy. Wy­ko­rzy­stując okazję, skręciła ostro w boczną uliczkę pro­wadzącą przez osie­dle no­wych, czyściut­kich domów bliźnia­czych. Dro­ga szła lek­ko w dół. Ro­wer aż drżał i brzęczał od co­raz większej prędkości.

Na­gle ulicz­ka się skończyła i Du­nia zo­ba­czyła przed sobą urwi­sko.

Wschod­ni brzeg rze­ki Wil­la­met­te sta­no­wił na­tu­ralną gra­nicę między cia­sno utkaną dziel­nicą St. Johns a na­brzeżem, czy­li ciągnącym się przez trzy mile kli­fem, zwa­nym po pro­stu urwi­skiem. Dziew­czyn­ka wrzasnęła i za­ha­mo­wała tak gwałtow­nie, że nie­wie­le bra­ko­wało, a prze­ko­ziołkowałaby przez kie­row­nicę i spadła w dół. Tym­cza­sem kru­ki po­szy­bo­wały nad prze­paścią i po­frunęły ku nie­bu ni­czym ru­chli­wa czar­na trąba po­wietrz­na oto­czo­na dy­mem z ko­minów dziel­nicy prze­mysłowej, bez­lud­nej kra­iny ciągnącej się po dru­giej stro­nie rze­ki, przed wie­lu laty za­mie­nio­nej przez miej­sco­wych po­ten­tatów w śmierdzącą Prze­mysłową Pu­sty­nię. Tuż za nią, za ciemną dymną zasłoną roz­ciągały się wzgórza, które jak okiem sięgnąć, po­ra­stał gęsty las. Twarz Duni zbladła jak ścia­na.

– Och nie – wy­szep­tała dziew­czyn­ka.

Smukła ko­lum­na kruków bez­sze­lest­nie zni­kała w ciem­nościach dżungli po dru­giej stro­nie rze­ki. Pta­ki upro­wa­dziły jej bra­cisz­ka do Nie­prze­by­te­go Boru.

Roz­dział 2Nie­prze­by­ty Bór

Jak da­le­ko Du­nia sięgała pamięcią, na każdej ogląda­nej przez nią ma­pie oko­lic Por­t­land w sa­mym środ­ku wid­niała wiel­ka ciem­no­zie­lo­na pla­ma, roz­ra­stająca się ni­czym mech na północy – od wscho­du do za­cho­du – i ozna­czo­na tajemni­czymi li­te­ra­mi „NB”. Dziew­czyn­ce nig­dy nie przyszło do głowy, żeby za­py­tać o to miej­sce, aż do pew­ne­go wie­czo­ru. Mak­sia nie było jesz­cze wte­dy na świe­cie, a ona sie­działa z ro­dzi­ca­mi w sa­lo­nie. Tata przy­niósł właśnie do domu nowy atlas. Leżeli nad nim we tro­je, prze­wra­cając kart­ki, pal­ca­mi prze­mie­rzając gra­ni­ce i od­czy­tując na głos eg­zo­tycz­ne na­zwy różnych od­ległych miejsc. Gdy na­tknęli się na mapę Ore­go­nu, Pru­den­cja wska­zała pal­cem nie­wielką łatkę ozna­czającą Por­t­land i zadała py­ta­nie, które in­try­go­wało ją od daw­na: „Co to jest NB?”.

– Nic ta­kie­go, ko­cha­nie – od­po­wie­dział jej wówczas tata, po czym otwo­rzył atlas na ma­pie Ro­sji, którą oglądali wcześniej. Pal­cem na­ry­so­wał na ma­pie koło, za­kreślając północ­no-wschod­nią część kra­ju, ozna­czoną na­pi­sem „SY­BE­RIA”. Nie było tam nazw miast ani splotów żółtych ni­tek sym­bo­li­zujących dro­gi i au­to­stra­dy. Nie było tam ni­cze­go poza ogromną plamą zie­le­ni w różnych od­cie­niach, po­prze­ty­kaną gdzie­nieg­dzie krętymi kre­ska­mi błękitu łączącymi ze sobą nie­zli­czo­ne je­zio­ra, którymi była upstrzo­na ta kra­ina. – Są na zie­mi ta­kie miej­sca, gdzie lu­dzie się po pro­stu nie osie­dlają – wyjaśnił. – Może jest im tam za zim­no albo za dużo rośnie tam drzew, albo góry są za stro­me, żeby się po nich wspi­nać. Mniej­sza o przy­czy­ny, po pro­stu ni­ko­mu nie przyszło do głowy, żeby zbu­do­wać tam drogę, a bez dróg nie ma domów, no a jak nie ma domów, to miast też nie ma.

Tata prze­kart­ko­wał atlas z po­wro­tem aż do mapy Por­t­land i po­stu­kał pal­cem w miej­sce, gdzie wid­niała na­zwa „NB”.

– To zna­czy „Nie­prze­by­ty Bór” – po­wie­dział. – I tym właśnie jest.

– A dla­cze­go nikt tam nie miesz­ka? – spy­tała Du­nia.

– Z tego sa­me­go po­wo­du, co w tam­tej części Ro­sji. Kie­dy przy­by­li pierw­si osad­ni­cy i zaczęli zakładać Por­t­land, nikt nie chciał zbu­do­wać domu w ta­kiej oko­li­cy: las był tam za gęsty, a góry za wy­so­kie. A że nie było tam domów, to nikt nie pomyślał o bu­do­wie dro­gi. A bez dro­gi i bez domów każde miej­sce jest właśnie ta­kie: bez­lud­ne i opu­sto­szałe. Z cza­sem ten re­jon sta­wał się co­raz bar­dziej dzi­ki i co­raz bar­dziej nie­gościn­ny. I dla­te­go na­zwa­no go Nie­prze­by­tym Bo­rem. I dla­te­go też wszy­scy uważają, żeby się do nie­go nie zbliżać.

Tata prze­sunął lek­ko dłonią po ma­pie i pod­niósł rękę, przy­trzy­mując bródkę dziew­czyn­ki kciu­kiem i pal­cem wska­zującym. Zbliżając twarz do jej buzi, dodał:

– I ty również, córecz­ko, nig­dy, przenig­dy tam nie chodź. – Za­baw­nie po­ru­szał jej głową, jak­by mu przy­ta­ki­wała. Uśmiechnął się. – Słyszysz mnie?

Du­nia zro­biła głupią minę i uwol­niła się z uści­sku.

– Pew­nie, że słyszę. – Obo­je znów spoj­rze­li na atlas, a dziew­czyn­ka przy­tu­liła twarz do ojca.

– Mówiłem poważnie – po­wie­dział tata i Pru­den­cja po­czuła, jak mięśnie ojca napięły się pod jej po­licz­kiem.

Właśnie w ten sposób się do­wie­działa, że nie po­win­na się zbliżać do Boru, i już nig­dy – poza jed­nym je­dy­nym ra­zem – nie pytała ro­dziców o to miej­sce. Nie mogła jed­nak o nim za­po­mnieć. Cen­trum mia­sta rosło, wy­so­kie bu­dyn­ki pięły się w górę, na przed­mieściach roz­ra­stały się ce­gla­ste tu­ne­le połączeń wokół au­to­stra­dy, więc Du­nia nie mogła zro­zu­mieć, jak to się dzie­je, że tak wiel­ka prze­strzeń po­zo­sta­je nie­tknięta, nie­na­ru­szo­na, choć leży tuż przy gra­ni­cy mia­sta. Co więcej, nikt z do­rosłych nig­dy nie wspo­mi­nał o tym miej­scu. Jak­by było nie­obec­ne zarówno na po­wierzch­ni zie­mi, jak i w ludz­kiej świa­do­mości.

Je­dy­nym oto­cze­niem, w którym Nie­prze­by­ty Bór wyłaniał się cza­sem z otchłani za­po­mnie­nia, była szkoła, do której cho­dziła Pru­den­cja. Wśród dzie­ci krążyła opo­wieść, po­wta­rza­na przez uczniów star­szych klas młod­szym ko­le­gom, o pew­nym człowie­ku – po­dob­no czy­imś wuj­ku – który przez przy­pa­dek zapuścił się w głąb Boru i prze­padł na wie­le lat. Ro­dzi­na zdążyła już o nim za­po­mnieć i zaczęła żyć własny­mi spra­wa­mi, kie­dy na­gle pew­ne­go dnia o brza­sku mężczy­zna wyłonił się z Boru i stanął na pro­gu swe­go domu. Naj­wy­raźniej po tych stra­co­nych la­tach nie po­zo­stały mu żadne wspo­mnie­nia, po­nie­waż stwier­dził je­dy­nie, że zabłądził w le­sie i jest okrop­nie głodny.

Du­nia, uczen­ni­ca szóstej kla­sy, nie bar­dzo wie­rzyła w tę hi­sto­rię, dla­te­go że tożsamość jej bo­ha­te­ra w za­ska­kujący sposób ciągle się zmie­niała, w zależności od tego, kto snuł tę opo­wieść. Raz był to czyjś tata, in­nym ra­zem – da­le­ki ku­zyn. No i niektóre szczegóły też się zmie­niały w różnych wer­sjach. Kie­dyś ich szkołę od­wie­dził pe­wien li­ce­ali­sta, który ocza­ro­wał kla­so­wych ko­legów Pru­den­cji opo­wia­da­niem o mężczyźnie (tym ra­zem był to star­szy brat owe­go chłopa­ka), który powrócił z nie­sa­mo­wi­tej podróży po Nie­prze­by­tym Bo­rze nie­praw­do­po­dob­nie po­sta­rzały, z długą białą brodą sięgającą czubków znisz­czo­nych wędrówką butów.

Bez względu na to, czy owe hi­sto­rie były praw­do­po­dob­ne, czy nie, Du­nia jed­ne­go była pew­na: większość dzie­ciaków z jej kla­sy miała już za sobą roz­mowę z ro­dzi­ca­mi, taką samą, jaką prze­pro­wa­dził z nią oj­ciec. Ta­jem­ni­czy las prze­ni­kał bo­wiem skry­cie do ich za­baw. Te­ren, który był nie­gdyś mo­rzem trującej lawy ob­le­wającym kwa­dra­to­we bo­isko, sym­bo­li­zo­wał obec­nie Nie­prze­by­ty Bór. Bia­da temu, kto nie ode­brał za­gryw­ki i mu­siał gonić czer­woną gu­mową piłkę, która ucie­kała w dziką gęstwinę! Kie­dy ba­wi­li się w ber­ka, klep­nięty nie był już ber­kiem, lecz zmie­niał się w warczącego i uja­dającego ko­jo­ta z Nie­prze­by­te­go Boru, po­lującego na ucie­kających przed nim ko­legów.

To właśnie wid­mo ko­jo­ta skłoniło Pru­dencję, żeby raz jesz­cze spy­tać ro­dziców o Bór. Pew­nej nocy dziew­czyn­ka obu­dziła się na dźwięk psie­go uja­da­nia i prze­rażona usiadła na łóżku. Mak­sio – który miał wte­dy za­le­d­wie czte­ry mie­siące – też nie spał. Du­nia słyszała, jak w sąsied­nim po­ko­ju ro­dzice uci­sza­li i uspo­ka­ja­li łkającego i wrzeszczącego nie­mow­la­ka. Szcze­ka­nie do­cho­dziło z da­le­ka, ale i tak lęk prze­ni­kał dziew­czynkę do szpi­ku kości. Nie­przy­jem­ne odgłosy brzmiały jak agre­syw­na groźba i sta­wały się co­raz głośniej­sze, po­nie­waż do wy­cia przyłączały się ko­lej­ne psy z sąsiedz­twa. Du­nia za­uważyła, że to od­ległe uja­da­nie różniło się od odgłosów psów z oko­li­cy: było ostrzej­sze, bar­dziej nie­przy­jem­ne i znacz­nie groźniej­sze w wy­mo­wie. Wyśli­zgnęła się spod kołdry i poszła do sy­pial­ni ro­dziców. Wi­dok był prze­rażający. Wpraw­dzie Maks ukołysa­ny w mat­czy­nych ra­mio­nach już się trochę uspo­koił, ale ro­dzice, dziw­nie po­ble­dli i wyraźnie prze­stra­sze­ni, sta­li przy oknie i wpa­try­wa­li się sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma gdzieś w od­legły ho­ry­zont wid­niejący po za­chod­niej stro­nie mia­sta.

– Co to za hałas? – spy­tała Pru­den­cja, pod­chodząc do nich.

Za oknem widać było światła St. Johns, które roz­ciągały się przed nimi ni­czym ja­sno mi­goczące gwiaz­dy, by na li­nii rze­ki rozpłynąć się w czer­ni. Ro­dzi­ce drgnęli na dźwięk głosu córki, a tata wyjaśnił:

– Wyją ja­kieś sta­re psi­ska.

– Ale to, co słychać – zaczęła Du­nia – to nie jest szcze­ka­nie psa.

Ro­dzi­ce spoj­rze­li po so­bie, a po­tem ode­zwała się mama:

– Córecz­ko, w le­sie miesz­kają dzi­kie zwierzątka. To praw­do­po­dob­nie ja­kieś sta­do ko­jotów usiłujące do­brać się do czy­je­goś śmiet­ni­ka. Nie za­wra­caj so­bie tym głowy. – Uśmiechnęła się.

Uja­da­nie w końcu ucichło, uspo­koiły się też oko­licz­ne psy, a ro­dzi­ce za­pro­wa­dzi­li dziew­czynkę do łóżka i otu­li­li kołdrą.

Nie­prze­by­ty Bór przemówił wówczas po raz pierw­szy i ostat­ni, ale cie­ka­wość Pru­den­cji wca­le nie usnęła po tym wy­da­rze­niu. Dziew­czyn­ka nic nie mogła po­ra­dzić na to, że to wspo­mnie­nie zaczęło ją dręczyć. Nie mogła za­po­mnieć wi­do­ku ro­dziców, lu­dzi pro­mie­niujących na co dzień siłą i spo­ko­jem, którzy byli dziw­nie po­ru­sze­ni od­ległym hałasem i wy­da­wa­li się równie za­in­try­go­wa­ni tam­tym ta­jem­ni­czym miej­scem, jak ona sama.

Na­prawdę nie­trud­no wy­obra­zić so­bie prze­rażenie, ja­kie zagościło w ser­cu dziew­czyn­ki patrzącej na sforę kruków, które, unosząc w dzio­bach jej maleńkie­go bra­cisz­ka, zniknęły w mro­ku ta­jem­ni­cze­go lasu.

*

Popołudnie do­bie­gało już końca, słońce pra­wie w całości scho­wało się za ciem­ne wzgórza Nie­prze­by­te­go Boru, a Du­nia wciąż stała nie­ru­cho­mo, z otwar­ty­mi usta­mi, na skra­ju urwi­ska. Gdzieś w dole roz­legł się stu­kot lo­ko­mo­ty­wy. Pociąg prze­to­czył się przez most na rze­ce, mi­jając na­brzeże i sta­lo­we bu­dyn­ki Prze­mysłowej Pu­sty­ni. Ze­rwał się wiatr i dziew­czyn­ka zadrżała w cien­kiej kurt­ce. Wciąż jesz­cze wpa­try­wała się w nie­wielką szcze­linę między drze­wa­mi, w której nie­daw­no zniknęły kru­ki.

Zaczęło padać.

Pru­den­cja czuła się tak, jak­by ktoś wy­wier­cił jej w żołądku dziurę wiel­kości piłki do ko­szykówki. Jej brat zniknął, po­rwa­ny przez pta­ki, które upro­wa­dziły go w mroczną dziką gęstwinę i nie wia­do­mo było, co za­mie­rzały tam z nim zro­bić. A to wszyst­ko przez nią. Światło zmie­niło się z in­ten­syw­nie nie­bie­skie­go w ciem­no­sza­re. Po­wo­li, jed­na po dru­giej, za­pa­lały się ulicz­ne lam­py. Za­pa­dał zmierzch. Dziew­czyn­ka wie­działa już, że cze­ka na próżno. Mak­sio nie wróci. Odwróciła po­wo­li ro­wer i poszła wzdłuż uli­cy. Jak ma po­wie­dzieć o tym ro­dzi­com? Prze­cież oni się całko­wi­cie załamią! I na pew­no wy­mierzą jej karę. Tak, bywała już wcześniej ka­ra­na, kie­dy spóźniała się wie­czo­rem do domu, po­nie­waż zbyt długo jeździła ro­werem po oko­li­cy, ale te­raz cze­kała ją jakaś wyjątko­wo su­ro­wa kara, z którą na pew­no nig­dy przed­tem się nie spo­tkała. Zgu­biła prze­cież Mak­sia, je­dy­ne­go syna swo­ich ro­dziców. I własne­go bra­ta. Jeśli za zwykłe nie­posłuszeństwo miała przez ty­dzień szla­ban na te­le­wizję, to co cze­ka ją te­raz, gdy zgu­biła małe dziec­ko? Dziew­czyn­ka szła jak w tran­sie, mi­jając ko­lej­ne bu­dyn­ki, połykając łzy, mając wciąż ten sam ob­raz przed ocza­mi: sforę kruków zni­kającą w leśnej gęstwi­nie.

– Weź się w garść, Du­nia! – po­wie­działa głośno, ocie­rając łzy z po­liczków. – I za­cznij myśleć.

Ode­tchnęła głęboko i zaczęła układać so­bie w głowie różne możliwości, roz­ważając wszyst­kie za i prze­ciw. Pójście na po­licję od­pa­da, po­nie­waż z pew­nością uzna­li­by ją za wa­riatkę. Nie miała wpraw­dzie pojęcia, co zwy­kli robić funk­cjo­na­riu­sze, gdy na ko­mi­sa­riat wpa­da sza­le­niec utrzy­mujący, że sfo­ra kruków upro­wa­dziła rocz­ne nie­mowlę, miała jed­nak swo­je po­dej­rze­nia. Przy­pusz­czała, że wrzu­ci­li­by ją do opan­ce­rzo­nej fur­go­net­ki, która za­wiozłaby ją do szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Tam zo­stałaby wrzu­co­na do ja­kiejś pod­ziem­nej celi, gdzie spędziłaby resztę swo­ich dni, wsłuchując się w jęki in­nych pa­cjentów i bez­sku­tecz­nie próbując prze­ko­nać prze­chodzących pielęgnia­rzy, że nie jest wa­riatką i że tra­fiła tam przez pomyłkę. Myśl o tym, żeby wrócić do domu i po­wie­dzieć o wszyst­kim ro­dzi­com, prze­rażała ją jesz­cze bar­dziej. To prze­cież złamałoby im ser­ca na wie­ki! Tak długo cze­ka­li na przyjście na świat syn­ka. Pru­den­cja nie znała szczegółów, ale wie­działa, że ro­dzi­ce chcie­li mieć dru­gie dziec­ko znacz­nie wcześniej, ale im się nie uda­wało. No i tacy byli szczęśliwi, kie­dy do­wie­dzie­li się o Mak­siu. Obo­je roz­kwi­tli, cały dom pojaśniał i po­we­se­lał. Nic z tego! Ona na pew­no nie przy­nie­sie im tej strasz­li­wej wia­do­mości. Pozo­stawała uciecz­ka – i to było je­dy­ne słuszne roz­wiąza­nie. Mogłaby wsko­czyć do jed­ne­go z tych pociągów prze­jeżdżających przez most ko­le­jo­wy, wy­mknąć się stąd i podróżować z mia­sta do mia­sta, imając się różnych dziw­nych zajęć albo za­ra­biając wróżeniem. Może na­tknęłaby się po dro­dze na ma­lut­kie­go gol­den re­trie­ve­ra, który zo­stałby jej naj­wier­niej­szym kom­pa­nem, i ra­zem prze­mie­rza­li­by kraj jako para ucie­kających włóczęgów. W ten sposób nig­dy nie mu­siałaby spoj­rzeć w oczy ro­dzi­com ani myśleć o bied­nym, opusz­czo­nym bra­cisz­ku.

Przy­stanęła na­gle na środ­ku chod­ni­ka i żałośnie potrząsnęła głową.

„O czym ty myślisz? – upo­mniała samą sie­bie. – Chy­ba zgłupiałaś!”. Wzięła głęboki od­dech i poszła da­lej, pro­wadząc ro­wer. Prze­szył ją dreszcz, bo na­gle zdała so­bie sprawę, że ma tyl­ko jed­no wyjście.

Musi pójść za mal­cem. Musi pójść do Boru i od­na­leźć bra­ta. To było pra­wie nie­wy­ko­nal­ne za­da­nie, ale prze­cież nie miała wy­bo­ru. Deszcz zgęstniał, kro­ple bębniły po uli­cy, tworząc wiel­kie kałuże, pra­wie mo­men­tal­nie ata­ko­wa­ne przez flo­tyl­le mar­twych liści. Dziew­czyn­ka układała plan, sta­ran­nie sza­cując ry­zy­ko, na ja­kie narażała ją ta wy­pra­wa. Chłód wie­czo­ru ogar­niał oko­licz­ne uli­ce wy­my­te desz­czem. Nie­roz­trop­nie byłoby wy­ru­szać w podróż w wie­czor­nych ciem­nościach.

– Pójdę tam ju­tro – po­sta­no­wiła, nieświa­do­ma tego, że mru­czy pod no­sem sama do sie­bie. – Ju­tro z sa­me­go rana. Od razu. Mama i tata ni­cze­go nie za­uważą. – Tyl­ko jak to zro­bić, żeby nie od­kry­li praw­dy?

Ser­ce jej za­marło, kie­dy przed ocza­mi stanęło jej po­now­nie miej­sce po­rwa­nia mal­ca. Plac za­baw. Lał deszcz, więc ni­ko­go nie było, tyl­ko na as­fal­cie stał, moknąc, wózek Mak­sia, z całko­wi­cie prze­mo­czo­nym zmiętym ko­cy­kiem w środ­ku.

– No właśnie! – wy­krzyknęła Du­nia i pod­biegła do przy­czep­ki. Uklękła na mo­krym chod­ni­ku i zaczęła układać prze­mo­czo­ny pled. Miał wyglądać tak, jak­by szczel­nie okry­wał małe dziec­ko. Od­sunęła się i spoj­rzała na swo­je dzieło.

– Uj­dzie! – stwier­dziła na głos. Już za­bie­rała się do mo­co­wa­nia wózka z tyłu ro­we­ru, kie­dy usłyszała czyjś głos:

– Cześć, Du­nia!

Dziew­czyn­ka znie­ru­cho­miała i spoj­rzała przez ramię. Na chod­ni­ku obok pla­cu za­baw stał jakiś nie­zna­jo­my chłopak w kurt­ce prze­ciw­desz­czo­wej i spodniach do kom­ple­tu. Zsunął kap­tur z głowy i się uśmiechnął.

– To ja, Kurt! – zawołał, ma­chając ręką.

Kurt cho­dził z nią do kla­sy. Ra­zem z ro­dzi­ca­mi i dwie­ma sio­stra­mi miesz­kał na tej sa­mej uli­cy co Pru­den­cja, kil­ka domów da­lej. W szko­le dzie­liły ich dwie ławki. Chłopak ciągle pod­pa­dał na­uczy­cie­lom, po­nie­waż na lek­cjach zaj­mo­wał się ry­so­wa­niem su­per­bo­ha­terów zma­gających się ze swy­mi od­wiecz­ny­mi wro­ga­mi. Ta pla­stycz­na ob­se­sja przy­spo­rzyła mu kłopotów z rówieśni­ka­mi, dla­te­go że większość dzie­ciaków wie­ki temu po­rzu­ciła ry­so­wa­nie su­per­bo­ha­terów, o ile w ogóle ich ry­so­wała. Te­raz wszy­scy szki­co­wa­li loga różnych ka­pel na okład­kach książek. Du­nia była je­dyną, która za­miast księżni­czek i in­nych po­sta­ci z kreskówek ry­so­wała pta­ki i rośliny. Ko­le­dzy pa­trzy­li na to upodo­ba­nie ze zdzi­wie­niem, ale nie cze­pia­li się jej. Za to Kurt, wier­ny sztu­ce mi­nio­nych czasów, nie­ustan­nie ob­ry­wał.

– Cześć, Kurt – rzu­ciła, siląc się na luz. – Co tu­taj ro­bisz?

Chłopak zno­wu włożył kap­tur na głowę.

– Wy­szedłem na spa­cer. Lubię łazić w desz­czu. Nie ma tłoku. – Zdjął oku­la­ry i zaczął je czyścić skraw­kiem ko­szu­li wyciągniętym spod kurt­ki. Nad jego okrągłą twarzą kłębiła się ciem­na czu­pry­na. Gęste czar­ne włosy wy­my­kały się spod kap­tu­ra ni­czym sta­lo­we sprężynki. – A cze­mu ga­dasz sama do sie­bie? – za­py­tał.

Dziew­czyn­ka za­marła.

– Co ta­kie­go?

– No mówiłaś sama do sie­bie. Jak tam byłaś. – Wska­zał w kie­run­ku urwi­ska. Założył z po­wro­tem oku­la­ry. – Chy­ba cię śle­dziłem, tak sądzę. Chciałem ode­zwać się wcześniej, ale byłaś taka… nie­przy­tom­na.

– Nie byłam! – Pru­den­cji nie udało się wymyślić lep­szej ri­po­sty.

– Mówiłaś coś do sie­bie, cho­dziłaś dokoła, a po­tem się za­trzy­my­wałaś i potrząsałaś głową. W ogóle za­cho­wy­wałaś się dziw­nie – po­wie­dział chłopak. – Po co tak długo stałaś nad urwi­skiem? Żeby po­pa­trzeć so­bie w dal?

Du­nia spo­ważniała. Po­deszła z ro­we­rem do ko­le­gi i wy­ce­lo­wała pal­cem w jego twarz.

– Posłuchaj mnie, Kurt – wy­ce­dziła, na­dając swe­mu głoso­wi ka­te­go­rycz­ny ton. – Trochę mi się wszyst­ko skom­pli­ko­wało, więc bądź tak do­bry i nie za­wra­caj mi te­raz głowy, zgo­da?

Na szczęście chłopak bez ma­ru­dze­nia uległ jej sta­now­czości.

– No do­bra, do­bra! Po pro­stu byłem cie­ka­wy.

– To nie bądź – od­parła gniew­nie Pru­den­cja. – I za­po­mnij o tym, co wi­działeś, okej?

Dziew­czyn­ka prze­sta­wiła ro­wer przo­dem w kie­run­ku domu. Kie­dy sa­do­wiła się już na sio­dełku i wsu­wała sto­py w ko­szycz­ki pedałów, odwróciła się raz jesz­cze do Kur­ta.

– I wca­le nie zwa­rio­wałam – rzu­ciła na pożegna­nie, po czym od­je­chała.

Roz­dział 3 Przejście przez most

Była już pra­wie siódma, gdy Pru­den­cja stanęła przed do­mem. W sa­lo­nie przy za­pa­lo­nym świe­tle spo­strzegła za­rys głowy mamy po­chy­lo­nej nad robótką. Taty nig­dzie nie wi­działa, kie­dy skra­dała się wzdłuż domu, po­wo­lut­ku, żeby nie zdra­dziły jej na­wet ka­mycz­ki na ścieżce. Prze­mo­czo­ny ko­cyk w wózku, udający rocz­ne­go pasażera, sta­now­czo nie wy­trzy­małby bli­skie­go spo­tka­nia z mamą i tatą, więc dziew­czyn­ka wstrzy­my­wała od­dech w na­dziei, że uda jej się nie na­tknąć na czuj­nych ro­dziców. Na­dzie­ja ta prysła od razu, gdy skręciła za róg na tyły domu i zo­ba­czyła swe­go ojca krzątającego się wokół po­jem­ników na śmie­ci i su­row­ce wtórne. Ju­tro przy­jeżdżała śmie­ciarka, a wywożenie kubłów na ulicę i usta­wia­nie ich przy krawężniku należało do jego obo­wiązków. Tata zo­ba­czył Dunię, otrze­pał dłonie i zawołał:

– Czołem, mała!

Lam­pa nad gan­kiem rzu­cała słabe światło na ciem­niejący traw­nik.

– Cześć, tato – rzu­ciła dziew­czyn­ka. Ser­ce biło jej jak osza­lałe, kie­dy wzdłuż domu pro­wa­dziła ro­wer, a po­tem oparła go o ścianę.

Mężczy­zna się uśmiechnął.

– Oj, dzie­cia­ki, strasz­nie późno wra­ca­cie. Za­czy­na­liśmy się już o was mar­twić. Prze­ga­pi­liście obiad, na­wia­sem mówiąc.

– Wpa­dliśmy po dro­dze do baru – po­wie­działa Du­nia – i zje­dliśmy fryt­ki na spółkę. – Prze­sunęła się ostrożnie tak, żeby zna­leźć się między tatą a wózkiem. W napięciu kon­tro­lo­wała każdy ruch, jed­no­cześnie sta­rając się za­cho­wy­wać zupełnie swo­bod­nie. – Jak ci minął dzień, tat­ku?

– W porządku – od­po­wie­dział. – Hek­tycz­nie błogi. – Za­wie­sił głos. – Łapiesz? Niezłe, co? Błogo hek­tycz­ny? – Dziew­czyn­ka wy­buchnęła głośnym pi­skli­wym śmie­chem, ale na­tych­miast pojęła swój błąd. Zwy­kle prze­cież wy­krzy­wiała się z nie­sma­kiem, słysząc ko­lej­ny bez­na­dziej­ny dow­cip ojca. Chy­ba i tata zo­rien­to­wał się, że coś jest nie tak, po­nie­waż zmarsz­czył brwi i za­py­tał:

– A jak tam Maks?

– Świet­nie! – wy­strze­liła Du­nia, chy­ba trochę za szyb­ko. – Usnął so­bie smacz­nie.

– Co ty po­wiesz? Trochę na nie­go za wcześnie.

– No bo… mie­liśmy na­prawdę… zajęty dzień. Mały spo­ro się na­bie­gał. I chy­ba już miał dosyć, więc jak już zje­dliśmy, owinęłam go w ko­cyk, a on od razu usnął. – Dziew­czyn­ka uśmiechnęła się i wska­zała na stojący za nią wózek. – No i tak so­bie śpi.

– Hmm – mruknął oj­ciec. – No do­bra. To za­bierz go do domu i prze­bierz w śpiosz­ki. Pew­nie jest pad­nięty. – Wes­tchnął, patrząc na kubły ze śmie­cia­mi, które miał wy­sta­wić na ulicę.

Pru­den­cja ode­tchnęła z ulgą. Odwróciła się, ostrożnie wy­garnęła z przy­czep­ki prze­mo­czo­ny ko­cyk i wniosła do domu, po dro­dze kołysząc i usy­piając za­wi­niątko.

Tyl­ne drzwi pro­wa­dziły wprost do kuch­ni. Dziew­czyn­ka sta­rała się jak naj­ci­szej stąpać po kor­ko­wej podłodze i do­tarła już nie­mal do schodów, kie­dy z sa­lo­nu ode­zwała się mama:

– Du­niu? To ty?

Dziew­czyn­ka za­trzy­mała się i moc­no przy­tu­liła do sie­bie nasiąknięty wodą ko­cyk.

– Tak, mamo?

– Oj, dzie­cia­ki, spóźniliście się na obiad. Co z Mak­siem?

– W porządku, mamo. Śpi. Je­dliśmy po dro­dze.

– Śpi? – spy­tała ko­bie­ta, a Pru­den­cja wy­obra­ziła so­bie, jak pod­no­si twarz bez oku­larów, żeby po­pa­trzeć na ze­gar stojący na ko­min­ku. – Oj, to będę mu­siała go…

– Prze­brać – dokończyła za nią dziew­czyn­ka. – Za­raz to zro­bię.

Popędziła po scho­dach, prze­ska­kując po dwa stop­nie, wpadła do swo­je­go po­ko­ju i wy­rzu­ciła mo­kry koc do ko­sza na brud­ne ubra­nia. Po­tem wyszła na ko­ry­tarz i udała się do po­ko­ju Mak­sia. Chwy­ciła jedną z jego plu­szo­wych za­ba­wek – a kon­kret­nie sowę – i ułożyła ją w dzie­cięcym łóżecz­ku, sta­ran­nie otu­lając plu­sza­ka kołderką. Skinęła głową, za­do­wo­lo­na, po­nie­waż na pierw­szy rzut oka za­wi­niątko wyglądało zupełnie jak śpiące dziec­ko, zga­siła światło i wy­co­fała się do własne­go po­ko­ju. Tam za­mknęła za sobą drzwi i rzu­ciła się na łóżko, cho­wając głowę pod po­duszką. Ser­ce wciąż waliło jej jak osza­lałe i po­trze­bo­wała kil­ku mi­nut, żeby uspo­koić od­dech. Deszcz dzwo­nił de­li­kat­nie w okien­ne szy­by. Du­nia pod­niosła głowę i ro­zej­rzała się po po­ko­ju. Usłyszała, jak tata za­my­ka drzwi na dole, a po­tem idzie do sa­lo­nu. Gdy do­biegł ją stłumio­ny dźwięk ci­chut­kiej roz­mo­wy ro­dziców, zsunęła się z łóżka i zaczęła przy­go­to­wa­nia do ju­trzej­szej wy­pra­wy.

Wyciągnęła szkolną torbę spod biur­ka, odwróciła ją do góry no­ga­mi i wy­rzu­ciła za­war­tość na podłogę: podręcznik, no­tat­nik i stos pi­saków. Chwy­ciła la­tarkę, którą trzy­mała pod łóżkiem, a z szu­fla­dy wyjęła szwaj­car­ski woj­sko­wy scy­zo­ryk, pre­zent od taty na dwu­na­ste uro­dzi­ny. Jed­no i dru­gie wrzu­ciła na dno tor­by.

Przez chwilę stała na środ­ku po­ko­ju, ob­gry­zając pa­znok­cie. Co właści­wie po­win­no się spa­ko­wać przed podróżą do Nie­prze­by­te­go Boru na ra­tu­nek bra­tu? Rano zwi­nie coś do je­dze­nia ze spiżarni. Te­raz po­zo­stało jej je­dy­nie cze­kać. Wsko­czyła z po­wro­tem do łóżka, wyciągnęła z kie­sze­ni kurt­ki „Atlas ptaków Si­bleya” i zaczęła kart­ko­wać książkę, próbując uwol­nić głowę od roz­pacz­li­wych myśli, goniących jed­na drugą.

Po około go­dzi­nie usłyszała na scho­dach kro­ki ro­dziców i jej ser­ce znów przy­spie­szyło. Ktoś za­pu­kał do drzwi.

– Mmm? – mruknęła dziew­czyn­ka, siląc się na swo­bodę. Nie miała pojęcia, jak długo jesz­cze wy­trzy­ma po­zo­ro­wa­nie spo­ko­ju. To było na­prawdę wy­czer­pujące.

Drzwi za­skrzy­piały, tata zaj­rzał do środ­ka.

– Do­bra­noc, maleńka – szepnął.

A mama dodała zza drzwi:

– Nie siedź za długo.

– Mhmm – od­po­wie­działa Du­nia.

Odwróciła się do nich i się uśmiechnęła. Ro­dzi­ce za­mknęli za sobą drzwi.

Dziew­czyn­ka zmarsz­czyła czoło, od­ga­dując po odgłosach stóp na twar­dej, drew­nia­nej podłodze, że ro­dzi­ce idą w stronę po­ko­ju bra­ta. Skrzyp­nięcie drzwi pro­wadzących do po­ko­ju Mak­sia za­brzmiało w prze­wrażli­wio­nych uszach Pru­den­cji jak potężny grzmot. Strach ścisnął ją za gardło. Mu­siała wy­ka­zać się re­flek­sem. Wy­sko­czyła z łóżka, pod­biegła do wyjścia i wy­sunęła głowę zza fra­mu­gi.

– Mamo? Ta­tu­siu? – wy­szep­tała głośno.

– Co jest? – ode­zwał się tata, który trzy­mał dłoń na klam­ce drzwi do po­ko­ju syn­ka. Światło z noc­nej lamp­ki Mak­sia sączyło się na ko­ry­tarz.

– Wy­da­je mi się, że on jest na­prawdę wykończo­ny. Po­sta­ra­cie się go nie obu­dzić?

Mama uśmiechnęła się i przy­taknęła ski­nie­niem głowy.

– Ja­sne – obie­cała, za­nim wsunęła głowę do po­ko­ju chłopca.

– Do­bra­noc, Mak­siątko – szepnęła.

– Śpij słodko – dodał tata.

Znów za­skrzy­piały drzwi. Du­nia uśmiechnęła się do ro­dziców, kie­dy mi­ja­li ją w dro­dze do sy­pial­ni. Gdy za­mknęli się w po­ko­ju, wróciła do łóżka i ode­tchnęła głęboko, tak jak­by przez cały dzień nie mogła wypuścić z płuc po­wie­trza.

Tej nocy spała nie­spo­koj­nie. We śnie na­wie­dzały ją sta­da gi­gan­tycz­nych ptaków: sów, orłów i kruków, których pióra lśniły w po­wie­trzu, gdy pta­ki zniżały lot. Po­rwały jej ojca i matkę, zo­sta­wiając ją samą w opu­sto­szałym domu.

Du­nia na­sta­wiła bu­dzik na piątą rano, ale obu­dziła się sama kil­ka mi­nut przed cza­sem. Wy­gra­mo­liła się z poście­li, uważając, żeby za moc­no nie hałaso­wać. Dom tonął w ci­szy. Zresztą cały świat był ci­chut­ki. Oko­li­ca nie zdążyła się jesz­cze prze­bu­dzić, tyl­ko od cza­su do cza­su jakiś sa­mochód za­szu­miał, mi­jając ich dom. Pru­den­cja wciągnęła dżinsy, włożyła ko­szulkę i swe­ter. Kurt­ka od wczo­raj­sze­go wie­czo­ru leżała zwi­nięta w kłębek na krześle przy biur­ku. Za­nim ją włożyła, owinęła szyję sza­li­kiem. Po­tem wsunęła sto­py w czar­ne tramp­ki i wy­mknęła się na ko­ry­tarz. Przyłożyła ucho do drzwi sy­pial­ni ro­dziców i spraw­dziła, czy słychać tatę – jego chra­pa­nie przy­po­mi­nało odgłosy piłowa­nia drew­na. Mama i oj­ciec spa­li moc­no. Dziew­czyn­ka uświa­do­miła so­bie, że mi­nie go­dzi­na, za­nim się obudzą, czy­li miała dosyć cza­su na ucieczkę. Weszła do po­ko­ju Mak­sia i wyjęła z jego łóżecz­ka plu­sza­ka. Po­pra­wiła kołdrę. Z czer­wo­nej ko­mo­dy wyciągnęła ciepłe ubra­nie chłopca i wcisnęła je do tor­by. Na pal­cach zeszła na dół i po­spiesz­nie na­pi­sała na ście­ral­nej ta­bli­cy przy­mo­co­wa­nej do lodówki:

Ma­mu­siu i Ta­tu­siu,

Mak­sio obu­dził się wcześnie. I chciał wyjść. Zo­ba­czy­my się później.

Bu­zia­ki

Du­nia

Dziew­czyn­ka otwo­rzyła drzwi do spiżarni, za­sta­na­wiając się nad ilością su­che­go pro­wian­tu. W końcu zde­cy­do­wała się wziąć garść ba­tonów mu­sli i to­rebkę mie­szan­ki stu­denc­kiej, która oca­lała z ostat­nie­go let­nie­go wy­pa­du na kem­ping.

Obok kla­me­rek bi­wa­ko­wych leżała również podróżna ap­tecz­ka – Pru­den­cja wsunęła pla­sti­ko­we pudełko do swo­jej tor­by. Zwróciła też uwagę na dmu­cha­ny klak­son, a właści­wie pla­sti­kową tubę z trąbką. Obej­rzała ją dokład­nie. In­stru­ment był ozdo­bio­ny na­lepką, na której wid­niał groźny niedźwiedź gri­zli. Li­te­ry nad jego głową układały się w łuk, głoszący: „PA, PA, MI­SIU”. Dźwięk wy­da­wa­ny przez urządze­nie za­pew­ne od­stra­szał dzi­kie zwierzęta, a więc mógł oka­zać się użytecz­ny pod­czas wędrówki po Nie­prze­by­tym Bo­rze.

Dziew­czyn­ka po chwi­li na­mysłu wrzu­ciła pla­sti­kową trąbkę do tor­by, raz jesz­cze ro­zej­rzała się po kuch­ni i wyśli­zgnęła tyl­ny­mi drzwia­mi na podwórze.

Po­wie­trze było rześkie i chłodne, de­li­kat­ny wie­trzyk sze­leścił żółknącymi liśćmi dębów. Pru­den­cja ci­cho wy­pro­wa­dziła ro­wer – z wciąż przy­cze­pio­nym wózkiem – na ulicę.

Da­le­ko na wscho­dzie widać już było pierw­sze pro­mie­nie wstającego słońca, ale ulicz­ne la­tar­nie nadal rzu­cały światło na za­sy­pa­ny liśćmi chod­nik, po którym dziew­czyn­ka pro­wa­dziła ro­wer, żeby od­da­lić się na bez­pieczną od­ległość od domu, za­nim wsko­czy na sio­dełko. Sza­lik, który po­przed­niej zimy zro­biła dla niej mama, owinął się szczel­nie dokoła szyi Duni, kie­dy zje­chała z chod­nika i popędziła uli­ca­mi mia­sta na północ­ny zachód. W oko­licz­nych do­mach zaczęły za­pa­lać się światła, szum sa­mo­chodów ozna­czał, że mia­sto za­czy­nało bu­dzić się na do­bre.

Dziew­czyn­ka podążała swo­im wczo­raj­szym śla­dem. Minęła park i udała się w stronę prze­paści, ciągnąc za sobą stu­kający wózek. Do­linę rze­ki za­snu­wała mgła, tak gęsta, że w ogóle nie było widać wody. Na dru­gim brze­gu, za zasłoną chmur, mi­go­tały światła Prze­mysłowej Pu­sty­ni. Po rze­ce niósł się ta­jem­ni­czy me­ta­licz­ny dźwięk, od­bi­jający się echem od wy­so­kich ścian urwi­ska. Przy­po­mi­nał on Duni skrzy­pie­nie sprężyn ja­kie­goś gi­gan­tycz­ne­go ze­gar­ka. Za prze­paścią przez chmu­ry widać było tyl­ko potężną, ażurową kon­strukcję żela­zne­go wia­duk­tu ko­le­jo­we­go. Most wyglądał, jak­by swo­bod­nie uno­sił się w po­wie­trzu, pod­trzy­my­wa­ny tyl­ko przez mgłę. Dziew­czyn­ka zsiadła z ro­we­ru i ru­szyła wzdłuż urwi­ska, kie­rując się na południe, gdzie ostre ścia­ny kli­fu łagod­nie zniżały się ku chmu­rom. Gdy scho­dziła w dół, świat wokół niej ginął w mlecz­nej bie­li.

Kie­dy zie­mia pod jej sto­pa­mi w końcu stała się płaska, Pru­den­cja po­czuła, że oto znaj­du­je się w ja­kiejś zupełnie ob­cej prze­strze­ni. Mgła otu­lała wszyst­ko wokół, na­dając świa­tu upior­ny blask. Na dnie urwi­ska wiał lek­ki wiatr, który od cza­su do cza­su roz­pra­szał mgłę i odsłaniał da­le­ki za­rys spróchniałych, po­wy­gi­na­nych przez wi­chry ko­narów. Zie­mię okry­wała pożółkła ze­schnięta tra­wa. Tuż za szpa­le­rem drzew, na li­nii wid­nokręgu, roz­ciągał się most ko­le­jo­wy, który spi­nał wschód z za­cho­dem i zni­kał we mgle po prze­ciw­nej stro­nie rze­ki. Przy­pusz­czając, że tory do­pro­wadzą ją do wia­duk­tu, Pru­den­cja ru­szyła wzdłuż nich w kie­run­ku za­chod­nim.

Mgła uniosła się nie­co. Dziew­czyn­ka wi­działa te­raz przed sobą przęsła mo­stu ko­le­jo­we­go. Wciąż szła w jego stronę, gdy na­gle usłyszała za ple­ca­mi chrzęst kroków na żużlu. Za­stygła. Po chwi­li obej­rzała się ostrożnie do tyłu, ale ni­ko­go nie spo­strzegła. Odwróciła się, ru­szyła przed sie­bie i… zno­wu to usłyszała.

– Kto tu jest?! – krzyknęła, wpa­trując się w za­mgloną prze­strzeń.

Nie było od­po­wie­dzi. Szy­ny ko­le­jo­we, oto­czo­ne szpa­le­rem dzi­wacz­nych kan­cia­stych drzew, rozpływały się we mgle. Prześla­dow­ca był nie­wi­docz­ny.

Du­nia się wzdrygnęła, wciągnęła głęboko po­wie­trze i przy­spie­szyła kro­ku, idąc w stronę wia­duk­tu. I zno­wu to usłyszała. Bez wątpie­nia były to czy­jeś kro­ki na żużlu, ale tym ra­zem odwróciła się tak prędko, że zdołała do­strzec po­stać ze­ska­kującą z torów między drze­wa. Nie za­sta­na­wiając się ani przez chwilę, puściła ro­wer, który upadł na zie­mię, i rzu­ciła się w pościg. Wzbi­jając po­de­szwa­mi butów żużlową za­mieć, skręciła między drze­wa.

– Stój! – wrzasnęła.

Mimo mgły wi­działa przed sobą jakąś po­stać. Nie­zna­jo­my był ra­czej nie­wy­so­ki i miał na so­bie zi­mową kurtkę. Głowę cho­wał pod spi­cza­stym kap­tu­rem, który zasłaniał mu twarz. Kie­dy dziew­czyn­ka zaczęła krzy­czeć, prześla­dow­ca odwrócił się, pośli­zgnął na drob­nym żwi­rze i… upadł, ude­rzając ra­mie­niem o zie­mię i krzycząc coś przy tym ochry­ple.

Pru­den­cja sko­czyła na rozłożone­go plac­kiem nie­zna­jo­me­go, zdarła mu kap­tur z głowy i wydała z sie­bie okrzyk bez­brzeżnego zdu­mie­nia:

– Kurt!?

– Cześć, Du­niu – wy­dy­szał chłopak, wijąc się pod jej ciężarem. – Czy mogłabyś ze mnie zejść? Wci­skasz mi ko­la­no w żołądek.

– Mowy nie ma. – Dziew­czyn­ka od­zy­skała pew­ność sie­bie. – Naj­pierw mi po­wiesz, dla­cze­go mnie śle­dzisz.

Kurt wes­tchnął.

– W… wca­le nie! Na­prawdę!

Pru­den­cja wcisnęła moc­niej ko­la­no między żebra ko­le­gi. Chłopak wrzasnął.

– Okej! Okej! – zawołał, a jego głos ba­lan­so­wał na gra­ni­cy płaczu. – Wstałem wcześnie, żeby wy­nieść ma­ku­la­turę i przy­pad­kiem zo­ba­czyłem, że gdzieś je­dziesz, i zacząłem się za­sta­na­wiać, gdzie właści­wie. Wczo­raj słyszałem, jak gadałaś sama do sie­bie coś tam o bra­cie i że mu­sisz go od­na­leźć, no to jak zo­ba­czyłem, że tak wcześnie wyszłaś, no to nie mogłem się po­wstrzy­mać!

– Co wiesz o moim bra­cie? – spy­tała Pru­di.

– Nic! – jęknął Kurt. – Wiem tyl­ko, że on… że zginął. – Za­czer­wie­nił się lek­ko. – No i nie wiem, z kogo chciałaś zro­bić głupka, wioząc w wózku ten mo­kry koc.

Dziew­czyn­ka zwol­niła trochę na­cisk na żebra chłopa­ka, który na­resz­cie mógł za­czerpnąć po­wie­trza.

– Prze­ra­ziłeś mnie śmier­tel­nie – po­wie­działa i uwol­niła go.

Kurt usiadł i zaczął otrze­py­wać spodnie.

– No prze­pra­szam, Du­niu – wy­krztu­sił. – Na­prawdę nie chciałem. Byłem po pro­stu cie­ka­wy.

– To nie bądź – skwi­to­wała dziew­czyn­ka, po czym pod­niosła się i rzu­ciła na od­chod­nym: – To nie twój biz­nes. Sama muszę so­bie z tym po­ra­dzić.

Chłopak pod­niósł się nie­zgrab­nie.

– Pozwól mi pójść ze sobą! – zawołał i po­biegł za nią.

Pru­den­cja była już z po­wro­tem na to­rach. Dźwignęła leżący ro­wer i ru­szyła w stronę mo­stu.

– Nie, Kurt – od­po­wie­działa. – Spa­daj!

Na­brzeże wspi­nało się ku miej­scu, gdzie stała pierw­sza pod­po­ra wia­duk­tu, tworząc tam nie­duży półwy­sep, a tory ko­le­jo­we wędro­wały lek­ko w górę, sięgając kon­struk­cji mo­stu. Du­nia pro­wa­dziła ro­wer pośrod­ku torów, ba­lan­sując na jed­nej z szyn. Gdy tak się wspi­nała, mgła zaczęła opa­dać, odsłaniając pierw­sze przęsło mo­stu. Kryło ono w swym wnętrzu ja­kieś try­by i liny unoszące środ­kową część wia­duk­tu, gdy przepływały pod nim większe stat­ki. Dziew­czyn­ka ode­tchnęła z ulgą, widząc po­ma­lo­wa­ny na czer­wo­no me­cha­nizm. Most był spusz­czo­ny, więc mogła prze­do­stać się na drugą stronę.

– A nie bo­isz się, że nad­je­dzie pociąg? – za­py­tał zza jej pleców Kurt.

– Nie – od­parła Du­nia, choć tak na­prawdę była to je­dy­na rzecz, której nie wzięła pod uwagę.

Między to­ra­mi a kratą na skra­ju wia­duk­tu było naj­wyżej dzie­więćdzie­siąt cen­ty­metrów wol­nej prze­strze­ni, a syp­ki żużel ra­czej nie sprzy­jał spa­ce­rom. Gdy Pru­den­cja zna­lazła się na środ­ku mo­stu, spoj­rzała w dół i aż przełknęła ślinę. Gęsta mgła osiadła nad wodą, okry­wając ją dy­wa­nem z chmur, co spra­wiało wrażenie, jak gdy­by wia­dukt za­wisł nie­wy­obrażal­nie wy­so­ko w prze­stwo­rzach ni­czym lek­ki most li­no­wy roz­pięty wśród obłoków nad jakąś pe­ru­wiańską prze­paścią. Dziew­czyn­ka wi­działa już po­dob­ny ob­ra­zek w „Na­tio­nal Geo­gra­phic”.

– Ja to się jed­nak trochę boję tego pociągu – przy­znał chłopak. Stał na sa­mym środ­ku torów, pod jed­nym z wy­so­kich przęseł wia­duk­tu.

Du­nia przy­stanęła, oparła ro­wer o poręcz i pod­niosła większą grudkę żużlu.

– Nie zmu­szaj mnie do tego, Kurt – ostrzegła.

– Do cze­go?

Cisnęła ka­mie­niem i chłopak usko­czył, nie­mal po­ty­kając się o szynę.

– No i dla­cze­go to ro­bisz?! – wrzasnął, otu­lając ra­mio­na­mi głowę.

– Bo je­steś głupkiem i idziesz za mną, cho­ciaż ci mówiłam, żebyś nie szedł. Dla­te­go. – Schy­liła się i pod­niosła następny ka­mień, tym ra­zem większy i o ostrzej­szych krawędziach. Pod­rzu­ciła go na dłoni, jak­by spraw­dzała, ile waży.

– Daj spokój, Du­niu. No weź, pozwól mi so­bie pomóc! Je­stem w tym do­bry. Mój tata był zastępo­wym mo­ich ku­zynów, jak byli zu­cha­mi. – Chłopak opuścił bez­rad­nie ręce. – Za­brałem na­wet finkę mo­je­go ku­zyna. – Po­kle­pał się po kie­sze­ni.

Pru­den­cja cisnęła ko­lej­ny ka­mień i zaklęła, gdy grud­ka upadła na zie­mię o kil­ka cen­ty­metrów od nóg Kur­ta, który jęknął i zręcznie usko­czył w bok.

– Spa­daj do cha­ty! – krzyknęła dziew­czyn­ka. Przy­kucnęła, żeby po­szu­kać ko­lej­ne­go ka­mie­nia, ale coś ją po­wstrzy­mało. Po­czuła de­li­kat­ne drżenie pod sto­pa­mi. Ka­mycz­ki zaczęły lek­ko pod­ska­ki­wać w górę, a wia­dukt wydał z sie­bie prze­ciągły pisk. Pru­den­cja pod­niosła wzrok na chłopa­ka, który za­stygł prze­rażony na sa­mym środ­ku torów. Chwilę pa­trzy­li na sie­bie wy­trzesz­czo­ny­mi ocza­mi. Drżenie na­ra­stało, a sta­lo­we dźwi­ga­ry skarżyły się co­raz głośniej.

– POCIĄG! – wrzasnęła Du­nia.

Roz­dział 4 Na roz­sta­jach

Wy­star­czyło jed­no krótkie spoj­rze­nie, aby się zo­rien­to­wać, że nad­jeżdżający pociąg nie jest wpraw­dzie długi, ale za to zbliża się ze znaczną prędkością, z wysiłkiem po­ko­nując wznie­sie­nie, na które Du­nia i Kurt wspi­na­li się kil­ka mi­nut wcześniej. Dziew­czyn­ka odwróciła się, chwy­ciła swój ro­wer, który stał opar­ty o ba­lu­stradę, i usta­wiła go między szy­na­mi. Zniżyła sie­dze­nie, po­pra­wiła pedały i umieściła tyl­ne koło w wol­nej prze­strze­ni od­dzie­lającej bel­ki torów.

– Za­cze­kaj na mnie! – zawołał chłopak za jej ple­ca­mi.

Me­ta­lo­wa kon­struk­cja ugi­nała się i drżała pod ciężarem nad­jeżdżającej lo­ko­mo­ty­wy. Du­nia już ru­szyła, błyska­wicz­nym spoj­rze­niem spraw­dzając od­ległość, która dzie­liła pociąg od ro­we­ru. Przed złowiesz­czym żela­znym py­skiem ma­szy­ny wyłaniającej się z mgły zo­ba­czyła biegnącego w jej kie­run­ku Kur­ta z roz­pacz­li­wie roz­po­star­ty­mi ra­mio­na­mi. Rama ro­we­ru dzwo­niła, kie­dy prze­jeżdżała przez drew­nia­ne podkłady torów, i dziew­czyn­ka mu­siała skon­cen­tro­wać się na tym, co przed nią, jeśli nie chciała przewrócić się na nierównej po­wierzch­ni. Przy­czep­ka z tyłu obi­jała się z obu stron o tory, zbliżając się nie­bez­piecz­nie do pedałów.

– Wska­kuj do tyłu! – Du­nia próbowała prze­krzy­czeć syczący ryk pędzącego pociągu.

– Nie dam rady! Je­dziesz za szyb­ko! – wrzasnął Kurt.

Dziew­czyn­ka zaklęła pod no­sem i na­cisnęła na ha­mu­lec, tyl­ne koło za­pisz­czało na żużlu. Pociąg, który do­tarł już do środ­ko­wej części mo­stu, za­dud­nił mia­ro­wym stac­ca­to, za­gwiz­dał, a szy­ny zajęczały pod zbliżającym się ciężarem. Chłopak wsko­czył do przy­czep­ki, wy­dając z sie­bie prze­ni­kające do szpi­ku kości wes­tchnie­nie „uff”, kie­dy zna­lazł się na dnie wózka. Chwy­cił się krawędzi i ryknął:

– Pędź! – A Du­nia ru­szyła pędem na dru­gi brzeg mo­stu, wzbi­jając w po­wie­trze pył zdar­ty z torów.

U skra­ju wia­duk­tu szy­ny roz­cho­dziły się w kształcie li­te­ry Y, tuż przy zie­lo­nym, gęsto zarośniętym drze­wa­mi na­sy­pie. Pru­den­cja, jadąc w dół, na­bie­rała co­raz większej prędkości. Zbliżając się do końca mo­stu, ro­wer pod­ska­ki­wał i ude­rzał opo­na­mi w bel­ki łączące szy­ny. Przy­czep­ka, obciążona te­raz sku­lo­nym ciałem Kur­ta, znacz­nie le­piej trzy­mała się dro­gi, choć dziew­czyn­ka sta­rała się wciąż zwiększać tem­po. Pociąg za nimi hu­czał co­raz głośniej. Du­nia nie mogła się zmu­sić, żeby spoj­rzeć do tyłu i spraw­dzić, na ile się przy­bliżył, więc utkwiła wzrok w ry­sującym się przed nimi na­brzeżu.

– Trzy­maj się, Kurt! – zawołała, znów prze­krzy­kując huk pociągu, kie­dy do­tarła do miej­sca, w którym tory się roz­cho­dziły i skręcały za mo­stem w dwie prze­ciw­ne stro­ny.

Na­cisnęła z całej siły na pra­wy pedał, po­de­rwała do góry przed­nie koło i prze­sko­czyła przez szy­ny, wyjeżdżając przed­nim kołem poza to­ro­wi­sko wprost w głęboki i miałki żużlowy piach, który zsy­py­wał się do rowu przy końcu wia­duk­tu. Za przed­nim kołem poszło tyl­ne i przy­czep­ka. Ro­wer wierzgnął ner­wo­wo i oby­dwo­je dzie­ci prze­le­ciało nad kie­row­nicą, lądując w su­chych chasz­czach po dru­giej stro­nie rowu. Ryczący potwór po­je­chał da­lej przy wtórze sta­lo­we­go jęku szyn ugi­nających się pod ciężarem lo­ko­mo­ty­wy toczącej się na południe, pro­sto w zasłonę z chmur.

Du­nia leżała rozpłasz­czo­na na zim­nej zie­mi, dysząc ciężko. Wszyst­kie jej kończy­ny były jak nałado­wa­ne prądem. Z tru­dem pod­niosła się na ko­la­na, splunęła i starła z po­licz­ka smugę błota, a po­tem ro­zej­rzała się dokoła. Znaj­do­wała się w ja­kimś płyt­kim ro­wie, na zaśmie­co­nym polu, porośniętym suchą trawą. Za­raz za nim ciągnęła się Prze­mysłowa Pu­sty­nia, dzi­wacz­ny roz­legły ob­szar pełny bu­dynków bez okien i si­losów, a jesz­cze da­lej wzno­siło się stro­mo pierw­sze wzgórze, po­kry­te pysz­nym gęstym ko­bier­cem za­wrot­nie wy­so­kich drzew. To była gra­ni­ca Nie­prze­by­te­go Boru. Dziew­czyn­ka zadrżała. Na tra­wie za jej ple­ca­mi roz­legł się czyjś jęk. Pru­den­cja spoj­rzała za sie­bie i spo­strzegła Kur­ta klęczącego na ko­la­nach, z czer­wo­nym wa­go­ni­kiem, który przy­warł do jego pleców ni­czym żółwia sko­ru­pa. Po chwi­li chłopak zrzu­cił z sie­bie przy­czepkę i po­dra­pał się po kar­ku.

– Łał – wy­krztu­sił z sie­bie. Po­pa­trzył po­nu­ro na Dunię, po czym powtórzył: – Łał!

– Może jed­nak nie war­to było mnie śle­dzić – ode­zwała się dziew­czyn­ka, stając na równe nogi.

Wrak ro­we­ru i przy­czep­ki leżały tuż obok, jak kup­ka złomu. Pru­den­cja skrzy­wiła się, wyciągając ro­wer z objęć gęstych krzaków, żeby spraw­dzić, co z nie­go zo­stało. W za­sa­dzie nieźle prze­trwał zde­rze­nie, tyl­ko przed­nie koło było okrop­nie pogięte – roz­pacz­li­wie połama­ne szpry­chy ucie­kały poza obręcz.

Prze­kli­nając głośno, dziew­czyn­ka upuściła ro­wer i kopnęła po­bliską kępę ostu, wzbi­jając obłok ku­rzu.

Kurt sie­dział po tu­rec­ku, gapiąc się na most za nimi.

– No nie wierzę, że nam się udało – wy­sa­pał. – Prze­go­ni­liśmy pociąg! Nie­sa­mo­wi­te!

Dziew­czyn­ka go nie słuchała. Stała z rękami opar­ty­mi na bio­drach i marszcząc brwi, przyglądała się temu, co zo­stało z przed­nie­go koła ro­we­ru. Przez całe lato pra­co­wała nad pod­ra­so­wa­niem po­jaz­du. Przed­nia obręcz, obec­nie już nie do na­pra­wie­nia, była właści­wie całkiem nowa. Mi­sja ra­tun­ko­wa Duni nie zaczęła się naj­le­piej.

– No i nieźle nam poszło – ciągnął Kurt. – To zna­czy, chciałem po­wie­dzieć, że do­brze nam się współpra­cu­je. Ty je­chałaś, a ja… ja tkwiłem w przy­czep­ce. – Zaśmiał się i po­ma­so­wał so­bie pal­ca­mi skro­nie. – Byliśmy ni­czym praw­dzi­wi part­ne­rzy.

Pod­czas wy­pad­ku tor­ba Pru­den­cji wy­padła na zie­mię, więc dziew­czyn­ka pod­niosła ją te­raz i prze­rzu­ciła pa­sek przez ramię.

– By­waj, Kurt! – zawołała.

Zo­sta­wiła ro­wer leżący na zie­mi oraz przy­czepkę i pie­chotą ru­szyła przez Prze­mysłową Pu­sty­nię w stronę stro­me­go wzgórza porośniętego drze­wa­mi.

Pole spłowiałej tra­wy pro­wa­dziło ku cia­snej sza­chow­ni­cy ta­jem­ni­czych bu­dow­li. Stały tu ma­ga­zy­ny wznie­sio­ne z kwa­dratów fa­li­stej bla­chy oraz ma­syw­ne, po­jem­ne si­lo­sy wy­po­sażone w umiesz­czo­ne wy­so­ko drzwi pro­wadzące do­nikąd. Z bu­dynków wy­cho­dziły długie me­ta­lo­we ryn­ny, które wijąc się po dro­dze, pro­wa­dziły do sąsied­nich bu­dow­li. Tyl­ko kil­ka z nich miało okna, które świe­ciły się mi­go­tli­wym czer­wo­nym światłem, jak­by ich wnętrze tra­wił wiel­ki pożar. Całe to mia­sto bu­dynków dźwięczało me­ta­licz­nie i od­dy­chało ryt­micz­ny­mi wy­zie­wa­mi dymów z ko­minów, tworząc nie­sa­mo­wi­te wrażenie miej­sca, które jest zupełnie opu­sto­szałe, lecz mimo wszyst­ko żywe. Gdzieś w od­da­li słychać było po­mru­ki i nawoływa­nia pra­cow­ników por­to­wych. Ich syl­wet­ki ginęły w ni­skich opa­rach mgły, więc wy­da­wało się, że głosy do­chodzą pro­sto ze sta­lo­wych ścian.

Du­nia szła, rozglądając się uważnie dokoła. Żadna ze zna­nych jej osób nig­dy nie zapuściła się tak da­le­ko. I choć był to do­pie­ro początek wy­pra­wy, dziew­czyn­ka już czuła się jak od­kryw­ca, który ma przed sobą nie­zna­ny ląd. Mgła roz­pra­szała się po­wo­li. W be­to­no­wych i żwi­ro­wych klesz­czach ulic stał opusz­czo­ny sza­ry dwór z ka­mie­ni. Jego stro­my omszały dach wieńczyła wieżycz­ka z ze­ga­rem. Dzwon wy­bi­jał właśnie pełną go­dzinę. Dziew­czyn­ka do­li­czyła się sześciu ude­rzeń.

Po pew­nym cza­sie pudełkowa za­bu­do­wa Pu­sty­ni ustąpiła miej­sca wznoszącej się gęstwi­nie zie­le­ni. Pru­den­cja przeszła przez tory ko­le­jo­we biegnące na północ i stanęła na buj­nym, sięgającym ko­lan dy­wa­nie utka­nym z pa­pro­ci. Zie­mia wspi­nała się do góry, ku li­nii drzew, która wy­zna­czała gra­nicę między Nie­prze­by­tym Bo­rem a ota­czającym go świa­tem. Du­nia wzięła głęboki od­dech, po­pra­wiła torbę na ra­mie­niu i weszła do lasu.

– Stój! – zawołał Kurt, który także po­zbie­rał się po upad­ku i po­ty­kając się, szedł cały czas za dziew­czynką aż do gra­ni­cy lasu. – Na­prawdę chcesz tam wejść?! Prze­cież to jest… to jest Bór!

Pru­den­cja szła da­lej, nie zwra­cając uwa­gi na okrzy­ki chłopa­ka. Miękka zie­mia ugi­nała się pod jej sto­pa­mi, a po no­gach sma­gały ją liście pa­pro­ci i gol­te­rii.

– Oj tam, oj tam – od­po­wie­działa. – Prze­cież wiem.

Kur­to­wi odjęło na mo­ment mowę z wrażenia. Po chwi­li roz­po­starł ra­mio­na i zaczął wrzesz­czeć, pod­czas gdy dziew­czyn­ka nie­zmien­nie wędro­wała co­raz da­lej w głąb lasu:

– Du­niu, to Nie-prze-by-ty Bór!

Pru­den­cja za­trzy­mała się wresz­cie i ro­zej­rzała dokoła.

– Jak na ra­zie wygląda na całkiem prze­by­ty – rzu­ciła i znów ru­szyła przed sie­bie.

Chłopak sko­czył do przo­du, na tyle, żeby po­zo­stać w zasięgu głosu.

– No może te­raz, jesz­cze tak. No ale nie wia­do­mo, jak będzie da­lej. No i te drze­wa… – Za­trzy­mał się i spoj­rzał po­dejrz­li­wie na jed­no z naj­wyższych drzew na wzgórzu, oce­niając je od ko­rze­ni aż po sam wierz­chołek. – No muszę ci po­wie­dzieć, że one nie wysyłają mi po­zy­tyw­nych wi­bra­cji.

Jego ostrzeżenie przeszło bez echa. Dziew­czyn­ka wędro­wała da­lej leśnym wzgórzem, przy­trzy­mując się pni drzew, kie­dy zda­rzyło jej się po­tknąć i stra­cić równo­wagę.

– No i te ko­jo­ty, Du­niu! – nie prze­sta­wał krzy­czeć chłopak, gra­moląc się w górę. Za­trzy­mał się na skra­ju lasu, tuż przy gra­ni­cy drzew. – Roz­szar­pią cię na strzępy! Prze­cież musi być jakaś inna dro­ga!

– Nie ma in­nej dro­gi, Kurt – od­po­wie­działa Pru­den­cja. – Gdzieś tu­taj jest mój brat i muszę go zna­leźć.

Chłopak był wstrząśnięty.

– Myślisz, że on jest gdzieś TU­TAJ? – Pru­den­cja była już da­le­ko w le­sie. Kurt nie­mal stra­cił z oczu czer­woną plamę sza­li­ka, mi­gającego między cier­ni­sty­mi krze­wa­mi. Za­nim dziew­czyn­ka zupełnie rozpłynęła się w zie­le­ni, chłopak wziął głęboki od­dech i wszedł do lasu. – No do­bra, Du­niu! Po­mogę ci zna­leźć bra­ta.

Dziew­czyn­ka za­trzy­mała się i oparła o pień jodły. Ro­zej­rzała się wokół. Jak okiem sięgnąć, wszyst­ko było zie­lo­ne. Kra­jo­braz wyglądał jak tka­ni­na utka­na z nie­wy­obrażal­nej licz­by od­cie­ni ko­lo­ru zie­lo­nego: flu­ore­scen­cyj­ny sza­fir liści pa­pro­ci, wy­blakła oliw­ko­wa omszałość i do­stoj­na sza­ra zie­leń jodłowych gałęzi. Słońce pod­niosło się wyżej i jego pro­mie­nie przesączały się przez gęstwinę lasu. Pru­den­cja spoj­rzała na Kur­ta drepczącego niżej i poszła da­lej.

– Łał – sapnął chłopak, łapiąc od­dech – w szko­le nam nie uwierzą. W sen­sie, że nikt przed nami nie był w Nie­prze­by­tym Bo­rze. Przy­najm­niej nic mi o tym nie wia­do­mo. Ale tu jest dzi­ko! Po­patrz na te drze­wa, są ta­kie… ta­kie… duże!

– Za­cho­waj to dla sie­bie, Kurt – rzu­ciła ka­te­go­rycz­nie dziew­czyn­ka. – Chy­ba nie chce­my in­for­mo­wać całego Boru o na­szej obec­ności. Kto wie, co tu może miesz­kać.

Chłopak za­trzy­mał się, dysząc ciężko.

– Po­wie­działaś „my”, Du­niu! – zawołał, a po­tem upo­mniał sam sie­bie, po­wta­rzając za­chryp­niętym szep­tem: – Po­wie­działaś „my”.

Dziew­czyn­ka przewróciła ocza­mi, odwróciła się i dźgnęła ko­legę pal­cem wska­zującym.

– No prze­cież nie mam in­ne­go wyjścia. Ale sko­ro ze mną idziesz, mu­sisz się mnie trzy­mać. Zgu­biłam bra­ta, a te­raz nie mam za­mia­ru zgu­bić ja­kie­goś idio­ty, który cho­dzi ze mną do kla­sy. Ja­sne?

– Ja­sne jak… – zaczął nie­co za głośno Kurt, po czym zro­bił głupią minę, przy­po­mi­nając so­bie za­le­ce­nia Duni. Powtórzył wy­po­wiedź szep­tem: – Ja­sne jak słońce. – Pod­niósł dłoń do czoła w geście sa­lu­to­wa­nia, ale wyglądało to tak, jak­by za­mie­rzał uszko­dzić so­bie oko.

Ru­szy­li da­lej. Przez chwilę wędro­wa­li w zupełnej ci­szy, aż po le­wej stro­nie zo­ba­czy­li głęboki wąwóz między drze­wa­mi. Śli­zgając się po wil­got­nych mchach i ila­stej gle­bie, ze­szli na samo dno roz­pa­dli­ny. Jar zo­stał wy­my­ty przez wart­ki nurt nie­wiel­kie­go stru­my­ka. Nie rosły tu drze­wa, lecz tyl­ko nie­wy­so­kie pa­pro­cie i krze­wy. Szło się tędy znacz­nie łatwiej, choć od cza­su do cza­su wędrow­cy mu­sie­li prze­cho­dzić przez pnie zwa­lo­nych drzew blo­kujących dno wąwozu. Słonecz­ne światło two­rzyło na zie­mi mo­zaikę pstro­ka­tych wzorów, a po­wie­trze otu­lające po­licz­ki Duni było świeże. Dziew­czyn­ka przyglądała się do­stoj­nej uro­dzie tego nie­wia­ry­god­nie dzi­kie­go miej­sca, a jej lęk z każdą chwilą sta­wał się co­raz mniej­szy. W gałęziach drzew, tworzących skle­pie­nie nad wąwo­zem, śpie­wały pta­ki, a ciszę krzewów bu­rzył od cza­su do cza­su skok wie­wiórki, ru­dej albo tej w pa­ski. Pru­den­cja nie mogła uwie­rzyć, że nikt jesz­cze nie zapuścił się tak głęboko do Nie­prze­by­te­go Boru, kra­iny, która wy­da­wała jej się gościn­na, uro­kli­wa i pełna życia.

Z zamyśle­nia wy­rwał ją szept Kur­ta:

– No to jaki jest plan?

Przy­stanęła.

– Co ta­kie­go?

Wy­szep­tał głośniej:

– Pytałem, jaki jest plan.

– Nie mu­sisz mówić szep­tem.

Chłopak wyglądał na zakłopo­ta­ne­go.

– Aha – ode­zwał się nor­mal­nym głosem. – Wy­da­wało mi się, że mówiłaś, żebyśmy roz­ma­wia­li po ci­chu.

– Po ci­chu tak, ale prze­cież nie mu­sisz szep­tać. – Dziew­czyn­ka ro­zej­rzała się wokół sie­bie i dodała: – Sama nie wiem, przed czym się ukry­wa­liśmy.

– Może przed ko­jo­ta­mi – pod­po­wie­dział jej Kurt.

– Ko­jo­ty wyłażą tyl­ko nocą – rzu­ciła Du­nia.

– No tak, gdzieś o tym czy­tałem – przy­znał chłopak. – Myślisz, że załatwi­my to, za­nim się zro­bi ciem­no?

– Mam na­dzieję.

– A jak myślisz, gdzie jest twój brat?

To pro­ste py­ta­nie spra­wiło, że Pru­den­cja zbladła. Na­gle przyszło jej do głowy, że mi­sja uwol­nie­nia Mak­sia może oka­zać się trud­niej­sza, niż zakładała. Czy choć przez chwilę za­sta­no­wiła się nad tym, co zro­bi, gdy już uda jej się wejść do Boru? Odważyć się na taką wy­prawę, to było jed­no, ale co te­raz?! Będzie mu­siała im­pro­wi­zo­wać.

– Właści­wie to nie wiem – przy­znała. – Pta­ki zniknęły gdzieś w oko­li­cach…

Kurt prze­rwał jej:

– Pta­ki? Ja­kie pta­ki?

– Te, które po­rwały mi bra­ta. A dokład­nie kru­ki. Całe sta­do. Kru­cza sfo­ra. Tak je będę odtąd na­zy­wać, do­bra?

Twarz chłopa­ka się wydłużyła.

– Co ty ga­dasz? Kru­ki po­rwały ci bra­ta? – wyjąkał zdu­mio­ny. – Praw­dzi­we pta­ki?

Oczy Duni zalśniły z gnie­wu.

– Nie świ­ruj, Kurt. Nie mam pojęcia, o co w tym cho­dzi, ale na pew­no nie zwa­rio­wałam. Wi­działam to na własne oczy, więc muszę w to wie­rzyć. Jeśli za­mie­rzasz mi to­wa­rzy­szyć, le­piej też za­cznij – oświad­czyła.

– Łał – po­wie­dział po raz wtóry chłopak, potrząsając głową. – Do­bra, je­stem tu. Je­stem z tobą. Tyl­ko po­wiedz mi, jak się do­wie­my, dokąd te pta­ki po­le­ciały.

– Wi­działam, jak nur­ko­wały w le­sie na wzgórzu tuż nad wia­duk­tem, a nie za­uważyłam, żeby stamtąd wy­la­ty­wały. Przy­pusz­czam, że gdzieś tu muszą być.

Dziew­czyn­ka ro­zej­rzała się po oko­li­cy. Las dokoła niej zda­wał się nie mieć gra­nic w cza­sie ani w prze­strze­ni, wąwóz ciągnął się wzgórzem tak da­le­ko, jak sięgał wzrok. Na­gle za­sko­czył ją dźwięk słów, które po­ja­wiły się w jej głowie „to bez­na­dziej­ne”. Ode­pchnęła je od sie­bie.

– Wiem, że po­win­niśmy go tu szu­kać, i mam na­dzieję, że nam się uda – szepnęła, prze­ko­nując samą sie­bie.

– Czy on ro­zu­mie po an­giel­sku? – spy­tał Kurt.

– Hmm?

– No twój brat – wyjaśnił chłopak. – Czy jak go zawołamy, to będzie umiał od­po­wie­dzieć?

Pru­den­cja za­sta­na­wiała się przez chwilę.

– Ra­czej nie. On gada po swo­je­mu, w ta­kim dziw­nym języku. Pa­pla dosyć głośno, ale nie je­stem pew­na, czy­by od­po­wie­dział, gdy­byśmy zawołali go po imie­niu.

– Ku­mam – rzu­cił Kurt, dra­piąc się w czu­prynę. – Nie żebym zmie­niał te­mat czy coś w tym ro­dza­ju, ale czy nie za­brałaś przy­pad­kiem cze­goś do je­dze­nia? Chy­ba je­stem głodny.

Dziew­czyn­ka się uśmiechnęła.

– Coś tam wzięłam. – Usiadła na złama­nej gałęzi i zdjęła z ra­mie­nia torbę. – Lu­bisz mie­szankę stu­dencką?

Twarz Kur­ta pojaśniała.

– No ja­sne! Zabiłbym za odro­binę mie­szan­ki stu­denc­kiej!

Usie­dli obok sie­bie na drze­wie i zaczęli się opy­chać orze­chową mie­szanką, przyglądając się cier­ni­stym krza­kom wąwozu. Roz­ma­wia­li o szko­le, o smut­nym na­uczy­cie­lu an­giel­skie­go, który miał skłonność do al­ko­ho­lu i rozpłakał się, kie­dy czy­ta­li mo­no­log Ka­pi­ta­na Cata ze sztu­ki „Mlecz­nym La­sem”.

– Że też mnie wte­dy nie było… – Kurt wes­tchnął.

– Strasz­nie się z nie­go na­bi­ja­li za ple­ca­mi – opo­wia­dała Du­nia. – Nie wiem dla­cze­go. Według mnie to jest na­prawdę ładny kawałek.

– No cóż… – zaczął chłopak. – Aż tyle nie prze­czy­tałem.

– Kurt, prze­cież to jest na sa­mym początku! – prychnęła dziew­czyn­ka i wrzu­ciła do ust ko­lejną garść orzechów.

Zaczęli opo­wia­dać so­bie o ulu­bio­nych książkach. Chłopak mówił trochę o swo­im ulu­bio­nym X-Me­nie, a Du­nia naj­pierw so­bie z nie­go po­kpi­wała, aż wresz­cie przy­znała, że za­wsze za­zdrościła Jean Grey zdol­ności te­le­ki­ne­zy.

– To dla­cze­go prze­stałaś? – za­py­tał Kurt po chwi­li.

– Niby co?

– Nie pamiętasz, jak w piątej kla­sie wysyłaliśmy so­bie ry­sun­ki? Su­per­bo­ha­terów? Ry­so­wałaś na­prawdę świet­ne bi­cep­sy. Od­ry­so­wy­wałem je od cie­bie. – Onieśmie­lo­ny chłopak spuścił wzrok, szu­kając mig­dała między po­zo­stałymi orzesz­ka­mi i ro­dzyn­ka­mi.

Pru­den­cja po­czuła się nie­swo­jo.

– Nie wiem, Kurt – po­wie­działa w końcu. – Pew­nie dla­te­go, że prze­stało mnie to in­te­re­so­wać. Ciągle lubię ry­so­wać, bar­dzo dużo ry­suję. Tyl­ko że te­raz ry­suję co in­ne­go. A z tam­te­go chy­ba wy­rosłam.

– No tak – przy­znał. – Pew­nie masz rację.

– Te­raz robię przy­rod­ni­cze ry­sun­ki. Po­wi­nie­neś tego spróbować.

– Przy­rod­ni­cze? To zna­czy… ry­su­jesz roślin­ki i ta­kie tam? – Nie uwie­rzył jej.

– Mhmm.

– No nie wiem, może i ja kie­dyś spróbuję, jak znajdę jakiś liść – po­wie­dział chłopak spo­koj­nym głosem, jak­by był czymś przygnębio­ny.

Dziew­czyn­ka po­pa­trzyła na ko­nar, na którym sie­dzie­li. Pnącza dzi­kie­go po­wo­ju zdo­były dla sie­bie nowe te­ry­to­rium. Spod zie­lo­nych liści le­d­wo prze­bi­jała bar­wa kory. Wyglądało to tak, jak­by drze­wo zwa­liło się pod siłą pnącej się rośliny.

– Po­patrz na te liście – zaczęła, naśla­dując ton głosu pani od pla­sty­ki. – Po­patrz, jaki wzór tworzą na tle zie­le­ni te de­li­kat­ne ni­tecz­ki. Im więcej szczegółów uda ci się uchwy­cić, tym będzie cie­ka­wiej.

Kurt wzru­szył ra­mio­na­mi i szarpnął jedną z gałązek, która przy­warła na­tych­miast do drze­wa ni­czym prze­rażone zwierzę. Chłopak sięgnął do tor­by i wyciągnął ko­lejną garść orzechów i ro­dzy­nek.

Du­nia po­sta­no­wiła go roz­ch­mu­rzyć.

– Ej, ty tam – po­wie­działa ka­te­go­rycz­nie. – Prze­stań wyławiać mig­dały. To nie­zgod­ne z za­sa­da­mi.

Zakłopo­ta­ny Kurt uśmiechnął się i podał Pru­den­cji to­rebkę. Kie­dy opróżnili ją do połowy, dziew­czyn­ka wyciągnęła bu­telkę z wodą i wypiła je­den łyk. Po­tem podała ją ko­le­dze, żeby też się napił. Słonecz­ny blask po­ran­ka po­ciem­niał, po­nie­waż nad wierz­chołki drzew nad­ciągnęły sza­re chmu­ry, za­kry­wając słońce.

– Ru­szaj­my – rzu­ciła Du­nia sta­now­czo.

Po­szli więc da­lej dnem wąwozu, chwy­tając się pędów po­wo­ju, żeby utrzy­mać równo­wagę, gdy grunt zaczął się wzno­sić. Ko­ry­to stru­mie­nia, które zimą i wiosną mu­siało być wypełnio­ne masą wody, te­raz było płyt­kie i nie­mal su­che, szyb­ko więc od­kry­li, że ich dro­ga będzie znacz­nie łatwiej­sza, jeśli powędrują po dnie rzecz­ki, jak po tu­ry­stycz­nym szla­ku. Wy­niosło ich ono na szczyt wzgórza. Znów zna­leźli się wśród drzew, na nie­wiel­kiej równi­nie.

– Muszę zro­bić siku – za­po­wie­działa na­gle dziew­czyn­ka.

– Okej – rzu­cił w od­po­wie­dzi Kurt, spoglądając nie­co bez­myślnie w dół wąwozu.

– No to idź stąd na mo­ment – po­uczyła chłopa­ka Du­nia, wska­zując ręką gęsty za­gaj­nik pa­pro­ci. – I nie patrz tu.

– Ach! – domyślił się Kurt. – Ja­sne. Okej. Chwi­la pry­wat­ności.