Urbi et Gorbi. Jak chrześcijanie wpłynęli na obalenie reżimu komunistycznego w Europie Wschodniej - Jauer, Joachim - ebook
Opis

Jednoczesne pojawienie się na światowej scenie Michaiła Gorbaczowa i Karola Wojtyły nawet z perspektywy tylu lat wydaje się swego rodzaju cudem. Polski papież przyczynił się do obalenia komunizmu, a radziecki sekretarz generalny zezwolił, aby to się dokonało. Joachim Jauer jako kronikarz ZDF na bieżąco odnotowywał wydarzenia roku 1989 w Europie Wschodniej – wydarzenia, które wstrząsnęły światem.

Jauer jako korespondent telewizyjny był naocznym świadkiem pierwszych oznak upadku żelaznej kurtyny i zakrojonych na masową skalę ucieczek obywateli NRD z ich kraju rodzinnego. Jego książka obejmuje szeroki zakres tematów: począwszy od niezależnego związku zawodowego „Solidarność” przez upadek muru berlińskiego aż po koniec zimnej wojny.

Joachim Jauer opowiada o wielkiej nadziei na wolność, o poszukiwaniu prawdy i o ludziach, których odwaga umożliwiła zaistnienie cudu: upadku komunizmu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 442

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Joachim Jauer

Urbi et Gorbi.

Jak chrześcijanie wpłynęli na obalenie reżimu komunistycznego w Europie Wschodniej

© 2011 BC Edukacja sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Zabrania się wykorzystywania niniejszej książki lub jej części do celów innych niż prawnie ujęte bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy. Zgodnie z prawem autorskim, bez uprzedniej zgody wydawcy zabrania się powielania, zapisywania oraz zamieszczania dzieła lub jego części w sieci komputerowej, a także w wewnętrznej sieci szkół i innych placówek oświatowych.

Wydawnictwo Akcent

Warszawa 2011

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-7802-068-4

Urbi et Gorbi. Christen als Wegbereiter der Wende

Przekład z języka niemieckiego

Beata Moryl

Redakcja

Izabella Jastrzębska-Okoń

Korekta

Olga Gorczyca-Popławska

Projekt okładki i obwoluty

Aleksandra Nałęcz-Jawecka, Tomasz Kędzierski ∙ www.to-studio.pl

Projekt typograficzny, skład i łamanie

Maciej Matejewski

Fotografia na obwolucie

PAP/CAF

Fotografia na skrzydełku obwoluty ze zbiorów autora

Tłumaczenie tej książki subsydiował Instytut Goethego, finansowany przez niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Wydawnictwo Akcent

BC Edukacja sp. z o.o. Skwer ks. kard. S. Wyszyńskiego 5/54, 01-015 Warszawa

tel./fax 22 862 17 96 ∙ info@wydawnictwoakcent.pl ∙ www.wydawnictwoakcent.pl

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.

Niemcy ze Wschodu i Zachodu

Przedmowa

1989 – cóż to był za rok! Ze względu na zmiany historyczne można go śmiało porównać do rewolucyjnego roku 1789. Przyjazny ukłon historii. Francuski polityk i historyk Charles Alexis de Tocqueville napisał o roku 1789, że nigdy przedtem nie spotkaliśmy się z wydarzeniem, które byłoby lepiej przygotowane, a mimo to zupełnie nieprzewidziane przez sprawujących władzę. Dokładnie dwieście lat później Tocqueville mógłby podobnie ocenić Anno Domini 1989. W połowie XVIII w. monarchii i feudalnym władcom powinno było zaświtać w głowie, że ich oparte na wyzysku panowanie ma się ku końcowi. Istniało po temu wystarczająco dużo sygnałów ostrzegawczych. Francuscy pisarze niemal namówili ludzi do rewolucji za pomocą swoich dzieł.

Dwieście lat później, w 1989 roku, media epoki elektronicznej bez trudu pokonujące granice państw niemal wywołały przełom swoimi transmisjami. Kto późno przychodzi, ten sam sobie szkodzi. Istniało dość sygnałów ostrzegawczych. Jednak podstarzali członkowie biur politycznych i komitetów centralnych, polityczni biurokraci i członkowie komitetu centralnego, partyjni sekretarze i szefowie propagandy byli zakładnikami własnej ideologii i niezachwianie wierzyli w prawo Marksa głoszące, iż socjalizm w dialektycznych przeskokach przekształci się w bezklasowe, komunistyczne społeczeństwo. Przeszkadzał im i irytował ich jedynie stosunkowo młody sowiecki szef partyjny – Michaił Gorbaczow. Ludzie sprawujący władzę w państwach socjalistycznych w 1989 roku również nie chcieli zrozumieć, że ich czas minął bezpowrotnie.

Niemcy zachodni nie byli dużo bardziej dalekowzroczni. Niemal nikt w Bonn i jego otoczeniu nie wierzył w to, co podczas napuszonych przemówień przedstawiano braciom i siostrom z NRD jako „bezwzględnie obowiązujące”. Deutsche Einheit (Niemiecka Jedność) – tak w latach siedemdziesiątych nazywały się dobre cygara, które kosztowały markę pięćdziesiąt pięć za sztukę. Możliwość ponownego połączenia się z „tymi po tamtej stronie”, z komunistami, w zachodnioniemieckich kręgach uchodziło za mydlenie oczu. Popularny przymiotnik: „niemiecko-niemiecki” dzięki charakterystycznemu powtórzeniu ukazywał dialektyczny charakter tych związków. Wyrażał on jednocześnie poczucie wspólnoty i rozdzielenia. Artysta kabaretowy Wolfgang Neuss mówił o „myślowych antyszablonach dwoistych Niemiec” (Doppeldeutschlands Anti-Denkschablonen). Odgrywające niegdyś ważną rolę Kuratorium Unteilbares Deutschland (Kuratorium Niepodzielne Niemcy), które wszędzie w Republice Federalnej Niemiec wystawiało tablice z hasłem: Dreigeteilt – niemals. (Podzieleni na trzy części – nigdy), przysnęło. Trzecia część Niemiec – dawne tereny po wschodniej stronie Odry i Nysy – i tak została utracona w konsekwencji działań Hitlera. A Ministerstwo Kwestii Ogólnoniemieckich przemianowano na Niemieckie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jednak ze względu na nazwę Berlin Wschodni traktował je jako nieznośną „ingerencję w sprawy wewnętrzne suwerennej Niemieckiej Republiki Demokratycznej”.

Bonn nigdy nie wyświadczyło przysługi SED (Sozialistische Einheitspartei Deutschlands – Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec) i nie uznało wschodniej części Niemiec za zagranicę. Kontakty czy negocjacje między Ministerstwem Spraw Zagranicznych w Bonn a jego odpowiednikiem w NRD stanowiły tabu. Rozmowy, utrzymywanie oficjalnych stosunków – tak; uznanie za niezależne państwo, za „zagranicę”- nie. Wszystko przebiegało zgodnie z zasadami dyplomatycznej „klauzuli salwatoryjnej”, która głosi: „Zgadzamy się co do tego, że nie zgadzamy się w niektórych punktach”. Najmniejszy wspólny mianownik albo przepychanki nastawionego wrogo do siebie rodzeństwa, które nie może się rozstać, ponieważ jest zmuszone do sąsiadowania ze sobą. Brutalny rozłam Niemiec przebiegał w samym środku rodzin. Im dłużej trwała ta sytuacja, tym bardziej oddalali się od siebie krewni ze Wschodu i Zachodu, aż w końcu nie potrafili już nawiązać ze sobą kontaktu.

W żadnej kwestii „rozbieżności zdań” między Bonn a Berlinem Wschodnim nie były tak olbrzymie, jak w przypadku Westreise Verbot – zakazu wyjazdu z kraju na Zachód. Bonn wciąż domagało się swobody podróżowania dla obywateli NRD. Niemcy Zachodnie poczuwały się do odpowiedzialności za rodaków ze wschodniej części kraju, którzy po prostu nie chcieli się pogodzić z istnieniem muru i zakazem wyjazdu na Zachód. Walcząc o prawo człowieka do swobody podróżowania, tysiące mieszkańców NRD mogły się obawiać potępienia społecznego i więzienia. A setki przypłaciły próbę sforsowania muru własnym życiem.

To wszystko było elementem „niemiecko-niemieckiego” dnia powszedniego. Ludzie po obu stronach muru starali się wyprzeć z umysłów niedolę rozłamu, najlepiej jak umieli. Ci na Wschodzie urządzili się między Pritzwalk a Pasewalk, ci na Zachodzie zwrócili się w kierunku Majorki lub Nowego Jorku. Partie w Bonn, klasa polityczna Niemiec Zachodnich i ich obywatele mieszkający między Flensburgiem a jeziorem Bodeńskim pogodzili się z podziałem; większość społeczeństwa przystała na dwupaństwowość. Nikt nie odważył się przyznać, że za jego życia coś się zmieniło, aż do czasu tuż przed upadkiem reżimu SED. W Weimarze, jeszcze za czasów NRD, mogłem kupić srebrne lub złote listki miłorzębu – sentymentalnego symbolu niemieckiej jedności. Wachlarzowaty listek miłorzębu ma pośrodku wyraźną przerwę. Goethe opisał to drzewko w swoim „Dywanie Zachodu i Wschodu” takimi słowami:

To drzewo ze Wschodu, Memu powierzone ogrodowi, Budzi tajny zmysł ku czemuś, Czego smak li wieszcz wysłowi.

Czy to jedność, w swej jedności, Żywiej rozszczepiona w sobie, Czy też dwie są to istności, A za jedną mamy obie?

Długom odpowiedzieć nie śmiał, Aż sens zgadłem oczywisty: Czy nie czujesz po mych pieśniach, Żem jest jeden i dwoisty? [1]

Subtelna dialektyka – Niemcy jako „jedność, w swej jedności żywiej rozszczepiona w sobie”, która jest „jedna i dwoista”. To jednak tylko poezja. Proza podwójnie niemieckiego dnia powszedniego doprowadziła do tego, że „społeczeństwo Goethego” w NRD musiało się zdystansować od zachodnioniemieckich uczniów mistrza. Germaniści ze znaczkami SED w klapach pracowali z zapałem nad tym, by w Weimarze zawłaszczyć Goethego jako „narodowe dziedzictwo kulturowe NRD”. Miłośnicy Goethego z Zachodu pielęgnowali pamięć o wielkim Olimpijczyku we Frankfurcie nad Menem. A jednak gdy germaniści ze Wschodu i Zachodu spotykali się „na międzynarodowym forum” – i tak przecież rozmawiali ze sobą po niemiecku. W ramach pocieszenia w NRD nieoficjalnie przekazywano sobie z ust do ust zdanie Goethego, które należało przedstawić jako dwuznaczną wypowiedź, ponieważ oficjalnie obnoszono się z wymówką, że kiedyś dojdzie do zjednoczenia Niemiec pod socjalistycznym dachem: „Nie boję się, że Niemcy nie będą zjednoczone… niech będą tak zjednoczone, by niemieckie talary i grosze miały taką samą wartość w całej Rzeszy. Tak zjednoczone, by moje bagaże podróżne mogły przejechać przez wszystkie trzydzieści sześć państw bez otwierania”.

Teraz były to tylko dwa państwa, jednak przekraczanie tej jedynej granicy było chyba jeszcze uciążliwsze niż za czasów konfederacji państw niemieckich. Niewielu obywateli Republiki Federalnej Niemiec utrzymywało kontakt z rodakami ze wschodniej republiki, jeśli się weźmie po uwagę, że RFN zamieszkiwało 60 milionów ludzi. Wysyłali listy i reagowali na apel Päckchen nach drüben (Paczka dla tych po tamtej stronie), co – ku wielkiemu zadowoleniu nadawców – można było ryczałtem odpisać od podatku. Niektórzy uspokajali nieczyste „narodowe” sumienie dzięki akcjom wysyłania paczek z kawą, czekoladą i kosmetykami na święta Bożego Narodzenia. Przez jakiś czas obywatele Niemiec Zachodnich wystawiali nawet demonstracyjnie świece w oknach na znak „pamięci o braciach i siostrach ze Wschodu” – wyrazy politycznej bezradności ofiarowane w dobrych zamiarach. Niemcy wschodni odwdzięczali się najczęściej wyrobami rękodzieła artystycznego lub książkami oficjalnie zaaprobowanymi przez władze NRD. W urzędach pocztowych NRD, w wielkich fabrycznych halach, kontrolerzy ze Stasi [2] sprawdzali, czy przesyłki z Zachodu nie zawierają broni lub materiałów wybuchowych. Zamiast nich w paczkach często znajdowano czasopisma lub książki zakazane w NRD, które dla SED były groźniejsze niż broń. A czasem podczas przeszukiwania znikał gdzieś kilogram zachodniej kawy, którą inspektorzy później sprzedawali po kryjomu.

Utrzymywano kontakty między parafiami ze Wschodu i Zachodu – zarówno wśród ewangelików, jak i katolików. Tak jak wielu innych, nieżyjący prezydent Republiki Federalnej Niemiec, Johannes Rau, w młodych latach wiele razy potajemnie przewoził przez granicę do NRD egzemplarze Biblii i literaturę religijną. Mimo że ewangelickie kościoły lokalne pod presją prowadzonej przez SED polityki podziału zostały zmuszone do oficjalnego odłączenia się od zachodnich kościołów lokalnych i stworzenia Związku Kościołów Ewangelickich w NRD, to jednak protestanci w miarę możliwości utrzymywali kontakt ponad granicami. Katolicy w NRD – mniejszość w porównaniu z 17 milionami ogólnej liczby ludności – byli wierni Watykanowi, który wraz z Berlinem Wschodnim już planował nowy podział diecezjalny odpowiadający dwupaństwowemu charakterowi Niemiec. Diecezja berlińska aż do końca NRD pozostała jedyną i ostatnią wspólną niemiecką instytucją.

W mieszkaniach obywateli NRD, przed meblościankami, na których stały telewizory, co wieczór powstawało społeczeństwo równoległe do „socjalistycznej wspólnoty”, jaką wymarzyła sobie SED. W porównaniu z tym, co oferował zachodni „świat alternatywny”, który na ekranach wydawał się rzeczywistością, komuniści nie mieli szans. Do domów mieszkańców NRD każdego wieczoru, punktualnie w porze nadawania wiadomości, przez ekrany odbiorników telewizyjnych wdzierał się wróg klasowy. Dla obywateli NRD obraz Republiki Federalnej Niemiec miał kształt prostokąta, był czarno-biały, bez wymiaru przestrzennego i ożywionego tła. Brakowało porównania z rzeczywistością, więc Niemcom wschodnim trudno było sobie wyobrazić większość aspektów zachodniego życia, które pokazywano w telewizji. Mimo to Niemcy po obu stronach granicy często jednoczyli się przed ekranami – podczas heute i Tagesschau oraz masowo podczas występów Hansa Rosenthala w ZDF i Rudiego Carrella w ARD. Podzieleni murem, drutem kolczastym i różnymi ideologiami Niemcy zaczęli zaglądać sobie w okna, mimo że u sąsiadów z NRD firanki najczęściej były szczelnie zasunięte.

Dopiero po jakimś czasie politycy wschodni i zachodni pojęli, jak ogromny wpływ na mieszkańców Wschodu miały transmisje telewizyjne z zachodniego świata. NRD próbowała zwalczać zachodnią telewizję. Podczas zakrojonych na szeroką skalę akcji w latach sześćdziesiątych oddziały FDJ wdrapywały się na dachy domów i łamały anteny telewizyjne ustawione w niesłusznym kierunku. Za pomocą specjalnych kampanii w sterowanych przez SED mediach zarzucano kłamstwa zachodnim stacjom telewizyjnym. Partia wiedziała bowiem, że większość obywateli NRD preferowała zachodnie kanały telewizyjne… i w końcu została zmuszona do tolerowania tej sytuacji.

Co dziwne i prawdopodobnie niespotykane w żadnym innym miejscu na świecie, widzowie z NRD za pośrednictwem zachodniej telewizji mogli dowiedzieć się o wydarzeniach we własnym kraju, o których nie wspominały kontrolowane przez partię media wschodnioniemieckie. Pewna kościelna grupa pacyfistyczna z Rostocku dopiero dzięki zachodniej telewizji dowiedziała się o działalności grona ludzi o podobnych zapatrywaniach z Drezna. O krytykach realnego socjalizmu, takich jak Rudolf Bahro, lub o nonkonformistach ze świata sztuki i literatury, takich jak Hans-Joachim Schädlich, Stefan Heym i Reiner Kunze, informowały obywateli NRD jedynie zachodnie media. O ile w wywiadach przeprowadzanych przez telewizję NRD padały odpowiedzi konformistyczne wobec systemu lub nawet mobilizujące do lojalności wobec partii, o tyle przed zachodnimi kamerami i mikrofonami obywatele NRD czasem wypowiadali się bez owijania w bawełnę, nawet jeśli formułowali swoje wystąpienia w sposób wymagający czytania między wierszami. Musieli się bowiem liczyć z tym, że programy stacji ARD i ZDF ogląda Stasi oraz ich właśni sąsiedzi – jej gorliwi informatorzy.

Do roku 1972 Niemcy po obu stronach granicy używali wspólnych samochodowych tablic rejestracyjnych z oznaczeniem D. Kierownictwo SED postanowiło to zmienić i zaleciło kierowcom wartburgów i trabantów używanie znaku DDR. Jedna litera D jako symbol całych Niemiec to było zbyt wiele dla maniaków ścisłej dwupaństwowości – niemieckich komunistów. We wrześniu 1971 roku uruchomiliśmy w ZDF magazyn Kennzeichen D (Znak D). W czołówce programu, oprócz innych oznaczeń samochodów, uwzględniliśmy także znak DDR, pozostaliśmy jednak przy politycznym wymogu utrzymania wspólnego znaku D. Później SED zabroniła nawet śpiewania hymnu narodowego NRD autorstwa poety Johannesa R. Bechera, którego tekst mógłby również dziś zdobić zjednoczoną ojczyznę:

Pozwól nam, powstałym z ruin i zwróconym ku przyszłości, służyć dobrej sprawie – Niemcom, zjednoczonej Ojczyźnie. Naszym celem jest pokonanie starej niedoli, i zwyciężymy ją razem, By słońce piękniej niż kiedykolwiek zaświeciło nad Niemcami.

Jeśli któryś z towarzyszy myślał o „Niemcach, zjednoczonej Ojczyźnie”, to nawet jeśli chciał połączyć ją pod czerwonym sztandarem, musiał hymn cicho nucić pod nosem, zamiast wykorzystać pełnię swego głosu. Po upadku SED znów można było śpiewać hymn Bechera, jednak melodia kojarzyła się z NRD i nikt jej już nawet nie nucił.

W ciągu wielu lat pracy w charakterze korespondenta ZDF w NRD słyszałem, jak ludzie pomstowali na sytuację w kraju. Już w 1967 roku, gdy przygotowywałem pierwszy reportaż z Oberwiesenthal w Rudawach, w poufnych rozmowach obywatele NRD wszystkie niedostatki dnia powszedniego kwitowali stwierdzeniem: „typowe dla naszej strefy”. Jednak zaledwie kilka znanych osób zyskało sławę „dysydentów”. Komunista Robert Havemann, w czasach nazistowskich osadzony wspólnie z Erichem Honeckerem w ciężkim więzieniu w Brandenburgu, początkowo był zdeklarowanym członkiem SED i nawet współpracował ze Stasi, jednak w połowie lat sześćdziesiątych podczas wykładu filozoficznego na wschodnioberlińskim uniwersytecie Humboldta skrytykował realny socjalizm i został wykluczony z partii. Napiętnowany przez SED jako unperson [3] przebywał pod strażą w areszcie domowym i stał się symbolem oporu. Podobnie postąpiono wobec jego przyjaciela, pieśniarza Wolfa Biermanna, któremu przez jedenaście lat zakazywano występów publicznych i który mógł śpiewać jedynie we własnym mieszkaniu. Podczas pierwszego koncertu w Kolonii, na który dostał oficjalne pozwolenie władz NRD, kontestacyjny pieśniarz został pozbawiony obywatelstwa i wydalony na Zachód. Zabrano mu obywatelstwo NRD i tym samym zabroniono powrotu do Berlina Wschodniego. W proteście przeciwko temu posunięciu wielu ważnych pisarzy i artystów opuściło Niemiecką Republikę Demokratyczną.

Inni prominenci, tacy jak krytyk systemu pisarz Stefan Heym, pozostali i czekali na „lepsze czasy”. O ile w początkach istnienia NRD opozycjoniści o różnych przekonaniach: socjaldemokraci, chrześcijanie, wolnomyśliciele, a nawet komuniści byli uprowadzani przez Stasi i osadzani w więzieniach, o tyle później, za czasów Ericha Honeckera, metody stały się bardziej wyrafinowane. Opozycja, chcąc nie chcąc, musiała uchodzić z kraju. Pisarze: Hans-Joachim Schädlich, Thomas Brasch, Jürgen Fuchs, Monika Maron, Erich Loest, krnąbrny Roland Jahn i cała grupa Jenauer Jungarbeitern skupiona wokół teologa Thomasa Auerbacha musieli opuścić NRD. SED uważała, że są niebezpieczni, bo mogą swoim sposobem myślenia zarazić innych. Wielu przeciwników reżimu pozbawiono obywatelstwa, więc opozycja miała problemy ze zorganizowaniem się. Pisarze i artyści przymusowo przenosili się na Zachód lub pozostawali w stanie emigracji wewnętrznej. Nonkonformiści, tacy jak filozofowie Ernst Bloch i Hans Mayer, musieli opuścić swoje katedry w Lipsku i wyjechać z kraju, a ludzie uparcie trwający przy swoich poglądach, tacy jak marksiści Wolfgang Harich lub Rudolf Bahro, powędrowali do więzienia. Nie można było zmusić do emigracji całego kościoła, więc państwo pod wodzą SED próbowało potajemnie infiltrować lub otwarcie zwalczać środowisko chrześcijan.

Niezliczeni, nieznani z imienia i nazwiska ludzie stawiali opór w pojedynkę i lądowali w więzieniach Stasi – wielu z nich na całe miesiące w izolatce. Wystarczyło, że osoba składająca wniosek o pozwolenie na wyjazd z kraju zachowała się zbyt stanowczo, by uznano to za przestępstwo. Rozdzielano rodziny, wysyłano małe dzieci do państwowych domów dziecka, podczas przesłuchań nastawiano przeciwko sobie pary małżeńskie. Namalowanie napisu Solidarität mit Biermann (Solidarność z Biermannem), po wydaleniu artysty z NRD, skończyło się dla 18-letniego „sprawcy”, Andreasa Schmidta z saksońskiego miasteczka Crimmitschau, trzyipółletnim więzieniem. Wielokrotnie zaostrzane polityczne prawo karne dało reżimowi SED podstawy, by zwalczać „wrogów publicznych” wszelkiego rodzaju. W ciągu dwudziestu pięciu lat, aż do upadku muru, Bonn wykupiło z więzień NRD 33 755 osób.

Jednak to władze NRD, które sprzedały RFN swoich nielubianych obywateli za kwotę ok. 100 000 marek, nazwały masową ucieczkę młodej generacji na Zachód jesienią 1989 roku „handlem żywym towarem zorganizowanym przez Bonn”. Na początku lat sześćdziesiątych, gdy rozpoczął się proceder wykupywania z więzień, gotówkę transportowano do Berlina Wschodniego w walizkach. Później realizowano te tajne transakcje w formie dostaw towarów do NRD o wartości ogólnej 3,5 miliarda marek niemieckich (DM) i trwało to dwadzieścia lat. Oczywiście płacenie okupu szantażyście zawsze jest wątpliwym interesem, jednak solidarność z prześladowanymi wymagała od Zachodu tego humanitarnego zachowania, które w żadnym wypadku nie było handlem żywym towarem.

Starsi, „przyuczeni” obywatele NRD wycofali się do prywatnych nisz tolerowanych przez reżim i dbali o to, by ich skromny standard życiowy, który był jednak wyższy niż w większości bratnich państw, nie został obniżony. Żyli między państwową opieką a dyktaturą partii. Chcieli, jak to wyraził pisarz Edzard Schaper, „mieć pewność, że dostaną chochlę pełną zupy, bo ta pojawiała się zawsze, a kij tylko czasem”. Dwadzieścia lat po upadku reżimu SED niektórzy zapomnieli już o „kiju” i przypominają sobie jedynie tę „chochlę pełną zupy”.

Przez długi czas nie istniała zorganizowana opozycja, mimo że na Zachodzie niektórym bardzo jej brakowało i mimo że Stasi pilnie usiłowała ją wytropić. Dopiero w drugiej połowie lat osiemdziesiątych grupy opozycyjne zaznaczyły swoją obecność w przestrzeni publicznej, jednak niemal wyłącznie pod egidą Kościoła. Samozwańcza „dyktatura klasy robotniczej” przez cztery dziesięciolecia za pomocą aparatu ucisku obejmującego cały kraj udaremniała powstanie grup opozycyjnych, a także stworzenie frakcji krytycznych członków wewnątrz SED. Partii udało się nawet sprawić, że wielu obywateli NRD sceptycznie, a nawet z irytacją obserwowało takie ruchy, jak polska Solidarność i organizowane przez nią polityczne strajki. Przede wszystkim obawiano się destabilizacji i obniżenia standardu życia. W NRD nie znalazł się żaden pionier podobny do krytycznego wobec reżimu pisarza Vaclava Havla z Czechosłowacji, który za pomocą swojej Karty 77 walczył o demokrację i prawa człowieka – nie było tam ani takiego lidera, ani takiego programu.

Małe grupki myślących inaczej, które spotykały się w ewangelickich kościołach NRD, z początku miały inne cele. Chodziło im o pokój, rozbrojenie i ochronę środowiska. Polityka wewnętrzna SED (i naruszanie przez nią elementarnych praw obywatelskich) stała się ważnym tematem dopiero pod koniec istnienia NRD. Przez długi czas nawet krytycy systemu starali się nie atakować wprost reżimu Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec. Domagano się reform w przekonaniu, że system można zreformować. Chciano lepszej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, która nie wprowadzałaby zachodniego kapitalizmu, lecz zapewniała przestrzeganie praw człowieka i wolności obywatelskich. Ludzie mieli nadzieję na swoiste połączenie socjalizmu i demokracji, w sposób oczywisty pomijali więc fakt, że przyzwolenie na demokrację oznaczałoby koniec panowania komunistów. Krytycy pragnący przeprowadzić reformy świadomie pozostali w NRD. Ci, którzy pragnęli kapitalistycznych przywilejów, a przede wszystkim zachodniej wolności, próbowali odwrócić się plecami do socjalizmu à la SED, wyjeżdżając z kraju.

Jednak dopiero ten ruch emigracyjny, ucieczka młodych ludzi przed „socjalizmem bez przyszłości”, pokazał jasno, że reżim osłabł i musi zmniejszyć presję. Bezsilność SED wobec działań dziesiątków tysięcy obywateli uciekających z kraju dodała odwagi tym, którzy pozostali w ojczyźnie, by również zacząć stawiać żądania. Jednocześnie wielu ludzi irytowało, a nawet oburzało, że SED uporczywie odrzucała pierwsze reformy głasnosti i pierestrojki propagowane przez wychwalanego dotychczas Wielkiego Brata, zakazała publikacji na ten temat i prześladowała sympatyków tych reform. Oklepany slogan: „Uczyć się od Związku Radzieckiego, to uczyć się zwyciężać” stał się w końcu hasłem wielbicieli głasnosti i pierestrojki Gorbaczowa. Przez dziesięciolecia partia wygłaszała to motto, a teraz każda osoba, która chciała „nauczyć się zwyciężać od Związku Radzieckiego”, stawała się podejrzana.

Stosunkowo młody sekretarz generalny Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, Michaił Gorbaczow, musiał zrozumieć, że projekt leninizmu-stalinizmu poniósł klęskę w jego olbrzymim imperium, jednak – i był to zapewne jego wielki błąd – nawet on uważał, że można odświeżyć ten system. Węgierscy komuniści zorientowali się, że nie muszą się obawiać żadnego oporu ze strony Gorbaczowa, jeśli zamienią dyktaturę klasy robotniczej w stylu radzieckim na demokrację zgodną z zachodnimi wzorcami. Z zazdrością spoglądali na Polskę, gdzie szerokiemu ruchowi społecznemu – z pomocą Kościoła katolickiego i orędownika z Rzymu, papieża Jana Pawła II – po wielotygodniowych strajkach udało się przeforsować powstanie pierwszych wolnych związków zawodowych w socjalistycznej strefie wpływów. W tym samym czasie w Niemieckiej Republice Demokratycznej ludzi tych określano obraźliwym mianem: Pollacken. Polakom zarzucano (czym sterowała propaganda SED), że strajkują, zamiast pracować, i że są zdani na dostawy artykułów spożywczych z NRD, których później brakuje w miejscowych sklepach państwowych i spółdzielczych. Podżegając Niemców przeciwko kozłowi ofiarnemu, Polsce, można było wygodnie tłumaczyć braki w zaopatrzeniu w NRD. Jednak wielu ludzi wyrażało osobiście swoją solidarność z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”, wysyłając do Polski paczki żywnościowe. Takie akcje organizowały zwłaszcza parafie kościelne.

Po dwudziestu latach, w których trakcie z dłuższymi przerwami relacjonowałem wydarzenia w NRD, po zakończeniu pracy dla drüben i Kennzeichen D wylądowałem w Wiedniu w charakterze korespondenta na całą Europę Wschodnią – we właściwym czasie, by obserwować następstwa programu Gorbaczowa: głasnost i pierestrojka w krajach Układu Warszawskiego. Wszystkiego, co wiedziałem na temat realnego socjalizmu, dowiedziałem się w NRD. Przez cztery lata mieszkałem w Berlinie Wschodnim i pracowałem tam jako korespondent. Dzięki swojej „wizie pracowniczej” i tzw. Grenzempfehlung (rekomendacji granicznej) w każdej chwili i w stosunkowo nieskomplikowany sposób mogłem przedostać się z Berlina Wschodniego do Zachodniego, by tam montować swoje filmy i pisać teksty. Mogłem także, gdy tylko zaszła taka potrzeba, robić zakupy po zachodniej stronie miasta. Jednak całymi miesiącami zaopatrywałem się wyłącznie w „megasamie” naprzeciw mojego mieszkania przy wschodnioberlińskiej Leipziger Strasse, by przekonać się, czy i w jaki sposób można się wyżywić, korzystając ze zwykłej oferty towarów. Okazało się, że można. Ciągle towarzyszyli mi i obserwowali mnie agenci Mielkego i na własnej skórze doświadczyłem dojmującego strachu, jaki obywatele NRD żywili wobec szpicli i siepaczy Stasi. W swoich relacjach opowiadałem o tęsknocie ludzi za zachodnim standardem życia, o niewielkich sukcesach, a częściej o wielkich niepowodzeniach w rolnictwie i przemyśle. Jednak w sumie NRD było „ciche”, jak śpiewał krytyczny pieśniarz Wolf Biermann.

W Budapeszcie i Warszawie przeważał nastrój przebudzenia, w Moskwie nowy sposób myślenia, a w Pradze czy Bukareszcie dla odmiany panowała epoka lodowcowa. Porównałem wszystko z moimi doświadczeniami z NRD i zrozumiałem, że istnieją kraje, które pod względem gospodarczym są jeszcze biedniejsze niż Niemcy Wschodnie, i że istnieją też takie, które są mniej dogmatyczne, policyjne i mniej trącą stęchlizną niż niemieckie państwo rządzone przez Socjalistyczną Partię Jedności Niemiec.

W całej Polsce kościoły pękały w szwach. W Warszawie, Wrocławiu, Krakowie i Katowicach w niedzielę w dużych kościołach odprawiano po dziesięć mszy. W Budapeszcie już w latach osiemdziesiątych w dużych hotelach można było swobodnie kupić aktualną zachodnią prasę, gazety takie jak BILD czy FAZ. Również w Pradze można było nabyć zachodnioniemieckie gazety, jednak z jednodniowym opóźnieniem. W niemieckich centrach kultury w tych krajach można było nawet znaleźć książki pisarzy z NRD, które w Berlinie Wschodnim kursowały jedynie w drugim obiegu.

Wschodnioniemieccy komuniści byli traktowani w Polsce, na Węgrzech lub w Czechosłowacji jak natrętni belfrzy; SED uważała, że polscy, węgierscy, a nawet czescy towarzysze nie są wiarygodni i dekują się na tyłach. Dogmatycy wszystkich krajów spoglądali na siebie pełni nieufności, jednak wspólnie nie ufali „odchyleńcom”, którzy pod ideologicznym płaszczykiem Gorbaczowa zaczęli tworzyć sieci relacji między poszczególnymi nacjami. Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego NRD było jednak dobrze poinformowane o wszelkich wydarzeniach zagrażających reżimowi po wschodniej stronie Niemiec i w „bratnich krajach”, jednak widocznie nie znalazło wystarczającego zrozumienia u członków zgrzybiałego biura politycznego SED.

Honecker, Husák, Ceauşescu, Żiwkow i spółka zostali więc staranowani przez historię. Nie potraktowali poważnie niemal proroczego apelu Polaka na tronie Piotrowym, Karola Wojtyły. Podczas mszy inaugurującej pontyfikat Jan Paweł II wezwał: „Nie lękajcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych, systemów politycznych, kierunków cywilizacyjnych!” [4] W obliczu wzmocnienia arsenału broni o rakiety SS-20 przez Wschód i rakiety Pershing II przez Zachód niektórzy potraktowali go wtedy jak oderwanego od rzeczywistości fantastę ze Wschodu. Zarówno Zachód, jak i Wschód nie doceniły wtedy mocy pokojowego orędzia papieża, które zainicjowało powstanie ruchu oporu wśród przeważającej części wiernych kościołowi polskich katolików.

Ówczesny polski premier Mieczysław Rakowski, komunista i redaktor naczelny tygodnika „Polityka”, potwierdził przed naszymi kamerami decydujący wkład Karola Wojtyły w upadek systemu komunistycznego w Polsce:

Oczywiście to papież podniósł naród z kolan i zachęcił do działania. Dzięki temu mogło dojść do powstania Solidarności, naturalnie stało się tak również dlatego, że stary system nie zaspokajał potrzeb obywateli.

To, że ludzie mieli dość starego systemu, jako pierwsi wyczuli reformatorzy Węgierskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i jako jedyni dzierżący władzę komuniści wyciągnęli konsekwencje z tego spostrzeżenia. Ich osamotniona decyzja, by na własne ryzyko, wbrew reszcie „bratnich państw”, zburzyć żelazną kurtynę, w pełnym tego słowa znaczeniu pokazała ludziom drogę wyjścia. Uwięzieni rozpoczęli exodus poza mur i drut kolczasty. Wydarzenia te obserwowałem z bliska. To właśnie działania naszych sąsiadów ze Wschodu przyniosły kres niemieckiemu podziałowi i doprowadziły w końcu do zjednoczenia Europy.

Pionierami tej niewiarygodnej przemiany z 1989 roku byli Polacy i ich pierwszy niezależny związek zawodowy „Solidarność”, który otrzymał błogosławieństwo papieża. Byli nimi także: dramaturg i filozof Václav Havel, który za obronę praw człowieka spędził długie lata w więzieniu w Czechosłowacji; Węgrzy, którzy na własne ryzyko wbrew reszcie komunistycznego świata odsłonili żelazną kurtynę; dama maltańska pochodzenia niemiecko-węgierskiego, Csilla von Boeselager, która z odwagą i bezinteresownie zbudowała w Budapeszcie pierwszy obóz dla „uciekinierów z NRD”; 100 000 w przeważającej większości bardzo młodych obywateli NRD, którzy swoimi masowymi ucieczkami z kraju sprawili, że mur i drut kolczasty stały się absurdem. Pionierem był także radziecki reformator, Michaił Gorbaczow, który dał wolną rękę wszystkim tym bojownikom o wolność.

I na koniec – jak w lipskim kościele św. Mikołaja, berlińskim kościele Gethsemane lub w Wittenberdze u proboszcza Schorlemmera – pionierami było także „kilkaset zaniedbanych dzieci i trochę ponad tuzin ewangelickich pastorów, którzy przezwyciężyli uzbrojoną po zęby dyktaturę”, jak stwierdził historyk Stefan Wolle.

Naturalnie kolejne rozdziały tej książki to retrospektywa wydarzeń. Chyba nikt nie był w stanie przewidzieć tego burzliwego przełomu – być może jedynie obdarzony wizjonerską nadzieją Polak, Karol Wojtyła. Dlatego moje rozmyślania o roku 1989 to nie gloryfikacja przeszłości, lecz wciąż jeszcze zdumienie nad przebiegiem historii.

Ta książka przedstawia migawkowe portrety pionierów i prekursorów swobodnego przepływu informacji ponad murami i drutem kolczastym i współoddziaływanie „klocków domino” Układu Warszawskiego.

Dedykuję ją żonie i dzieciom.

Ten tekst w szczególny sposób polecam młodej generacji, która dorastała po upadku komunizmu i żelaznej kurtyny, w zjednoczonych Niemczech bez murów, drutu kolczastego i rozkazu użycia broni palnej wobec uciekinierów.

Dziękuję za radę i pomoc dr. Zenonowi Hanasowi z Rzymu i pastorowi Janowi Kofronowi z Pragi. Mojemu przyjacielowi i koledze, Wolfgangowi Drescherowi, winien jestem podziękowania za krytyczne wskazówki po pierwszej lekturze tekstu.

Joachim Jauer

Solidarność i papież

Jak Karol Wojtyła wspierał wolne związki zawodowe

Wolność stale trzeba zdobywać, nie można jej tylko posiadać. Przychodzi jako dar, utrzymuje się poprzez zmaganie.

Całym sobą płacisz za wolność – więc to wolnością nazywaj, że możesz płacąc ciągle na nowo siebie posiadać. Tą zapłatą wchodzimy w historię i dotykamy jej epok.

Jan Paweł II – Pamięć i tożsamość

Do marszu z pochodniami, przyjacielskich spotkań, wielkich demonstracji i „zachwytu, który nie chce się skończyć” – jak to określiła partyjna gazeta „Neues Deutschland” – w Zielone Świątki roku 1979 w Berlinie zmobilizowano pół miliona młodzieży ze wszystkich okręgów NRD. Podczas Narodowego Festiwalu Młodzieży młodzi ludzie już na początku czerwca mieli gratulować „swojej republice” z okazji jej trzydziestych urodzin. Przypadały one dopiero w październiku, jednak SED całymi miesiącami fetowała sama siebie. Rada główna państwowego związku młodzieży NRD nazwała spotkanie Freie Deutsche Jugend (FDJ) w Zielone Świątki wydarzeniem „o prawdziwie historycznym znaczeniu”. Być może trzydzieści lat później niektórzy uczestnicy przypominają sobie jeszcze „podróż do Berlina, stolicy NRD”, jednak w podręcznikach historii to „prawdziwie historyczne wydarzenie” nie znalazło swojego odbicia. Tej zielonoświątkowej soboty wraz z moją ekipą telewizyjną oglądałem w pobliżu placu Aleksandra koncert szlagierów w wykonaniu artystów NRD, zorganizowany dla kilku tysięcy „niebieskich koszul”. W naszą relację wpletliśmy wtedy bardzo melancholijną piosenkę, która zebrała największe oklaski. Jej tekst odzwierciedlał raczej niespełnione tęsknoty młodej generacji pozbawionej swobody podróżowania niż „zachwyt, który nie chce się skończyć”: „Zostaw mi moje marzenia, ach, potrzebuję ich. Bez marzeń nie można żyć”.

Tego samego dnia 500 kilometrów dalej na wschód, w mieście partnerskim Berlina, pół miliona ludzi oczekiwało na niezwykłą wizytę. Dobrowolnie, bez nakazu partii, w centrum Warszawy na placu Zwycięstwa [5] – który nazistowscy okupanci nazwali „placem Adolfa Hitlera” – zebrał się tłum. I rzeczywiście, było co świętować. Polak Karol Wojtyła, poprzednio kardynał i arcybiskup Krakowa, a od pół roku pierwszy słowiański papież, Jan Paweł II, powrócił do ojczyzny. Wizyta stała się historycznym wydarzeniem, w wyniku którego blok państw pod wodzą imperium sowieckiego miał się zachwiać w posadach. Rządząca Polska Zjednoczona Partia Robotnicza (PZPR) do samego końca próbowała udaremnić wizytę. Mówiono, że ówczesny szef partii Edward Gierek zmienił watykański okrzyk Habemus papam w Habemus klapam, co miało oznaczać nie: „Mamy papieża”, lecz „Mamy klapę”.

Biskup Alojzy Orszulik, wówczas sekretarz Konferencji Episkopatu Polski, przypominał sobie w rozmowie ze mną:

Plan jego podróży spotkał się z gwałtownym oporem komunistów. Szukali argumentów, dla których papież nie miałby pojawić się w Krakowie, w Polsce, w swojej ojczyźnie. A już na pewno nie w maju. Obchodzimy bowiem wtedy dzień św. Stanisława, który jako polski męczennik jest symbolem oporu wobec państwa. Dlatego bali się terminu przyjazdu papieża.

Jan Paweł II przyjechał więc kilka tygodni później, w czerwcu, i uroczyście przypomniał o dziewięćsetnej rocznicy śmierci narodowego świętego. Komuniści bardzo dobrze wiedzieli, jakie znaczenie ma patron Polski, męczennik Stanisław, który jako biskup krakowski był dalekim poprzednikiem Wojtyły. Stanisław pozostawał w opozycji do króla Bolesława II Szczodrego (Śmiałego) i na jego rozkaz został zamordowany w kościele podczas odprawiania mszy. Od tego czasu był czczony w Polsce jako postać symbolizująca walkę o wolność.

Papież uklęknął przez Grobem Nieznanego Żołnierza – pozostałością kolumnady Pałacu Saskiego zniszczonego przez wojska niemieckie w 1944 roku. Człowiek, który jako student przeżył terror nazistów, a później jako ksiądz i biskup dyktaturę komunistów, złożył hołd pamięci ofiar swojego narodu od Auschwitz po Katyń, czterdzieści lat po napadzie Niemiec hitlerowskich na Polskę, trzydzieści pięć lat po założeniu Polskiej Republiki Ludowej. Na Placu Zwycięstwa, gdzie zazwyczaj odbywały się odgórnie zarządzone pochody partyjne, stał ołtarz, przy którym papież miał odprawić mszę. Zamiast komunistycznych transparentów propagandowych postawiono dobrze widoczny krzyż. A na „swojego” Ojca Świętego czekały setki tysięcy wiernych. Partyjni włodarze nie znaleźli sposobu na pierwszego Słowianina na stolcu Piotrowym. Z Polaka Wojtyły byli dumni, papież jako przeciwnik reżimu wprawiał ich w przerażenie.

Po długim odwlekaniu decyzji przyzwolili na przyjazd Jana Pawła II – mieli nadzieję, że organa bezpieczeństwa będą potrafiły zapanować nad tłumem jego wyznawców. Wojciech Jaruzelski, wówczas członek biura politycznego odpowiedzialny za bezpieczeństwo wewnętrzne, później szef państwa i partii w Polsce, w 2004 roku wyjaśnił mi, że reżim właściwie nie miał szans w starciu z tym człowiekiem:

Polski papież był ważny dla prestiżu i sławy Polski w świecie. My, Polacy, mamy bowiem uwarunkowany historycznie kompleks niższości. Z drugiej strony mieliśmy też obawy, że Kościół katolicki u nas nadzwyczajnie się wzmocni. I to w czasie, gdy stosunki państwo – Kościół, delikatnie rzecz ujmując, nie były idealne. Baliśmy się, że przez tego papieża mogą się jeszcze bardziej popsuć.

I rzeczywiście sytuacja pogorszyła się tak, jak obawiała się tego partia. Nie mogła zapobiec „pielgrzymce” popularnego przywódcy kościelnego. Odmawiając wydania zgody na wizytę, reżim musiałby się liczyć z ryzykiem gwałtownego protestu sporej części ludności. Jan Paweł II już na warszawskim placu Zwycięstwa dał wyraźnie do zrozumienia, że przybył tam jako pielgrzym i głosiciel Ewangelii, ale także jako Polak, który przeżył dwie dyktatury:

Chrystusa nie można wyłączać z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu ziemi. Nie można też bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski – przede wszystkim jako dziejów ludzi, którzy przeszli i przechodzą przez tę ziemię. (…) Stoimy tutaj w pobliżu Grobu Nieznanego Żołnierza. W dziejach Polski – dawnych i współczesnych – grób ten znajduje szczególne pokrycie. Szczególne uzasadnienie. Na ilu to miejscach ziemi ojczystej padał ten żołnierz. Na ilu to miejscach Europy i świata przemawiał swoją śmiercią, że nie może być Europy sprawiedliwej bez Polski niepodległej na jej mapie? [6]

Bez niepodległej Polski nie ma sprawiedliwej Europy. Tym żądaniem Jan Paweł II trafił w najwrażliwszy nerw partii. Każdy Polak, także każdy polski komunista wiedział przecież, że ojczyzna po stuleciach ucisku, po Hitlerze i Stalinie, nadal nie była wolna, lecz stanowiła jedynie satelitę Związku Radzieckiego.

Papież już w swoim pierwszym kazaniu przypomniał o tym, że Warszawa ucierpiała przez dwóch dyktatorów: morderczego agresora Hitlera i tyrana Stalina, który nie przyszedł Polsce z pomocą.

Nie sposób zrozumieć tego miasta, Warszawy, stolicy Polski, która w roku 1944 zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, na walkę, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus-Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu. Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbe w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego jeszcze jednego i tego podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus. [7]

A następnie, w sobotę przed świętem Zesłania Ducha Świętego, podkreślił, jak według niego jako papieża powinna wyglądać ta niepodległa Polska w sprawiedliwej Europie:

I wołam, ja, syn polskiej ziemi, a zarazem ja: Jan Paweł II papież, wołam z całej głębi tego tysiąclecia, wołam w przeddzień święta Zesłania, wołam wraz z wami wszystkimi: Niech zstąpi Duch Twój! Niech zstąpi Duch Twój! I odnowi oblicze ziemi. Tej Ziemi! [8]

Uderzając pastorałem o bruk placu Zwycięstwa, zaznaczał w sposób niebudzący wątpliwości, którą ziemię ma na myśli, przy czym należy pamiętać, że polskie słowo „ziemia” oznacza nie tylko grunt, lecz także „kraj, ojczyznę”. A więc: „Duch Święty odnowi oblicze tego kraju!”. Już sam ten gest oznaczał, że oto najwyższy przedstawiciel obecnej na całym świecie instytucji, która rości sobie prawo do jedynej drogi zbawienia, powstał przeciwko potężnemu światowemu systemowi, w którym obowiązywała zasada mówiąca, że „partia ma zawsze rację”.

Nikt wtedy nie przypuszczał, że zaledwie rok później za sprawą Solidarności i przy wstawiennictwie papieża rozpocznie się przemiana tego kraju, a w końcu całej Europy. Ojciec Święty również nie mógł być pewien, czy „warszawskie społeczeństwo przyjmie go przyjaźnie”. Tak wspominał to w rozmowie ze mną Stanisław Dziwisz, który jako najbliższy współpracownik towarzyszył Karolowi Wojtyle przez niemal czterdzieści lat. Dziwisz, obecnie kardynał, metropolita krakowski, a tym samym następca dawnego kardynała Wojtyły na tym urzędzie. Już kolejnego dnia wizyty stało się jasne, że obawy partii komunistycznej przed wystąpieniami papieża były równie wielkie, jak aprobata i entuzjazm ludności dla Polaka z Rzymu. Następnego dnia Wojtyła-papież dodał jeszcze bowiem do swojej chrześcijańskiej misji element narodowy. W Gnieźnie Polak Karol Wojtyła zaintonował bojowy hymn narodowy. Pierwsze strofy zaśpiewał sam: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy. Co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy…”, a dziesiątki tysięcy młodych ludzi zawtórowały. Hymn – Mazurek Dąbrowskiego – przypomina o gorzkiej historii Polski. Po Kongresie Wiedeńskim rozwiały się wszelkie nadzieje na odzyskanie suwerennego państwa. Galicja przypadła Austrii, Prusy otrzymały Prowincję Poznańską, a Rosja objęła władzę nad resztą kraju – małym „Królestwem Polskim”. Nawet generał Dąbrowski, którego w refrenie hymnu wzywa się na pomoc – „Marsz, marsz, Dąbrowski” – nie mógł zapobiec nowemu rozbiorowi ojczyzny. Hymn śpiewany przez papieża nie był jednak wycieczką w przeszłość, lecz miał konkretne odniesienie do teraźniejszości. Jan Paweł II nie tylko przekazywał chrześcijańską nowinę, lecz także apelował do katolicyzmu o polskich tradycjach. Inaczej niż w przypadku wielu innych krajów europejskich kościół katolicki w Polsce przez stulecia rozbiorów i ucisku zawsze opowiadał się po stronie ludu, przeciwko Prusom i Habsburgom, przeciwko carskiej Rosji, przeciwko Stalinowi i Hitlerowi, a w nowoczesnych czasach przeciwko dyktaturze komunistycznej. Nawet w czasach władzy absolutnej komunistów, którzy propagowali ateizm, ponad 90% Polaków pozostało katolikami, a większość z nich praktykowała. Było oczywiste, że Jan Paweł II celowo wybrał na miejsce odśpiewania hymnu Gniezno, najstarsze polskie biskupstwo:

…tutaj jest nasze Gniazdo. Polska przez tyle stuleci rosła z tego Gniazda. Jeżeli dzisiaj do niego wracamy, to po to, ażeby wyrazić jedność z naszym początkiem – jedność, która zawsze żyła i rozwijała się, bez względu na to, jakie były koleje naszego narodu i państwa”. [9]

Słowa papieża mówiące o tysiącletniej jedności chrześcijaństwa i polskiego narodu w zawoalowany sposób wykazywały, że komunizm to importowane „ciało obce”. I to wszystko w kraju, w którym cenzurze podlegały nawet słowa biskupów. „Na przykład słowo »naród« było niedozwolone”, wspomina Stanisław Dziwisz, „…nie mówiąc już o jakiejkolwiek krytyce systemu komunistycznego lub pozytywnej ocenie działań Kościoła. Nic, nic nie przechodziło”, opisuje sytuację kardynał. „Trzeba było staczać niekończące się walki, by móc opublikować teksty, takie jak dokumenty Stolicy Apostolskiej, bez skrótów. Próbowano nawet cenzurować pisma papieża”.

Polak Jan Paweł II wystąpił jednak 4 czerwca 1979 roku przeciwko przedstawicielom reżimu komunistycznego jako suwerenny przywódca państwa watykańskiego. Utrzymał w ten sposób coś w rodzaju podwójnego obywatelstwa i wyciągnął z tego polityczne konsekwencje:

Pozwólcie panowie, że nadal będę traktować dobro Polski jak swoje własne i że nadal będę miał w nim swój dogłębny udział – tak, jakbym wciąż mieszkał w tym kraju i był obywatelem tego państwa [10](…)

To była przeprowadzona tylnymi drzwiami ingerencja w wewnętrzne sprawy Polski. I to w państwie, w którym – jak i w całym świecie socjalistycznym – „zasada nieingerencji” była traktowana jak rodzaj świętej krowy, najważniejszy argument komunistów przeciwko zbyt zachodniej polityce odprężenia. Nieprzebrane tłumy wiernych pielgrzymowały na msze odprawiane przez papieża – Polacy przepełnieni narodową dumą i głęboko wierzący katolicy. Szczególnie wiele osób przybyło na Błonia w Krakowie, gdzie zebrało się ponad milion ludzi. Był tam także, incognito, jeden z dzierżących władzę. Premier Mieczysław Rakowski, przed powołaniem do rządu renomowany dziennikarz i wydawca tygodnika „Polityka”, chciał – jak mi później opowiadał – niezauważenie obserwować fenomen Jana Pawła II: „Podczas pierwszej wizyty papieża w Polsce byłem w Krakowie. Mszę odprawiono na miejscowych Błoniach. Wynająłem pokój w hotelu, z którego mogłem wszystko dokładnie widzieć. Wyglądając przez okno, czułem moc tego człowieka. Olbrzymi plac był pełen ludzi, a do mojego pokoju dochodził gromki śpiew”.

Vernon Walters, specjalny ambasador amerykańskiego prezydenta, zrozumiał, że kraj bloku sowieckiego znalazł się w zupełnie nowym położeniu: „Jeszcze nigdy w historii komunizmu nie zdarzyło się, by zebrały się miliony ludzi nienależących do partii. Miliona nie można kontrolować, nawet za pomocą karabinów maszynowych. Od tamtej chwili wiedzieliśmy, że Polska przestała być krajem komunistycznym”.

Papież wciąż powoływał się na prawa człowieka i wołał do mas: „Nie lękajcie się!”. Pół roku wcześniej, podczas mowy inaugurującej jego pontyfikat w Rzymie, dodał: „Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych, systemów politycznych, kierunków cywilizacyjnych!”.

Przez dziewięć dni – od Warszawy po Kraków – miliony ludzi towarzyszyły pielgrzymce „swojego” papieża. Tysiące pozdrawiały go w każdej wiosce, w każdym mieście – wszędzie witano go kwiatami. Jego pielgrzymka stała się – celowo lub w sposób niezamierzony – przyczyną masowych demonstracji skierowanych przeciw reżimowi. Rok 1979 był przede wszystkim rokiem zbierania sił, nie był to jeszcze otwarty protest polityczny. Ludzie poczuli nagle, że nie są sami, lecz stanowią nieprzebrany tłum podobnie myślących osób.

Do Polski przyjechali także wierni z krajów sąsiednich, oczywiście na własną rękę. Katolicy z NRD nie mieli możliwości korzystania ze zorganizowanych wyjazdów pielgrzymkowych. Kardynał Georg Sterzinsky, ówczesny proboszcz w Jenie, w Turyngii, wspominał przed naszą kamerą:

Wiele osób z parafii w Jenie mówiło, że pojadą tam niezależnie od tego, ile to będzie kosztowało. Niektórzy wspominali później, że mieli problemy na granicy, inni zaś nie mieli żadnych trudności. Różnie to bywało, jednak wszyscy byli rozentuzjazmowani i opowiadali o tym, co widzieli. To było jak triumfalny pochód, jakby do ojczyzny powrócił oswobodziciel. Nasi katolicy z Jeny nie znali polskiego. Nie zrozumieli prawie nic z tego, co mówił, jednak dodał ludziom odwagi, wrócili do domu ośmieleni.

A praski kardynał Miloslav Vlk donosił, że w czasie pielgrzymki, gdy papież wygłaszał kazanie w Gnieźnie, czescy i słowaccy katolicy wznieśli transparent, „by powitać papieża i pokazać, że Czesi też są tam obecni. Wzywali papieża, by nie zapominał o Czechach”.

Jan Paweł II dobrze wiedział o prześladowaniu kościoła katolickiego w sąsiedniej Czechosłowacji. Gdy Czesi wznieśli swój transparent, papież mówił właśnie o udręczonym i zamordowanym apostole Słowian, świętym Wojciechu. Jan Paweł ujrzał transparent i spontanicznie nawiązał do tego w swojej homilii:

I dlatego dobrze, że widzę tutaj przed oczyma ten napis: Otče… w siostrzanym języku, w języku św. Wojciecha: Pamatuj Otče na své české děti. Niegdyś te bliskie sobie słowiańskie języki brzmiały jeszcze podobniej. (…) Pamatuj Otče na své české děti. Nie może ten papież, który nosi w sobie spuściznę Wojciechową, zapomnieć tych dzieci! I nie możemy my wszyscy, drodzy bracia i siostry, którzy nosimy w sobie to samo Wojciechowe dziedzictwo, zapomnieć tych naszych braci! [11]

Polak przeniósł po prostu nieosiągalny dla ludzi zza żelaznej kurtyny Rzym do Krakowa. Nie wiadomo, czy była to intuicja, czy plan strategiczny. Pierwszy słowiański papież podczas swojej pielgrzymki do „imperium zła”, jak amerykański prezydent Ronald Reagan nazwał imperium sowieckie, wymienił nazwy wszystkich słowiańskich narodów. Przypomniał o ponadtysiącletniej historii chrystianizacji i chrzcie Czechów, Morawian, Słowaków, Słoweńców, Chorwatów, Serbów, Bułgarów i Rosjan. Zaznaczył tym samym aż nadto wyraźnie, na co będzie kłaść nacisk podczas swojego pontyfikatu.

W pierwszej encyklice Redemptor Hominis Jan Paweł II sformułował coś w rodzaju programu swoich rządów. Traktowała ona niemal wyłącznie o priorytecie praw człowieka i trafiała tym samym precyzyjnie w polityczne cele, o które walczyły Solidarność i Komitet Obrony Robotników w Polsce oraz Karta 77 w Czechosłowacji. Te grupy dysydentów i opozycyjne ruchy obywatelskie przygotowały w Polsce polityczne podłoże pod orędzie Karola Wojtyły. Papież jako głowa państwa watykańskiego i Kościoła katolickiego mógł w swoich kazaniach podejmować tematy, które przedtem były wykluczone z publicznych debat, takie jak wolność, godność ludzka, indywidualne prawa obywatelskie i pluralizm poglądów. To, o czym przedtem można było mówić otwarcie jedynie w gronie rodzinnym, było teraz przekazywane milionowej publiczności za pomocą głośników. Około dziesięciu milionów ludzi (wówczas co czwarty Polak) oglądało papieża podczas jego pierwszej pielgrzymki, a cały naród ujrzał go przynajmniej raz w cenzurowanych doniesieniach telewizyjnych.

Oczywiście papież nie mógł wówczas wiedzieć, że komunistyczny blok sowiecki imploduje zaledwie dziesięć lat później. Jednak siłę wybuchu, jaki wywołała jego pierwsza wizyta w Polsce, ze wszystkich sił próbowały osłabić partie komunistyczne od Moskwy aż po Berlin Wschodni. Kontrolując media, korzystały ze sprawdzonego sposobu, jakim było zniekształcanie relacji lub – jak w Pradze czy Berlinie Wschodnim – przemilczanie tych wydarzeń w prasie, radiu i telewizji.

Publicysta Jan Ross uważa, że zarówno Karolowi Wojtyle, jak i czeskiemu pisarzowi Václavowi Havlowi chodziło o „próbę życia w prawdzie”:

Nie chodziło o obalenie komunizmu, to było zapisane w gwiazdach lub znajdowało się w rękach Boga. Chodziło o to, by nie dać się zarazić wspieranemu przez władzę kłamstwu, nie pozwolić się zatruć – i dzięki tej asertywności przynajmniej sprzeciwić się wysuwanemu przez reżim roszczeniu władzy absolutnej, roszczeniu panowania nawet nad duszami.

Katolickie parafie w Polsce odczuły długofalowe oddziaływanie wizyty papieża. Każdy z uczestników mszy odprawianych przez niego pod gołym niebem sam ze zdziwieniem odkrywał, „jak wielu ich tam się zebrało”. W ten sposób pod egidą kościoła tworzył się ruch oporu politycznego, zwłaszcza że ogólne braki w zaopatrzeniu i smutna codzienność stanowiły wystarczający społeczny „materiał wybuchowy”. W rok po wizycie papieża w całej Polsce doszło z tego względu do protestów robotniczych. Pretekstem do nich były masowe podwyżki cen artykułów spożywczych, a zwłaszcza mięsa.

W Gdańskiej Stoczni im. Lenina strajk rozpoczął się 14 sierpnia 1980 roku. Jedna z robotnic, Anna Walentynowicz – którą ze względu na niski wzrost, 153 cm, pracownicy stoczni nazywali „najmniejszą suwnicową” – domagała się od kierownictwa zakładu codziennego ciepłego posiłku i lepszych warunków pracy. Ukarano ją za to wymówieniem ze skutkiem natychmiastowym, po trzydziestu latach w stoczni. Jej koledzy zamanifestowali swoją solidarność i rozpoczęli strajk, domagając się ponownego zatrudnienia Anny. Protest zataczał coraz szersze kręgi i wkrótce przekształcił się w konflikt z kierownictwem stoczni ze względu na żądania podwyżki pensji. 80 000 robotników z 300 zakładów na wschodnim wybrzeżu przyłączyło się do strajku.

14 sierpnia stoczniowcy sparaliżowali zakład. Teraz domagali się także ponownego zatrudnienia elektryka, Lecha Wałęsy, wobec którego wcześniej zastosowano lokaut i który znajdował się poza terenem stoczni. Wałęsa wykonał legendarny już skok przez płot zakładu, ogłosił, że stocznia została zajęta, i stał się symbolem strajku.

(Powierzenie kierownictwa nad strajkiem Wałęsie lub przejęcie kontroli nad strajkiem przez Wałęsę doprowadziło później do poważnego sporu między mniejszością – zwolennikami Anny Walentynowicz – a większością robotników, którzy opowiedzieli się za Wałęsą. Do dziś grupy te dzieli nieprzejednana nienawiść. Na początku lata 2008 roku Wałęsa stał się nawet obiektem kampanii wspieranej przez prezydenta Polski, Lecha Kaczyńskiego, w trakcie której zarzucano mu, że na początku lat siedemdziesiątych był agentem polskiej służby bezpieczeństwa. Zarzut, który wydaje się gołosłowny, nawet jeśli we wczesnych latach działalności późniejszego laureata Nagrody Nobla znalazłoby się kilka mrocznych momentów. Wałęsa przyznał, że jako młody robotnik podpisał pod presją jakiś dokument po policyjnym przesłuchaniu, jednak nie było to zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Gdyby Wałęsa rzeczywiście był na usługach polskiej tajnej policji, oznaczałoby to, że SB za jego pośrednictwem kierowało Solidarnością liczącą w szczytowym okresie dziesięć milionów członków, przeforsowało powstanie pierwszych, niezależnych związków zawodowych w socjalistycznej strefie wpływów, a w końcu obaliło komunizm w Polsce i jednocześnie samo się zlikwidowało.)

Strajk: To było niesłychane, zaprzeczało komunistycznej doktrynie. Wolny, niezorganizowany odgórnie sojusz pracowników powstał przeciwko reżimowi, w którym jakoby od czasów Lenina władzę dzierżyli właśnie robotnicy. Chodziło o wyższe pensje, lepsze zaopatrzenie w artykuły spożywcze, a zwłaszcza o wolność.

Kościół katolicki był ze strajkującymi. Proboszcz gdańskiej parafii św. Brygidy, Henryk Jankowski, 17 sierpnia odprawił w stoczni im. Lenina mszę świętą. Robotnicy spowiadali się publicznie, jeden po drugim, klękając przy księdzu. To było niepojęte dla panującego reżimu i obserwatorów z socjalistycznych, „bratnich” krajów: przed bramami stoczni im. Lenina, pod zakładem noszącym imię człowieka, który – tak jak Karol Marks – uważał religię za opium dla ludu, klasa robotnicza, olbrzymia wspólnota w kombinezonach monterów, odprawiała mszę. Trudny do zignorowania śpiew tysiąca ludzi był jednocześnie nabożeństwem błagalnym i demonstracją. Na bramie stoczni robotnicy powiesili listę dwudziestu jeden postulatów, obraz Matki Boskiej Częstochowskiej i portret papieża. Ten protest bardzo szybko przekształcił się w strajk polityczny. Po raz pierwszy domagano się rejestracji wolnych związków, niezależnych od partii, i gwarancji prawa do strajku. Solidarność chciała także doprowadzić do uwolnienia wszystkich więźniów politycznych i zniesienia cenzury w prasie.

„Wyrwij murom zęby krat, zerwij kajdany, połam bat – a mury runą, runą, runą i pogrzebią stary świat!”, głosiła piosenka Jacka Kaczmarskiego, która stała się pieśnią bojową Solidarności. Proroczy tekst, bo dziesięć lat później runął mur berliński.

Wiadomość o proteście robotników w sąsiedniej Polsce nie zatrzymała się na granicy NRD. Latem 1981 r. człowiek odpowiedzialny za polityczną gazetkę ścienną w dużym państwowym zakładzie w Berlinie Wschodnim po kryjomu przekazał mi karykaturę, którą narysował nielegalnie i z tego względu nie mógł jej zaprezentować w swojej gablocie. Obrazek pod tytułem „Śpiąca Królewna 1981” przedstawiał małego polskiego robotnika, który próbuje obudzić pocałunkiem pogrążonego we śnie potężnego pracownika z NRD. Przeszkadza mu w tym odziany w rycerską zbroję „człowiek radziecki”. Nad postaciami unosił się napis No Kiss. Gdy pokazałem ten obrazek w jednym z reportaży dla ZDF, wschodnioniemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych „ostrzegło mnie po raz ostatni”, ponieważ jakoby „w bezczelny sposób ingerowałem w wewnętrzne sprawy NRD”. Nie trzeba przypominać, że każdy rodzaj dziennikarstwa jest ingerencją w jakieś sprawy. W każdym razie ta ostra reakcja dowiodła, jak bardzo funkcjonariusze SED obawiali się bakcyla Solidarności. Liczne głosy mieszkańców Berlina Wschodniego wskazywały jednak na niewielką solidarność z Solidarnością. Wśród zwykłych ludzi spotykałem się najczęściej z brakiem zrozumienia dla przyczyn długotrwałego strajku Polaków. Ich wypowiedzi miały mniej więcej taki wydźwięk: Polacy powinni zabrać się do pracy, a nie siedzieć i próżnować na nasz koszt! To my musimy ich później wspierać, uszczuplając nasze skąpe zapasy środków spożywczych”.

Parafie ewangelickie i katolickie w Niemczech Wschodnich i Zachodnich wysyłały jednak sporo paczek do Polski, by pomóc głodującej ludności. Za to media w NRD były pełne pogróżek wobec Polski. Program informacyjny telewizji NRD Aktuelle Kamera 28 sierpnia 1980 roku, a więc trzy dni po „deklaracji gdańskiej”, cytował autoryzowane przez Komitet Centralny SED sprawozdanie wschodnioberlińskiej agencji ADN: „Nie można przyzwalać na rozbudowę pozycji sił antysocjalistycznych. Strajki nie są odpowiednim sposobem rozwiązywania problemów. Jeśli próby przeforsowywania żądań przy użyciu anarchistycznych działań nie zostaną zarzucone, będzie to miało poważne konsekwencje dla Polski”.

Jednak niespodzianie, trzy dni później, 31 sierpnia 1980 r. polska partia komunistyczna ugięła się przed tą „pozaparlamentarną opozycją”. 17 września powołano do życia Solidarność, która została uznana przez rząd i była pierwszym wolnym i niezależnym związkiem zawodowym w obozie komunistycznym. Władze niechętnie zaakceptowały wszystkie postulaty robotników. Światopogląd komunistyczny został doprowadzony do absurdu. Nowy, prawdziwy przywódca robotników, Lech Wałęsa, „przedstawiciel mas pracujących” – jakby wycięty z marksistowskiego podręcznika – podpisał „deklarację gdańską” wraz z przedstawicielem rządzącego reżimu, wicepremierem Mieczysławem Jagielskim, który jakoby reprezentował „klasę robotniczą”. Po raz pierwszy w historii komunizmu od momentu powstania tak zwanych „demokracji ludowych” robotnicy – tak jak w prawdziwych państwach demokratycznych – wywalczyli sobie prawo do strajku. Wałęsa triumfalnie pokazał swoim zdumionym kolegom wielki długopis, którym złożył podpis na dokumencie. Na oprawce można było zobaczyć portret Jana Pawła II. Tym samym, symbolicznie, papież również sygnował deklarację.

Solidarność okrzepła i stała się potężną opozycją wobec nadal sprawującej władzę, jednak słabnącej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Miliony ludzi dobrowolnie zapisały się do związku. Partia komunistyczna stała się mniejszością. Rakowski zrozumiał, że robotnicy mają teraz kogoś, kto jest ich orędownikiem:

Pojąłem nagle, jak bardzo te miliony były spragnione nowego głosu. Do tego czasu istniał tylko żargon partyjny. Te hasła znali na pamięć. Często nie miały one żadnego odniesienia do codzienności. I nagle pojawia się ktoś, kto posługuje się zupełnie innym językiem, bez pustych haseł. To, co mówi, oznacza nadzieję na lepsze, pewniejsze życie.

Parafia pokoju i państwo pokoju

Jak kościół ewangelicki w NRD stał się swobodną przestrzenią dla krytyków reżimu

31 maja 1981 r., Eisenhüttenstadt, NRD, ul. Roberta Kocha 37. Ulice Karola Marksa i Fryderyka Engelsa były obserwowane przez nachalnie nierzucających się w oczy ludzi. Milicja zatrzymała nasz samochód transmisyjny. Moje dokumenty, zwłaszcza legitymacja korespondenta, zostały dokładnie zbadane. Na pytanie, dokąd się udajemy, odpowiedziałem: „Na uroczystość poświęcenia kościoła”. Zapytano nas, czy chcemy tam rejestrować nagrania dla telewizji, a jeśli tak, to czy mamy pozwolenie. Odparłem: „Legitymacja korespondenta to jednocześnie pozwolenie na pracę i nagrywanie”. Krótka narada z człowiekiem w cywilnym ubraniu i nieco bardziej przyjazne wezwanie: „Możecie jechać”. Dwie przecznice dalej grupa grająca na puzonach chorał „Chwalcie Pana”. Około trzystu gapiów, wierzących i niewierzących, zebrało się przed nowym budynkiem z cegły klinkierowej w ten wspaniały wiosenny dzień. Rozpoczęła się niezwykła uroczystość, której nie zapowiedziano w żadnej z gazet w NRD.

Właśnie w Eisenhüttenstadt, „pierwszym socjalistycznym mieście NRD”, w 1981 roku uroczyście oddano do użytku pierwszy od czasu zakończenia wojny ewangelicki budynek kościelny. Otrzymał nazwę Parafia Pokoju. Była to podwójna prowokacja wobec państwa kierowanego przez SED, ponieważ w tej przemysłowej lokalizacji nigdy nie planowano budowy kościoła. Poza tym państwo, przez własną propagandę określane jako jedyny ruch pokojowy, uważało kościelną Parafię Pokoju za zbędną, nieznośną konkurencję. Proboszcz Heinz Bräuer przez dziesięciolecia odczuwał skutki takiego stanu rzeczy. Prawo do interpretacji tak wzniosłych pojęć, jak demokracja, wolność i pokój, SED rezerwowała dla siebie. Sama ogłosiła NRD „państwem pokoju na niemieckiej ziemi”. Parafia w Eisenhüttenstadt w duchu chrześcijańskim opowiadała się za o wiele obszerniejszym pojęciem pokoju niż SED, która nazywała sama siebie „obozem pokoju”, jednak wychowywała w duchu nienawiści wobec Zachodu. NRD od początku przedstawiała się jako „pokojowa, antyfaszystowska alternatywa wobec militarno--kapitalistycznego RFN”. Twierdziła, że narodowy socjalizm został w radzieckiej strefie okupacyjnej „wyrwany z korzeniami”. Krytyczny wobec reżimu pieśniarz, Wolf Biermann, ujął to bezczelnie w następującą strofę: So eisern haben wir geschrubbt mit Stalins hartem Besen, dass rot verschrammt der Hintern ist, der vorher braun gewesen [12]. (Tak zawzięcie machaliśmy twardą miotłą Stalina, że tyłek niegdyś brązowy ma teraz czerwone szramy.)

Propaganda SED zawsze nazywała okres nazizmu faszyzmem, ponieważ chciała koniecznie uniknąć sformułowania „narodowy socjalizm”, by uniemożliwić ewentualne porównania ideologiczne lub skojarzenia z propagowanym przez nią „socjalizmem”. Oficjalne zalecenie dotyczące sposobu przedstawiania tej kwestii na forum publicznym zaczęło obowiązywać jeszcze w czasach Stalina, którego socjalizm nie chciał mieć nic wspólnego z narodowym socjalizmem Hitlera.

Jako korespondent zawsze ze szczególnym zainteresowaniem obserwowałem rozwój kościołów w krajach socjalistycznych – w przeświadczeniu, że są jedyną zinstytucjonalizowaną alternatywą wobec zarządzonej przez państwo „religii robotniczego raju”, a także ze względu na osobistą sympatię dla chrześcijaństwa. Większość kościołów w NRD była zamknięta za dnia, jednak wchodziłem do każdego, który był otwarty. To były przestrzenie dla myślących inaczej, wolne od głoszonej oficjalnie ideologii. Partyjni arcykapłani i uczeni nie mieli tu nic do powiedzenia – rzekomo prawidłowe, dialektyczne przeskoki bożka Postępu kończyły się przed bramą świątyni. Z dużym szacunkiem obserwowałem nieugiętość chrześcijan, którzy – by przeżyć w komunistycznym państwie – za wzór brali sobie ewangelickiego teologa Dietricha Bonhoeffera lub katolickiego jezuitę Alfreda Delpa i ich walkę z brunatną dyktaturą. Poza tym, ponieważ chrześcijanie i ich interesy właściwie nie istniały w oficjalnych mediach NRD, moim dziennikarskim obowiązkiem, jeśli nie aktem solidarności, było informowanie o kościołach, a przede wszystkim o otwartych, krytycznych synodach.

Na wschodzie Niemiec Kościół ewangelicki odegrał wybitną rolę w obaleniu realnego socjalizmu. Otworzył się na społeczeństwo i zaoferował protestantom i protestantkom ochronę pod własnym dachem. Nie tylko chrześcijanie poszukiwali swobody w Kościele, pod koniec NRD świątynie były tak pełne, jak nigdy dotąd. Kościół przez długi czas wzmacniał cichy protest ludzi i osłaniał napastowanych.

Eisenhüttenstadt zostało zbudowane od zera, na piaskach, a w 1953 roku, kilka dni po śmierci sowieckiego dyktatora, otrzymało nazwę Stalinstadt. Już w 1950 roku młoda NRD – radziecka strefa okupacyjna – odgrodziła się od stref zachodnich. W Zagłębiu Ruhry pełną parą ruszyła właśnie powojenna produkcja stali, od której radziecka strefa okupacyjna nie chciała być zależna. W czytance nr 3, wydanej w 1970 roku, „zatwierdzonej przez Ministerstwo Oświaty Niemieckiej Republiki Demokratycznej jako podręcznik szkolny”, pod nagłówkiem: „Towarzysze idą naprzód” uczniowie znajdowali następujący tekst: