Uratuj mnie. The Last Regret tom 1 - Anna Bellon - ebook

Uratuj mnie. The Last Regret tom 1 ebook

Anna Bellon

4,4

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwszy tom bestsellerowej serii, którą pokochały tysiące czytelniczek.

Anna Bellon stworzyła historię, która wywołuje łzy i porusza serce. Pełna emocji opowieść, która swoim muzycznym rytmem wciąga od pierwszych stron.

Maia po śmierci brata nie jest już tą samą dziewczyną. Przy zdrowych zmysłach utrzymuje ją tylko to, co kiedyś oboje tak bardzo kochali - muzyka i rodzice, którzy nie chcą stracić jedynego dziecka, jakie im zostało.

Kyler nigdzie nie zagrzewa miejsca na dłużej. Na dodatek nigdy nie jest w niczym wystarczająco dobry, by zadowolić swojego ojca. Gdy po raz kolejny się przeprowadza, tym razem do Pittsburgha, odlicza dni, aby wrócić do rodzinnego miasta i zamieszkać z dala od rodziców. Aż do dnia, w którym poznaje Maię.

Czy Maia dopuści do siebie Kylera, gdy odtrąciła wszystkich wokół? I czy połączy ich tylko przyjaźń?

Uratuj mnie to pierwsza część serii The Last Regret, o zespole rockowym, który podbił serca tysięcy fanów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Maia

Czasem po prostu umieramy. Tak nagle i zupełnie zwyczajnie. Lubiłam myśleć, że ludzie są jak wietrzne dzwonki, które kołyszą się wolno na nitkach i tańczą razem z wiatrem. Ale czasem ten wiatr jest zbyt silny, nici zbyt słabe. Czasem urywają się gdzieś w połowie lub na początku i nie da się już związać ich końców, a dzwonek, gdy raz spadnie na ziemię, nie zadzwoni już nigdy.

W młodości nie myślimy o tym, jak krusi jesteśmy. Przypomni nam o tym deszcz. Ulewa i ciemna toń pod nami. Ale wtedy nie ma już ratunku. Nie ma też ucieczki. I można trwać. Tam. Pod wodą. Dusząc się. I ja trwałam.

A później nauczyłam się wszystkiego od nowa. Pojawił się ktoś, kto przebił się przez wzniesiony przeze mnie mur. Wziął go szturmem i nie pozwolił mi się z powrotem za nim schować. Wszedł w moje życie, śpiewając lekko zachrypniętym głosem o dziewczynie ulotnej jak papierosowy dym.

1. WYKOLEJONY POCIĄG I CZARNA PLAMA

Maia

Żałoba była jak wykolejony pociąg. Gdy wszystko się układało, nagle coś szło nie tak i wyrzucało cię z toru, na który wcale nie tak łatwo wrócić.

Pierwsze miesiące po śmierci Micaha pamiętam jako czarną plamę. Nie mogłam sobie nawet przypomnieć, co wtedy czułam. Po pierwszej fali bólu, gdy przyszło odrętwienie i, gdziekolwiek się obejrzałam, panowała ciemność, wszystko wydawało się zupełną pustką. Kiedy się przebudziłam, było za późno. A przynajmniej za późno dla Mai – młodszej siostrzyczki swojego starszego brata. Nie było już tej dziewczyny i nikt nie potrafił tego zrozumieć. Zamiast pomóc innym nauczyć się mnie od nowa, wolałam się od wszystkich odciąć i już więcej nie ryzykować, by utrata kogoś bliskiego znowu zabolała tak mocno. Nie chciałam kolejny raz tak się czuć, a samotność zwalniała mnie z zobowiązań wobec innych. Jedynymi osobami, które jeszcze do siebie dopuszczałam, były rodzina i Asher, najlepszy przyjaciel Micaha, mój drugi starszy brat, zbyt uparty, by dać za wygraną, stąd z ulgą przyjęłam jego wyjazd do college’u i to, że rzadko bywał teraz w domu.

Minęły trzy lata, ale rana wciąż wydawała się świeża, jakby wszystko wydarzyło się zaledwie wczoraj. Nadal wzdrygałam się za każdym razem, gdy przechodziłam obok fortepianu w salonie. Oficjalnie nie był to fortepian Micaha, ale dla mnie należał do niego. I teraz, gdy mojego brata zabrakło, nie śmiałam nawet dotknąć klawiszy, choć rodzice dbali o to, by instrument był nastrojony. Wciąż mieli nadzieję, że znów na nim zagram, podczas gdy ja ledwo mogłam spojrzeć w jego stronę.

Nie dotykałam rzeczy Micaha. Nie potrafiłam, choć tłumaczyłam sobie, że teraz, skoro go nie ma, są jakby niczyje. Wyjątkiem była gitara. Jedyna pamiątka po nim, jaką postanowiłam dla siebie zachować. O resztę nie dbałam, tylko o ten przeklęty instrument, który wciąż nie słuchał mnie tak, jak słuchał jego. Jednak nie odpuszczałam. Nic, oprócz muzyki, nie przynosiło mi ulgi i nie pozwalało czuć… czegokolwiek. Dopiero dzięki niej słyszałam swoje własne myśli czysto i klarownie, a zupełny mętlik przeradzał się w spokój. Muzyka stała się dla mnie jedynym towarzyszem, którego obecność potrafiłam znieść.

Gdy wysiadłam z samochodu pod szkołą, zewsząd dobiegały radosne powitania i śmiechy. Był wrzesień i pogoda rozpieszczała słońcem, więc nikt się nie spieszył, żeby wejść do środka. Poza mną.

Spuść głowę inie podnoś wzroku.

Ze słuchawkami w uszach i wzrokiem utkwionym w białych chuckach ruszyłam przez parking. Przez trzy lata nauczyłam się być niewidzialna. Wbrew pozorom nie było to aż tak trudne, od kiedy dzięki Kelsey Channing zostałam szkolnym dziwadłem. Nie przeszkadzała mi ta łatka. Wręcz przeciwnie. Dzięki temu nikt nie chciał się ze mną zadawać, a ja miałam wolną rękę, by nadal wszystkich unikać.

Tego dnia pierwszy miałam angielski. Od zawsze należał do moich ulubionych przedmiotów. Literatura była moją drugą, po muzyce, miłością i kiedy doskwierała mi samotność, sięgałam po książki. W czytaniu najlepsze jest to, że przestajesz żyć swoim życiem, a zaczynasz żyć życiem bohaterów. To taka autoterapia. Dzięki temu wiedziałam, że wcale nie mam najgorzej. Ludzie dostawali po tyłku mocniej niż ja. O reszcie natomiast decydowali już sami.

Przed zajęciami musiałam jednak jeszcze przetrwać apel. Nie znosiłam tych spędów. Były obowiązkowe i nijak nie mogłam się nich tego wymigać. Zajęłam więc miejsce jak najdalej z tyłu i schowałam ręce do kieszeni bluzy. Nogą wybijałam o podłogę rytm Feels Like Forever Of Mice & Men, odliczając kolejne minuty.

Czasem, tak jak w piosence, jutro zdawało się być za daleko. I czekaliśmy na ten deszcz, który zmyje cały ból. Ja też czekałam, choć tak naprawdę nie bardzo wiedziałam na co. Z jednej strony, obecny stan mi odpowiadał, z drugiej, bałam się tego, jak ułoży się moje życie. Nie za rok, nawet nie za dwa, ale na przykład za dziesięć, kiedy moi znajomi będą zakładać rodziny, podczas gdy ja nie umiałam wyobrazić sobie kogokolwiek obok siebie. Myśl o dopuszczeniu kogoś tak blisko i o emocjonalnym zaangażowaniu się sprawiała, że czułam się chora, choć w książkach opisywano to jako coś dobrego i właściwego, ale jakby nie dla mnie. Wydawało mi się to zupełnie obce i nie na miejscu.

Na sali gromadziło się coraz więcej ludzi, jednak na moje szczęście wszyscy omijali ostatni rząd, w którym siedziałam, a Kelsey wraz ze swoją świtą usadowiła się z dala ode mnie. Pół godziny apelu porannego, sprawdzenie obecności i można było iść na lekcje. W moim przypadku prawie zawsze wiązało się to z siedzeniem w ostatniej ławce i wysiłkiem, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Nauczyciele już nawet nie wymagali ode mnie odzywania się na zajęciach, jeśli tylko oddawałam wszystkie prace w terminie i zaliczałam materiał na pozytywne oceny. Jeszcze na początku próbowali do mnie „dotrzeć” – cokolwiek to znaczyło – a dyrektor po rozmowach z nauczycielami wysłał mnie do psychologa szkolnego. Po pół roku bez żadnej poprawy zasugerowano mi terapię z prawdziwego zdarzenia. Kategorycznie odmówiłam, a po jakimś czasie i rodzice przestali naciskać. Nie byłam chora. Nie potrzebowałam leczenia z decyzji, którą podjęłam świadomie.

Wychodząc z klasy na lunch, zostawiłam na biurku madame Blanchard swój esej, mamrocząc cicho krótkie „Au revoir”. Nie zamierzałam jeść w stołówce, więc poszłam w przeciwną stronę. Bibliotekarka, pani Hoggs, przymykała oko na to, że jem w bibliotece dopóty, dopóki nie robiłam tego pod jej nosem, więc schowałam się między regałami. Opieranie się o półki, tak samo jak siedzenie na podłodze, może nie było najwygodniejsze, ale na pewno lepsze niż słuchanie kpin na swój temat i zastanawianie się, jak daleko od Kelsey muszę siąść, by mieć święty spokój. Wyjęłam więc z plecaka przygotowany rano lunch, na który składały się dwie kanapki, jabłko i puszka wiśniowej coli, oraz książkę dla towarzystwa – Maybe Someday Colleen Hoover.

Kiedy chodziłam korytarzami, czasem przypominałam sobie, jak było dawniej. A było zupełnie inaczej niż teraz. Nie słyszałam już nawet głupiego „Cześć”. Wszystkie znajome twarze stały się obce, a może to raczej ja stałam się im obca. Nikt nie pytał, co u mnie słychać ani jak spędziłam weekend. Bo nikogo to nie obchodziło, a i ja nie miałam nic do powiedzenia. Czerpałam ukojenie z panującej wokół mnie ciszy. Z bycia niewidzialną.

Przetrwanie w spokoju tego dnia prawie mi się udało. Z naciskiem na prawie, bo gdy już po lekcjach wkładałam książki do szafki, usłyszałam piskliwy, irytujący głos, który należał nie do kogo nikogo innego, jak właśnie do Kelsey Channing.

– Hamilton, znowu koszulka po starszym bracie? Pewnie jeszcze w niej śpisz, bo nadal za nim tęsknisz. Albo może po prostu chcesz, żeby wszyscy współczuli biednej Mai, bo jej braciszek gryzie ziemię?

Zazgrzytałam zębami. Fakt, miałam na sobie koszulkę Micaha, którą kiedyś od niego dostałam, bo podobał mi się nadruk. Jednak nic, absolutnie nic nie dawało Kelsey prawa, by choćby wspominała o moim bracie.

– Zrób jedną pożyteczną rzecz dla społeczeństwa i choć raz się zamknij – odparowałam. – I nie trudź się tak bardzo, za mała publika na pastwienie się nade mną. – Z tymi słowami zamknęłam z hukiem szafkę i odwróciłam się na pięcie, żwawym krokiem zmierzając w stronę wyjścia, zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.

Gdy usiadłam za kierownicą, trzasnęłam ze złością drzwiami bmw taty i odpaliłam iPoda podłączonego do radia. Delikatny głos Lacey Sturm przeszedł w krzyk już po kilku sekundach czystego śpiewu i to było kojące. Słuchanie własnych emocji, zamkniętych w słowach, które równie dobrze ja mogłam napisać, gdy miałam już dość wszystkiego. Za to kochałam muzykę.

W dni takie jak ten chciało mi się krzyczeć. Tak po prostu, żeby dać temu wszystkiemu upust. Każde wspomnienie o Micahu bolało. Nie znosiłam, gdy ktokolwiek o nim mówił, choć i bez tego codziennie o nim myślałam. Ale w ustach Kelsey brzmiało to po prostu źle i poczułam gorycz na języku. To smakowało jak trucizna.

Gdy dostrzegłam kątem oka znajomy szyld, zwolniłam. Keller’s, mój drugi dom, z którym wiązało się zbyt wiele wspomnień. Od trzech lat nie postawiłam tam stopy. Bałam się tego, że to wszystko mnie przytłoczy, kiedy pustka znów o sobie przypomni pod postacią kolejnego miejsca, w którym Micah powinien być, a go nie ma.

Kiedy dotarłam do domu, zauważyłam samochód taty na podjeździe.

– Wróciłam! – zawołałam od progu, zostawiając plecak w przedpokoju i zmierzając od razu do kuchni. – I jestem głodna, jeśli chciałeś zapytać.

Tata tylko się roześmiał i otworzył lodówkę.

– Mogą być hamburgery? – spytał.

– Trzeci raz w tym tygodniu?

– Nie mów mamie. Oboje wiemy, że uwielbiasz hamburgery – przypomniał, wyjmując wszystkie składniki na blat. – Jak w szkole?

Zmarszczyłam brwi.

– Serio pytasz?

Uśmiech zniknął z jego twarzy i tata westchnął ciężko, odkładając nóż na deskę do krojenia.

– Maiu, wiem, że ci go brakuje. Nam wszystkim go brakuje. Pochowanie własnego syna było ostatnią rzeczą, jakiej spodziewałem się doświadczyć. Ale czasem mam wrażenie, że straciłem wtedy nie jedno dziecko, a dwoje.

– Tato…

– Szanuję twoją decyzję, Maiu. Ale jej nie akceptuję. Myślałaś kiedykolwiek o tym, co będzie później?

Raz. Dwa. Może sto.

– To moje życie, tato.

– Maiu, kiedyś będziesz kogoś potrzebować, a mnie, mamy i Asha może nie być wtedy przy tobie. I zostaniesz sama.

– Nie chcę się znowu czuć w ten sposób. Nie chcę stracić nikogo więcej.

– Ludzie umierają, Maiu. Codziennie. Ale nie ma nic gorszego niż umierać od środka. – Kręcąc z rezygnacją głową, wrócił do krojenia warzyw.

Umierać od środka to zgubić elementy układanki, która kiedyś była całością. Stopniowo przestawać czuć cokolwiek poza zionącą pustką, by stać się tylko bezużyteczną skorupką. Matrioszką, która okazuje się niekompletna, gdy wyciągasz z niej kolejne drewniane laleczki, bo brakuje tej ostatniej, najmniejszej. I nie masz pojęcia, gdzie jej szukać. Ja też go nie miałam.

2. WSPÓLNE ŚPIEWANIE I LEKCJE BIOLOGII

Kyler

Usłyszałem śpiew dochodzący zza uchylonych drzwi sali muzycznej. Poczułem ciarki na plecach, gdy podszedłem bliżej, a głos dziewczyny stał się jedynym dźwiękiem, który docierał do moich uszu. Wiem, nie powinienem podsłuchiwać, ale jestem do dupy w przestrzeganiu zasad. Nawet gdyby nie ciągłe przeprowadzki, pewnie i tak musiałbym często zmieniać szkoły, a z którejś by mnie w końcu wywalili na zbity pysk. Bo wagarowałem, bo wdawałem się w bójki, bo… Naprawdę nie chcecie wiedzieć, jak długa była ta lista po zaliczeniu ośmiu szkół. Tak, ośmiu. I nie dlatego, że jestem skończonym debilem. Właściwie, oprócz masy uwag z zachowania, miałem bardzo dobre oceny. Właśnie, oprócz. Taki rodzaj małego buntu syna wykładowcy ekonomii, światowej sławy specjalisty od rzeczy, których nie jestem wymówić bez wzdrygnięcia się, profesora Nicholasa Seymoura, który to nie potrafi usiedzieć na dupie w jednym miejscu. Właśnie przez jego pracę nie mieszkaliśmy w jednym miejscu dłużej niż dwa, trzy lata, a i to przy dobrych wiatrach. Mojej mamie oczywiście to nie przeszkadzało, była pisarką, mogła pisać wszędzie. A ja? Ja powinienem się cieszyć, bo przecież TYLE zobaczę, TYLE zwiedzę. Taa, ale weź miej, człowieku, przyjaciół, gdy nigdzie nie zagrzewasz miejsca. Ciągle zaczynałem od zera, tym razem w Pittsburghu, gdzie, jak na razie, spodobała mi się tylko drużyna hokejowa. I ten cholerny śpiew przy akompaniamencie gitary. Ach, do diabła z zasadami!

Pchnąłem drzwi i wsunąłem się do pomieszczenia w połowie instrumentalu. Nie zauważyła mnie, dopóki nie zacząłem śpiewać. W zielonych oczach dziewczyny pojawiło się zaskoczenie, ale ręką dałem jej znak, żeby kontynuowała. Podszedłem bliżej i usiadłem na stołku obok.

Pewnie popsułem jej ten fragment. Coś tam się brzdąkało od czasu do czasu, ale śpiewać do czegoś więcej niż pustych ścian? Nie bardzo. A teraz, jak skończony kretyn, wszedłem Bogu ducha winnej dziewczynie w jej wersję IHad Me aGirl The Civil Wars. Szkoda, że jeszcze nie dorobiłem się tutaj kumpla, który raz a dobrze dałby mi po mordzie. No, może dwa razy. Raz na otrzeźwienie, drugi jako nauczkę.

– Pewnie to schrzaniłem – zacząłem, spoglądając na dziewczynę, która spuściła niesamowicie jasnozielone oczy na gitarę i pozwoliła kurtynie ciemnych włosów zasłonić twarz. – Przepraszam, ale gdy usłyszałem, jak śpiewasz…

– Nic się nie stało. – Podniosła na mnie wzrok, lekko się uśmiechając. – Choć w sumie to mam ochotę się zapaść pod ziemię, że mnie słyszałeś.

– Bez żartów, nie masz się czego wstydzić z takim głosem – odparłem. – Gdzie się podziały moje maniery? Kyler Seymour. – Wyciągnąłem rękę w jej stronę.

– Maia Hamilton. – Uścisnęła mi dłoń.

Maia. Pasowało do niej.

– Ta szkoła to zawsze taka dżungla? – zagadnąłem.

– Z tego, co wiem, to tak. Nie jesteś na lunchu?

Wzruszyłem ramionami. Nie chciałem iść do stołówki i zastanawiać się, gdzie, do cholery, powinienem usiąść. I tak z reguły nie ma tam nic znośnego, więc zjadłem lunch na dziedzińcu, ale wciąż zostało mi dużo czasu, dlatego postanowiłem, że się trochę pokręcę i ogarnę, gdzie co jest, bo szukając tych cholernych klas, spóźniłem się już na dwie lekcje. I wtedy usłyszałem Maię.

– Nie. Nie miałem ochoty robić za małpkę w cyrku. Bycie nowym za każdym razem jest do dupy. A ty?

– Podobnie. Oprócz bycia nową. Rozmawiasz właśnie ze szkolnym dziwadłem, więc jeżeli chcesz wyrobić sobie tu dobrą reputację, wyjdź stąd i udaj, że nigdy mnie nie spotkałeś.

Teraz to mnie zaskoczyła. Szok. Była śliczna, miała świetny głos i nie sprawiała wrażenia pustaka. Dziwadło?

– Czy wyglądam ci na kogoś, komu zależy na reputacji? – zapytałem, unosząc brew.

Przekrzywiła głowę.

– Nie, raczej nie. Nie założyłbyś wtedy wyciągniętej koszulki z cytatem z Dead Bite Hollywood Undead pierwszego dnia w nowej szkole. Trzeba przyznać, że jest dość… wymowny.

Spojrzałem na swój T-shirt.

What would you do if Itold you Ihate you?1

Ech, no może ten tekst o nienawiści nie jest zbyt dobrym przekazem na rozpoczęcie znajomości. Bywa.

– Wziąłem pierwszą z brzegu. A więc słuchasz Hollywood Undead? – Na mojej twarzy pewnie pojawił się uśmieszek, który przerażał moją mamę, bo oznaczał, że coś kombinuję.

Może trochę.

– Tak, zdziwiony? – Spojrzała na mnie sceptycznie.

– Odrobinę. Wyglądasz za grzecznie na fankę Hollywood Undead. Raczej nie popijasz whiskey tequilą.

– Ha, ha, zabawne, panie Seymour. Jak według ciebie powinna wyglądać fanka Undeadsów?

– Hm, może mniej grzecznie? – podsunąłem.

– A kto powiedział, że jestem grzeczna? – Rzuciła mi wymowne spojrzenie.

– Pijesz?

Pokręciła głową.

– Palisz?

– Nie.

– Ćpasz?

– Oszalałeś?! To, że nie piję, nie palę i nie ćpam, nie oznacza wcale, że jestem miła i grzeczna, Seymour.

– Ta. Gdybyś była grzeczna, nie jechałabyś mi po nazwisku. I z pewnością w ogóle byś ze mną nie rozmawiała.

– Co ty powiesz, niegrzeczny chłopcze? – zaśmiała się.

– A więc awansowałem? – zapytałem z chytrym uśmieszkiem.

Roześmiała się.

– Kylerze Seymourze, jesteś kretynem – stwierdziła.

– Ranisz mnie. – Złapałem się teatralnie za serce. – Moje ego cierpi.

– Jestem pewna, że twoje ego wielkości Teksasu ma się dobrze. – Poklepała mnie po ramieniu.

Wydąłem usta w udawanym rozdrażnieniu, a jej uśmiech sięgnął zielonych oczu, jednak szybko zniknął i dziewczyna spuściła wzrok.

– Dobra, dobra. Koniec nabijania się ze mnie. Teraz rusz swój zgrabny tyłeczek z krzesła i łaskawie pokaż mi, gdzie w tej małpiarni jest sala biologiczna. – Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu, próbując rozładować napięcie.

A tyłek rzeczywiście miała zgrabny…

Maia

Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio w ogóle się śmiałam. Kyler zachowywał się inaczej niż reszta. Nie znał mojej przeszłości, nie miał pojęcia o śmierci mojego brata i nie obchodziło go to, że jestem dziwadłem. Traktował mnie normalnie i to zbiło mnie z tropu. Zero pogardy czy fałszywej litości. I ten głos… Miał naprawdę ładny głos. Jakby lekko zachrypnięty, ale męski i mocny. Tak dawno nie rozmawiałam normalnie z kimś w swoim wieku, że z trudem się powstrzymywałam, by nie odwrócić się na pięcie i nie uciec jak najdalej. Krępowała mnie pewność siebie Kylera, jednak postanowiłam udawać niewzruszoną. Jedna rozmowa i będę mieć go z głowy, gdy tylko ktoś uczynnie powie mu wprost, że jestem wariatką.

– Oto legendarna sala od biologii, w której to zginęło wiele żab i szarych komórek futbolistów. – Wskazałam na drzwi po naszej prawej.

– Szarych komórek futbolistów? – zapytał ze śmiechem.

– Kilku z nich to banda prawdziwych kretynów i może nie tyczy się to wszystkich, niewykluczone jednak, że któryś z przerażenia stracił kilka szarych komórek. Albo może to od walenia głową w ławkę? – Wzruszyłam ramionami.

– Okej, dobrze wiedzieć. A ty co teraz masz?

– Biologię.

– Aaa, to dlatego mnie odprowadziłaś? W innym wypadku byłoby: „Radź sobie sam, człowieku”?

– Kurczę, rozgryzłeś mnie. Masz pojęcie, jak bardzo wpłynęłoby to na stan tych genialnych chucków? – Wskazałam na swoje białe trampki.

– To by je zabiło. – Złapał się za głowę, udając przerażenie, a następnie się roześmiał i w tym momencie zadzwonił dzwonek. – Panie i złośliwe szatynki przodem. – Przytrzymał dla mnie drzwi.

– Cymbał – mruknęłam i minęłam go w progu.

– Kontynuuj. Czym jeszcze jestem? – spytał zaraz po tym, jak zameldował się u nauczyciela i zajął jedyne wolne miejsce, które było akurat za mną.

– Dupkiem z wielkim ego – szepnęłam, odchylając się do tyłu.

– Słodka jak cukierek. Z pieprzem cayenne i papryką chilli – burknął i swoim martensem lekko kopnął siedzenie mojego krzesła.

Kyler

Dziwadło. To słowo wciąż huczało mi w głowie. Maia może i uciekała wzrokiem w kierunku podłogi i swoich butów, jakby unikała kontaktu wzrokowego z kimkolwiek, czasem nawet się wzdrygała, gdy ktoś był za blisko, ale od razu dziwadło? Coś musi być na rzeczy. Nie wierzę, że taka dziewczyna jak Maia Hamilton bez powodu nazwała się szkolnym dziwadłem. Z rozmyślań wyrwał mnie blondyn, który siedział w ławce obok na angielskim.

– A więc to ty jesteś tym nowym chłopakiem, który wywołuje chichoty i omdlenia żeńskiej części tej szkoły – powiedział z uśmiechem.

– Omdlenia? Kurczę, daleko zaszedłem – roześmiałem się. – Kyler Seymour – przedstawiłem się i wyciągnąłem rękę w jego stronę.

– Oliver Jameson. – Uścisnął moją dłoń. – Ale wszyscy mówią mi Ollie.

– Ollie, tutaj każdy nowy jest taką sensacją?

– Z reguły, ale przystojniaki i ślicznotki szczególnie. Wtedy ta szkoła zmienia się w pieprzone zoo. – Przewrócił oczami.

– Słyszałem, że ta szkoła to ogólnie jakaś dżungla jest.

– Ktokolwiek to powiedział, miał rację – zaśmiał się.

– Maia Hamilton.

Uśmiech spełzł z twarzy Olliego.

– Rozmawiałeś z nią? – zapytał zaskoczony.

– Tak. Coś w tym dziwnego? – Zmarszczyłem brwi.

– Maia właściwie do nikogo się nie odzywa, więc tak, to jest dziwne.

Chwila… Co?

– Ze mną rozmawiała, wydaje się w porządku.

– Możliwe. Kiedyś była naprawdę spoko.

– Kiedyś?

Ooo, chyba szykuje się jakaś historia.

– Słuchaj, nie chcę nikogo obgadywać, Maia nigdy mi nic złego nie zrobiła, ale zdziwaczała po śmierci swojego brata. Po prostu z dnia na dzień zerwała wszelkie kontakty, przestała z kimkolwiek rozmawiać i odizolowała się od wszystkich. Wcześniej była całkiem popularna, tak samo jak jej brat Micah. Wszyscy ich lubili. Maia nawet działała w samorządzie, a potem wszystko się rypło.

– Dawno umarł?

Ollie ściągnął brwi w zastanowieniu.

– Będzie z trzy lata, jak Micah zginął w wypadku. Tak, to jakoś tak było.

O kurde…

1 „Co byś zrobił, gdybym ci powiedział, że cię nienawidzę?”. Wszystkie przypisy w tłumaczeniu Eweliny Zarembskiej.

3. PROBLEMY RODZINNE I WIERNY DŁUGOPIS

Kyler

– Jak tam nowa szkoła, Kyler? – zapytała mama, gdy jedliśmy we dwójkę zaraz po moim powrocie do domu.

– Podobnie jak osiem poprzednich – odburknąłem, nawijając spaghetti na widelec.

– Kyler… – zaczęła, ale nie pozwoliłem jej dokończyć.

– A co chciałaś usłyszeć? To tylko kolejna szkoła, której mogę nie skończyć, bo ojcu coś odbije. Dzięki Bogu, że to już ostatni rok. Może chociaż studia zrobię w całości w jednym miejscu.

– Kyler! – Tym razem podniosła głos.

– No co? Skłamałem? – spytałem, a ona odpowiedziała milczeniem. – Wiesz, odechciało mi się jeść. – Odepchnąłem od siebie talerz i wstałem od stołu. – Idę się uczyć, muszę nadrobić to, czego nie zdążyliśmy przerobić w Detroit. Powiedz ojcu, że zatankowałem po drodze.

Nie czekając na odpowiedź, wyszedłem z kuchni i wbiegłem na górę do swojego pokoju. Wciąż miałem kilka pudeł do rozpakowania, ale nie chciało mi się teraz o tym myśleć. Włączyłem swoją playlistę na Spotify i rzuciłem na łóżko wszystkie zeszyty i książki, które były mi potrzebne. Ilość tego, co musiałem ogarnąć, mogła przyprawić o ból głowy od samego patrzenia.

Do kolacji udało mi się zrobić prawie wszystko, co zaznaczyłem sobie jako „niecierpiące zwłoki”. Tak, wbrew pozorom byłem całkiem zorganizowany. Szkołę od biedy mogłem olać, ale studia to moja jedyna furtka, a przy ciągłych przeprowadzkach wcale nie tak łatwo nabić dodatkowe punkty. Potrzebne mi stypendium naukowe, jak cholera. Ojciec już mi oświadczył, że może opłacić moje studia, ale tylko i wyłącznie takie, które sam wybierze. Nie mam zamiaru studiować ekonomii i być uzależnionym od kasy rodziców. Wolałbym już głodować. Ale teraz serio musiałem coś zjeść. Pół godziny z kochanym tatuśkiem za możliwość zjedzenia kolacji. Westchnąłem głęboko i zszedłem na dół. Przywitałem się z ojcem, który siedział już przy stole, i usiadłem na swoim miejscu.

– Jak ci się podoba w Pittsburghu? – zapytał, gdy sięgnąłem po sok.

– Miasto jak miasto – wzruszyłem ramionami i upiłem łyk ze szklanki. – Nie miałem jeszcze okazji zbyt wiele zobaczyć. Jesteśmy tu od kilku dni, pamiętasz?

– Jacyś nowi znajomi?

Dlatego właśnie nie znosiłem wspólnych posiłków. Czułem się jak na przesłuchaniu. Komuś może się wydawać, że ojciec troszczy się o mnie czy coś, ale ten zimny ton ma mało wspólnego z troską. Jeśli już, to fałszywą.

– Nie znałem tu nikogo, więc wszyscy są dla mnie nowi. – Przewróciłem oczami.

– Jakieś ładne dziewczyny?

Pomyślałem o Mai, ale nie chciałem o niej wspominać ojcu. Oceniał ludzi na podstawie ich pochodzenia, pozycji, aspiracji, a nie za to, kim byli. Studiowałeś na głupim uniwersytecie stanowym? Nie będzie się zniżał do twojego poziomu. Zarówno mama, jak i ojciec studiowali na UPenn. Nie zamierzałem pójść w ich ślady, ale i tak pewnie sława moich rodziców pójdzie za mną wszędzie, nawet na największe zadupie.

– Może. Zależy, jak patrzeć. A jak twoje studentki… tato? – spytałem zjadliwie. – Jakaś biuściasta blondynka, która zapewni ci rozrywkę, kiedy mama znowu ci się znudzi?

Tak, nie pomyliłem się, mówiąc „znowu”. Nie wiedziałem, co moja matka nadal robi z moim ojcem, po tym jak jawnie kręcił ze swoją studentką w Detroit. Szlag, sam przecież widziałem! Ale matka? Oczywiście, że mi nie uwierzyła, bo ojciec był dla niej kryształowy. Nie miałem pojęcia, jakim cudem pisze tak dobre książki, skoro kompletnie nie zna się na ludziach.

– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odparł twardo. – I nie tym tonem, Kylerze Aedanie Seymourze. Mieszkasz pod moim dachem.

– Jeszcze tylko kilka miesięcy– burknąłem. – Niedługo się mnie pozbędziesz.

– Kyler! – rzuciła ostrzegawczo mama.

– Co? – spytałem. – Niech zacznie świętować wcześniej! Jestem pewien, że przygotowanie bankietu z tak napiętym grafikiem graniczy z cudem, więc daję mu czas. Zresztą, będzie musiał wymyślić jakieś wiarygodne kłamstwo, które usprawiedliwi to, że syn Nicholasa Seymoura nie studiuje ekonomii na uniwersytecie Ligii Bluszczowej.

– Jak śmiesz?! – ryknął ojciec, a mama skuliła się na swoim krześle.

– Jak śmiem?! – krzyknąłem. – Zacznij traktować matkę z szacunkiem, wtedy pogadamy o moim szacunku do ciebie, dobra? – Wytarłem usta serwetką i wstałem od stołu, nie martwiąc się o ledwie tknięty posiłek. – Nie mam pojęcia, co cię jeszcze trzyma przy tym dupku, mamo, bo ani z niego dobry ojciec, ani kochający mąż. – Ścisnąłem jej ramię. – Smacznego życzę.

Ruszyłem do holu, zgarnąłem po drodze kurtkę i wyszedłem z domu. Chłodne, wieczorne powietrze zaczęło koić moje nerwy. Próbowałem sobie przypomnieć, co jest w okolicy. Byłem głodny i wściekły. Wyjąłem telefon i sprawdziłem, gdzie jest najbliższy McDonald’s. Raz na jakiś czas śmieciowe żarcie chyba mi nie zaszkodzi. W ciągu tygodnia o tej porze nie było zbyt wielu ludzi, więc szybko zamówiłem jedzenie i poszedłem z nim w stronę pobliskiego parku. Nie zniósłbym teraz zgiełku, potrzebowałem ciszy. Albo to, albo zacznę rozwalać wszystko dookoła. Zjadłem McWrapa i popiłem colą, która z taką ilością lodu smakowała bardziej jak woda z colą, ale mało mnie to obchodziło.

Rozsiadłem się na ławce i spojrzałem w niebo. Było już ciemno. Przeszukałem kieszenie i znalazłem paczkę fajek, które trzymałem właśnie na takie okazje. Zapaliłem. Szczerze, to nie znosiłem tego smrodu, człowiek potem cuchnął tym pioruńskim dymem, ale dawało mi to chwilę ukojenia. Odblokowałem iPhone’a i przeszukałem listę kontaktów. Z tylko jedną osobą na całym bożym świecie mógłbym teraz pogadać. Moim kuzynem Kaydenem.

– Cześć, bracie – usłyszałem jego radosny głos. – Jak w Mieście Stali?

– Hej, Kade – przywitałem się. – Pytasz o ogół czy o ten konkretny moment?

– I jedno, i drugie – westchnął.

– Ogólnie może być, w tej chwili jest do dupy.

– Ojciec?

– Taa, jakimś cudem niszczycielem mojego dobrego humoru zawsze jest mój ojciec.

– Chcesz o tym pogadać, Kyle?

– Nie bardzo. Powiedz mi lepiej, co u mojej Księżniczki.

Kayden był ode mnie pięć lat starszy i miał wspaniałą żonę Theę i dwuletnią córeczkę Ayanę, która była chyba najcudowniejszym dzieckiem, jakie widziałem na oczy. Była nawet bardziej urocza ode mnie, a przynajmniej z punktu widzenia nieodwracalnie zauroczonego nią wujka.

– Tęskni za swoim ulubionym wujkiem. Rozpuściłeś mi córkę przez wakacje i teraz nie uśnie, dopóki nie puścimy jej tego, co zawsze grałeś jej przed snem.

– Edukuję ją muzycznie. Powinieneś się cieszyć, że Ayana będzie miała po swoim wujku dobry gust. Sting i Fragile to nie szajs.

– Wiem – roześmiał się. – Znowu dziś o ciebie pytała. Myślisz, że uda ci się przyjechać na Dziękczynienie?

– Postaram się, ale niczego nie obiecuję.

Naprawdę chętnie jeździłem do Kade’a do Albuquerque, ale nie zawsze mi się to udawało. Te krótkie chwile z nim i z wujostwem były chyba moim jedynym ratunkiem przed popadnięciem w skrajny obłęd.

– Wiesz, że jeśli będzie naprawdę źle, w każdej chwili możesz tu przyjechać, prawda? – upewnił się.

– Nie mogę tak po prostu wyjechać, Kade. – Pokręciłem głową, choć wiedziałem, że nie może tego zobaczyć. – Nie mogę zostawić jej z nim samej, jeszcze nie.

– Kyler, nie próbuj na siłę ratować kogoś, kto nie chce być uratowany. Kocham twoją matkę, ale jeśli ona chce z nim być, to nic na to nie poradzisz. Choć to jest bardzo porąbane, ona od niego nie odejdzie – powtórzył, po raz nie wiem który.

– Kayden, to moja matka.

– Ty jej powtarzałeś, moja mama też, żeby zostawiła tego buca w cholerę, ale nadal tego nie zrobiła. Odpuść, Kyle, i uwolnij się od niego, gdy tylko będziesz mógł. A teraz, do diabła, opowiedz mi o dziewiątej szkole w historii swego życia, bo ja jestem nudny i nie chodziłem do aż tylu.

Roześmiałem się, ale byłem mu wdzięczny za zmianę tematu. Opowiedziałem mu o wszystkim, co się wydarzyło w szkole, wliczając w to czas spędzony z Maią.

– Czyżby mój mały Kyle się zauroczył? – Jego głos skoczył o oktawę wyżej.

– Wypchaj się, dupku – rzuciłem ze śmiechem. – Dopiero ją poznałem. I wątpię, że poznam bliżej.

– Co masz na myśli?

– Kade, jej brat zginął w wypadku i, jak się domyślasz, nie zniosła tego najlepiej. Ten koleś, Ollie, powiedział mi, że odizolowała się od wszystkich. To w ogóle jakiś cud, że się do mnie odezwała.

– Pieprzysz – skomentował, a ja usłyszałem w tle rozdrażniony głos Thei, która strofowała mojego kuzyna za słownictwo. – Przecież Ayana śpi! – zirytował się. – Au, moja kobieta mnie bije. Auć!

– Wrzucaj dolara do słoika, to przestanie cię bić – poradziłem, krztusząc się ze śmiechu.

Thea, żeby jakoś zaradzić naszemu przeklinaniu, postawiła w kuchni słoik, do którego mieliśmy wrzucać dolara za każde brzydkie słowo. To gówno zjadło sporo odłożonej przeze mnie kasy, ale jakoś dawaliśmy z Kade’em radę. Z reguły.

– Zbankrutuję z tą kobietą. Tak mnie już oskubała, że same drobniaki mi zostały – jęknął do telefonu, a w tle rozległ się brzęk monet.

– Nie przesadzaj.

Rozmawiałem z Kaydenem jeszcze kilkanaście minut i ruszyłem w drogę powrotną do domu. Tak jak bardzo chciałem być z dala od ojca, tak samo mocno chciałem oszczędzić mamie dodatkowych zmartwień. Oznajmiłem swoją obecność i czym prędzej zamknąłem się w sypialni z gitarą w rękach.

Those bright eyes meeting mine

Lingering one second longer

Just to catch the fire in them

To ignite the flame again2

Maia

Podczas przerwy na lunch uciekłam do biblioteki. Tak, wiem, dziecinne zachowanie, ale chciałam uniknąć spotkania z Kylerem, który dzień wcześniej odkrył moją kryjówkę. Nie żebym myślała, że znów się tam pojawi, nie chciałam jednak kusić losu. Wczoraj pozwoliłam mu na chwilę przebić się przez granicę mojej strefy komfortu, ale nie zamierzałam powtórzyć tego błędu. Oficjalnie łatam dziury i stawiam barykadę. Tyle czasu mi się to udawało i jeden chłopak, nieważne jak intrygujący, nie mógł mnie zmusić do zmiany zdania. Nie, nie ma mowy. Niestety na zajęciach z rozszerzonej biologii była tylko jedna grupa, więc nie mogłam się ukryć przed Seymourem. Szlag by to trafił.

Gdy weszłam do sali, już siedział na miejscu. Zauważył mnie od razu i uniósł lewy kącik ust w uśmiechu, ujawniając przy tym dołeczek w policzku. Spuściłam głowę i przemknęłam między rzędami do swojej ławki. Wyjęłam z torby notatki i kompletnie ignorując chłopaka za mną, zaczęłam zakreślać co ważniejsze fragmenty. Błagałam o dzwonek, który uchroniłby mnie przed konfrontacją z Kylerem. Niestety poniosłam klęskę, do czego musiałam się przyznać, gdy poczułam lekkie szturchnięcie w plecy czymś, co przypominało długopis. Odwróciłam się niechętnie i podniosłam wzrok na skupione na mnie błękitne oczy, po drodze rejestrując przedmiot w jego ręce. On mnie naprawdę dźgnął długopisem!

– Cześć. – Wyszczerzył się w uśmiechu.

– Cześć – odburknęłam niechętnie.

Zmarszczył brwi.

– Zły dzień? – spytał.

– Taki jak zawsze, doliczając dźganie długopisem przez dupka, który siedzi za mną – odparłam.

– O co ci chodzi? – Zmarszczył brwi.

– Odpuść, Kyler. Po prostu daj mi spokój i znajdź sobie inny obiekt zainteresowań – rzuciłam i siadłam tyłem do niego.

– A co, jeśli chcę poznać akurat tę dziewczynę o anielskim głosie, tę samą, którą spotkałem wczoraj w sali muzycznej? – zapytał, a jego ciepły oddech muskał moje ucho.

– Dlaczego? – wyszeptałam, ale byłam pewna, że mnie usłyszał.

– Bo gdy ją poznałem, od razu wiedziałem, że jest wyjątkowa. – Znów się nade mną nachylił i zacisnęłam oczy z całej siły, powstrzymując się przed jakimkolwiek ruchem. – Może uchodzić za dziwadło, ale mam to gdzieś. Każdy jest dziwny na swój sposób. Jeśli jej dziwność polega na byciu sobą, to chyba znam kilka osób, które powinny się od niej czegoś nauczyć, bo bycie kimś, kim chce być, wymaga odwagi.

– Skąd wiesz? – Przełknęłam ślinę. – Skąd wiesz, że to nie głupota albo gówniarski wybryk? Zwykła fasada?

– Bo nie umiesz kłamać, Hamilton. Nie umiesz kłamać – odpowiedział po prostu i w tym momencie zadzwonił dzwonek.

Kyler tak wyprowadził mnie z równowagi, że nie mogłam się skupić. Byłam rozkojarzona i po prostu zła. Zła, bo nie sprawiał wrażenia kogoś, kto łatwo się poddawał, a to wszystko utrudniało. Naprawdę, obecny stan rzeczy mi odpowiadał. Nie umiałam kłamać, przynajmniej nie za dobrze. Micah zawsze powtarzał, że wszystko widać w moich oczach. Czasem mnie to złościło, tak jak teraz. Odcięłam się od wszystkich nie bez powodu, i tak, w pewnym sensie szłam na łatwiznę, ale było to mniej bolesne niż udawanie, że śmierć mojego brata nic nie zmieniła. Zmieniła wszystko, a ja miałam dość współczujących poklepywań, łzawych kondolencji i fałszywych wzdychań na temat tego, jakim to dobrym przyjacielem był Micah, podczas gdy połowa z tych ludzi w ogóle go nie znała. Właśnie dlatego, miesiąc po wypadku, postanowiłam zerwać wszelkie kontakty i w samotności pogrążyć się w tym, co Micah kochał najbardziej na świecie, czyli w muzyce. Micah potrafił godzinami siedzieć z gitarą w rękach i po prostu grać. Nie zliczę wieczorów, kiedy zasypiałam przy jego grze, godzin, które spędził, ucząc mnie cierpliwie akordów, a w końcu wspólnego grania na fortepianie. Zawsze się mną opiekował, a gdy go zabrakło, to ja najbardziej ucierpiałam i cholernie za nim tęskniłam. Z zadumy drastycznie wyrwało mnie twarde lądowanie na tyłku. Zamrugałam szybko i rozejrzałam wokół. Stopę ode mnie, w podobnej pozycji, siedziała Fay Brooks.

– Jesteś cała? – zapytała z troską.

Fay należała do tych nielicznych, którzy byli dla mnie mili i szanowali moją samotność. Chodziłyśmy razem na angielski i francuski.

– Tak, chyba tak – odpowiedziałam, dźwigając się powoli na nogi. – A ty?

– Jeśli nie można sobie złamać tyłka, to chyba jestem cała – zaśmiała się i również wstała. – Przepraszam, nie powinnam czytać i iść jednocześnie. – Wskazała na książkę leżącą na podłodze, po czym zaczęłyśmy zbierać rozrzucone wokół nas rzeczy.

– Ta książka jest warta twardego lądowania, uwierz mi – odparłam.

– Czytałaś? – spytała, a jej oczy błysnęły.

– Tak. To świetna historia – przytaknęłam.

– Też tak sądzę, choć przede mną jeszcze połowa. Nie mogę się oderwać.

– Spróbuj z innymi książkami Hoover, nie zawiedziesz się – poleciłam. – Do zobaczenia, Fay. – Odwróciłam się, żeby czym prędzej odejść.

– Maia! – zawołała za mną.

Spojrzałam przez ramię.

– Dziękuję. – Uśmiechnęła się.

– Nie ma za co. – Nieśmiało uniosłam kącik ust i ruszyłam przed siebie.

2 „Te jasne oczy napotkały moje / I wpatrzyły się w nie o sekundę dłużej / Tylko po to, by zapalić w nich ogień / By rozpalić płomień jeszcze raz”.

 

 

 

Grupa Wydawnicza Papierowy Księżyc

skr. poczt. 220, 76-215 Słupsk 12

tel. 59 727-34-20, fax. 59 727-34-21

e-mail: [email protected]

www.szostyzmysl.com.pl