Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 350 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 25 min Lektor: Anna Dereszowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 9 godz. 25 min Lektor: Anna Dereszowska

Opis ebooka Uratuj mnie - Guillaume Musso

Nie wyznając sobie swoich uczuć, para zakochanych żegna się na lotnisku. Samolot, do którego wsiada dziewczyna rozbija się krótko po starcie z lotniska Kennedy’ego. Ale to jeszcze nie koniec...
…bo oto następnego dnia ON spotyka w parku tajemniczą kobietę, która oznajmia mu, że ONA żyje. Ale wkrótce będzie musiała umrzeć. Kim jest nieznajoma i dlaczego tyle o nich wie?
I czy miłość okaże się silniejsza od śmierci?

Opinie o ebooku Uratuj mnie - Guillaume Musso

Fragment ebooka Uratuj mnie - Guillaume Musso

O książce

Nie wyznając sobie swoich uczuć, para zakochanych żegna się na lotnisku. Samolot, do którego wsiada dziewczyna, rozbija się krótko po starcie z lotniska Kennedy’ego. Ale to jeszcze nie koniec…

…bo oto następnego dnia ON spotyka w parku tajemniczą kobietę, która oznajmia mu, że ONA żyje. Ale wkrótce będzie musiała umrzeć. Kim jest nieznajoma i dlaczego tyle o nich wie?

I czy miłość okaże się silniejsza od śmierci?

GUILLAUME MUSSO

Autor od lat utrzymujący się na pierwszym miejscu listy najpopularniejszych francuskich pisarzy, absolwent ekonomii, z zawodu nauczyciel. Debiutował w 2001 r. thrillerem Skidamarink, doskonale przyjętym przez krytykę. Jego druga powieść, Potem…, zainspirowana wypadkiem samochodowym, z którego cudem uszedł z życiem, sprzedała się we Francji w nakładzie pół miliona egzemplarzy. W 2008 r. miał premierę film nakręcony na jej podstawie, z Johnem Malkovichem, Evangeline Lilly i Romainem Durisem w rolach głównych. W planach są trzy następne ekranizacje prozy Musso. Pisarz robi światową karierę. Łączny nakład jego powieści Uratuj mnie, Będziesz tam?, Ponieważ cię kocham, Wrócę po ciebie, Kim byłbym bez ciebie?, Papierowa dziewczyna, Telefon od anioła, 7 lat później…, Jutro, Central Park i Ta chwila – przełożonych na 36 języków, przekroczył 20 milionów egzemplarzy.

www.guillaumemusso.com

Tego autora

POTEM…URATUJ MNIEBĘDZIESZ TAM?PONIEWAŻ CIĘ KOCHAMWRÓCĘ PO CIEBIEKIM BYŁBYM BEZ CIEBIE?PAPIEROWA DZIEWCZYNATELEFON OD ANIOŁA7 LAT PÓŹNIEJ…JUTROCENTRAL PARKTA CHWILA

Tytuł oryginału:SAUVE-MOI

Copyright © XO Éditions, Paris, 2005All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Krystyna Kowalczyk 2007

Redakcja: Hanna Machlejd-Mościcka, Beata Słama

Zdjęcie na okładce: olly/Shutterstock

Projekt graficzny okładki i serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-413-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em.eu

Kiedy myślę o tobie, moje serce bije szybciej.I tylko to się dla mnie liczy.

1

Dzisiejszy dzień jest pierwszym z tych, które zostały ci do przeżycia.

Anonimowy napis wyrytyna jednej z ławek w Central Parku

Styczniowy poranek w Zatoce Nowojorskiej – pora, w której dzień zyskuje przewagę nad nocą.

*

Przez wędrujące na północ chmury spoglądamy z wysoka na Ellis Island i na Statuę Wolności. Jest zimno, całe miasto sparaliżowała śnieżyca i wichura.

Nagle przez pułap chmur przebija się jakiś ptak o srebrzystych piórach, spada jak strzała na drapacze chmur i nie zważając na szalejącą zamieć, szybuje w stronę północnego Manhattanu, jakby gnała go jakaś tajemna siła. Z piskiem przelatuje z niesamowitą prędkością nad Greenwich Village, Times Square i Upper West Side, by w końcu wylądować na bramie wejściowej jednego z parków.

Znajdujemy się na samym końcu Morningside Park w pobliżu Uniwersytetu Columbia.

W tym czasie młoda Francuzka, Juliette Beaumont, korzysta z ostatnich chwil snu.

6:59:57

:58

:59

7:00:00

*

Kiedy rozległ się dzwonek budzika, Juliette wyciągnęła po omacku rękę w stronę nocnej szafki i zrzuciła z niej radiobudzik, który natychmiast przestał nieznośnie brzęczeć.

Przetarła oczy, wysunęła się spod kołdry, postawiła jedną stopę na lśniącym parkiecie i po kilku zaledwie krokach zaczepiła nogą o dywan ślizgający się na wypastowanych klepkach. Podniosła się wściekła i złapała pospiesznie okulary, których nie cierpi, ale bez których nie może się obejść z powodu słabego wzroku i ponieważ nie toleruje soczewek kontaktowych.

W ustawionej na schodach kolekcji lusterek odbiła się twarz młodej dwudziestoośmioletniej kobiety, okolona półdługimi włosami, i jej wesołe oczy. W odpowiedzi posłała im naburmuszoną minę, po czym spróbowała zaprowadzić jako taki porządek na głowie, przygładzając szybkimi ruchami kilka złocistych kosmyków wijących się wokół twarzy. Głęboko wycięty T-shirt i koronkowe majteczki sprawiały, że wyglądała seksownie i zarazem figlarnie.

Jednak trwało to zaledwie chwilę, bo zaraz owinęła się kocem i przycisnęła do brzucha jeszcze ciepły termofor. Ogrzewanie nie było najmocniejszą stroną mieszkania, które od trzech miesięcy dzieliła z Colleen, swoją współlokatorką.

– I pomyśleć, że bulimy za to dwa tysiące dolarów czynszu! – westchnęła.

Szczelnie opatulona zeszła po schodach, a raczej zeskoczyła z nich na złączonych nogach i pchnęła biodrem drzwi do kuchni. Gruby pręgowany kot, który czatował na nią od paru dobrych minut, wskoczył w jej objęcia, potem wdrapał się na plecy i o mało nie podrapał jej szyi ostrymi pazurami.

– Ej, uważaj trochę, Jean-Camille! – krzyknęła, chwytając kota z zamiarem postawienia go na podłodze.

Kocur wyraził niezadowolenie głośnym miauknięciem, po czym zwinął się w kłębek w swoim koszyku.

Tymczasem Juliette postawiła na kuchence garnek z wodą i przekręciła włącznik radia.

…gwałtowna burza śnieżna, szalejąca od czterdziestu ośmiu godzin w Waszyngtonie i Filadelfii, przesunęła się teraz w kierunku północno-zachodnim, atakując z impetem Nowy Jork i Boston.

Manhattan obudził się tego ranka przykryty grubą warstwą śniegu, która sparaliżowała ruch i spowolniła rytm życia miasta.

Transport powietrzny został zakłócony: wszystkie samoloty startujące z lotnisk Johna Kennedy’ego i La Guardia są odwołane lub opóźnione.

Z powodu bardzo trudnych warunków drogowych władze stanowe radzą zrezygnować z poruszania się samochodami.

Metro powinno w zasadzie funkcjonować normalnie, jednak autobusy mogą kursować nieregularnie. Przedsiębiorstwo kolejowe Amtrack zapowiada zmniejszenie liczby pociągów, a muzea, zoo i obiekty zabytkowe po raz pierwszy od siedmiu lat będą zamknięte dla zwiedzających.

Zamieć spowodowana zderzeniem wilgotnej masy powietrza znad Zatoki Meksykańskiej z masą zimnego powietrza napływającego od strony Kanady przesunie się w ciągu dnia w kierunku Nowej Anglii.

Zalecamy państwu szczególną ostrożność.

Słuchacie Radia Manhattan na fali sto jeden i cztery.

Wy poświęcacie nam dziesięć minut, my otwieramy wam okno na świat…

Juliette zadrżała, słuchając tych wiadomości. Trzeba szybko wypić coś ciepłego na rozgrzewkę. Przeszukała kuchenne szafki, ale nie znalazła ani rozpuszczalnej kawy, ani herbaty. Trochę zawstydzona, musiała wyłowić ze zlewozmywaka torebkę z wczorajszej herbaty Colleen.

Wciąż zaspana, usiadła na parapecie i spojrzała przez szybę na otulone białym płaszczem miasto.

Zalała ją fala smutku, bo wiedziała, że pod koniec tego tygodnia będzie musiała pożegnać Manhattan.

Decyzja nie przyszła łatwo, ale trzeba było pogodzić się z tą koniecznością: o ile Juliette kochała Nowy Jork, o tyle Nowy Jork nie kochał jej. Żadne z jej marzeń i żaden ze snów nie urzeczywistniły się w tym mieście.

Po skończeniu liceum przez dwa lata kontynuowała naukę w klasie humanistycznej przygotowującej do studiów wyższych, potem ukończyła Sorbonę, jednocześnie grając przez cały czas w teatrach studenckich. Następnie została przyjęta na warsztaty teatralne prowadzone przez szkołę Florenta, gdzie była jedną z najbardziej obiecujących uczennic. Równocześnie biegała na różne castingi, nakręciła dwie czy trzy reklamówki i statystowała w paru filmach telewizyjnych. Jednak wszystkie te wysiłki okazały się daremne. Nie pozostało jej zatem nic innego jak zrezygnować z ambicji i przyjmować propozycje udziału w promocjach w supermarketach i innych przedsiębiorstwach, grać w sztukach wystawianych w przypadkowych miejscach z okazji czyichś urodzin i uczestniczyć w przebraniu Kubusia Puchatka w przedstawieniach organizowanych w Disneylandzie.

Jej horyzont zdawał się ograniczony, ale jeszcze nie traciła nadziei. Postanowiła wziąć byka za rogi i wyskoczyła do Stanów Zjednoczonych. Z głową pełną marzeń o Broadwayu wylądowała w Wielkim Jabłku w roli dziewczyny au pair. Czyż nie mówi się, że temu, kto osiągnie sukces w Nowym Jorku, wszędzie wszystko się uda?

Przez pierwszy rok opiekowała się dziećmi i miała dużo wolnego czasu, który wykorzystała na naukę angielskiego, nabranie poprawnego akcentu i uczęszczanie na zajęcia aktorskie. Ale wszystkie przesłuchania, przez które przeszła, zakończyły się jedynie propozycjami niewielkich ról w sztukach eksperymentalnych lub awangardowych wystawianych w maleńkich teatrach, na strychach i w salkach parafialnych.

Potem imała się różnych zajęć: pracowała jako kasjerka na pół etatu w małym supermarkecie, sprzątaczka w obskurnym hotelu na Amsterdam Avenue, kelnerka w kawiarni.

Miesiąc temu postanowiła wrócić do Francji. Colleen miała się niedługo wyprowadzić i zamieszkać z przyjacielem, a jej zabrakło odwagi i chęci, by poszukać nowej współlokatorki. Tak więc nadszedł czas, aby pogodzić się z porażką. Prowadziła ryzykowną grę i przegrała. Przez jakiś czas myślała, że jest sprytniejsza od innych, i nic sobie nie robiła z pułapek rutyny i zobowiązań. Dziś jednak czuła się zupełnie zagubiona, zdezorientowana i bez pomysłów. Poza tym skończyły się oszczędności, a wiza dziewczyny au pair wygasła już dawno temu, co stawiało ją w sytuacji cudzoziemki przebywającej na terenie Stanów nielegalnie.

Samolot do Paryża odlatuje pojutrze, oczywiście jeśli pozwoli na to pogoda.

Dalej, mała! I przestań się nad sobą litować!

Z trudem wstała z parapetu i powędrowała w stronę łazienki. Zrzuciła koc, następnie bieliznę i wskoczyła do kabiny prysznicowej.

– Aaaaa! – wrzasnęła, czując na plecach lodowaty strumień.

Colleen kąpała się pierwsza i nie zostawiła ani kropli gorącej wody.

Niezbyt to miłe, pomyślała Juliette.

Mycie się w zimnej wodzie było wprawdzie torturą, ale niezdolna do chowania urazy, szybko znalazła usprawiedliwienie dla przyjaciółki: Colleen kończyła wspaniałe studia prawnicze i tego dnia szła na spotkanie w sprawie pracy do znanej w mieście kancelarii.

Choć Juliette nie miała skłonności do narcyzmu, tego ranka stała przed lustrem trochę dłużej niż zwykle. Coraz częściej dręczyło ją pytanie: Czy jestem jeszcze młoda?

Skończyła właśnie dwadzieścia osiem lat. Oczywiście, że jest jeszcze młoda, ale musiała przyznać, że to nie to samo co mieć dwadzieścia lat.

Susząc włosy, podeszła do lustra, przyjrzała się swojej twarzy i w kącikach oczu zauważyła drobniutkie zmarszczki.

Zawód aktorki, wystarczająco trudny dla mężczyzn, był jeszcze trudniejszy dla kobiet: one nie mogły pozwolić sobie na najmniejszą niedoskonałość w wyglądzie, podczas gdy mężczyznom dodawała ona uroku i charakteru, co zawsze ją denerwowało.

Zrobiła krok w tył. Jej piersi były nadal bardzo ładne, choć może nie trzymały się tak wysoko jak dwa lata temu.

Ależ skąd! Tak ci się tylko wydaje.

*

Juliette nigdy nie miała zamiaru poddawać swojego ciała jakimkolwiek zabiegom „ulepszającym”: wzmacniać uśmiech kolagenem, zacierać zmarszczki na czole zastrzykami z botuliny, poprawiać kształt kości policzkowych, fundować sobie dołek w brodzie lub nowy biust… Jeśli ktoś uznał to za naiwność, trudno. Ona wolała siebie taką, jaką była: naturalną, wrażliwą i marzycielską.

Prawdziwy problem polegał na tym, że straciła pewność siebie. Stopniowo musiała porzucić wszystkie nadzieje: że zostanie aktorką, że spotka wielką miłość. Jeszcze trzy lata temu myślała, że wszystko jest możliwe; może być Julią Roberts albo Juliette Binoche. Potem zmęczyła ją codzienność. Wszystkie zarobione pieniądze pakowała w czynsz. Nie pamiętała już, kiedy kupiła sobie jakąś kieckę, a jadała najczęściej ravioli z puszki i makaron.

Nie stała się ani Julią Roberts, ani Juliette Binoche. Za pięć dolarów za godzinę serwowała cappuccino w kawiarni, a ponieważ nie wystarczało to na opłaty za mieszkanie, w weekendy imała się różnych innych zajęć.

W myślach nadal pytała lusterko: Czy mogę jeszcze kogoś oczarować? Wzbudzić w kimś pożądanie?

Bez wątpienia – ale jak długo jeszcze?

Patrząc sobie prosto w oczy, rzuciła na głos ostrzeżenie:

– Niedługo przyjdzie taki dzień, że żaden mężczyzna się za tobą nie obejrzy…

Póki co, ubieraj się szybko, jeśli nie chcesz się spóźnić.

Wciągnęła rajstopy i dwie pary skarpetek, czarne dżinsy, koszulę w paski, gruby sweter i blezer z supełkowej włóczki.

Rzuciła okiem na zegar i wpadła w panikę, widząc, która jest godzina. Lepiej się pospieszyć. Szef nie jest taki słodki, i nawet jeśli to ostatni dzień jej pracy, niepogoda nie może usprawiedliwić spóźnienia.

Zbiegła ze schodów, łapiąc z wieszaka czapkę i szalik i zatrzaskując za sobą drzwi tak, by nie zgilotynować nimi kota, nieustraszonego Jeana-Camille’a, który zwabiony zapachem śniegu, wystawił nos na zewnątrz.

Kiedy z kolei ona wystawiła na dwór swój nos, omiótł ją lodowaty podmuch. Nigdy jeszcze nie widziała tak spokojnego Nowego Jorku.

W ciągu paru godzin Manhattan zamienił się w gigantyczną stację sportów zimowych. Śnieg nadawał ulicom metropolii widmowy wygląd i paraliżował ruch. Na chodnikach i skrzyżowaniach utworzyły się wielkie zaspy. Po ulicach, zazwyczaj hałaśliwych i zatłoczonych, posuwały się tylko terenowe samochody z napędem na cztery koła, kilka żółtych taksówek i nieliczni przechodnie, opatuleni, jakby wybierali się na narty.

Odnajdując na moment zapach dzieciństwa, Juliette otworzyła usta i złapała w nie parę płatków śniegu. O mało nie upadła i dla utrzymania równowagi rozpostarła szeroko ramiona. Na szczęście stacja metra była niedaleko. Wystarczy uważać, żeby się nie pośliz…

Za późno. Zanim zdążyła dokończyć, runęła jak długa i zaryła nosem w śnieg.

Obok przeszli dwaj studenci, nie udzielając jej pomocy i śmiejąc się złośliwie. Juliette poczuła się upokorzona i była bliska płaczu.

Zdecydowanie ten dzień nie zaczął się najlepiej.

2

A my nadal jesteśmy ze sobą złączeni,Ona na wpół żywa, a ja na wpół martwy.

Victor Hugo

Parę kilometrów stąd, trochę dalej na południe, potężny landrover przejeżdżał przez opustoszały parking przy cmentarzu na Brooklyn Hill.

Plastikowa karta umieszczona w narożniku przedniej szyby pojazdu zawierała informację o nazwisku i zawodzie właściciela:

Doktor Sam Gallowayszpital Świętego MateuszaNowy Jork

Samochód zatrzymał się w pobliżu wejścia na cmentarz. Mężczyzna, który z niego wysiadł, mógł mieć około trzydziestki. Był dobrze zbudowany, miał na sobie płaszcz, a pod spodem doskonale skrojony garnitur. Wyglądał solidnie i elegancko, ale jego spojrzenie – dziwne z powodu oczu, z których jedno było niebieskie, a drugie zielone – zasnuwała mgiełka melancholii.

Czując mroźne i szczypiące powietrze, Sam Galloway zawiązał mocniej szalik i dla rozgrzewki chuchnął w ręce. Zrobił kilka kroków po śniegu w stronę cmentarnej bramy. O tej porze była jeszcze zamknięta, ale dzięki zeszłorocznej darowiźnie dla cmentarza Sam uzyskał prawo do posiadania własnego klucza.

Od roku przychodził tu regularnie raz w tygodniu, zawsze rano, przed udaniem się do szpitala. Ten rytuał był dla niego jak narkotyk.

To jedyny sposób, żeby pobyć z nią jeszcze trochę…

Otworzył małą żeliwną furtkę, którą zazwyczaj wchodził stróż, i włączył oświetlenie, po czym machinalnie skierował kroki między alejki.

Był to obszerny cmentarz położony na pagórkowatym terenie przypominającym park. Latem ludzie przyjeżdżali tu nacieszyć się widokiem różnych gatunków drzew i pospacerować cienistymi alejkami. Jednak tego ranka najcichszy świergot ptaka i żaden ruch nie zakłócały ciszy tego miejsca, poza śniegiem cicho tworzącym zaspy.

Po przejściu około trzystu metrów Sam dotarł do grobu swojej żony.

Śnieg dokładnie przykrył kamień nagrobkowy z różowego granitu. Rękawem płaszcza Sam oczyścił jego górną część, odsłaniając napis:

Federica Galloway(1974–2004)Spoczywa tu na wieki

a nad nim zdjęcie trzydziestoletniej kobiety o ciemnych włosach upiętych w kok i spojrzeniu uciekającym przed obiektywem aparatu.

Nieuchwytna.

– Dzień dobry – powiedział cicho. – Zimny dziś mamy ranek, prawda?

Od kiedy umarła rok temu, Sam zwykł rozmawiać z Federicą, jakby nadal żyła.

Tymczasem nie miał w sobie nic z osoby nawiedzonej. Nie wierzył ani w Boga, ani w życie pozagrobowe. Prawdę mówiąc, wierzył w niewiele rzeczy poza nauką medyczną. Był doskonałym pediatrą, który – w powszechnym mniemaniu – okazywał wiele współczucia swoim małym pacjentom. Mimo młodego wieku opublikował już w poważnych pismach medycznych liczne artykuły i otrzymywał wiele interesujących propozycji współpracy od różnych szacownych instytucji.

Sam zrobił niedawno specjalizację z jednej z dziedzin psychiatrii, która wychodzi z założenia, że nawet osoby dotknięte najstraszliwszą tragedią mogą odnaleźć siły i odbudować swoje życie, zamiast poddawać się chorobie i pogrążać w rozpaczy. Część jego pracy polegała zatem na naprawianiu najpoważniejszych urazów psychicznych, którym ulegały dzieci i które spowodowane były chorobą, agresją, gwałtem oraz przedwczesną śmiercią bliskich osób.

Jednak o ile był dobry w udzielaniu pomocy pacjentom w przezwyciężaniu cierpienia i odzyskiwaniu panowania nad sobą, o tyle wydawało się, że wobec siebie nie potrafił zastosować rad, jakie im dawał. Z pewnością dlatego, że niedawna śmierć żony zupełnie go załamała.

*

Historia jego związku z Federicą była dość skomplikowana. Znali się od bardzo wczesnej młodości i obydwoje dorastali w Bedford-Stuyvesant, zakazanej dzielnicy Brooklynu, która swoją złą sławę zawdzięczała handlowi narkotykami i rekordowej liczbie zabójstw.

*

Kiedy Federica miała sześć lat, jej pochodzący z Kolumbii rodzice opuścili ulice Medellin, nieświadomi tego, że zamieniają jedno piekło na inne. Zaledwie rok po przybyciu do Ameryki ojca dosięgła kula zabłąkana podczas jakiejś strzelaniny między rywalizującymi dzielnicowymi gangami. Federica została więc sama z matką, która stopniowo wpadła w sidła alkoholizmu, i narkotyków, zaczęła chorować.

Dziewczynka chodziła do obskurnej szkoły, której budynek znajdował się w samym środku wysypiska i złomowiska spalonych samochodów. Nie było tam czym oddychać i panowała napięta atmosfera, a na rogach ulic wystawali dealerzy zawsze gotowi do usług.

W wieku jedenastu lat, przebrana za chłopca, sama odprzedawała narkotyki w jednym podejrzanym barze na Bushwick Avenue. A działo się to w Brooklynie lat osiemdziesiątych i było jedynym sposobem na zdobycie działki potrzebnej jej matce. Zresztą, to właśnie matka nauczyła Federicę podstawowych reguł dealerki: nigdy nie oddawać towaru przed zainkasowaniem od kupującego forsy.

*

W college’u poznała dwóch młodszych od siebie chłopaków, którzy wydawali się inni od pozostałych: Sama Gallowaya i Shake’a Powella. Sam, klasowy intelektualista, zawsze z książką w ręku, samotnik wychowywany przez babcię, był jedynym białym w całej szkole, co przysparzało mu wielu wrogów, bo do tej szkoły chodzili głównie Afroamerykanie.

Natomiast Shake był istnym żywiołem. W wieku trzynastu lat był równie wysoki i umięśniony jak większość dorosłych mieszkających w dzielnicy, ale pod tym wyglądem złego chłopaka skrywał wrażliwą duszę.

We troje jednoczyli siły niezbędne do przeżycia w szemranym środowisku. Wzajemna pomoc i przyjaźń zrodziła się z tego, co ich różniło, i każdy odnajdował równowagę dzięki pozostałym. Kolumbijka, biały i czarny: serce, inteligencja i siła.

W miarę jak dorastali, starali się trzymać możliwie najdalej od awantur w dzielnicy. Widzieli spustoszenia, jakie czyniły w ich otoczeniu twarde narkotyki, i nie mieli ochoty po nie sięgać.

Sam i Federica nie wyobrażali sobie nawet, że pewnego dnia wydostaną się z tego szamba, w którym każdego dnia życie ludzkie wisiało na włosku. Wszechobecne ryzyko jego utraty nie zachęcało bynajmniej do snucia dalekosiężnych planów. Nie mieli zatem żadnych konkretnych ambicji, bo nie miał ich nikt wokół nich.

A jednak wbrew wszelkim oczekiwaniom i dzięki splotowi okoliczności wydostali się z tego bagna oboje. Zostając lekarzem, Sam „przeciągnął” przyjaciółkę z dzieciństwa do swojego otoczenia i rzecz jasna wkrótce się z nią ożenił.

*

Na cmentarzu śnieg nadal padał wielkimi płatkami. Sam nie odrywał wzroku od fotografii żony. Na tym zdjęciu Federica miała wbity w kok długi pędzel, a na sobie fartuch, który wkładała zawsze, gdy zabierała się do malowania. Zdjęcie zrobił Sam. Było trochę nieostre. Nic dziwnego: trudno było uchwycić Federicę nieruchomą.

*

W szpitalu nikt nie wiedział, skąd Sam pochodzi, a on nigdy na ten temat nie mówił. Nawet kiedy żył z Federicą, rzadko powracali w rozmowach do świata, który udało się im opuścić. Należy dodać, że komunikowanie się nie było najmocniejszą stroną jego żony. Dla ochrony przed mroczną aurą swojego dzieciństwa, dzięki malowaniu bardzo wcześnie stworzyła sobie własny świat, który odgradzał ją od wszystkiego. I to tak grubym murem, że jeszcze długo po wyprowadzce z Bed-Stuy nigdy naprawdę nie opuściła gardy. Sam postanowił, że uda mu się ją z tego „wyleczyć”, tak samo jak wyleczył wielu pacjentów. Ale sprawy potoczyły się inaczej. W miesiącach poprzedzających śmierć Federica coraz częściej zaszywała się w swoim świecie i zamykała w milczeniu.

W ten sposób jeszcze bardziej się od siebie oddalili.

Trwało to do pamiętnego wieczoru, kiedy otwierając drzwi do domu, młody lekarz odkrył, że żona postanowiła zrezygnować z życia, które stało się dla niej nie do zniesienia.

Wpadł w otępienie. Federica nigdy nie wysyłała sygnałów, które zapowiadałyby, że zamierza ze sobą skończyć. Pamiętał nawet, że ostatnio wydawała się spokojniejsza. Teraz rozumiał, że była spokojna jedynie dlatego, że podjęła już decyzję i w pewnym sensie zaakceptowała takie wyjście jako ostateczne wyzwolenie.

Sam przeszedł przez wszystkie stadia: rozpacz, wstyd, bunt… Nie było dnia, żeby nie zadawał sobie pytania:

Co powinienem był zrobić, a czego nie zrobiłem?

Dręczące go poczucie winy nie pozwalało zakończyć żałoby. Nie mogło być mowy o tym, by „odbudował swoje życie”. Nadal nosił obrączkę, pracował siedemdziesiąt godzin w tygodniu i często spędzał w szpitalu kilka nocy z rzędu.

Zdarzały się chwile, w których czuł złość do żony i zarzucał jej, że tak zwyczajnie odeszła, niczego mu nie zostawiając: żadnych słów pożegnania, żadnych wyjaśnień. Nie umiał sobie wytłumaczyć, co doprowadziło ją do tego ostatecznego kroku, tak osobistego i intymnego. Ale tak to już było. Bywają pytania, które pozostają bez odpowiedzi i trzeba się z tym pogodzić.

Oczywiście w głębi duszy wiedział, że żona tak naprawdę nigdy nie wyleczyła się ze swojego dzieciństwa. I nigdy tak naprawdę nie wyprowadziła się z blokowisk w Bed-Stuy, otoczona gwałtem, strachem i odłamkami szkła z ampułek po narkotykach.

Niektóre rany nie odnawiają się, ale nie można ich również całkowicie wyleczyć. Musiał się z tym pogodzić, nawet jeśli każdego dnia swoim pacjentom mówił zupełnie coś innego.

*

W głębi cmentarza gałąź jakiegoś drzewa złamała się pod ciężarem śniegu.

Sam zapalił papierosa i jak co tydzień opowiedział żonie o najważniejszych wydarzeniach ostatnich dni.

Po chwili przestał mówić. Wystarczało mu bycie z nią i ze wspomnieniami. Lodowate zimno ścinało mu twarz. Dobrze czuł się w otoczeniu wirującego śniegu, którego płatki przyczepiały się do włosów i zarostu, bo był obok niej.

Czasami w nocy, po wyczerpującym dyżurze, odbierał dziwne doznania zmysłowe bliskie halucynacji: zdawało mu się, że słyszy głos Federiki i że widzi ją w drzwiach pokoju lub na szpitalnym korytarzu. Wiedział dobrze, że to wszystko jest nierealne, ale przyzwyczaił się uważać te wizje za sposób obcowania z żoną.

Kiedy na dobre zrobiło mu się zimno, Sam postanowił iść do samochodu, jednak po przejściu kilku kroków nagle zawrócił.

– Już dawno chciałem ci o czymś powiedzieć, Federico…

Głos mu się załamał.

– O czymś, czego ci nigdy nie wyznałem… czego nie wyznałem nikomu…

Przerwał na moment, jakby nie był jeszcze pewien, czy chce kontynuować tę spowiedź.

Czy ukochanej osobie należy o wszystkim mówić? Sądził, że nie. A jednak ciągnął:

– Nigdy ci o tym nie mówiłem, bo… jeśli naprawdę jesteś gdzieś tam w górze, z pewnością dobrze o tym wiesz.

Nigdy dotąd nie czuł obecności żony tak intensywnie jak tego ranka. Może z powodu nierealnego pejzażu, całej tej bieli, która otaczała go zewsząd i sprawiała wrażenie, jakby znalazł się gdzieś w niebie.

Mówił więc długo, bez przerw, i wreszcie wyjawił jej to, co od tylu lat tkwiło w jego sercu.

Nie było to przyznanie się do zdrady małżeńskiej ani nie dotyczyło żadnego wspólnego problemu. Nie chodziło również o pieniądze. To było coś innego.

Coś o wiele poważniejszego.

Kiedy skończył, poczuł wewnętrzną pustkę i ogromne zmęczenie.

Zanim odszedł, resztką sił wyszeptał:

– Mam tylko nadzieję, że nadal mnie kochasz…

3

Uratować komuś życie to tak, jak się zakochać: nie ma silniejszego narkotyku. Potem przez kilka dni chodzimy po ulicach i wszystko, co widzimy, wydaje nam się zmienione. Wydaje się nam, że staliśmy się nieśmiertelni, jakbyśmy uratowali własne życie.

Fragment z filmu Ciemna strona miastaMartina Scorsese

Szpital Świętego Mateuszagodzina 17.15

Jak każdego wieczoru Sam skończył obchód, zatrzymując się na dłużej w dwóch salach. Zawsze zostawiał sobie tych chorych na koniec, może dlatego, że zajmując się nimi od dawna, traktował ich po trosze – nie przyznając się do tego otwarcie – jak członków rodziny.

Cichutko uchylił drzwi do sali numer czterysta trzy na oddziale onkologicznym dla dzieci.

– Dobry wieczór, Angelo.

– Dobry wieczór, doktorze Galloway.

Na jedynym w tej sali łóżku siedziała po turecku czternastoletnia dziewczynka, chuda, prawie przezroczysta. Na kolanach trzymała laptopa w cukierkowym kolorze.

– Co dziś nowego?

Odrobinę ironicznym tonem Angela opowiedziała mu o swoim dniu. Często zachowywała się arogancko, bo nie znosiła współczucia i użalania się nad jej chorobą. Nie miała rodziny. Zaraz po urodzeniu zostawiono ją na porodówce w małej miejscowości w New Jersey. Była dzieckiem zbuntowanym, niezbyt towarzyskim, ciągle przenoszonym z ognisk opiekuńczych do rodzin zastępczych, i dużo czasu upłynęło, zanim Sam zdobył jej zaufanie. Ponieważ wielokrotnie leżała w szpitalu, Sam prosił ją czasami, żeby pocieszała młodsze dzieci, które czekało leczenie lub operacja.

Zawsze kiedy widział, jak się śmieje, z trudem uświadamiał sobie fakt, że jej krew atakowana jest przez komórki rakowe.

Dziewczynka chorowała na białaczkę. Dwukrotnie przeszczepiano jej szpik, ale za każdym razem następował odrzut.

– Czy zastanowiłaś się nad tym, co ci powiedziałem?

– Nad nową operacją?

– Tak.

Choroba była obecnie w takim stadium, że jeśli nie spróbuje się jeszcze jednego przeszczepu, komórki rakowe zaatakują wątrobę oraz śledzionę i nie można będzie jej uratować.

– Nie wiem, czy to wytrzymam, panie doktorze. Czy będę musiała znów przejść chemioterapię?

– Niestety tak. Poza tym trzeba będzie przenieść cię do sterylnej sali.

Niektórzy koledzy Sama uważali, że jego starania na nic się nie zdadzą i że najlepiej pozwolić Angeli spokojnie przeżyć czas, który jej pozostał. Organizm był już tak wycieńczony, że prawdopodobieństwo powodzenia kolejnej operacji można było ocenić najwyżej na pięć procent. Mimo to Sam, który opiekował się nią troskliwie, nie dopuszczał do siebie myśli, że może ją stracić.

Nawet jeśli istnieje jedna szansa na milion, wykorzystam ją, myślał.

– Muszę się jeszcze zastanowić, panie doktorze.

– Oczywiście. Nie ma pośpiechu. To ty decydujesz.

Należało obchodzić się z nią delikatnie. Angela była wprawdzie bardzo dzielna, ale również niezwykle wrażliwa.

– Niech pan poczeka!

– Czekam.

Dziewczynka kliknęła na ekran komputera i włączyła drukarkę, z której po chwili wysunął się bardzo dziwny rysunek. Żeby odwrócić uwagę od choroby, Sam namówił ją na różne zajęcia artystyczne i z czasem malowanie i rysowanie pomagały Angeli lepiej znosić smutek codzienności.

Spojrzała z zadowoleniem na swoje dzieło, po czym podała je Samowi.

– Proszę. Narysowałam to specjalnie dla pana.

Wziął kartkę i popatrzył na nią zdziwiony. Grube, czerwone i żółte zakrętasy przypominały mu malarstwo Federiki. Był prawie pewien, że po raz pierwszy Angela namalowała coś niefiguratywnego. Już miał ją spytać, co przedstawia rysunek, ale zreflektował się, przypomniawszy sobie, jak bardzo żona nie cierpiała tego rodzaju pytań.

– Dziękuję, powieszę w moim gabinecie.

Złożył kartkę i schował do kieszeni fartucha. Powstrzymał się od pochwał, bo dobrze wiedział, że Angela ich nie lubi.

– Śpij dobrze – powiedział tylko, kierując się do wyjścia.

– Ja zdechnę, prawda?

Zatrzymał się w progu i spojrzał w jej stronę. Angela spytała ponownie:

– Jeśli nie zrobi mi się tego cholernego przeszczepu, to zdechnę?

Podszedł do niej powoli i usiadł na brzegu łóżka. Patrzyła na niego z mieszaniną bezczelności i strachu, on jednak wiedział, że w tym wyzywającym spojrzeniu kryje się przerażenie.

– To prawda, możesz umrzeć – przyznał.

Odczekał kilka sekund, po czym dodał:

– Ale to się nie zdarzy.

A potem:

– Obiecuję ci to.

*

Bar kawowy Starbucks – Piąta Aleja,godzina 16.59

– Poproszę duże cappuccino i babeczkę z jagodami.

– Już podaję.

Realizując zamówienie, Juliette spojrzała przez szybę. Nawet jeśli od jakiegoś czasu śnieg nie padał, miasto spowijało zimno i wiatr.

– Proszę bardzo.

– Dziękuję.

Rzuciła okiem na zegar wiszący na ścianie: jeszcze minuta i jej zmiana się skończy.

– Espresso macchiato i butelkę wody Evian.

– Chwileczkę.

Ostatnia klientka, ostatni dzień pracy, a za dwa dni żegnaj, Nowy Jorku.

Podała napoje nieskazitelnej „pracującej dziewczynie”, która odwróciła się na pięcie i nawet jej nie podziękowała.

Kiedy Juliette widziała takie dziewczyny na ulicy, patrzyła na nie z ciekawością i zazdrością. Jak tu wygrać z kobietami o smukłej sylwetce, ubranymi jak z żurnala, które doskonale znały wszystkie reguły gry i wszystkie sekretne kody?

One mają to wszystko, czego ja nie mam, myślała. Są mądre, wysportowane, pewne siebie… Potrafią mówić, nie tracąc rezonu, podkreślić swoją wartość, zręcznie prowadzić grę…

A zwłaszcza były financially secure, czyli miały dobrą pracę i adekwatne do niej zarobki.

Przeszła do szatni, zdjęła służbowy mundurek, następnie wróciła do dużej sali trochę zawiedziona, że żadna z dziewczyn należących do personelu nie życzy jej przed wyjazdem good luck.

Pomachała w stronę kontuaru, ale odpowiedziano jej niedbałym machnięciem. Ciągle to samo, jakby była niewidzialna.

Po raz ostatni przeszła przez długą salę. Już miała wychodzić, kiedy jakiś głos przy wejściu zawołał do niej po francusku:

– Mademoiselle!

Juliette spojrzała w stronę mężczyzny o szpakowatych włosach i starannie przystrzyżonej brodzie, siedzącego przy stoliku pod oknem. Nawet jeśli był stary, jego wygląd wskazywał, że jest silny. Szerokie ramiona i wysoki wzrost sprawiały, że kawiarniane meble wydawały się małe. Juliette znała tego klienta. Przychodził tu od czasu do czasu, najczęściej bardzo późnym wieczorem. Kilka razy, zwłaszcza pod nieobecność szefa, pozwoliła mu wprowadzić psa, czarnego doga noszącego dziwne imię Cujo.

– Przyszedłem się z panią pożegnać, Juliette. Jeśli dobrze zrozumiałem, wkrótce wraca pani do Francji.

– Skąd pan wie?

– Słyszałem – odparł lakonicznie.

Ten człowiek budził zaufanie i jednocześnie obawę. To było bardzo dziwne.

– Pozwoliłem sobie zamówić dla pani grzany cydr – powiedział, podając jej szklaneczkę napoju.

Juliette zatkało z wrażenia. Mężczyzna zdawał się dobrze ją znać, podczas gdy ona nigdy z nim nie rozmawiała. Za to teraz stała obok niego i czuła się jak otwarta książka.

– Proszę na chwilę usiąść – zaproponował.

Zawahała się przez moment, nie spuszczając z niego wzroku, ale w jego oczach nie dostrzegła żadnego niebezpieczeństwa. Tylko zmęczenie. Poza tym jakiś intensywny płomień, którego nie umiała określić.

W końcu zdecydowała się usiąść naprzeciwko niego i upiła łyk cydru.

Mężczyzna widział, że pod hałaśliwym sposobem bycia dziewczyny kryje się osoba wrażliwa i niepewna.

Za nic nie chciałby okazać się nachalny. Miał jednak mało czasu. Jego życie było skomplikowane, dni długie, a zajęcia niezbyt przyjemne. Postanowił zatem przejść do sedna.

– W przeciwieństwie do tego, co pani myśli, pani życie nie jest porażką…

– Dlaczego pan mi to mówi?

– Dlatego że każdego ranka sprawdza pani swój wygląd przed lustrem.

Zdziwiona Juliette odsunęła się trochę.

– Skąd pan wie, że…

Ale mężczyzna nie dał jej dokończyć:

– To miasto jest okrutne.

– To prawda – przyznała Juliette. – Każdy biegnie w swoją stronę, nie przejmując się innymi. Ludzie bez przerwy się o siebie ocierają, a jednak czują się bardzo samotni.

– Tak to już jest – westchnął, rozkładając szeroko ręce. – Świat jest, jaki jest, a nie taki, jaki chcielibyśmy, żeby był: sprawiedliwy świat, w którym ludziom przytrafiają się dobre rzeczy…

Mężczyzna milczał przez parę sekund, po czym dodał:

– Ale pani jest kimś dobrym, Juliette. Któregoś dnia widziałem, jak obsłużyła pani klienta, który nie miał pieniędzy, dobrze wiedząc, że należność za jego zamówienie zostanie odliczona od pani wynagrodzenia…

– To nic wielkiego – stwierdziła Juliette, wzruszając ramionami.

– To nic wielkiego i jednocześnie bardzo dużo. Nic nie jest bez znaczenia, ale nie zawsze ocenia się właściwie skutki swoich czynów.

– Po co pan mi to wszystko mówi?

– Bo chcę, by przed wyjazdem była pani tego świadoma.

– Przed powrotem do Francji?

– Proszę o siebie dbać, Juliette – rzucił, wstając, i właściwie nie odpowiedział na jej pytanie.

– Niech pan zaczeka! – krzyknęła.

Nie wiedząc dlaczego, koniecznie chciała go zatrzymać. Pobiegła za nim, ale on wyszedł już z kawiarni.

Przy obrotowych drzwiach leżało jeszcze sporo śniegu. Po raz trzeci tego dnia Juliette się pośliznęła. Zachwiała się do tyłu, ale zdążyła złapać za rękaw mężczyznę, który z tacą w ręku szukał wolnego miejsca. Niestety, szarpnęła tak mocno, że pociągnęła go na podłogę, gdzie wylądowali, oblani gorącym cappuccino.

Oto cała ja! Wieczna niezdara, która chciałaby mieć wdzięk Audrey Hepburn, a która bez przerwy ląduje nosem w rynsztoku.

Czerwona ze wstydu podniosła się szybko, przeprosiła wściekłego klienta, grożącego pozwaniem do sądu, i wypadła z kawiarni.

Manhattan znów się ożywiał. Miasto na powrót zamieniało się w stresujące mrowisko. Tuż przed kawiarnią odgłos maszyny do odśnieżania mieszał się z hałasem ulicznego ruchu. Juliette włożyła okulary, przeczesała wzrokiem aleję w kierunku północnym, następnie spojrzała w stronę downtown.

Ale mężczyzna zniknął.

*

W tej samej chwili Sam wsiadł do szpitalnej windy, wjechał na ósme piętro i zatrzymał się przed drzwiami sali numer osiemset osiem.

– Dobry wieczór, Leonardzie.

– Niech pan wejdzie, doktorze.

Ostatnia osoba, którą Sam odwiedzał tego wieczoru, nie była właściwie jego pacjentem. Leonard McQueen był jednym z najstarszych rezydentów szpitala Świętego Mateusza. Sam poznał go zeszłego lata podczas nocnego dyżuru. Nie mogąc zasnąć, stary McQueen postanowił wyjść na taras znajdujący się na dachu szpitala i wypalić papierosa. Oczywiście było to surowo zabronione. Tym bardziej że McQueen miał raka płuc w końcowym stadium. Jednak kiedy Sam natknął się na niego na dachu, nie zbeształ go jak niesfornego dzieciaka. Po prostu usiadł obok niego pod pretekstem odetchnięcia rześkim wieczornym powietrzem i przez chwilę rozmawiali. Od tej pory Sam odwiedzał go regularnie, pytając o zdrowie, i w ten sposób zrodziła się między nimi więź oparta na wzajemnym szacunku.

– No, to jak się pan dzisiaj czuje?

McQueen uniósł się na łóżku i trochę impertynenckim tonem odparł:

– Wie pan co, doktorze? Człowiek nigdy nie czuje się lepiej niż wtedy, gdy stoi nad grobem.

– To nie jest jeszcze to stadium, Leonardzie.

– Niech się pan nie wysila, doktorze. Wiem dobrze, że mój koniec się zbliża.

I jakby na potwierdzenie słuszności swoich słów zaczął długo kasłać, co rzeczywiście mogło świadczyć o pogorszeniu się stanu jego zdrowia.

Sam pomógł mu usadowić się na wózku, który przesunął w stronę okna.

McQueen przestał kasłać i jak zahipnotyzowany patrzył na leżące w dole miasto. Budynek szpitala znajdował się nad East River, skąd rozciągał się widok na siedzibę ONZ zbudowaną z marmuru, szkła i stali.

– No i co, doktorze? Nadal żyje pan w stanie wolnym?

– Nadal jestem wdowcem, Leonardzie, i przyzna pan, że to nie to samo.

– Wie pan, czego panu potrzeba? Małej partyjki z nogami w górze. Sądzę, że takie coś ujęłoby panu trochę powagi. W pana wieku nie jest wskazane zbyt rzadkie używanie własnych urządzeń, jeśli rozumie pan, co mam na myśli…

Sam nie mógł się nie uśmiechnąć.

– Wiem, o czym pan myśli, i nie musi mi pan tego rysować.

– Mówię poważnie, doktorze. Przydałby się ktoś w pana życiu.

Sam westchnął.

– Jeszcze na to za wcześnie. Przez pamięć o Federice…

McQueen nie dał mu jednak dokończyć.

– Z całym szacunkiem, ale nie mogę już tego słuchać. Byłem trzykrotnie żonaty i mogę pana zapewnić, że jeśli raz w życiu szczerze pan kogoś kochał, to może się to panu zdarzyć ponownie.

– Czy ja wiem…

Staruszek wyciągnął rękę w stronę widocznego w dali miejskiego mrowiska.

– Nie powie mi pan chyba, że wśród milionów ludzi na Manhattanie nie znajdzie się ktoś, kogo mógłby pan pokochać równie mocno jak swoją żonę.

– Myślę, że to nie jest takie proste, Leonardzie.

– A ja myślę, że pan sam wszystko komplikuje, doktorze. Gdybym był w pana wieku i miał pańskie zdrowie, nie spędzałbym wieczorów na pogaduszkach z takim starym człowiekiem jak ja.

– W takim razie pożegnam pana, Leonardzie.

– Zanim pan sobie pójdzie, chcę panu coś dać – powiedział staruszek, grzebiąc w kieszeni, z której wyciągnął pęk kluczy. – Kiedy przyjdzie panu ochota, niech pan wstąpi do mojego mieszkania. Moja piwniczka jest pełna wybornych win, które jak ten idiota trzymałem na specjalne okazje, zamiast je wypić.

Po kilku sekundach wymamrotał jakby do siebie:

– Jaki człowiek jest czasami głupi.

– Wie pan, ja nie jestem wielkim amatorem…

– Niech pan uważa na słowa – żachnął się McQueen. – Tu nie chodzi o jakieś tam sikacze. Ja panu mówię o najszlachetniejszych francuskich winach wartych fortunę. Bez porównania lepszych od tych wszystkich cienkuszy rodem z Kalifornii czy Ameryki Południowej. Niech pan je wypije za moje zdrowie. Serio. Proszę mi obiecać, że pan to zrobi.

– Obiecuję – odpowiedział Sam z uśmiechem.

McQueen rzucił klucze, a Sam złapał je w locie.

– Miłego wieczoru, Leonardzie.

– Nawzajem, doktorze.

Wychodząc z sali, Sam pomyślał o tym, co powiedział stary Leonard: „Człowiek nigdy nie czuje się lepiej niż wtedy, gdy stoi nad grobem”.

4

Kochamy to, czym sami nie jesteśmy.

Albert Cohen

– Colleen? Jesteś tam?

Juliette otworzyła ostrożnie drzwi, starając się nie upuścić na podłogę chińskich dań i butelki wina, które właśnie kupiła za napiwki z całego tygodnia.

– Colleen? To ja. Wróciłaś już?

Przed południem jej współlokatorka zadzwoniła do niej do kawiarni i powiedziała, że rozmowa kwalifikacyjna przebiegła bardzo dobrze i że dostała pracę. W związku z tym postanowiły spędzić babski wieczór i odpowiednio uczcić to wydarzenie.

– No gdzie ty jesteś?

W odpowiedzi usłyszała tylko miauczenie kota, który przybiegł z pokoju i zaczął ocierać się o jej nogi, mrucząc z zadowolenia.

Juliette położyła pakunki na kuchennym stole, wzięła kota na ręce i przeszła szybko do salonu, jedynego w całym mieszkaniu pomieszczenia, w którym zostawiały włączone ogrzewanie.

Przez dłuższą chwilę siedziała z zamkniętymi oczami, przyciśnięta do kaloryfera nastawionego na maksimum. Fala ciepła wspięła się wzdłuż jej nóg, po czym rozpłynęła po całym ciele.

Mmm… To lepsze niż facet!

Nie otwierając oczu, oddała się przez chwilę marzeniom o życiu w doskonałym świecie, w którym chmurki nagromadziły tyle wody, że po przyjściu z pracy do domu można wziąć wspaniałą gorącą kąpiel.

Ale nie należy żądać zbyt wiele.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła mrugające światełko automatycznej sekretarki. Z żalem odeszła od grzejnika, by odsłuchać wiadomości.

Masz jedną nową wiadomość:

Cześć, Juliette, to ja. Bardzo mi przykro, ale nie będzie mnie dziś wieczorem. Nie zgadniesz dlaczego. Jimmy zaprasza mnie na dwudniowy pobyt na Barbadosie! Wyobrażasz sobie? Na BAR-BA-DO-SIE! Gdybym nie zdążyła się z tobą zobaczyć, życzę ci miłego powrotu do Francji.

Juliette poczuła się rozczarowana.

Tak to już jest z przyjaźnią po amerykańsku: dzielisz z kimś mieszkanie, a kiedy przyjdzie chwila rozstania, wszystko, co ci zostaje, to krótka wiadomość na automatycznej sekretarce!

Nie należało mieć złudzeń. Jasne, że Colleen wolała spędzić weekend w towarzystwie narzeczonego niż z nią!

Juliette zaczęła chodzić po mieszkaniu tam i z powrotem, przeżuwając w milczeniu żal do Colleen, aż zatrzymała się przed paroma zdjęciami – pamiątką po ważnych momentach w ich życiu.

Lądując na Manhattanie, każda miała dokładnie określony cel: Colleen chciała zostać adwokatem, a Juliette pragnęła być aktorką. Na realizację tych planów wyznaczyły sobie trzy lata. A jaki jest wynik tego wyścigu? Jedna z nich została właśnie zatrudniona w prestiżowej kancelarii adwokackiej, podczas gdy druga skończyła jako kelnerka w kawiarni!

Dzięki uporowi i wytrwałej pracy Colleen z pewnością zostanie wkrótce wspólniczką w jakiejś kancelarii. Zarobi dużo pieniędzy, za które będzie mogła ubierać się u Donny Karan i które pozwolą jej na spokojne zajmowanie się ważnymi sprawami w zaciszu wygodnego gabinetu w którejś ze szklanych wież. Zostanie tym, kim miała nadzieję zostać: jedną z tych szybkich i nieprzystępnych executive women, spotykanych rano na Park Avenue.

Juliette miała sobie za złe, że zazdrości swojej współlokatorce. Jednak kontrast między sukcesem tamtej a jej własną życiową porażką był tak ostry, że przyprawił ją o ból brzucha.

Co ją czeka po powrocie do Francji? Na co przyda się dyplom z literatury klasycznej? I pomyśleć, że będzie zmuszona mieszkać z rodzicami! Przypomniała sobie swoją młodszą siostrę Aurelię, nauczycielkę, która wyszła za mąż za żandarma i przeprowadziła się do Limoges, gdzie go właśnie przeniesiono. Aurelia i jej mąż surowo oceniali „cygańskie życie” Juliette i uważali ją za osobę nieodpowiedzialną.

Wielu jej paryskim przyjaciołom jakoś się w życiu powiodło. Większość zdobyła dobry zawód, rzekomo kreatywne zajęcia, dzięki którym „realizowali się” jako inżynierowie, dziennikarze, informatycy… Żyli w stałych związkach, brali kredyty na spłatę domu i mieli jedno lub dwoje dzieci, które teraz bawiły się na tylnym siedzeniu renault mégane.

Jeśli o nią chodzi, nie miała żadnej z tych rzeczy; ani stałej pracy, ani miłości, ani dziecka. Dobrze wiedziała, że wyprawa do Nowego Jorku z zamiarem szukania szczęścia w zawodzie aktorskim była mrzonką. Wszyscy wokół bez przerwy jej powtarzali: to nie jest rozsądne. To prawda, że obecne czasy nie sprzyjały szalonym pomysłom. Raczej faworyzowały chłód, ostrożność, „zero ryzyka”. Społeczeństwo także głosiło roztropność, emeryturę po dwudziestu pięciu latach, radarową czujność, rygor i zakaz palenia…

Ale Juliette nikogo nie posłuchała. Wierząc niezłomnie w swoją szczęśliwą gwiazdę, mówiła sobie, że któregoś dnia zadziwi wszystkich i że ludzie zaczną traktować ją bardziej serio, kiedy przeczytają na okładce „Paris Matcha”: MŁODA FRANCUZKA DOSTAŁA GŁÓWNĄ ROLĘ W HOLLYWOOD! Nigdy nie opuszczała rąk i walczyła, jak umiała. Lecz nie udało się, bo albo była zbyt miła, albo zbyt w stylu „dzielna dziewczynka”. Oczywiście wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby była „córką…”. Ale jej tata nie nazywał się Gérard Depardieu, tylko Gérard Beaumont, i z zawodu był optykiem w Aulnay-sous-Bois.

A może w gruncie rzeczy wcale nie ma talentu? Gdyby jednak nie wierzyła w siebie, co mogłaby zrobić? Wielu aktorów i aktorek długo czekało na sławę: Tom Hanks przez całe lata grał w kiepskich teatrach, Michelle Pfeiffer była kasjerką w supermarkecie, Ala Pacino nie przyjęto do Actors Studio, Sharon Stone dostała pierwszą rolę bardzo późno, a Brad Pitt w przebraniu kurczaka sprzedawał sandwicze w centrum handlowym.

Jednak najważniejsze było to, czego nikt nie mógł zrozumieć: Juliette czuła, że żyje tylko wtedy, gdy gra. Nieważne, że jest to sztuka wystawiana przez jakiś teatr uczelniany i że na sali siedzi tylko dwoje widzów: istniała dzięki roli. Była sobą tylko wtedy, kiedy stawała się kimś innym. Jakby musiała wypełnić w sobie jakąś pustkę, jakby prawdziwe życie jej nie wystarczało. Za każdym razem, kiedy to mówiła, przez głowę przechodziła jej myśl, że ta potrzeba szukania alternatywy dla rzeczywistości ma w sobie coś patologicznego.

*

Odegnała te ponure myśli, nucąc piosenkę Aznavoura: Widziałem się już na afiszu… Nie przerywając śpiewania, weszła do pokoju Colleen. Na krześle leżały starannie złożone cholernie drogie ubrania, jakie jej współlokatorka kupowała przed ważnymi spotkaniami w sprawie pracy. Inwestycje dość ryzykowne, które jednak mogły się wkrótce zwrócić. Juliette nie mogła oprzeć się pokusie i postanowiła je przymierzyć, zwłaszcza że Colleen i ona nosiły ten sam rozmiar.

Zdjęła dżinsy i stary sweter, po czym włożyła szary kostium od Ralpha Laurena. Puściła do siebie oko w lustrze.

Nieźle.

Następnie włożyła elegancki czarny golf z kaszmiru i wsunęła stopy w mokasyny od Ferragamo.

W wirze tej zabawy umalowała się leciutko: trochę pudru na twarz, trochę tuszu na rzęsy i kreseczka eye-linera.

– Lustereczko, lustereczko, powiedz mi, kto jest najpiękniejszy?

Ta przemiana ją zaskoczyła. W takim przebraniu do złudzenia przypominała jakąś businesswoman. Ubranie robi jednak swoje.

Rozzuchwalona, wyszeptała w stronę lustra:

– Juliette Beaumont, bardzo mi miło. Jestem adwokatką.

Tak ubrana zeszła po schodach do kuchni, skąd wzywało ją miauczenie Jeana-Camille’a, domagającego się swojej porcji jedzenia.

Wrzuciła mu do miseczki zawartość jednego opakowania z chińszczyzną.

– Masz tu coś pysznego: kurczak pięć smaków i tajlandzki ryż.

Pogłaskała po głowie zwierzaka, który mruczał z zadowolenia, i oznajmiła mu:

– Juliette Beaumont, bardzo mi przyjemnie. Jestem adwokatką.

Nagle postanowiła nie spędzać tego wieczoru samotnie jak stara panna. A może by tak zafundować sobie teatr? Na przykład komedię muzyczną na Broadwayu? Na godzinę przed spektaklem teatry na Times Square oferowały czasami niewykupione bilety po całkiem rozsądnej cenie. Poza tym z powodu śniegu wielu ludzi mogło zrezygnować z wyjścia z domu. Trzeba spróbować szczęścia. Teraz albo nigdy. A może wybrać się na Upiora w operze albo Koty? Przejrzała się ponownie w lustrze w łazience i po raz pierwszy od dawna uznała, że jest ładna.

– Przykro mi, Jean-Camille, ale Nowy Jork czeka na mnie! – zawołała do kota z teatralną emfazą.

Poszła znowu do pokoju Colleen, wzięła jej szalik burberry i wyszła w krystaliczną zimową noc, zdecydowana dobrze wykorzystać ostatnie godziny na Manhattanie…