Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 178 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uratowane z potopu - Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski

Polskę i Szwecję, dwa państwa leżące po dwóch stronach Bałtyku, w XVII wieku łączyła jedna dynastia – Wazowie. Szwecji ich panowanie przyniosło spektakularny rozwój, prawdziwy złoty wiek. Polsce – potop szwedzki i bezprzykładny rabunek dóbr kultury. Wystarczyło pięć lat, by Rzeczpospolita, europejska potęga, legła w gruzach. Takiego spustoszenia nie dokonali potem ani naziści, ani Rosjanie podczas II wojny światowej.
Historia „Uratowanych z potopu” osnuta jest wokół trwającej cztery lata wyprawy poszukiwawczej. Jej celem było wydobycie z dna Wisły zabytków, które szwedzcy żołnierze w XVII wieku zabrali z warszawskich rezydencji polskiego króla, włożyli na barki rzeczne i próbowali wywieźć do Szwecji. Jednak błędnie nawigowane jednostki wpadły na rzeczne głazy i zatonęły, a pamięć o wiezionych skarbach przybrała postać miejskiej legendy. Nikt nie wiedział nigdzie bezcennego ładunku marmurów…
Autorzy książki – archeolog i historyk w osobie Huberta Kowalskiego oraz nurek i dziennikarz naukowy Marcin Jamkowski – po z górą trzech wiekach od zakończenia potopu szwedzkiego rozpoczynają śledztwo. Ruszają do archiwów i pytają badaczy. Przeglądają listy króla Jana Kazimierza, księcia Radziwiłła i szwedzkiego feldmarszałka Wrangla. Pływają po rzece i sondują dno. Dostają nieoczekiwane podpowiedzi od stalinowskich biurokratów, zawodowych hydroakustyków i wiślanych nurków. Na końcu tej wyprawy, w której weźmie udział setka entuzjastów i wolontariuszy, z mętnego nurtu Wisły wyłaniają się zachwycające zabytki. Przy okazji pokazywania historii ich odnalezienia, autorzy opowiadają o mało znanych rozdziałach historii Europy.

UWAGA:
E-book „Uratowane z potopu” dostępny jest w sprzedaży bez filmu dokumentalnego w reżyserii Marcina Jamkowskiego i Konstantego Kulika.

Opinie o ebooku Uratowane z potopu - Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski

Fragment ebooka Uratowane z potopu - Marcin Jamkowski, Hubert Kowalski

Redakcja: Aneta Borowiec

Korekta: Sylwia Chrabałowska

Projekt graficzny okładki: Tomasz Majewski

Fotografie Marzeny Hmielewicz pochodzą z archiwów Adventure Pictures oraz studia filmowego Arkana

Pozostałe fotografie: Muzeum Narodowe w Warszawie s. 20, 107; domena publiczna s. 22, 25, 54, 55, 62, 120; Biblioteka Narodowa w Warszawie s. 30, 97; BE&W s. 34, 39, 44, 213; Archiwum Główne Akt Dawnych w Warszawie s. 32-33, 86, 117, 119; Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego (gabinet rycin) s. 65, 82; Konstanty Kulik (klatka z filmu) s. 68, 144; Grzegorz Skowronek/Agencja Gazeta s. 75; Agencja Forum s. 78-79; Hauptstaatsarchiv Dresden s. 90; Muzeum Warszawy s. 99, 151; Hubert Kowalski s. 138; Marcin Jamkowski s. 47, 102, 131, 154, 158-159, 164, 180, 234-235; CAF/PAP s. 206; Zamek Królewski w Warszawie s. 208-209; Joanna Mastalerz-Kulik s. 245.

Przygotowanie zdjęć do druku: Małgorzata Charewicz

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2018

© copyright by Maciej Jamkowski 2018

© copyright by Hubert Kowalski 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2183-7 (epub), 978-83-268-2184-4 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Audaces fortuna iuvat

(Odważnym szczęście sprzyja)

WERGILIUSZ, Eneida

NAJLEPSZYM PORTRETEM MĘŻCZYZNY SĄ JEGO CZYNY

Zamek Skokloster wznosi się na wysokiej skarpie nad rozległym jeziorem Melar. Ramiona tego wąskiego, postrzępionego akwenu rozciągają się na kilkadziesiąt kilometrów od Uppsali po Sztokholm. W XVII wieku, gdy powstał zamek, skuta lodem tafla jeziora służyła jako autostrada. Kupcy z konnymi zaprzęgami podróżowali tędy po lodzie z wybrzeża Bałtyku do Uppsali, która była drugim najważniejszym miastem Szwecji, i dalej – w głąb kraju. Okutani w ciepłe futra z upolowanych łosi, bobrów i królików wozili daleko na północ solone mięso i ryby, tkaniny, a czasem nawet egzotyczne przyprawy.

Zamek ma kształt czworokąta zwieńczonego w narożnikach ośmiobocznymi wieżami. Przypomina warszawski Zamek Ujazdowski, tylko jest wyższy. Ma trzy spektakularne kondygnacje i czwartą malutką. Jakby zabrakło czasu, by ją dokończyć. Albo pieniędzy. Złośliwi mówią, że skończyły się wojny i nie było już z czego budować. Życzliwi – że szwedzki król nagle opodatkował magnatów.

Zamku nie dotknęły wojny, pożogi, rabunki ani zawieruchy reformy rolnej. Stał tu nietknięty przez ostatnich 350 lat. Zamknięty jak w kapsule czasu, niczym owad w bursztynie. Wewnątrz murów wszystko zachowało się tak, jak rozkazał zbudować XVII-wieczny magnat. Dopiero kilkadziesiąt lat temu szwedzkie państwo odkupiło zamek i otworzyło go dla zwiedzających.

Feldmarszałek Wrangel budował zamek Skokloster, aby przyćmić innych szwedzkich magnatów, ale także sławę własnego ojca. Postawił zamek tak, by górował nad bryłą dawnego ojcowskiego dworu i rzucał na niego cień.

Dyrektor zamku nazywa się Bengt Kylsberg i jest postawnym mężczyzną o szerokich ramionach. Zimą chodzi po zamku w grubej kurtce i ciepłej czapce. Dawniej nie było ogrzewania, więc i dziś nikt go nie zainstalował. Bengt przechodzi przez imponujący hol podparty kolumnami i wchodzi schodami na pierwsze piętro. Mija wypisane na ścianach łacińskie, niemieckie i francuskie sentencje. „Najlepszym portretem mężczyzny są jego czyny”. „Piękna kobieta jest zatraceniem dla duszy i czyśćcem dla portfela”. „Lepszy i bezpieczniejszy jest pewny pokój niż oczekiwane zwycięstwo”.

Za Bengtem przechodzimy przez pokoje i wchodzimy do salonu. Słychać westchnienia zachwytu – na suficie znajduje się ogromna płaskorzeźba, plafon ze sceną walki świętego Jerzego ze smokiem. Pod nim wisi żyrandol z setkami małych szklanych kryształków przeplatanych granatowymi i czerwonymi kamieniami. Przechodzimy przez apartamenty magnata i przez sypialnię jego żony. Wchodzimy do pokoi dla gości.

Marcin patrzy pod nogi i staje jak wryty. Z trudem łapie oddech. Klęka. Gładzi ręką lśniący kawałek czarnego kamienia i mierzy go palcami. Zagląda do sąsiedniego pomieszczenia – tam na podłodze są już tylko zwykłe drewniane deski. Wszyscy wpatrują się w niego zdziwieni, najbardziej dyrektor Bengt Kylsberg.

– Dlaczego w sąsiedniej sali jest inna podłoga? – pyta go Marcin.

– Inna?

– Tu marmury, a tam deski. Zabrakło kamienia?

– A wie pan co, jeszcze nikt nigdy nie zadał takiego pytania. Chyba nie znamy odpowiedzi. Pan wie? – na twarzy Bengta Kylsberga rysuje się zaciekawienie.

– Wiem!

– To dlaczego?

– Bo ja go mam!

Dyrektor patrzy na Marcina z niedowierzaniem.

SKARBY Z DNA WISŁY

Z daleka wyglądamy, jakbyśmy szli po wodzie. Wisła szeroko rozlewa się w korycie i ledwie zakrywa nasze stopy. Co jakiś czas wyższa fala lub zagłębienie w dnie powodują, że zanurzamy się w wodzie – do kolan, po pas. Jest nas z 10 osób. Niektórzy w czarnych kombinezonach nurków, inni w wędkarskich woderach. Idziemy z pochylonymi głowami, jakby zobowiązani do pokory w jakimś medytacyjnym rytuale.

Woda czasem jest tak głęboka, że podcina kroki i porywa. Nie ma sensu wtedy walczyć, trzeba przewrócić się z pluskiem i płynąć chwilę z prądem. Potem odwrócić się na brzuch i podpłynąć, aby znowu złapać grunt pod nogami.

Mrużymy oczy, bo słońce odbijające się od fal Wisły oślepia. Próbujemy dojrzeć, co jest pod wodą, ale na ogół bezskutecznie. Płynąca nizinnym korytem niesie ze sobą tony drobniutkiego osadu. Ten osad i zakwity glonów sprawiają, że woda ma zaledwie 10 centymetrów przejrzystości. Jest jak stary gęsty olej. Wzrok się nie przebije.

Chodzimy skupieni. Co chwila ktoś się zatrzymuje, przyklęka i po omacku sprawdza coś pod wodą. Czasem lepiej przymknąć oczy, by łatwiej wyobrazić sobie te podwodne kształty. Kopiemy rękami, lecz piasek na dnie jest twardy niczym skała.

Wyciągamy żwir, czasem kamienie i stare cegły. Bywa, że butelkę, puszkę, krowią kość, namokniętą gałąź, deskę, ławkę, rurę czy zużytą część od samochodu, dla której ktoś miejsce spoczynku znalazł w Wiśle – królowej polskich rzek i naszym nadbałtyckim oknie na świat.

Jest jesień. Typowy polski październik. Zimny i wietrzny. Z krótkim dniem i słońcem niezbyt śmiało przebijającym się przez chmury dopiero pod wieczór. Na horyzoncie majaczy ściana błyszczących wieżowców śródmieścia Warszawy.

Nagle Hubert się zatrzymuje i woła pozostałych. Podchodzimy powoli, zmęczeni po całym dniu poszukiwań. Stajemy w kręgu i patrzymy, jak zakłada maskę i zanurza głowę pod wodę. To na nic, wynurza się i dalej po omacku porusza rękami. Wreszcie ma. Coś znalazł. Palcem w powietrzu rysuje kształt, szukając zrozumienia u pozostałych, ale wzruszamy ramionami, bo nie potrafimy rozpoznać nic znajomego. Hubert znów wkłada ręce pod wodę. Skrobie palcami twardy piach. Ręką odkrywa regularny kształt. Mówi, że przez rękawiczki czuje gładką krawędź, jakby ślad szlifu zrobionego ręką człowieka. Dopiero wtedy rzucamy się do pomocy.

Podkopujemy, podważamy. Nie zważając na ręce grabiejące w lodowatej wodzie, staramy się wydostać na powierzchnię ten obcy dla rzeki kształt. Delikatnie podważamy jedną krawędź, a bystry nurt rzeki wdziera się pod przedmiot i pomaga nam w końcu odkleić go od dna. Podnosimy znalezisko ku powierzchni. Przez kilka sekund nikt nic nie mówi.

Nie dowierzamy temu, co widzimy. Patrzymy na gładki i lśniący kawałek czarnego kamienia. W jego mokrej powierzchni odbija się zachodzące słońce. Taki kamień nie należy do tej rzeki. Nie jest śladem po lodowcu, który naznosił tu otoczaków i głazów narzutowych. Ma równy, prosty obrys zrobiony przez człowieka. Kształt wydłużonego sześciokąta długości prawie łokcia.

– To marmur! Kawałek posadzki! Z zamku. Z pałacu. Może z kościoła! – woła Hubert.

Wszyscy rzucamy się w wodę po pas. Dotykamy dna centymetr po centymetrze. W końcu ktoś krzyczy i wydobywa drugą płytkę. Za moment na powierzchnię wychodzi kolejna. I jeszcze jedna. I jeszcze. Nim zmrok wygoni nas z wody, wydobędziemy z dna rzeki 250 płytek.

Sześciokątne płytki z czarnego marmuru musiały kiedyś zdobić królewską rezydencję. Obrośnięte glonami po 350 latach spędzonych na dnie Wisły czekają na konserwację.

Ciemne, marmurowe sześciokąty układamy szybko na pobliskiej łasze piachu. Leżące równo jedna obok drugiej wyglądają niczym wielki plaster miodu. Ich górna płaszczyzna jest piękna, pracowicie wypolerowana. Spód nosi zgrzebne ślady kamieniarskiego dłuta i resztki murarskiej zaprawy. Wprawne oko historyka sztuki i archeologa, którym jest Hubert, od razu zauważa, że mają kilkaset lat.

Co piękne stare marmury robią na środku polskiej rzeki?

I dlaczego takie same marmurowe płytki leżą w szwedzkim zamku na dalekiej Północy?

Czy to możliwe, że jedne i drugie są drobną częścią wielkiego królewskiego skarbu, który zaginął 350 lat temu? Skarbu, którego niewielu miało odwagę poszukiwać...

RENESANS U WIKINGÓW

Pierwsza miała wyjść za mąż Anna. Była starsza od Katarzyny o kilka lat, a przyjętym zwyczajem na królewskich dworach było wydawanie córek według wieku. Jednak wysłannicy z dalekiej Północy postawili sprawę jasno – nie interesują ich zwyczaje, interesuje ich Katarzyna Jagiellonka, córka polskiego króla Zygmunta Starego i jego włoskiej żony Bony Sforzy.

Dlaczego posłowie postawili sprawę na ostrzu noża: „albo ta, albo żadna” – nie wiadomo. Prawdopodobnie Katarzyna miała opinię ładniejszej, zdolniejszej i bardziej wrażliwej na piękno. Historia milczy na temat tego, skąd się taka opinia wzięła. Nie było jednak o co się targować – po śmierci Zygmunta Starego ponad trzydziestoletnie królewny miały już małą szansę na zamążpójście. W tamtym czasie ślub był jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu kobiety i gdy w 1561 roku trafił się wreszcie w miarę poważny kandydat, to matka i starszy brat Katarzyny Jagiellonki – Zygmunt August, na którego barki po śmierci ojca spadł obowiązek szczęśliwego wydania sióstr za mąż – naciskali na królewnę, by przyjęła oświadczyny.

Kandydatem na męża był Jan III Waza. Młodszy od Katarzyny o 11 lat Jan był księciem, pod którego władaniem znajdowała się Finlandia, wówczas szwedzka prowincja. Panując z dala od sztokholmskiej stolicy, Jan mógł rządzić, jak chciał, a jego zainteresowania sięgały na południe.

Katarzyna Jagiellonka i Jan III Waza po osadzeniu w areszcie domowym w zamku Gripsholm doczekali się potomka – przyszłego króla Zygmunta III Wazy. Obraz Józefa Simmlera z 1859 roku.

Wybór Polki na żonę był kontrowersyjny – Polska i Szwecja były o krok od wojny o Inflanty, czyli krainę leżącą na terenach dzisiejszej Łotwy i Estonii. Jan w małżeństwie z Polką widział sposób na uniknięcie tego konfliktu. Miał także nadzieję na zbliżenie z Europą oraz na coś bardzo osobistego – na awans społeczny. Zamożna, wykształcona i świetnie urodzona polska królewna mogła mu pomóc odróżnić się od przyrodniego brata, króla Szwecji Eryka XIV.

Eryk był podejrzliwy, raptowny, nieobliczalny i – co zazwyczaj idzie w parze – ponury. Raz starał się o rękę królowej Elżbiety I i podnosił swatów do godności oficjalnych posłów, a zaraz potem wtrącał ich do więzień. Ostatecznie odtrącony przez angielską królową dostał także kosza od księżniczek niemieckich. Gdy możliwości międzynarodowych mariaży się wyczerpały, ożenił się ze swoją kochanką, ubogą chłopką z Upplandu. Historycy mówią, że był prosty i przesądny. Gdy nie wiedział, jaką podjąć decyzję, los swój i kraju powierzał astrologom, na podstawie przepowiedni magów szafował nawet wyrokami śmierci.

Miał zapędy autorytarne i absolutystyczne. Dążąc do pełni władzy, pozbawił swoich braci większości zaszczytów i uprawnień nadanych im przez ojca, Gustawa I Wazę, założyciela szwedzkiej państwowości, który uwolnił kraj spod dominacji Duńczyków.

Katarzyna Jagiellonka po krótkim wahaniu zgodziła się przyjąć oświadczyny Jana III Wazy. Ślub odbył się jesienią 1562 roku na zamku w Wilnie. Tuż po skromnych uroczystościach weselnych nowożeńcy udali się w podróż do zamku Åbo, w dzisiejszym Turku w Finlandii, gdzie znajdowała się siedziba księcia Jana. Dotarli tam po kilku tygodniach.

Zamek w Turku był prostym, zimnym zamczyskiem, które miało więcej potencjału obronnego niż urody. W niczym nie przypominał bogatego i gwarnego dworu na krakowskim Wawelu, gdzie Katarzyna Jagiellonka wychowała się pod wielkim wpływem włoskiej matki, miłośniczki kultury, i sprowadzonych przez nią nauczycieli ze słonecznej Italii. Królewnie zaszczepiono dobry gust, poczucie piękna i poszanowanie wolności, jakie przyświecały ideom renesansu.

Podróż do zacofanego północnego kraju była dla niej wyzwaniem. Ojczyzna męża była biedna, a dbałość jego mieszkańców o higienę – niewielka. W siennikach, które zaoferowano królewskiej córce i jej świcie, mieszkały pluskwy.

Szwedzki król Eryk XIV miał opinię szaleńca i raptownika. Ponieważ obawiał się brata, który poślubił polską królewnę Katarzynę Jagiellonkę, skazał go na areszt domowy. Portret pędzla Dominicusa Varvilta.

Młoda żona postanowiła jednak zaszczepić idee z południa Europy w dawnej krainie wikingów.

– Sprowadziła się do zamku w Turku razem z wielkim dworem. Przywiozła ze sobą 59 osób: malarzy, muzyków, złotnika, damy dworu, księży, a nawet czterech karłów, bez których nie mógł się obyć żaden szanujący się dwór. Razem z nią przyjechały prawdziwe skarby: arrasy, stroje, dzieła sztuki, biżuteria, no i księgi. Można śmiało powiedzieć, że to właśnie ona pierwsza przywiozła do Szwecji renesans – uważa Herman Lindqvist, historyk i autor kilkudziesięciu książek o historii Szwecji.

W archiwach zachował się spis przedmiotów, z którymi Katarzyna Jagiellonka pojechała do Szwecji. Zabrała ze sobą: naszyjnik diamentowy, łańcuchy, złote i srebrne pasy, wieńce perłowe, bransolety, perłowe czepce, ozdoby do strojów ze złota, pereł i kamieni, naczynia stołowe ze srebra i złota ze złoconymi herbami królewskimi, zwierciadło, modne suknie w stylu hiszpańskim szyte ze złotogłowiu, aksamitów i atłasów, bogato zdobione klejnotami, perłami i złotem. A także futra, pościel, tkaniny dekoracyjne, wytworną bieliznę osobistą oraz szaty liturgiczne, które w opinii historyków stanowiły najcenniejszy element posagu.

Na wieść o tym, że Jan poślubił polską królewnę, król Eryk wpadł we wściekłość. Przekonany o tym, że to spisek przeciwko niemu, kazał brata i jego żonę uwięzić w zamku Gripsholm niedaleko Sztokholmu. Małżonkowie spędzili tam cztery lata. W tym czasie na świat przyszedł syn Katarzyny Jagiellonki i Jana III Wazy, Zygmunt III Waza.

Król Eryk tymczasem ewidentnie staczał się w obłęd. Miarka się przebrała w 1567 roku, gdy kazał wymordować kilkunastu arystokratów, bo był przekonany, że konspirowali przeciw niemu. Latem 1568 roku obalono go i aresztowano (a dziewięć lat później z rozkazu Jana – otruto).

Na tron wstąpił Jan III Waza, a Katarzyna Jagiellonka została szwedzką królową. Mimo że obca, Polka była lubiana. Liczono się z jej zdaniem i ją szanowano. Jej wkład w kulturę Szwecji był widoczny na pierwszy rzut oka – pod wpływem żony Jan przebudował w renesansowym stylu między innymi zamki w Sztokholmie, Uppsali, Vadstenie i Kalmarze.

Katarzyna zmarła w Sztokholmie w 1583 roku. Wyprawiono jej pogrzeb z królewskimi honorami i pochowano w katedrze w Uppsali w marmurowym sarkofagu ozdobionym złotymi płaskorzeźbami aniołów i rzeźbą z białego alabastru, przedstawiającą modlącą się Katarzynę z insygniami władzy. Nad nią na ścianie znajduje się fresk z widokiem na Kraków.

Do katedralnego muzeum trafiły korona i berło królowej, a także jej złoty wisior z wysadzaną drogimi kamieniami tarczą z koroną, ozdobiony dużą literą „C” (od imienia Catherine) oraz bielutkim putto – figurą małego chłopca. Malarz Lucas Cranach Młodszy, który stworzył najbardziej znany portret królowej, tak się zachwycił tym naszyjnikiem, że z detalami przedstawił go na swoim obrazie.

Niestety, dobry obraz Polski, który przywiozła zza morza Katarzyna Jagiellonka, i sympatia między Szwecją a Rzeczpospolitą nie przetrwały po jej śmierci. Niedługo państwa połączone więzami krwi ich władców rzucą się sobie do gardeł.

Pierwsze zwiastuny tego, co nadejdzie, pojawiły się już w 1572 roku, gdy zmarł brat Katarzyny, król Polski Zygmunt August. Jego śmierć przyniosła ogromne zmiany na scenie politycznej krajów basenu Morza Bałtyckiego – wraz z nim wygasła królewska linia Jagiellonów i Polska zaczęła wybierać królów w wolnej elekcji. Mąż Katarzyny, Jan III Waza, dwukrotnie starał się zdobyć polską koronę, ale bezskutecznie. Pierwszy raz przegrał z Henrykiem Walezym, pierwszym polskim królem elekcyjnym (rządził zaledwie rok i uciekł do rodzinnej Francji). Drugi raz – ze Stefanem Batorym, który na polskim tronie zasiadał przez 11 lat. Po jego śmierci starzejący się Jan III znów wszedł do gry – tym razem jednak zamiast siebie zaproponował 21-letniego syna. Kandydaturę poparł wówczas wpływowy minister z czasów Batorego, Jan Zamoyski, który postarał się o zdobycie głosów szlachty. Zrobił to tak skutecznie, że w 1587 roku Zygmunt III, jako pierwszy z dynastii Wazów, został w Krakowie koronowany na króla Polski.

Zygmunt III Waza został zapamiętany w Polsce jako król, który przeniósł stolicę z Krakowa do Warszawy. Zapomniano mu próbę sprzedaży korony Austriakom i rozpętanie wojen polsko-szwedzkich. Obraz Martina Kobera, ok. 1590 roku.

W 1588 roku zmarł Jan III, a Zygmunt odziedziczył po ojcu także i szwedzką koronę. Mimo urządzonej z pompą koronacji w katedrze w Uppsali w 1594 roku ta polsko-szwedzka unia personalna działała słabo. Zygmunt był żarliwym katolikiem, a Szwecja była już wówczas protestancka i szwedzki kler nie dał mu o tej różnicy zapomnieć. Wypominano mu, że jest wychowankiem polskich jezuitów i że będzie chciał luterańską Szwecję na powrót oddać pod opiekę Rzymu. Co było zresztą prawdą – Zygmunt III Waza rzeczywiście planował ponowną katolicyzację Szwecji, nawet rozpoczął negocjowanie takiej operacji w Watykanie.

Szwedom przeszkadzało w nowym królu także coś, co nie przeszkadzało im w przypadku jego matki Katarzyny Jagiellonki – pochodzenie. Zygmunt III Waza powszechnie uznawany był bowiem za większego stronnika interesów Polski niż Szwecji. Co też było prawdą. Do tego stopnia wolał Polskę, że nie chciał nawet mieszkać w Szwecji na stałe. Planował rządzić rozległym północnym królestwem poprzez gubernatorów prowincji, za swoją siedzibę mając Warszawę, do której przeniósł stolicę z Krakowa. Nic dziwnego, że wkrótce wyrosła mu w Sztokholmie potężna opozycja.

Trudno też byłoby uznać Zygmunta za wiernego Polaka. W chwili rozczarowania swoją zbyt łatwo zdobytą w elekcji południową ojczyzną, próbował... sprzedać polską koronę! Wymyślił, że odda ją zabiegającym o wpływy w Rzeczpospolitej Habsburgom. I to za bezcen, bo zaledwie za 400 tysięcy złotych, czyli za sumę, za którą można było sprzedać raptem kilka miast. Planował, że wyjedzie do Szwecji i w ramach wiana przeciągnie na szwedzką stronę Inflanty.

Sprawa się jednak wydała, listy, które wysyłał przez zaufanych posłańców do Wiednia, ujrzały światło dzienne i z planu nic nie wyszło. Król musiał się tłumaczyć przed sejmem, ale – co zadziwiające – żadna kara go za tę zdradę nie spotkała. Musiał jedynie obiecać, że się poprawi i w przyszłości przed ewentualną abdykacją zapyta jednak wcześniej sejm o zdanie.

Prawdziwe kłopoty Zygmuntowi III Wazie sprawiała jednak nie Polska, ale Szwecja.

– Nijak nie potrafił w Szwecji zdobyć popularności i został wkrótce pozbawiony tronu przez swego wuja Karola IX Wazę. Dla Zygmunta było to jak policzek. Postanowił, że za wszelką cenę odzyska koronę, i to była przyczyna, dla której od początku XVII wieku narastała niechęć między Polską i Szwecją – mówi dr Anna Maria Forssberg, historyczka ze sztokholmskiego Muzeum Armii, która badała przyczyny wybuchu wojen polsko-szwedzkich i jest ekspertką od trudnych relacji tych dwóch królestw.

Zygmunt III Waza latami nie ustawał w zgłaszaniu pretensji do szwedzkiego tronu. Szwedzi kategorycznie odmawiali, przy okazji atakując nadmorskie prowincje polskie. Ta wrogość przerodzi się w jedną z największych batalii ówczesnej Europy. W ciągu następnych stu lat oba kraje będą walczyły przeciwko sobie w sześciu dużych wojnach i niezliczonych pomniejszych konfliktach.

Dynastia Wazów, która Polskę i Szwecję wplątała w ten stuletni konflikt, panowała krótko – 94 lata w Szwecji, a w Polsce – 81. Szwecji ich panowanie przyniosło spektakularny rozwój, prawdziwy złoty wiek. Wazowie zbudowali nowoczesne państwo i zaspokoili ambicje imperialne – na jakiś czas Bałtyk stał się szwedzkim morzem wewnętrznym.

W Polsce czasy Wazów to kosztowne i długotrwałe wojny, katastrofalne zniszczenie kraju, zapaść w rozwoju i bezprzykładny rabunek dóbr kultury. Na żart historii zakrawa fakt, iż pomnik pierwszego polskiego Wazy – Zygmunta III – wciąż stoi przed Zamkiem Królewskim i jest jedną z nielicznych pamiątek po XVII-wiecznej Warszawie.

[...]