Uratowana - Magda Mila - ebook

25 osób właśnie czyta

Opis

Producentka telewizyjna i ratownik górski.
Ocalił jej życie. A potem je zniszczył.
Nika przez dwanaście lat unikała Tatr - chciała zapomnieć.
W końcu jednak musi tam wrócić, by zmierzyć się z zawodowym wyzwaniem.
Gdy ponownie spotyka Pawła, postanawia się zemścić...
Tajemnice, szalejące emocje i namiętność wbrew rozsądkowi.
Dramatyczna przeszłość i kłamstwa, których nie można przebaczyć.
Czy plan Niki się powiedzie? A może zemsta wcale nie jest tym, czego naprawdę pragnie?

Uratowana to hipnotyzująca i buzująca erotycznymi ekscesami historia pewnej Dominiki, która ma zaatakować nie tylko szczyty polskich Tatr na użytek produkcji telewizyjnej, ale i pewnego ratownika górskiego, wyłaniającego się z mroków jej przeszłości... Zemsta miesza się tu z pożądaniem, a Magda Mila kolejny raz udowadnia, że jest najlepszą polską pisarką realistycznych erotyków. Gorąco polecam!" - Dominika Matuła, www.domi-czyta.pl

"Producentka telewizyjna i ratownik górski. Tajemnica z przeszłości i namiętność — Magda Mila w szczytowej formie! „Uratowana” porywa, wciąga, zaskakuje i powoduje wypieki na policzkach... Gorąco polecam! " - Ewelina Nawara, My fairy book world

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 253

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


18+

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłych czytelników, zawiera treści erotyczne oraz pornograficzne

1

Koniec maja 2019 roku

Tatry.

Tyle usłyszałam. Tylko to udało mi się wyłapać z wielu zdań, które wypadły z ust mojego szefa. To jedno słowo sprawiło, że przestałam słyszeć całą resztę. Pięć pieprzonych liter, które wciąż, mimo upływu tylu lat, mnie paraliżowały. Tatry. Zgubne, wstrząsające, wywołujące dreszcze…

Kotkowski dopiero po dobrej minucie zorientował się, że w ogóle go nie słucham.

– Hej! – Zirytowany zaczął machać ręką przed moją twarzą.

Zamrugałam, ale wciąż byłam myślami gdzie indziej. Oprzytomniałam dopiero, gdy uderzył dłonią w blat biurka.

– Tak… – wymamrotałam nie mając pojęcia, o co mu chodzi.

– Obudź się, królewno! – powiedział podniesionym głosem. – Bo pożałuję, że ciebie wybrałem.

Ja już żałuję, i to bardzo – pomyślałam, ale jednocześnie wiedziałam, że muszę się jakoś pozbierać.

– Przepraszam, na moment się rozproszyłam.

– Jasne! – parsknął. – Chyba rozmarzyłam. Piękne widoki, silni górale… ale zapomnij! – znowu podniósł głos. – Jedziesz tam do roboty i masz wrócić z załatwioną umową!

– Oczywiście! – Poprawiłam się na krześle. – Rozumiem, że wszystko jest tutaj? – Nachyliłam się i sięgnęłam po teczkę leżącą na biurku.

– Tak – westchnął i odchylił się. – Zresztą w mailu też już wszystko masz. Pamiętaj, mają chcieć tego serialu! Nie ma być tak, że robią nam łachę. Muszą współpracować, i to chętnie. Inaczej w to nie wchodzimy.

Wciąż nie wiedziałam, o czym mówił. Szybko zerknęłam w dokumenty. Zarys scenariusza, założenia serialu, ratownicy… Cholera! Znowu ogarnęła mnie panika. Gorzej być nie mogło!

Ostrożnie podniosłam głowę i spojrzałam na szefa. Przełknęłam ślinę. Nie, bez szans, nie wywinę się z tego!

– Jadę sama?

– Tak. To znaczy, możesz zabrać operatora, żeby przy okazji też zdokumentować kilka lokalizacji, ale prawny i marketing wyślę, jeśli załatwisz wstępną zgodę.

– A nie mogą jechać od razu? – Jednak podjęłam próbę uniknięcia wyjazdu. – Bo wiesz, skoro już mamy konkrety… – machnęłam papierami – to mogliby od początku sami wszystko załatwiać. A ja pojadę, kiedy umowa będzie podpisana i przypilnuję całej reszty.

Mój szef złośliwie się uśmiechnął.

– Jaja sobie robisz, co? Mam wysłać do górali tych zniewieściałych hipsterów? – Machnął głową w kierunku korytarza. Za przeszkloną ścianą akurat przemykał jeden z nich – w błękitnych rurkach i obcisłej koszulce z dekoltem w serek. Westchnęłam pokonana, a Kotkowski kontynuował. – Kolesi trzeba najpierw podkręcić, i nikt tego nie zrobi lepiej od ciebie. – Przesunął wzrokiem po moim ciele. Świnia!

– Jestem pewna, że masz na myśli wyłącznie moje wieloletnie doświadczenie i dotychczasowe sukcesy jako producentki? – Zmrużyłam oczy.

– Jasne. Choć nie zapomnij zapakować szpilek i jakiejś seksownej kiecki. – Mrugnął do mnie.

Tak, mogłam wybuchnąć. Albo napisać skargę. Lub po prostu dać mu w gębę za takie sugestie. Ale wiedziałam, jak to działa – chamskie teksty były tu na porządku dziennym i żadna kobieta nie próbowała z tym walczyć. Poza tym pewnie byłabym hipokrytką – zdarzało mi się wykorzystywać w pracy to, jak wyglądam, i jakie wrażenie robię na mężczyznach. Być może teraz też spróbuję takiej strategii? Choć najpierw będę musiała poradzić sobie z samą wizją cholernej delegacji w ostatnie miejsce na świecie, w którym chciałabym się znaleźć.

Znowu westchnęłam i powoli podniosłam się.

– Nie pytasz o budżet? Nieograniczony, niech ci będzie – usłyszałam za plecami, gdy ruszyłam w stronę drzwi.

Czyli jest naprawdę źle! Zarządowi musiało bardzo zależeć na powodzeniu mojej misji, skoro w ogóle nie liczyli się z kasą. Cholera!

Po wyjściu z gabinetu poszłam do swojego kąta – wielkiego biurka przy przeszklonej szybie, jednego z dziesiątek w ogromnej otwartej przestrzeni biurowej naszego piętra. Owszem, byłam tu dość ważna, ale poza ścisłym szefostwem nikt nie miał swojego gabinetu. Holendrzy, którzy jakiś czas temu przejęli naszą stację, uważali, że powinniśmy się ze sobą integrować – więc siedzieliśmy całymi dniami w hałasie i chaosie. Przynajmniej wywalczyłam biurko odrobinę odsunięte od innych, z niezłym widokiem na zielone łąki i Wisłę w oddali. Zawsze coś.

Teraz usiadłam i oparłam stopy o szafkę. Przymknęłam oczy. Musiałam się uspokoić. Jego na pewno już tam nie było i nie istniało żadne ryzyko, że się na niego natknę. Tyle lat! Z pewnością zajmuje się już czymś zupełnie innym.

Wzięłam głęboki oddech. Tak, dam radę! Nie będzie łatwo ze wspomnieniami – to z ich powodu unikałam Tatr przez te wszystkie lata – ale poradzę sobie.

– Czym cię Kotek uszczęśliwił?

Otworzyłam oczy i najpierw z obawą zerknęłam na szyby oddzielające nas od szefa.

– Gada przez telefon – powiedział Maciek, operator, z którym pracowaliśmy tu razem od kilku lat.

– Za tego Kotka niejeden już wyleciał – westchnęłam.

– Mnie nie ruszy. Nieważne. Co tam masz? – Kiwnął głową w stronę blatu, na który rzuciłam cholerną teczkę.

– Serial. O kozakach z gór.

– O, czyli jednak to łyknęli? Nieźle!

Spojrzałam na niego podejrzliwie.

– A mieli nie łyknąć?

Cofnął się kilka kroków, wziął krzesło stojące przy sąsiednim biurku, a potem usiadł obok mnie i zaczął mówić przyciszonym głosem:

– Dostali świetny pomysł, już dobrze rozpisany i w ogóle, ale to parszywie droga produkcja, więc logiczne, że mieli wątpliwości. A przede wszystkim, ci kolesie… – puknął palcem w teczkę z opisem projektu – podobno nie znoszą mediów. Parę razy się przejechali na takich współpracach i teraz nie chcą w nic podobnego wchodzić.

Zmarszczyłam brwi.

– Nie pieprz… Ciągle gdzieś dudnią o kolejnej akcji ratowniczej.

– Bo ma być głośno, ale na ich warunkach. Nie lubią przekłamań i bzdur, a wiesz, jak to zwykle wygląda. Więc newsy tak, ale jakieś bujdy – absolutnie nie.

Wzięłam głęboki oddech.

– Czyli Kotkowski wpieprzył mnie na minę?

– Może lepiej myśl o sobie jako o wybawcy? Tej od rzeczy niemożliwych? Że jesteś jedyną szansą stacji na załatwienie takiej sprawy? Będzie ci łatwiej. – Cicho się zaśmiał.

– Aż się boję zerknąć w te papiery…

– Wierzę. Na pewno władowali tam jakieś love story i mnóstwo lokowanych produktów.

– Już widzę te ujęcia: ratownik jedną ręką trzyma się skały, a w drugiej ma puszkę energetyka. – Od razu poczułam mdłości. Moja misja była praktycznie niewykonalna.

– Wyluzuj. – Maciek wyprostował się i klepnął mnie w ramię. – Wywalić cię, nie wywalą, najwyżej twoje akcje na chwilę spadną. A przynajmniej posiedzisz sobie trochę na świeżym powietrzu.

– Świeżym? Przecież w Zakopcu jest parszywy smog.

– Marudzisz. – Podniósł się. – Kiedy jedziesz?

– Muszę to przejrzeć. Pewnie po weekendzie.

– Czyli będziesz jutro na imprezce?

– W „Klubie”?

– A gdzie? – Zaśmiał się.

– Może będę – westchnęłam.

Odszedł w kierunku windy, a ja znowu zagapiłam się w przestrzeń za szybą. Mogło być gorzej? Chyba nie. Zawodowa mina w najgorszym z możliwych miejsc. Koszmar!

Wzięłam do ręki teczkę, otworzyłam i spojrzałam na nagłówek pierwszej strony. Tytuł roboczy: „Save me”. O tak! – westchnęłam. Ktoś mógłby mnie od tego uratować. Szkoda, że nikogo takiego nie było.

2

Godzinę później myślałam już trochę bardziej optymistycznie o całym zadaniu. Pomysł nie był głupi – serial miał być fabularyzowanym dokumentem o pracy ratowników. Wysokie szczyty, bohaterscy mężczyźni, masa emocji… Przekonanie do kooperacji pogotowia górskiego też nie wydawało mi się już tak trudne – produkcja zaplanowana była jako maksymalnie prawdziwa, dokładnie z nimi skonsultowana, a stacja zamierzała zapłacić mnóstwo pieniędzy za współpracę. Powinni to łyknąć.

Odłożyłam papiery i otworzyłam w komputerze stronę wyszukiwarki. Jak sprawdzić, czy on wciąż tam jest? Najpierw namierzyłam listę ratowników, ale, no cóż… nie umieszczono na niej zdjęć, a ja nigdy nie poznałam jego nazwiska, więc w ten sposób niczego się nie dowiedziałam.

Potem zaczęłam przeglądać zdjęcia, które wyszukiwarka wypluła na hasło: „ratownik Zakopane”. Maniakalnie wpatrywałam się w ekran i szukałam hipnotyzujących szarych oczu, które zniszczyły mnie dwanaście lat temu. Bezskutecznie.

W końcu burczenie w żołądku pomogło mi wrócić do rzeczywistości. Spojrzałam na zegar – siedemnasta, więc spokojnie mogłam już ewakuować się do domu. Nastrój miałam znacznie lepszy – nie znalazłam go na żadnym zdjęciu, a to oznaczało, że prawdopodobnie już dawno zrezygnował z pracy w pogotowiu. Nie musiałam obawiać się spotkania z nim. Mogłam znowu zakopać okropne wspomnienia w zakamarkach pamięci i już nigdy do nich nie wracać.

A może tym wyjazdem odczaruję cholerne Tatry? Wrzuciłam dokumenty do torebki i uśmiechnęłam się do siebie. Zawsze kochałam te góry. Spędziłam w nich mnóstwo licealnych weekendów, gdy jako fanka wspinaczki szlifowałam formę i marzyłam o byciu prawdziwą taterniczką. Może rzeczywiście nadeszła pora, by zapomnieć o przeszłości i wrócić do tego, co kiedyś sprawiało mi tak wielką frajdę?

Cały kolejny dzień spędziłam na spotkaniach – przed poniedziałkowym wyjazdem musiałam dopytać o szczegóły i ustalić, jakie mam pole manewru we wstępnych negocjacjach, nie tylko finansowych. Trochę przerażała mnie myśl o tym, jak wielkie ciśnienie ma szefostwo na ten serial, ale w sumie mnie to nie dziwiło – produkcja naprawdę mogła stać się hitem przyszłorocznej ramówki.

Pod koniec dnia zajrzałam do gabinetu Kotkowskiego.

– I jak? Wszystko wiesz? Masz poumawiane spotkania?

Pokręciłam głową.

– Jeszcze się zastanawiam, jak to ugryźć. Czy od razu oficjalnie, czy lepiej mieć dojście, wiesz, przez kogoś. – Mrugnęłam do niego.

– Tylko tego nie spieprz. Bo jak wyrwiesz górala, a ten się potem dowie, że miałaś interes, to może być grubo…

– Jakbyś mnie nie znał! – Zaśmiałam się.

– Znam, znam. Dlatego ty jedziesz. Masz dwa tygodnie, choć wolałbym cię wcześniej zobaczyć z powrotem.

– Postaram się. – Zadowolona, z szerokim uśmiechem na ustach, wyszłam z gabinetu.

Przesunęłam wzrokiem po siedzących przy biurkach współpracownikach i wzięłam głęboki oddech. Wrócę tu jako bohaterka! Teraz naprawdę w to wierzyłam. Zabrałam ze swojego kąta torbę i ruszyłam do windy. Po drodze spotkałam Maćka.

– Będziesz? – upewniał się.

– Jasne – przytaknęłam.

– Już się bałem, że postanowisz sobie trochę odpuścić przed szaleństwami z góralami.

– Oni chyba… nie bardzo w te klocki. – Skrzywiłam się.

– Fakt, chyba nie bardzo. – Mrugnął do mnie – Przyjechać po ciebie?

– Nie, wezmę taksówkę. Nie wiem jeszcze, o której będę gotowa.

Pożegnałam się z nim przy wyjściu i poszłam w kierunku domu. To było genialne posunięcie – znaleźć mieszkanie tak blisko pracy. Podczas gdy inni dziko kombinowali z dojazdami, albo z parkowaniem w okolicznych uliczkach, bo miejsc przy budynku stacji praktycznie nie było, ja miałam przed sobą kilkuminutowy spacer. Nawet zimą bywał przyjemny, a teraz, w maju, był wręcz rozkoszny.

Wbiegłam na piętro i weszłam do mieszkania. Od razu o moje nogi zaczęły ocierać się trzy stworzenia.

– Już, już – mruknęłam pod nosem i weszłam do kuchni. Wyłożyłam do misek jedzenie z najdroższych saszetek, jakie były dostępne w sklepie zoologicznym – nie, nie było szans, żebym przygotowywała swoim kotom domowe żarcie – i postawiłam je na podłodze. Pogłaskałam po kolei każdą kocicę – najstarszą, którą dostałam od taty na dwudzieste piąte urodziny, i dwie młodsze, wypatrzone rok temu na Facebooku – wtedy były maluchami pilnie szukającymi domu. Wymieniłam jeszcze wodę w pojemnikach, sprzątnęłam blaty po swoim chaotycznym poranku, a potem poszłam do sypialni.

Otworzyłam szafę. Na co dzisiaj miałam ochotę? Powoli przesuwałam wieszaki. Coś raczej subtelnego? Zawahałam się na moment przy wiśniowej, dwuwarstwowej, lekko prześwitującej sukience, ale potem sięgnęłam po pudrowy róż. Kolor miała grzeczny, jednak koronkowe wstawki dodawały jej charakteru. No i wyglądałam w niej bosko.

Godzinę później, po kąpieli i kilkunastu minutach poświęconych na makijaż, byłam gotowa. Obróciłam się przed lustrem i uśmiechnęłam. Wyglądałam rewelacyjnie, i tak się czułam. Drżyjcie, górale! Choć jeszcze dzisiaj swoimi wdziękami miałam obdarzyć kogoś innego.

Taksówka zatrzymała się przed bramą. Odsunęłam szybę, nacisnęłam przycisk domofonu i przedstawiłam się. Metalowe wrota zaczęły się otwierać. Samochód podjechał pod drzwi. Wysiadłam i rozejrzałam się. Na parkingu stało kilka aut, jedno z nich znałam. Już wiedziałam, że będę się dobrze bawić.

W drzwiach skinęłam głową ochroniarzowi i ruszyłam do szatni. Tak naprawdę to słowo nie pasowało do pomieszczenia, które raczej przypominało salonik – piękne kanapy, kilka toaletek z dużymi lustrami, subtelnie rozstawione szafki. Schowałam do jednej z nich torebkę i zablokowałam własnym kodem. Kilkanaście sekund później usłyszałam:

– Ale fajnie, że jesteś!

Odwróciłam się i uściskałam kobietę, która stała w progu.

– Inez! Myślałam, że nie ma cię w mieście!

– Nie było, prawie cały miesiąc. Ale, jak widać, już wróciłam.

– Brakowało tu ciebie.

– Od wszystkich to słyszę! – Zaśmiała się.

– Bo jesteś dobrym duchem tego miejsca.

– W odróżnieniu od złych, co? Chodź, sporo z nich już jest. Będzie się działo!

Zatrzymałam się jeszcze przed lustrem i poprawiłam kilka niesfornych ciemnych kosmyków.

– No, chodź! Aleks już pytał: „gdzie Nika, obiecała mi coś, gdzie Nika” – przedrzeźniała naszego wspólnego znajomego.

– Cholera, skoro o tym pamięta, to faktycznie może się dziać! – Zachichotałam i ruszyłam za nią.

3

– No, nareszcie! – usłyszałam, gdy tylko weszłam na piętro. Aleks dopadł mnie już w korytarzu i pocałował w policzek. – Dam ci jeszcze chwilę, ale już nie mogę się doczekać – wyszeptał mi do ucha.

– Zaraz, zaraz. To była tylko luźna koncepcja, nie konkretny plan – żartobliwie się obruszyłam. Tak naprawdę nie byłam pewna, czy mam dzisiaj ochotę na obiecany mu trójkącik. Myśli o wyjeździe w Tatry nadal mnie rozpraszały.

– Gerard już nie może się doczekać. – Powiedział Aleks, a ja od razu poszukałam wzrokiem mężczyzny, z którym ostatnio spędzałam coraz więcej czasu.

– Nie wątpię. – Zaśmiałam się. Jednocześnie już wiedziałam, że rozczaruję Aleksa. Na miłe chwile z Gerardem miałam ochotę, ale na grupowe ekscesy – jednak nie.

Przywitałam się z nim, potem zamieniłam kilka słów z pozostałymi gośćmi. Na razie nie było ich wielu i wszystkich znałam. Czułam, jak się rozluźniam. Lubiłam to miejsce. Piękna willa w zacisznym miejscu, a przede wszystkim – starannie dobrane towarzystwo. Dyskrecja, luz, pełna otwartość. W każdym rozumieniu tych słów.

Usiadłam na jednej z kanap.

– Jesteś. – Maciek podał mi kieliszek z winem i opadł na sofę obok.

– Trudno wysiedzieć w domu, kiedy w Konstancinie jest impreza. – Zachichotałam. – Będzie jeszcze ktoś od nas?

– Ostrzysz ząbki na kogoś konkretnego?

– Nie, wręcz przeciwnie. Obiecałam coś Aleksowi, ale chyba nie jestem w nastroju. Więc pomyślałam, że może Sonia miałaby ochotę? Wydaje mi się, że ma do niego słabość.

– Tak, Sonia będzie. Zależy jej, żeby się tu wkręcić na stałe. – Maciek podniósł się. – Widzimy się później. – Ruszył w kierunku grupki kobiet.

Upiłam łyk wina i patrzyłam na towarzystwo. Niektórzy już znikali w głębi korytarza, obściskując się i zdejmując z siebie ubrania. Inni wciąż rozmawiali; kilka par tańczyło. Pojawiły się też nowe twarze, którym towarzyszyła Inez. Naprawdę była wspaniałą gospodynią – idealnie dbała o gości i ich integrację.

Chwilę obserwowałam mężczyznę, który do niej podszedł. Jonatan, właściciel tego miejsca, zakochany w Inez po uszy. Stanęli na moment z boku. Szeptał jej coś do ucha, a ona się uśmiechała – odrobinę zawstydzona, ale i podniecona. Wiedziałam, że on dominuje w ich relacji, ale teraz jego gesty były tak subtelne i pełne czułości, że aż ścisnęło mnie w żołądku. Przełknęłam ślinę. Miłość się przytrafia. Niestety, wyłącznie innym, nie mnie. Zacisnęłam dłonie. Cóż, nie można mieć wszystkiego, już dawno się z tym pogodziłam. Westchnęłam, znowu rozejrzałam się po sali i podniosłam się.

– Wina? – Obok mnie pojawiła się ręka z kolejnym kieliszkiem.

– Dziękuję. – Uśmiechnęłam się do Gerarda. Musnęłam wargami jego usta, potem upiłam nieduży łyk i odstawiłam naczynie na stolik. Skinęłam pytająco głową w kierunku parkietu. Uwielbiałam z nim tańczyć.

Już po chwili tonęłam w ramionach Gerarda. Był starszy, po czterdziestce, ale wyglądał lepiej niż niektórzy moi rówieśnicy. Wiek i związane z nim doświadczenie życiowe zdecydowanie dodawały mu seksapilu.

Poznałam go jakiś rok temu. Świetnie nam się rozmawiało na jednej z apartamentówek, a na kolejnej już wylądowaliśmy razem w łóżku. Spotykaliśmy się dość regularnie, nie tylko na wyuzdanych imprezach, choć ja w pewnej chwili miałam moment zawahania – gdy Gerard dołączył do zarządu telewizji, w której pracowałam. Po prostu nie byłam pewna, czy chciałam widywać na gruncie zawodowym faceta, z którym realizowałam swoje fantazje seksualne.

W końcu jednak uznałam, że nie będzie to dla mnie problemem. Skoro nie przeszkadzał mi Maciek i kilku innych znajomych, których nie raz oglądałam w akcji, to tym bardziej z Gerardem nie powinnam mieć dylematu. A spotkania z nim lubiłam– zawsze było intensywnie i miło.

Przesunęłam dłonią po jego plecach i oparłam głowę na ramieniu. Trącił nosem moje ucho i mocniej mnie przytulił. Jego umięśnione ciało dawało mi poczucie bezpieczeństwa, a jednocześnie podniecało. Tańczyliśmy jeszcze chwilę, coraz intensywniej się dotykając, aż przerwał nam Aleks.

– Kochani, nie tak się umawialiśmy.

– Chyba nie mam klimatu, przynajmniej na razie. – Pokręciłam przepraszająco głową. – Może Sonia chciałaby mnie zastąpić? Myślę, że ma na to wielką ochotę. – Przesunęłam wzrokiem między mężczyznami, a potem spojrzałam na salę. – O, jest tam. – Wskazałam dyskretnie grupkę zajmującą jedną z kanap.

– Ja mam ochotę na wieczór z tobą, nieważne jaki. – Gerard odsunął mi włosy z ramienia.

– Niech wam będzie, gołąbeczki. – Aleks się zaśmiał. – Idę w takim razie sprawdzić poziom ochoty Soni.

Odszedł, a ja spojrzałam na Gerarda.

– Możemy po prostu pojechać na drinka, jeśli tutaj nie czujesz się dzisiaj dobrze… – zaczął.

– Nie. Dopadł mnie tylko lekki dołek i jakaś melancholia. – Znowu zahaczyłam wzrokiem o Jonatana i Inez.

– I chcesz ostro, choć niekoniecznie w trójkącie? Czy po prostu mam cię przytulić? – Spojrzał na mnie mrużąc oczy.

Uśmiechnęłam się.

– Może zacznij od tej drugiej części, a potem zobaczymy? – powiedziałam cicho.

Objął mnie mocno. Wtuliłam się w jego klatkę piersiową. Kilka minut poruszaliśmy się w rytmie wolnej piosenki. Podniosłam głowę i odszukałam jego usta. Pocałowałam go, najpierw delikatnie i ostrożnie, ale kiedy poczułam dłonie zaciskające się na moich biodrach, wsunęłam ręce w jego włosy i nasz kontakt stał się znacznie bardziej intensywny.

Gdy odsunął mnie, spojrzałam mu w oczy. Błyszczały podnieceniem. Cicho westchnęłam. Też tego chciałam.

– Chodź. – Gerard pociągnął mnie w stronę korytarza.

W niedużej sypialni zamknął drzwi, wieszając wcześniej na klamce specjalną tabliczkę informującą o prywatnym, niedostępnym dla innych, spotkaniu.

Podszedł do mnie. Odwróciłam się i zebrałam włosy z pleców. Powoli rozpiął sukienkę i zsunął ją ze mnie. Poczułam jego dłonie na biodrach. Przyciągnął mnie do siebie, a twardy penis wbił się w dół moich pleców. Gerard chwilę błądził ustami po szyi i ramieniu, potem zdjął mi bieliznę.

Był delikatny. Uwielbiałam go, bo potrafił doskonale dostosować się do mojego nastroju. Zwykle ostry i władczy, lubiący brutalny i wieloosobowy seks – gdy tego potrzebowałam, stawał się czuły i łagodny.

Teraz subtelnie mnie pieścił – najpierw palcami, potem ustami. Leżałam na łóżku z rozchylonymi nogami i głośno jęczałam.

Język Gerarda tańczył wokół łechtaczki, a dłonie błądziły po skórze. W pewnej chwili przerwał. Podniósł się, rozebrał, a potem przygniótł mnie swoim ciężarem.

Wbił się we mnie, jednocześnie rozgniatając wargami moje usta. Poruszał się powoli, pozwalając mi brać tyle, ile sama chciałam.

Nie miałam wrażenia, że się poświęca – po kilkunastu minutach doszedł bardzo intensywnie; z głośnym jękiem, patrząc mi w oczy.

– Zostawić cię? – zapytał, gdy uspokoiliśmy oddechy.

– Nie.

To jedyny mężczyzna, który znał moją tajemnicę. Nie zwierzyłam mu się z własnej woli. Po prostu był lepszym obserwatorem od innych. Od razu, już po naszym pierwszym wspólnym seksie, zorientował się, że udawałam orgazm. I nie, nie uważał tego za problem.

Nie zamierzał też mi udowadniać, że z nim w końcu dojdę. Akceptował fakt, że przeżywam rozkosz wyłącznie sama ze sobą i zawsze zostawiał mi przestrzeń do przeżycia przyjemności. Dawał mi wyjątkowy komfort, możliwe zresztą, że właśnie dlatego uważałam go za tak niesamowitego kochanka.

Teraz jednak nie chciałam być sama. Czułam się cudownie zaspokojona – emocjonalnie. To wystarczało. Fizyczne spełnienie podaruję sobie w domu.

Przytuliłam się do jego boku i dłuższą chwilę leżeliśmy, wsłuchując się w odgłosy zza ścian. W końcu wstaliśmy. Gerard pomógł mi się ubrać. Przy barku wypiliśmy jeszcze po lampce wina. Było już późno, czułam zmęczenie po całym dniu.

– Będę zmykać. – Dotknęłam jego dłoni.

– Do zobaczenia. – Pocałował mnie. – I powodzenia. Z serialem.

Skinęłam głową.

Kiedy czekałam na taksówkę, uśmiechałam się do siebie. Fajny wieczór. Nie wiem jak, ale Gerard doskonale wyczuwał, czego w danej chwili potrzebuję. I potrafił mi to dać. Facet prawie idealny. Prawie.

4

W domu wzięłam szybki prysznic i położyłam się do łóżka. Zerknęłam na szufladę, w której trzymałam swoje zabawki – dildo, masażer, kilka wibratorów i zatyczek. Miałam ochotę na szybki orgazm, ale… chyba jednak bez wspomagaczy.

Wsunęłam dłoń w majtki, przymknęłam oczy. W takiej wersji – ja i moja wyobraźnia –nawet dzisiaj nie miałam nic przeciwko trójkątom. Wyobraziłam sobie, jak ich zaspokajam – patrzę w oczy Gerarda, a Aleks bierze mnie od tyłu. Penetrują mnie obaj. Mocno i konkretnie poruszają biodrami; wpychają swoje penisy głęboko, do samego końca. Krzyczę z bólu i z rozkoszy, gdy czuję uderzenie w pośladek; gdy dociskają mnie do siebie. Miażdżą moje ciało i jednocześnie rozrywają potężnymi penisami. Walczą o miejsce w moim wnętrzu, każdy chce być głębiej, mocniej…

Doszłam szybko, zagryzając nadgarstek. Nie musiałam przed nikim ukrywać swojego jęku, ale i tak zawsze to robiłam – nie chciałam dać sobie przyzwolenia na całkowitą przyjemność i zupełne zwolnienie hamulców. Zgubiło mnie to dwanaście lat temu i każdego dnia się za to karałam.

Rano zaczęłam się pakować. Miałam dużo czasu, do Zakopanego jechałam dopiero pojutrze. Czułam jednak potrzebę oswajania się w ten sposób z koniecznością wyjazdu.

Długo zastanawiałam się, jakie ubrania zabrać ze sobą. Miało być seksownie, ale nie sukowato, a jednocześnie wygodnie… no, w miarę. Dodatkowo, w ramach przeganiania złych wspomnień, planowałam kilka wypraw w góry – więc razem ze szpilkami i czółenkami, do torby trafiły również moje stare podejściówki oraz kilka sportowych koszulek i spodni.

Pakowanie przerwał mi telefon.

– Cześć, słońce – usłyszałam głos taty. – Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Dziecka.

– To dzisiaj? Dziękuję! – Roześmiałam się i usiadłam na łóżku. – A prezent będzie?

– Będzie, ale musisz sobie po niego przyjechać.

– To na razie poćwiczę cierpliwość. Co u ciebie?

– Bez zmian. Rześki i zdrowy, właśnie zbieram się na działkę.

– A ja się pakuję.

– O, gdzie tym razem?

Zawahałam się. Tata wiedział, jak skończył się mój ostatni pobyt w Tatrach. Razem z mamą pomagał mi ponieść konsekwencje tego, co się stało. Na pewno o tym pamiętał. Zmartwi się. Ale jednocześnie nie chciałam go oszukiwać. Więc ostrożnie odpowiedziałam:

– Tatry.

– Tatry? Naprawdę? – nawet nie próbował ukryć zaskoczenia. – Ale zaraz… Mówiłaś, że urlop masz dopiero za trzy miesiące. Że Grecja…

– I że z tobą. – Zaśmiałam się. – Nie, nie zmieniłam zdania. Śmigamy razem na Scopelos. A te góry to służbówka, mam załatwić stacji serial.

– Wow! – Nadal był zaskoczony.

Chwilę milczeliśmy. W końcu postanowiłam zmienić temat na bezpieczniejszy dla mnie.

– Ta działka dzisiaj, to sam, czy z panią Marią?

– Miałaś sobie odpuścić, słońce. – Zaśmiał się.

Chciałam, żeby zdecydował się na jakiś związek. Bardzo kochał mamę, wiedziałam, że byli razem szczęśliwi, ale od jej śmierci minęło już pięć lat i naprawdę uważałam, że byłoby mu lepiej z kimś przy boku. Chętnych pań wokół nie brakowało, tylko on wciąż nie wykazywał żadnej inicjatywy.

– Oj, tato, tato – westchnęłam. – No nic, zajmę się tobą, jak wrócę.

– Ty się sobą zajmij, słoneczko.

– Wiesz, jak jest. Jeszcze się taki nie urodził, który by mi dogodził – zażartowałam. Zabrzmiało dwuznacznie, ale tata nie mógł tego wyłapać. – Przyjadę na weekend, jak tylko wrócę, dobrze?

– Truskawki już będą.

– Wiem.

– Uważaj na siebie i dzwoń codziennie.

– Obiecuję. Kocham cię.

Rozłączyłam się i opadłam na łóżko. Może jednak powinnam namówić go na przeprowadzkę do Warszawy? Nieźle się trzymał, mimo, że śmierć mamy załamała go kompletnie, mnie zresztą też. Razem byłoby nam raźniej. Z drugiej strony – w Poznaniu miał swój świat. Był emerytowanym profesorem, z mnóstwem znajomych i ukochaną działką pod miastem. W Warszawie trudno byłoby mu się odnaleźć. Cóż, pomyślę o tym, jak wrócę. Podniosłam się i wróciłam do pakowania.

Przez całą niedzielę narastało moje zdenerwowanie, a w poniedziałek rano byłam już autentycznie roztrzęsiona. Momentami ogarniała mnie panika, nad którą z trudem panowałam. Miałam tylko nadzieję, że gdy już dotrę na miejsce, uspokoję się. Przekonam się, że cały lęk był irracjonalny i niepotrzebny, i będę w stanie normalnie funkcjonować.

Kilka razy sprawdziłam, czy na pewno wszystko spakowałam. Potem uściskałam koty – codziennie miała do nich zaglądać sąsiadka, ale i tak zawsze podczas wyjazdów się o nie martwiłam.

Na dworcu zdenerwowanie trochę minęło – może dlatego, że na peronowym wyświetlaczu był Kraków. Zakopane miało mnie zaatakować dopiero później.

Im bliżej byłam Tatr, tym większy ogarniał mnie spokój. Jakiś rodzaj ulgi – jakby z jednej strony to, co przede mną, było nieuniknione, a z drugiej – miało mnie w końcu uwolnić od bolesnych wspomnień. Może naprawdę tak było? Tyle lat uciekałam od tematu gór i tego, co się wtedy stało… A może wystarczyło się z tym zmierzyć i ostatecznie domknąć ten epizod w moim życiu?

Poza tym byłam po prostu zmęczona. Najpierw prawie trzy godziny w pociągu, teraz dwie i pół w autobusie na ciasnej Zakopiance. To akurat się nie zmieniło – niezależnie od ilości remontów i czasu ich trwania, wciąż jechało się w Tatry koszmarnie. Jedynym pozytywem były obrazy za oknem – każdy kolejny zakręt pozwalał upajać się coraz lepiej widocznymi wierzchołkami.

Zaskoczyła mnie ekscytacja, którą czułam, gdy na nie patrzyłam. Naprawdę kiedyś kochałam te góry! Może zadanie, które dał mi Kotkowski, będzie jednocześnie szansą, by wrócić do dawnej pasji i znów czerpać z niej przyjemność?

Kiedy autobus wjechał w uliczkę przy dworcu, aż parsknęłam śmiechem. Wizytówka Zakopanego się nie zmieniła – było tu tak samo brzydko, jak dwanaście lat temu. Od razu przytłoczyły mnie wspomnienia.

5

Początek lipca 2007 roku

– Yes, yes, yes! – Milena drze się jak idiotka. Podskakuje i macha rękami, a potem rzuca się na mnie. – Jesteśmy tu, same! Szaleństwo! – Próbuje mnie zmusić do wykonywania równie kretyńskich ruchów.

– Tak, jesteśmy, wow – mówię spokojnie. Kocham swoją przyjaciółkę, choć bardzo różnimy się charakterami. Ona jest kompletną wariatką, a ja spokojną sztywniarą. Owszem, czasem przyłączam się do jej szaleństw, ale zwykle próbuję ją powstrzymywać przed zrobieniem jakiegoś głupstwa.

– Rany, ale będzie bosko! – Wzdycha i sięga po plecak rzucony wcześniej na ziemię. – Sex, drugs, and rock’n’roll, nareszcie! – znowu krzyczy.

Oto nastolatka, która właśnie uciekła spod klosza. Aż tak jej się nie dziwię. Sama czuję dziką radość, że tu jestem – to nasz pierwszy samodzielny wyjazd, bez rodziców, nauczycieli, instruktorów, i nie wiadomo kogo tam jeszcze. Właśnie zdałyśmy maturę – zresztą z bardzo dobrymi wynikami – i świat należy do nas.

Odrobinę się jednak martwię, czy Milka w swoich szalonych planach nie brnie zbyt daleko – seksu nie wykluczam, choć pewnie wciąż nie będzie to taki na sto procent, rock też może być, ale na dragi się nie zgodzę. Wystarczą nam litry alkoholu, które tu pewnie w siebie wlejemy.

No, jasne! Milka już wyciąga z kieszeni piersiówkę, którą podprowadziła ojcu. Krzywię się.

– To dla ciebie, wyluzuj wreszcie. – Wpycha mi ją do ręki. – Już, parę konkretnych łyków. Musisz odpuścić.

Powinnam, to wiem. Odkręcam korek i piję. Na moment zaciskam oczy, bo to czysta wódka, której nie lubię, i której tak naprawdę nie potrafię pić.

– Przyzwyczajaj się. Tu chleją takie procenty, że się przekręcisz. – Milka rechocze.

– Piwo też mają, ośle. – Oddaję jej metalowy pojemnik. – Chodź. Taksówka, czy pieszo? – Rozglądam się.

– Pewnie, że taksi. Starzy dali mi kupę kasy.

Ruszam w kierunku postoju. Alkohol trochę mnie pobudził i czuję euforię. Jesteśmy tu – same, dorosłe, bez żadnych problemów i trosk. Jest pięknie!

Pół godziny później podskakujemy na łóżku w wynajętym apartamencie. Była o to bitwa – rodzice najpierw kazali nam zamieszkać u zaprzyjaźnionej gaździny, potem próbowali negocjować z nami hotel. Milena się jednak uparła – nie chciała czuć jakiejkolwiek kontroli, a pełną wolność dawało tylko wynajęte mieszkanie.

Zastanawiam się, czy ona naprawdę planuje sprowadzanie tu facetów – jak w kółko o tym mówi. To kawalerka; mamy wielkie, ale jednak tylko jedno łóżko – więc jeśli zechce z kimś poszaleć, zostanie mi podłoga w kuchni. Lub wanna.

Ale chyba martwię się na zapas. Milka lubi gadać, a w rzeczywistości jest znacznie porządniejsza, niż się wydaje. Miała już chłopaka, nie jest dziewicą – w odróżnieniu ode mnie – ale nie jest też zdzirą, nawet jeśli robi wiele, by inni tak myśleli.

– Od czego zaczynamy? – W końcu trochę się uspokaja.

– Jest czwarta. – Zerkam na zegarek. – Na góry już stanowczo za późno – wzdycham odrobinę rozczarowana.

– Daj spokój, żadnych gór. Tylko górale. – Śmieje się.

– Dzisiaj niech ci będzie. Ale jutro startujemy. Musisz zawlec swój tyłek przynajmniej na Giewont.

– Zobaczymy. Teraz się szykuj, knajpy czekają.

Nie dyskutuję. Jestem strasznie głodna i sama mam ochotę na zabawę. Podnoszę się i zaczynam szykować. Oczywiście kłócę się z Milką o ubranie i makijaż – lubię wyglądać seksownie, jednak nie chcę robić z siebie pajaca.

W końcu dochodzimy do porozumienia – mam mocno podkreślone oczy, ale odpuszczam szminkę. Zakładam spodnie – bardzo dopasowane, i króciutki top zsuwający się z jednego ramienia.

– Ależ bym chciała mieć taki tyłek! – Milka klepie mnie w pośladek.

– Skoczysz parę razy na jakiś szczyt i będziesz miała. – Śmieję się.

– To geny, a nie wysiłek. Twoja matka ma taki sam – nie za duży, ale sterczący. U mnie same płaskacze – marudzi.

– Za to nadrabiacie górą. – Patrzę z lekką zazdrością na jej biust. Milena ma dość chłopięcą budowę, ale piersi duże, piękne i kształtne, nawet bez biustonosza. Ja jestem po prostu smukła, leciutko zaokrąglona tam, gdzie trzeba. Biust jednak zdecydowanie mogłabym mieć większy.

– Załóż push-upa. – Milena patrzy na mnie mrużąc oczy.

– Aż tak mi nie zależy. Poza tym facet będzie rozczarowany, jak się rozbiorę. Lepiej niech od razu wiadomo…

– Ach! Więc jednak coś planujesz. Nareszcie! – Rzuca się na mnie i przewracamy się na łóżko. – Zrób to, tutaj, w końcu! – wrzeszczy na całe gardło.

– Przestań! – Próbuję się wyrwać. – Zrobię, kiedy uznam, że naprawdę chcę. Nie zamierzam się spieszyć. Ale w sumie uznać mogę w każdej chwili. – Zaczynam chichotać.

– Gumki masz?

– Mam. – Wzdycham. – Wszystko mam i wszystko wiem. Od dawna. Tylko wciąż brakuje odpowiedniego kandydata.

– A właściwie czemu nie z Adamem? – pyta o mojego chłopaka. To znaczy – byłego chłopaka, bo pokłóciliśmy się strasznie o ten wyjazd. Chciał jechać z nami, jakby kompletnie nie rozumiał słowa: „babski”.

– Z nim było jakoś tak… Nie lubię presji, a on za każdym razem cisnął.

– Bo to facet.

– I co z tego? Poza tym – niby namawiał, ale przy tym był jakiś taki… nieporadny. Chciał, a przy najprostszych rzeczach, wiesz, paluszki, czy coś, musiałam za każdym razem mówić, co i jak. Ja natomiast chciałabym…

– Zatracić się?

– Właśnie.

Milka perfekcyjnie podsumowuje moje odczucia. Z Adamem było fajnie, ale zbyt dziecinnie. Brakowało mi w nim zdecydowania. A ja chciałabym, kiedy już stwierdzę, że jestem gotowa, żeby mój pierwszy raz był szaleństwem, a nie nieporadną i pełną wahania niepewnością.

– Potrzebujesz kogoś starszego, doświadczonego.

– Nie mam pojęcia. Ale zakładam, że poczuję to tu – dotykam ręką brzucha – i sygnał poleci tutaj – stukam palcem w skroń. – Wtedy będę wiedziała.

Milka przytula mnie, a potem podrywa się.

– Ja już wiem! Potrzebuję faceta, i to szybko.

Śmieję się. Rozstała się ze swoim chłopakiem tuż przed maturą, więc nie musi udawać aż tak napalonej. Ale niech jej będzie.

Po wyjściu z apartamentu kierujemy się oczywiście na Krupówki. Jak każdy narzekamy na tłum i wszechobecny kicz, ale mimo to chwilę tam spacerujemy. W końcu siadamy przy stolikach pod parasolami, zamawiamy jakieś pierogi. No i oczywiście piwo.

Sączę je powoli, bo nie zamierzam zbyt wcześnie wracać do apartamentu, a zawsze upijam się szybko. Milka natomiast zamawia kolejny kufel już po dziesięciu minutach. Wariatka.

– Szybko się spijesz – próbuję ją powstrzymać.

– I co z tego? – Śmieje się. – Pani Dominika o mnie zadba, prawda?

– Ale rano i tak wywlecze cię z łóżka i pogoni na Giewont.

– Jak dasz radę, to spoko. – Wzrusza ramionami. Zaczyna się rozglądać.

– Poczekaj, najpierw zjedzmy.

– Nie chcę, żeby umknęło mi jakieś fajne ciacho.

Chwilę patrzę na mijających nas mężczyzn.

– Myślę, że spokojnie kogoś znajdziesz. – Mrugam do niej.

– Ty też. Dla ciebie będę celowała w starszych.

Piję łyk piwa i powoli się rozluźniam. Będzie świetnie, czuję to, choć myślę, że jednak zdecydowanie spokojniej, niż mówi Milka. Jestem realistką i znam nas. Poznamy kogoś, ale w ciągu tygodnia raczej żadna się nie zakocha. Nie na tyle, żeby wylądować z gościem w łóżku. To jednak nie wyklucza dobrej zabawy.

6

Czerwiec 2019 roku

Z dworca pojechałam taksówką do wynajętego apartamentu. Dysponowałam nieograniczonym budżetem, więc rezerwując noclegi chwilę wahałam się, czy nie wziąć jakichś pięciu gwiazdek w centrum. Wygrała jednak potrzeba niezależności, jak zawsze. Hotel był wygodny, ale nie lubiłam być skazana tylko na knajpiane żarcie. Samodzielnie zaparzona kawa wypita na tarasie z widokiem na góry była tym, na co bardzo czekałam.

Ostatecznie wynajęłam dla nas – bo na miejscu miał pomagać mi Maciek – na najbliższe dwa tygodnie apartamenty przy Makuszyńskiego. Miały wszystko, co potrzebne – tarasy, widok na góry, małe sypialnie i dobrze wyposażone kuchnie. No i wszędzie było blisko – na Krupówki, w góry, i oczywiście do siedziby pogotowia górskiego.

Głośno westchnęłam. No, właśnie… Musiałam w końcu zająć się tym tematem. Przyszedł czas na opracowanie strategii. Zerknęłam na zegarek – uparty Maciek powinien dotrzeć za jakieś dwie godziny. Stwierdził, że nie przeżyje tylu dni bez własnego auta i teraz pewnie tkwił w jakimś korku po drodze. Namawiał mnie, żebym z nim jechała, ale moje pięć godzin w podróży to nie siedem, czy osiem w ciasnym samochodzie.

Poza tym na początku tego pobytu chciałam być sama. Nie wiedziałam, jak zareaguję, i w jakim będę nastroju. Na szczęście na razie nie czułam się źle, a właściwie – z minuty na minutę lepiej.

Dlatego, kiedy Maciek wreszcie dotarł – zmęczony i zirytowany, od razu zaciągnęłam go do pobliskiej karczmy.

– Dasz sobie radę z samodzielnym ogrywaniem lokacji? – zapytałam, kiedy usiedliśmy przy drewnianym stole i zamówiliśmy jedzenie.

– To znaczy? – Przerwał dmuchanie w parującą na łyżce zupę.

– Mam listę, wyślę ci mailem. Chodzi o standardową dokumentację, na razie orientacyjną i tylko z miasta. Żebym wiedziała mniej więcej, jak teraz wyglądają te miejsca. Wiesz, gdzie warto ruszyć tyłek po konkrety, a co od razu możemy odpuścić.

– Nie lepiej po prostu pojeździć razem? Zdjęcia to nie rzeczywistość.

– Przez parę dni muszę się zająć czym innym.

– Wyrywaniem górala? – Zaśmiał się.

– Nie, właśnie, że nie. Nie zamierzam tak działać. Umówię się od razu na oficjalne spotkanie, choć trochę ich podejdę, żeby się na dzień dobry nie zniechęcili. Ale żadnego podrywania, czy wykorzystywania moich innych zalet. Pełna profeska.

– Już to widzę. Ale okej. Zrobiłaś rozpoznanie?

– Tak. Wiem, kto trzyma kasę, a kto dba o wizerunek. Rano zadzwonię i poproszę o rozmowę.

– Jak się teraz zastanawiam, to trochę cię załatwili. Na takie negocjacje powinni też wysłać kogoś z zarządu. Wiesz, na równym poziomie.

– Nie sądzę. Wyobraź sobie któregoś z naszych, jak zasuwa te korporacyjne kity, których my musimy wysłuchiwać na zebraniach. Myślę, że bardziej bezpośrednie podejście będzie lepsze. Poza tym, kto z nich w ogóle był kiedyś w górach? Patrick? W tej Holandii to gór nawet nie ma. A Kotek? Bez jaj. Lans na Krupówkach co najwyżej zaliczał.

– A ty jesteś lepsza, co?

– A żebyś wiedział. – Zmrużyłam oczy.

– Taterniczka? – Parsknął śmiechem.

– Kiedyś tak. Faktycznie od wielu lat tu nie zaglądałam, ale w liceum przeszłam Tatry wzdłuż i wszerz.

– Serio? – Maciek był zaskoczony.

– Tak, uwielbiałam to. Tylko później z Warszawy było daleko, poza tym praca mnie pochłonęła. – Nie zamierzałam wchodzić w szczegóły i opowiadać, co naprawdę się wydarzyło. Historia była bolesna i w sumie kompromitująca dla osoby, którą się potem stałam. – Zresztą sam zobaczysz, bo musimy też skręcić kilkanaście miejsc właśnie tam. – Machnęłam ręką w kierunku widocznych w oddali szczytów.

– Na to się nie piszę. – Energicznie pokręcił głową. – Takiego łażenia nie lubię.

– Pokochasz to, zobaczysz. – Uśmiechnęłam się. – Pójdziemy z przewodnikiem. Będzie niemęcząco, bezpiecznie i pięknie.

– Tak, szczególnie, jak ta pogoda się nie poprawi. – Spojrzał na gęstniejące chmury.

– Tutaj wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, a tam – znowu odwróciłam głowę w stronę okna – tym bardziej. Piękny błękit i upał, a za pół godziny straszna burza i ileś stopni mniej. I odwrotnie, więc nie sugeruj się tym, co teraz widzisz.

– Aha. – Westchnął.

Rano obudziłam się o świcie – trochę niewyspana, bo denerwowałam się dzisiejszym dniem. Wczoraj Maćkowi przedstawiłam mocno optymistyczną wersję mojego planu, ale tak naprawdę nie miałam żadnej pewności, czy cokolwiek uda mi się załatwić. No i przede wszystkim – czy jego naprawdę tu nie ma? Tak zakładałam, choć z tyłu głowy czasem rozlegał się alarm – a co, jeśli jest? Wtedy na moment ogarniała mnie panika, ale próbowałam się uspokajać powtarzając pod nosem, że jestem już zupełnie kimś innym. Nawet jeśli spełni się najczarniejszy scenariusz, to i tak dam radę!

Kilka minut po dziewiątej zadzwoniłam i po krótkiej rozmowie usiadłam uśmiechnięta na tarasie. Nie spodziewałam się, że pójdzie tak łatwo. Spotkanie miałam wczesnym popołudniem. Obie osoby, z którymi powinnam na początku porozmawiać, były akurat dostępne. Owszem, przedstawiłam się jako reprezentantka potencjalnego sponsora, ale w sumie to nie kłamstwo – przecież zamierzamy przekazać im mnóstwo pieniędzy. A że przy okazji czegoś w zamian chcemy, to norma.

Nagle uderzyła mnie pewna myśl. Skoro mam nieograniczony budżet… Z odrobiną wahania spojrzałam na telefon, a potem wybrałam numer Kotka.

– Jak tam w górach? Zimno pewnie, co?

– Trochę tak. Słuchaj…– zaczęłam mu szybko tłumaczyć swój pomysł, bo wiedziałam, że za chwilę zaczyna spotkania.

– Ryzykowne. Nasi się strasznie wkurzą, jeśli mimo takiej darowizny nic nie załatwisz.

– Daj spokój. Ile to warte? Trzydziestosekundowa reklama, i to niekoniecznie w prime timie. I jeszcze od podatku odpisują, czy jakoś tak. Nie bądźmy żałośni.

– Spoko, spróbuję załatwić, ale nie licz na górną granicę widełek, które podałaś.

– Zawalcz o środek.

– Okej, dostaniesz potwierdzenie, jeśli się uda.

Rozłączył się, a ja szeroko się uśmiechnęłam. To był świetny pomysł, oby wypalił. Taka gałązka oliwna na początek, albo ekwiwalent pysznego ciasta, z którym się idzie w gości. Poczułam ogromne zadowolenie. Żeby tylko Kotek wywalczył te pieniądze…

Spojrzałam na zegarek. Do spotkania miałam jeszcze mnóstwo czasu. Zerknęłam na wołające mnie z oddali szczyty, a potem na komputer. Smętnie pokiwałam głową. Jeszcze nie dzisiaj. Może jutro spędzę cały dzień w górach, a tymczasem powinnam kolejny raz przejrzeć papiery i trochę poczytać o ludziach, z którymi mam się spotkać. Musimy jak najlepiej zaspokoić potrzeby ratowników – to moja jedyna szansa.

7

Po lekkim obiedzie, kilka minut przed czternastą, stanęłam na ścieżce przed jednopiętrowym budynkiem. Próbowałam opanować narastające zdenerwowanie. Wzięłam kilka głębokich oddechów i rozejrzałam się. Niewiele się tu zmieniło, choć nie było już knajpy, w której kiedyś przesiadywałam. Może i dobrze – źli faceci nie mieli już gdzie polować na naiwne turystki. Skrzywiłam się. Nie idź tą drogą! – upomniałam się w myślach. Zero wspomnień i nawiązań, pełen profesjonalizm! Nie mogłam sobie pozwolić na jakiekolwiek rozproszenie.

Jeszcze jeden głęboki wdech i w końcu weszłam do środka.

Dwie godziny później rozradowana wybiegłam z budynku i od razu zadzwoniłam do Maćka. Koniecznie chciałam mu opowiedzieć o tym, jak ich podeszłam, i na co na razie się zgodzili. Tak naprawdę chyba do końca nie wierzyłam, że w ogóle podejmą rozmowy. A oni nie tylko mnie wysłuchali, ale też okazali spore zainteresowanie.

Maciek był akurat w okolicy, więc po kilku minutach wskoczyłam do jego samochodu i podjechaliśmy bliżej centrum. Powoli opadały ze mnie emocje i czułam, jak burczy mi w żołądku. Chyba górskie powietrze tak na mnie działało – mogłabym non stop jeść.

Usiedliśmy przy stolikach na zewnątrz, pod pierwszą karczmą, którą zobaczyliśmy. Zamówiłam oscypki z grilla i oczywiście wielki kufel piwa.

– Opowiadaj. Widzę, że jest dobrze.

– Chyba tak. – Rozsiadłam się wygodniej. – Są zainteresowani. Oczywiście nie rzucili się na pomysł z jakimś niewiarygodnym entuzjazmem, ale w sumie się nie dziwię po ich niektórych doświadczeniach… – Zamyśliłam się na chwilę. – Widziałeś ten serial sprzed kilku lat?

Maciek pokręcił głową.

– Powstała taka produkcja, jeden sezon. Ratownicy początkowo współpracowali, ale ostatecznie wycofali się. Bo telewizja ciągle coś zmieniała, kombinowała, próbowała przepychać jakieś chore pomysły… Pogotowie odcięło się od serialu zupełnie. I nic dziwnego. Kiedy próbowałam go obejrzeć, to dałam radę tylko dwa odcinki. Masakra generalnie. Między innymi dlatego my nie możemy dać dupy.

– My nie, ale wiesz, jak bywa. Wejdzie marketing, zacznie mieszać i może skończyć się podobnie.

– Nie zacznie – powiedziałam stanowczo, choć wiedziałam, że łatwo nie będzie. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, jak takie kooperacje zwykle wyglądają. Będę musiała znaleźć sposób na powstrzymanie szaleńców z promocji, bo czułam się odpowiedzialna za wszystko, co uzgadniałam i do czego się zobowiązywałam w imieniu stacji.

– No to dawaj, co konkretnie ustaliłaś? – Zniecierpliwiony Maciek przerwał moje dość chaotyczne przemyślenia.

– Wyznaczą kogoś do spotkań z nami, żebyśmy przekazali wszystkie szczegóły. Mamy się umówić jeszcze dzisiaj, dadzą znać. A decyzja będzie w przyszłym tygodniu. Nie ma co prawda naczelnika, ale podobno to sprawa zarządu…

– Wow, brzmi nieźle!

– Jeszcze dużo się może spieprzyć, więc trzymaj kciuki.

– Jasne. Tym bardziej, że chętnie posiedziałbym tu dłużej, już przy samej produkcji. – Maciek się rozejrzał. – Podoba mi się, choć nie wiem, czy do samych gór się przekonam… – Westchnął. – No dobrze, czyli wieczorem spotkanie. A jutro co?

– Rano idziemy właśnie w góry. Więc przy kolacji nie daj się nikomu namówić na śliwowicę, okej? – Zaśmiałam się.

– Jestem odporny, nie martw się. – Spojrzał na telefon, który z wahaniem obracałam w dłoni. – Chcesz zadzwonić do Kotka i się pochwalić?

– Nie, chyba nie. Nie chcę zapeszać. – Chwilę się zastanawiałam, a potem podniosłam się. – Idę odpocząć. Muszę wieczorem zachować jasność umysłu.

– Spoko. – Też zaczął wstawać.

– Nie, przejdę się. Taki spacerek dobrze mi zrobi. – Machnęłam ręką.

– Jak wolisz. – Opadł z powrotem na krzesło, a ja ruszyłam w kierunku apartamentu.

Wieczorem dostałam SMS-a – miałam się spotkać z Andrzejem Kowalskim w „Regionalnej” na Krupówkach. Jeszcze raz przejrzałam materiały, które przygotowałam. Będzie dobrze! – powtarzałam w myślach. Skupiałam się już tylko na tym – jak zwykle praca i związane z nią zawodowe wyzwania potrafiły pochłonąć mnie bez reszty. Temat sprzed dwunastu lat powoli przestawał istnieć w mojej głowie, liczyło się tu i teraz. Całe szczęście!

Knajpa wyglądała klasycznie: drewno, ławy, brakowało tylko góralskiej kapeli. Westchnęłam. Nie przepadałam za takim wystrojem, chyba, że wnętrze było schroniskiem, albo lokalem sprzed stu lat. To, co zrobione niedawno, i tylko wystylizowane na zakopiański klimat, było dla mnie zbyt kiczowate i sztuczne.

Nie zamierzałam jednak marudzić. Może chociaż jedzenie będzie dobre?

Rozejrzałam się po sali. Kilka stolików było zajętych, a przy barze stał samotny facet. Byłam prawie pewna, że to mój rozmówca. Podeszłam, a kiedy się odwrócił, zobaczyłam na polarze naszywkę pogotowia górskiego.

– Nika Sicińska. – Wyciągnęłam rękę.

– Andrzej. Możemy po imieniu?

– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się. – Dołączy jeszcze Maciek, operator, tylko… cóż, zawsze się spóźnia. Mam nadzieję, że dotrze w ciągu kwadransa. – Nie miałam pojęcia, gdzie się podziewa, ale chwilę wcześniej potwierdził SMS-em, że na pewno będzie.

– Ja też nie będę sam, kolega pojawi się trochę później.

– Czyli bez drobnej przewagi, siły wyrównane – zażartowałam.

– Powiedzmy. Piwo?

– Poproszę. I herbatę.

Mężczyzna złożył zamówienie i poprowadził mnie do stolika. Chwilę mu się przyglądałam. Łamał stereotypy dotyczące ratowników – łysiejący, na oko pod pięćdziesiątkę, z niewielkim brzuszkiem. I z bardzo przyjaznym, pogodnym spojrzeniem. Od razu wzbudził moją sympatię.

– Czyli telewizja znowu chce z nas zrobić gwiazdy?

Uśmiechnęłam się.

– Częściowo tak. Ale w dużym stopniu na waszych warunkach.

– Zamieniam się w słuch.

Rozłożyłam na blacie papiery i jak najdokładniej opowiedziałam o pomyśle. Koncentrowałam się na tym, o czym już wiedziałam, że jest dla nich ważne – poza pieniędzmi oczywiście, bo do tego tematu chciałam wrócić na koniec.

Andrzej jednak szybko sam zaczął:

– I za to wszystko zasypiecie nas kupą gotówki. – Machnął dłonią nad dokumentami. – Swoją drogą, to zagranie z przelewem na fundację, sprytne. – Uśmiechnął się z uznaniem.

– Nie chciałam przychodzić z pustymi rękami – powiedziałam.

– Przekupstwo?

– Taką kwotą? Nie. Zasługujecie na znacznie więcej.

Chwilę przyglądał mi się z lekkim uśmiechem.

– Potrzebujemy pieniędzy, wiadomo, ale nie za wszelką cenę. Generalnie jakoś sobie radzimy.

– I to całkiem nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę, ile wam kasy daje nasze kochane państwo – przytaknęłam. – Ale pomoc sponsorów się przydaje, więc może i nasza propozycja…

– Zobaczymy. – Zgarnął papiery do teczki i ją zamknął. – Wystarczy o kasie. Chodzisz po górach, czy jesteś tu pierwszy raz?

– Kiedyś chodziłam, całkiem sporo. Potem miałam długą przerwę, a teraz, mam nadzieję, trochę do tego wrócę. Tym bardziej, że musimy zdokumentować też plenery.

– Tak, wspominali mi. Dogadamy się, chętnie pomogę. Jeśli miałaś taką przerwę, to bezpieczniej pójść z kimś.

– Doskonale o tym wiem. Zaliczyłam już jeden wypadek, właśnie podczas samotnego łażenia – powiedziałam z krzywym uśmiechem.

– Tutaj? Poważny?

– Żyję, więc na szczęście nie aż tak. – Westchnęłam.

8

Lipiec 2007 roku

Dzwoni budzik. Półprzytomna przecieram oczy i podpieram się na łokciu. Jest jeszcze ciemno. Przekręcam głowę. Widzę obok siebie Milenę, oddycham z ulgą. Czyli nie śnił mi się jej powrót, całe szczęście! Trącam ją lekko, jednak bez większej nadziei, że się obudzi. Cicho jęczy.

– Wstajesz? Jeśli chcemy uniknąć tłumu, to musimy się zbierać.

– Spadaj, na pewno nigdzie dzisiaj nie idę – marudzi w półśnie.