Wydawca: Prozami Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 278 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ups... No to wpadłam! - Karolina Pastuszak

Kiedy początkująca dziennikarka Marisa dostaje pierwsze poważne zlecenie czuje, że jej los wreszcie się odmieni. Nie podejrzewa nawet jak bardzo. W pogoni za sensacją staje się naocznym świadkiem morderstwa i musi natychmiast zniknąć. Z pomocą przychodzi jej rozpieszczony i nieznośny syn szefa mafii, który porywa ją w szaloną podróż po Europie. Mimo tęsknoty za dotychczasowym życiem, Marisa szybko adaptuje się do nowej sytuacji. Zmieniając mieszkania i twarze, zdaje się być bezpieczna. Czy jednak mężczyzna, któremu zaufała, jest wobec niej szczery i rzeczywiście chce wybawić ją z opresji?

Opinie o ebooku Ups... No to wpadłam! - Karolina Pastuszak

Fragment ebooka Ups... No to wpadłam! - Karolina Pastuszak

Ka­ro­li­na Pa­stu­szak

Ups… NO TO WPA­DŁAM!

Co­py­ri­ght © by Ka­ro­li­na Pa­stu­szak

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Pro­za­mi Sp. z o.o., 2013

Pro­jekt okład­ki:

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Re­dak­cja:

Syl­wia Droż­dżyk-Resz­ka

Ko­rek­ta:

Be­ata Łu­kia­czyk

Wy­daw­nic­two Pro­za­mi Sp. z o.o.

www.pro­za­mi.pl

War­sza­wa 2014

ISBN: 978-83-63742-96-6

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Usły­sza­łam huk ko­lej­ne­go wy­strza­łu i po­czu­łam jak szkło z okna sa­mo­cho­du, obok któ­re­go do­pie­ro co prze­mknę­łam, po­sy­pa­ło mi się na ple­cy. Wy­da­łam z sie­bie zdu­szo­ny krzyk i w pierw­szym od­ru­chu, czu­jąc że opa­dam z sił, chcia­łam się sku­lić na zie­mi. Ale sil­na dłoń za­ci­snę­ła się na moim ra­mie­niu i zmu­si­ła mnie do dal­szej uciecz­ki. Kie­dy wy­do­sta­li­śmy się z cia­snej ulicz­ki, Agu­stin po­cią­gnął mnie wprost na naj­słyn­niej­szy targ Bar­ce­lo­ny – La Bo­qu­eria. Jak zwy­kle za­tło­czo­ny zda­wał się naj­bar­dziej od­po­wied­nim miej­scem, aby się ukryć.

We­pchnął mnie po­mię­dzy skrzyn­ki z owo­ca­mi i zde­cy­do­wa­nym ru­chem ręki na­ka­zał mil­cze­nie. Wła­ści­ciel sto­iska ukła­dał wła­śnie eks­po­zy­cję po prze­ciw­nej stro­nie. Ofe­ro­wał tu­ry­stom sa­łat­ki owo­co­we po dwa euro. Po­chło­nię­ty pra­cą nie zwró­cił uwa­gi na dwój­kę ucie­ki­nie­rów ukry­wa­ją­cych się pod ladą.

Nig­dy w ży­ciu tak się nie ba­łam. Wie­dzia­łam, że w tym mo­men­cie moje ży­cie za­le­ża­ło od męż­czy­zny, o któ­re­go ist­nie­niu jesz­cze nie­daw­no nie mia­łam po­ję­cia. Na jego twa­rzy wi­dzia­łam czuj­ność i de­ter­mi­na­cję, co da­wa­ło mi na­dzie­ję. Jego rysy wy­ostrzy­ły się, kie­dy alej­ką obok sto­iska, na któ­rym się ukry­li­śmy, prze­bie­gło dwóch męż­czyzn. Trzy­mał broń w po­go­to­wiu, ale naj­wy­raź­niej chwi­lo­wo mo­gli­śmy ode­tchnąć.

Pa­trząc z per­spek­ty­wy, mogę po­wie­dzieć, że ży­cie pi­sma­ka bywa dość nud­ne.

Nie­ustan­ne sta­nie w cie­niu i śle­dze­nie tego, co się dzie­je w cen­trum wy­da­rzeń, może za­cząć wy­da­wać się bez­ce­lo­we. Wszyst­ko po to, aby zdo­być ma­te­riał, o któ­rym mało kto bę­dzie pa­mię­tał po kil­ku dniach od prze­czy­ta­nia. Po­cząt­ko­wo by­łam ocza­ro­wa­na tym świa­tem, ale wkrót­ce do­tar­ło do mnie, że już za­wsze będę tyl­ko od­twa­rzać fak­ty. A te­raz? Te­raz od­da­ła­bym wszyst­ko, żeby znów żyć moim po­zor­nie nud­nym i spo­koj­nym ży­ciem.

Nig­dy nie by­łam oso­bą żąd­ną sen­sa­cji i przy­gód. Co praw­da z wy­pie­ka­mi na po­licz­kach oglą­da­łam „Toż­sa­mość Bo­ur­ne’a” czy ko­lej­ne fil­my o Agen­cie 007, ale te­raz bo­le­śnie prze­ko­na­łam się o tym, że w żad­nym ra­zie nie na­da­ję się na bo­ha­ter­kę fil­mu sen­sa­cyj­ne­go. Mu­szę przy­znać, że wplą­ta­łam się w tę hi­sto­rię cał­ko­wi­cie przy­pad­ko­wo i nie mia­łam po­ję­cia, jak się ona za­koń­czy. Wie­dzia­łam tyl­ko tyle, że lu­dzie, któ­rzy wy­da­li na mnie wy­rok, mają czas i środ­ki, by w koń­cu mnie do­paść. Być może któ­re­goś dnia Agu­stin nie bę­dzie w sta­nie mnie ochro­nić.

– My­ślisz, że już po­szli? – nie po­tra­fi­łam opa­no­wać drże­nia gło­su, przez co za­skrze­cza­łam nie­wy­raź­nie. Na szczę­ście mnie zro­zu­miał.

– Nie, Ma­ri­so. Będą prze­cze­sy­wać sto­isko po sto­isku, aż nas znaj­dą. – Jego twar­de spoj­rze­nie po raz ko­lej­ny uświa­do­mi­ło mi, w jak po­waż­nym nie­bez­pie­czeń­stwie się znaj­do­wa­li­śmy.

Rozdział IBarcelona

Sie­dzia­łam w ga­bi­ne­cie re­dak­tor na­czel­nej już pra­wie kwa­drans i ner­wo­wo wy­stu­ki­wa­łam pal­ca­mi rytm pio­sen­ki, któ­rej ty­tu­łu nie pa­mię­ta­łam, a któ­ra za nic nie mo­gła mi wyjść z gło­wy. Nie mia­łam zie­lo­ne­go po­ję­cia, cze­go się spo­dzie­wać po tak na­głym we­zwa­niu. Co praw­da nie by­łam nie­za­stą­pio­nym pra­cow­ni­kiem, ale nie do­pusz­cza­łam do sie­bie my­śli, że mo­gli­by mnie zwol­nić – bo niby dla­cze­go? Szcze­gól­nie te­raz, kie­dy mia­łam za sobą rocz­ny staż – a więc pa­rze­nie kawy i ob­słu­gę kse­ro­ko­piar­ki. Fakt był taki, że po za­koń­cze­niu sta­żu zaj­mo­wa­łam się czymś rów­nie nie­po­waż­nym, ale przy­najm­niej mo­głam po­wie­dzieć, że pra­cu­ję w swo­im za­wo­dzie i stu­dia dzien­ni­kar­skie (któ­re kosz­to­wa­ły mo­ich ro­dzi­ców for­tu­nę) nie po­szły na mar­ne. Pi­sa­nie ho­ro­sko­pów, drob­nych plo­tek i ścią­ga­nie in­for­ma­cji na te­mat po­go­dy nie były szczy­tem ma­rzeń, ale wie­dzia­łam, że bez zna­jo­mo­ści na ra­zie nie mogę li­czyć na wię­cej, a moja dro­ga na szczyt bę­dzie bar­dziej wy­bo­ista, niż­bym so­bie tego mo­gła ży­czyć.

Na­gle drzwi ga­bi­ne­tu otwo­rzy­ły się i do środ­ka we­szła re­dak­tor, roz­ma­wia­jąc przez te­le­fon ko­mór­ko­wy. Ubra­na w be­żo­we spodnie, bia­łą ko­szu­lę i be­żo­wy swe­te­rek z kasz­mi­ru przy­wo­dzi­ła na myśl damę z Pią­tej Alei, nie po­tra­fi­ła jed­nak utrzy­mać nie­ska­zi­tel­ne­go wi­ze­run­ku, któ­ry ruj­no­wa­ły po­zo­sta­ją­ce w nie­ustan­nym nie­ła­dzie ciem­ne wło­sy i ro­go­we oku­la­ry. Pod­de­ner­wo­wa­na wzię­łam głęb­szy od­dech i sta­ra­łam się przy­brać swo­bod­ny wy­raz twa­rzy. Nie wiem dla­cze­go, w to­wa­rzy­stwie sze­fo­wej zwy­kle sta­wa­łam się sztyw­na, jak­bym po­łknę­ła kij od mio­tły, i onie­śmie­lo­na (ja!). Nie tyl­ko na mnie tak dzia­ła­ła. O ile Ana San­chez ucho­dzi­ła za oso­bę wy­ma­ga­ją­cą, ale i bez­pro­ble­mo­wą, o tyle zda­rza­ły się jej na­pa­dy złe­go hu­mo­ru, któ­re w istot­ny spo­sób wpły­wa­ły na at­mos­fe­rę w re­dak­cji. Naj­go­rzej było pół roku temu, kie­dy mąż Any za­żą­dał roz­wo­du i od­szedł z młod­szą ko­bie­tą. To był wiel­ki skan­dal, któ­ry od­bił się echem w kon­ku­ren­cyj­nych me­diach. Wte­dy wszy­scy scho­dzi­li jej z dro­gi (albo ra­czej ucie­ka­li w po­pło­chu), bo bez po­wo­du po­tra­fi­ła się wy­żyć na pierw­szej oso­bie, któ­rą zo­ba­czy­ła. Z za­do­wo­le­niem jed­nak za­uwa­ży­łam, że dzi­siaj wy­da­wa­ła się być w cał­kiem nie­złym hu­mo­rze.

– …chy­ba żar­tu­jesz. Nie ma ta­kiej opcji! Od­dzwo­nię do cie­bie, te­raz mam spo­tka­nie. – Za­trza­snę­ła klap­kę Sam­sun­ga. – Dłu­go cze­kasz?

– Kil­ka mi­nut. – Uśmiech­nę­łam się si­ląc się na swo­bo­dę.

– Zro­bisz dzi­siaj ma­te­riał z balu do­bro­czyn­ne­go w Mon­tju­ïc.

– Ma­te­riał? – Czu­łam, że oczy mi roz­bły­sły. – Sama? – Nie mo­głam w to uwie­rzyć.

– A nie po­ra­dzisz so­bie? – Ana spoj­rza­ła na mnie ba­daw­czo, jak­by na­gle za­czę­ła roz­wa­żać wy­sła­nie tam ko­goś in­ne­go.

– Po­ra­dzę so­bie! Je­stem tyl­ko za­sko­czo­na, nie spo­dzie­wa­łam się. Dzię­ku­ję. – Z ca­łych sił pró­bo­wa­łam opa­no­wać ton gło­su i nadać mu bar­dziej pro­fe­sjo­nal­ne brzmie­nie.

– Masz pół stro­ny. Dużo zdjęć plus opis kto jest kto i ogól­na no­tat­ka o tym, co się dzia­ło. Od­bierz apa­rat w se­kre­ta­ria­cie. – Dło­nią z ide­al­nie zro­bio­nym ma­ni­cu­re po­da­ła mi pro­sto­kąt­ny kar­to­nik z za­pro­sze­niem na wy­da­rze­nie w pa­ła­cu.

– Na kie­dy jest ter­min? – Mój en­tu­zjazm się­gał ze­ni­tu.

– No po­wiedz­my, że na pią­tek, a więc masz dwa dni. Wy­star­czy ci tyle cza­su?

– Oczy­wi­ście, wy­star­czy.

Sam­sung za­wi­bro­wał i Ana znie­cier­pli­wio­nym ge­stem się­gnę­ła po nie­go.

– Masz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? – za­py­ta­ła mnie po­spiesz­nie.

Prze­czą­co po­krę­ci­łam gło­wą.

– Halo? Wi­taj, jak się masz? – Od­bie­ra­jąc te­le­fon, dała mi do zro­zu­mie­nia, że na­sza roz­mo­wa do­bie­gła koń­ca i czas naj­wyż­szy, że­bym wy­szła.

Po­wiem szcze­rze, że czu­łam się co naj­mniej uskrzy­dlo­na. Mia­łam ocho­tę od­tań­czyć ja­kiś sza­lo­ny ta­niec zwy­cię­stwa, ale po­wstrzy­ma­łam się, bo to prze­cież nie przy­stoi po­waż­nej dzien­ni­kar­ce. Nie spo­dzie­wa­łam się, że tak szyb­ko do­sta­nę praw­dzi­we zle­ce­nie, dość już mia­łam wy­my­śla­nia, co w tym ty­go­dniu cze­ka Ko­zio­roż­ca, albo czy w śro­dę po po­łu­dniu spad­ną 3 cen­ty­me­try desz­czu.

Ty­go­dnik „La Gen­te” za­li­czał się do naj­le­piej po­czyt­nych pism w Ka­ta­lo­nii i dla­te­go mia­łam po­wo­dy, żeby po­czuć się wy­róż­nio­ną fak­tem, że w koń­cu do­łą­czam do ze­spo­łu re­dak­cyj­ne­go w peł­nym zna­cze­niu tego sło­wa.

Ta­necz­nym kro­kiem we­szłam do se­kre­ta­ria­tu i uśmiech­nę­łam się do se­kre­tar­ki, Nu­rii. Lu­bi­łam ją, bo od­zna­cza­ła się wy­jąt­ko­wo cie­płym uspo­so­bie­niem. Z całą pew­no­ścią nie na­le­ża­ła do ty­po­wych pięk­no­ści – no­si­ła czar­ne wło­sy upię­te w cia­sny kok i ra­czej nie­mod­ne, bar­dzo kon­ser­wa­tyw­ne ubra­nia, jed­nak wszel­kie nie­do­stat­ki uro­dy nad­ra­bia­ła cha­rak­te­rem.

– No, no, no, daw­no nie wi­dzia­łam, żeby ktoś wy­szedł od niej taki za­do­wo­lo­ny. – Nu­ria opar­ła się o re­cep­cję i unio­sła brwi, do­ma­ga­jąc się wy­ja­śnień.

– Eee tam, nic ta­kie­go. – Bez­sku­tecz­nie si­li­łam się na obo­jęt­ność. – Mam zro­bić ja­kiś mały re­por­taż, ot le­d­wie pół stro­ny.

– Żar­tu­jesz! To świet­nie! A o czym ten re­por­taż?

– Ja­kieś spo­tka­nie sztyw­nia­ków w Mon­tju­ic. Nu­ria ja chy­ba śnię! Na­resz­cie mam się za­jąć praw­dzi­wym dzien­ni­kar­stwem.

– Wie­dzia­łam, że to się w koń­cu wy­da­rzy, prze­cież mar­nu­jesz się w tych ho­ro­sko­pach. Mu­sia­ła to wresz­cie za­uwa­żyć.

– Słu­chaj, po­trze­bu­ję na dzi­siaj apa­rat.

– Taa, z tym to bę­dzie mały pro­blem... – Nu­ria we­szła za ladę re­cep­cji i kuc­nę­ła, tak że wi­dać było tyl­ko czu­bek jej gło­wy.

– Jaki pro­blem? Nie żar­tuj, że nie ma żad­ne­go...

– Jest je­den. – Pod­nio­sła się i po­ło­ży­ła go przede mną.

– Nie! – krzyk­nę­łam znie­sma­czo­na.

– Oba­wiam się, że tak. – Z prze­pra­sza­ją­cą miną wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i dała mi do pod­pi­su for­mu­larz wy­da­nia sprzę­tu.

– O rany, a mia­ło być tak pięk­nie. – Skrzy­wi­łam się, pa­trząc na sta­ry apa­rat kom­pak­to­wy z nie­wiel­kim wy­świe­tla­czem LCD. Wy­glą­dał jak an­tyk i do tego w nie naj­lep­szym sta­nie. – To jesz­cze w ogó­le dzia­ła? – Nu­ria włą­czy­ła go i pstryk­nę­ła prób­ne zdję­cie.

– Naj­wy­raź­niej. – Sama zda­wa­ła się być za­sko­czo­na.

– Ale dla­cze­go cały się lepi? Nu­ria, po­waż­nie nie masz cze­goś, z czym się nie skom­pro­mi­tu­ję?

Ale Nu­ria tyl­ko po­krę­ci­ła gło­wą.

– Słu­chaj, to jest na­rzę­dzie pra­cy. Co za róż­ni­ca jak wy­glą­da, prze­cież po zdję­ciach w ga­ze­cie nie bę­dzie wi­dać ja­kim apa­ra­tem je zro­bio­no. Do­bry fo­to­graf z ni­cze­go zro­bi coś wiel­kie­go. – Mru­gnę­ła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Tyl­ko mi te­raz nie kadź. A co do na­rzę­dzia pra­cy… masz ra­cję, tyl­ko to się tro­chę mija z mo­imi wy­obra­że­nia­mi na te­mat pierw­sze­go po­waż­ne­go zle­ce­nia. – Wie­dzia­łam, że ma­ru­dzę, ale nie mo­głam na to nic po­ra­dzić. – Okej, nie­waż­ne. Gdzie mam pod­pi­sać? – po­wie­dzia­łam w koń­cu zre­zy­gno­wa­na i scho­wa­łam le­pią­cy się apa­ra­cik do to­reb­ki.

Chwi­lę póź­niej wy­szłam z wy­daw­nic­twa, wsia­dłam do mo­je­go pięt­na­sto­let­nie­go se­ata i po­je­cha­łam do domu prze­brać się przed pra­cą „w te­re­nie”. Nie mia­łam pew­no­ści, jak po­win­nam się ubrać na tę oko­licz­ność. Z jed­nej stro­ny by­łam dzien­ni­kar­ką, a nie go­ściem więc chy­ba po­win­nam ubrać się swo­bod­nie i nie­na­rzu­ca­ją­co. Z dru­giej jed­nak po­dej­rze­wa­łam, że je­śli uda mi się wto­pić w tłum, to może będę mia­ła spo­sob­ność pod­słu­cha­nia ja­kichś cie­ka­wo­stek, któ­re ubar­wią mój pierw­szy fo­to­re­por­taż.

Ko­niec koń­ców po­sta­no­wi­łam za­ry­zy­ko­wać i za­ło­ży­łam kla­sycz­ną małą czar­ną. Nic spe­cjal­ne­go, ale to ciuch, któ­ry nig­dy nie wy­cho­dzi z mody. Z za­do­wo­le­niem obej­rza­łam się w lu­strze. Mie­sią­ce die­ty i ćwi­czeń po­zwo­li­ły mi na­resz­cie uzy­skać upra­gnio­ną syl­wet­kę. Mio­do­we, pro­ste wło­sy się­ga­ją­ce ra­mion po­zo­sta­wi­łam roz­pusz­czo­ne, po­zwo­li­łam grzyw­ce opaść na czo­ło i szyb­ko po­pra­wi­łam ma­ki­jaż.

Chwi­lę póź­niej za­bra­łam za­pa­so­we ba­te­rie, wrzu­ci­łam do nie­wiel­kiej to­reb­ki apa­ra­cik i dyk­ta­fon i w po­śpie­chu wy­bie­głam z miesz­ka­nia. Wy­jąt­ko­wo po­sta­no­wi­łam za­mó­wić tak­sów­kę, bo nie chcia­łam psuć so­bie wi­ze­run­ku sta­rym rzę­chem, któ­ry nie­ste­ty co­raz czę­ściej wy­da­wał z sie­bie od­gło­sy, jak­by ru­szał w ostat­nią dro­gę.

Do­tar­łam na miej­sce pół go­dzi­ny przed cza­sem, dzię­ki cze­mu mia­łam chwi­lę, żeby się tro­chę ro­zej­rzeć. Wie­dzia­łam, że do­sta­łam swo­ją (być może nie­po­wta­rzal­ną) szan­sę i chcia­łam się wy­ka­zać. Przed wej­ściem sta­ła już grup­ka kil­ku osób, po wy­glą­dzie są­dząc rów­nież dzien­ni­ka­rzy, któ­rzy spraw­dza­ni byli ko­lej­no przez ochro­nę. Trzech męż­czyzn wy­glą­da­ją­cych jak „Fa­ce­ci w czer­ni” spraw­dza­ło ich skru­pu­lat­nie wy­kry­wa­cza­mi me­ta­lu i prze­glą­da­li tor­by na sprzęt. W koń­cu na­de­szła moja ko­lej, co przy­ję­łam z lek­kim uczu­ciem nie­po­ko­ju. Nie że­bym prze­my­ca­ła w to­reb­ce ja­kieś ostre na­rzę­dzia, ale za­wsze krę­po­wa­ły mnie ta­kie sy­tu­acje bez wzglę­du na to, czy cho­dzi­ło o nowo otwar­ty klub czy od­pra­wę na lot­ni­sku.

– Na­zwi­sko – bez­barw­nym gło­sem za­py­tał znu­dzo­ny naj­wy­raź­niej ochro­niarz.

– Ma­ri­sa Alar­con Mar­ti­nez.

Przej­rzał li­stę i zmie­rzył mnie nie­zbyt przy­ja­znym wzro­kiem.

– Nie ma pani na li­ście go­ści.

– Je­stem z pra­sy, dzien­nik „La Gen­te” – po­wie­dzia­łam z na­ci­skiem, bo był go­tów mnie nie wpu­ścić, a to by­ła­by ka­ta­stro­fa.

Spoj­rzał py­ta­ją­co i otwo­rzył od­ręb­ną li­stę, po czym przy­wo­łał ge­stem dru­gie­go ochro­nia­rza i ka­zał mu mnie prze­szu­kać.

– Pla­kiet­ka dla pani. – Po­dał mi za­fo­lio­wa­ny kar­to­nik z na­pi­sem „Press”. – Pro­szę sta­nąć w sek­cji dla pra­sy po pra­wej stro­nie od po­dium.

– Dzię­ku­ję. – Wzię­łam pla­kiet­kę i chcia­łam przejść, ale nie prze­pusz­czo­no mnie da­lej.

– Pro­szę to przy­piąć – po­wie­dział dru­gi ochro­niarz zde­cy­do­wa­ny to­nem. Wy­wró­ci­łam ocza­mi, ale bez sło­wa prze­bi­łam wy­jąt­ko­wo gru­bą agraf­ką de­li­kat­ną tka­ni­nę su­kien­ki. Zro­bi­łam przy tym minę pod ty­tu­łem: „Za­do­wo­lo­ny? Mogę już iść?”. Ochro­niarz od­su­nął się, po­zwa­la­jąc mi wresz­cie wejść do środ­ka i ge­stem przy­wo­łał ko­lej­ną oso­bę.

Nig­dy nie by­łam w Pa­lau Na­cio­nal, więc te­raz z cie­ka­wo­ścią roz­glą­da­łam się po urze­ka­ją­cym wnę­trzu. Czu­łam się tu­taj tro­chę jak kop­ciu­szek, któ­ry przy­pad­kiem ma szan­sę pod­glą­dać, jak się ba­wią wyż­sze sfe­ry. Nie wie­dzia­łam do­kład­nie, kogo ze sław­nych osób tu­taj spo­tkam, ale by­łam pew­na, że będą to na­zwi­ska z pierw­szych stron ga­zet.

W głów­nej sali usta­wio­no sto­ły z po­czę­stun­kiem. Pi­ra­mi­dy krysz­ta­ło­wych kie­lisz­ków od­bi­ja­ły pro­mie­nie sło­necz­ne i rzu­ca­ły na po­miesz­cze­nie mnó­stwo mi­go­tli­wych punk­ci­ków. Pod jed­ną ze ścian zbu­do­wa­no po­dest, z któ­re­go ktoś za­pew­ne miał wy­gło­sić bły­sko­tli­wą mowę na te­mat szczyt­nych ce­lów przy­ję­cia. Tuż obok za­uwa­ży­łam czar­ny, lśnią­cy for­te­pian. Do­my­śli­łam się, że ja­kiś – za­pew­ne wy­bit­nie uta­len­to­wa­ny – mu­zyk bę­dzie umi­lał gru­bym ry­bom ten wie­czór. Kel­ne­rzy w ele­ganc­kich czar­nych fra­kach do­ko­ny­wa­li ostat­nich po­pra­wek i co chwi­lę zer­ka­li na ma­na­ge­ra. Prze­pych tego przy­ję­cia za­pie­rał mi dech w pier­siach.

Kie­dy za­czę­li po­ja­wiać się pierw­si go­ście, zo­sta­łam po­pro­szo­na o do­łą­cze­nie do gru­py dzien­ni­ka­rzy prze­by­wa­ją­cych w spe­cjal­nie wy­dzie­lo­nej sek­cji dla pra­sy. Za­uwa­ży­łam, że się zna­ją, po­nie­waż żar­to­wa­li mię­dzy sobą, przy­go­to­wu­jąc sprzęt i wy­da­wa­li się tak swo­bod­ni, jak­by w ogó­le nie zda­wa­li so­bie spra­wy z fak­tu, że oto przed ich ocza­mi za­czy­na się pa­ra­da naj­waż­niej­szych oso­bi­sto­ści z kra­ju. Przy­zna­ję, że czu­łam się tro­chę dziw­nie, przy­glą­da­jąc się im. Ubra­ni w zwy­kłe je­an­sy i pod­ko­szul­ki wy­da­wa­li się o wie­le więk­szy­mi pro­fe­sjo­na­li­sta­mi niż ja, po­zo­rant­ka, któ­ra wy­obra­ża­ła so­bie, że wy­stro­jo­na bę­dzie w sta­nie wto­pić się w tłum i w ten spo­sób uzy­ska lep­szy ma­te­riał do re­por­ta­żu. W tym mo­men­cie po­czu­łam się do­praw­dy idio­tycz­nie, ale nie mo­głam po­zwo­lić so­bie na uczu­cie zwąt­pie­nia. To mo­gło­by mnie roz­ko­ja­rzyć, a te­raz nie mia­łam cza­su na roz­ter­ki.

Nie są­dzi­łam, że zo­sta­nę za­mknię­ta w ja­kiejś idio­tycz­nej sek­cji, z któ­rej pew­nie pra­wie nic nie zo­ba­czę. Za­czę­łam się bun­to­wać, bo niby jak mia­łam zro­bić do­bre zdję­cia, sko­ro przed od­dzie­la­ją­cą li­nią już usta­wi­li się pa­pa­raz­zi. Do­sta­łam swo­ją szan­sę i za nic w świe­cie nie za­mie­rza­łam jej zmar­no­wać.

Ro­zej­rza­łam się po­spiesz­nie, szu­ka­jąc do­god­niej­sze­go miej­sca do pra­cy – tak że­bym była w sta­nie zro­bić do­bre zdję­cia i rów­no­cze­śnie wi­dzieć wszyst­ko, co się dzie­je na sali. Poza tym nie po­win­nam się rzu­cać w oczy. Te­raz szcze­rze cie­szy­łam się, że mój strój był na tyle ofi­cjal­ny, że mo­głam się stąd wy­mknąć i wto­pić po­mię­dzy go­ści. Dys­kret­nie zdję­łam pla­kiet­kę z na­pi­sem „Press” i nie­po­strze­że­nie ru­szy­łam w stro­nę wą­skich, drew­nia­nych scho­dów pro­wa­dzą­cych na pię­tro.

Bin­go!, po­my­śla­łam, bo to miej­sce wy­da­wa­ło się ide­al­ne. Sta­nę­łam na naj­niż­szym stop­niu tak, żeby le­piej wi­dzieć zbli­ża­ją­ce się oso­bi­sto­ści. Jed­na za dru­gą wcho­dzi­ły sław­ne pary – męż­czyź­ni ubra­ni w ele­ganc­kie fra­ki lub mun­du­ry, a pa­nie w suk­nie ba­lo­we, któ­re przy­pra­wia­ły mnie o za­wrót gło­wy. Wy­glą­da­ły jak księż­nicz­ki. W swo­jej kiec­ce za 100 euro znów po­czu­łam się jak Kop­ciu­szek. Wy­cią­gnę­łam mi-nia­pa­ra­cik i za­czę­łam ro­bić pierw­sze zdję­cia. W my­ślach prze­kli­na­łam oso­bę, któ­ra za­la­ła urzą­dze­nie czymś słod­kim i te­raz oprócz zwy­kłe­go klik­nię­cia sły­chać było rów­nież gło­śne mla­śnię­cie. Cie­szy­łam się jed­nak, że zna­la­złam miej­sce na tyle od­lud­ne, że mo­głam bez tru­du sku­pić się na pra­cy i nie ścią­gać na sie­bie uwa­gi.

Uda­ło mi się sfo­to­gra­fo­wać eks­cen­trycz­ną księż­nę Be­atri­ce, któ­ra zja­wi­ła się na przy­ję­ciu nie­za­po­wie­dzia­na i wca­le nie wy­da­wa­ła się z tego po­wo­du po­ru­szo­na. Po­ja­wił się rów­nież pre­mier Juan Car­los Flo­res Ar­ri­ba wraz z mał­żon­ką. Po­zo­sta­li go­ście byli re­pre­zen­tan­ta­mi par­tii po­li­tycz­nych oraz zna­ny­mi biz­nes­me­na­mi. Nie mo­gło rów­nież za­brak­nąć gwiazd fil­mo­wych, któ­re pa­ra­do­wa­ły w kre­acjach od naj­lep­szych pro­jek­tan­tów.

Z miej­sca, w któ­rym się ulo­ko­wa­łam, mia­łam świet­ny wi­dok na wszyst­kich go­ści i po­mi­mo dość mi­zer­ne­go auto-fo­cu­sa uda­ło mi się zro­bić cał­kiem spo­ro zdjęć. Co praw­da o ich ja­ko­ści moż­na bę­dzie coś wię­cej po­wie­dzieć, kie­dy już zo­sta­ną „zrzu­co­ne” na kom­pu­ter, ale póki co wszyst­ko szło po mo­jej my­śli.

– To nie jest stre­fa dla pra­sy.

Te sło­wa po­dzia­ła­ły na mnie jak ku­beł lo­do­wa­tej wody. Oczy­ma wy­obraź­ni już wi­dzia­łam osił­ka, któ­ry wcze­śniej spraw­dzał mnie przy drzwiach i te­raz albo od­pro­wa­dzi mnie do od­po­wied­nie­go sek­to­ra i na­ro­bi strasz­ne­go wsty­du, albo naj­zwy­czaj­niej w świe­cie wy­rzu­ci z przy­ję­cia. Spoj­rza­łam nie­win­nie na zbli­ża­ją­ce­go się do mnie męż­czy­znę. Nie wi­dzia­łam go wcze­śniej i z całą pew­no­ścią nie wy­glą­dał na pra­cow­ni­ka. Opa­no­wa­łam chęć zro­bie­nia mu zdję­cia – w koń­cu nig­dy nie wia­do­mo, co się może przy­dać.

– Na­praw­dę? – Uśmiech­nę­łam się słod­ko. – Nie wie­dzia­łam, że nie mogę się po­krę­cić wśród go­ści.

Męż­czy­zna wy­glą­dał na roz­ba­wio­ne­go. Non­sza­lanc­ko od­gar­nął się­ga­ją­ce ra­mion czar­ne, krę­co­ne wło­sy, aje­go ciem­ne oczy zwę­zi­ły się do szpa­rek, w któ­rych cza­iły się dia­bel­skie ogni­ki. Uśmiech­nął się za­wa­diac­ko, a pod kil­ku­dnio­wym za­ro­stem uka­za­ły się do­łecz­ki w po­licz­kach.

– My­ślę, że do­brze wiesz, że nie po­win­no cię tu być. – Oparł się o po­ręcz, sta­jąc zbyt bli­sko mnie i tym sa­mym, na­ru­sza­jąc moją prze­strzeń oso­bi­stą, cze­go szcze­rze nie zno­szę.

– Pan tu pra­cu­je? – Wie­dzia­łam, że nie, ale pró­bo­wa­łam wy­czuć, z kim mam do czy­nie­nia. Jego pew­ność sie­bie i zu­chwa­łość zdą­ży­ły mnie roz­draż­nić, cho­ciaż nie­zna­jo­my do­pie­ro co się zja­wił.

– Gdzie moje ma­nie­ry? – Za­śmiał się gar­dło­wo. – Agu­stin Car­re­ra Rios. – Nie po­dał mi ręki tyl­ko uniósł szklan­kę z whi­sky. – A ty jak się na­zy­wasz?

Jego na­zwi­sko nic mi nie mó­wi­ło, więc mo­głam so­bie po­zwo­lić na spła­wie­nie go. Tyl­ko dla­cze­go mia­ła­bym spła­wić przy­stoj­ne­go fa­ce­ta, któ­ry w tym na­tło­ku sław za­ga­dał aku­rat do mnie? No tak, by­łam w pra­cy. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach czu­ła­bym się wy­róż­nio­na, ale dzi­siaj prze­szka­dzał mi w wy­ko­ny­wa­niu obo­wiąz­ków i bez wzglę­du na to, jak przy­stoj­ny i uro­czy był, to zwy­czaj­nie nie mia­łam cza­su na głu­pa­we po­ga­węd­ki.

– A ja nie pa­mię­tam, że­by­śmy byli na „ty”. Prze­pra­szam, ale je­stem tu­taj w pra­cy.

Mo­gła­bym przy­siąc, że na se­kun­dę jego zmru­żo­ne oczy otwo­rzy­ły się sze­rzej, ale naj­wy­raź­niej po­sta­no­wił po­trak­to­wać moją ri­po­stę jak wy­zwa­nie.

– Prze­pra­szam, ale ze mnie gru­bia­nin – po­wie­dział iro­nicz­nie. – Wiesz, nie zno­szę ta­kich im­prez, strasz­nie się nu­dzę po­mię­dzy tymi wszyst­ki­mi wy­stro­jo­ny­mi bu­fo­na­mi. – Od nie­chce­nia prze­cze­sał wło­sy pal­ca­mi. – Cho­ler­nie tu nud­no. Jak za­wsze z resz­tą.

Tego się nie spo­dzie­wa­łam. Ale sko­ro mój roz­mów­ca był sta­łym by­wal­cem po­dob­nych przy­jęć, to może jed­nak jest god­ny cho­ciaż odro­bi­ny uwa­gi. Na­wet je­śli sam nie jest zna­ny, to być może mo­gła­bym dzię­ki nie­mu zy­skać wię­cej cie­ka­wo­stek do swo­je­go ma­te­ria­łu. A może przy­szedł jako oso­ba to­wa­rzy­szą­ca ja­kiejś sław­nej ko­bie­ty? W tym mo­men­cie po­ża­ło­wa­łam, że nie śle­dzę na bie­żą­co ru­bryk to­wa­rzy­skich. Być może wte­dy jego na­zwi­sko co­kol­wiek by mi mó­wi­ło. Szyb­ko prze­ana­li­zo­wa­łam sy­tu­ację i uzna­łam, że mogę sko­rzy­stać na jego kpiar­skim po­dej­ściu do uczest­ni­ków balu i wy­cią­gnąć od nie­go odro­bi­nę pi­kant­nych szcze­gó­łów.

A co mi tam, po­my­śla­łam i na mo­ment wy­łą­czy­łam apa­rat, trzy­ma­jąc go jed­nak w cią­głej go­to­wo­ści.

– Ma­ri­sa Alar­con Mar­ti­nez z „La Gen­te”.

Ro­ze­śmiał się, co świad­czy­ło o tym, że przej­rzał na wy­lot moje in­ten­cje. Pod­niósł dłoń do czo­ła i za­sa­lu­to­wał żar­to­bli­wie, czym wpra­wił mnie w za­kło­po­ta­nie. Zno­wu mia­łam go do­syć. Za­cho­wy­wał się jak pa­jac.

– Chcesz zwie­dzić pię­tro?

– Słu­cham? – Po­trzą­snę­łam gło­wą z nie­do­wie­rza­niem. Prze­cież nie mógł być aż tak bez­czel­ny, po­my­śla­łam, że mu­sia­łam się prze­sły­szeć.

Ski­nął gło­wą wska­zu­jąc pię­tro.

– Mo­że­my się za­szyć w loży i po­na­bi­jać z tych na­dę­tych dur­niów. Mo­żesz im stam­tąd ro­bić zdję­cia. Co po­wiesz?

– Brzmi ku­szą­co, ale stąd mam lep­szy wi­dok. – Wy­mow­nie się od­wró­ci­łam i zno­wu włą­czy­łam apa­rat.

– Nie masz dzien­ni­kar­skiej żył­ki. Je­śli nie lu­bisz ry­zy­ka, to le­piej zmień za­wód. – Zno­wu po­sta­no­wił mnie pro­wo­ko­wać.

Nie da­wał za wy­gra­ną, zu­peł­nie jak­by nie do­cie­ra­ło do nie­go, że mo­głam nie mieć ocho­ty na jego to­wa­rzy­stwo. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach da­ła­bym się wcią­gnąć w dys­ku­sję, bo po­mi­mo jego de­ner­wu­ją­cej po­wierz­chow­no­ści był praw­dzi­wym „cia­chem”, jed­nak te­raz mu­sia­łam mieć się na bacz­no­ści. Jak moż­na go było naj­traf­niej okre­ślić? Szorst­ki, in­te­li­gent­ny, dow­cip­ny i nie­ste­ty tro­chę wred­ny, a na do­miar złe­go za­bój­czo przy­stoj­ny. To wy­bu­cho­wa mie­szan­ka i nie­wie­le ko­biet po­tra­fi się jej oprzeć. Te­raz jed­nak by­łam w pra­cy i jego na­tar­czy­wą obec­ność po­trak­to­wa­łam jako pró­bę, któ­rą mu­sia­łam przejść w swo­jej dro­dze na szczyt.

– Któ­rej czę­ści zda­nia, je­stem tu­taj w pra­cy” nie zro­zu­mia­łeś? – od­po­wie­dzia­łam, si­ląc się na obo­jęt­ność.

– Faj­ny masz sprzęt. – Za­chi­cho­tał kpiar­sko, co prze­peł­ni­ło sza­lę.

Po­czu­łam jak nie­przy­jem­nie ści­snął mi się żo­łą­dek. Od­wró­ci­łam się i po­czę­sto­wa­łam go zło­wro­gim spoj­rze­niem. On jed­nak tyl­ko się ro­ze­śmiał.

– Co cię tak bawi? Nie wiem, kim je­steś, więc pew­nie ni­kim waż­nym. Dla­te­go mogę so­bie po­zwo­lić na kom­fort zi­gno­ro­wa­nia tego, że tu ster­czysz i mi się na­przy­krzasz. – Nie sta­ra­łam się być uprzej­ma.

– Od za­wsze mia­łaś pie­gi, czy to efekt so­la­rium?

Rze­czy­wi­ście na no­sie mia­łam kil­ka ciem­niej­szych pla­mek, któ­re nig­dy mi nie prze­szka­dza­ły i któ­re lu­bi­łam, bo do­da­wa­ły cha­rak­te­ru mo­jej dziew­czę­cej uro­dzie. Ale w jego ustach za­brzmia­ło to jak kpi­na – głu­pia pa­nien­ka nie robi nic in­ne­go, tyl­ko się opa­la i ma­lu­je pa­znok­cie. Aż we mnie za­wrza­ło, bo by­łam moc­no wy­czu­lo­na na tak po­wierz­chow­ne po­strze­ga­nie ko­biet.

– Co mam zro­bić, że­byś mnie zo­sta­wił w spo­ko­ju? – Nig­dy nie spo­tka­łam rów­nie na­dę­te­go nar­cy­za. Po­mi­mo że nie ko­ja­rzy­łam jego na­zwi­ska, to wy­glą­dał jak ty­po­wy przed­sta­wi­ciel eli­ty. Pięk­ny, bo­ga­ty, roz­piesz­czo­ny. Krop­ka.

– Po­zwól się opro­wa­dzić i dam ci spo­kój. To zaj­mie tyl­ko chwil­kę, obie­cu­ję. – Pod­niósł ręce na znak do­brych in­ten­cji. Wi­dząc moją nie­zde­cy­do­wa­ną minę, do­dał: – Wy­baw mnie, a w za­mian za­ła­twię ci ja­kiś cie­ka­wy wy­wiad i zdję­cia lep­sze niż wszyst­kie tam­te pi­sma­ki ra­zem wzię­te.

Nie po­do­ba­ło mi się to, jak na­zy­wa dzien­ni­ka­rzy, ale ma­jąc do wy­bo­ru trzy­mać dziób na kłód­kę i do­stać do­stęp do lep­sze­go ma­te­ria­łu albo unieść się am­bi­cją i po­le­gać na tym co wyj­dzie (albo i nie) z mo­je­go lep­kie­go apa­ra­ci­ku, po­sta­no­wi­łam wy­brać to pierw­sze.

– Okej, ale tyl­ko chwi­la.

– Pani re­dak­tor, nie musi się mnie pani bać. Je­stem naj­bar­dziej nie­szko­dli­wy człon­kiem tego cyr­ku. – Dło­nią, w któ­rej trzy­mał drin­ka, wska­zał na ba­wią­cych się co­raz hucz­niej lu­dzi. – Pani przo­dem. – Z za­czep­ną miną po­cze­kał, aż minę go na scho­dach i będę szła przed nim.

Mo­gła­bym przy­siąc, że spe­cjal­nie pró­bu­je mnie za­wsty­dzić i jak nic wła­śnie gapi się na mój (z za­do­wo­le­niem mu­sze przy­znać, że zgrab­ny) ty­łek.

– Dla­cze­go tu je­steś sko­ro tak bar­dzo gar­dzisz tymi ludź­mi? – Nie­wąt­pli­wie ten fa­cet był dla mnie za­gad­ką.

– Chodź. – Wziął zu­chwa­le moją rękę i po­pro­wa­dził na bal­kon, z któ­re­go mo­gli­śmy swo­bod­nie oglą­dać wszyst­ko, co się dzia­ło na dole wśród go­ści. – Wi­dzisz tego fa­ce­ta, któ­ry wła­śnie uda­je, że śmie­szy go żart pre­mie­ra?

– Kto to?

– Mój oj­ciec Ra­mi­ro Car­re­ra Rios. Go­spo­darz tego spę­du oso­bli­wo­ści.

Spoj­rza­łam na nie­go zdzi­wio­na i po­trzą­snę­łam gło­wą. Nie wi­dzia­łam jego na­zwi­ska na za­pro­sze­niu, któ­re do­sta­łam od Any.

– Nie ro­zu­miem, dla­cze­go z nim przy­sze­dłeś sko­ro nie lu­bisz ta­kich miejsc... – Męż­czy­zna na dole wy­glą­dał dość oso­bli­wie. Uśmie­chał się i wy­mie­niał uprzej­mo­ści, ale jego twarz wy­glą­da­ła jak wy­krzy­wio­na w sztucz­nym uśmie­chu ma­ska. A może to po pro­stu bo­toks? Nie po­tra­fi­łam tego oce­nić z tej od­le­gło­ści.

– Po­wiedz­my, że je­stem ko­cha­ją­cym sy­nem. No albo, że in­te­re­su­je mnie ta cała do­bro­czyn­ność. Wiesz, ra­to­wa­nie sie­rot, czy coś ta­kie­go. – Prych­nął i z po­gar­dą upił głę­bo­ki łyk.

Za­sta­na­wia­łam się, skąd w nim tyle iro­nii i nie­chę­ci, ale osta­tecz­nie do­szłam do wnio­sku, że to nie jest moja spra­wa i nie za­mie­rza­łam drą­żyć te­ma­tu.

– To co chcia­łeś mi po­ka­zać?

– Wy dzien­ni­ka­rze je­ste­ście tacy rze­czo­wi...

– Słu­chaj, nie mam cza­su na gad­ki szmat­ki. Wra­cam na dół. – Spró­bo­wa­łam go omi­nąć, ale za­stą­pił mi dro­gę.

– Ale je­steś na­rwa­na, Pie­gu­sko. – Za­cmo­kał i po­krę­cił gło­wą.

Za­nim zdo­ła­łam wy­krztu­sić ri­po­stę, uprze­dził mnie nie­zwy­kle prze­ko­nu­ją­cym zda­niem:

– Po­ka­żę ci bar­dzo wy­jąt­ko­wą bi­blio­te­kę, a póź­niej przed­sta­wię cię Flo­re­so­wi Ar­ri­bie i za­dbam o to, że­byś mo­gła zro­bić od­po­wied­nie fot­ki jemu i jego żo­nie.

Na mo­ment się za­wa­ha­łam, ale nie wy­da­wał się ble­fo­wać. Wy­wiad z pre­mie­rem z pew­no­ścią zro­bił­by wra­że­nie na ko­le­gach z re­dak­cji i przede wszyst­kim na Anie. To mo­gła być wła­śnie ta dłu­go wy­cze­ki­wa­na tram­po­li­na, dzię­ki któ­rej skoń­czy­ła­bym raz na za­wsze z pi­sa­niem ho­ro­sko­pów.

– Wy­gra­łeś – po­wie­dzia­łam drę­two.

Agu­stin po­pro­wa­dził mnie ko­ry­ta­rzem i otwo­rzył przede mną jed­ne z cięż­kich, drew­nia­nych drzwi po le­wej stro­nie. Skrzyp­nę­ły ci­cho i wte­dy do­szedł do mnie ten nie­zwy­kle cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach. Za­wsze go uwiel­bia­łam, bo pach­niał zu­peł­nie jak moje dzie­ciń­stwo i przy­po­mi­nał mi naj­szczę­śliw­sze mo­men­ty z ca­łe­go ży­cia. Za­pach ksią­żek odu­rzał mnie chy­ba od za­wsze. Sta­re po­żół­kłe stro­ny, okład­ki wy­kła­da­ne skó­rą, albo wręcz prze­ciw­nie – zu­peł­nie nowe po­wie­ści, na któ­rych stro­nach czuć jesz­cze wy­raź­nie za­pach świe­że­go tu­szu dru­kar­skie­go.

– Coś pięk­ne­go – szep­nę­łam.

Nie mo­głam ode­rwać oczu od ma­syw­nych drew­nia­nych pół­ek peł­nych naj­więk­szych ar­cy­dzieł li­te­ra­tu­ry, ale tak­że ksiąg na­uko­wych i sta­rych map. Pod oknem sta­ło sze­ro­kie biur­ko z za­pa­lo­ną zie­lo­ną lamp­ką, taką ja­kie zwy­kle wi­du­je się na biur­kach ma­kle­rów. Za biur­kiem ogrom­ny skó­rza­ny fo­tel za­pra­szał do tego, żeby się w nim za­to­pić i za­po­mnieć o ota­cza­ją­cym świe­cie. Tuż obok nie­go usta­wio­no oso­bli­wy glo­bus, sty­li­zo­wa­ny na sta­roć, ale tak na­praw­dę peł­nią­cy funk­cję bar­ku.

– Brak mi słów. – By­łam cał­ko­wi­cie urze­czo­na.

Do­pie­ro jego roz­ba­wio­ne spoj­rze­nie spro­wa­dzi­ło mnie na zie­mię i to z pręd­ko­ścią tor­pe­dy.

– A wła­ści­wie dla­cze­go mnie tu przy­pro­wa­dzi­łeś?

– Po­wiedz­my, że sta­nę­łaś na mo­jej dro­dze w naj­bar­dziej od­po­wied­nim mo­men­cie. No i szcze­rze mó­wiąc, wy­glą­da­łaś roz­bra­ja­ją­co, cho­wa­jąc się za ba­lu­stra­dą z tym mla­ska­ją­cym czymś. Wspa­nia­ło­myśl­nie po­sta­no­wi­łem ura­to­wać twój ar­ty­kuł, je­śli naj­pierw to ty ura­tu­jesz mnie.

– A przed czym wła­ści­wie wła­śnie cię ra­tu­ję?

– Przed bra­niem udzia­łu w tej szop­ce. Ro­zej­rzyj się – zmie­nił te­mat – przy­nio­sę coś do pi­cia. – To po­wie­dziaw­szy, znik­nął za cięż­ki­mi drzwia­mi.

Po­de­szłam do wy­so­kiej pod sam su­fit pół­ki i de­li­kat­nie prze­cią­gnę­łam pal­cem po grzbie­tach ksią­żek. Aż prze­szedł mnie roz­kosz­ny dreszcz. Za­czę­łam od­czy­ty­wać ty­tu­ły i au­to­rów. Nie były to oczy­wi­ście pierw­sze wy­da­nia, ale ko­lek­cja i tak zro­bi­ła na mnie nie­sa­mo­wi­te wra­że­nie. Przy nie­któ­rych z nich po pro­stu nie mo­głam się po­wstrzy­mać, więc zdej­mo­wa­łam je z pół­ek i nie­spiesz­nie prze­glą­da­łam stro­ny.

Roz­ma­rzy­łam się, po­nie­waż za­wsze chcia­łam mieć wła­sną bi­blio­tecz­kę, ale nig­dy na­wet nie śni­łam o ta­kim księ­go­zbio­rze. Trzy­ma­jąc pięk­nie opra­wio­ne wy­da­nie „Don Ki­cho­ta”, po­de­szłam do okna i wyj­rza­łam na ze­wnątrz. Ogro­dy oka­la­ją­ce pa­łac zdą­ży­ły ską­pać się w za­pa­da­ją­cej ciem­no­ści. Sta­ra­łam się cho­ciaż na chwi­lę od­pły­nąć my­śla­mi od przy­ję­cia i od ry­zy­ka, ja­kie pod­ję­łam, opusz­cza­jąc je. No cóż, ale mo­gło mi się to opła­cić, o ile Agu­sti­no­wi fak­tycz­nie uda się za­ła­twić ja­kieś zdję­cia pre­mie­ra. A z resz­tą tłu­ma­czy­łam so­bie, że lada mo­ment wró­cę na dół. Bal do­pie­ro się roz­krę­cał i na pew­no po­trwa jesz­cze kil­ka go­dzin.

W pew­nym mo­men­cie w ogro­dzie za­uwa­ży­łam ja­kiś ruch. Czyż­by ktoś wy­mknął się z przy­ję­cia? Wy­cią­gnę­łam apa­rat i do­słow­nie czu­łam, jak pod­no­si mi się po­ziom ad­re­na­li­ny. To mo­gło być to! Może wła­śnie je­stem na tro­pie ja­kiejś sen­sa­cji? Za­pa­dał już zmrok, ale uda­ło mi się roz­róż­nić syl­wet­ki trzech ochro­nia­rzy, któ­rzy wcze­śniej spraw­dza­li mnie przed wej­ściem. Ktoś był z nimi, ale nie mo­głam do­strzec jego twa­rzy. Ja­kiś męż­czy­zna...

– Co się tam dzie­je? – szep­nę­łam do sie­bie i jesz­cze moc­niej wy­tę­ży­łam wzrok, żeby wy­pa­trzyć, co ro­bią męż­czyź­ni. Wy­glą­da­ło to tak, jak­by go­ry­le pro­wa­dzi­li gdzieś czwar­te­go męż­czy­znę, któ­ry wy­raź­nie pro­te­sto­wał. W mo­men­cie, kie­dy uj­rza­łam wy­raź­niej jego twarz, padł stłu­mio­ny strzał i męż­czy­zna bez­ład­nie osu­nął się na zie­mię.

Krzyk­nę­łam prze­ra­żo­na. Nie mo­głam uwie­rzyć w to, co wła­śnie zo­ba­czy­łam. Czy by­łam świad­kiem mor­der­stwa? Czu­łam, że nie mogę się ru­szyć, jak spa­ra­li­żo­wa­na przy­glą­da­łam się da­lej spek­ta­klo­wi to­czą­ce­mu się na dole. Na­gle je­den z ochro­nia­rzy spoj­rzał w moim kie­run­ku. Na­sze oczy się spo­tka­ły. To była naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ca chwi­la w ży­ciu. In­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy za­czął dzia­łać i pa­dłam na ko­la­na. Czu­łam przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca. Po­mi­mo cie­płe­go wie­czo­ru na­gle zro­bi­ło mi się zim­no, a po ple­cach spły­nę­ła cien­ka stróż­ka lo­do­wa­te­go potu. Mi­nę­ło kil­ka dłu­gich se­kund, za­nim ru­szy­łam pę­dem w stro­nę drzwi. Pra­gnę­łam do­trzeć do go­ści, by za­pew­nić so­bie bez­pie­czeń­stwo. Prze­cież nie będą mo­gli mi nic zro­bić na oczach tych wszyst­kich lu­dzi. Wy­bie­ga­jąc, zde­rzy­łam się z Agu­sti­nem, a kie­lisz­ki z szam­pa­nem, któ­re niósł, upa­dły na pod­ło­gę, roz­bry­zgu­jąc płyn po mo­ich sto­pach.

– Co się sta­ło? – Przy­trzy­mał mnie za ra­mio­na. – Hej, dla­cze­go pła­czesz? – za­py­tał o wie­le ła­god­niej. Pa­ni­ka w mo­ich oczach wy­raź­nie go za­nie­po­ko­iła.

– Puść mnie. – Pró­bo­wa­łam się wy­rwać. – Pro­szę. – Co­raz bar­dziej pod­da­wa­łam się prze­ra­że­niu, któ­re jak lep­ka mgła za­cie­śnia­ło się wo­kół mnie.

– Czy jest ja­kiś pro­blem pro­szę pana? – do­bie­gło nas py­ta­nie. – Zaj­mę się tą pa­nią.

Kie­dy dwaj z trzech opraw­ców z ogro­du za­czę­li się do nas zbli­żać nie­świa­do­mie za­ci­snę­łam pa­znok­cie na przed­ra­mio­nach Agu­sti­na.

– Nie ma ta­kiej po­trze­by, Pino. – Agu­stin wy­raź­nie nie przej­mo­wał się nimi.

– Nie­ste­ty na­le­gam...

– Ja nie­ste­ty mu­szę od­mó­wić. – W jego gło­sie było coś nie­po­ko­ją­ce­go. Wy­glą­da­ło na to, że miał nad nimi wła­dzę i nie śmie­li mu się prze­ciw­sta­wić. – Nie po­win­ni­ście wła­śnie pil­no­wać wej­ścia?

Z bar­dzo wy­raź­nym ocią­ga­niem mi­nę­li nas i ze­szli po scho­dach do sali ba­lo­wej.

– Mała, w coś się wpa­ko­wa­łaś i te­raz jest je­dy­ny mo­ment, że­byś mi po­wie­dzia­ła, o co cho­dzi.

Pa­trzy­łam na nie­go nie­uf­nie, bo niby na ja­kiej pod­sta­wie mia­łam mieć choć cień pew­no­ści, że jest po mo­jej stro­nie? Wszyst­ko za­czę­ło się ukła­dać w ca­łość. Sko­ro jego oj­ciec jest go­spo­da­rzem, a ci trzej są jego pra­cow­ni­ka­mi, to mój to­wa­rzysz z całą pew­no­ścią bę­dzie pierw­szą oso­bą, któ­ra bę­dzie chcia­ła mnie uci­szyć. Ale z dru­giej stro­ny mógł mnie im od­dać. Z ka­ru­ze­li my­śli wy­rwa­ło mnie ko­lej­ne py­ta­nie.

– Ma­ri­so, mu­sisz mi za­ufać. Co się wy­da­rzy­ło? – Był śmier­tel­nie po­waż­ny, już nie przy­po­mi­nał iry­tu­ją­ce­go aro­gan­ta, któ­re­go po­zna­łam nie­speł­na go­dzi­nę wcze­śniej.

– Oni go za­bi­li… – Mój głos za­brzmiał zu­peł­nie obco. Nie mo­głam uwie­rzyć, że wy­po­wie­dzia­łam na głos te sło­wa.

– Kogo?! Co ty opo­wia­dasz?! – Nie krył wzbu­rze­nia.

Po­trzą­snę­łam gło­wą, prze­cież nie mo­głam wie­dzieć, kim był ten czło­wiek.

– Ja­sna cho­le­ra. – Za­ci­snął zęby i wbił we mnie wście­kłe spoj­rze­nie. – A ty wszyst­ko wi­dzia­łaś, tak?

Ski­nę­łam gło­wą, nie było sen­su za­prze­czać fak­tom.

– Co te­raz bę­dzie? Nie po­zwól im mnie nig­dzie za­brać, pro­szę. – Na­wet nie sta­ra­łam się opa­no­wać drże­nia w gło­sie i łez spły­wa­ją­cych mi po po­licz­kach. Cały czas wi­dzia­łam tam­te­go męż­czy­znę, któ­ry na­gle pada na zie­mię. Ten ob­raz wrył się w moją pa­mięć.

– Chodź. – Chwy­cił mnie zno­wu za rękę, ale za­czę­łam się opie­rać.

– Gdzie mnie za­bie­rasz?! Pro­szę, nie po­zwól im...

– Nie mam cza­su, żeby ci to te­raz tłu­ma­czyć. Je­śli chcesz żyć, to po­zwo­lisz mi się stąd za­brać.

Nie mia­łam wy­bo­ru. Z jed­nej stro­ny chcia­łam wpaść do sali ba­lo­wej i opo­wie­dzieć ze­bra­nym tam lu­dziom, cze­go wła­śnie by­łam świad­kiem, zde­ma­sko­wać ochro­nia­rzy i za­dzwo­nić po po­li­cję – to do­pie­ro by­ła­by sen­sa­cja na pierw­szą stro­nę! Z dru­giej jed­nak stro­ny coś pod­po­wia­da­ło mi, że po­win­nam dać mu się wy­pro­wa­dzić. Ja­kiś głos we­wnętrz­ny na­ma­wiał mnie, że­bym mu za­ufa­ła i nie ro­bi­ła przed­sta­wie­nia na dole. Prze­cież nie mia­łam do­wo­dów, a cia­ła już pew­nie się po­zby­li.

Kie­dy we­szli­śmy na salę, gra­ła mu­zy­ka, a pio­sen­kar­ka ubra­na w czer­wo­ną suk­nię śpie­wa­ła ja­kąś ckli­wą pio­sen­kę. Nikt nie zwró­cił na nas uwa­gi. Do­pie­ro przy wyj­ściu cze­ka­ła przy­kra nie­spo­dzian­ka.

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać, synu. – Jego oj­ciec wy­glą­dał na czło­wie­ka nie­zno­szą­ce­go ja­kie­go­kol­wiek sprze­ci­wu.

Agu­stin chwy­cił moc­niej moją dłoń.

– Czy to nie może po­cze­kać? Wła­śnie wy­cho­dzi­li­śmy.

– Mło­da damo, zga­dza się pani za­cze­kać, aż skoń­czy­my roz­ma­wiać? – Mó­wiąc to, wbił we mnie lo­do­wa­te spoj­rze­nie.

– Idź, za­raz po cie­bie wró­cę. – Agu­stin pchnął mnie de­li­kat­nie z po­wro­tem do sali i od­pro­wa­dził wzro­kiem.

Czu­łam, że za­czy­na mi