Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 446 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Uprowadzona - Charlie Donlea

Prawda to dopiero połowa historii…

W trakcie wakacyjnej imprezy na plaży Nicole Cutty i Megan McDonald zostają porwane. Policja prowadzi szeroko zakrojone poszukiwania, jednak nie znajduje po nich żadnego śladu.

Niedługo potem ledwie żywa Megan, cudem ucieka z bunkra ukrytego w głębokim lesie.

Po roku książka na temat jej ucieczki ma już status bestsellera, a Megan staje się gwiazdą. Pozostaje tylko jeden mały problem -  Nicole nadal nie odnaleziono.

Jej starsza siostra, Livia, pracuje w prosektorium i zdaje sobie sprawę, że być może pewnego dnia dnia przyjdzie jej zbadać ciało siostry i zrozumieć tajemnicę jej zniknięcia. Tymczasem do prosektorium trafia ciało młodego mężczyzny, którego może coś łączyć z  serią zaginięć dziewczyn w całym kraju.
Powodowana niezdrową ciekawością Livia nawiązuje kontakt z Megan, której prawdziwa wiedza wykracza daleko poza to, co można przeczytać w jej bestsellerowej książce, a strzępy wspomnień dziewczyny stopniowo składają się w przerażającą całość.

Opinie o ebooku Uprowadzona - Charlie Donlea

Fragment ebooka Uprowadzona - Charlie Donlea

Dla ‌Mary,

siostry, fanki, przyjaciółki

Amazing grace ‌how sweet the ‌sound

That saved ‌a wretch like ‌me ‌

I once ‌was lost ‌but now ‌I’m ‌found ‌

Was blind ‌but ‌now ‌I see

(Pierwsze wersy angielskiej

protestanckiej ‌pieśni religijnej ‌

autorstwa Johna Newtona)

Porwanie

EMERSON ‌BAY, KAROLINA PÓŁNOCNA

20 ‌SIERPNIA ‌2016 ROKU

GODZINA 23.22

Mrok od ‌zawsze stanowił ‌część ‌jej ‌życia.

Wypatrywała go ‌i przymilała się do niego. ‌Udało ‌jej się ‌z nim zaprzyjaźnić i oswoić ‌go na ‌sposoby, które większości ‌są obce. Niebezpiecznie ‌późno przekonała ‌się o radościach ‌płynących z jego towarzystwa ‌i o tym, ‌że woli ‌czerń ‌śmierci od ‌jasności ‌życia. Tak było do ‌dziś. ‌Do momentu, ‌w którym stanęła ‌przed otchłanią tak ‌martwą i pustą, ‌jak jeszcze nic ‌dotąd w jej życiu. ‌Niczym czarna, ‌bezgwiezdna ‌noc. Znalazłszy ‌się ‌w tej pustce ‌rozciągniętej pomiędzy życiem i śmiercią, ‌Nicole Cutty ‌wybrała ‌życie. I zaczęła uciekać, jakby ‌ją całe piekło ‌goniło.

Nie miała ‌latarki, dlatego kiedy ‌wybiegła przez frontowe ‌drzwi, noc ją oślepiła. ‌Była na wyciągnięcie ‌ręki, ‌przez co ‌adrenalina wypełniała jej organizm ‌i prowadziła ‌ją ‌przez jakiś czas ‌w niewłaściwym kierunku, ‌aż wreszcie jej oczy ‌przystosowały się do ‌przygaszonego ‌blasku księżyca. Dostrzegła ‌swój samochód, zmieniła kurs ‌i ruszyła w jego ‌stronę. Po krótkich zmaganiach ‌z klamką ‌udało jej się otworzyć drzwi. Kluczyki wisiały w stacyjce i Nicole odpaliła silnik, wrzuciła bieg i nadepnęła odpowiedni pedał. Dała jednak za dużo gazu i omijając pojazd stojący przed nią, prawie w niego wjechała. Jej reflektory tchnęły życie w kruczoczarną noc i kątem oka zobaczyła mgnienie koloru jego koszuli, kiedy wyłonił się zza maski samochodu stojącego z przodu. Nie miała czasu na reakcję. Poczuła uderzenie i potworne kołysanie zawieszenia samochodu, kiedy koła próbowały zaabsorbować nierówność, przejeżdżając po jego ciele, po czym odzyskała prawidłową przyczepność na żwirowej drodze. Zareagowała zupełnie bezwiednie. Wcisnęła gaz do dechy i zawróciła prawie w miejscu, po czym pomknęła w dół wąskiej drogi, zostawiając wszystko za sobą.

Nicole szarpała kierownicę, kierując się w stronę autostrady. Zarzucało nią na siedzeniu kierowcy, ale ignorowała prędkościomierz, nawet kiedy wskazywał powyżej stu trzydziestu kilometrów na godzinę. Napięła rękę w miejscu, gdzie ją chwycił, i zobaczyła, że wykwitł tam już ciemnofioletowy siniak. Jej wzrok biegał od przedniej szyby do lusterka wstecznego i z powrotem. Dopiero po trzech kilometrach przestała nerwowo wciskać pedał gazu i czterocylindrowy silnik wreszcie się uspokoił. Wolność nie przyniosła jej ulgi. Zbyt wiele się wydarzyło, by uwierzyła, że ucieczka może sprawić, iż problemy zrodzone dzisiejszej nocy mogą tak po prostu zniknąć. Potrzebowała pomocy.

Wjechała na drogę dojazdową prowadzącą z powrotem na plażę. W międzyczasie rozmyślała o ludziach, do których nie może się zwrócić. Jej umysł pracował właśnie w ten sposób, w przestrzeni negatywnej. Zanim zdecydowała, kto jej się przyda, skreślała osoby mogące jej jedynie zaszkodzić. Rodzice znajdowali się na szczycie tej listy. Policja była niedaleko za nimi. Przyjaciółki może by się nadawały, ale były zbyt wrażliwe i skłonne do histerii. Nicole wiedziała, że spanikują, zanim zdoła im wyjaśnić choćby część tego, co wyszło dzisiaj na jaw. Jej umysł pracował na pełnych obrotach, do samego końca ignorując jedyną realną możliwość, aż wreszcie wykluczyła wszystkie inne.

Nicole zatrzymała się przed znakiem „Stop”, po czym minęła go, wyciągając jednocześnie telefon. Potrzebowała swojej siostry. Livia była starsza i mądrzejsza. Rozsądniejsza od Nicole. Gdyby udało im się zapomnieć o tym, co było ostatnio, i zignorować dystans, jaki powstał między nimi, byłaby w stanie powierzyć Livii swoje życie. A nawet jeśli nie była tego pewna, to i tak nie miała wyboru.

Przyłożyła do ucha telefon i słuchała sygnału, a łzy spływały jej po policzkach. Północ była coraz bliżej. Nicole znajdowała się niedaleko imprezy na plaży.

– Odbierz, odbierz, odbierz. Livio, błagam, odbierz.

Ucieczka

Dwa tygodnie później

LAS EMERSON BAY

3 WRZEŚNIA 2016 ROKU

GODZINA 23.54

Ściągnęła z głowy gruby płócienny worek i głęboko nabrała powietrza. Minęła chwila, zanim jej oczy przyzwyczaiły się do panujących wokół warunków, podczas gdy amorficzne kształty tańczyły przed jej twarzą, a czerń powoli blakła. Nasłuchiwała jego obecności, ale docierał do niej jedynie dźwięk padającego na zewnątrz deszczu. Rzuciła worek na ziemię i podeszła drobnymi krokami do drzwi bunkra. Zdumiało ją, że są lekko uchylone, ale przyłożyła twarz do szpary między drzwiami i futryną, by wyjrzeć na zewnątrz w ciemny las, gdzie krople uderzały o drzewa. Wyobraziła sobie, jak kamera skupia się na jej źrenicy, po czym oddala się powoli, obejmując po kolei drzwi, potem bunkier, drzewa, i w końcu ukazuje widok satelitarny całego lasu. Ten obraz sprawił, że poczuła się mała i słaba. Dotkliwie samotna mieszkanka bunkra ukrytego gdzieś w głębokim lesie.

Nie była pewna, czy to jakiś test. Istniała możliwość, że jeśli przepchnie się przez drzwi i wbiegnie do lasu, on będzie na nią czekał po drugiej stronie. Ale jeżeli uchylone drzwi i chwilowa nieobecność kajdanek świadczyły jednak o przeoczeniu, to była to jego pierwsza pomyłka i jednocześnie jedyna okazja, jaka nadarzyła się od dwóch tygodni. Po raz pierwszy została odpięta od ściany piwnicy.

Ze związanymi z przodu i trzęsącymi się dłońmi pchnęła drzwi. Zawiasy zaskrzypiały rozdzierająco w ciemnej nocy, dopiero po chwili deszcz zagłuszył ich zawodzenie. Powodowana strachem, odczekała chwilę. Zacisnęła oczy i zmusiła się do myślenia, usiłując otrząsnąć się z otępienia spowodowanego środkami usypiającymi. Godziny ciemności spędzone w piwnicy powróciły do niej i rozbłysły w jej umyśle niczym burza z błyskawicami. Podobnie obietnica, którą złożyła sobie wcześniej, że jeżeli tylko nadarzy się okazja, by uciec, to jej nie zmarnuje. Kilka dni temu postanowiła, że woli zginąć w walce o swoją wolność, niż pójść na rzeź niczym owca.

Postawiła ostrożnie krok naprzód i wyszła z bunkra na ciężki deszcz, który zaczął ściekać zimnymi strugami po jej twarzy. Przez chwilę rozkoszowała się tą kąpielą w ulewie, pozwalając wodzie wypłukać z jej umysłu resztki otępienia. Następnie ruszyła biegiem.

Las był ciemny, a deszcz bębnił nieubłaganie. Bijące ją po twarzy gałęzie odgarniała związanymi taśmą nadgarstkami. Potknęła się o konar i wpadła w stertę śliskich liści, po czym zmusiła się, by wstać. Liczyła mijające dni i wyszło jej dwanaście, od kiedy ją porwano. Może trzynaście. Była więziona w ciemnej piwnicy, gdzie porywacz przetrzymywał ją i karmił, dlatego możliwe, że pomyliła się o dzień. Przemęczenie mogło sprawić, że spała dłużej, niż jej się wydawało. Dzisiejszej nocy została przeniesiona do lasu. Była przerażona, kiedy wiózł ją w bagażniku. Robiło jej się niedobrze i sądziła, że koniec jest bliski. Ale teraz wolność była na wyciągnięcie ręki. Za tym lasem, z dala od deszczu i nocy, mogła znaleźć drogę do domu.

Biegła na ślepo, raz po raz skręcając chaotycznie, przez co przestała orientować się w kierunkach. Wreszcie usłyszała ryk ciężarówki jadącej po mokrej nawierzchni. Oddychając ciężko, pobiegła w stronę tego dźwięku, w górę skarpy, która prowadziła do dwupasmowej autostrady. W oddali widziała tylne czerwone światła przyspieszającego tira. Z każdą sekundą oddalały się coraz bardziej.

Wpadła na środek drogi i na miękkich nogach spróbowała gonić te światła, jakby naprawdę wierzyła, że jest w stanie je złapać. Deszcz siekł niemiłosiernie jej twarz i zmierzwił włosy, przemokła już do suchej nitki. Kulała dalej boso – rozcięła sobie stopę, biegnąc przez las – a ciągnącą się za nią nierówną strugę krwi deszcz skwapliwie rozmywał. Bała się, że on zaraz wyłoni się z lasu, dlatego zmusiła się, by brnąć dalej. Wyobrażała sobie, że on jest już bardzo blisko i zaraz podbiegnie do niej od tyłu, i zawlecze ją z powrotem do tamtej piwnicy bez okien.

Z powodu odwodnienia i halucynacji myślała, że oczy ją mamią, kiedy ukazał jej się nowy widok. Maleńkie białe światło daleko przed nią. Szła przed siebie, aż to światło rozdzieliło się na dwa i zaczęło rosnąć. W końcu stanęła na środku drogi i zaczęła machać nad głową związanymi rękoma.

Nadjeżdżający samochód zwolnił i błysnął długimi światłami, zalewając ją jasnością, kiedy tak stała na jezdni w mokrych ubraniach i bez butów, z zadrapaniami pokrywającymi twarz, krwią spływającą z szyi i plamiącą jej podkoszulek na czerwono.

Auto zatrzymało się, wycieraczki rozsuwały strumień wody na obie strony. Ktoś otworzył drzwi od strony kierowcy.

– Nic ci nie jest? – mężczyzna przekrzyczał ryczącą burzę.

– Proszę mi pomóc – powiedziała.

Były to pierwsze słowa, jakie wypowiedziała od kilku dni. Miała zachrypnięty głos. Dopiero wtedy zauważyła, jak cudownie smakuje deszcz.

Mężczyzna podszedł bliżej i rozpoznał ją.

– Dobry Boże, cały stan cię szuka.

Wziął ją pod rękę i poprowadził do samochodu, po czym ostrożnie posadził w fotelu pasażera.

– Niech pan jedzie! – krzyknęła. – On tu zaraz będzie. Wiem to.

Mężczyzna pobiegł szybko na drugą stronę, wrzucił bieg, zanim jeszcze zamknął drzwi. Wykręcił 911, mknąc autostradą numer 57.

– Gdzie twoja koleżanka? – zapytał.

Dziewczyna spojrzała na niego.

– Kto?

– Nicole Cutty. Ta druga uprowadzona dziewczyna.

Trasa promocyjna książki

Dwanaście miesięcy później

NOWY JORK

WRZESIEŃ 2017 ROKU

GODZINA 8.32

Megan McDonald usiadła wyprostowana jak struna i bez ruchu obserwowała, jak Dante Campbell czyta swoje notatki do wywiadu, podczas gdy stylistka muska jej nos pędzlem z pudrem. Dookoła panował ogólny chaos, producenci wykrzykiwali polecenia, nakazywali zmianę świateł i głośno informowali, ile jeszcze czasu pozostało do końca reklamy. Wzruszanie ramionami i głębokie wdechy nic nie pomagały, tak naprawdę powodowały tylko skurcze mięśnia czworobocznego. Megan wzdrygnęła się, kiedy druga makijażystka dotknęła pędzelkiem jej policzka.

– Wybacz, kochanie. Za bardzo się błyszczysz. Zamknij oczy.

Megan zamknęła, a kobieta przejechała pędzlem po jej twarzy. Głos dobywający się z ciemności, spoza kamer telewizyjnych, zaczął odliczanie. W ustach jej zaschło, a dłonie zaczęły się wyraźnie trząść. Specjaliści od makijażu się usunęli i nagle siedziała tylko w blasku mocnych świateł naprzeciw Dante Campbell.

– Pięć, cztery, trzy, dwa… Jesteście na wizji.

Megan wsunęła rozedrgane dłonie pod uda. Dante Campbell wbiła wzrok w kamerę i przemówiła wyćwiczonym tonem, zmieniając odpowiednio natężenie głosu. Było to typowe dla prowadzących programy śniadaniowe, a jej talk-show miał przecież najwyższą oglądalność.

– Wszyscy znamy wstrząsającą historię Megan McDonald. Przykładnej amerykańskiej obywatelki, córki szeryfa Emerson Bay, która latem dwa tysiące szesnastego roku została porwana. Rok później Megan wydała swoją książkę zatytułowaną Uprowadzona, prawdziwą historię swojego porwania i brawurowej ucieczki. – Dante Campbell oderwała wzrok od kamery i uśmiechnęła się do swojego gościa. – Megan, witamy w programie.

Megan z trudem przełknęła pustkę, którą niemal się zakrztusiła.

– Dziękuję – powiedziała.

– Miasto Emerson Bay i cały kraj od ponad roku pragnęły usłyszeć twoją historię. Co sprawiło, że w końcu zechciałaś się nią podzielić?

Od kiedy wyraziła zgodę na udzielenie tego wywiadu, zastanawiała się, co odpowie. Nie mogła wyznać prawdy wielkiej Dante Campbell – że napisanie książki było najprostszym sposobem, by zatrzymać ból matki i zyskać trochę przestrzeni. Książka mogła sprawić, że jej matka, neurotyczna i zamartwiająca się, da jej spokój przez kilka miesięcy.

– Po prostu nadeszła na to pora – powiedziała Megan, decydując, że najlepsze odpowiedzi to te, które pokażą ją w jak najlepszym świetle. – Potrzebowałam czasu. Musiałam wszystko przemyśleć, zanim stałam się gotowa, by powiedzieć o tym innym ludziom. Dostałam szansę, by to zrobić, i teraz jestem już gotowa, by opowiedzieć swoją historię.

– Jestem pewna, że ten czas przydał ci się, żeby wszystko przemyśleć i aby wydobrzeć – dodała Dante Campbell.

Ależ oczywiście, pomyślała Megan. W końcu minął cały rok i taki okres z pewnością wystarczy, by każdy mógł stwierdzić, że już wszystko jest w porządku. Pełny rok na pewno sprawił, że jest uleczona. Bo jeśli Megan nie zrobi teraz wrażenia uleczonej, szczęśliwej i w pełni przywróconej do normalności, to Dante Campbell, królowa telewizji śniadaniowej, wyjdzie na okrutnicę, jeśli będzie wypytywać o szczegóły. Proszę bardzo, pomyślała Megan, powiedz swojej publiczności raz jeszcze, jaka to jestem poskładana w całość i uleczona.

– To również, tak – powiedziała Megan.

– Coś takiego na pewno wymaga dużo czasu, a spisywanie książki i dokumentowanie tamtych wydarzeń na pewno było na swój sposób terapeutyczne.

Megan powstrzymała się przed przewróceniem oczami. Istniało wiele przymiotników, którymi mogłaby opisać proces powstawania tej książki. Terapeutyczny nie był jednym z nich.

– To prawda – Megan zacisnęła usta w uśmiechu. Był to jej nowy uśmiech, najlepszy, jaki potrafiła teraz przybrać. Tak bardzo różny od tego, który widziała kilka dni temu, kiedy przeglądała album z ostatniej klasy szkoły średniej. Wtedy uśmiechała się szeroko, pokazując między zaokrąglonymi ustami swoje proste i jasne zęby. Z początku próbowała go powtórzyć, ale nie potrafiła podrobić pełnego, szczerego uśmiechu. Dlatego wymyśliła ten nowy. Usta razem, kąciki w górę. Szczęśliwa. Ludzie to kupowali.

– Czego ludzie mogą się spodziewać po lekturze twojej książki?

Megan nie była do końca pewna, w końcu sama niewiele napisała. Większość zawdzięczała swojemu psychoanalitykowi, którego biogram trafił na okładkę.

– Ja… no cóż, są tam informacje o tej nocy, kiedy to się stało.

– Mowa o nocy, kiedy cię porwano – Dante uściśliła.

– Tak. I o dwóch tygodniach, które spędziłam w niewoli. Wiele miejsca zajmują sprawy, o których myślałam podczas uwięzienia, to, gdzie mnie trzymano, i wszystkie nieudane próby ucieczki. A także noc, w której… no wiesz, biegłam przez las.

– Noc, kiedy uciekłaś.

Megan się zawahała.

– Tak. Książka opisuje moją ucieczkę – ścisnęła znowu wargi. – Poświęciłam również cały rozdział panu Steinmanowi.

Dante Campbell odpowiedziała uśmiechem. Jej głos był łagodny.

– Mężczyźnie, który znalazł cię na autostradzie numer pięćdziesiąt siedem.

– Tak. To mój wybawiciel. Bohaterem jest również mój tata.

– Nie wątpię. Pan Steinman był już u nas w programie, zresztą całkiem niedługo po twoim odnalezieniu.

– Widziałam to. Byłam zadowolona, że cieszy się uwagą, na którą zresztą zasłużył. Tamtej nocy uratował mi życie.

– W rzeczy samej. – Dante spojrzała w dół na notatki i ponownie się uśmiechnęła. – Cały kraj się w tobie zakochał, wszyscy o tym wiemy. Tak wielu ludzi chce wiedzieć, jak się miewasz i co planujesz. Czy znajdą te informacje w książce? Twoje plany na przyszłość?

Megan wyciągnęła dłoń spod uda i zakręciła nią w powietrzu, by pomóc sobie w myśleniu.

– Jest w niej sporo o tym, co stało się od tamtej nocy, tak.

– Z tobą i twoją rodziną?

– Tak.

– A także z prowadzonym śledztwem?

– Wszystko, co o nim wiemy, tak.

– Czy jest ci trudno na myśl, że porywacz nadal jest gdzieś na wolności?

– Nie jest łatwo, ale wiem, że policja robi, co w jej mocy, by go znaleźć. – Megan pomyślała, że powinna podziękować swojemu ojcu za tę odpowiedź. Podsunął jej ten tekst poprzedniego wieczoru.

– Zanim to wszystko się wydarzyło, planowałaś pójść na Uniwersytet Duke’a. Wszyscy jesteśmy ciekawi, czy nadal bierzesz pod uwagę taką możliwość.

Megan przesunęła językiem po wewnętrznej stronie swoich suchych jak pieprz warg.

– Cóż, po tym wydarzeniu zrobiłam sobie rok wolnego. Próbowałam tej jesieni, ale się nie udało. Po prostu… nie mogłam zorganizować wszystkiego na czas.

– Na pewno nie jest ci łatwo powrócić do normalności, to oczywiste. Ale rozumiem, że uczelnia wydłużyła swoje zaproszenie na dowolny, pasujący ci termin?

Megan już dawno przestała kwestionować ludzką ciekawość, z jaką spotykało się jej porwanie, i niezaspokojone pragnienie poznania wszystkich strasznych szczegółów jej niewoli. Teraz z kolei wszyscy chcieli jej powrotu do normalnego życia, jak gdyby nic się nie stało. Przestała podawać te sprawy w wątpliwość, jak tylko zrozumiała, z czego wynikają. Wiedziała, że pójście na Uniwersytet Duke’a i kontynuowanie zwyczajnego życia pozwoli wszystkim żądnym ponurych szczegółów poczuć się dobrze. Jej normalność będzie dla nich ucieczką od grzechu. Jak mogliby – z Dante Campbell na czele – dopytywać o porwanie Megan, gdyby się okazało, że nadal cierpi z powodu tamtego wydarzenia? Jeśliby została złamana i wiodła głęboko nieszczęśliwe życie, które już nigdy się nie poprawi, ich zapał do całej historii byłby nie na miejscu. Nie mogli przecież interesować się jej historią, jeżeli ta kończyła się w jakiś nieatrakcyjny sposób. Jeśli jednak udało jej się ozdrowieć i pójść naprzód ze swoją nową, terapeutyczną książką i chlubnym miejscem na pierwszym roku na Uniwersytecie Duke’a, czyli jeśli mimo wszystko odniosła sukces… no cóż, w takim wypadku oni wszyscy mieli pełne prawo, by grzebać w jej bolesnym życiu jak sępy i po jakimś czasie po prostu odlecieć w poczuciu, że nic złego nie zrobili.

Megan McDonald musiała okazać się historią sukcesu. Nie było innego wyjścia.

– Tak – powiedziała w końcu Megan. – Władze uczelni zaoferowały mi wiele możliwości na kolejny semestr, a nawet na przyszły rok.

Dante Campbell uśmiechnęła się ponownie. Oczy nadal łagodne.

– No dobrze. Wiem, że sporo przeszłaś i jesteś inspiracją dla ofiar porwań na całym świecie. Teraz wiemy również, że twoja książka będzie dla nich światełkiem w tunelu. Wrócisz do nas za jakiś czas, żeby jeszcze porozmawiać? Powiedzieć, co u ciebie nowego?

– Oczywiście. – Megan uśmiechnęła się słabo.

– Proszę państwa, Megan McDonald. Życzę ci powodzenia.

– Dziękuję.

Następnie raz jeszcze poinformowano, gdzie można nabyć Uprowadzoną, panna Campbell zaprosiła na blok reklamowy i w studiu znów podniosły się głosy dochodzące z ciemności rozpościerających się za kamerami.

– Naprawdę dobrze sobie poradziłaś – powiedziała Dante Campbell.

– W ogóle nie zapytałaś o Nicole.

– Bałam się tylko, że się nie wyrobimy, kochana. Czasu było naprawdę mało. Ale wrzucimy link na temat Nicole na naszą stronę.

Chwilę potem Dante Campbell wstała i minęła Megan, dotykając delikatnie jej ramienia. Dziewczyna skinęła głową. Została sama na krześle w studiu. To również rozumiała. Dzisiejszy wywiad mógł uwzględnić tylko te ładne szczegóły. Inspirujące fragmenty. Heroiczną ucieczkę, świetlaną przyszłość i dziewczyny, którym jej książka na pewno pomoże. Wywiad z dzisiejszego poranka stanowił zamknięcie dramatu Megan McDonald i jako taki musiał zakończyć się sukcesem. Nie powinien uwzględniać nieatrakcyjnych elementów, które również miały miejsce tego lata. Chodzi tu zwłaszcza o Nicole.

Nicole Cutty zaginęła. Historia Nicole Cutty nie była historią sukcesu.

Część I

„Życie może się skończyć, ale czasami

dana sprawa żyje wiecznie”.

Gerald Colt, lekarz

Rozdział 1

WRZESIEŃ 2017 ROKU

DWANAŚCIE MIESIĘCY OD UCIECZKI MEGAN

Dlaczego medycyna sądowa?

Pytanie to zadawano Livii Cutty podczas każdej rozmowy kwalifikacyjnej przeprowadzanej przez komisje programów stypendialnych. Typowe odpowiedzi mogły uwzględniać pragnienie niesienia pomocy rodzinom, które chciały poradzić sobie z traumą, fascynację nauką albo chęć znalezienia odpowiedzi tam, gdzie inni widzą jedynie pytania.

To były wystarczające powody i zapewne takich odpowiedzi udzielało wcześniej wielu kolegów i koleżanek, którzy teraz tak samo jak ona zajmowali miejsca w grupie. Ale odpowiedź Livii, o czym była przekonana, różniła się od wszystkich innych. Istniał konkretny powód, dla którego była aż tak rozchwytywana; wyjaśnienie, dlaczego mogła dostać się w każde miejsce, o które aplikowała. W trakcie swojego stażu zdobyła odpowiednie stopnie i wyróżnienia. Miała opublikowane prace i otrzymała znakomite rekomendacje i listy polecające od prowadzących. Jednak to nie pochwały odróżniały ją od reszty, w końcu wiele innych osób mogło poszczycić się podobnymi dokonaniami. Livia Cutty miała w sobie coś wyjątkowego. Miała swoją historię.

– W ubiegłym roku zaginęła moja siostra – mówiła Livia podczas każdej rozmowy kwalifikacyjnej. – Wybrałam medycynę sądową, ponieważ kiedyś do mnie i moich rodziców zadzwoni ktoś z informacją, że odnaleziono jej ciało. Będziemy wtedy mieli dużo pytań na temat tego, co jej się stało, kto ją porwał i co jej zrobił. Chcę, by odpowiedzi na nie udzielił ktoś, komu będzie zależało na tej sprawie. I by ten ktoś potrafił współczuć, ale również był w stanie poznać historię, jaką opowie ciało mojej siostry. Dzięki szkoleniu chcę się stać właśnie taką osobą. Kiedy pojawi się u mnie ciało, które otaczać będą pytania, chcę umieć odpowiedzieć na nie wszystkie członkom rodziny z taką samą troską, współczuciem i specjalistyczną wiedzą, jaką będzie dysponował ktoś, kto – mam nadzieję – któregoś dnia zadzwoni w sprawie mojej siostry.

Oferty zaczęły napływać, a Livia rozważała swoje możliwości. Im więcej myślała, tym bardziej była przekonana, że wybór jest oczywisty. Raleigh w Karolinie Północnej znajdowało się blisko miejsca, w którym dorastała w Emerson Bay. Program był prestiżowy i porządnie sfinansowany, prowadził go doktor Gerald Colt, powszechnie uznawany za pioniera w świecie medycyny sądowej. Livia z chęcią więc dołączyła do jego zespołu.

Istniał też drugi powód, choć Livia cierpła na samą myśl o nim. Obiecywano wykonanie od dwustu pięćdziesięciu do trzystu autopsji podczas pierwszego roku szkolenia. Livia wiedziała, że nie jest wykluczone, iż kiedyś jakiś biegacz potknie się i wpadnie do płytkiego grobu, gdzie natknie się na pozostałości po jej siostrze. Za każdym razem, kiedy kostnica przyjmowała nowe ciało, Livia zastanawiała się, czy to nie Nicole. Jej strach opadał zwykle dopiero wtedy, gdy rozpinano czarny winylowy worek i mogła zobaczyć zwłoki. Podczas dwóch pierwszych miesięcy jej pracy w Instytucie Medycyny Sądowej przewinęło się wiele kobiecych ciał, ale kiedy opuszczały to miejsce, wszystkie miały już swoje prawdziwe nazwiska. Wszystkie zidentyfikowano, żadne nie należało do jej siostry. Livia wiedziała, że być może będzie musiała spędzić całe swoje życie zawodowe w kostnicy, czekając na pojawienie się Nicole – i może się nie doczekać. To jak chwila zawieszona w czasie, którą Livia już zawsze będzie gonić, ale niekoniecznie ją złapie.

Uchwycenie tego było jednak mniej ważne niż sama pogoń. Dla Livii spędzanie na tej czynności fikcyjnego czasu w przyszłości było wystarczające, by osłabić jej żal. Złagodzić ból na tyle, by mogła żyć sama ze sobą. Polowanie dawało jej poczucie celu. Pozwalało myśleć, że robi coś dla swojej młodszej siostry, bo Bóg jeden wie, jak niewiele zrobiła dla Nicole, kiedy jeszcze faktycznie jej wysiłki mogły przynieść jakiś skutek. Noce Livii były wypełnione rozbudowanymi snami o telefonie, rozświetlonym, kolorowym i wibrującym, na którego wyświetlaczu widać było imię Nicole.

Kiedy telefon zadzwonił tamtej nocy, Livia trzymała go w ręce, ale postanowiła, że nie odbierze. Sobota o północy to nigdy nie była odpowiednia pora, by rozmawiać z Nicole. Livia stwierdziła więc, że ma dość całego dramatu czekającego po drugiej stronie słuchawki. A teraz musi żyć z niewiedzą, czy gdyby tamtej nocy odebrała telefon od Nicole, jej siostra nadal byłaby wśród nich.

Właśnie dlatego w jej wyobrażeniu odkupienie winy polegało na tym, że pewnego dnia wykorzysta wszystkie swoje umiejętności, by pomóc siostrze. I właśnie ta myśl pomagała jej żyć dalej.

Po porannych konsultacjach z doktorem Coltem i resztą koleżanek i kolegów Livia usiadła z dokumentacją z autopsji, która została jej tego dnia przypisana. Zwyczajny ćpun, zmarły z powodu przedawkowania. Ciało leżało na stole Livii, rurki intubacyjne wystawały z jego rozwartych ust. Ratownicy medyczni próbowali go ratować. Doktor Colt potrzebował zwykle czterdziestu pięciu minut na kompletną, rutynową autopsję, wymaganą w przypadku dawek śmiertelnych. Po dwóch miesiącach pracy w kostnicy Livia zmniejszyła swój czas z ponad dwóch do półtorej godziny. Doktor Colt wymagał od nich postępów w pracy i Livia go nie zawodziła.

Dzisiaj zewnętrzne i wewnętrzne badanie zwłok zajęło jej godzinę i dwadzieścia dwie minuty. Dokładniejszą przyczyną zgonu było zatrzymanie akcji serca w wyniku zatrucia opiatami. Sposób śmierci: wypadek.

Livia kończyła papierkową robotę, kiedy doktor Colt zapukał w otwarte drzwi.

– Jak poranek?

– Przedawkowanie heroiny, nic ciekawego – odpowiedziała zza biurka.

– Czas?

– Godzina dwadzieścia dwie.

Doktor Colt wydął dolną wargę.

– I to po dwóch miesiącach, dobrze. Lepiej niż reszta grupy.

– Mówił pan, że to nie wyścig.

– To prawda – powiedział Colt. – Ale póki co wygrywasz. Dasz dzisiaj radę z podwójną?

Lekarze wyższego szczebla nierzadko dokonywali kilku autopsji jednego dnia. Od uczestników programu wymagano, by jak tylko przyspieszą czas ich wykonywania i ogarną towarzyszącą temu dokumentację, także próbowali zwiększyć liczbę zabiegów na dzień. Trening Livii miał trwać dwanaście miesięcy – od lipca do lipca – i składały się na niego: praca po pięć dni w tygodniu, obserwowanie innych specjalizacji, dwa tygodnie na wyjazdach ze śledczymi, a także uczestniczenie w próbnych procesach sądowych prowadzonych przez studentów prawa. Livia wiedziała, że aby osiągnąć magiczną liczbę dwustu pięćdziesięciu autopsji, które obiecywał program, musi w końcu zajmować się więcej niż jedną sprawą dziennie.

– Oczywiście – powiedziała bez wahania.

– W porządku. Niedługo przywiozą tu pływaka. Kilku wędkarzy znalazło ciało dziś rano.

– Dokończę papiery i zajmę się tym, jak tylko przyjmiemy ciało.

– Przedstawisz swoje wnioski na popołudniowej odprawie – powiedział doktor Colt.

Wyciągnął mały notes z kieszeni na piersi i wychodząc z jej biura, zapisał sobie coś do zapamiętania.

Rozdział 2

Ciało przyjechało o pierwszej po południu, co dawało Livii dwie godziny na przeprowadzenie autopsji, posprzątanie i przygotowanie notatek na odprawę o piętnastej. Popołudniowe spotkania były zawsze niesamowitym doznaniem – właśnie wtedy wszyscy prezentowali sprawy ze swojego dnia pracownikom Instytutu Medycyny Sądowej. Wśród słuchaczy zasiadał doktor Colt i inni lekarze będący na zmianie, pod których opieką szkoliła się jej grupa, a także specjaliści patologii, którzy asystowali przy niemal każdej sprawie, wizytujący studenci oraz stażyści patologii. Tego popołudnia około trzydziestu osób miało obserwować prezentację Livii.

Jeśli mówca nie rozumiał szczegółów prezentowanej przez siebie sprawy, było to boleśnie widoczne i bardzo nieprzyjemne. W takich wypadkach nie dało się udawać wiedzy. Nie można było się też ukryć w klatce, jak nazywano pokój do prezentacji, w którym odbywały się popołudniowe odprawy. Otoczona brzydkim metalowym łańcuchem, żywcem wyjętym z jakiegoś podwórka z lat siedemdziesiątych, klatka była miejscem, którego bali się wszyscy nowi uczestnicy szkolenia. Występowanie przed tłumem ludzi miało być stresujące i stanowić wyzwanie. Poza tym w trakcie roku miało się stawać łatwiejsze.

– Nie martw się – powiedział jej świeżo upieczony absolwent, kiedy w lipcu zamieniał się z nią miejscami. – Klatka to miejsce, które na początku znienawidzisz, ale później pokochasz. Trzeba dać jej tylko trochę czasu.

Po dwóch miesiącach pracy miłość jeszcze nie rozpoczęła się na dobre.

Livia skończyła dokumentację na temat przedawkowania heroiny i wróciła do prosektorium. Założyła jednorazowy niebieski fartuch chirurgiczny, wciągnęła na dłonie trzy pary rękawiczek i zasłoniła twarz maską. W tym czasie przez tylne drzwi na salę wjechał wózek i zatrzymał się obok stołu do autopsji, przy którym czekała już Livia. W sterylnym pomieszczeniu do przeprowadzania zabiegów strój chirurgiczny miał za zadanie chronić pacjenta przed lekarzem. W kostnicy było na odwrót. Bawełna, lateks i plastik stanowiły jedyną ochronę Livii przed wszystkimi możliwymi chorobami, które mogło skrywać badane przez nią ciało.

Asystowało jej dwóch mężczyzn – jeden śledczy stanął z jednej strony ciała, drugi z drugiej, po czym obaj przełożyli je, zamknięte w standardowym czarnym, winylowym worku, na stół autopsyjny. Livia podeszła, a śledczy przekazali jej szczegóły. Topielec płci męskiej, odnaleziony przez wędkarza chwilę po siódmej rano. Zaawansowany rozkład i ewidentnie złamana noga, zapewne z powodu upadku.

– Jak daleko od miejsca znalezienia znajduje się jakiś most? – zapytała Livia.

– Niecałe dziesięć kilometrów – odpowiedział Kent Chapple, jeden ze śledczych.

– Daleka droga dla dryfującego ciała.

– Wygląda na to, że spędził tam sporo czasu, mógł płynąć powoli – powiedział Kent. – Colt oddaje tę sprawę tobie? Nieźle.

Woda wyciekała z worka i kapała ze stołu Livii, zbierając się w misie pod spodem. Ciało wyciągnięte ze słonej wody to nigdy nie był przyjemny widok. Skoczkowie zwykle giną przy uderzeniu i w końcu toną. Nazywa się ich pływakami, ponieważ po tym, jak ciało zaczyna się rozkładać, bakterie jelitowe jątrzą się i zjadają wnętrzności, przez co uwalniane są szkodliwe gazy uwięzione dotąd w jamie brzusznej, co dosłownie podnosi umarłych. Proces ten może trwać kilka godzin albo całe dnie, a im dłużej ciało przebywa pod wodą przed wypłynięciem na powierzchnię, tym gorszy jest jego stan, kiedy zostaje w końcu przywiezione do kostnicy.

Livia uśmiechnęła się za przezroczystą plastikową maską.

– Szczęściara ze mnie.

Odpięła suwak i patrzyła, jak Kent i jego partner delikatnie odchylają boki worka. Natychmiast zwróciła uwagę, że ciało zdążyło już mocno się rozłożyć, bardziej niż jakiekolwiek dotąd przez nią widziane. Brakowało większości naskórka i w niektórych rejonach ogólna powłoka ciała zupełnie zniknęła, uwidaczniając ścięgna, mięśnie i kości.

Technicy wyciągnęli worek i położyli go na wózku.

– Powodzenia – powiedział Kent.

Livia machnęła do niego ręką, ale nie odrywała wzroku od ciała.

– Widzę to co roku, pani doktor – Kent dodał, stając przy drzwiach. – Zaczyna się koło września. Złamią cię pijakami i przedawkowaniami. Potem przydzielą kilka naprawdę paskudnych spraw. Rozkładające się ciała. Dzieci. I tak aż do stycznia albo i dłużej. Colt robi to wszystkim, by sprawdzić, z jakiej gliny są ulepieni. W końcu dostaniesz jakieś krwawe zabójstwa. Wiem, że o to wam wszystkim chodzi. Jakaś ładna rana postrzałowa albo uduszenie. Ale będziesz musiała na to zaczekać aż do zimy. I babrać się wcześniej w tych brudach. Dowieść, że potrafisz.

– Tak to tutaj wygląda? – spytała Livia.

– Co roku.

Livia uniosła brodę.

– Dzięki, Kent. Dam ci znać, jak mi z tym poszło.

– Nie trzeba.

Śledczy wywieźli pusty wózek z kostnicy, potrząsając głowami i tłumiąc uśmiechy. Kątem oka spojrzeli jeszcze na to, co zostawili na stole. Większość ludzi zwymiotowałaby na sam widok, nawet doświadczeni lekarze mieliby problem z patrzeniem. Śledczy wiedzieli, że doktor Cutty spędzi przy ciele dobrą chwilę, jedzenie cofnie jej się kilka razy, a wszystko po to, by na koniec i tak wpisać na akcie zgonu, że bezpośrednią przyczyną śmierci było wewnętrzne uszkodzenie organów lub rozwarstwienie aorty spowodowane samobójstwem.

Tylne drzwi do kostnicy zamknęły się po wyjściu śledczych i Livia pozostała jedynym lekarzem w prosektorium. Sam na sam z pływakiem, z którego nadal na stół wypływała woda. Rano większość stołów autopsyjnych, jeśli nie wszystkie, otoczona była badającymi ciała patologami. Inni również kręcili się w pobliżu, chcąc zaoferować swoją ekspertyzę. Kostnica nie była sterylnym pomieszczeniem i wystarczyła legitymacja Instytutu Medycyny Sądowej albo policyjna odznaka, by tu wejść. Oficerowie policji nagminnie zaglądali patologom przez ramię, czekając na kluczowy okruch informacji, który albo potwierdzi jakąś teorię, albo ją podważy.

Technicy wywozili ciała na rentgen albo pobierali próbki do badań neurologicznych, dermatologicznych bądź dentystycznych, inni kończyli autopsje, zszywając nacięcia wykonane przez lekarzy. Śledczy wpadali tu przelotem i czasem zaściełali puste stoły nowymi ciałami. Wszystko to nadzorował doktor Colt, wędrujący po prosektorium z rękoma za plecami i okularami zsuniętymi na czubek nosa. Poranki były istnym zorganizowanym chaosem.

Ale dzisiaj była pierwsza podwójna zmiana Livii. Po raz pierwszy była w prosektorium w godzinach popołudniowych. Zwykle o tej porze zmagała się z papierkową robotą, zbierała notatki i przygotowywała się do odprawy przeprowadzanej o piętnastej w klatce. Sam na sam z ciałem w cichej kostnicy, Livia zaczynała czuć, jak dziwne jest to miejsce. Każdy dźwięk był zwielokrotniony, jej narzędzia szczękały głośno o metalowy stół, a odgłosy rozchodziły się na boki pomieszczenia. Z ciała ciekło do misy pod stołem jak z nieszczelnego kranu. Zwykle dźwięki te były zagłuszane przez piły do kości używane przy sąsiednich stołach albo rozmowy jej kolegów i koleżanek. Ale dzisiaj ruchy Livii były wyraźniejsze, bardziej przejrzyste. Grzebanie w leżącym przed nią ciele i słuchanie chlupoczących i zasysających odgłosów było niezwykle nieprzyjemnym doświadczeniem. Chwilę potrwało, zanim przyzwyczaiła się do samotności, ale kiedy już zajęła się badaniem zewnętrznych partii ciała, pustka kostnicy rozmyła się i wkrótce pozostała jedynie niechęć.

U skoczków samobójców zwykle można było zbadać krwawienie organów wewnętrznych. W zależności od wysokości, z jakiej wykonywany był skok, uderzenie spowodowane upadkiem przynosiło śmierć na różne sposoby. Bardzo często złamane żebro przebijało płuco albo serce. Uderzenie mogło też wyrwać aortę z serca albo uszkodzić inny ważny organ i spowodować krwawienie. W takich wypadkach Livia otwierała jamę brzuszną, by odnaleźć źródło krwi zebranej wokół organu, który ucierpiał. Niekiedy ciało było w dobrym stanie, a szkielet zdołał ochronić organy wewnętrzne. Wówczas Livia wiedziała, że musi obejrzeć czaszkę i mózg, które najpewniej nosiły ślady pęknięcia lub krwotoku podpajęczynówkowego.

Patrząc na leżące przed nią ciało, które przedstawiono jej jako pływaka znalezionego, kiedy dryfował w Emerson Bay, Livia wiedziała, że coś jest nie tak. Żeby osiągnęło taki stopień rozkładu – a przecież nie było już na nim prawie w ogóle skóry, zaś to, co zostało, zdążyło zgnić i sczernieć – musiało przebywać w wodzie długie miesiące. Jeżeli tak było, czego Livia była pewna, to nie mogło się unosić. Gazy jelitowe, które powodują wypychanie ciała na powierzchnię wody, musiałyby pozostać uwięzione w jamie brzusznej, na co tutaj nie było już warunków. Z wnętrzności pozostały jedynie mięśnie i ścięgna, które trzymały organy wewnętrzne na miejscach, ale z pewnością nie były one w stanie wstrzymywać gazów. Poza tym udokumentowane przez śledczych złamanie nogi nie było typowe dla kogoś, kto skoczył stopami do przodu. Takie ciała wykazywały obrażenia spowodowane zderzeniem i zmiażdżenie kości, czasem z piszczelem przesuniętym powyżej kolana i wbitym w udo oraz kością udową przemieszczoną w kierunku miednicy. Kość udowa ciała leżącego przed Livią miała pęknięcia horyzontalne, co sugerowało uraz miejscowy, a nie spowodowany otwartym zderzeniem ciała podczas lądowania na wodzie, a już na pewno nie upadek stopami do przodu.

Livia zapisała wnioski w notatniku i przeszła do badania organów wewnętrznych. Te nie nosiły śladów obrażeń. Żebra były nietknięte, serce zdrowe, a aorta i żyła główna dolna – dobrze połączone. Wątroba, śledziona i nerki nie miały uszkodzeń, w płucach nie było wody. Livia dokumentowała wszystko skrupulatnie, dokładnie ważyła każdy organ. Po godzinie autopsji pot sperlił jej czoło. Poczuła, jak fartuch przykleja się jej do ramion i pleców, i zerknęła na zegar wiszący na ścianie. Było po czternastej.

Zajęła się głową, sprawdziła uszkodzenia twarzy i zajrzała do ust, skontrolowała również uzębienie. Gdyby próbowano zidentyfikować to anonimowe ciało, z powodu braków w skórze w miejscu odcisków palców najprzydatniejsze byłyby właśnie zęby. Ze względu na brak skóry właściwej nie było też widać żadnych wyróżniających tatuaży, które mogłyby pomóc w identyfikacji.

Livia zauważyła to właśnie podczas badania głowy – okrągłe dziurki po lewej stronie czaszki. Naliczyła ich dwanaście, losowo rozmieszczonych w kości. Zachodziła w głowę, próbując odkryć ich potencjalne przyczyny, ale nie nasuwała jej się żadna oczywista odpowiedź, nie licząc jakiejś nietypowej infekcji bakteryjnej, która dostała się do kości. Chociaż z pewnością gdyby to był powód, wokół otworów również byłyby uszkodzenia, przetarcia, jakaś utrata masy albo ubytki. Ale czaszka była w idealnym stanie z wyjątkiem tych dziur, których – jak Livia szybko stwierdziła – nie spowodowała kula czy odłamek, ale być może śrut ze strzelby.

Wróciła do notatek i uzupełniła je o nowe wnioski. Następnie za pomocą piły do kości wykonała kraniotomię i usunęła górę czaszki, tak samo jak na Halloween odcina się kawałek dyni. Mózg był delikatny i lepki, nie funkcjonował już od jakiegoś czasu. Wiele zadań wykonywanych na rozkładającym się ciele było znacznie trudniejszych niż przy przeciętnej autopsji, ale usuwanie mózgu było wyjątkiem. Jeśli był nienaruszony, to zwykle wychodził bez większego wysiłku, nic go nie trzymało. Po oddzieleniu rdzenia kręgowego Livia umieściła mózg na metalowym wózku obok stołu do autopsji. Organ pokryty był zwykle misterną siecią naczyń krwionośnych, a położony na wadze – puszczał krew i tworzył wokół siebie czerwony bałagan. Ten mózg był jednak inny. Biegnące przez niego naczynia dawno temu wyschły, a z tkanek ściekała jedynie woda, w której był zanurzony.

Livia zbadała mózg dokładniej w miejscach pod nakłuciami czaszki i odkryła podobne dziury w tkance. Zagłębiła się mocniej w obręb lewego płata ciemieniowego i po dziesięciu minutach oględzin była już przekonana, że w środku nie było śrutu. Otarła brew przedramieniem i spojrzała na zegar. Za dziesięć minut miała się stawić w klatce i wiedziała, że nie ma szans, by skończyć autopsję na czas, ani też że nie będzie wystarczająco dobrze przygotowana na ataki doktora Colta i reszty przełożonych.

Przed nią leżało wyłowione z zatoki ciało nienoszące śladów obrażeń wewnętrznych poza nietypowymi dla skoczka obrażeniami uda i nakłuciami w czaszce. Mimo paniki Livia czuła, że ma ochotę zadzwonić do śledczego Kenta Chapple’a i powiedzieć mu, że nie miał racji. Nie tylko w kwestii ciała – z pewnością nie był to skoczek – ale również w kwestii wyczucia doktora Colta. Przydzielił jej morderstwo, choć przecież, technicznie rzecz biorąc, nadal było lato.

Rozdział 3

Zbliżała się szesnasta, kiedy Livia skończyła autopsję. Spotkanie w klatce trwało już od godziny. Była spóźniona i nieprzygotowana, a doskonale wiedziała, z czym to się wiąże. Nieuzasadniona nieobecność była groźna, ale kiepskie przygotowanie – nie do przyjęcia. Dlatego zamiast dołączyć do zebranych, Livia oddała próbki do dalszej analizy dentystycznej i dermatologicznej, po czym odebrała zdjęcia rentgenowskie, które zamawiała wcześniej, i poszła na górę. Przeszła obok klatki, gdzie przyciemniono światła i gdzie Jen Tilly prowadziła prezentację. Doktor Colt i reszta uczestników spotkania stali tyłem do wejścia i koncentrowali spojrzenia na ekranie, dzięki czemu Livia bez problemu przemknęła za ich plecami. Weszła schodami na drugie piętro, gdzie mieściło się laboratorium neuropatologii. Odnalazła Maggie Larson, siedzącą przy biurku i zmagającą się z dokumentacją.

Doktor Larson zajmowała się wszystkimi sprawami w Instytutcie Medycyny Sądowej, które dotyczyły mózgów. Co roku miała przypisanego współpracownika

związanego z neuropatią, który teraz zapewne przebywał w klatce i słuchał Jen Tilly.

– Doktor Larson? – odezwała się w wejściu Livia.

– Livio – odpowiedziała doktor Larson, mrużąc oczy. – Dzisiaj nie ma odprawy?

– Właśnie trwa, ale mnie przypisano do popołudniowej sprawy i potrzebuję pomocy, bo inaczej zginę marnie.

Doktor Larson uniosła głowę i zauważyła pojemnik, który Livia trzymała przy boku jak wiadro z wodą.

– Co tam masz?

Kobieta miała szósty zmysł w kwestii tkanki mózgowej. Livia i reszta pracowników instytutu wiedzieli, że z doktor Larson nie da się porozmawiać, jeśli w zasięgu wzroku znajduje się jakaś tkanka mózgowa, o której nic nie wiedziała. To prawie jakby próbować wydać komendę psu, trzymając ciastko w kształcie kości.

– Nie rozumiem czegoś, co znalazłam podczas badania, i miałam nadzieję, że uda mi się poznać pani zdanie na ten temat.

Doktor Larson wstała od biurka i wskazała na stół do badania. Była to niska kobieta, której włosy posiwiały dawno temu i tylko kilka ciemnych pasemek nie zamierzało się poddawać. Margaret Larson oprócz dyplomu lekarza miała także doktorat. Wszystko to podpowiadało, że kobieta spędziła długie lata na papierkowej robocie i w laboratoriach medycznych. Livia postawiła pojemnik, a doktor Larson włączyła górne światło.

– Co my tu mamy?

Założyły lateksowe rękawiczki i stanęły obok siebie. Doktor Larson weszła na stołek, by móc patrzeć na okaz z góry.

– Śledczy przywieźli mężczyznę, którego określili jako tak zwanego pływaka. Dzisiaj rano znalazł go wędkarz. Badanie zewnętrzne potwierdziło jednak, że ciało nie unosiło się na wodzie.

Livia wyciągnęła mózg z pojemnika i umieściła go na stole razem z kapiącą z niego formaliną, wydzielającą ostry zapach.

– Zbadałam czaszkę i natknęłam się na to. – Livia podała doktor Larson zdjęcia ukazujące otwory w czaszce.

Doktor Larson natychmiast zestawiła fotografię z mózgiem. Włożyła mały, obleczony w rękawiczkę palec do otworu w tkance mózgu.

– Z początku sądziłam, że być może spowodował je strzał z dubeltówki, ale nie byłam w stanie znaleźć żadnych ciał obcych.

Doktor Larson bez słowa chwyciła nóż – który bardzo przypominał długi ząbkowany nóż do krojenia chleba – i zaczęła wykonywać na mózgu dwucentymetrowe nacięcia, które tworzyły coś na kształt strzałek. Wreszcie skończyła, niczym szef kuchni w jakimś programie do gotowania. Livia obserwowała, jak stare, przypominające przemoczone mydło płaty mózgu odsuwają się na boki.

Doktor Larson obejrzała każdy fragment.

– Nie ma odłamków. Poza tym wzór nie pasuje do wystrzału ze strzelby. Rozmieszczenie byłoby bardziej losowe i kąt wlotu śrutu pochodziłby z jednego kierunku. – Wskazała na fotografię z autopsji. – Widzisz tutaj? Ten zestaw otworów znajduje się przy skroni, tuż nad uchem. Drugi zestaw jest bardziej z tyłu. Śrut ze strzelby leci tylko do przodu, nie może zakręcać.

Doktor Larson spojrzała na Livię, by upewnić się, że dziewczyna rozumie. Livia przytaknęła.

– Rentgen? – zapytała Larson.

Livia wyciągnęła czarno-białe skany z koperty, a doktor Larson uniosła je do światła.

– Żadnych ciał obcych w mózgu, dajmy spokój z teorią o strzelbie. Co jeszcze?

– Moim drugim pomysłem była infekcja – powiedziała Livia. Wiedziała, że i to się nie zgadza, ale chciała uzyskać potwierdzenie od doktor Larson, spodziewała się bowiem, że doktor Colt o to zapyta.

– Żadnych peryferyjnych czy równoległych zaników ani ubytków w kości – powiedziała doktor Larson, zerkając z powrotem na zdjęcia rentgenowske i zdjęcia czaszki z autopsji. – Co jeszcze?

Livia potrząsnęła głową.

– Wada wrodzona?

Teraz potrząsnęła głową doktor Larson.

– To nie tłumaczy równoczesnych śladów w mózgu.

– Skończyły mi się pomysły.

– Nie wystarczy ci amunicji do klatki.

– Zgadzam się – powiedziała Livia. – Jakieś sugestie?

– Nie na podstawie tego. Musiałabym spojrzeć na tę czaszkę. Zbadać ją własnoręcznie. Ale powiem ci tyle: ten człowiek na pewno nie umarł niedawno. Mózg jest miękki. Rozkład jest spowodowany czymś więcej niż kontaktem z wodą.

– Ubytek skóry wynosi dziewięćdziesiąt procent – powiedziała Livia. – Jak długo pani zdaniem to trwało?

– A masa mięśniowa?

– Nietknięta, niewielkie ubytki. Więzadła i chrząstki wszędzie obecne.

Doktor Larson podniosła fragment mózgu i położyła go płasko na dłoni w rękawiczce.

– Powiedziałabym, że nie żyje od roku. Może dłużej.

Livia przechyliła głowę.

– Naprawdę? Ciało wytrzymało tak długo pod wodą?

– W stanie, który przed chwilą opisałaś? Wykluczone.

Doktor Larson zaczekała, aż Livia połączy fakty. W końcu dziewczyna uniosła wzrok i napotkała spojrzenie kobiety.

– Ktoś zatopił go jakiś czas po tym, jak już nie żył.

– Możliwe. Był w coś ubrany?

– Miał koszulkę i jeansy. Włożyłam je do skrytki jako dowody.

– Mądra dziewczyna. Pójdę przebadać czaszkę i zobaczymy, czy coś znajdę. A ty pomyśl, czy nie włączyć w to doktora Colta.

Livia skinęła.

– Zejdę i opowiem mu o wszystkim.

Kiedy dwadzieścia minut później Livia z doktorem Coltem weszli do pokoju autopsyjnego, doktor Larson wyciągnęła już ciało z chłodni i badała otwory w czaszce.

– Maggie – powiedział Colt. – Podobno mamy tu jakąś skomplikowaną sprawę.

– Na pewno intrygującą – odparła Maggie Larson zza chirurgicznej maski, pochylona nad ciałem. Używała lupy, którą powiększała interesujący ją obszar czaszki. Doktor

Colt nałożył lateksowe rękawiczki, zawiązał maskę i stanął od razu przy złamanej nodze.

– To mi nie wygląda na uszkodzenie kogoś, kto skoczył z mostu.

– To prawda, panie doktorze – powiedziała Livia.

– Zmierzyłaś wysokość?

– Złamanie kości udowej, sześćdziesiąt osiem centymetrów od pięty – powiedziała Livia.

– Koniecznie uwzględnij tę odległość w raporcie autopsyjnym. Wydział zabójstw będzie chciał porównać to z wysokością różnych zderzaków. Jestem prawie pewien, że do złamania doszło z powodu zderzenia z jakimś pojazdem.

Livia od razu zwróciła uwagę na kilka spraw. Po pierwsze, musi uwzględnić w raporcie – i we wszystkich następnych – wysokość, na której znajduje się uszkodzenie kości. Po drugie, złamania horyzontalne mogą powstać w wyniku zderzenia samochodu i stojącego pieszego, a to dość imponujące spostrzeżenie i szkoda, że nie doszła do tego sama. Wreszcie po trzecie, musi zbadać inne uszkodzenia tego typu, żeby nigdy nie pominąć niczego podobnego w kolejnych raportach.

– Rozumiem – powiedziała.

Doktor Colt przesunął się w kierunku brzucha.

– Jakieś złamane żebra?

– Ani jednego. Poza tym ciało uległo takiemu rozkładowi, że to niemożliwe, aby unosiło się na wodzie. Jama brzuszna nie byłaby w stanie utrzymać w sobie gazów.

– Co mówi raport śledczy?

– Że to pływak, ale wydaje mi się, że stwierdzili to na podstawie zeznań wędkarza, który znalazł ciało. Pewnie wyłowił je z dna, zaciągnął na brzeg i zadzwonił na policję, kiedy uświadomił sobie, co dokładnie znalazł. Śledczy uwierzyli policji, która przyjęła zeznania wędkarza twierdzącego, że ciało unosiło się na wodzie. Poza tym zobaczyli złamaną nogę i uznali, że to skoczek.

– Myślisz, że utonął?

Livia potrząsnęła głową.

– W płucach nie było wody.

– Przedziwna sprawa – stwierdziła Maggie Larson, stając u szczytu stołu. Trzymała czaszkę w dłoni i patrzyła na nią przez szkło powiększające, drugą ręką sondując otwory przyrządem, którego Livia nigdy wcześniej nie widziała w prosektorium.

Doktor Colt przesunął się i stanął obok doktor Larson.

– Co my tu mamy?

– Dwanaście losowo rozmieszczonych otworów w czaszce.

Doktor Larson wysunęła sondę z czaszki i odłożyła ją na bok. Livia przyjrzała się uważnie i była gotowa przysiąc, że instrument wyglądał jak pierwszy lepszy szpikulec, który można było znaleźć w kuchennej szufladzie. Przez pierwsze dwa miesiące nauczyła się, że lekarze nagminnie przynoszą przedmioty osobiste do kostnicy. Najważniejsze, by były wygodne i skuteczne.

– Zbyt nieregularne, by spowodował je śrut, poza tym niewłaściwie rozmieszczone. A do tego nie znaleziono ciał obcych.

– Dziury po nawierceniu? – spytał Colt.

Maggie Larson zacisnęła usta.

– Ponura wizja, ale to możliwe.

Odsunęła się od czaszki, robiąc miejsce Coltowi. On również wyciągnął lupę z wypchanej kieszeni na piersi i przysunął ją do twarzy. Przez moment był cicho, po czym wydał z siebie charakterystyczny pomruk. Wreszcie odsunął szkło powiększające i włożył je z powrotem do kieszeni marynarki. Zdjął gumowe rękawiczki i strzelił nimi na drugi koniec pomieszczenia.

– Rany na wylot niewiadomego pochodzenia w czaszce i dalej w mózgu. Patrząc na resztę ciała i biorąc pod uwagę to, co Livia znalazła podczas autopsji, stwierdzam, że wykrwawił się na śmierć właśnie z powodu tych ran. Wewnętrzna warstwa czaszki jest niezwykła, lewa strona poplamiona krwią, co sugeruje, że po odniesieniu ran ofiara leżała na wznak bez ruchu. Te wnioski proszę również zapisać w raporcie, doktor Cutty. Proszę niczego nie pominąć. Przyczyna śmierci: wykrwawienie. Sposób: niepewny.