Wydawca: Marginesy Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 197 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Kwiecień 1986 rok. Informacje o katastrofie w Czarnobylu i skażeniu promieniotwórczym docierają do Polski, ale o faktycznym stanie zagrożenia wiedzą tylko nieliczni. Prawdziwe informacje są skutecznie blokowane przez władze, które prowadzą politykę dezinformacyjną sugerującą niewielką skalę skażenia. W tym czasie, w nieznanych okolicznościach z mieszkania na dziewiątym piętrze wyskakuje znany i ceniony naukowiec. Wszystko wskazuje na samobójstwo, ale pewne fakty dowodzą, że było to zabójstwo na zlecenie. Okoliczności śmierci i zacierania śladów pracy naukowca nie udaje się wyjaśnić. Prywatne śledztwo podejmuje dziennikarz telewizyjny, który wie, że rozwikłanie tej zagadki jest praktycznie niemożliwe...

Opinie o ebooku Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Fragment ebooka Upiory Czarnobyla - Wojciech Wiktorowski

Co­py­ri­ght © by Woj­ciech Wik­to­row­ski, War­sza­wa 2011

Co­py­ri­ght © by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2011

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Kto jest – ten zwy­cię­ża,kto gi­nie – ten nie miał ra­cji.

Prolog

Nie­zna­jo­my no­sił bia­ły far­tuch, bia­łe spodnie i spe­cjal­ne obu­wie ochron­ne. Choć z da­le­ka wy­glą­dał jak inni, Sa­sza R. od razu wie­dział, że coś jest nie tak. Po­dejrz­li­wie pa­trzył, jak nie­zna­jo­my prze­cha­dza się po hali re­ak­to­ra, spraw­dza apa­ra­tu­rę kon­tro­l­ną i po­chy­la się nad stro­na­mi wy­dru­ków z kom­pu­te­ra. Wie­dział, że wy­star­czy tyl­ko po­dejść bli­żej, aby nie­zna­jo­my się od­wró­cił. Uka­zy­wa­ła się wte­dy groź­na za­gnie­wa­na twarz i pa­ła­ją­ce nie­na­wi­ścią oczy. Ta twarz była po pro­stu strasz­na: na czo­le i skro­niach wid­nia­ły głę­bo­kie rany, a krew za­krze­pła na po­licz­kach two­rzy­ła czar­ną, gru­bą sko­ru­pę. Do tego do­cho­dzi­ła roz­łu­pa­na gło­wa, stra­szą­ca głę­bo­ką dziu­rą, z któ­rej wy­pły­wa­ła bia­ła kle­ista sub­stan­cja.

Gdy Sa­sza po raz pierw­szy zo­ba­czył ten prze­ra­ża­ją­cy wi­dok, nie wy­trzy­mał. Od­sko­czył jak opa­rzo­ny, od­wró­cił się i za­czął ucie­kać. Biegł dłu­gi­mi, nie­koń­czą­cy­mi się ko­ry­ta­rza­mi, któ­re ota­cza­ły hale re­ak­to­ra, i choć nogi cią­ży­ły mu jak ołów, a płu­ca ści­śnię­te w skur­czu prze­ra­że­nia nie po­zwa­la­ły za­czerp­nąć ani odro­bi­ny po­wie­trza, nie za­trzy­mał­by się za nic w świe­cie.

Tak było za pierw­szym ra­zem. Po­tem, gdy kosz­mar­ny sen za­czął się po­wta­rzać, Sa­sza ze­brał się na od­wa­gę i po­sta­no­wił do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej o ta­jem­ni­czej zja­wie. Całą siłą woli sta­rał się więc po­wstrzy­mać chęć uciecz­ki i prze­dłu­żyć spo­tka­nie ze strasz­li­wym przy­by­szem, aby zło­wić choć strzęp zda­nia, za­no­to­wać w pa­mię­ci ja­kiś szcze­gół, co­kol­wiek, co po­mo­gło­by wy­ja­śnić za­gad­kę prze­ra­ża­ją­cych od­wie­dzin.

Tej nocy pra­wie się uda­ło. Nie zro­zu­miał wpraw­dzie tego, co męż­czy­zna po­słu­gu­ją­cy się ja­kimś dziw­nym ję­zy­kiem usi­ło­wał mu po­wie­dzieć, bez tru­du roz­po­znał jed­nak przed­miot le­żą­cy na jego dło­ni. Była to mała, okrą­gła kap­suł­ka. Ty­sią­ce po­dob­nych pa­sty­lek wy­peł­nia­ły prę­ty pa­li­wo­we re­ak­to­ra. Dla­cze­go miał­by się nimi za­in­te­re­so­wać? Dla­cze­go były aż tak waż­ne? Dla­cze­go spo­tka­nie z nie­zna­jo­mym i cały sen za­koń­czy­ły się sce­ną ogrom­ne­go po­ża­ru?

Obu­dził się zla­ny po­tem. Koń­czę się, po­my­ślał z re­zy­gna­cją. Wo­lał na­wet nie przy­pusz­czać, co po­wie­dział­by le­karz re­sor­to­wy, gdy­by zwie­rzył mu się ze swo­ich kosz­ma­rów. Do­brą pra­cę, ży­cie w no­wym, świet­nie za­opa­trzo­nym mie­ście pew­nie mógł­by spi­sać na stra­ty.

Za­nim na­de­szła pora wy­jaz­du, zjadł coś, zro­bił za­ku­py, po­sprzą­tał miesz­ka­nie. Noc­ne prze­ży­cia nie mi­nę­ły jed­nak bez śla­du: nie cie­szył go ani po­czą­tek wio­sny, ani per­spek­ty­wa zbli­ża­ją­ce­go się week­en­du, któ­ry za przy­kła­dem do­świad­czo­nych pra­cow­ni­ków prze­dłu­żył so­bie aż do dru­gie­go maja. Był apa­tycz­ny i znie­chę­co­ny.

Au­to­bus od­je­chał o 14.45. Po dro­dze, jak zwy­kle, za­trzy­my­wał się jesz­cze dwa razy, aż wresz­cie do­wiózł ich do elek­trow­ni po­ło­żo­nej kil­ka ki­lo­me­trów od mia­sta. Sa­sza, jak co dzień, ro­ze­brał się w szat­ni, ru­szył pod prysz­nic, a na­stęp­nie w sa­mych slip­kach prze­szedł do „brud­nej” stre­fy. Tam cze­kał na nie­go bia­ły far­tuch, cze­pek i spe­cjal­ne obu­wie.

Gdy o czwar­tej po­ja­wił się na swo­im sta­no­wi­sku w ste­row­ni, do­wie­dział się, że moc re­ak­to­ra zo­sta­ła ob­ni­żo­na o po­ło­wę i że wszyst­ko jest już go­to­we do prze­pro­wa­dze­nia eks­pe­ry­men­tu. Za­klął pod no­sem. Prze­klę­ty eks­pe­ry­ment. Dał­by wie­le, żeby już mieć go z gło­wy.

Tym­cza­sem pró­ba nie była szcze­gól­nie trud­na. Aby usta­lić pa­ra­me­try róż­nych urzą­dzeń w wa­run­kach awa­rii, po­sta­no­wio­no awa­rię taką, oczy­wi­ście kon­tro­lo­wa­ną, za­aran­żo­wać. Ry­zy­ko praw­dzi­we­go wy­pad­ku, któ­re po­ja­wia­ło się przy tej oka­zji, uzna­no za mi­ni­mal­ne. Sa­sza R. był jed­nak in­ne­go zda­nia.

Naj­bar­dziej mar­twił się za­blo­ko­wa­niem awa­ryj­ne­go sys­te­mu chło­dze­nia re­ak­to­ra. Wy­da­wa­ło się to nie­moż­li­we, ale kie­row­nic­two na­praw­dę zgo­dzi­ło się na za­plom­bo­wa­nie i wy­łą­cze­nie naj­waż­niej­sze­go sys­te­mu bez­pie­czeń­stwa. Po­zwo­lo­no od­ciąć od prą­du za­su­wy na ru­ro­cią­gach i za­mknąć je na kłód­kę. W od­po­wie­dzi na jego ra­port dy­rek­cja tłu­ma­czy­ła, że na­głe po­da­nie wody do roz­grza­ne­go re­ak­to­ra gro­zi po­waż­nym uda­rem ciepl­nym.

Trud­no mu było tak­że spo­koj­nie słu­chać o pla­nach za­blo­ko­wa­nia awa­ryj­nych ge­ne­ra­to­rów spa­li­no­wych i trans­for­ma­to­ra re­zer­wo­we­go. Wy­ja­śnie­nia, iż wy­ma­ga tego „czy­stość” eks­pe­ry­men­tu, nie tra­fia­ły mu do prze­ko­na­nia. Pro­jek­tan­ci nie umie­ści­li prze­cież tych urzą­dzeń dla de­ko­ra­cji.

Z każ­dą chwi­lą po­by­tu w ste­row­ni czuł co­raz więk­szy nie­po­kój. Oka­za­ło się, że na do­brą spra­wę po­zo­stał im tyl­ko je­den śro­dek bez­pie­czeń­stwa – przy­cisk za­bez­pie­cze­nia awa­ryj­ne­go. Po jego na­ci­śnię­ciu w głąb re­ak­to­ra mia­ło opaść dwie­ście je­de­na­ście prę­tów wy­peł­nio­nych bo­rem – sub­stan­cją sil­nie po­chła­nia­ją­cą neu­tro­ny. Re­ak­cja łań­cu­cho­wa w re­ak­to­rze po­win­na ulec na­tych­mia­sto­we­mu za­ha­mo­wa­niu.

Po­pa­trzył z uwa­gą na czer­wo­ny gu­zik umiesz­czo­ny po­środ­ku pul­pi­tu ste­row­ni­cze­go. Ich je­dy­na gwa­ran­cja. Stu­pro­cen­to­we za­bez­pie­cze­nie. Ale czy na pew­no?

Po­czuł zim­ne kro­ple potu spły­wa­ją­ce po ple­cach. Jak na zwol­nio­nym fil­mie prze­su­nę­ły się przed nim ma­ka­brycz­ne sce­ny, o któ­rych wcze­śniej ani on, ani ża­den z pra­cow­ni­ków elek­trow­ni nie od­wa­żył­by się po­my­śleć. Re­ak­tor tra­ci sta­bil­ność, aby za­po­biec wy­pad­ko­wi, ktoś na­ci­ska przy­cisk awa­ryj­ny. Koń­ców­ki prę­tów po­wo­li za­głę­bia­ją się w ka­na­łach re­ak­to­ra. Koń­ców­ki te – wie­dział o tym do­sko­na­le – wy­peł­niał gra­fit. Po­tem był me­tro­wy pu­sty od­ci­nek, a do­pie­ro póź­niej cześć po­chła­nia­ją­ca.

Do stre­fy ak­tyw­nej re­ak­to­ra naj­pierw wcho­dzi więc sub­stan­cja po­wo­du­ją­ca sko­ko­wy wzrost jego mocy. W ka­na­łach za­czy­na ki­pieć no­śnik cie­pła. Bły­ska­wicz­nie ro­sną ci­śnie­nie i tem­pe­ra­tu­ra pary. Je­śli z ja­kie­goś po­wo­du opa­da­nie prę­tów po­trwa zbyt dłu­go albo zo­sta­nie za­trzy­ma­ne – po­wtó­rzy się hi­sto­ria z Three Mile Is­land. Wsku­tek re­ak­cji roz­grza­nej pary z sub­stan­cja­mi wcho­dzą­cy­mi w skład osłon ele­men­tów pa­li­wo­wych za­cznie się wy­dzie­lać mie­sza­ni­na pio­ru­nu­ją­ca. Wte­dy wy­star­czy jed­na iskra.

O dwu­dzie­stej trze­ciej za­dzwo­nił te­le­fon. Okręg Ener­ge­tycz­ny wy­ra­ził zgo­dę na odłą­cze­nie tur­bo­ge­ne­ra­to­ra od sie­ci. Dzie­sięć mi­nut póź­niej za­czę­li zno­wu ob­ni­żać moc re­ak­to­ra. Eks­pe­ry­ment się roz­po­czy­nał.

Sa­sza R. nie wziął w nim jed­nak udzia­łu. Do­kład­nie o pół­no­cy, w pią­tek, skoń­czy­ła się jego zmia­na. Prze­brał się i wró­cił au­to­bu­sem do domu. Do sa­me­go rana spał zdro­wo i moc­no. Noc­ny gość nie od­wie­dził go już nig­dy.

1

To było jed­no z tych bez­tro­skich, we­so­łych przy­jęć, ja­kich dzi­siaj już nie ma. Na sto­łach kró­lo­wa­ła żyt­nia oraz pół­mi­ski ka­na­pek z szyn­ką, żół­tym se­rem i ja­ki­miś wa­rzy­wa­mi. Pa­nie piły buł­gar­skie czer­wo­ne wino lub fran­cu­ską bran­dy z Pe­we­xu. Na re­ga­le hu­czał ad­ap­ter, od­twa­rza­jąc sta­rą, zdar­tą pły­tę z prze­bo­ja­mi Pau­la Anki. W ma­łym żo­li­bor­skim miesz­ka­niu było tłocz­no i ha­ła­śli­wie. Przy­ję­cie się roz­krę­ca­ło.

Zo­ba­czy­łem go, sto­ją­ce­go w drzwiach z wiel­ką bu­tel­ką w ręku. Gó­ro­wał pra­wie o gło­wę nad tań­czą­cy­mi i ła­two moż­na było do­strzec lek­kie za­nie­po­ko­je­nie, gdy roz­glą­dał się po po­ko­ju, spraw­dza­jąc, czy nikt nie opu­ścił swo­jej ko­lej­ki i nie stra­szy nie­do­pi­tym kie­lisz­kiem. Ale nie – wszyst­ko było w po­rząd­ku.

Wy­pro­sto­wał się i za­czął coś mó­wić do żony, któ­ra ucze­pi­ła się rę­ka­wa jego ma­ry­nar­ki. Ści­śle rzecz bio­rąc, rzu­cił w jej kie­run­ku ja­kąś uwa­gę i te­raz już tyl­ko słu­chał, jak pa­ple coś, prze­krzy­ku­jąc mu­zy­kę. Stał tak, uśmie­cha­jąc się – wiel­ki, nie­po­ru­szo­ny, nie­po­ko­na­ny.

Traf chciał, że wła­śnie w tej chwi­li Paul Anka za­koń­czył swo­je po­pi­sy, mu­zy­ka uci­chła, tań­czą­cy znie­ru­cho­mie­li, jak­by za­sta­na­wia­jąc się, czy da­lej ro­bić swo­je, czy za­jąć się czymś po­ży­tecz­niej­szym. Trwa­ło to tyl­ko krót­ką chwi­lę, za­raz ktoś zmie­nił pły­tę, ad­ap­ter za­trzesz­czał i z gło­śni­ków ru­szy­ła mu­zycz­na ma­szy­ne­ria Ben­ny Go­od­ma­na.

To było jak fan­fa­ra na jego cześć. Or­kie­stra gra­ła, a on stał oto­czo­ny roz­ba­wio­ny­mi ludź­mi, któ­rzy roz­po­czy­na­li ko­lej­ny ta­niec. Po­tęż­ny, czter­dzie­sto­let­ni męż­czy­zna, któ­ry do tej pory ze wszyst­kim so­bie ra­dził. Dok­tor, fi­zyk, ato­mi­sta. I do tego – z pę­ka­tą flasz­ką w ręku.

Ga­pi­łem się na ja­kąś tań­czą­cą parę, gdy po­czu­łem stuk­nię­cie w ra­mię. Stał tuż za mną i z dumą po­ka­zy­wał bu­tel­kę dwu­na­sto­let­niej szkoc­kiej.

Ro­ze­śmia­łem się i się­gną­łem od razu po czy­stą szkla­necz­kę.

– Zrzut?

Po­krę­cił prze­czą­co gło­wą.

– Klient.

Aż gwizd­ną­łem.

– Wy­da­wa­ło mi się, że oni uży­wa­ją ra­czej sto­licz­nej.

Skrzy­wił się. Chciał coś od­po­wie­dzieć, ale naj­wy­raź­niej uznał, że waż­niej­sze bę­dzie na­le­wa­nie dro­go­cen­ne­go trun­ku. Pod­nie­śli­śmy szklan­ki w górę.

– Zdro­wie! Są klien­ci i klien­ci – po­wie­dział, gdy już skosz­to­wa­li­śmy trun­ku. – Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody.

Ro­zej­rzał się po po­ko­ju wy­peł­nio­nym tań­czą­cy­mi ludź­mi. Ben­ny Go­od­man, za­pach nie­złe­go ty­to­niu, ba­te­ria bu­te­lek z do­brym al­ko­ho­lem, no i co naj­waż­niej­sze: sta­rzy, wy­pró­bo­wa­ni zna­jo­mi – jego te­ry­to­rium było od­po­wied­nio wy­ko­rzy­sta­ne. Go­ście i go­ście. Tu byli ci wła­ści­wi.

– Wi­dzi­my się ju­tro?

Ski­nął gło­wą, od­sta­wił szklan­kę i znik­nął gdzieś w tłu­mie. Roz­mo­wa do­bie­gła koń­ca.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się nad tym, co po­wie­dział. Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody? Od­po­wiedź po­ja­wi­ła się na­tych­miast w po­sta­ci zwa­li­ste­go fa­ce­ta w kra­cia­stej twe­edo­wej ma­ry­nar­ce. Zwa­bi­ła go bu­tel­ka whi­sky, któ­rą Dok­tor nie­opatrz­nie zo­sta­wił na sto­le.

– Po­zwo­li pan – mruk­nął pod no­sem i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, gru­by­mi pa­lu­cha­mi za­brał się do na­kręt­ki. Na­lał so­bie co naj­mniej pół szkla­necz­ki. Po­nie­waż ga­pi­łem się na to bez en­tu­zja­zmu, mru­gnął do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo.

– Do­bry ga­tu­nek – po­wie­dział. – Za­wsze przy­wo­żę spo­ry za­pas.

No i wszyst­ko było ja­sne. Do­brze, że nie za­me­li­no­wa­łem gdzieś tej bu­tel­ki.

– Mo­no­pol wy­cho­dzi z mody – rzu­ci­łem, żeby za­cząć od cze­goś roz­mo­wę.

To mu się spodo­ba­ło. Na­la­ną twarz ozdo­bił szcze­ry uśmiech pod­pa­trzo­ny u za­gra­nicz­nych sze­fów. Ski­nął gło­wą.

– Mó­wią, że czer­wo­ni są już na li­nach. Jesz­cze tro­chę i bę­dzie­my ich mie­li.

Zro­bi­łem głu­pią minę. No bo jak za­re­ago­wać na taką bez­po­śred­niość.

– A Dok­tor? – za­in­te­re­so­wa­łem się.

– Dok­tor? – ro­ze­śmiał się grom­ko. – Prze­wie­trzy­li­śmy tro­chę jego mu­zeum. Na pew­no nie bę­dzie mu­siał się wsty­dzić.

– Było aż tak źle?

– Jesz­cze go­rzej – ko­lej­ne po­ro­zu­mie­waw­cze mru­gnię­cie. – Za­trzy­ma­li się trzy­dzie­ści lat temu. Woj­ny ją­dro­we, prób­ne wy­bu­chy w at­mos­fe­rze. A to już nie te cza­sy.

Wy­pił spo­ry łyk. Po­dą­ży­łem w jego śla­dy.

– W każ­dym ra­zie wy­po­sa­że­nia Dok­tor nie musi się wsty­dzić. Było cho­ler­nie cięż­ko, ale zdą­ży­li­śmy. Sam pan wkrót­ce się prze­ko­na.

– Wkrót­ce… czy­li ju­tro. Chce­my po­ka­zać na ma­łym ekra­nie pra­cow­nie pol­skich uczo­nych.

– Ju­tro? – Po­pa­trzył na mnie z nie­do­wie­rza­niem. – Po­waż­nie?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– Dzień jak każ­dy inny.

Wy­glą­da­ło, jak­by ta uwa­ga po­psu­ła mu na­strój. Na­gle spo­waż­niał i za­my­ślił się nad czymś głę­bo­ko. Się­gnął po bu­tel­kę. Za­nim jed­nak na­lał mi choć kro­plę, zmie­nił zda­nie.

– Niech pan już wię­cej nie pije – po­wie­dział bar­dzo se­rio.

Po­tem nie­spo­dzie­wa­nie od­krę­cił się na pię­cie i od­szedł. Dziw­ny typ!

Oczy­wi­ście, nie mia­łem za­mia­ru przej­mo­wać się idio­tycz­ną radą. Na­la­łem so­bie do peł­na i w spo­ko­ju chło­ną­łem na­strój przy­ję­cia. Ro­bi­ło się co­raz gło­śniej, gwar roz­mów co­raz sku­tecz­niej za­głu­szał mu­zy­kę, aż wresz­cie ktoś się zli­to­wał i wy­łą­czył ad­ap­ter. Wszy­scy ga­da­li, śmia­li się i za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie wy­glą­dam głu­pio, sto­jąc jak ko­łek przy sto­le z za­ką­ska­mi.

Po­moc na­de­szła w samą porę. Mia­ła oko­ło trzy­dziest­ki, skrom­ną let­nią su­kien­kę i fan­ta­stycz­ną fry­zu­rę w ko­lo­rze blond. Spra­wia­ła wra­że­nie za­gu­bio­nej.

Zwa­bi­łem ją na szkla­necz­kę whi­sky.

– Wi­dzę, że ma pan spe­cjal­ne ukła­dy – po­wie­dzia­ła, pró­bu­jąc zło­ci­ste­go pły­nu.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi.

– To nasz go­spo­darz. Nowa apa­ra­tu­ra, nowe zna­jo­mo­ści.

– Sły­sza­łam. Wresz­cie idzie w górę.

Skrzy­wi­łem się.

– Ale stam­tąd jest po­dob­no tyl­ko jed­na dro­ga. Tak mó­wią.

Nie dała się prze­ko­nać.

– Kra­ka­nie! Co ma ro­bić? Spę­dzić resz­tę ży­cia w tej swo­jej piw­ni­cy?

– W piw­ni­cy?

Od­sta­wi­ła szklan­kę i ro­zej­rza­ła się po po­ko­ju. Ktoś po­ma­chał do niej ręką. Od­mach­nę­ła. Wy­glą­da­ło na to, że na­sza roz­mo­wa do­bie­ga koń­ca.

– Ju­tro pan zo­ba­czy – rzu­ci­ła. – I niech pan tyle nie pije.

Za­nim zdą­ży­łem od­po­wie­dzieć coś sen­sow­ne­go, znik­nę­ła w tłu­mie go­ści. Zo­sta­łem sam z peł­ną szklan­ką w ręku. Może rze­czy­wi­ście po­wi­nie­nem zro­bić prze­rwę i za­jąć się po­szu­ki­wa­niem ja­kie­goś sym­pa­tycz­ne­go dam­skie­go to­wa­rzy­stwa? Ale nie uda­ło się.

Naj­pierw całe pole wi­dze­nia wy­peł­ni­ła bu­tel­ka żyt­niej, po­tem do­strze­głem brą­zo­wą MHD-owską ma­ry­nar­kę i kłu­ją­cą w oczy biel po­pe­li­no­wej ko­szu­li ze sta­ro­mod­nym koł­nie­rzy­kiem, a na koń­cu – sze­ro­ko uśmiech­nię­tą twarz. Dwo­je bla­do­nie­bie­skich oczu zmie­rzy­ło mnie po­dejrz­li­wie. Ale nie, naj­wy­raź­niej wszyst­ko było w po­rząd­ku, oczy za­mru­ga­ły i wró­ci­ły do pry­wat­ko­wej nor­my.

– Pi­jesz?

Wska­za­łem gło­wą na w po­ło­wie peł­ną szklan­kę.

– Whi­sky? Nie uży­wam!

Mój nowy roz­mów­ca po­sta­wił swój kie­li­szek na sto­le i na­peł­nił go z wpra­wą sztuk­mi­strza. Nie spo­sób było przy tym nie za­uwa­żyć pa­skud­nie cią­gną­cych się pod pa­cha­mi rę­ka­wów i fa­tal­ne­go wy­glą­du ca­łe­go gar­ni­tu­ru. Ale nie zwra­cał na to uwa­gi. Może dla­te­go, że przy­ję­cia nie były spe­cjal­no­ścią pana Mar­ka, asy­sten­ta Dok­to­ra. Pan Ma­rek spe­cja­li­zo­wał się w do­zy­me­trii. Taki miał fach. Ja i Dok­tor wie­dzie­li­śmy co nie­co rów­nież o in­nych jego za­ję­ciach.

– Zdro­wie. – Stuk­nął kie­lisz­kiem o moją szklan­kę.

– Po­dob­no wy­bie­rasz się do nas?

Ski­ną­łem gło­wą.

– Dok­to­ro­wi przy­da się te­raz tro­chę re­kla­my. Ale nie prze­sa­dzaj.

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi i po­cią­gną­łem ze szklan­ki dłu­gi, osta­tecz­ny łyk. Pro­pa­gan­da to był mój re­sort. Pan Ma­rek miał swo­je po­mia­ry. Dla­cze­go, psia­krew, pchał się na mój te­ren?

Pew­nie nie zdo­ła­łem ukryć swo­ich my­śli, bo ką­tem oka za­uwa­ży­łem, że przy­pa­tru­je mi się po­dejrz­li­wie.

– Mam dla cie­bie coś spe­cjal­ne­go – po­wie­dział i się­gnął do kie­sze­ni ma­ry­nar­ki.

Nie­wiel­ka pier­siów­ka z bru­nat­ne­go szkła ra­czej nie wzbu­dza­ła za­ufa­nia. Zwłasz­cza że nie do­strze­głem choć­by śla­dów ety­kie­ty.

– Tym ra­zem nie mo­żesz od­mó­wić. – Do mo­jej szklan­ki lał się już wstręt­ny bru­nat­ny płyn. – Mu­sisz to wy­pić.

– Na­praw­dę dzię­ku­ję – sta­ra­łem się być jak naj­bar­dziej sta­now­czy. – Na­praw­dę!

Tra­fi­łem jed­nak na twar­dą sztu­kę.

– Mu­sisz wy­pić – usły­sza­łem sta­now­cze po­le­ce­nie. – To po­waż­na spra­wa.

Pod mój nos tra­fi­ła szklan­ka z pły­nem, któ­ry wy­dzie­lał in­ten­syw­ny za­pach wło­skie­go orze­cha.

– Nie! – tym ra­zem pra­wie krzyk­ną­łem.

Z dez­apro­ba­tą po­krę­cił gło­wą i pod­niósł w górę kie­li­szek z wód­ką.

– Zdro­wie! My­ślę, że bę­dzie ci te­raz bar­dzo po­trzeb­ne.

2

Po­nie­dzia­łek 28 kwiet­nia 1986 roku był po­god­nym wio­sen­nym dniem. Wal­cząc z gi­gan­tycz­nym ka­cem – po­zo­sta­ło­ścią nie­dziel­ne­go przy­ję­cia – usi­ło­wa­łem wy­do­stać się z cen­trum mia­sta, aby do­trzeć do miej­sca pra­cy Dok­to­ra. Była to nie­zbyt zna­na re­sor­to­wa pla­ców­ka na­uko­wo-ba­daw­cza. Re­dak­cja uzna­ła, że war­to wy­dać tro­chę gro­sza, aby po­ka­zać naj­no­wo­cze­śniej­szą w kra­ju apa­ra­tu­rę do ba­da­nia ska­żeń po­wie­trza. I wła­śnie ja mia­łem się tym za­jąć.

La­bo­ra­to­rium mie­ści­ło się w ni­skim, nie­po­zor­nym bu­dyn­ku kil­ka­set me­trów od ru­chli­we­go trak­tu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go. Do­tar­łem do nie­go mniej wię­cej po go­dzi­nie tu­łacz­ki kil­ko­ma tram­wa­ja­mi i pod­miej­skim au­to­bu­sem. Gdy po­ko­na­łem wresz­cie gli­nia­stą ścież­kę i zna­la­złem się pod szkla­ny­mi drzwia­mi, za któ­ry­mi wi­dać było szat­nię i przy­gar­bio­ne­go por­tie­ra-re­cep­cjo­ni­stę, czu­łem wy­raź­nie, że ser­ce wali mi jak mło­tem, a po twa­rzy spły­wa­ją kro­ple zim­ne­go potu. Cho­ler­na go­rza­ła – po­my­śla­łem – kie­dyś mnie wy­koń­czy.

Na do­miar złe­go oka­za­ło się, że Dok­tor i pan Ma­rek pra­cu­ją w „bun­krze” – pod­ziem­nym po­miesz­cze­niu znaj­du­ją­cym się kil­ka­dzie­siąt me­trów od bu­dyn­ku. Por­tier sa­pał i chrzą­kał, wresz­cie jed­nak dał się ubła­gać i zgo­dził się za­pro­wa­dzić mnie do tego sank­tu­arium.

Po chwi­li sta­nę­li­śmy przed nie­po­zor­nym ba­ra­kiem, por­tier wy­stu­kał ja­kiś kod na zam­ku cy­fro­wym i gdy otwo­rzy­ły się drzwi obi­te sta­lo­wą bla­chą, ze­szli­śmy w dół wą­skim, ciem­nym ko­ry­ta­rzem.

– Pa­nie dok­to­rze! – za­wo­łał.

Ci­sza. Po chwi­li skrzyp­nę­ły ja­kieś drzwi, usły­sze­li­śmy kro­ki i przed nami sta­nę­ła po­tęż­na po­stać w roz­pię­tym bia­łym far­tu­chu. Dok­tor miał sza­rą zmę­czo­ną twarz, a jego wzrok mó­wił, że naj­chęt­niej po­słał­by nas do wszyst­kich dia­błów. Ale nie był to tyl­ko kac.

Po­mil­cze­li­śmy so­bie przez chwi­lę, aż w koń­cu usły­sza­łem coś, co do­pro­wa­dzi­ło mnie do sta­nu wrze­nia.

– Nie­moż­li­we – po­wie­dział, jak­by­śmy wi­dzie­li się po raz pierw­szy w ży­ciu. – Dzi­siaj ab­so­lut­nie nie­moż­li­we. Ju­tro tak­że nie.

Ale heca! Sto razy ostrze­ga­no mnie, aby nie wcią­gać zna­jo­mych do współ­pra­cy. Ale nie przy­je­cha­łem tu­taj na po­pra­wi­ny.

– Chwi­lecz­kę – wark­ną­łem. – To było uzgod­nio­ne spo­tka­nie. Umó­wio­ne na dzi­siaj. Wła­śnie na dzi­siaj!

Za­sta­no­wił się. Po­pa­trzył na mnie bar­dzo nie­chęt­nie, po­tem opu­ścił gło­wę, od­wró­cił się i od­szedł. Ru­szy­łem za nim. Za ple­ca­mi usły­sza­łem jesz­cze sa­pa­nie por­tie­ra i trza­śnię­cie drzwi. Uda­ło się – po­my­śla­łem z sa­tys­fak­cją. – Ta cho­ler­na po­dróż nie pój­dzie na mar­ne!

Apa­ra­tu­ra spra­wia­ła ko­rzyst­ne wra­że­nie. Po­kaź­na me­ta­lo­wa sza­fa sto­ją­ca w ciem­nym, po­zba­wio­nym okien po­miesz­cze­niu wy­po­sa­żo­na była w ogrom­ne, gru­be na kil­ka cen­ty­me­trów drzwi. Gdy Dok­tor z wy­sił­kiem je roz­su­nął, czer­wo­nym bla­skiem bły­snę­ła mie­dzia­na bla­cha. W środ­ku wi­dać było sta­tyw z ja­kimś ka­blem, obok ja­rzy­ły się ko­lo­ro­we ekra­ny mo­ni­to­rów. Przy kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra sie­dział fa­cet w bia­łym far­tu­chu. Dwóch in­nych na­ukow­ców wi­sia­ło mu nad gło­wą. W ką­cie do­strze­głem pana Mar­ka z pli­kiem wy­dru­ków. Ni­cze­go wię­cej do szczę­ścia nie było mi po­trze­ba.

– W po­rząd­ku – zde­cy­do­wa­łem. – Bę­dzie­my oczy­wi­ście chcie­li po­ka­zać prze­bieg po­mia­rów. Po­mo­gą nam pa­no­wie?

Od­wró­ci­li się i po­pa­trzy­li na mnie w kom­plet­nym osłu­pie­niu. Ga­pi­li się tak przez dłuż­szą chwi­lę, aż wresz­cie ode­zwał się Dok­tor.

– Ja­sne – mruk­nął. – Cze­go się nie robi dla me­diów.

Pew­nie mi się zda­wa­ło, ale to ostat­nie sło­wo wy­po­wie­dzia­ne zo­sta­ło z pew­ną iro­nią. To­wa­rzy­szył mu zna­czą­cy uśmie­szek. Po chwi­li do­strze­głem go tak­że na twa­rzach trzech po­zo­sta­łych na­ukow­ców. Na­gle za­dzwo­nił bo­wiem te­le­fon, przy­no­sząc – co wy­wnio­sko­wa­łem z krót­kiej, ner­wo­wej roz­mo­wy – po­le­ce­nie na­tych­mia­sto­we­go prze­pro­wa­dze­nia po­mia­rów. Za cenę ogrom­ne­go wy­sił­ku utrzy­ma­łem obo­jęt­ny wy­raz twa­rzy. Te­le­wi­zja to po­tę­ga. Ktoś miał wąt­pli­wo­ści?

Pan Ma­rek na pew­no ich nie miał. Zło­żył swo­je szpar­ga­ły i pod­szedł, aby na­ra­dzić się z czwar­tą wła­dzą. Pod jego ocza­mi wi­dzia­łem sine śla­dy wczo­raj­sze­go przy­ję­cia, ale głos miał wy­raź­ny i sta­now­czy.

– Gdzie eki­pa?

– Jaka zno­wu eki­pa? – wark­ną­łem.

Ro­zej­rzał się po bo­kach, spraw­dza­jąc, czy nikt go nie usły­szy.

– Eki­pa, ba­ra­nie – wy­sy­czał. – Ka­me­ra, świa­tło, dźwięk. Tyl­ko mi nie mów, że przy­je­cha­łeś sam.

Wes­tchną­łem cięż­ko.

– Jest coś ta­kie­go jak do­ku­men­ta­cja. Przed zdję­cia­mi wszyst­ko się spraw­dza. Nie sły­sza­łeś o tym, ba­ra­nie?

Od­po­wiedź nie nada­wa­ła się do po­wtó­rze­nia. Z re­zy­gna­cją po­krę­cił gło­wą, od­wró­cił się i wy­biegł z pra­cow­ni w ślad za Dok­to­rem. Spo­tka­li­śmy się na nie­wiel­kim pla­cy­ku, gdzie znaj­do­wa­ła się na­ziem­na część apa­ra­tu­ry po­mia­ro­wej. Przy­po­mi­na­ła nie­co sta­lo­we sza­fy umiesz­cza­ne przez elek­try­ków na uli­cach i na bu­do­wach. W środ­ku za­miast kor­ków i prze­łącz­ni­ków znaj­do­wa­ła się pom­pa tło­czą­ca trzy­sta me­trów sze­ścien­nych po­wie­trza na go­dzi­nę i su­per­do­kład­ne fil­try Pe­tria­no­wa.

Dok­tor ni­czym mistrz ce­re­mo­nii do­stoj­nie wy­cią­gnął klu­cze, z na­masz­cze­niem otwo­rzył sta­lo­we drzwi i ostroż­nie za­czął wyj­mo­wać ramę z kwa­dra­to­wym, sza­rym od pyłu ka­wał­kiem tka­ni­ny. Gdy chcia­łem przyj­rzeć się do­kład­niej, po­wstrzy­mał mnie sta­now­czym ru­chem ręki.

– Uwa­ga! – mruk­nął.

Skrzy­wi­łem się.

– Rze­czy­wi­ście, le­piej nie oglą­dać bru­dów, któ­ry­mi od­dy­cha­my w sto­li­cy.

Wzru­szył tyl­ko ra­mio­na­mi i de­li­kat­nie wło­żył ramę z fil­trem do pla­sti­ko­we­go wor­ka. Póź­niej mo­głem się przy­glą­dać fa­scy­nu­ją­cym ope­ra­cjom su­sze­nia i pra­so­wa­nia sza­rej tka­ni­ny. Wszyst­kie te ba­nal­ne czyn­no­ści wy­ko­ny­wa­no z ta­kim na­bo­żeń­stwem, jak­by za­le­ża­ły od nich losy świa­ta. Ma­nia­cy!

Wresz­cie do­brnę­li­śmy do fi­na­łu. Mały cy­lin­der ze spra­so­wa­nym ka­wał­kiem fil­tra zo­stał umiesz­czo­ny na sta­ty­wie, drzwi ko­mo­ry za­su­nię­to, a Dok­tor, wy­mie­niw­szy z ko­le­ga­mi ja­kieś uwa­gi w na­uko­wym na­rze­czu, za­siadł przy kla­wia­tu­rze kom­pu­te­ra. Schro­ni­łem się w naj­ciem­niej­szym ką­cie „bun­kra”, sta­ra­jąc się choć na chwi­lę za­po­mnieć o pę­ka­ją­cej z bólu gło­wie i wy­schnię­tym gar­dle. To naj­wy­raź­niej nie był mój szczę­śli­wy dzień: za­miast ku­ro­wać się w za­ci­szu ła­zien­ki, mu­sia­łem ob­ser­wo­wać ja­kieś idio­tycz­ne na­uko­we cza­ry-mary.

Skoń­czy­ły się zresz­tą jak więk­szość do­świad­czeń, w któ­rych bra­łem udział. Na­gle coś trza­sło, pra­sło, usły­sza­łem ner­wo­we okrzy­ki i mo­ni­to­ry kom­pu­te­rów za­snu­ła sza­ra mgła. Z po­mia­rów wy­szły nici. Po pro­stu – jak się póź­niej do­wie­dzia­łem – pre­cy­zyj­na apa­ra­tu­ra nie zdo­ła­ła zmie­rzyć ska­żeń po­wie­trza, któ­re po­bi­ły wszel­kie re­kor­dy. Czu­ły spek­tro­metr za­tkał się na amen.

Naj­bar­dziej zło­ścił się wy­so­ki chu­dy męż­czy­zna ty­tu­ło­wa­ny pro­fe­so­rem.

– No i ma pan tę swo­ją cu­dow­ną apa­ra­tu­rę! – wy­krzyk­nął. – Nic nie dzia­ła. Ty­sią­ce do­la­rów wy­rzu­co­nych w bło­to!

– To co pan tu jesz­cze robi? Niech pan wra­ca do sie­bie i swo­ich da­nych – od­pa­ro­wał Dok­tor. – Sam pan wie, ile są war­te.

Bez­myśl­nie przy­słu­chi­wa­łem się na­uko­wej dys­pu­cie, któ­ra z mi­nu­ty na mi­nu­tę sta­wa­ła się go­ręt­sza. „Duży prze­pływ po­wie­trza”, „za wy­so­kie ska­że­nia”, „zbyt czu­ła apa­ra­tu­ra”, „brak ekra­no­wa­nia” – spie­ra­li się co­raz gło­śniej, zu­peł­nie jak­by chcie­li do­pro­wa­dzić do eks­plo­zji moją bied­ną czasz­kę. Wresz­cie oka­za­ło się, że bę­dzie­my mu­sie­li cze­kać jesz­cze dwie go­dzi­ny na ko­lej­ny po­miar. Cho­le­ra!

Ja­koś prze­trwa­łem. Były to jed­nak naj­dłuż­sze dwie go­dzi­ny w moim ży­ciu. Gdy wresz­cie przy­nie­sio­no prób­kę i ekra­ny roz­ja­rzy­ły się zie­lo­nym bla­skiem, chcia­ło mi się śpie­wać z ra­do­ści. Po chwi­li spo­sęp­nia­łem. Dok­tor przy­po­mniał so­bie o mnie, wy­wo­łał z kąta i ci­chym spo­koj­nym gło­sem, jak­by­śmy znaj­do­wa­li się w sali se­mi­na­ryj­nej, za­czął ob­ja­śniać szcze­gó­ły wi­docz­ne na ekra­nach mo­ni­to­rów.

– Ba­da­my ska­że­nia pro­mie­nio­twór­cze z prób­ki po­wie­trza at­mos­fe­rycz­ne­go po­bra­ne­go po­mię­dzy je­de­na­stą dzie­sięć a trzy­na­stą pięt­na­ście. Co tu­taj mamy? Przede wszyst­kim: jod sto trzy­dzie­ści je­den. – Wska­zał wy­so­ki zie­lo­ny słu­pek. – Ja­kieś osiem­dzie­siąt razy wię­cej niż do­pusz­cza nor­ma. To waż­ne: ten izo­top jodu wy­wo­łu­je bo­wiem no­wo­two­ry tar­czy­cy. Poza tym mamy spo­ro cezu sto trzy­dzie­ści sie­dem, spraw­cy no­wo­two­rów wą­tro­by, śle­dzio­ny i ukła­du mię­śnio­we­go, oraz ru­te­nu sto trzy, wy­wo­łu­ją­ce­go no­wo­two­ry płuc. Daję gło­wę, że znaj­dzie­my jesz­cze stront dzie­więć­dzie­siąt. Ale bę­dzie­my mu­sie­li tro­chę po­cze­kać na wy­ni­ki ra­dio­che­mii.

Za­tka­ło mnie. Chcia­łem coś po­wie­dzieć, o coś za­py­tać, ale wy­szedł z tego tyl­ko nie­ar­ty­ku­ło­wa­ny beł­kot. Ko­rzy­sta­jąc z na­głej prze­rwy, wtrą­cił się sto­ją­cy obok pro­fe­sor Z.

– Pro­szę się uspo­ko­ić, pa­nie re­dak­to­rze. Ko­le­ga oczy­wi­ście prze­sa­dza. Jak wy­ni­ka z na­szych po­mia­rów, nor­my ska­żeń w War­sza­wie są istot­nie nie­co prze­kro­czo­ne.

– Po­nad dwu­stu­krot­nie – mruk­nął Dok­tor.