Uparci kochankowie - Stephanie Laurens - ebook
Opis

Royd Frobisher wyrusza do Afryki, by dokończyć misję ratunkową, prowadzoną dotąd przez jego braci. Nie przypuszcza jednak, że na statku znajdzie się również Isobel Carmichael – jego była narzeczona. Obdarzona żywiołowym temperamentem Isobel ma własną misję do spełnienia: musi odnaleźć i sprowadzić do domu swoją kuzynkę. Liczy też na to, że wspólna podróż pozwoli jej wyzbyć się marzeń o Roydzie, o którym nie może zapomnieć. Żadne z nich nie spodziewa się tego, co ich czeka po przybyciu do Freetown.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 462

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Stephanie Laurens

Uparci kochankowie

Tłumaczenie:

Prolog

Aberdeen

9 sierpnia 1824

Stojąc w swoim gabinecie, którego okna wychodziły na port Aberdeen, Royd Frobisher jeszcze raz przeczytał wiadomość, którą właśnie mu doręczono.

Czy tylko mu się wydawało, czy też Wolverstone naprawdę się czymś martwił?

W latach, gdy Wolverstone zajmował stanowisko kierownika wywiadu, Royd często otrzymywał podobne wezwania, ale dobór słów w tym liście zdradzał pewien niepokój ze strony zazwyczaj niewzruszonego księcia.

Niepokój lub zniecierpliwienie, choć to ostatnie nie należało do przywar byłego szefa służb wywiadowczych.

Mimo iż dzieliła ich różnica dziesięciu lat, Royd i Wolverstone, zwany dawniej Dalzielem, od pierwszego spotkania doskonale się rozumieli, a kiedy Dalziel zrezygnował ze stanowiska, odziedziczywszy tytuł książęcy, stale się kontaktowali. Royd podejrzewał, że ich korespondencja to dla księcia jedno z głównych źródeł informacji o rozmaitych intrygach.

Zwięzłe pismo zawierało prośbę, aby przeprowadził swój statek, kołyszący się w tej chwili na wodach widocznych z okna gabinetu, do Southampton, gdzie miał się zaopatrzyć i czekać w gotowości do rejsu, gdy tylko nadejdą wieści z Freetown.

Wniosek był oczywisty. Wolverstone spodziewał się, że oczekiwane wiadomości – które miał dostarczyć najmłodszy brat Royda, Caleb – będą wymagać natychmiastowej reakcji, czyli wyprawy do Afryki Zachodniej.

I Royd, i Wolverstone umieli celnie ocenić sytuację. Jeśli więc książę się niepokoił…

– Muszę się z nim zobaczyć.

Royd podniósł głowę bardziej na dźwięk głosu niż wypowiadane słowa.

– Zapytam…

– Niezwłocznie. Proszę się odsunąć, panno Featherstone.

– Ale…

– Żadnych ale. Przepraszam bardzo.

Royd usłyszał mocny i szybki stukot obcasów po drewnianej podłodze.

Gladys Featherstone, jego niemłoda już sekretarka, na pewno załamywała teraz ręce, ale w końcu mieszkała w okolicy od urodzenia i powinna była wiedzieć, że kiedy Isobel Carmichael ma do załatwienia coś ważnego, zmienia się w żywioł, który niewielu byłoby w stanie powstrzymać.

Włączając w to Royda.

Ściana oddzielająca jego prywatny gabinet od pozostałej części biura była przeszklona, ale dopiero od wysokości sześciu stóp – kiedy pracował przy biurku, wolał pozostawać niewidoczny na wypadek, gdyby jacyś przypadkowi goście chcieli marnować jego czas. Musieli wtedy prosić Gladys, aby sprawdziła, czy Royd jest u siebie.

Teraz jednak stał, a Isobel była tylko o kilka cali niższa od niego, i tak jak on widział przez szklany segment pawie piórko u jej kapelusza, podskakujące w rytm energicznych kroków, tak ona na pewno widziała czubek jego głowy.

Zastanowił się przelotnie, co też mogło ją tak wzburzyć. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że zaraz się tego dowie.

W typowy dla siebie sposób panna Carmichael otworzyła gwałtownie drzwi i przystanęła w dramatycznej pozie na progu, przyszpilając Royda ciemnym spojrzeniem.

Jedno intensywne spotkanie ich oczu wystarczyło, żeby Royd poczuł ucisk w dołku i poruszenie w spodniach.

Może nie było to zaskakujące, biorąc pod uwagę łączącą ich przeszłość, ale teraz…

Isobel miała sześć stóp wzrostu, szczupłą i zwinną figurę oraz gęste granatowoczarne loki. Rozpuszczone spadały na jej plecy niesforną masą luźnych jedwabistych pukli, dziś jednak były ciasno ściągnięte w kok na czubku głowy. Isobel patrzyła na Royda oczami barwy czekolady, osadzonymi pod pięknymi łukami czarnych brwi. Twarz miała owalną, a cerę bladą i nieskazitelną. Jej usta były różowe, jędrne i pełne, ale w tej chwili zaciśnięte w wąską linię. W przeciwieństwie do większości dobrze wychowanych dam Isobel nie miała w zwyczaju sunąć płynnym krokiem. Jej ruchy cechowały stanowczość i siła, a dumna postawa przywodziła na myśl królową Amazonek.

Royd skinął lekko głową.

– Isobel – powiedział. Gdy nadal patrzyła na niego bez słowa, uniósł brew. – Czemu zawdzięczam tę przyjemność?

Isobel wpatrywała się w niego uparcie. Sądziła, że potrafi sobie z nim poradzić, że jest w stanie znieść jego towarzystwo nawet poza okolicznościami zawodowymi – że jej misja jest ważniejsza od popędów.

Mimo to już sam widok Royda obudził w niej zmysły. Wystarczył dźwięk jego niskiego głosu, żeby straciła rezon.

A to delikatne uniesienie brwi i intensywne spojrzenie, które w nią wbijał… Powinna była zabrać ze sobą wachlarz.

Mimo to zacisnęła zęby, nie godząc się na porażkę. Nie mogła teraz zrezygnować, nieważne, jak bardzo ją onieśmielał.

Jego twarz okalały nieposłuszne pukle, niemal tak czarne jak jej własne. Nawet sam diabeł uległby urokowi jego rysów: szerokie czoło, proste czarne brwi, rzeźbione kości policzkowe, mocna kwadratowa szczęka. Efekt podkreślała schludnie przycięta broda, którą Royd ostatnio zapuścił. Nawet kiedy stał nieruchomo, jego rosła postać emanowała męską siłą. Miał szerokie ramiona i długie, silne nogi oraz sylwetkę pełną wrodzonej elegancji, widocznej w swobodzie, z jaką się nosił. Patrzył na Isobel głęboko osadzonymi i aż nazbyt przenikliwymi oczami, wyginając w grymasie kształtne usta.

Isobel zapanowała nad budzącymi się zmysłami, odetchnęła głęboko i oświadczyła zwięźle:

– Musisz mnie zabrać do Freetown.

Royd zamrugał ze zdziwieniem.

– Freetown?

– Właśnie tak – potwierdziła, dziwiąc się jego reakcji. Zazwyczaj nie okazywał zaskoczenia. – To stolica Afryki Zachodniej.

Była przekonana, że znał to miejsce; chyba nawet był tam kilkakrotnie.

Zamknęła drzwi gabinetu, po czym podeszła bliżej.

Royd odłożył trzymany w ręce list.

– Dlaczego właśnie tam? – spytał.

Isobel spojrzała na niego zza bezpiecznej bariery w postaci biurka. Mogła zająć jedno z krzeseł, ale wolała stać na wypadek, gdyby musiała unieść się gniewem. Awantury lepiej jej wychodziły na stojąco.

Oczywiście skoro ona nie chciała usiąść, Royd także tego nie zrobił.

Isobel odchyliła głowę, żeby spojrzeć mu w oczy – te przenikliwe oczy koloru wzburzonego morza i nieba nad Aberdeen.

Zaschło jej w ustach. Na szczęście przygotowała sobie przemowę.

– Wczoraj dotarły do nas wieści, że moja kuzynka w drugiej linii, Katherine Fortescue, zaginęła we Freetown. Pracowała tam jako guwernantka u pewnej angielskiej rodziny, państwa Sherbrooków. Wygląda na to, że zniknęła kilka miesięcy temu w drodze na pocztę i pani Sherbrook dopiero teraz zdecydowała się poinformować o tym jej krewnych. Jak możesz sobie wyobrazić, Iona jest wielce poruszona. – Iona Carmody była babką Isobel po kądzieli, niekwestionowaną przywódczynią klanu Carmodych. – Kiedy Katherine straciła matkę, Iona chciała zaprosić ją do nas, ale ona uparła się, że sama będzie się utrzymywać, i zatrudniła się jako guwernantka. Wyjechała, zanim zdążyłam dojechać do jej domu i się z nią zobaczyć. Więc teraz oczywiście muszę popłynąć do Freetown, odnaleźć ją i sprowadzić z powrotem.

Royd nie odrywał spojrzenia od ciemnych oczu Isobel. Dla niego wcale nie było to oczywiste, lecz wiedział dostatecznie dużo na temat matriarchalnego klanu Carmodych, żeby zrozumieć niedopowiedzianą prawdę. Isobel postrzegała to wszystko w kategoriach własnej porażki. Przecież to ona nie zdążyła powstrzymać kuzynki przed wyjazdem i otoczyć jej opieką klanu. Teraz więc czuła się w obowiązku naprawić sytuację, zwłaszcza że Iona była „wielce poruszona”. Isobel była bardzo przywiązana do babki, którą zresztą niezwykle przypominała.

Royd rozumiał jej tok myślenia. Lecz nie oznaczało to, że Isobel musi osobiście udać się do Freetown.

Zwłaszcza gdy istniało ogromne prawdopodobieństwo, że Katherine Fortescue należy do uprowadzonych z kolonii ofiar, którym Royd miał niedługo ruszyć na ratunek.

– Tak się składa, że wkrótce wybieram się do Freetown – rzekł, pilnując się, aby nie spojrzeć na list Wolverstone’a; Isobel mogłaby porwać wiadomość ze stołu i sama ją przeczytać. – Obiecuję, że znajdę twoją Katherine i sprowadzę ją bezpiecznie do domu.

Isobel zamyśliła się nad jego propozycją, po czym zdecydowanie pokręciła głową.

– Nie. Sama muszę tam popłynąć. – Zawahała się i przyznała niechętnie: – Iona tego chce.

Minęło osiem lat, od kiedy rozmawiali na tematy niezwiązane z interesami. Po zerwaniu zaręczyn Isobel unikała Royda jak ognia, dopóki konieczność nawiązania współpracy nie zmusiła ich do ponownego spotkania twarzą w twarz. On chciał sprzymierzyć się ze stocznią Carmichaelów, żeby móc pracować nad udoskonaleniem rodzinnej floty, ona zaś i jej ojciec musieli polegać na Kompanii Frobisherów, aby utrzymać stocznię podczas zapaści ekonomicznej, jaka nastąpiła po zakończeniu wojen.

Spotykali się więc nad biurkiem zawalonym inżynierskimi planami oraz rysunkami projektów i, jak nietrudno przewidzieć, ich współpraca na tym polu układała się wyjątkowo pomyślnie.

Royd był wynalazcą – podczas częstych wypraw w różnych kierunkach nieustannie wpadał na nowe pomysły udoskonalania rodzinnych jednostek zarówno pod względem bezpieczeństwa, jak i szybkości.

Isobel z kolei była wspaniałą projektantką. Potrafiła zrozumieć wstępne koncepcje Royda i nadać im konkretny kształt.

On był doświadczonym inżynierem i umiał przerobić jej projekty na fizyczne konstrukcje.

Ona zaś prowadziła stocznię, której pracownicy niemal ją czcili. Całe dzieciństwo biegała po porcie i dokach, rosła na oczach robotników i uważali ją za jedną z nich. Sukces Isobel był ich sukcesem i pracowali dla niej tak, jak nie pracowaliby dla nikogo innego.

Isobel brała inżynierskie projekty Royda, ustalała system pracy i dostarczała komponentów, podczas gdy on sprowadzał jednostkę, którą chciał zmodyfikować – i razem dokonywali prawdziwych cudów.

Dzięki tej współpracy flota Frobisherów osiągała coraz lepsze wyniki, co na dłuższą metę oznaczało przetrwanie ich kompanii transportowej. Stocznia Carmichaelów z kolei szybko zdobywała reputację niezrównanego prekursora szkutnictwa.

Pod względem zawodowym stanowili więc niezwykle zgrany zespół odnoszący wielkie sukcesy.

Mimo to przez ostatnie lata podczas wszystkich spotkań Isobel trzymała Royda na dystans. Nigdy nie pozwoliła mu poruszyć kwestii tego, co właściwie się wydarzyło przed ośmiu laty, kiedy wrócił z rejsu, żeby usłyszeć od niej – swojej narzeczonej, o której poślubieniu marzył od miesięcy – że nie chce go więcej widzieć.

Od tamtej pory Isobel nie dała mu ani jednej sposobności do osobistej rozmowy, chociaż niegdyś byli sobie tak bliscy.

Royd zastanawiał się, czy Isobel tęskni za nim tak samo, jak on tęsknił za nią. W końcu żadne z nich nie wstąpiło w związek małżeński. Plotka głosiła, że Isobel z miejsca odrzucała kolejnych zalotników ustawiających się w kolejce do ręki kobiety, która pewnego dnia miała przejąć stocznię Carmichaelów.

A teraz ta kobieta stała w jego gabinecie, gotowa walczyć o prawo do spędzenia całych tygodni na pokładzie „Korsarza”. Całych tygodni na pokładzie jego statku, gdzie nie byłaby w stanie go unikać. Całych tygodni, podczas których mógłby starać się skłonić ją do szczerej rozmowy, tak aby wreszcie rozwiązali dawne problemy i zostawili przeszłość za sobą.

Albo naprawić to, co się kiedyś popsuło, i zacząć wszystko od nowa.

Isobel nadal czekała na odpowiedź i jej oczy pociemniały. Royd wciąż dość dobrze potrafił odczytywać, co się dzieje w jej głowie. Ze wszystkich znanych mu kobiet ona jedna mogłaby choćby rozważać urządzenie mu awantury. Właściwie w pewnym sensie nawet na to liczył…

Isobel zmrużyła oczy, jakby czytając w jego myślach. Zacisnęła usta, po czym stwierdziła cicho:

– Royd, jesteś mi to winien.

Po raz pierwszy od ośmiu lat wymówiła jego imię tonem, który wciąż przeszywał go na wskroś. Więcej – było to pierwsze odniesienie do ich przeszłości od czasu, gdy Isobel zatrzasnęła mu drzwi przed nosem.

Tylko że Royd nadal nie był pewien, co miała na myśli. Dlaczego właściwie jest jej to winien? Przychodziło mu do głowy kilka odpowiedzi, ale żadna nie była satysfakcjonująca.

Royd nie był do końca przekonany, czy podejmuje dobrą decyzję, lecz nie potrafił się oprzeć, żeby wykorzystać taką okazję.

– „Korsarz” wypływa w środę z poranną falą. Bądź na nabrzeżu przed świtem.

Isobel popatrzyła mu w oczy i skinęła energicznie głową.

– Dziękuję – powiedziała. – Będę tam.

Z tymi słowami obróciła się na pięcie i ruszyła do wyjścia.

Royd patrzył za nią, ciesząc się, że nie zamknęła drzwi, dzięki czemu mógł rozkoszować się widokiem jej kołyszących się bioder.

Bioder, których kiedyś mógł dotykać i przyciągać je do siebie…

Zdając sobie sprawę, że przez te zdradliwie wyraziste wspomnienia zaczął odczuwać pewien dyskomfort, mruknął pod nosem i ukradkiem poprawił spodnie. Podszedł do drzwi i wyjrzał na zewnątrz.

Gladys Featherstone spojrzała na niego jakby w oczekiwaniu reprymendy.

– Trzeba rozesłać dyspozycje – rzekł, wzywając ją do siebie.

Cofnął się do biurka i opadł na fotel. Kiedy Gladys usiadła przed nim z notatnikiem na kolanie, wziął się w garść i zaczął dyktować pierwsze z wielu poleceń, jakie musiały zostać wykonane, zanim będzie mógł opuścić Aberdeen i popłynąć do Freetown, aby wypełnić misję, którą za pośrednictwem Wolverstone’a zlecał mu hrabia Melville, Pierwszy Lord Admiralicji.

I aby odkryć, czy istnieje jeszcze jakaś nadzieja dla niego i Isobel Carmichael.

***

Słońce nawet nie wstało nad horyzontem, kiedy Isobel weszła na deski głównej kei portu w Aberdeen. Ubrana była w podróżną batystową suknię barwy kości słoniowej z dopasowanym stanem, długimi rękawami zapinanymi na guziczki i sutą spódnicą oraz w sięgającą pasa pelerynkę obrębioną futrem. Stroju dopełniały kapelusz z szerokimi fioletowymi wstążkami zawiązanymi ciasno pod brodą, miękkie rękawiczki z koźlęcej skóry oraz pasujące półbuty.

Isobel przystanęła i odwróciła się, aby się upewnić, że pięciu służących dźwigających jej trzy kufry nadal za nią podąża.

Pochodnie płonęły na kei w regularnych odstępach, rzucając rozmigotane światło na całą scenę. Odór smoły i dymu ustępował tu zapachowi morza – mieszaninie słonej wody, ryb, wilgotnych kamieni, mokrego drewna i lin napęczniałych od wody.

Na stanowiskach Frobisherów trwała już krzątanina jak w ulu. Tragarze gramolili się z beczkami i belami materiałów, a po trapach biegali marynarze z linami, takielunkiem i ciężkimi zwojami żaglowego płótna. Przyzwyczajona do tych odgłosów – i ciągłych przekleństw – Isobel zignorowała sprośne uwagi i śmiało ruszyła w stronę zgrabnego statku górującego nad pozostałymi jednostkami. Doskonale go znała. Dostrzegła ciemną głowę Royda, wystającą ponad nadburcie. Przystanęła i przez chwilę mu się przyjrzała, po czym odwróciła się do swoich ludzi i poleciła im przekazać kufry marynarzom czekającym przy trapie.

Nie zdziwiła się, gdy załoga na jej widok rzuciła się do pomocy. Każdy robotnik portowy i marynarz pływający na miejscowych jednostkach znał ją z widzenia, podobnie jak Royda. W dzieciństwie oboje spędzili w tych dokach i pobliskich stoczniach niezliczone godziny. Z początku, nie znając się jeszcze, badali okolicę niezależnie od siebie, choć Roydowi często towarzyszyli bracia. Isobel jako jedyne dziecko wielkiego przemysłowca zawsze była sama. W tamtych dawno minionych dniach port stanowił niepodzielne królestwo Royda, podczas gdy stocznie należały do niej.

W tej kwestii niewiele się do tej pory zmieniło.

Kiedy jednak Royd osiągnął wiek jedenastu lat i zaczął się interesować szkutnictwem, zakradł się kiedyś do stoczni, gdzie wpadł na Isobel.

Młoda Carmichaelówna była chłopczycą i o wiele bardziej interesowały ją kwestie budowy statków niż lekcje szycia. Z początku patrzyła na pojawienie się Royda w swoim królestwie z podejrzliwością i nawet pogardą – szybko bowiem odkryła, że wiedział o wiele mniej od niej. On jednak równie szybko zdał sobie sprawę, że jako jedyna dziedziczka Jamesa Carmichaela miała dostęp do wszystkiego, co działo się w stoczni, i że żaden robotnik nie odważyłby się zbyć jej pytań milczeniem. Od tego momentu, pomimo dzielącej ich różnicy pięciu lat, która w normalnych okolicznościach przeszkadzałaby w zawarciu bliskiej znajomości, Royd uparcie chodził za Isobel. Ona zaś, zorientowawszy się, że jako najstarszy z braci Frobisherów miał dostęp do całej rodzinnej floty, równie nieustępliwie chodziła za nim.

Ich relacja od początku oparta była na obopólnej korzyści – cenili nawzajem swoją wiedzę i dostęp do różnych miejsc. Już wtedy dobrze się uzupełniali: stanowili zespół, a wzajemne towarzystwo wspomagało ich rozwój intelektualny i motywowało do nauki.

To się nie zmieniło.

Isobel patrzyła, jak marynarze wnoszą jej kufry na pokład. Pomyślała, że powinna ruszyć za nimi. Sama przecież tego chciała – musiała popłynąć z Roydem do Freetown, żeby sprowadzić Katherine do domu. Tylko to się liczyło i to było jej priorytetem. Co do innych spraw…

Kiedy poinformowała Ionę o swoim zamiarze, babka popatrzyła na nią tak, że Isobel poczuła się nieswojo, i wreszcie powiedziała:

– Skoro już się zgodził, to sugerowałabym, żebyście wykorzystali tę podróż, aby załatwić sprawy między wami.

Isobel otworzyła usta, by odpowiedzieć, że nie ma co załatwiać, lecz Iona uciszyła ją, unosząc dłoń.

– Wiesz, że nigdy go nie aprobowałam. Nad nim nie da się zapanować. Sam dla siebie stanowi prawo i zawsze tak było. – Staruszka skrzywiła się i zacisnęła sękate dłonie na główce laski. – Ale nie możecie dłużej żyć w tym permanentnym stanie zawieszenia. Żadne z was nie wyraziło najmniejszej chęci, żeby poślubić kogoś innego. Przez wzgląd na was oboje musicie to załatwić, zanim będzie za późno, by cokolwiek zmienić. Nie życzyłabym tego ani tobie, ani Frobisherom. Samotne życie to nie jest coś, do czego człowiek powinien aspirować. Musicie rozwiązać tę sytuację, pogodzić się z nią i żyć dalej.

Isobel nie była w stanie się spierać. Nawet jeśli załatwienie problemów między nią a Roydem nie było prostą kwestią, musiała przyznać, że staruszka ma rację – obecna sytuacja nie mogła nadal trwać. Z różnych powodów.

Lecz opinia Iony sprowokowała pytanie, dlaczego właściwie Royd zgodził się, żeby Isobel z nim popłynęła, bo przecież wcale nie protestował. Czy miał w tym jakiś ukryty motyw?

Dziewczyna podniosła spojrzenie na statek i ruchem głowy odesłała czekających służących. Odetchnęła głęboko, jakby przywdziewając niewidzialny puklerz, uniosła spódnicę i ruszyła po trapie. Nie rozumiała, dlaczego Royd nie ożenił się z kimś innym; gdyby to zrobił, jej sytuacja byłaby jasna. Lecz tak się nie stało, więc teraz Isobel znalazła się w obliczu konieczności rozliczenia się z przeszłością.

To właśnie był drugi cel tej wyprawy – musiała zabić w sobie marzenia, które nawiedzały ją w snach, i udowodnić swojej wciąż tęskniącej duszy, że nie ma żadnej nadziei na pojednanie.

Royd zaręczył się z nią, przez trzy miesiące był w jej sercu i łożu, po czym zniknął na ponad rok i mimo początkowych zapewnień, że rejs potrwa najwyżej kilka miesięcy, ani razu się z nią nie skontaktował.

A potem wrócił tak samo nagle, jak wyjechał.

I spodziewał się, że Isobel powita go z otwartymi ramionami.

Naturalnie stało się inaczej – Isobel zatrzasnęła mu drzwi przed nosem, mówiąc prosto w urodziwą twarz, że nie chce go więcej widzieć.

„Piękny ten, kto pięknie czyni”, brzmiała jedna z maksym Iony. Isobel przekonała się o prawdziwości tego powiedzenia na własnej skórze, lecz z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie potrafiła się wyzbyć fascynacji Roydem. Musiała wykorzystać tę podróż, aby przekonać swoje naiwne, tęskniące serce, które niegdyś kochało go ze wszystkich sił, że Royd Frobisher nie jest już mężczyzną jej snów.

Szła ze wzrokiem utkwionym w drewnianym trapie. Dotarła do burty, uniosła głowę – i ujrzała przed sobą Royda. Ileż by dała, żeby jego twarz straciła swoją moc panowania nad jej zmysłami!

Na to się jednak nie zapowiadało. Jej serce biło jak szalone, a nerwy napięły się jak struny pod wpływem samej jego bliskości.

Royd wyciągnął do niej rękę.

Była przekonana, że zrobił to celowo, by ją sprawdzić. Chciał się przekonać, czy Isobel z uporem będzie zachowywać dystans, jak to czyniła podczas rejsów, kiedy testowali najnowsze udoskonalenia, czy też przyzna, że ta podróż jest inna. Że chodzi o sprawy prywatne, a nie zawodowe.

Powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Opanowując nerwy, Isobel podała Frobisherowi dłoń w rękawiczce.

– Witaj na pokładzie, Isobel – odezwał się Royd, skłaniając głowę i pomagając jej zejść z trapu.

Puścił jej rękę i znowu mogła odetchnąć. Skinęła sztywno głową.

– Jeszcze raz dziękuję, że zgodziłeś się mnie zabrać – rzekła. – Wiem, że nie musiałeś.

Lekkie uniesienie jego czarnych brwi stanowiło wymowną odpowiedź.

– Kapitanie… – Sternik Royda, który cofał się w ich stronę, przekazując rozkazy dotyczące ożaglowania, odwrócił się nagle i na widok Isobel uśmiechnął się szeroko, po czym skinął głową. – Panno Carmichael. Zawsze miło powitać panią na pokładzie.

– Dziękuję, Williams. – Isobel znała całą załogę, wszak pływała z nią od lat. Rzuciła spojrzenie w stronę Royda. – Zejdę wam z drogi.

– Jeśli chciałabyś pozostać na pokładzie, dopóki nie znajdziemy się na morzu, tam będziesz najmniej przeszkadzać – powiedział Royd, wskazując rufę.

Isobel przytaknęła i podeszła do drabinki. Czuła na plecach jego wzrok. Kiedy dotarła na wyższy pokład i obejrzała się za siebie, Royd rozmawiał już z Williamsem o żaglach. Na otwartym morzu zamierzał wciągnąć ich jak najwięcej, lecz wyjście z basenu portowego i ujścia rzeki Dee wymagało precyzji i znacznie mniejszej mocy. Dzięki różnym ulepszeniom „Korsarz” stał się najszybszym statkiem w swojej klasie – był to zresztą kolejny powód, dla którego Isobel chciała popłynąć do Freetown. Bardzo pragnęła zobaczyć, jak poprawki, które testowała dotąd tylko podczas krótkich rejsów po Morzu Północnym, sprawdzały się w dłuższej podróży.

Odrywając spojrzenie od ciemnowłosej głowy Royda, rozejrzała się po głównym pokładzie. Z tego, co widziała, byli niemal gotowi, aby rzucić cumy.

Uśmiechnęła do Liama Stewarta, pierwszego oficera, który stał za sterem.

– Dzień dobry, panie Stewart.

– Witamy na pokładzie, panno Carmichael. Podobno płynie pani z nami aż do Afryki.

– Zgadza się. Mam pewne sprawy we Freetown. – Nagle uzmysłowiła sobie, że skoro Royd już tam bywał, to Stewart także. – Rozumiem, że odwiedzał pan już tę kolonię.

Pierwszy oficer przytaknął.

– Zawijaliśmy kilka razy do tamtejszego portu, ale ostatnio było to… jakieś cztery lata temu. To względnie nowa kolonia, więc na pewno dużo się tam w tym czasie zmieniło – powiedział, po czym dodał: – Muszę sprawdzić ster. Zazwyczaj robimy to razem z Roydem, ale jest zajęty przy olinowaniu. Może chciałaby pani go zastąpić?

– Z największą przyjemnością. – Isobel podeszła do niego energicznie. Patrząc mu w oczy, uśmiechnęła się słodko i sięgnęła po koło. – Ale jeśli myśli pan, że to ja będę wisieć wychylona przez rufę, to bardzo się pan myli.

Stewart uśmiechnął się niepewnie i oddał ster. Isobel kręciła kołem, zatrzymując je w odpowiednich pozycjach, podczas gdy on patrzył, czy płetwa sterowa reaguje gładko i ustawia się pod właściwym kątem.

Zanim skończyli, Royd kazał już rzucić cumy. Przemierzył pospiesznie pokład i wszedł po drabince.

Isobel z przyjemnością dostrzegła w jego oczach błysk zaskoczenia, kiedy zobaczył ją za kołem. Odsunęła się i wskazała dłonią opuszczone stanowisko.

– Ster należy do pana, kapitanie.

Royd podszedł do koła z wypolerowanego dębowego drewna i popatrzył na Stewarta, który stał po drugiej stronie przy relingu.

– Wszystko gotowe, panie Stewart. Ruszajmy.

Pierwszy uśmiechnął się szeroko.

– Tak jest, kapitanie.

Isobel uchwyciła się relingu i patrzyła, jak Royd przy pomocy Liama jako nawigatora wyprowadza statek, operując samym tylko kliwrem.

Przemykając obok jednostek stojących na kotwicy w basenie portowym, kazał wciągać kolejne żagle, lecz ustawiał je tak, by nie zwiększać zanadto prędkości. Wreszcie wydostali się z przewężenia i skręcili, a przed nimi ukazało się nieprzesłonięte innymi statkami ujście Dee. Royd kazał wciągnąć grota. Po nim szybko przyszła pora na marsle i bramsle, na koniec bombramsle…

Wiatr pochwycił rozwijające się żagle i pchnął statek do przodu.

Uderzające w kapelusz podmuchy sprawiły, że Isobel zsunęła go na kark, żeby nacieszyć się przenikającym ją dreszczem emocji.

Rozwinięto trumsle i przyspieszyli jeszcze bardziej.

Żagle to napinano, to luzowano, i statek, teraz już daleko od brzegu, ruszył w przechyle na południe.

Isobel mimowolnie uśmiechnęła się szeroko.

Royd co jakiś czas spoglądał na nią, podziwiając radość malującą się nieskrępowanie na jej twarzy. Miał wrażenie, jakby patrzył w lustro – ta jedna rzecz zawsze ich łączyła i nic się w tej kwestii nie zmieniło: miłość do morza, do pędu nad falami, kiełznania wiatru i oddawania się jego mocy.

Była to kolejna nitka sieci, która wciąż splatała ich ze sobą.

Zazwyczaj po wyprowadzeniu statku z ujścia rzeki i upewnieniu się, że kadłub gładko tnie wodę, a żagle są ustawione jak trzeba, Royd oddawał ster w ręce Liama, który obejmował pierwszą wachtę po wyjściu z portu. Tym razem jednak, kiedy pierwszy oficer posłał mu pytające spojrzenie, Royd pokręcił głową i pozostał na miejscu, z rękami na kole i z Isobel u swego boku.

Kiedy wypływali razem, żeby przetestować ulepszenia, rzadko stawała tak blisko niego. Jeśli w ogóle wchodziła na rufę, wolała trzymać się w kącie z tyłu, gdzie nie było jej widać od strony steru. Royd pragnął więc przedłużyć tę chwilę, nacieszyć się więzią i pasją, która nadal ich łączyła. Chciał jeszcze raz dzielić z kimś rozkosz wiatru we włosach i kołysania się pokładu pod stopami.

Isobel nie patrzyła na niego, więc sam często na nią spoglądał. Od lat nie czuł się jej tak bliski.

A jeśli ten aspekt ich dawnej więzi przetrwał te wszystkie lata… to co jeszcze z wielu wspólnych potrzeb i pragnień, które doprowadziły do zaręczyn i miały ich postawić przed ołtarzem, zdołało się uchować?

Royd nie mógł się nad tym nie zastanawiać.

Dlaczego Isobel się od niego odwróciła?

I dlaczego on na to pozwolił?

Do tej pory nie rozmyślał zbytnio nad tą ostatnią kwestią, ale stojąc znowu u jej boku, świadomy wszystkich swoich uczuć, stwierdził, że to zasadne pytanie.

Wreszcie zahalsowali, odbijając dalej od lądu, i Royd niechętnie przerwał magiczną chwilę. Oddał ster Liamowi, zamieniając z nim kilka słów, po czym ruszył w kierunku Isobel.

Odwróciła twarz ku niemu. Jej zmysły zadrżały i zdała sobie sprawę, że pozostanie tak blisko Royda było dużym błędem… Ale czyż nie pragnęła zgłębić tego, co między nimi pozostało, i przy odrobinie szczęścia stępić w sobie tę absurdalną wrażliwość na jego bliskość? A przecież nie zdoła oswoić się z jego obecnością, jeśli nie pozwoli sobie przebywać w jego towarzystwie.

Mimo to… odsunęła się od relingu.

– Może ktoś mógłby mi wskazać drogę do mojej kajuty?

Z długiego doświadczenia wiedziała, że jedyny sposób radzenia sobie z Roydem to samej przejąć ster.

– Oczywiście – rzekł Royd i skierował ją w stronę drabinki.

Isobel odwróciła się i szybko zeszła na dół.

Royd podążył za nią, zeskakując lekko z drabinki na pokład.

Isobel sądziła, że jako kapitan wezwie któregoś ze swoich ludzi, choćby ochmistrza Bellamy’ego. Zamiast tego sam podszedł do włazu zejściówki, otworzył go i przepuścił ją przodem.

– Przeniosłem swoje rzeczy z kabiny na rufie. Na czas tego rejsu należy do ciebie.

– Dziękuję. – Isobel zeszła po schodkach i ruszyła korytarzem. – A ty w której kabinie będziesz mieszkał?

Przez ostatnich kilka lat często pracowała przy „Korsarzu”, dlatego znała rozkład pomieszczeń. W przeciwieństwie do innych jednostek tej klasy na statku Royda znajdowało się mniej kajut, za to były większe niż zwykle. Jego kapitańska kabina zajmowała całą szerokość rufy i była niespotykanie przestronna.

– Wziąłem tę po prawej.

Kajuta kapitańska była połączona z kabinami po obu stronach, co łącznie tworzyło wielopokojowy apartament. Isobel już wiedziała, że ta okazałość i luksusowe wyposażenie wynikały z pozycji pasażerów, których Royd musiał od czasu do czasu przewozić.

Szła niespiesznie korytarzem, udając, iż nie zauważa, że Royd depcze jej po piętach, choć kosztowało ją to wiele nerwów.

Wyraźnie czekała ją długa droga, jeśli chciała się uniewrażliwić na jego obecność.

Zbliżając się do kabiny rufowej, zwolniła. Zesztywniała, gdy Royd sięgnął przez nią do klamki i szeroko otworzył drzwi.

Ignorując dreszcz, który ją przeszedł, podziękowała mu ruchem głowy i wsunęła się do środka.

Jej wzrok spoczął na postaci klęczącej na siedzeniu pod oknem.

Isobel zastygła.

Chłopiec patrzył na oddalający się brzeg, lecz teraz odwrócił głowę i spojrzał wprost na nią.

Wpadła w panikę.

Odwróciła się na pięcie i uderzyła Royda w pierś, jakby próbując go odepchnąć, żeby nie zobaczył…

Za późno.

Royd stał już w progu. Nie poruszył się, nawet nie drgnął. On również nie był w stanie oderwać spojrzenia od tego, co widział po drugiej stronie kajuty.

Serce Isobel waliło jak młotem. Nie potrafiła – nie odważyła się – odwrócić wzroku od twarzy Royda. Patrzyła, jak pojawia się na niej zrozumienie. Royd poznał wreszcie tajemnicę, którą ukrywała przed nim od ośmiu lat… i był wstrząśnięty.

Spojrzał na nią. W jego oczach płonęła furia – prawdziwa furia. Pomieszana z niedowierzaniem.

Isobel nie była w stanie oddychać.

Mimo szumu w uszach usłyszała, jak stopy Duncana uderzyły o podłogę.

– Mamo?

Isobel spojrzała Roydowi w oczy i dostrzegła w nich wściekłość, oskarżenie i urazę. Zapewne kryło się w nich jeszcze wiele innych emocji, których nie potrafiła odczytać.

Zadrżała i pociemniało jej w oczach…

Royd odwracał się, żeby wyjść, kiedy nagle głowa Isobel odchyliła się do tyłu i kobieta zaczęła się osuwać…

Złapał ją, mrucząc pod nosem przekleństwo. Nigdy dotąd nie słyszał, żeby kiedykolwiek straciła przytomność – do emocji, które się w nim kłębiły, doszła nagle panika.

Potrząsnął Isobel, po czym podźwignął ją i się wyprostował.

Usłyszał tupot zbliżających się pospiesznie kroków.

– Coś pan jej zrobił?

Chłopiec zatrzymał się na odległość ramienia. Podniósł na Royda oczy, które miotały błyskawice, wypisz wymaluj jak oczy Isobel. Jego dziecinna twarzyczka była blada – również jak u matki – ale kwadratowa szczęka była Roydowi doskonale znana z własnego odbicia.

Malec zacisnął pięści i zgromił go wzrokiem.

– Niech pan ją puści!

Rozkazujący ton też brzmiał znajomo.

Royd z trudem odetchnął. Widok tej buzi, tak podobnej do jego twarzy, jeszcze bardziej go dezorientował.

– Ona zemdlała – powiedział. W tej chwili to była najważniejsza sprawa. Złapał Isobel mocniej i przyciągnął do piersi. – Powinniśmy ją położyć.

Spojrzenie chłopca złagodniało, ale tylko trochę.

– Aha. – Rozejrzał się. – Ale gdzie?

– Na łóżku. – Royd kiwnął głową w stronę łoża ukrytego za draperiami. – Odsuń kotary.

Chłopiec pospieszył, żeby wykonać polecenie. Chwycił fałdy ciężkiej gobelinowej tkaniny i rozsunął je, odsłaniając luksusowy miękki materac i wielkie poduchy.

Royd przyklęknął przy łożu i położył na nim Isobel, układając jej głowę na poduszkach. Nigdy jeszcze nie musiał się zajmować omdlałą kobietą, a fakt, że chodziło właśnie o Isobel, zwiększał tylko jego panikę. Rozwiązał wstążki zgniecionego teraz kapelusza i wyciągnął go spod jej głowy, po czym odrzucił na bok. Poluzował tasiemki peleryny i odgarnął włosy z twarzy.

Isobel się nie ocknęła.

Chłopiec wdrapał się na łóżko.

– Mamusiu? – zapytał, patrząc na jej twarz.

Royd usiadł obok. Ujął dłoń Isobel, zdjął z niej rękawiczkę i zaczął rozcierać; widział kiedyś, jak ktoś tak robił.

Chłopiec wziął drugą rękę matki i też ściągnął z niej rękawiczkę, a potem zaczął niezgrabnie masować. Nie odrywał wzroku od Isobel, jakby chciał siłą woli sprawić, żeby się przebudziła.

Royd przyłapał się na tym, że spojrzenie ucieka mu w stronę twarzy chłopca, ale zbyt go to krępowało. Zmusił się więc, by popatrzeć na Isobel. Zmarszczył brwi.

– Czy ona często mdleje?

Chłopiec zacisnął usta i pokręcił głową.

– Nigdy dotąd nie widziałem, żeby przytrafiło jej się coś takiego. Babcia też nigdy o tym nie wspominała, a ciągle przecież opowiada o takich rzeczach. Czy nic jej nie będzie? – W pytaniu chłopca brzmiał głęboki niepokój.

Royd pragnął go uspokoić, ale nie był pewien, co należy powiedzieć. Ani zrobić. Sięgnął po nadgarstek Isobel. Z ulgą stwierdził, że puls jest silny i rytmiczny.

– Serce bije normalnie. Raczej nic jej nie będzie.

Chłopiec przyglądał się jego działaniom, nic nie rozumiejąc.

– Chodź. Pokażę ci. – Royd wyjął rękę Isobel z jego dłoni i wskazał chłopcu żyłę widoczną pod delikatną skórą.

– Przyłóż tu czubki palców. Przyciśnij delikatnie, a poczujesz bicie serca.

Chłopiec spróbował i jego twarz rozjaśniła się, gdy wyczuł puls matki.

– Jak masz na imię? – spytał Royd.

Malec spojrzał przelotnie w jego stronę.

– Duncan.

Royd kiwnął głową, jakby właśnie tego się spodziewał. Pierworodni Frobisherów zawsze nosili jedno z trzech imion: Fergus, Murgatroyd lub Duncan.

Obrzucił spojrzeniem chłopaczka, jego długie cherlawe kończyny i wystające kolana. Dzieciak był chudy jak źrebak. Royd wyglądał w jego wieku dokładnie tak samo. Isobel również.

– Ile masz lat?

– W październiku skończę osiem.

Tego również mógł się domyślić.

Popatrzył na wciąż nieprzytomną Isobel. Miał do niej tyle pytań, że sam nie wiedział, od czego zacząć. Ale przede wszystkim… co się robi, żeby ocucić omdlałą kobietę?

– Nie mam soli trzeźwiących. – Bellamy mógł mieć coś w tym rodzaju, lecz Isobel na pewno nie chciałaby, aby załoga dowiedziała się o tym nietypowym przejawie jej słabości. – Może zimny okład na czoło…

Royd wstał, podszedł do umywalki i zamoczył ręczniczek w dzbanie z wodą. Wyżął go i wrócił do łóżka. Duncan pomógł mu ułożyć kompres na czole matki.

Obaj popatrzyli na nią z oczekiwaniem.

Isobel nadal się nie poruszyła.

– Może unieśmy jej stopy. – Royd chwycił dwie dodatkowe poduszki i podał je Duncanowi. – Ja podniosę nogi, a ty wsuń to pod spód.

To uczyniwszy, odczekali kolejną chwilę, lecz Isobel nadal leżała nieprzytomna.

Royd zmarszczył brwi.

– Jestem przekonany, że to tylko omdlenie – rzekł. Obecność Duncana na statku musiała być dla niej wstrząsem, prawdziwym szokiem. Popatrzył na chłopca. – Nic jej tu nie grozi. Najlepiej zostawmy ją w spokoju, żeby doszła do siebie. A my tymczasem chodźmy na powietrze.

Musiał odetchnąć. I to porządnie.

Musiał zmierzyć się z rzeczywistością w postaci syna, o którego istnieniu dotąd nie wiedział.

Na samą wzmiankę o świeżym powietrzu Duncan natychmiast przeniósł uwagę na Royda.

– Czyli że mamy wyjść na pokład?

Royd popatrzył mu w oczy, tak podobne do oczu Isobel.

– Jesteś jeszcze za mały, żeby łazić po rejach, więc owszem, mam na myśli pokład.

Duncan wahał się przez chwilę. Znowu spojrzał na matkę, po czym zeskoczył z łóżka, wyprostował się i obciągnął krótką kurteczkę.

Rzuciwszy ostatnie spojrzenie na Isobel, Royd ruszył do drzwi.

Duncan podążył za nim.

– Ale nic jej nie będzie, prawda? – spytał, oglądając się na matkę.

– A często zapada na zdrowiu? – Royd mógłby iść o zakład, że odpowiedź brzmi „nie”.

– Prawie nigdy.

– No cóż. – Royd otworzył drzwi i wyszedł z kajuty. – W takim razie dajmy jej odpocząć. – I dodał pod nosem: – Może tego właśnie jej potrzeba.

Bo kiedy następnym razem przyłapie ją sam na sam, Isobel na pewno będzie musiała mieć dużo siły.

***

Nie minął kwadrans, a wśród wielu zdumiewających odkryć Royd dokonał i takiego, że jest to dopiero pierwszy rejs Duncana. Nic dziwnego, że chłopiec był tak ciekawy wszystkiego. Royd zabrał go na pokład rufowy i ku zachwytowi chłopca znowu przejął ster. Przywarł do przedniego relingu, skąd wyglądał na pokład główny, i zasypywał ojca pytaniami.

Po jakimś czasie otworzył się właz zejściówki i pojawiła się Isobel.

Choć może „wypadła” to byłoby odpowiedniejsze słowo.

Popatrzyła na nich z twarzą dziwnie pozbawioną emocji, po czym podeszła do drabinki. Pomimo utrudniających jej to spódnic w mgnieniu oka wspięła się na górę.

Royd zacisnął zęby. Sądząc po paplaninie chłopca, której słuchał przez ostatnie kilka minut, małego trzymano z dala od wszystkiego, co wiązało się z żeglugą, jednak zamiłowanie do morza i żagli miał we krwi. Co Isobel sobie myślała? Dlaczego nigdy nie zabrała go na żaden statek?

Te pytania mogły jednak poczekać. Najpierw Royd musiał zobaczyć i posłuchać, jak Isobel radzi sobie z ich synem. Jej uwaga skupiona była na chłopcu do tego stopnia, że wszystko inne poszło w niepamięć. Nawet Royd. To była kolejna nowość, do której musiał przywyknąć.

Duncan puścił reling i odwrócił się twarzą do matki; nie zwiesił jednak głowy. Jeśli już, to zadarł ją lekko ruchem, który Royd dobrze znał.

Wyglądało to niczym starcie morza z granitową skałą.

– Co ty tu robisz? – spytała Isobel cicho, opierając ręce na biodrach. W jej głosie słychać było nadchodzący wybuch.

Chłopiec, patrząc na nią nieustraszenie, odparł spokojnie:

– Mówiłaś, że wyruszasz w podróż… i że to zwykły rejs, więc nic ci nie będzie grozić. – Rzucił spojrzenie w stronę Royda, jakby chciał się upewnić, czy to nie było kłamstwo. Potem przeniósł wzrok z powrotem na matkę i jego rysy stwardniały. – Mam przecież wakacje, a wiesz, że zawsze chciałem wypłynąć na morze. Jeśli nie ma żadnego niebezpieczeństwa, nie ma też żadnego powodu, abym nie mógł popłynąć z tobą.

Royd pilnował się, żeby nie okazywać zainteresowania rozmową, lecz w głębi duszy pomyślał, że Isobel dała się wymanewrować.

Ona zaś skrzyżowała ramiona na piersi i świdrowała chłopca wzrokiem.

– Więc zakradłeś się na statek jako pasażer na gapę. Ale jak?

– W twoim kufrze… tym brązowym.

Royd kątem oka zobaczył, że Isobel zesztywniała.

– A co się stało z ubraniami i butami, które do niego spakowałam? – Jej zazwyczaj niski głos podniósł się nagle o oktawę. – Boże drogi… coś ty z nimi zrobił?

– Przełożyłem do pozostałych kufrów. Wszystko się zmieściło, musiałem tylko trochę upchnąć ubrania.

Isobel gromiła wzrokiem swojego niepokornego potomka, lecz nie wiedziała, co na to wszystko powiedzieć. Przynajmniej Duncan miał na tyle rozsądku, żeby nie wyrzucić jej sukien. Na szczęście zgniecenia można było rozprasować, bo przy jej wzroście zakup nowej garderoby byłby o wiele trudniejszy.

– A co z ubraniami dla ciebie? – spytała.

– Zabrałem w tornistrze dwa komplety na zmianę… i jeszcze grzebień.

Nagle Isobel przyszła do głowy myśl najstraszniejsza ze wszystkich.

– Wielkie nieba! A co będzie w domu? Nie przyszło ci do głowy…

– Zostawiłem liścik, który mają dostarczyć prababci. – Duncan udzielił tej informacji tonem, któremu zazwyczaj towarzyszyło zniecierpliwione przewracanie oczami, choć teraz wyjątkowo się przed tym powstrzymał. – Na pewno do tej pory już go dostała.

Isobel nadal nie mogła dojść do siebie. Oddech wciąż miała przyspieszony i wszelkie nieoczekiwane wiadomości ciągle mogły ją wyprowadzić z równowagi. Odetchnęła głęboko, wypuściła powietrze i jeszcze raz je wciągnęła. Nie pozwoli sobie na ponowne omdlenie.

Powracając do rzeczywistości, stwierdziła, że przyglądają jej się uważnie dwie pary oczu o niemal identycznym wyrazie. Zacisnęła usta i rzuciła Duncanowi rozkazujące spojrzenie.

– Idź na dół i poczekaj na mnie w kajucie. – Widząc na buzi chłopca zacięty upór, ustąpiła, kiwając ręką w stronę głównego pokładu. – Albo tam na dole, jeśli wolisz. Muszę porozmawiać z kapitanem Frobisherem.

– Powiedz mu.

Na głos Royda Isobel mimowolnie się poderwała. Zwróciła wzrok ku jego szarym oczom i napotkała jego twarde spojrzenie.

Zanim zdołała się choćby zastanowić, Royd powtórzył:

– Powiedz mu w tej chwili.

Patrzył na nią nieustępliwie. Isobel czuła jego żelazną wolę… Mogłaby mu się oprzeć, ale za jaką cenę? Ile kosztowałoby to ich oboje, a także Duncana?

A biorąc pod uwagę, że chłopiec niemal na pewno wszystkiego się domyślił… po co to odkładać?

Ze względu na czas urodzin Duncana nikt nigdy nie wątpił w to, kto jest jego ojcem, lecz Isobel uparcie odmawiała rozmowy na ten temat, niczego nie potwierdzając ani nie zaprzeczając. Wszyscy zaniechali więc tej kwestii i traktowali chłopca, jakby był wyłącznie jej synem. Isobel nigdy jednak nie okłamała Duncana – i nie mogła też okłamać Royda.

Odetchnęła powoli i głęboko. Z mocno bijącym sercem spuściła wzrok na buzię chłopca, na której malowała się teraz ciekawość. Popatrzyła mu w oczy – tak bardzo przypominające oczy Royda.

– Zawsze mówiłam, że któregoś dnia wyjawię ci, kim jest twój ojciec. Wygląda na to, że dziś właśnie nadszedł ten dzień. – Głos niemal jej się załamał; tak wiele rzeczy ulegnie zmianie, gdy wypowie te słowa! Isobel dzielnie jednak wysunęła podbródek i sztucznie spokojnym tonem dokończyła: – Twoim ojcem jest kapitan Royd Frobisher.

Duncan nawet nie zamrugał. Przeniósł spojrzenie na twarz Royda, jakby chciał potwierdzić ich podobieństwo.

– Naprawdę? – Pytanie, w którym pobrzmiewały zainteresowanie i nuta nadziei, nie było skierowane do matki.

– Owszem – odpowiedział Royd. – Ja również o tym nie wiedziałem.

Obaj popatrzyli na Isobel, a w ich spojrzeniach kryło się niewypowiedziane oskarżenie.

Nie miała pojęcia, jak je odeprzeć, jak zareagować. Czuła się tak, jakby kołysanie pokładu wynosiło ją zupełnie poza czas. Znowu trudno jej było oddychać. Odchrząknęła.

– Zostawię was, żebyście mogli się zapoznać. Chyba muszę się jeszcze położyć.

Z tymi słowami tchórzliwie się wycofała: podeszła sztywno do drabinki i schroniła się pod pokładem.

Royd patrzył za nią z zaciekawieniem. Nigdy dotąd nie widział, żeby Isobel uciekała, a już na pewno nie przed konfrontacją. Wyzwania były jej żywiołem – a co mogłoby stanowić większe i bardziej dramatyczne wyzwanie niż obecna sytuacja?

Rzucił okiem na Duncana – swojego syna – i zobaczył niepokój na jego ekspresywnej twarzy. Zapewne chłopiec dobrze znał charakter matki i również uznał ten odwrót za nieco dziwny.

Royd rozejrzał się po pokładzie. Tu i tam zauważył kilku członków załogi. Żaden nie był na tyle blisko, żeby usłyszeć ich rozmowę. Chyba jednak lepiej byłoby omówić tę sytuację z Isobel z dala nie tylko od obcych uszu, ale i oczu. I nie wtedy, gdy przedmiot rozmowy stoi między nimi. Może więc ten odwrót był z jej strony dobrą decyzją.

Duncan pozostał przy nim, opierając się lekko o barierkę i patrząc przed siebie.

Royd czekał, spodziewając się, że teraz, kiedy ich relacja została potwierdzona, chłopiec będzie miał do niego jakieś pytania.

Kiedy jednak cisza zaczęła się przedłużać, popatrzył na syna z lekkim zdziwieniem.

Dokładnie w tym samym momencie Duncan odwrócił się, żeby spojrzeć na niego.

Najwyraźniej próbował się na coś zdecydować. Royd uniósł brew, jakby chciał go zachęcić.

Wreszcie chłopiec wyprostował się, odchylił ramiona, po czym odetchnął głęboko i zapytał:

– To pewnie masz jakąś żonę, prawda?

Royd zamrugał.

– Że co? – Przez sekundę nie rozumiał, co mogło skłonić Duncana do zadania takiego pytania. – Dobry Boże, ależ skąd! – Jego ton nie pozostawiał wątpliwości, że te słowa są szczere.

I nagle, dokładnie w momencie, gdy to powiedział, coś do niego dotarło. Ujrzał sytuację w zupełnie nowym świetle.

– Właściwie – poprawił się – jak się dobrze zastanowić, to chyba jestem żonaty z twoją matką.

Bo w praktyce tak właśnie było, prawda?

I pewnie właśnie dlatego Isobel nigdy nie powiedziała mu o Duncanie.

***

Resztę dnia Royd spędził na odpowiadaniu na liczne pytania syna. Większość miała związek ze statkami i z żeglugą, ale tu i tam zakradło się też pytanie o rodzinę Frobisherów. Natomiast Royd zdołał się dowiedzieć (kiedy już udało mu się samemu o coś zapytać), że Duncan mieszka w Carmody Place, gdzie razem z pozostałymi dziećmi wychowującymi się w tym wielkim dworze uczy się pod kierunkiem guwernantki i prywatnego nauczyciela. Rodzina toczyła jednak dyskusje na temat posłania go w przyszłym roku do szkoły.

Royd i jego bracia uczęszczali do szkoły w Aberdeen. Zapisał sobie w pamięci, żeby poinformować Isobel, że i Duncan tam pójdzie. Nie ma potrzeby posyłać go gdzieś dalej – tym bardziej że sam chłopiec gorąco popierał tę decyzję. Uzyskawszy od Royda obietnicę, że wolno mu będzie kręcić się po stojących w porcie statkach Frobisherów, nie miał zamiaru godzić się chętnie na cokolwiek, co uniemożliwiłoby mu skorzystanie z tego zaproszenia.

Aż do zapadnięcia zmroku Royd nie miał okazji rozmówić się z Isobel. Kiedy się ściemniło, usiedli wraz z synem do kolacji podanej w głównej kajucie. Zupełnie jak zwyczajna rodzina. Posiłek przebiegł bez żadnych niezręcznych momentów. Była to zasługa Duncana, który nie pozostawił rodzicom innego wyboru, jak tylko podążyć w jego ślady i zachowywać się normalnie. Potem Isobel położyła go spać w kabinie na lewo od kajuty kapitańskiej. Royd przyglądał się temu od progu, zauważając wszystkie oznaki więzi łączącej matkę z synem. Kiedy Isobel odwróciła się, żeby przykręcić knot lampy, skinął głową w kierunku zejściówki.

– Poczekam na ciebie na pokładzie – rzucił.

Isobel popatrzyła mu w oczy i kiwnęła głową.

Royd udał się na rufę, żeby zajrzeć do nawigatora, Williama Kelly’ego, który pełnił właśnie wachtę za sterem. Wymienili kilka uwag na temat południowego kursu, po czym zapadło między nimi swobodne milczenie.

Royd oparł się o reling, uniósł wzrok na nocne niebo i czekał. Z upływem godzin, kiedy nowa rzeczywistość krzepła w nim i nabierała kształtu, jego wściekłość zaczęła ustępować miejsca palącej potrzebie poznania, zgłębienia, a w końcu zmiany i odbudowy ich relacji – jeśli tylko zdoła.

Jeśli ona zechce.

Po kilku minutach Isobel wyłoniła się z włazu zejściówki. Na ramionach miała szal. Przewiązując go przez wzgląd na bryzę, zobaczyła, jak Royd kieruje się w stronę zejścia na główny pokład. Otuliła się mocniej i ruszyła na dziób.

Kiedy Royd do niej dołączył, wychylała się przez sterburtę, patrząc w mrok.

Statek mknął szybko, pchany mocnym wiatrem. Royd i jego ludzie znali te szlaki jak własną kieszeń, a trzeba było jak najszybciej dotrzeć do Londynu. Choć księżyc zasnuły chmury, nadal widać było dość gwiazd, by pióropusze fal rozbłyskiwały od czasu do czasu lśniącą bielą na rozkołysanym nocnym morzu.

Royd przystanął za Isobel i chwycił się gładkiego relingu, żeby zachować równowagę, kiedy dziób statku podskakiwał nieregularnie do góry. Byli na tyle daleko, że nikt z pełniących wachtę marynarzy nie mógł ich usłyszeć, zresztą wiatr i tak unosiłby wszystkie słowa. Isobel z rozmysłem stanęła tak, by Royd nie widział jej twarzy, lecz w tej chwili chyba nawet ułatwiało im to rozmowę.

Milczała.

– Dlaczego? – spytał wreszcie Royd.

Bardziej wyczuł, niż usłyszał jej westchnienie, lecz głos, który do niego dotarł, był silny.

– Nie było cię. Odszedłeś i nie wracałeś.

– Przecież w końcu wróciłem. Dlaczego mi wtedy nie powiedziałaś, że mam syna?

– Bo gdybym to zrobiła, odebrałbyś mi go. Jako ojciec miałbyś do niego wszelkie prawa. Nie miałabym nic do powiedzenia w kwestii jego wychowania, jego życia… Nie miałabym prawa zatrzymać go przy sobie.

Royd zmarszczył brwi. Niby czemu miałby odbierać…? Nagle zaczął rozumieć.

Ukrywanie istnienia Duncana miało sens tylko wtedy, gdy Isobel z góry podjęła decyzję, że nie chce wyjść za mąż za Royda.

A jednak coś nadal się nie zgadzało, fragmenty wciąż nie pasowały do siebie. Przez te wszystkie lata Isobel nigdy nawet nie zachęcała żadnego innego zalotnika.

– Isobel…

– Odebrałbyś mi go.

Z jej słów biła taka pewność, że Royd musiał przyznać: gdyby chciała wyjść za kogoś innego, a on wiedziałby o Duncanie…

W przypływie emocji przypomniał sobie, jak się czuł, kiedy kazała mu odejść i zatrzasnęła przed nim drzwi Carmody Place. Była porywcza, ale, prawdę rzekłszy, sam niewiele jej ustępował pod względem temperamentu, choć on płonął zimnym ogniem, ona zaś gorącym. Czuł wtedy lodowatą wściekłość i urazę – a to niebezpieczna kombinacja. Isobel była jedną z niewielu osób, które potrafiły naprawdę go zranić – w końcu ofiarował jej całego siebie – i uczyniła to. Złamała jego serce i cisnęła mu je w twarz.

Ale miała rację. Nieważne, jakie były wtedy jej zamiary, gdyby Royd dowiedział się o Duncanie… Sam nie potrafił powiedzieć, co mógłby lub czego nie mógłby uczynić.

Isobel poruszyła się i mocniej otuliła szalem.

– Wiedz jedno: nigdy nie pozwolę ci go odebrać. Zapamiętaj to sobie.

Co do tego Royd nie miał wątpliwości. Znał jej naturę oraz pasję i oddanie, z jakimi angażowała się w różne sprawy. Sercem i duszą poświęcała się opiece nad tymi, których kochała – jak Duncan. Jak Iona. Jak Katherine Fortescue.

Dawno temu także Royd stanowił przedmiot tej pasji i oddania.

Tego również mu brakowało. Tęsknił za tym, od kiedy zatrzasnęła przed nim drzwi.

Z perspektywy czasu… nie potrafił wyjaśnić, nawet sobie samemu, dlaczego się nie wysilił. Zaraz po zerwaniu usiłował z nią porozmawiać, lecz natknąwszy się dwa razy na blokadę – fakt, że to jej rodzina nie dopuściła, aby Royd pomówił z Isobel twarzą w twarz, lecz zakładał, że krewni działali z jej błogosławieństwem – wpadł w jeszcze większą wściekłość, odszedł i nigdy nie wrócił.

Zrezygnował z niej, z ich związku i ze wszystkich obietnic, które – jak uprzednio sądził – niosła ich wspólna przyszłość.

W dodatku czuł się całkowicie usprawiedliwiony, bo racja była po jego stronie. W końcu to Isobel go odrzuciła.

Rozbudzona duma głęboko zatopiła w nim pazury.

W swoich oczach powracał do domu jako zwycięski bohater, choć może nieznany publicznie; jego misja od początku do końca okryta była tajemnicą. Płynął do domu niesiony falą zadowolenia, z przekonaniem, że spisał się lepiej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Był to cichy triumf. Isobel nie znała szczegółów, ale spodziewał się, że powita go – swojego przyszłego oblubieńca – z promiennym uśmiechem i otwartymi ramionami. A zamiast tego… Rzeczywistość okazała się tak inna od jego oczekiwań, że Royd potrafił tylko odwrócić się i odejść.

Isobel nie sprostała jego marzeniom – marzeniom, które utrzymywały go przy życiu, które pozwoliły mu zachować siłę przez te wszystkie straszliwe miesiące przed powrotem.

Chciał ją zranić tak mocno, jak ona zraniła jego – więc odszedł i ją zostawił.

Nie zdawał sobie wtedy sprawy, z czego tak naprawdę rezygnuje – nie tylko z syna, ale też z jedynej kobiety, z którą kiedykolwiek mógłby dzielić życie. Swojej bratniej duszy. Był wtedy młodszy i nie rozumiał, jak wielkie ma to znaczenie, lecz mimo to już wtedy wiedział, że Isobel należy do niego: była jego drugą połową, jego kotwicą wśród sztormów życia.

Od kiedy odwrócił się do niej plecami, dryfował tylko bezwolnie.

Po latach wreszcie był w stanie przyznać, że choć ona nie zachowała się zgodnie z jego oczekiwaniami, on tak samo nie sprostał jej wyobrażeniom o przyszłym życiowym partnerze – wyobrażeniom, które większość ludzi uznałaby za całkowicie uzasadnione. Spodziewał się jednak, że Isobel daruje mu niedociągnięcia i wszystko będzie między nimi dokładnie tak, jak było, kiedy wypływał na morze.

Nie wiedział o Duncanie – nie wiedział, że Isobel urodziła w samotności jego dziecko. Owszem, na pewno otaczała ją rodzina, ale przecież nie było przy niej ukochanego.

Royd znał Isobel na tyle dobrze, by pojąć, że właśnie ta nieobecność stanowiła w dużej mierze powód, dla którego się od siebie odsunęli.

Pragnął odzyskać serce Isobel – tę decyzję podjął już wcześniej. Poznanie prawdy o Duncanie wzmocniło tylko jego postanowienie. Duncan należał do niego. Royd pragnął otwarcie uznać syna i uprawomocnić tę decyzję.

Musiał z powrotem zdobyć Isobel, aby zrealizować przyszłość, jakiej – nie miał teraz wątpliwości – pragnął i potrzebował.

Zmarnował już osiem lat i nie zamierzał tracić więcej czasu.

Widział jedynie profil Isobel. Popatrzywszy na nią przez chwilę, odezwał się:

– Opowiedz mi, co z twojego punktu widzenia wydarzyło się osiem lat temu. Co się stało po moim wyjeździe?

Isobel rzuciła mu przez ramię nieufne spojrzenie, lecz Royd najwyraźniej pytał w dobrej wierze. Gotowa była do starcia i obrony przed jego atakiem… Ale to?

Porzuciła już myśl o tym, że zdoła utrzymać go na dystans. Teraz, kiedy pojawił się Duncan, nie mogła wymigiwać się od szczerej rozmowy. Nie mogła z czystym sumieniem odmówić Roydowi odpowiedzi – wiedziała, że miał do nich prawo.

Mimo to nie spodziewała się zadanego w ten sposób pytania. Miała wrażenie, że było ono efektem głębokiego namysłu, że Royd nie zadał go pod wpływem impulsu. Na pewno dążył więc do jakiegoś celu.

I był zbyt przebiegły, aby pozwolić jej wykręcić się od rozmowy dzięki dramatycznej scenie, jaką Isobel mogłaby urządzić niemal każdej innej osobie.

Ale nie jemu i nie Ionie. Potrafiła poradzić sobie z każdym, tylko nie z nimi.

– No dobrze. – Jeśli chciał obrać taką drogę, Isobel podąży nią i zobaczy, dokąd to prowadzi. – Wypłynąłeś trzy tygodnie po zaręczynach. Powiedziałeś, że spodziewasz się, iż podróż zajmie ci miesiąc, najwyżej dwa. Na ten czas przeniosłam się do Iony, do Carmody Place. Ona potrzebowała towarzystwa, a skoro byłam po zaręczynach, nie miałam już obowiązku mieszkać z rodzicami i chadzać na bale oraz proszone kolacje. Bardzo mi to odpowiadało. Sam wiesz, że nigdy nie lubiłam życia towarzyskiego… Zamieszkałam z Ioną, a potem okazało się, że jestem w ciąży. Byłam szczęśliwa i pełna nadziei. Nikomu o tym nie powiedziałam. Chciałam poczekać na twój powrót, abyś dowiedział się jako pierwszy. – Isobel nie potrafiła zapanować nad chłodnym tonem. – Ale ty nie wróciłeś. Z początku czekałam cierpliwie, lecz kiedy minęły trzy miesiące i wciąż nie miałam od ciebie żadnych wieści, poszłam do biura waszej spółki i zapytałam, kiedy spodziewają się twojego powrotu. Powiedziano mi, że nie wiadomo. Wszyscy uśmiechali się tylko i zapewniali, że wrócisz najszybciej, jak będziesz mógł. Odeszłam, ale tydzień później poszłam tam znowu i spytałam, czy można w jakiś sposób się z tobą skontaktować. Chciałam ci przesłać wiadomość, ale powiedziano mi, że w tym momencie nie ma możliwości przekazania ci żadnych listów. I że nikt inny także nie miał od ciebie żadnych wieści.

Isobel przerwała, czując, jak wspomnienia porywają ją z powrotem w otchłań skłębionych uczuć, jakie odczuwała w tamtym czasie.

– Po kolejnym tygodniu poszłam tam jeszcze raz i spytałam, skąd w ogóle wiedzą, że nadal żyjesz, skoro nie mieli żadnych wieści od ciebie ani twojej załogi. Zaczęli się tylko plątać i kręcić, aż w końcu przyznali, że właściwie nie mogą mieć takiej pewności, ale nie słyszeli nic o tym, żebyś zginął… Mówili tylko, że z pewnością w końcu wrócisz. Nie muszę chyba wspominać, że nie bardzo mnie to uspokoiło.

– Nie rozmawiałaś z moim ojcem ani braćmi?

– Twojego ojca nie było wtedy w mieście, a Robert, Declan i Caleb przebywali chyba na morzu. – Isobel zawahała się i spytała: – Czy gdybym zwróciła się do nich z pytaniem, gdzie jesteś, usłyszałabym inną odpowiedź?

Kątem oka zobaczyła grymas na twarzy Royda.

– Od braci zapewne nie – oznajmił po chwili – ale mój ojciec mógł… wiedzieć dość, by cię uspokoić.

– Hm. No cóż, w każdym razie go nie było. – Isobel znowu spojrzała przed siebie. – Chciałam co prawda porozmawiać z twoją matką, ale ona wyjechała razem z nim. Potem zaś… Zanim twoi rodzice wrócili do Aberdeen, zdążyłam wszystko przemyśleć.

– Wszystko, czyli co?

Gdyby w tym pytaniu brzmiała pretensja, Isobel trudno byłoby kontynuować. Ale Royd nadal był jedynym człowiekiem na całym świecie, z którym bez oporów dzieliła się myślami, pragnieniami i marzeniami. Ta więź nie została zerwana i Isobel wciąż mogła mu wszystko powiedzieć. Nawet coś takiego.

– Choćby to, dlaczego chciałeś się ze mną ożenić. Zdałam sobie sprawę, że byłam naiwna, sądząc, iż kierowały tobą te same pobudki co mną.

Choć patrzyła na tamten okres z perspektywy ośmiu lat i mocno wierzyła, że pogodziła się wreszcie z rzeczywistością, nadal pamiętała rozpacz, jaką wtedy czuła. Dobrze przynajmniej, że nie musiała patrzeć Roydowi w oczy. Odetchnęła i kontynuowała ze względnym spokojem:

– Zawsze wiedziałam, że nie pasuję na księżniczkę dla takiego księcia jak ty. Byłam za wysoka i pod wieloma względami zbyt… niekobieca. Chociażby w swojej niechęci do typowych kobiecych zajęć. No i ten mój upór, żeby pozwolono mi pracować przy statkach. Jak wiesz, od wczesnych lat zarówno ci, którzy mnie wspierali, jak i ci, którzy starali się mnie zniechęcić, mówili, że jedynym powodem, dla którego jakikolwiek mężczyzna chciałby mnie poślubić, byłoby przejęcie stoczni. – Wzruszyła lekko ramionami. – Myślałam, że ty jesteś inny, ale kiedy nie wracałeś i nawet nie napisałeś, zdałam sobie sprawę, że nie zrozumiałam sytuacji. Na pewno przypominasz sobie, że to Iona nalegała na zaręczyny, zanim sformalizujemy małżeństwo. Widziała prawdę, na którą ja byłam ślepa. No i oczywiście ty, jako przyszła głowa Kompanii Transportowej Frobisher i Synowie, miałeś najlepszy powód, żeby przejąć stocznię. – Pomimo wysiłków jej głos zadrżał, lecz Isobel brnęła dalej: – A ponieważ ja oczekiwałam od małżeństwa więcej, niż byłeś w stanie mi dać, zdałam sobie sprawę, że nie mogę za ciebie wyjść. Kiedy doszłam do tego wniosku, musiałam tylko czekać, żeby cię o tym zawiadomić, o ile w ogóle wrócisz.

Royd stał jak skamieniały. Owszem, Isobel zawsze święcie wierzyła, że nie jest atrakcyjna i jej temperament czyni z niej nieodpowiedni materiał na żonę dżentelmena – a w konsekwencji, że żaden dżentelmen nie poprosi o jej rękę, chyba że chodziłoby mu o stocznię. Wiedział o tym i doskonale pamiętał dzień, kiedy poszedł zobaczyć się z nią w dokach, lecz nie mógł jej znaleźć. Szukał wszędzie, aż wreszcie dostrzegł ją na żerdzi ponad żebrami budowanego właśnie kadłuba. Siedziała skulona i wyraźnie przygnębiona. Royd z trudem zdołał wydobyć z niej powód tego nietypowego nastroju: była to ta sama prawda, którą usłyszał w tej chwili… Ale wtedy Isobel miała dopiero czternaście lat.

Pomimo różnicy wieku dorównywała mu już wzrostem, miała takie same długie, chude nogi i ręce oraz kościste łokcie i kolana. Royd całkiem dobrze pamiętał tamtą dziewczynę.

Jakoś zdołał ją wtedy uspokoić. Był przekonany, że Isobel nie musi się obawiać o to, czy ktoś się z nią ożeni – że do czasu, gdy będzie gotowa wstąpić na ślubny kobierzec, wszystko ulegnie zmianie.

Zresztą już wtedy sam zamierzał być mężczyzną, który będzie czekał na nią przy ołtarzu.

Nigdy nie przyszło mu do głowy, że tamta delikatna, wrażliwa dziewczyna sprzed wielu lat nadal kryła się w pewnej siebie i żywiołowej dwudziestojednoletniej młodej damie, z którą się zaręczył, a tym bardziej w kobiecie, którą się teraz stała.

Ale jednocześnie Royd doskonale wiedział, że kiedy ktoś jest o czymś głęboko przekonany, może nie widzieć rzeczywistości. Wiele razy wykorzystywał tę ludzką słabość z korzyścią dla siebie.

Nie miał jednak pojęcia, jak otworzyć Isobel oczy, zwłaszcza że Iona na pewno przedstawiała jego zachowanie przez ostatnie lata jako potwierdzenie, że motywem jego dążenia do małżeństwa jest interesowność. Zawsze nieufnie traktowała i jego samego, i jego związek ze swoją wnuczką. No i Royd nie mógł zaprzeczyć, że faktycznie mógłby mieć interes w przejęciu stoczni.

Jednak ta myśl nigdy nawet nie przyszła mu do głowy, kiedy postanowił ożenić się z Isobel. Pragnąłby jej nawet, gdyby nie miała nic wspólnego ze stoczniami.

W wieku dwudziestu lat Isobel od dawna przestała już być brzydkim kaczątkiem i przemieniła się w łabędzia. Jeśli chodzi o jej mało kobiece zachowanie, jej pasje i pragnienie aktywnego udziału w procesie szkutniczym, z wiekiem wszystkie te cechy przybrały na sile, jeszcze wyraźniej stały się częścią jej osobowości.

Royd nigdy jednak nie zamierzał jej zmieniać. Mówiąc wprost, ona i jej talenty miały zbyt duże znaczenie dla przyszłości jego i całej spółki Frobisherów. Pragnął więc Isobel dokładnie taką, jaką była – pod każdym względem.

Wszystkie te myśli przemknęły mu przez głowę. Jednak Royd wiedział, że nie może sobie teraz pozwolić na uleganie odruchom.

Ponowne zdobycie serca Isobel to rozgrywka, do której musi podejść z należytą rozwagą.

Popatrzył na jej twarz widoczną w świetle statkowych lamp. Czy Isobel uwierzy mu, jeśli zwyczajnie powie jej prawdę, swoją wersję prawdy, najprawdziwszej prawdy? Wątpił w to. Gdyby był na jej miejscu i wiedział tylko tyle, ile ona wiedziała, sam by sobie nie uwierzył.

Kiedy zdecydowanie go odrzuciła i odmówiła ponownego spotkania, odszedł i starał się pokazać, że zupełnie się tym nie przejął. Pragnął, żeby wieści o tym dotarły do Isobel. Udawanie, że zerwanie zaręczyn zupełnie go nie zmartwiło, było jego zemstą, i Royd miał przygnębiające wrażenie, że odniósł w tym względzie aż nadspodziewany sukces. Jak zwykle.

A teraz próba przekonania Isobel, że wszystko to były tylko pozory, stanowiła o wiele trudniejsze zadanie.

Jedna rzecz stała się jednak jasna jak słońce. To, że Isobel ukrywała przed nim Duncana, było bezpośrednią konsekwencją faktu, że Royd z rozmysłem zataił przed nią ważną część własnego życia.

Te osiem lat, które spędzili osobno, niecałe osiem lat życia Duncana, które przegapił, były ceną, jaką Royd zapłacił, aby jego tajna misja nadal pozostała tajemnicą.

Mógł przeklinać i burzyć się przeciwko losowi, który tak okrutnie z niego zakpił, lecz co by to dało.

Przeszłość to przeszłość. Musieli zostawić ją za sobą i pójść wreszcie do przodu.

Isobel nie przeszkadzało jego milczenie. Czekała cierpliwie. Znała go lepiej niż ktokolwiek na świecie.

Royd miał właściwie pewność, że Isobel nadal coś do niego czuje, lecz nie do końca wiedział, co takiego. Jeszcze nie. Ale przecież była namiętną kobietą, a jednak podczas tych ośmiu lat nie starała się zachęcać żadnego innego mężczyzny. Z tego, co słyszał – a kiedy chodziło o nią, pilnie nadstawiał ucha – nigdy nie wzięła sobie innego kochanka. Czemu, jeśli nie dlatego, że…?

W kolejnej sekundzie przyszła mu do głowy inna możliwa odpowiedź. Isobel nie zbliżyła się do żadnego innego mężczyzny z powodu Duncana. Bo zgodnie z prawidłami szkockich zaręczyn wciąż była związana z Roydem, nawet jeśli on nie zdawał sobie z tego sprawy.

Popatrzył na nią zmrużonymi oczami.

– Czekałaś, aż się ożenię.

– Jak widać.

Udało mu się nie parsknąć śmiechem. Na to mogła sobie czekać w nieskończoność. Royd już dawno pogodził się z faktem, że nie ożeni się z nikim poza nią: nigdy nie istniał dla niego nikt inny.

A skoro tak się sprawy miały, oznaczało to, że ona również nie mogła wyjść za nikogo innego, przynajmniej dopóki Royd nie zwolni jej z zobowiązania.

On zaś nie wyobrażał sobie, że mógłby to zrobić, w każdym razie jeszcze nie teraz, dopóki istniał choćby cień nadziei na to, że zdoła znowu ją zdobyć.

Czy naprawdę wierzyła, że…?

Jakby czytając mu w myślach, Isobel dodała:

– W razie gdybyś się ożenił, zamierzałam udać się do ciebie lub twojej żony i poprosić o formalne przekazanie Duncana pod moją opiekę.

Royd musiał ugryźć się w język, żeby nie odpowiedzieć, że bez względu na okoliczności, gdyby dowiedział się o Duncanie, nigdy by go nie oddał. Znał syna zaledwie od kilku godzin, lecz już wiedział, że stanie do walki z każdym, kto spróbuje ich znowu rozdzielić. Ta nowa, niespodziewanie wrażliwa Isobel wymagała jednak ostrożniejszego podejścia.

Myśli Royda wróciły nagle do jej wcześniejszych słów: „Byłam naiwna, sądząc, iż kierowały tobą te same pobudki co mną”.

Jakie więc były jej motywy, kiedy godziła się na zaręczyny?

Czy takie, jakie zawsze jej przypisywał?

I czy to znaczyło, że nadal go kocha?

Nawet jeśli odpowiedź brzmiała nie, może Isobel mogłaby znowu pokochać go tak jak dawniej, z tą samą dziką, szczerą pasją?

Pragnął tego rozpaczliwie, z całego serca. I musiał wierzyć, że to możliwe. Musiał wierzyć, że Isobel nie przestała go kochać, a tylko straciła do niego zaufanie i z tego powodu się odsunęła. Jego ówczesne postępowanie, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, rozbudziło w niej dawne kompleksy, więc wycofała się i wzniosła mur, żeby się przed nim ukryć.

Przede wszystkim Royd musiał więc jej wyjaśnić, co naprawdę się wtedy wydarzyło.

Isobel od najwcześniejszych lat ufała mu całym sercem i zachował się nierozważnie, uznając, że zawsze tak będzie; nie wziął pod uwagę, że na zaufanie trzeba zasłużyć. Sam wszystko popsuł, nie mówiąc jej, dokąd się udaje i po co, i nie tłumacząc przyczyn przedłużającej się nieobecności.

Zanim więc zacznie choćby myśleć o odzyskaniu miłości Isobel, ponownie musi zdobyć jej zaufanie.

A jednocześnie przekonać ją, że nigdy, przenigdy nie będzie domagać się swoich praw i zmuszać jej do małżeństwa, wykorzystując władzę, jaką dawał mu nad nią Duncan. Każdy krok w tym kierunku wzbudziłby jej natychmiastowy opór.

Royd odepchnął się od burty, chwycił Isobel za rękę i zmusił, żeby stanęła przodem do niego.

– Chodź pod pokład. Chcę ci coś pokazać. Musisz to przeczytać.

Zmarszczyła brwi, lecz pomimo zaskoczenia nie odsunęła się i pozwoliła, aby poprowadził ją do włazu. Royd przepuścił ją i zszedł za nią po schodkach.

– W głównej kajucie – powiedział.

Isobel ruszyła przodem na rufę. Dotarłszy na miejsce, zajrzała najpierw do lewej kabiny. Widząc, że Duncan śpi z lekko zaróżowioną twarzyczką, cicho zamknęła drzwi.

– Nie obudzą go nasze głosy? – spytał Royd, stając przy biurku.

Isobel pokręciła głową.

– Ma mocny sen.

Royd podszedł do dużego przeszklonego regału wbudowanego w ścianę na prawo od biurka. Otworzył drzwiczki i sięgnął na drugą półkę od góry. Przesunął szczupłymi palcami po wypełniających ją tomikach, aż wreszcie jego dłoń zatrzymała się i wyciągnął jeden z nich.

Podał książkę Isobel.

– Sądzę, że to może cię zainteresować.

Isobel poczuła dreszcz przebiegający po plecach. Tomik wyglądał jak dziennik.

– Co to takiego?

Obróciła go w dłoniach i otworzyła.

Jej oczom ukazała się data wypisana mocnym, wyraźnie męskim charakterem pisma. 24 lutego 1816. Dzień po tym, jak Royd wypłynął w ten fatalny rejs. Isobel znieruchomiała. Czuła – wiedziała – że w jej rękach znalazła się właśnie odpowiedź na najważniejsze pytanie.

– To relacja z misji, z którą się wtedy udałem, tej samej, przez którą mój powrót niespodziewanie przeciągnął się aż do następnego roku. Wszystko tu opisałem. Co prawda tylko w zarysie, ale jeśli będziesz chciała dowiedzieć się jakichkolwiek szczegółów, pytaj, a ja odpowiem.

Kiedy na niego spojrzała, mając wrażenie, że kołysanie podłogi pod jej stopami nie ma żadnego związku z ruchem fal, nie potrafiła odczytać wyrazu jego twarzy.

Royd kiwnął głową w stronę biurka.

– Siadaj. Czytaj. Jeśli potem będziesz miała ochotę przejrzeć coś jeszcze – dodał, wskazując regał – nie krępuj się.

Podszedł do drzwi, lecz przystanął jeszcze z ręką na zasuwce.

– Właśnie przyszło mi do głowy, że… ta misja, która nas rozdzieliła, pod wieloma względami przypomina tę, którą mam do spełnienia teraz. – Zanim Isobel zdążyła spytać, co ma na myśli, kiwnął głową w kierunku dziennika w jej dłoniach. – Najpierw to przeczytaj. Później powiem ci resztę.

Z tymi słowami wyszedł, cicho zamykając za sobą drzwi.

Isobel patrzyła za nim przez kilka sekund, po czym usiadła i zaczęła czytać pierwszą stronę.

Royd tymczasem poszedł do kajuty, którą tymczasowo zajął. Zdjął z siebie frak i odwiesił go, po czym zaczął rozwiązywać krawatkę.

Isobel jeszcze nie wiedziała, że mają zatrzymać się w Londynie na kilka dni – może nawet na cały tydzień. Potem czekała ich podróż do Freetown, rozwiązanie tamtejszej sytuacji, a dalej powrotny rejs do Londynu i wreszcie do Aberdeen. Royd miał więc całe tygodnie, pięć albo i sześć, na przeprowadzenie swojej kampanii.

Kampanii, której celem było ponowne zdobycie Isobel Carmody Carmichael.

***

Isobel czytała do późnej nocy. Dziennik Royda zawierał nie tylko opis wydarzeń podczas dawnej misji, ale też drobne informacje o jego życiu prywatnym. Dowiedziała się wreszcie, co sprawiło, że przez trzynaście miesięcy nie mógł do niej wrócić, i że przez cały ten czas szczerze pragnął przesłać jej jakąś wiadomość – choć za każdym razem postanawiał tego nie robić.

Wreszcie dotarła do końca i odłożyła zapiski. Jej świat po raz drugi w jednym dniu stanął na głowie. Była wyczerpana. Zapadła w głęboki sen.

Następnego dnia pokazała się na pokładzie dopiero późnym rankiem. Obudziwszy się, bez zdziwienia stwierdziła, że w rufowych kajutach nie ma nikogo poza nią; w samotności zjadła śniadanie, przeglądając kilka innych tomów z regału, niektóre z wcześniejszych, niektóre z późniejszych lat.

Większość wypraw Royda trwała krótko, miesiąc lub dwa. Kilka zajęło prawie rok. Na niektóre wyruszył jeszcze w trakcie wojny z Francją, inne były bliższe w czasie, odbyły się już po zerwaniu zaręczyn.

Relacje z tych ostatnich zawierały czasem opisy przedsięwzięć, które budziłyby w Isobel przerażenie, gdyby nie wiedziała, że Royd wyszedł z nich cało i zdrowo. Zawsze miał w sobie pewną skłonność do lekceważenia niebezpieczeństwa – ona zresztą również – jednak niektóre z jego działań podczas tych ostatnich misji sprawiały wrażenie absurdalnego wręcz ryzykanctwa.

Dzięki dziennikom pokładowym wypełniającym trzecią półkę regału Isobel dowiedziała się, że pomiędzy tajnymi rządowymi zleceniami Royd pływał też w interesach związanych ściśle z działalnością spółki Frobisherów, czyli woził po różnych akwenach zamożne i wpływowe osobistości, nierzadko członków rodziny królewskiej. To właśnie z tymi wyprawami ona i pozostali mieszkańcy Aberdeen, a zapewne też inni, utożsamiali jego działalność.

Lecz tamte misje stanowiły zgoła osobną sprawę.

Życie Isobel płynęło we względnym spokoju, bez większych wstrząsów, lecz nawet mimo ograniczonego doświadczenia potrafiła sobie wyobrazić, jak niebezpieczne musiały być niektóre z przedsięwzięć, w jakie angażował się Royd.

A poprzedniego wieczoru powiedział, że obecna wyprawa jest podobna w charakterze do misji, przez którą się rozstali.

Isobel wyszła na pokład, wiedziona właściwie bardziej ciekawością niż potrzebą zaczerpnięcia powietrza. Zabrała ze sobą kilka notesów i dzienników pokładowych z kajuty. Royd stał za sterem, a u jego boku był Duncan. Wiatr targał czuprynę chłopca, spod której wyzierała zaciekawiona buzia. Isobel odmachała synowi i odpowiedziała na bystre spojrzenie Royda dość obojętnym skinieniem głowy, po czym udała się na dziób.

Znajdowała się tam trójkątna ławeczka, pod którą trzymano zapasową kotwicę. Isobel usiadła na niej, umoszczona między burtami, po czym zaczęła czytać. Chciała dowiedzieć się jak najwięcej o człowieku, którego – jak się okazało – wcale tak dobrze nie znała.

Wreszcie podszedł do niej Bellamy.

– Jeśli jest panienka gotowa na obiad, to dam znać kapitanowi i młodemu paniczowi – powiedział.

– Dziękuję.

Wstała z ławeczki, po czym pozbierała wszystkie notesy i dzienniki.

– Zaraz zejdę na dół – dodała.

„Młody panicz”. Zastanawiała się, czy Royd wyjaśnił coś na temat chłopca. Choć pewnie nie musiał nic mówić, bo załoga na pewno się domyśliła, czyim synem jest Duncan. Widok ich razem starczał za wszelkie deklaracje.

Bellamy odprowadził ją do włazu rufowego i udał się na górny pokład, podczas gdy ona zeszła po schodach i wróciła do kajuty. Włożyła książki z powrotem do regału. Zamykała właśnie drzwiczki, kiedy usłyszała tupot stóp Duncana w korytarzu.

Odwróciła się akurat, żeby złapać chłopca, kiedy się na nią rzucił.

– Mamusiu! – Objął ją w pasie, odchylił głowę i popatrzył na Isobel z uśmiechem zachwytu. – Widzieliśmy foki! Ale były wielkie! I mnóstwo mew!

Isobel nie potrafiła się oprzeć temu uśmiechowi. Zmierzwiła synowi włosy.

– I na pewno cały czas o wszystko wypytywałeś? – odparła.

Dobrze go znała.

– Nieustannie – rzekł Royd, wchodząc za Duncanem; w jego głosie słychać było zmęczenie, ale twarz miał rozjaśnioną.

Za stół służyło im duże biurko. Declan usiadł naprzeciwko Royda, który zajął swój zwyczajny fotel, a Isobel usadowiła się z boku. Uśmiechała się do Bellamy’ego i komplementowała go za wspaniale pokrojoną peklowaną wołowinę, zastanawiając się jednocześnie, co też Royd zamierza w stosunku do Duncana. I do niej samej. Wiedziała, że w momencie, gdy jego oczy spoczęły na chłopcu, życie ich trojga uległo nieodwracalnej zmianie.